space-telescope-561368_960_720

Czy naukowcy zajmują się dowodzeniem nieistnienia? – Cezary Magura

space-telescope-561368_960_720Spotkać się można z poglądem, że w nauce obowiązuje wręcz aksjomat, że nie można dowodzić nieistnienia czegoś. Taka metodologiczna zasada jednak nie obowiązuje. Zwykle gdy tylko owo kwestionowane „coś” zostaje troszeczkę zdefiniowane, natychmiast implikuje ono pewne efekty czy procesy, których istnienie możemy zweryfikować, i przy ich braku, zanegować owo „coś”. Spory kawał historii nauki przebiegł w ten sposób, tzn. zastosowano zasadę: „twój obiekt, ośrodek, czy proces nie istnieje, bo nie widzimy efektów, które implikuje”.

1. Garść przykładów

Kiedy możemy uznać, że nieistnienie zostało udowodnione? Otóż wtedy, gdy brak jest jakichkolwiek powodów istnienia, a jednocześnie stan wiedzy wyklucza możliwość pojawienia się takich powodów w przyszłości. Czyli niestety trzeba spełnić warunek nie tylko konieczny, ale i wystarczający.

Pomimo że taka definicja nieistnienia jest dość surowa/sroga, większość nauki polega i polegała na dowodzeniu nieistnienia obiektów i procesów postulowanych w modelach, które okazały się błędne.

Normalnie wygląda to tak, że zauważamy zjawisko X, które różne grupy badawcze próbują wyjaśnić przy pomocy różnych modeli/wyobrażeń. Z każdym takim modelem wiąże się zestaw postulowanych obiektów i procesów, które – gdy już jest „po wszystkim” – okazują się niebyłe, czy nieistniejące.

Przy czym adwokaci jakiegoś modelu zwykle nie poprzestają na udowadnianiu prawdziwości własnego modelu, ale często próbują zanegować modele konkurencji, nierzadko poprzez wykazanie, że nie istnieją efekty czy procesy implikowane przez te konkurencyjne modele (a zatem i postulowane obiekty, które miałyby wywoływać te procesy, lub brać w nich udział).

Historia nauki zna wiele przykładów, a narzucają się następujące:

 

mars-67522_960_7201. Kanały na Marsie, wypatrzone przez Schiaparellego (obsesja Percivala Lowella i niektórych astronomów). Nawet Alfred Russel Wallace (współodkrywca ewolucji organizmów) wdał się w słuszne i logiczne dowodzenie, że takowe rowy irygacyjne, oraz marsjańscy inżynierowie, którzy je zbudowali, w rzeczywistości nie istnieją. Ostateczny dowód przyniosły znacznie późniejsze bezzałogowe sondy międzyplanetarne.

Takież samo nieistnienie dowiedziono dla wyższych form życia marsjańskiego (typu bujna roślinność etc.)

2. Eter – gdyby światło miało być falą propagującą się w takowym ośrodku, ruch Ziemi względem eteru powinien zmieniać mierzoną prędkość światła (powinniśmy czuć „wiatr eteru”). W pomysłowym eksperymencie interferometrycznym Albert A. Michelson (Amerykanin urodzony w Strzelnie) oraz E. Morley wykazali, że efekt taki nie występuje. Ostatecznie koncepcję eteru zniszczyła szczególna teoria względności (A. Einstein, 1905). Światło okazało się polem energii podróżującej w próżni ze stałą prędkością, a przestrzeń i czas – względna („rozciągliwa”). Elektromagnetyzm i STW okazały się prostsze i spójniejsze (bardziej minimalistyczne w sensie ockhamowskim) od dodatkowego bytu – eteru.

Co prawda eksperyment Michelsona-Morleya miał na celu WYKRYCIE eteru, ale koniec końców okazał się eksperymentem negatywnym, mocno wskazującym na NIEISTNIENIE eteru.

3. Fale grawitacyjne – zanim Andrzej Trautman (którego Marek Abramowicz proponował jako polskiego kandydata do nagrody Nobla) matematycznie wykazał realność fal grawitacyjnych, wielu ludzi w nie wątpiło (włącznie z Einsteinem i promotorem Trautmana – Leopoldem Infeldem), argumentując, że może to być wyłącznie artefakt pewnych procedur matematycznych (cechowania). W tym przypadku takowe „dowodzenie nieistnienia” się nie powiodło. Hulse i Taylor w 1974 roku odkryli układ podwójny pulsara z gwiazdą neutronową (PSR B1913+16), którego orbita zacieśnia się wskutek emisji fal grawitacyjnych dokładnie wg przewidywań ogólnej teorii względności. W lutym 2016-go roku LIGO potwierdziło istnienie fal poprzez bezpośrednią detekcję (sygnał GW150914).

Był więc w historii poznawania fal grawitacyjnych etap „istnieją czy nie istnieją”, z wyznawcami obydwu poglądów.

W kosmologii nawet teraz, gdy piszę te słowa, sporo naukowców próbuje wykazać nieistnienie tej czy innej formy materii czy energii:

4. Ciemna materia – zamiast niej niektórzy fizycy preferują nieznaczne, wykrywalne tylko na dużych (galaktycznych) skalach, modyfikacje prawa ciążenia Newtona (teoria MOND Milgroma). Osoby takie utrzymują, że ciemna materia nie istnieje (ale chyba są w błędzie, bo MOND ma problem na ekstragalaktycznych skalach; tym niemniej ciągle ma zwolenników).

5. Ciemna energia – niektórzy naukowcy pracują nad alternatywnymi interpretacjami stałej kosmologicznej, które nie postulują istnienia ciemnej energii. Polskie Narodowe Centrum Nauki finansuje obecnie co najmniej jeden projekt, który próbuje zanegować istnienie ciemnej energii. W tym ujęciu stała kosmologiczna traktowana jest jako skutek zignorowania efektów relatywistycznych w procesach formowania niejednorodnej struktury Wszechświata.

Oczywiście „dowodzenie nieistnienia” przebiega w tym wypadku (jak i w wielu innych) w postaci interpretacji zjawiska (pomiaru niezerowej stałej kosmologicznej) przy pomocy innej prostszej teorii, która nie potrzebuje dodatkowego bytu (ciemnej energii).

6. Geocentryczny Wszechświat – wykazano, że nie istnieje (Arystarch, Kopernik, NASA).

7. Vis vitalis, tj. siła życiowa – nie istnieje również (biochemia).

8. Stworzyciel mrówki, małpy, tygrysa i człowieka – nie istnieje (Darwin).

10. Tachiony – hipotetyczne cząstki szybsze od światła. Dowiedziono na gruncie STW, że ich istnienie implikuje liczne (i absurdalne) sprzeczności i paradoksy.

11. Probabilistyczny indeterminizm – Einstein wielokrotnie próbował udowodnić Nielsowi Bohrowi, że nie istnieje probabilistyczny indeterminizm przyrody w skali mikro (tzn. że nie jesteśmy skazani na probabilizm mechaniki kwantowej). Polegało to na tym, że przedstawiał Bohrowi bardzo zmyślnie zaprojektowane eksperymenty myślowe, które z pozoru niwelowały czy obchodziły kwantową „nieokreśloność” (nieoznaczoność). Niesamowity Bohr zawsze udowadniał, że Einstein się myli.

time-machine-1783891_960_72012. Perpetuum mobile. Fizycy dowiedli, że maszyny takie nie istnieją i stały się one domeną pseudonauki (są sprzeczne z pierwszą lub drugą zasadą termodynamiki). Jeśli np. położyłbyś czytelniku na biurku fizyka swój projekt takiej maszyny, twierdząc, że zbudowałeś działający egzemplarz, który stoi w twoim warsztacie, to taki fizyk bez trudu wskazałby słaby punkt twojego projektu. Usłyszałbyś: „pan kłamie – pańska maszyna nie istnieje, ponieważ nie może ona działać z takiego a takiego powodu”. Wielu pomysłowych wynalazców proponowało różne modele perpetuum mobile (włącznie z Leonardo da Vinci) i wszystkie one zostały skrupulatnie zdemaskowane przez fizyków, inżynierów i innych krytycznie myślących wynalazców.

W dzisiejszych gimnazjach, liceach, na kółkach, konkursach fizycznych, itp, uczniowie czasami otrzymują zadanie: „Wykaż, że przedstawione na rysunku perpetuum mobile nie może działać” (tzn. działające urządzenie tego typu nie istnieje).

13. Przypadek, który dostarcza zwykle przykładów na fiasko „dowodów” nieistnienia. Chodzi o niezwykle ważny dla nauki problem istnienia (lub nieistnienia) METODY poznania czy zrozumienia danego obiektu czy zjawiska (czy istnieje jakikolwiek sposób sprawdzenia czy …). Co prawda niby pytamy tu o istnienie, ale lękamy się negatywnej odpowiedzi, czyli nieistnienia metody badawczej.

Klasyczny przykład to filozof Auguste Comte, który w 1844 roku próbował ustalić jakiej wiedzy nigdy nie zdobędziemy (a więc wskazywał obiekty i zjawiska, dla których poznania nie ma i nie będzie metody). Za dobry przykład uznał skład odległych gwiazd i planet. Utrzymywał, że nie poznamy go nigdy, bo nigdy nie dostąpimy szansy bezpośredniego badania tych obiektów. Jednak już trzy lata po jego śmierci odkryto, że skład chemiczny gwiazd można poznać przy pomocy spektroskopu. Po następnych trzech latach (1863) W. Huggins wykazał, że gwiazdy zbudowane są ze zwyczajnych ziemskich pierwiastków. Okazało się więc, że metoda istnieje.

14. Czarne dziury. Obecnie dowiedziono już istnienia różnych rodzajów czarnych dziur (o bardzo różnych masach), ale sir Eddington argumentował za ich nieistnieniem (grając niezbyt czysto w sporze z Chandasekharem).

15. Cieplik i flogiston – udowodniono, że nie istnieją (cieplik – niezniszczalny i nieważki fluid/substancja ciepła; flogiston – substancja występująca w ciałach palnych, odpowiedzialna za spalanie). Teoria cieplika nie dawała sobie rady z niektórymi empirycznymi ilościowymi prawami zjawisk cieplnych. Nie tłumaczy też ruchów Browna. Teorię cieplika zastąpiła kinetyczna teoria gazów oraz zasada zachowania energii, czy ogólniej – współczesna termodynamika. Zaś współczesna chemia pozbawiła racji bytu teorię flogistonu.

Podsumujmy ten rozdział: Podane przykłady wpadają pod różne kategorie „dowodu nieistnienia”. Większość polega po prostu na odkryciu lepszej interpretacji, która NIE WYMAGA istnienia kwestionowanego obiektu. Owa „lepszość” to niesprzeczność z obserwacjami i większa prostota w sensie ockhamowskim (William Ockham w XIV w. sformułował zasadę, że należy wyjaśniać zjawiska w możliwie jak najprostszy sposób, bez zbędnych komplikacji). Czasami teoria, która obywa się bez „kwestionowanego obiektu” jest raczej skomplikowana (np.: elektromagnetyzm plus STW versus eter) ale wyjaśnia takie multum procesów, że wypiera model prostszy a mało użyteczny/skuteczny.

W przypadku kanałów marsjańskich dowód nieistnienia przebiegł bezpośrednią metodą „polećmy i zobaczmy z bliska”. Ale jest oczywiście różnica pomiędzy lokalnymi i dobrze zdefiniowanymi rowami irygacyjnymi, a np. taką ciemną energią, rzekomo wszechobecną i słabo zdefiniowaną.

Metoda „dowiodę, że postulowany przez ciebie obiekt czy proces nie istnieje / nie zachodzi” jest chętnie stosowana w nauce, o ile tylko jest możliwość użycia takiej metody. Rzadko jednak dowód udaje się przeprowadzić równie celnym ciosem jak w przypadku marsjańskich inżynierów od nawadniania. Częściej dowodzenie nieistnienia polega na wysuwaniu lepszych interpretacji, wskazywaniu błędów w teoretycznych rachunkach, oraz przeprowadzaniu eksperymentów, w których nie widać objawów istnienia postulowanego bytu.

2. Absolutne nieistnienie na wieki wieków amen?

Ciekawe jest pytanie o to, KIEDY możemy być w 100 procentach pewni, że dany byt został na wieki, w sposób absolutny unicestwiony.

Historia nauki uczy nas, że całkowite unicestwienie domniemanego bytu jest możliwe, ale należy być tu bardzo ostrożnym. Klasycznym kontrprzykładem jest historia stałej kosmologicznej (Lambda), którą Einstein, pewnie sugerując się spokojnym widokiem nocnego nieba, wprowadził aby uzyskać statyczność Wszechświata. Bez owej stałej jego równania implikowały Wszechświat dynamiczny (mowa o równaniach OTW użytych do opisu dynamiki jednorodnego Wszechświata jako całości). Krótko po tym Edwin Hubble odkrył ucieczkę galaktyk, ku rozczarowaniu Einsteina, który gdyby nie wprowadził „Lambdy” przewidziałby ekspansję matematycznie (określił to „największą gafą swojego życia”). Ale nie był to koniec historii, bo późniejsze obserwacje supernowych (w latach 90-tych) dowiodły, że pomimo ekspansji, stała kosmologiczna (interpretowana najczęściej jako rezultat istnienia „ciemnej energii”) jest jednak niezerowa. Ciągle nie jest to koniec historii, ponieważ część naukowców próbuje udowodnić, że „ciemna energia” to zupełnie chybiona interpretacja niezerowej Lambdy. Idea niezerowej stałej kosmologicznej (a obecnie jej interpretacji w postaci ciemnej energii) zmartwychwstaje więc i umiera w skali czasowej rzędu kilkudziesięciu lat.

Istniały jednak byty/idee, których istnienie wykluczono ze stuprocentową pewnością. Takie rzeczy jak planetarne epicykle i deferenty, cieplik czy marsjańskie rowy nawadniające, zostały wykluczone z bezczelnie całkowitą, absolutną pewnością i nigdy nie zmartwychwstaną.

Cieplik jest tutaj ciekawym przykładem, z uwagi na jego „boskie” przymioty, miałby to bowiem być tajemniczy, nieważki i najwidoczniej bezpośrednio niewykrywalny fluid, którego przepływ odpowiedzialny jest za  zmiany temperatury. Przy wyjaśnianiu zjawisk cieplnych ten cieplik początkowo działał, ale w ograniczonym zakresie zastosowań. Szybko zaczęły się dlań schody i problemy. Wprowadzono więc wspomniany rój mrowiących się atomów/cząsteczek, rozwinięto kinetyczną teorię gazów, odkryto parę fizycznych praw i okazało się, że bez cieplika wszystko zaczyna składać się w sensowną całość, tzn. schody/problemy znikają, a teoria pędzących cząsteczek pięknie tłumaczy obserwacje. Cieplik został uznany za fatalny, nietrafiony pomysł; za nierealny, tzn. nieistniejący obiekt. Już na tym etapie zmartwychwstanie cieplika było całkowicie niemożliwe i nikt nie miał co do tego wątpliwości. Ale gdyby ktoś jeszcze wówczas wątpił, to „na dokładkę”, w słynnym „roku cudów” (1905) Einstein pokazał metodami statystyki matematycznej, że uderzenia cząsteczek wody pięknie tłumaczą dziwaczne podskakiwanie kwiatowych pyłków w wodnej zawiesinie (ruchy Browna).

Dzięki trudom pionierów termodynamiki okazało się więc, że de facto nie mamy do czynienia z ciągłym i nieważkim „fluidem ciepła”, tylko z dyskretną (policzalną) kolekcją ważkich cząsteczek w ustawicznym, chaotycznym ruchu, a zmiany temperatury to zmiany wigoru tychże ruchów (ich prędkości).

Cieplik odszedł więc w absolutny i nieodwracalny niebyt, pomimo że nikomu nie udało się udowodnić, że nie ukrywa się np. w jakimś jabłku, w jakiejś kuli bilardowej, w meteorycie, czy w mysiej dziurze. Pomimo braku takowej „negacji bezpośredniej” wiemy z całkowitą pewnością, że cieplik nie istnieje. A jako że pośmiertny los naszych tyłków nie zależy od istnienia cieplika, nikt, żaden naukowiec nie promuje jego istnienia; cieplik nie ma fanklubów, wyznawców, na żadnych procesjach nikt nie obnosi ukwieconego portretu cieplika w złotych ramach.

creator-602533_960_720Nasuwa się tu analogia z dowodzeniem nieistnienia Boga – stwórcy gatunków (boga jako sprawcy ewolucji i specjacji). Tak samo jak cieplik, również i Bóg natrafił na sprzeczności z obserwacjami empirycznymi: zbędne lub kiepsko zaprojektowane narządy, drastyczne deformacje chorych płodów i ogólna drapieżność czy perfidia życia. Tutaj również nikt nie potrzebował zabierać się za udowadnianie, że lewitujący w niebiosach starzec, który ręcznie rozdziela gatunki, nie istnieje. Zamiast tego wymyślono prosty w swej istocie proces doboru naturalnego. Właśnie jak nazwa wskazuje – „naturalnego”, czyli zachodzącego samoistnie w warunkach ziemskiego środowiska. Bóg – stwórca rzekomo „doskonałych” żywych stworzeń, odszedł w ten sposób w niebyt.

W przypadku Boga jednak, pośmiertny los naszych tyłeczków miałby rzekomo zależeć od jego istnienia. Dlatego dowód nieistnienia boga – kreatora gatunków, jakże podobny w swej formie do dowodu nieistnienia cieplika, jest ignorowany przez wielu ludzi. Bóg ciągle ma wielu wyznawców zrzeszonych w wielu fanklubach. Mawiają oni: „Że niby Darwin? Przecież nikt nie dowiódł nieistnienia! Bóg może chować się w gęstwinie Big Bangu, bo potrafi wszystko. Że niby surwiwalowy dobór PRZYPADKOWYCH mutacji? Phi, Bóg robi to wszystko tak, że wygląda na przypadkowe i naturalne.”

Widać więc tutaj dramatyczne nierównouprawnienie dwóch podobnych w swej formie dowodów nieistnienia: czyż bowiem ktoś argumentuje, że cieplik jednak istnieje, tylko działa w tak przemyślny sposób, że objawia się nam jako zwodnicza kolekcja ruchliwych cząsteczek? Ano nie – taki argument uznajemy za nieprzyzwoity i nieakceptowalny.

Dla Boga jednak obniża się standardy logiki, utrzymując, że nic się nie stało, że ciągle nikt niczego istotnego nie udowodnił w sprawie jego nieistnienia. Dla Boga rezygnuje się z uczciwości myślenia. Porzuca się dla niego regułę, że „za danym rozumowaniem musimy iść, dokądkolwiek nas zaprowadzi”. Z chęci pośmiertnego zysku dajemy biedakowi fory, których nie dajemy cieplikowi. A nie dajemy ich cieplikowi, bo są granice kompromitacji w „naginaniu kolanem” modelu do rzeczywistości. Nawet swojego ulubionego modelu. Dla Boga jednak – pal licho przyzwoitość, uczciwość czy kompromitację. W obliczu znacznych spodziewanych zysków, nie po raz pierwszy Homo sapiens odkłada uczciwość na bok.

Jak dowodzi historia cieplika, definitywne unicestwienie postulowanego bytu jest możliwe, ale tylko wtedy gdy empiryczne świadectwa nieistnienia nie są intencjonalnie lekceważone. Niezmordowane naginanie modelu do dowolnych faktów nie świadczy o niekompletności dowodu – świadczy raczej o nieuczciwości adwokatów istnienia. Myśleć uczciwie jest niebezpiecznie, jeśli żyć chcesz wiecznie.

3. Kryterium nieistnienia

Napisałem powyżej, że nieistnienie można uznać za dowiedzione wtedy, gdy brak jest jakichkolwiek powodów istnienia, a jednocześnie stan wiedzy wyklucza możliwość pojawienia się takich powodów w przyszłości.

Filozof jednak może tu zauważyć, że „brak potrzeby istnienia” nie jest „dowodem nieistnienia”.

Co więcej, gdy dotknę ręką gorącego przedmiotu, czuję jak ciepło „przelewa się” na moją rękę. Pomimo pojawienia się współczesnej termodynamiki, ciągle posiadam więc swój staroświecki powód, żeby postulować istnienie cieplika. Owszem, kinetyczna teoria płynów jest lepszym modelem, ale moja stara, oryginalna przyczyna istnienia cieplika wcale nie zniknęła.

Widać więc, że „brak powodów istnienia” to nie cała historia. To, co naprawdę unicestwiło cieplika, to inny postulowany byt – kolekcja ruchliwych cząsteczek. Zarówno dla cieplika, jak i cząsteczek potrafię podać „potrzebę istnienia”, a jednak wiem, że cieplik to bzdura. Ruchliwe cząsteczki wyjaśniają znacznie szerszą klasę zjawisk. Potrafią wyjaśnić wszystko to co cieplik, i o wiele więcej. Są więc ockhamowsko znacznie skuteczniejsze. I w przeciwieństwie do cieplika nie są sprzeczne z niektórymi obserwacjami.

Istotny jest więc aspekt ZASTĄPIENIA zanegowanego bytu innym, lepszym bytem.

Ot – po prostu cząsteczki opisują świat lepiej, ale czyż nie jest to zbyt słaba przewaga nad cieplikiem?

Wiemy, że jest to przewaga wystarczająca, ponieważ nasz stopień zrozumienia zjawisk cieplnych wyklucza niecząsteczkową interpretację cieplikową. Niczym współczesne zrozumienie kształtu Ziemi, które wyklucza jej płaskość.

Tym co unicestwia domniemane byty, jest więc dostatecznie głęboki poziom zrozumienia zjawisk natury. Gdzie przebiega ten poziom? Na jakiej głębokości pojmowania?

Nie wiem, czy na to pytanie istnieje „odpowiedź ogólnego zastosowania”, ale przypadek cieplika, perpetuum mobile i inne pokazują, że stan taki ludzkość potrafiła niejednokrotnie osiągnąć.

A jak to jest z „naszym Panem, stworzycielem nieba i ziemi, wszystkich rzeczy widzialnych i niewidzialnych”? Słyszy się powracające desperackie głosy, że darwinizm przecie nie dowodzi nieistnienia Boga, a zaledwie odsuwa jego sprawczą działalność w czasie, gdzieś w okolice Big Bangu. Nie jest to oczywiście prawdą, bowiem darwinizm, wsparty astrofizyką i kosmologią, diametralnie zmienia przedmiot stworzenia: nie jest nim już „na podobieństwo” stworzony człowiek, a ekspandująca, supergęsta i gorąca zupa kwarkowo-gluonowej plazmy. bison-1801981_960_720Swoim chaotycznym nieuporządkowaniem taka zupa bliższa zdaje się być mgle wznoszącej się wieczorem nad stawem, niż naszemu oku, nerce, czy naszej świadomości. A przecież nikt już dzisiaj nie przywołuje bóstw by wyjaśnić jeziorną mgłę. Początkowa osobliwość jest środowiskiem zaiste nieludzkim, i to właśnie z tego nieludzkiego początku wyłaniają się galaktyki, planety, życie i my sami. Błąd! Zakończyłem ostatnie zdanie na Homo sapiens, jakby to miała być jakaś „korona stworzenia”, a przecież ten serial wyświetla się dalej i niewykluczone, że dalsze odcinki będą równie nieludzkie jak początki. Uznając ten kwarkowo-gluonowy wrzątek za naszą „pramatkę”, dochodzimy do wniosku, że jesteśmy zdecydowanie „na niepodobieństwo” stworzeni.

W całej tej gigantycznej historii, nigdzie nie widać poszlak do wprowadzenia Boga na scenę – wprost przeciwnie: świetnie działają naturalne wyjaśnienia. Co więcej, wprowadzając Boga dla poprawy samopoczucia, spada na nas lawina problemów takich, jak np. „dlaczego ten facet tak spieprzył robotę?”, „dlaczego się tak nad nami znęca?” Ale zaraz – jaki „facet” w czasach Big Bang? Przecież człowieczeństwo jest WYNIKIEM długiej ewolucji, a nie jej przyczyną. Widzimy tu „zgodność” chronologiczno-faktologiczną, która dorównuje „zgodności” cieplika z ruchami Browna.

Rozstrzygając istnienie Boga, postąpmy równie uczciwie, jak z cieplikiem.

Cezary Magura

…………………………………………………………………..

Autor jest doktorem astrofizyki.

Artykuł, autorstwa Cezarego Magury, został zamieszczony przez Alverta Janna. Zgodnie z praktyką przyjętą na portalu polskiateista.pl, artykuły autorów nie posiadających uprawnień do samodzielnego zamieszczania tekstów, może zamieścić osoba posiadająca takie uprawnienia. 

…………………………………………………………………………………………………..

  • Zbigniew Woźniak

    Już to kiedyś na tym forum pisałem ale chyba warto przypomnieć:

    Zawsze dowodzimy istnienia, nawet wtedy, gdy hipoteza jest wypowiedziana w formie przeciwstawnej. Bo każde tego typu zdanie da się wypowiedzieć na dwa sposoby:
    (1) czy istnieje lub
    (2) czy (to samo) nie istnieje.

    I tak badanie będzie miało ten sam przebieg a ustalać będziemy, czy to coś istnieje. I tak wynik będzie identyczny. Więc niech nam nikt nie wmawia, że nieistnienia się dowodzi.

  • Zbigniew Woźniak

    Przeczytałem dotychczasowe odpowiedzi ale nie znalazłem w nich tego, co najważniejsze – spojrzenia na całą sprawę poprzez właściwe sformułowanie definicji a potem precyzyjne odnoszenie się do nich. Opowiem, jak ja to widzę.

    Najpierw ogólne zasady, które dotyczą nie tylko matematyki ale wszystkiego, także tego, co dzieje się w naszych umysłach, gdy te umysły próbują opisać rzeczywistość.

    Na początku są aksjomaty. Z nich wynika teoria. W teorii nic nie dzieje się bez aksjomatów. W tym sensie żadnych istnień nie trzeba dowodzić. One są prawdą o tyle, o ile to wynika z logiki takiego systemu. I nasze, ludzkie rozważanie, co jest prawdą dla takiej teorii, nie ma dla tej teorii żadnego znaczenia. Czy my coś poznamy, czy udowodnimy, to ma wpływ jedynie dla naszej wiedzy o tej teorii, dla opisu tej teorii w naszym umyśle.

    Jak z tego widać, należy rozróżnić dwa sposoby widzenia teorii. Pierwszy – z wnętrza jej samej. Ten jest ustalony w momencie wypowiedzenia aksjomatów ale my go nie znamy. I drugi – widzenie szczegółów tej teorii przez nas. Nie mamy możliwości „myślenia tą teorią”, widzenia jej jednocześnie i w całości. I dlatego – badając ją, poznając – sprawdzamy, czy prawdziwe są nasze domniemania o szczegółach, które jej dotyczą, które są dopiero hipotezami, i których jeszcze nie odnieśliśmy do aksjomatów tej teorii.

    Żeby nie było wątpliwości to nazwijmy pierwszą możliwość systemem a drugą opisem systemu.

    Opis systemu to jest to, co pojawia się w naszej świadomości. Opis systemu to spis aksjomatów, do których musimy się odnosić oraz wszystko to, co chcemy zweryfikować jako istniejące czyli należące do tego systemu. Każda hipoteza jest na początku w obszarze niewiedzy. Na tym etapie nie ma istnienia wynikającego z niej dla systemu, które mogłoby być skutkiem hipotezy zweryfikowanej dowodem jako prawda. Potem szukamy dowodu. Gdy uda się go przeprowadzić, może pojawić się prawdziwość hipotezy i wynikające z niej istnienie. Nie wcześniej. Brak istnienia trzeba jakoś nazwać. Ten stan to nieistnienie. Dopóki nie ma istnienia, jest stan nieistnienia.

    To, co jest udowodnione przez nas, w naszym „opisie teorii”, to istnieje. To czego w naszym opisie jeszcze nie ma, bez względu na powód tego stanu, to nieistnienie.

    I to jest kluczowy powód, dla którego mówimy, że istnienia się dowodzi a nieistnienia nie dowodzimy. Nie dlatego, bo to nasza fanaberia, ale z prostej przyczyny nazwania dwóch przestrzeni. W jednej są udowodnione przez nas hipotezy i tylko tam są związane z tymi dowodami istnienia. W drugiej, zewnętrznej jest cała reszta nieskończonego zbioru hipotez wraz z tymi, których nikt jeszcze nie wypowiedział, i których stanu w stosunku do systemu nie znamy. Te hipotezy nie zostały włączone do pierwszej przestrzeni, do systemu, nie ma ich tam. Nie ma tam też niczego, co z nich mogłoby wynikać.

    Pamiętajmy, że rozmawiamy o opisie teorii. O naszej wiedzy o niej. A nie o tym, co się w niej samej dzieje. Bo to, co tam się dzieje zależy tylko od jej aksjomatów. Nie mamy na to wpływu. Nasze dowodzenie czegoś tam o niej nie zmieni stanu takiej teorii.

    W naszej świadomości jest jeszcze jeden opis systemu. Pozornie jest on inny od wspomnianych wcześniej ale w rzeczywistości podlega identycznym regułom. Jest to opis świata. Trzeba go nazywać opisem, ponieważ cała wiedza o nim jest interpretacją. Najpierw docierają do nas surowe bodźce, które „opracowuje” bez świadomej kontroli nasz mózg (np. pokazuje nam odbicie w lustrze ale nie mówi, że to odbicie, że to fałsz) a potem w języku abstrakcji opisujemy ten system stawiając hipotezy i sprawdzając ich prawdziwość. Z tego wynikają ewentualne istnienia. W niczym nie różni się to od metodyki, którą stosujemy dla systemów z zakresu np. matematyki. Rolę aksjomatów pełnią obserwacje. Do nich się odnosimy.

    W efekcie powstaje opis świata. Ponieważ Wszechświat jest czasoprzestrzenią więc i nasz jego opis ma dwie warstwy. Pierwsza to inwentaryzacja przestrzeni. Rejestrujemy obiekty – ich ilość, stan, cechy itp. Drugi do czas a dokładniej reguły zmienności obiektów – dzięki ich znajomości (prawdziwości, istnieniu w opisie) możemy przewidywać przyszłość. Obie te warstwy badamy poprzez poznawanie aksjomatów (zbieranie informacji o świecie) a potem stawianie hipotez i sprawdzanie, czy są prawdziwe.

    Prawdziwość hipotez skutkuje pojawianiem się w opisie świata istnień. Gdy po czasie okaże się, że prawdziwość naszych niektórych obserwacji uda się zakwestionować, to zmienią się założenia i to, co wcześniej istniało, przestaje istnieć.

    Zauważmy, że w opisywanych wcześniej systemach założenia były zawsze stałe. A jeśli zdarza się inny zestaw założeń to już jest to inny system – a więc i jego opis jest opisem innego systemu. Analogicznie jest w przypadku opisu świata. Inny zestaw obserwacji to też inny opis, więc nic dziwnego, że inne w nim mogą być istnienia.

    Świat realny, źródło informacji, jest stałe, wciąż to samo ale do nas docierają obserwacje w coraz to innym pakiecie, coraz lepiej zweryfikowane. Dzięki temu nasz opis świata jest coraz pełniejszy i bliższy prawdy o tym systemie. Ale błędy wciąż może zawierać, bo tworzymy go na miarę swoich aktualnych możliwości.

    Co ważne to to, że nigdy nie poznamy prawdziwych założeń systemu Wszechświat, gdyż jesteśmy wewnątrz niego, jesteśmy jego częścią. Nie ma takiej logicznej możliwości, by istota wygenerowana przez funkcjonalność systemu, jak my, mogła powiedzieć coś o tym, co jest na zewnątrz, co było praprzyczyną, co było przed jego powstaniem. Przestrzeń i czas to wewnętrzne parametry naszego świata. One nie istnieją dla zewnętrza, tak jak to zewnętrze nie istnieje dla naszego wnętrza. Przestrzeń i czas zależą wyłącznie od niepoznawalnych ostatecznie przez nas pierwotnych założeń świata. Zależą niepodważalnie, absolutnie, niezmiennie.

    Nie mogąc odnieść się do pierwotnych założeń Wszechświata, skazani jesteśmy na zawsze na szukanie na oślep i tworzenie kolejnych wersji opisów. I choćbyśmy odgadli kiedyś Teorię Wszystkiego, to i tak w żaden sposób nie potwierdzimy, że to jest ona właśnie. Może będzie idealnie pasowała ale nie poznamy, czy nie jest lokalnym przypadkiem szczególnym teorii jeszcze ogólniejszej.

    Te ostatnie zdania wyjaśniają, dlaczego nauka o świecie musi być sceptyczna i na zawsze gotowa do odrzucenia wcześniej uznanych przez nas za prawdziwe hipotez i istnień. Tłumaczą, dlaczego nie wolno posługiwać się prawdami absolutnymi, dogmatami.

  • ratus

    Ponieważ artykuł zdaje się być kontynuacją mojej polemiki z Alvertem Jannem, czuję się niejako wywołanym do
    tablicy.

    > Spotkać się można z poglądem, że w nauce obowiązuje wręcz aksjomat, że nie można dowodzić nieistnienia czegoś. Taka metodologiczna zasada jednak nie obowiązuje.

    Ilość poglądów, z którymi „mozna się spotkać”, jest niepoliczalna. Dowodzić można zaś wszystkiego, (również
    nieistnienia) tyle, że „dowodzenie” (proces w toku) nie jest równoznaczne z „udowodnieniem” (procesem zakończonym, zwieńczonym niepodważalnym wynikiem.

    Można też zadekretować, że np. astrofizyków pewne (lub wszystkie) zasady nie obowiązują, co z pewnością ułatwia życie.

    Natomiast zasada – przeprowadzenie dowodu jest obowiązkiem tego, który twierdzi, że „coś jest” – pozwala uniknąć pustej dyskusji z oszołomami, teologami i innymi nawiedzonymi, którzy wzywają do gry na ich terenie, według ich zasad.
    ——————————————————————–

    Przykłady przywołane w twojej wypowiedzi, to rozumowanie takie:

    – Żeglarze okrążyli Ziemię. Tym samym udowodniono „nieistnienie płaskiej Ziemi”

    Prawda? Prawda! Ale ile w niej sensu?

    Rzecz w tym, że popełnia się nadużycie semantyczne. Udowodnienie, że Ziemia jest kulista, nie jest tożsame ze stwierdzeniem „udowodniono nieistnienie płaskiej Ziemi”!

    Już Kant i Russel dali solidne podstawy logiki (Tarski i Goedel bardzo je rozwinęli) i uznali, że „Nie dowodzi się negatywnych zdań egzystencjalnych” Nie to, że nie wolno. Wolno, ale nie dowodzi się – i koniec!”

    Jest faktem, że nie wszyscy naukowcy się z tym zgadzają. (Poincare, Zermelo), ale różnice wynikaja z tak szczegółowych rozważań, że bez specjalistycznej wiedzy nie sposób ich ogarnąć. Często też stosuje się
    rozróżnienie, rozdzielając dowodzenie pojęć (matematyka, filozofia), gdzie „nieistnienie” jest czymś innym, niż w wypadku obiektów realnych, (o których wiedzę czerpiemy z doświadczenia).

    „Smoki – pisał St. Lem – jak wiadomo, nie istnieją, ale każdy z nich nie istnieje w całkiem inny sposób! ” 🙂

    Porzucając żartobliwy przykład, bogowie, smoki i krasnoludki zaliczają się do egzystentów realnych i nie powinni być traktowani jak pojęcia matematyczne – a więc dowodzenie „ich nieistnienia” jest zajęciem jałowym i bezsensownym.

    Dla celów praktycznych w zupełności wystarczy stwierdznie, że z prawdopodobieństwem nieskończenie bliskim pewności bogowie są ludzkim wymysłem – a dowód ich (rzekomego) istnienia jest rzeczą postulatorów.

    A dowodów formalnych ich nieistnienia nie było, nie ma i nie będzie.

    • tatajarek

      Proszę Pana,
      uważam, że jeśli jakaś zasada jest słuszna, to powinna ona obowiązywać
      również fizyków (oraz astrofizyków).
      W artykule podaję przykłady dowodów nieistnienia, które są zarówno
      kompletne, jak i wolne od nadużyć semantycznych. Nie są one również,
      wbrew temu co Pan sugeruje, przykładami typu „Zeglarze okrążyli Ziemię”
      (przynajmniej większość z nich taka nie jest).
      Historyk nauki, którym nie jestem, potrafiłby zapewne podać więcej takich przykładów.

      Czy z tego wynika, że Kant i Russell sie mylą?

      A jeśli się nie mylą, to dlaczego jestem w błędzie?

      Chętnie nauczę się czegoś nowego i podzielę Pańską opinię,
      tylko proszę aby Pan mnie do niej przekonał.
      Dotychczasowe Pańskie argumenty „filozofowie dali solidne podstawy”, „uznali”,
      „nadużycia semantyczne”, „nie sposob ogarnąć” niestety są mało przekonujące,
      bo nijak nie wyjaśniają co jest nie w porządku z dowodem nieistnienia np. cieplika.

      Zwracam też uwagę, że płaskość Ziemi przywołałem tylko jako analogię znacznego
      pogłębienia zrozumienia jakiegoś problemu, natomiast nie przedstawiłem
      jej jako przykład dowiedzionego nieistnienia (patrz lista).

      Uprzejmie proszę o jakiś argument, który sprawi, że uznam, że jest promyk
      nadziei na to, że cieplik jednak istnieje.

      Udzielona przez Pana odpowiedź nie dostarcza takiego argumentu.
      Jest długa, ale – przynajmniej w kwestii kluczowej – pusta.

      • ratus

        Mój tekst nie ma na celu kogokolwiek przekonywać, jest pisany ‚ad hoc’, nie jest wykładem ani wyłożeniem argumentów. Jest przedstawieniem odmiennego stanowiska, z którym mogą się zgodzić – lub nie – czytelnicy tego forum.

        Tak więc, pozostaniemy przy swoich przekonaniach, z tym, że ja jestem gotów przyznać się do „niemania racji”, jeśli wskażesz mi choć jedna pracę naukową, dysertację, lub osobę naukowca, który wsławił się przedstawieniem FORMALNEGO I UZNANEGO dowodu na nieistnienie Boga, Allaha lub choćby Reptilian.

        A co do nieszczęsnego cieplika. Był on przez krótki czas pomysłem, ideą, HIPOTEZĄ, która została porzucona, ponieważ została negatywnie sfalsyfikowana. Dowodzenie „nieistnienia cieplika” ma taki sam sens, jak np. dowodzenie „nieistnienia helowej mgły smoleńskiej”. Takich „rzeczy” które zaistniały tylko w wyobraźni swoich autorów są niepoliczalne ilości. Czy mamy udowadniać nieistnienie każdego artefaktu wymyślonego przez nawiedzone mózgi?

        ——————————

        Nie wiem dokładnie, z kim polemizuję, bo w nagłówku jest fraza „przez Alver Jann”, jako autor podpisany jest doktor astrofizyki Cezary Magura, a teraz karci mnie „tatajarek”, tym niemniej odnoszę wrazenie, że moje wpisy są czytane bez zrozumienia.

        Czy ja gdziekolwiek sugeruję, że ISTNIEJE cieplik, flogiston, któryś z tysiąca bogów, czy jakikolwiek podmiot, którego „nieistnienie udowodniono”?

        Czy ja twierdzę, że Russel się myli, skoro własnie jego teoremat; „Nie dowodzi się negatywnych zdań egzystencjalnych” – przywołuję?

        Ja twierdzę, że przykłady nieistnienia, to nie są DOWODY nieistnienia – to sa wnioski, słuszne i prawdziwe, będące skutkami ubocznymi prowadzonych badań, ale nie są tych badań głównym celem.

        Dalsza polemikę z osobami, które nie odróżniają zwrotu „uznane za udowodnione” od „formalnie udowodnione” – uważam za bezcelową.

        • tatajarek

          „z tym, że ja jestem gotów przyznać się do „niemania racji”, jeśli wskażesz
          mi choć jedna pracę naukową, dysertację, lub osobę naukowca,
          który wsławił się przedstawieniem FORMALNEGO I UZNANEGO
          dowodu na nieistnienie Boga, Allaha lub choćby Reptilian.”

          Zacznę od tego, że całkiem możliwe, że nie wiem co to jest „dowód formalny”.

          Jeśli fakty wykluczają istnienie domniemanego bytu, to jest to dowód formalny czy nie jest?
          Czymże „falsyfikacja bedąca skutkiem ubocznym prowadzonych badań” ustępuje „dowodowi formalnemu”, jeśli ta pierwsza jest definitywna (kompletna)?
          Cieplik umarł i nic go nie wskrzesi. Umarł praktycznie, formalnie i na amen.

          Zastanawiam się jeszcze, czy przypadkiem Pan mnie sofistycznie nie wkręca,
          sugerując „nadużycie językowe” płaskiej Ziemi.

          Przecież ta Ziemia to była płaska tafla unosząca się na wodzie (np. u
          Talesa), tudzież wsparta na jakichś żółwiach czy słoniach, zbudowana
          głównie z „żywiołu ziemi”.

          Czyż nie zostało udowodnione, formalnie, praktycznie i na każdy inny
          możliwy do pomyślenia sposób, że obiekt o takich charakterystykach nie
          istnieje?

          Czepianie się atrybutów bytu (w tym przypadku płaskości)
          jest bardzo wygodne dla kogoś, kto twierdzi, że nie da się udowodnić
          nieistnienia, bo im mniej cech – tym trudniejszy dowód.
          Przy całkowitym braku cech, lub ich nieskończonej „płynności” (patrz Bóg),
          chętnie sie zgodzę, że nie da się udowodnić nieistnienia.

          Co do przykładów dowodów nieistnienia Boga przychodzą mi do głowy dwa, które dotyczą
          Boga o explicite określonych cechach:

          Epikur udowodnił nieistnienie Boga, poprzez wskazanie sprzeczności jego atrybutów
          z obserwacjami jego „dzieła”.

          Darwin udowodnił nieistnienie Boga-stwórcy gatunków, poprzez znalezienie prostego „martwego” mechanizmu ich pojawiania się. W czasach przeddarwinowskich „doskonałe” dopasowanie
          organizmów do warunków środowiska (w tym odczuwanie naszej sprytnej świadomości, czyli „duszy”)
          było podstawowym (jedynym?) argumentem postulowania boga. Dzisiaj wiemy, że
          prędkość geparda oraz aktywność psychiczna naszego mózgu ma pochodzenie naturalne.
          Nawet wiecej: darwinizm wyklucza nie tylko osobowego Boga-stwórcę gatunków, ale wręcz jakąkolwiek
          inteligentną, „projektującą” przyczynę życia. Życie w swojej istocie jest procesem całkowicie martwym
          (polega na replikowaniu pewnej instrukcji chemicznej – ot zwierzaki kopulują i pożerają sie nawzajem, ze szczyptą emocji, uczuć i świadomości jako produktem ubocznym). Nie widać już na swiecie
          żadnego elementu, który wymagałby nawet wprowadzania na scenę postaci Boga,
          nie wspominając o konieczności jego udowadniania. Tak jak z cieplikiem – jakiekolwiek powody jego istnienia znikły ludzkości z oczu, zostały zastąpione przez „lepszy model”. Nie ma już racjonalnych
          powodów, by podtrzymywać koncepcję Boga. Za „dowód nieistnienia” uznaję więc tutaj zanik
          powodów istnienia i zastąpienie koncepcji człowieczego stworzyciela lepszym modelem.

          Oczywiście wiadome grupy interesów (w błazeńskich czapach) stosownie przedefiniowały
          boga tak zeby mógł sobie jeszcze wegetować gdzieś w okolicach Big Bang (i podszywać się
          pod przypadek w mutacjach), ale czyż nie jest to już inny byt, o innych atrybutach?
          Cechy inne, a nazwa ta sama – czyż nie jest to właśnie „naduzycie lingwistyczne”?
          Dlaczego takiej redefinicji nie zastosowalismy wobec cieplika?

          • Alvert Jann

            W odpowiedzi Ratusowi coś dorzucę: Dowody formalne to są w matematyce, która jest nauką o operacjach na symbolach. Nie ma co sobie zawracać głowy „dowodami formalnymi”, gdy mówimy o ewolucji, wielkim wybuchy czy bogu. Wymaganie „dowodu formalnego” jest w takich wypadkach absurdem. Np. to, że mamy ewolucję biologiczną, dowiedziono za pomocą obfitego i wiarygodnego materiału, bo tak własnie dowodzi się twierdzeń, gdy w grę wchodzą nie operacje na symbolach, a jakaś rzeczywistość; nie idzie tu o żaden dowód formalny, bo to nie matematyka. A dziś fakt ewolucji uznaje także Kościół, chociaż dodaje swoje trzy grosze, że Bóg w toku ewolucji tchnął duszę w człowieka, co jest pozbawione jakichkolwiek wiarygodnych uzasadnień.
            Co do boga, nic nie wskazuje, że istnieje w rzeczywistości. Wszystko wskazuje, że to postać/pojęcie ze starożytnych mitologii, modyfikowane następnie w kolejnych epokach. W przypadku boga całkowicie zgadzam się z Cezarym Magurą: „nie o brak dowodu tu idzie, ale o nieprzyjmowanie dowodu do wiadomości” i – dodam – wysuwanie jakiegoś absurdalnego w tym wypadku wymogu przeprowadzenia dowodu formalnego.