woman-641528_1280

Ateistów gra o tron

bench-press-1013857_1920Są dwa stany, które muszę osiągnąć, żeby móc pisać. Pierwszy to rozbawienie, drugi to wkurw. Często zaliczam jeden i drugi, w związku z tym nie mam żadnych problemów z weną. Czasem jednak, kiedy spadną mi z nosa różowe okulary lub gdy zrozumiem, że moja złość nie robi na nikim żadnego wrażenia, pojawia się ten rodzaj bezsilności, który nie daje mi ani działać, ani pisać, ani być aktywną. Niezbędne minimum. Wstać z łóżka. Umyć się. Zjeść albo i nie. Pójść do pracy. Nakarmić dzieci. Przeżyć, żeby pójść znowu spać. Wolny czas zabijam, oglądając filmy. Oby się odciąć, nie myśleć. Ostatnio obejrzałam wszystkie sezony  „Gry o tron”, bo syn mi polecił. Nawet się wstrzelił, bo wierzcie mi (to do tych, którzy nie oglądali), mieszkańcy siedmiu królestw w porównaniu do nas, naprawdę mieli przesrane, a człowiek lubi wiedzieć, że ktoś ma gorzej. I cóż, że to fikcja i do tego z gatunku fantasy? Nasze realia są bardziej fantastyczne niż fabuła „Gry o tron”.

PiS przestaje być dla mnie śmieszny. Szaleńcy, choć na początku zabawni, naprawdę potrafią być groźni. Kościół zaczyna przerażać. Bezczelna, panosząca się zachłanność i buta, której nie sposób okiełznać. Tak to jest, kiedy władza, jak dziwka szmaci się z religią. Te moje stany zwątpienia mijają, ale trwają coraz dłużej. Mariusz Hnatiuk o tym wie. W związku z tym, że nie lubi, kiedy zbyt długo milczę, postanowił wyrwać mnie ze szponów marazmu i albo rozbawić, albo wkurwić. Osiągnął to drugie, choć informacje o swoje przygodzie ze stroną „My bezbożnicy” rozpoczął od słów: „ale jaja!”.

Nic tak bardzo nie doprowadza mnie do szału, jak fakt, że swój swojemu kłody rzuca pod nogi. Chodzi o nas, kochani ateiści. Tak bardzo nie potrafimy być razem, tak bardzo nie potrafimy się łączyć, współdziałać, wspierać się, pomagać sobie, że gdyby można było się z ateizmu wypisać, natychmiast bym to zrobiła. Nie da się. Urodziłam się i umrę ateistką. Mam nadzieję, że nie z tą świadomością, że mogliśmy zdziałać wiele, bo wielu nas było, ale nie daliśmy rady, bo zżarły nas nasze prywatne ambicje. U nas nie liczy się to, co zrobić, tylko KTO coś zrobił, jakby za te jego czyny należał mu się tron.

Ci, co tylko piszą, przez drugich ateistów nazywani są pogardliwie „klikaczami”. Ci, co działają, wszystko chcą zrobić po swojemu. Jak ktoś ma odmienne zdanie, czy pomysł, jest idiotą, który gówno wie, to i odzywać się nie powinien. Kiedy wpadliśmy z redakcją na pomysł stworzenia kolejnej ateistycznej organizacji, mniej zorientowani znajomi pytali: „Ale po co? Łączyć się trzeba, nie dzielić.” Ten, kto połączy, będzie cudotwórcą. Teraz już to wiem, choć już dwa lata temu ze stoickim spokojem tłumaczył mi to Zenon Kalafaticz.

Wszyscy zainteresowani wiedzą, że mieliśmy w tym roku podwójne Dni Ateizmu, bo dwie ateistyczne organizacje postanowiły udowodnić, że to ich wydarzenie. Kto się wybiera, ten wie, że zloty ateistów latem też mamy dwa i to w tym samym czasie, bo… szkoda gadać. Znana osoba w naszym środowisku powiedziała mi, że kiedyś ze swoimi ludźmi chciała stworzyć portal dla wszystkich ateistów. „Przecież ja mam taki portal” – odpowiedziałam. Zapadła cisza. Dlaczego? Bo to mój portal, nie ich?

Co jakiś czas przypominamy, że udostępnimy miejsce dla każdego, kto ma chęć publikować swoje teksty, czy to organizacja, czy pojedyncze osoby. Brak odzewu. A mimo to portal rośnie w siłę, zdobywa nowych czytelników. Z rozbawieniem wspominam czasy, gdy podniecałam się jednym tysiącem osób, które klikały w opublikowany przeze mnie post. Statystyki nie kłamią. Czytacie nas nie tylko Wy, polscy ateiści. Czyta nas cały świat. I cóż, że w Chinach na przykład tylko jedna osoba? Za to w Watykanie czyta nas więcej.

Wyobraźcie sobie, że te wszystkie słowa były tytułem wstępu do tego, co właśnie chcę Wam napisać.

20 maja bieżącego roku Mariusz Hnatiuk dostaje propozycję publikowania tekstów z portalu Polski Ateista na stronie „My bezbożnicy” od właściciela, czy współwłaściciela strony (pisał w prywatnych wiadomościach „moja strona”). Natychmiast pada również propozycja, aby Mariusz został redaktorem. Wówczas jego teksty będą publikowane na stronie bez oczekiwania na akceptację. Mnie ta informacja specjalnie nie obeszła, dopóki nie zobaczyłam, że moje, czy Mariusza stare, choć nadal aktualne teksty osiągają 20 – 30 tys. odsłon i powyżej stu udostępnień. Okazało się, że trafiliśmy w sieci na miejsce, gdzie są ludzie, którzy nie bywają na grupach, na których udostępniamy swoje teksty. Innymi słowy, Mariusz odkrył nowy, bezbożny ląd (lub jak kto woli, ląd odkrył Mariusza). Skoro na tej stronie tak wielu ludzi nas czyta, chwali teksty, udostępnia je dalej, zysk wydawałoby się dla obu stron, prawda? Jakże błędne myślenie.

25 maja o 18.00 Mariusz dostaje wiadomość od właściciela/współwłaściciela strony, że dobrze idzie (w domyśle współpraca). Gratuluje dobrych tekstów. Po 21.00 tego samego dnia Mariusz zauważył, że nie jest już redaktorem „My bezbożnicy” i że został usunięty jeden z naszych postów. Pyta grzecznie, o co chodzi? Żadnej odpowiedzi. 27 maja ponawia pytania. Prosi o wyjaśnienie, co się stało, że nagle i on i nasze teksty przestały się podobać. Do dziś właściciel/współwłaściciel milczy.

Dowiedziałam się o tym 2 dni temu. Wkurw był tak duży, że nie mogłam napisać od razu. Życie nauczyło mnie nie działać pod wpływem emocji. Musiałam to przemyśleć. Może to i afront doświadczyć od swoich takiej zniewagi (nadanie funkcji, a następnie odebranie jej, bez słów wyjaśnienia, usunięcie postu bez informacji, co w nim było nie tak), ale swój to swój, prawda? Dziś wysłałam wiadomość do „My bezbożnicy”. Poinformowałam, że będę pisać tekst o tym, jak to się ateiści pięknie wspierają i poprosiłam o wyjaśnienia w tej sprawie. Admin/i, właściciel/e zginęli chyba wszyscy śmiercią tragiczną. Głucha cisza.

Wszyscy dobrze wiemy, że łączy nas tylko jedno – niewiara w boga/ów. Możemy działać razem, działamy osobno. Ani my nie potrzebujemy „My bezbożnicy” ani oni nie potrzebują nas. My nie potrzebujemy żadnej organizacji, a i Wy zrzeszeni w różnych organizacjach nie potrzebujecie nikogo. Tylko jak daleko tak wszyscy zajdziemy? O co ta dziwna gra? O tron? Nie ma żadnego tronu. Co najwyżej działając w ten sposób, możemy sobie wszyscy zbudować trony ze słomy. Gorzej, jak przyjdzie wilki i w nie dmuchnie, a wszystkie posypią się, jak domki z kart. Na wasze życzenie.

 

  • Jan Urbaniak

    Od kilku miesięcy błądzę i szukam swego miejsca w przyjaznej grupie.
    My bezbożnicy ,wydaje mi się upoltyczniło dię,czy też od początku były to strony lewicowe.
    Nic nie mam przeciw lewicy,poza tym,że to nie te czasy ,a może nie to co szukam.
    Prześladuje mnie obsesyjna chęć „zemsty” na katolach za mój stracony czas i zainfekowanie
    panembogiem z którego wyzwoliłem się,i teraz poprzez wtykanie nonsensu w ” prawdach” kościelnych
    staram się poprzez mój wkład pomóc innym „biedakom” tkwiącym w tej psychozie.
    To chwilami nie ma sensu,tysiąc razy zwątpienie,czy nie lepiej inaczej obchodzić się z czasem naszego życia. Rozliczanie się z przeszłością? to prawie jak kaczor! I dlatego wątpie czy nie zająć się czymś
    pozytywnym . Czytam,źe też masz podobne zwątpienia i rozczarowania z Frankiem Cwaliną!
    Jest OK ,tylko poco wracanie do tego lewactwa historycznego?
    Oczywiście jest bardzo human pomóc „słabszym” i z minimalnym uszkodzeniem mózgu,ale to sprawa
    partii politycznej. Czy ateiści mają być partią polityczną?
    Jak zauważyłaś „produkuję sie” w taki czasami naiwno-dziecięcy sposób,którego wstydzę się,ale te bajki .które są podawane jako dogmaty wiary,tylko językiem dziecięcym moźna ośmieszyć.
    I jeszcze pytanie. Czy mamy ich „nawracać” ? Misjonować? Czy może jak ortodoksen Juden zamknąć się między swoimi?
    Pozdrawiam
    Ps. moja marna produkcja jest na stronach Nim de Dei ( carpe diem) i osobistym portalu:
    Filosofia życia,lebesphilosofie und lebenserfahrung.

    • Elżbieta Kunachowicz

      Ja mam inaczej. Zawsze wiedziałam, że ateiści są rozproszeni, że nie mają wspólnej osi, wokół której mogliby zewrzeć szeregi choćby po to , żeby w odruchu samoobrony zachować enklawę zdrowego rozsądku na szerokim stepie zachwaszczonym doktrynerstwem religijnym.

      Jesteśmy dokładnym odbiciem struktury społecznej – tyle samo wśród nas mądrych co skrajnie głupich, tyle samo prawych co pieniaczy i tyle samo prostolinijnych co hipokrytów. Niewiara w bogów to słabe lepiszcze środowiska.

      Dlatego w osi moich zainteresowań są problemy społeczne, generowane przez państwo wyznaniowe i doskwierające w takim samym stopniu ludziom dotkniętym wiarą jak i wolnym od tej aberracji. I pewnie nikogo nie zaskoczę twierdzeniem, że największe zasługi na polu niszczenia tego społeczeństwa położyli właśnie kryptoateiści w sutannach. I też nie dlatego, że są ateistami, tylko dlatego, że są jacy są- interesowni, cwani, pazerni, nieuczciwi i per saldo na koniec zwyczajnie głupi, choć tak mądrze rozgrywają swoją politykę.

      Bo w działaniu ludzkim ocenie podlega zawsze to co leży u podstaw jego zamiarów – a zatem INTENCJA, MOTYW, CEL. Tak też oceniam działania podejmowane przez organizacje ateistyczne i choć pod względem deklarowanych intencji, motywów i celu wydają się w porządku, to jednak nie da się ukryć, że jeśli „po owocach ich poznać”, to degrengolada organizacyjna rozbija się o niskie pobudki ambicjonalne i zbyt napompowane ego.

      • Jan Urbaniak

        Dla człowieka o minimalnym poziomie wykształcenia i zdolności myślenia analitycznego jest najzupełniej oczywiste, że religia i bogowie to wyłącznie konstrukty kulturowe. Niestety religia jest rodzajem wirusa, który aplikowany we wczesnym dzieciństwie niszczy właśnie zdolność do myślenia analitycznego względem… religii. To cecha adaptacyjna samego wirusa, która umożliwia mu przetrwanie i ekspansję. Wytwarza się swoisty „cień”, w którym ukrywa się religia (układ immunologiczny jest tak przebudowywany, że przestaje dostrzegać „ciało obce”) – zauważcie, że skądinąd zupełnie normalni i rozsądni ludzie są skłonni do akceptowania bez zmrużenia oka piramidalnych bzdur, o ile mają one religijną naturę. Nie wydaje się wam to niesamowite i przerażające? Otóż religia przypomina HIV, upośledzając ludzki układ odpornościowy odpowiedzialny za utrzymywanie adekwatnego postrzegania świata. Co najciekawsze, przejmuje kontrolę nad zachowaniami zarażonego organizmu, skłaniając go do działań mających na celu jak najbardziej efektywne rozprzestrzenianie patogenu (czy raczej patomemu). Dorosłe osobniki homo sapiens mają ogromną potrzebę zarażania swoich młodych odmianą wirusa, której są nosicielami. „Edukacja religijna” jest zachowaniem analogicznym do kichania: rinowirusy skłaniają ludzi do umożliwienia im w ten sposób przenoszenia się na innych ludzi. Dzieci są najbardziej podatne na zarażenie ze względów ewolucyjnych (posłuszeństwo wobec rodziców, akceptacja płynących od nich nauk to cecha adaptacyjna). Ogromna większość dzieci jest zatem zarażana zanim zdoła wykształcić system immunologiczny. W wieku dorosłym one z kolei zarażają własne dzieci i tak się to kręci od zarania. Nasz gatunek znajduje się we władzy wyjątkowo niszczycielskiego, złośliwego i „sprytnego” (nieustannie mutującego i „ukrywającego się” przez przebudowę układu odpornościowego) wirusa kulturowego.

        • Jan Urbaniak

          Neuroteologia – dyscyplina naukowa w badaniach nad duchowością. Jej metodologia polega na używaniu neurologicznych metod obrazowania pracy mózgu takich jak np. EEG, fMRI, Pozytonowa emisyjna tomografia komputerowa do ustalania związków pomiędzy aktywnością mózgu a indywidualnym doświadczeniem duchowym. Badaniom w szczególności poddawane są siostry zakonne, Buddyści[1] i inni ludzie wiary, którzy mają poczucie posiadania zdolności bezpośredniego komunikowania się z bóstwem.

          Za pomocą urządzeń typu fMRI, następuje próba odczytu zawartości mózgu wówczas gdy osoba badana zgłasza występowania odczucia bezpośredniej wspólnoty z bóstwem. W trakcie badań wyznacza się obszary aktywności mózgu odpowiedzialne za odczucia religijne, a następnie w sposób sztuczny, pobudza je z zewnątrz, tak aby uzyskać za pomocą odpowiednich urządzeń, identyczny efekt. Pionierskie badania w tej mierze przeprowadził Michael Persinger (1987) z Laurentian University w Ontario, Kanada. Do wywołania doświadczeń analogicznych jak relacjonowane w stanie śmierci klinicznej, skonstruował tzw. „Hełm boga”, uzyskując częściowe potwierdzenie postawionych hipotez. Okazało się, że również podczas sztucznego pobudzania obszarów mózgu odpowiedzialnych za indukowanie odczuć religijnych, następowało wystąpienie odczucia jedności z Bogiem, religijnego uduchowienia (częściej u osób wierzących) czasem również relaksacji (częściej u osób niewierzących).

          M. in. na tej podstawie wielu zachodnich neurologów argumentuje, że:

          Quote-alpha.png doświadczenie religijne i wiara w Boga są jedynie rezultatami elektrycznych anomalii w ludzkim mózgu[1].

          • Jan Urbaniak

            OK ,trochę się fachowo nawymądżałem..
            Tak po ludzku.Mam problemy po 45 latach emigracji wyrażać sie ładnym jezykiem literackim po polsku,czego ci serdecznie zazdroszczę! Tak pięknie umiesz pisać!
            Lata całe,z racji zawodu miałem do czynienia z ludźmi roźnych religii i wyznań,
            w zetknieciu się z religia dominująca.Godzinne dyskusje o wyobrażeniu boga i jego praw,
            które w najróźniejszych „księgach świętych” jest zapisane,przez samego boga albo proroka,który przemawiał w jego imieniu.Ten fanatyzma w imię różnych bogów!
            i konflikty z akceptacją inności.
            To był też mój czas dojrzewania….
            Therapia jest możliwa,jeżeli pozna i usunie się przyczynę zaburzeń.
            Tą przyczyną jest kler,duchowni,uczeni w piśmie,nawiedzeni łowcy dusz od niemowlęcia!
            Chrzest,obrzezanie,inicjacja wszystko w pierwszych dniach po porodzie!
            Jak najszybciej zaszczepić wirusa wiary.A póżniej masz problem do końca życia.
            Nie każdy w ciągu źycia osiągnie ten stopień dojrzałości ,że szuka leczenia.
            I myślę,że to jest czy powinno być cel tych stron.