chicken-160812_1280

Czym się różni kobieta od kury?

chicken-160812_1280Nie wypowiedziałam się jeszcze na temat rządowego projektu, chyba dla żartu nazwanego „Za życiem”, który został przyjęty przez nasz parlament. Ktoś mógłby mieć pretensje: „a dlaczego tak późno?” Ano dlatego, że mój organizm kieruje się swoimi prawami. Jak coś go wystarczająco mocno zaskoczy, zachowuje się tak, jakby dostał obuchem w łeb. Wówczas nie wie, gdzie jest, nie wie co się z nim dzieje i nie wie, czy to prawda, czy sen. Czym większego zaskoczenia doświadczył (czyt. czym większym debilizmem dostał), tym dłużej dochodzi do siebie. Odnoszę wrażenie, że to specyficzny system obronny, który po prostu pozwala mi przetrwać trudne chwile.

Ale wracając do meritum sprawy. Czytałam cały projekt, żeby nie było. Niestety tak jak większości, utkwił mi w głowie jeden z zapisów, a mianowicie:

Art. 9. 1. Z tytułu urodzenia się żywego dziecka, posiadającego zaświadczenie, o którym mowa w art. 4 ust. 3), przyznaje się, na to dziecko, jednorazowe świadczenie w wysokości 4000 zł.

A  Art. 4 ust. 3) ma brzmienie:

Wsparcie, o którym mowa w art. 1, jest realizowane przez:

zapewnienie odpowiednich świadczeń opieki zdrowotnej dla dziecka, ze szczególnym uwzględnieniem dziecka, u którego zdiagnozowano ciężkie i nieodwracalne upośledzenie albo nieuleczalną chorobę zagrażającą jego życiu, które powstały w prenatalnym okresie rozwoju dziecka lub w czasie porodu; 

Musicie przyznać, że to nie tyle obuch, co nadziewana ćwiekami maczuga.

Kiedy myślę o tym handlu żywymi trupami (dziecko Chazana chociażby) przychodzi mi na myśl brzydki, szowinistyczny dowcip:

– Dlaczego kobieta ma jeden zwój w mózgu więcej od kury?

– Żeby nie srała na podwórku.

Oburzające? Być może, ale tak właśnie traktuje nas – kobiety, ekipa rządząca. Otóż z tego co uchwalili nasi świętojebliwi sejmowi obrońcy życia wynika, że jesteśmy jak kury hodowane w klatkach do jednego celu, aby znosić jaja. Z tym, że los na loterii wygrywa nie to złote, tylko zbuk. Za takie jajo dostaniemy lepszą paszę.

Nie wiem, co czuje kura, która traci swoje jajo. Prawdopodobnie nic, szczególnie że, jak to ujął pewien znany weganin, kurze jajo to produkt kurzej miesiączki. Która z nas płacze za własnym okresem?

Co czuje kobieta, która dowiaduje się, że jej dziecko nie będzie miało szans na przeżycie poza jej ciałem (bo nasz katolicki rząd o dziwo wyraża zgodę na badania prenatalne)? Nie potrafię sobie nawet tego wyobrazić. Ale rząd potrafi. Według niego taka matka będzie marzyć o tym, aby to chore dziecko choć jeden oddech po porodzie złapało, choć raz zakwiliło, bo napisano w projekcie, że musi być żywe, aby je można było zaliczyć do tych wygrywających. A co jeśli przetrwa więcej jak minutę? Trzeba ochrzcić, przede wszystkim, jak Pan Jarosław przykazał! A jak żyć będzie dłużej? Zawsze można do hospicjum oddać, najlepiej takiego prowadzonego przez zakonnice, z taką troską, z jaką św. matka Teresa prowadziła swoje umieralnie.

Co na to matka – kura?

A co może kura?

Ko, ko, ko.