ciąża 1

Izabela J. vs Lady T. – runda 4

Podtytuł mógłby brzmieć: „Zdążyłam urodzić dziecko i tyle:)”

ciąża 1Znowu wyzwana jestem do walki. „Nie chcem ale muszem” – że powtórzę za klasykiem. Czy jest na tym świecie ktoś, kto nie słyszał o kampanii fundacji „Mamy i taty” pt. „Nie odkładaj macierzyństwa na potem”? Jeśli tak, to znaczy, że nie ma internetu. A jak nie ma internetu, to nie przeczyta tego tekstu, a jak nie przeczyta to i tak nie ma co tłumaczyć. W każdym razie na stronie fundacji jest filmik a w nim kobieta, jak dla mnie w wieku produkcyjnym a zresztą co ja Wam będę tłumaczyć. Oto on.

Jak komuś nie chciało się obejrzeć to opisuję. Laska na obcasach chodzi po domu, którego ja pewnie w życiu na oczy nie zobaczę. I głos, że zdążyła osiągnąć to i tamto, zdążyła nawet do Paryża pojechać i Tokio ale bidula nie zdążyła dziecka urodzić. Nie wiadomo dlaczego? Gonił ją ktoś? Zaszła w ciążę ale zgubiła ją po drodze? Urodziła w samolocie i zapomniała dziecka zabrać? Odebrali jej dziecko, bo nie miało biletu? W życiu nie mamy nic do powiedzenia odnośnie naszej rodziny. Pozostałe kwestie to wynik naszych wyborów. I znowu przypomniał mi się klasyk. „Nie chciało się nosić teczki, trzeba dźwigać woreczki”. Jej się chciało i korzystała z tego jak umiała. Ba! Lepiej korzystała niż wielu innych bo taki dom, jak ma ona tacy ludzie jak ja, mogą obejrzeć tylko w spotach reklamujących takie bzdety. Nie zabrałabym słowa w temacie, bo wiele w necie na ten temat zostało już powiedziane, gdyby nie moja odwieczna rywalka, jedyna i niezastąpiona, wzór wszystkich cnót, Pierwsza Dama Polskiego Katolicyzmu, która się na ten temat wypowiedziała, niestety.

Co się stało z nami kobietami, że przypomnienie o tym, że jesteśmy powołane do macierzyństwa, budzi taką wściekłość? – zaatakowała w ringu.

O żesz! Trener mówił mi: „nie daj się sprowokować” ale jak tu nie ruszyć z całym impetem i nie walić tak, żeby skruszyć beton w mózgu i wydobyć na wierzch to, co może kryje się pod nim. Z naciskiem na „może” i z nadzieją, że jest tam jednak odrobina rozumu. A co mnie tak rozjuszyło? Jedno, jedniutkie słóweczko: „POWOŁANIE”. Może ktoś Ledy T. powołał do macierzyństwa, Duch Święty wszedł w jej męża i rzekł: „wstań i rozmnażaj się” albo raczej: „połóż się i rozmnażaj się, gdyż ja cię do tego powołuję”. Większość kobiet jednak nie doświadczyła tego typu paranormalnego zjawiska. W związku z tym, samego faktu bycia kobietą nie traktują jako przymusu do rodzenia dzieci.

Przekaz kampanii jest prosty – macierzyństwa nie można odkładać w nieskończoność…

No dobra, tu lać nie będę, nie ma co natury oszukiwać, chociaż jedna kobieta oszukała i w wieku sześćdziesięciu kilku lat urodziła…

a dziecko to nie kolejny projekt do zrealizowania między kursem nowego języka a podróżą dookoła świata.

No i znowu trzeba Lady T. skórę przetrzepać. „Dziecko to nie projekt” między czym a czym? A to do kogo ta kampania jest skierowana? Do kobiet zarabiających od 6 tys. wzwyż? To trzeba było tak od razu mówić, naród by się nie denerwował. Bo gdyby tak Lady T. opuściła na chwilę wyżyny i zeszła na niziny, zobaczyłaby między czym a czym zwykła polska kobieta wybiera. Między przetrwaniem od pierwszego do pierwszego a skrajną biedą, między pracą na umowie zlecenie a brakiem pracy jakiejkolwiek, między mieszkaniem w wynajmowanej kawalerce a siedzeniem na głowie swoim rodzicom – do tego z mężem i dzieckiem.

Nie, nie da się wszystkiego pogodzić. Trzeba coś wybrać, a nawet z czegoś zrezygnować. W imię pięknego celu, którym jest dziecko. Dziecko jako dar, a nie ciężar.

ciążaTak, dziecko to piękny… ale zaraz zaraz, jaki „dar”? Że niby ktoś rodzicom to dziecko wręcza jako prezent? No nie. Najpierw musi być seks i to bez zabezpieczeń, czyli po bożemu, potem długie miesiące rozrastania się kobiety niejednokrotnie do niebotycznych rozmiarów, w którym to czasie kobieta już musi zrezygnować z wielu przyjemności, zmienić dotychczasowy styl życia. Następnie poród. Z tym, że w naszym kraju nadal „po ludzku” mogą rodzić tylko kobiety majętne albo przezorne, które przez okres ciąży odłożą sobie na prywatną salę i na przykład na znieczulenie, bo jeszcze 9 lat temu trzeba było za tą przyjemność zapłacić. Nie wiem, jak jest teraz i nie interesuje mnie to. Więcej rodzić nie będę, choć mogłabym a wyglądam starzej od pani ze spotu.

A potem, kiedy pojawia się dzidziuś, świat staje na głowie. Dzień zamienia się w noc, ciało kobiety nie należy już do niej tylko do małego ssaka, który niczego poza mamy cycem nie widzi, życie kobiety przestaje być jej życiem i całkowicie podporządkowuje się życiu małego człowieczka na wiele lat. Jeśli ktoś nie rozumie powiedzenia „skarbonka bez dna” to znaczy, że nie ma dzieci. I pół biedy, kiedy dziecko jest zdrowe.

Kiedy pojawia się choroba, zaczyna się piekło, prawdziwa gehenna. To, jak trudno dostać się do lekarza specjalisty czy do samego szpitala, wiedzą tylko rodzice. Moje dziecko z podejrzeniem guza mózgu zostało z prestiżowego szpitala odesłane z kwitkiem do domu i za miesiąc zaproszone na rezonans mózgu. Pokręcone, powyginane, ledwo chodzące. Udało się za kasę, bo teraz łapówki wręcza się tak – trzeba iść prywatnie do lekarza, który leczy w szpitalu, którym jesteśmy zainteresowani. A tam… tam jest inny świat, którego Lady T. pewnie nie zna i pewnie dzięki bogu. Ja poznałam ale bóg nie jest moim kolegą. Matki dzień i noc czuwające nad swoimi dziećmi, niedospane, niedożywione a mimo to nieugięte. Drobne kobiety dźwigające synów większych od nich, których życie zredukowane jest całkowicie do potrzeb chorego dziecka. Matki niejednokrotnie porzucone przez mężczyzn, które straciły wielu znajomych, bo przestały być atrakcyjne towarzysko. Matki, którym każe się żyć i utrzymywać chore dzieci za śmieszne zasiłki opiekuńcze i które po nocach, w lęku aby to się nie wydało, dorabiają bo to, co dostają od państwa często nie starcza nawet na leki. Mimo to podczas pobytów w szpitalu nie widziałam łez, skarg ani złości a jedynie spokój i ciepłe uśmiechy. O tak! Dziecko to wspaniała sprawa, cudowne przeżycia, wzbudzające rodzaj miłości, którego z niczym nie da się porównać, ale jednocześnie ogromny ciężar. Nawet to zdrowe.

Takie myślenie oddają badania amerykańskiego ośrodka badawczego Pew Reserch Center. „Posiadanie dzieci” spadło na ósme miejsce spośród dziewięciu rzeczy, które mają dawać szczęście małżeństwu. I choć trudno w to uwierzyć, to „posiadanie dzieci” uplasowało się niżej niż „dzielenie się obowiązkami domowymi”. Ważniejsze jest więc to, kto wyniesie śmieci czy ugotuje obiad, niż danie życia osobie, która być powinna owocem miłości małżeńskiej.

A poza małżeńskiej już nie może? Bo wiesz Lady T. Moje dzieci są owocem miłości pozamałżeńskiej. Zanim padniesz ze zgorszenia muszę dodać, że mój mąż nie ma nic przeciw z tej prostej przyczyny, że nigdy nie miałam męża. Nie, że nikt nie chciał. To mój wybór. Ot, tak po prostu. Dociera?

Skoro taki przekaz płynie do młodych kobiet wszelkimi możliwymi kanałami, trudno się dziwić, że plany prokreacyjne odkładają na bok.

Chodziło jej o przekaz z mediów. No i jak tu nie dać chlapusa między oczy? Od ponad 20 lat Kościół indoktrynuje dzieci dwie godziny tygodniowo w szkołach. To nie wystarcza? Nadal winna telewizja, mimo że nasza zrobiła się znowu czarno – biała, z tym że czarna od kiecek księży a biała, żeby te kiecki wyraźnie było widać.

Wyrugowanie płodności, jako zbędnego balastu ma dać kobietom wolność. Tymczasem wolność ta jest pozorna, bo za nią kryje się pustka.

Radziłabym umówić się na kawkę z panią Marią Czubaszek. Chętnie opowie o tej rzekomej pustce, o której pisze ktoś, kto nie ma o niej pojęcia. Ani o niczym.

Dopełnieniem kampanii adresowanej do kobiet powinna być teraz kampania dedykowana mężczyznom. Bo to często oni są hamulcami, oni nie zgadzają się na dziecko. Czy wynika to z lenistwa? Czy z braku odpowiedzialności? Faktem jest, że wiele kobiet cierpi z tego powodu. Nie raz kobiety ze łzami w oczach na różnych spotkaniach pytały nas, jak przekonać męża do dziecka?

A może gdyby małżeństwo było zawierane bardziej świadomie? Kota w worku brała, czy tego, który ją chciał wziąć? Nie uzgadnia się takich spraw przed małżeństwem? A może ta biedna, zrozpaczona żona wyszła za ateistę, który za nic ma zdanie Kościoła na temat prokreacji czy środków antykoncepcyjnych? Nie wspomnę już o tym, że (z całym szacunkiem panowie) ale jak kobieta chce mieć dziecko to będzie je miała. I to nie za sprawą morza wylanych łez.

Warto więc po mocnej kampanii promującej macierzyństwo, przypomnieć panom, że najpiękniejszym wyznaniem miłosnym nie jest „Kocham Cię”, tylko: „Chcę mieć z Tobą dziecko”. Bo to dopiero jest dowód bezgranicznego zaufania.

divorce-156444__180Ha! Się wzięłam i obśmiałam jak norka. Znam wiele kobiet, na których wyznanie: „chcę mieć z tobą dziecko” zrobiło duże wrażenie. Tak duże, że się zgodziły, bo… powtórzę za Lady T. „to dopiero jest dowód bezgranicznego zaufania”. Dziś oni mają inne rodziny albo opuścili kraj aby uniknąć płacenia alimentów. A mamusia lawiruje jak może, żeby nie przekroczyć 725 zł na osobę w rodzinie, bo jej odbiorą alimenty z funduszu alimentacyjnego i dopiero będzie się rozkoszować cudem macierzyństwa. A jak jej się poszczęści i założy drugą rodzinę, to zarobki nowego męża a nawet konkubenta, urzędnicy wezmą pod uwagę. I albo straci alimenty z funduszu albo facet się wypnie bo nie będzie chciał spowiadać się w Ośrodku Pomocy Społecznej ze swoich zarobków i co rok załatwiać dokumentów w ZUS i Urzędzie Skarbowym.

Tak, droga przyszła mamusiu, jak już zdecydujesz się na dzidziusia to pamiętaj, trzymaj się jego ojca rękami i nogami, bo kiedy tatuś dziecka cię porzuci lub sama od niego odejdziesz twoje życie nabierze bardzo gorzkiego smaku.

A tak fundacja tłumaczy swoją kampanię:

Chcemy w tej kampanii:

  • przedstawić macierzyństwo jako szczególną wartość. Nie jako obowiązek czy opresję, ale naturalne pragnienie wielu kobiet, które współczesny świat mocno ogranicza.
  • osadzić antykoncepcję hormonalną w kontekście w jakim rzadko pojawia się w dyskursie publicznym. Nie jako źródło wolności, ale jako narzędzie opresji wobec pragnienia bycia mamą.
  • wywołać debatę na temat macierzyństwa jako coraz trudniej dostępnego dobra społecznego i niezaspokojonego pragnienia wielu współczesnych kobiet.
  • wzbudzić refleksję nad rozbudzanymi przez konsumpcyjny styl życia aspiracjami, wśród których coraz częściej synonimem sukcesu osobistego jest pozycja zawodowa, zamożność, samorealizacja zaś macierzyństwo bywa postrzegane jako przymusowa przerwa w dążeniu do owych celów.

Czyli… znowu ktoś chce tłumaczyć kobietom, czego mają chcieć i do czego służą… ups! Przepraszam! Do czego zostały POWOŁANE.

PS. Zanim znowu ktoś opacznie zrozumie moje słowa – jestem matką dwójki dzieci (planowanych), które są moją chlubą i dumą i bez których nie wyobrażam sobie życia. Nie zmienia to faktu, że uważam macierzyństwo za trudną, pełną wyzwań przygodę, która całkowicie zmieniła moje życie. Czy na lepsze? Nie wiem. Skąd mam wiedzieć, jak wyglądałby moje życie bez dzieci?:)

  • Edmund Pieszak

    Słowa pełne goryczy, rozżalenia na państwo mówiące tylko, jak nie masz kobieto robić, a jak robić, abyś dziecko mogła mieć i spokojnie wychować, już nie, takiego gestu państwo- niby polskie- ci nie da, nie zagwarantuje. I dzieciom też nie, ale dla opasłego Kościoła tak, i owszem, ma. Co to za państwo ?!!- pytam .

    • Iza

      Najbardziej bolesne jest to, że ktoś uzurpuje sobie prawo do informowania kobiety, co powinny robić a nawet chcieć. To żenujące.

  • Krzysztof Gadomski

    Wielce Szanowna Izo.

    (przepraszam za ten konfidencjonalny ton, ale gdzieś przeczytałem, że mamy tu się do siebie zwracać po imieniu)

    Nie zajmę się meritum, bo właściwie w pełni się zgadzam. Ponieważ jednak pałam do Ciebie sympatią – nie tylko wcale z racji naszych nazwisk, które różnią się raptem jedną literą – spieszę z pomocą medyczną. Wykrywam u Ciebie Syndrom T., co przychodzi mi z łatwością, bowiem sam jeszcze nie jestem z tego uleczony. Jestem chyba w schyłkowej fazie, przy czym ja cierpię na mutację TT, czyli dostaję drgawek na sam widok Tomaszka Parafilozofa (tak go nazywałem czasem, aż mnie usunął ). Kuracją nieźle sprawdzającą się u mnie było omijanie wykwitów „myśli” tych państwa, a w drugiej kolejności – śmiechoterapia. Spróbuj.
    Nie piszę więcej, bo już czuję pierwsze objawy. Wkleję tylko coś, co napisałem z rok temu, kiedy zdałem sobie sprawę ze swych problemów zdrowotnych. Jest to apel, z jakim zwróciłem się na forum pastafarian. NIKT MI NIE POMÓGŁ!

    POMÓŻCIE MI !!!
    Poszukuję jakiegoś psychiatry, który podpisał Deklarację Wiary. Cierpię na syndrom poterlikowski. Objawia się on naprzemiennymi atakami śmiechu i sraczki. Boję się kumulacji objawów.

    • Iza

      Wielce Szanowny Krzysztofie tfu! tfu! Krzyśku! (jak ktoś tu kazał się zwracać do innych per pan/pani, to raczej tylko do siebie. Ja mam uczulenie więc proszę po imieniu. Współczuję choroby, jakiej nabawiłeś się od/przez państwa T. Ja fizycznie wciąż jestem zdrowa, tylko na psychikę trochę mi pada. Dlatego przez dwie minuty zastanawiałam się, o co chodzi z tym podobieństwem w nazwiskach. Aż w końcu domyśliłam się. Alleluja! Nie jest w takim razie jeszcze ze mną tak źle ale dziękuję za ostrzeżenie:)

  • zdzich

    Przeczytałem kilka artykułów, wiele komentarzy i jeszcze więcej memów dotyczących tej „akcji propagandowej”, i zapomniałem co miałem napisać…. 😉

    • Iza

      hahahaha, dobre:)