heart-239667_1920

Ale o co chodzi z tymi Dniami Ateizmu?

Wstęp konieczny. Jest to mój blog i za wszystko, co na nim piszę, tylko ja ponoszę odpowiedzialność. Niezmiernie rzadko publikujemy coś jako redakcja. Wówczas taki tekst jest umieszczany na portalu poza blogami i wyraźnie informujemy w nim, że jest to stanowisko redakcji.

Po publikacji oficjalnego stanowiska Koalicji Ateistycznej zrobiło się małe zamieszanie. Okazuje się, że pytania wciąż się mnożą. A ja doszłam do wniosku, że mój blog ma świetną nazwę: „Ale o co chodzi?” To tak na marginesie. Pędzę w sukurs i już wszystko tłumaczę.

Tak, tak, nasze drogie środowisko ateistyczne! Okazuje się, że ateistów się nam tak namnożyło od zeszłego roku, że w tym roku jedna impreza wszystkich nie pomieści. Tylko się cieszyć.

Dni Ateizmu 2016 organizuje Koalicja Ateistyczna. Program znajduje się TUTAJ.

Dni Ateizmu 2016 organizuje Fundacja im. Kazimierza Łyszczyńskiego. Program znajduje się TUTAJ.

Ja też myślałam, że obie te organizacje promują jedną imprezę, do czasu, kiedy w końcu przyjrzałam się programom. Jedna z organizacji zapewniała, że dojdzie do porozumienia, dla dobra środowiska. Druga organizacja nie czuła chyba takiej potrzeby lub uznała, że nie da się dogadać, w trosce oczywiście o dobro środowiska. (Swoją drogą, to ciekawe, o co ta cała wojenka? Znając Polaków i polskie zwyczaje, mogło pójść nawet o miedzę). W końcu swoim oficjalnym stanowiskiem KA postawiła kropkę nad i. Odpowiedź Fundacji ją dobiła. Nie Koalicję, tylko kropkę, mam przynajmniej taką nadzieję. W każdym razie środowisko, dla którego to wszystko się podobno dzieje, ma nie lada kłopot. Szczególnie że obie imprezy odbywają się w tym samym czasie! A dlaczego w tym samym czasie? Czort jeden wie! Przecież nikogo nie będę oskarżała o złośliwość, o chęć zagarnięcia tylko dla siebie imprezy, która powinna być świętem wszystkich ateistów, o małostkowość, o zawiść, o bezmyślność…. Nigdy w życiu!

Mnie najbardziej przeraziło to, że jest wielu zaproszonych gości. I tak sobie pomyślałam, że może podczas inscenizacji ścięcia Łyszczyńskiego, zamiast odgrywać teatr i udawać kaźń patrona Fundacji, wezmą sobie tych gości i poprzecinają na pół? Ulżyło mi, kiedy się zorientowałam, że goście też są podwójni, tzn. nie sklonowani, tylko na jedne Dni Ateizmu przyjeżdżają jedni, na drugie Dni Ateizmu przyjeżdżają drudzy. Jatki na Starówce nie będzie.

Chociaż, kto wie? Jest szansa, że obie te imprezy się spotkają. Fundacja ogłasza, że weźmie udział w marszu i rekonstrukcji historycznej kaźni Łyszczyńskiego. Będzie na miejscu zbiórki o 11. O 13.30 przewiduje przerwę na obiad. KA chwali się, że jest organizatorem Marszu Ateistów, który zaczyna się o 12.00 i trwać będzie do 14.00. Z ustnego przekazu osoby z Fundacji wiem, że to będzie jeden marsz. Ale, żeby tak przychodzić godzinę wcześniej? Swoich chcą policzyć? Zając lepsze strategicznie miejsca? Dojdą do połowy i pójdą się posilić? Może lepsze miejsca w knajpach chcą zająć? W końcu ateistów będzie wielu, bo przecież dwie imprezy… A co z tym biednym Łyszczyńskim, który ścinany jest na samym końcu? Nie zobaczą, kto w tym roku będzie odgrywał ich patrona?

Ok, może to zwykłe niedopatrzenie, niedogadanie nawet co do godzin Marszu. W każdym razie podobno tylko tu dojdzie do spotkania. I taka mała prośba. Jak już komuś przyjdzie do głowy, w ramach tego podziału środowiska (oczywiście dokonanego w trosce o to środowisko) potraktować to spotkanie dwóch organizacji na jednym marszu, jako ustawki kiboli, to niech wczuje się w rolę, i choć broń niech będzie dobrana do epoki, z której pochodził Łyszczyński. Kije bejsbolowe nie wchodzą w grę.

Kto nigdy nie był na Marszu Ateistów, ten może nie wie, że kończy go właśnie scena ścięcia Kazimierza Łyszczyńskiego. Wciela się w niego znana i uznana w środowisku (jeszcze raz powtórzę to słowo, to sama się zetnę) osoba. W zeszłym roku była to skromna, ale jakże odważna, pewna swoich przekonań Grażyna Juszczyk, „ścięta” przez swoje nieateistyczne środowisko (słowo środowisko użyłam wobec osób wierzących, w związku z tym nie liczy się) za zdjęcie krzyża w pokoju nauczycielskim. A w tym roku…

W tym roku to ja mam pomysł na Łyszczyńskiego. Proponuję siebie! Spokojnie! Wiem, że nieznana i nieuznana, ale chętnie przebiorę się w szaty z XVII w., na głowę włożę kominiarkę z XXI w., a na czole przykleję sobie kartkę: „Ateizm – 2 kwietnia 2016”. Jest mi obojętne, kto będzie katem.

Jak dokonać wyboru, na którą imprezę się wybrać? O tym następnym razem.

PS. Nie uwierzycie, ale nadal marzę o tym, abyśmy wszyscy jednak zasiedli przy jednym stole – oczywiście dla dobra środowiska. 

 

tatry-1034768_1920

Dni Ateizmu 2016 nadchodzą :-)

Nadchodzą Dni Ateizmu 2016! Rok temu zdałam naprędce relację z Marszu Ateistów. Tekst TUTAJ. Pamiętam, jak wielu ludzi pisało: „żałuję, że mnie nie było, będę w przyszłym roku”. Mam dla Was drodzy Czytacze złe wieści. Ja to sprawdzę, bo na tegorocznym Marszu będę również 🙂 Jeśli ktoś się obawia o swoje zdrowie czy życie, to przypominam, że wówczas byłam z dwójką dzieci. Nie tylko przeżyliśmy, nie tylko włos nam z głowy nie spadł, to jeszcze jedno z moich dzieci poruszone inscenizacją zorganizowaną przez Koalicję Ateistyczną i Fundację im. Kazimierza Łyszczyńskiego, w której główną rolę odgrywała cudowna Grażyna Juszczyk, postanowiło zaangażować się w ruch ateistyczny i zawalczyło we własnej szkole o zdjęcie krzyży. Wówczas pierwszy raz w swoim życiu wzięło do ręki Konstytucję, aby sprawdzić swoje prawa! Wiem, chwalę się tym już nie pierwszy raz 🙂

Dni Ateizmu to nie tylko Marsz, chociaż on wydaje mi się najbardziej wymowny. Nie trudno jest siedzieć wśród swoich w zamkniętych pomieszczeniach, słuchać, zadawać pytania, rozmawiać, wymieniać się informacjami i poklepywać się po plecach. Trudno jest podnieść przyłbice i przejść się ulicami Warszawy, aby pokazać, że jesteśmy, żyjemy i mamy się dobrze z naszą niewiarą. Trudno tylko w naszych głowach i tylko na początku. Tak naprawdę jest to niesamowite przeżycie. Jest radość, uśmiech, silne poczucie więzi i duże, życzliwe zainteresowanie gapiów :-). Nawet krótka obecność na Marszu prawdziwych bohaterów XXI w. (jak ich określono na Jasnej Górze), czyli kiboli, była zabawna. Chłopcy jak dęby, głośno obwieszczali, że Jezus jest królem Polski, jednak potulni byli, jak baranki na widok tylu uśmiechniętych kobiet i dzieci z balonikami, na których widniał napis: „Nie zabijam, nie kradnę, nie wierzę” – hasło znane z bilbordów, za które należy podziękować Fundacji Wolność od Religii. Dość o tym. Ufam, że w tym roku każdy z Was przekona się na własnej skórze, jak to jest i pod moją relacją z Marszu będziecie pisać: „o tak! Było cudownie! Nie mogę się doczekać kolejnego Marszu.”

A teraz o Dniach Ateizmu 2016. Nasze święto odbędzie się w dniach 1 – 4 kwietnia. Organizatorami są Fundacja im. Kazimierza Łyszczyńskiego i Koalicja Ateistyczna. Po informacje zapraszam na stronę fundacji TUTAJ lub na stronę na fb TUTAJ. Szczegółowy program cały czas jest ustalany, może więc ulegać zmianie. Zapewniam, że organizatorzy dwoją się i troją, żeby te dni były wyjątkowe. Planowane są pokazy filmów, panele, debaty, spotkania ze znanymi osobami. 2 kwietnia to dzień najważniejszy. W południe odbędzie się Marsz Ateistów, wieczorem Bankiet, na którym zostanie ogłoszony wynik konkursu na Ateistę Roku. Wyboru dokona kapituła, w skład której wchodzą:

1. Prof. Jan Hartman, Laureat Tytułu Ateisty Roku 2014,
2. Red. Jerzy Urban, Laureat Tytułu Ateisty Roku 2015,
3. Prof. Ewa Bartnik, Uniwersytet Warszawski,
4. Anna Grodzka, działaczka społeczna, polityczka,
5. Anna Dryjańska, publicystka feministyczna i ateistyczna,
6. Red. Adam Cioch, „Fakty i Mity”,
7. Marek Łukaszewicz, Prezes Fundacji im. Kazimierza Łyszczyńskiego.
Udział w Kapitule Zagranicznej na dzień dziesiejszy potwierdzili:
1. Maryam Namazie (Iran/Wielka Brytania), Laureatka Tytułu Ateisty Roku 2014,
2. Sanal Edamaruku (Indie/Finlandia), Laureat Tytułu Ateisty Roku 2014 (ex aequo)
3. Waleed el-Husseini (Autonomia Palestyńska/Francja), Laureat Tytułu Ateisty Roku 2015,
4. Christian Eyschen (Francja), Francuska Wolna Myśl
5. David Rand (Kanada), Przewodniczący Atheist Freethinkers Canada
6. Sue Cox (Wielka Brytania), Survivors Voice Europe
7. Nina Sankari, rzeczniczka International Association of Free Thought. 

Kandydatów do tytułu Ateisty Roku może zgłosić każdy. Regulamin i formularz zgłoszeniowy TUTAJ.  

Konto do dokonania wpłaty za udział w bankiecie (69 PLN):
Fundacja imienia Kazimierza Łyszczyńskiego
Nr konta: 25 1750 0012 0000 0000 2355 0865
Tytuł wpłaty: Bankiet Ateistyczny 2016
Po dokonaniu wpłaty należy potwierdzić uczestnictwo na adres: biuro@lyszczynski.com.pl

I na koniec najważniejsze. Aby zorganizować takie przedsięwzięcie, trzeba liczyć się z kosztami. Pieniądze są potrzebne na wynajęcie sal, noclegi i bilety lotnicze dla zagranicznych gości, na tłumaczy itp. Dni Ateizmu to największe, międzynarodowe wydarzenie ateistyczne w Polsce. Każdy z nas może dorzucić małą cegiełkę. Bardzo prosimy w imieniu Fundacji im. Kazimierza Łyszczyńskiego o wsparcie. Fundacja obiecuje, że podziękuje imiennie na swoich stronach wszystkim darczyńcom, którzy dokonają wpłaty powyżej 50 zł i wyrażą na to zgodę.

Pomóc można, dokonując dowolnej wpłaty na konto:
Fundacja imienia Kazimierza Łyszczyńskiego
25 1750 0012 0000 0000 2355 0865
Tytuł wpłaty: Darowizna na Dni Ateizmu 2016

 Polscy Ateiści łączmy się! 🙂

connect-20333_1920

Kim jest polski ateista?

darwin-778446_1920Ponad rok temu kilka osób, uważających się za ateistów, spotkało się, wirtualnie rzecz jasna, na fejsbukowej grupie „Ateiści”, założonej przez Zenona Kalafaticza. Wyhaczyły się owe osoby, spośród setek innych tam obecnych i założyły ten oto portal ku uciesze swojej i gawiedzi 🙂 Ale jak wiadomo, społeczeństwo nie tylko z gawiedzi się składa. Zanim poprowadzę Was dalej drodzy Czytacze pokrętnym tokiem mojego rozumowania, dwie malutkie, prościutkie definicje, bez których ani rusz:

Ateizm – odrzucenie teizmu lub pogląd bądź doktryna głosząca, że bogowie nie istnieją. W szerszym znaczeniu brak wiary w istnienie boga, bóstw i sił nadprzyrodzonych, jako sprzecznych z rozumem i nienaukowych, oraz negujących potrzebę religii.

Gawiedź – gromada, tłum.

Założywszy portal, założywszy również, że komuś zachce się do niego zaglądać, taki oto opis dały owe osoby na ów portal:

Polskiateista.pl – prezentuje wizerunek ludzi niewierzących, w każdym możliwym aspekcie: światopogląd, stosunek do państwa, do kościoła, macierzyństwa, równości, polityki jako nieodłącznej części życia społecznego, edukacji, sztuki, rozrywki, świata, kosmosu, nauki, filozofii … itd. Strona jest przygotowana na tworzenie płaszczyzny porozumienia ponad światopoglądem i w tym sensie nie zamyka się na inne środowiska zarówno świeckie, jak i religijne, chcące podać sobie rękę w sprawie kształtowania przyszłości tego kraju, który jest naszym wspólnym dobrem.

Animatorzy portalu polskiateista.pl zachęcają obywateli do większej aktywności społecznej, rozumieją bowiem, że jest to nieodzowny warunek budowania społeczeństwa obywatelskiego. Zapraszamy do współpracy każdego, komu bliskie są idee tej strony.

Nic tylko działać, prawda? Najzabawniejsze jest to, że owe osoby, czyli te, które założyły ów portal i stworzyły ów opis portalu, to ludzi rozrzuceni po kraju, niemające nic wspólnego z dziennikarstwem, pisarstwem, polityką, nauką czy jakąkolwiek dziedziną, która uprawomocniłaby, czy w jakikolwiek sposób usankcjonowałaby ich prawo do wypowiadania się w czyimkolwiek imieniu, tudzież traktowania ich, jako specjalistów, osób nieomylnych czy opiniotwórczych. A dlaczego to jest najzabawniejsze? Bo osoby owe za takie zaczęły być uważane. Wbrew swojej chęci i woli.

Postanowiły więc owe osoby, zmienić cały portal w blogosferę – miejsce dla każdego ateisty, który zechce dzielić się z innymi tym, czym chce się podzielić: hodowlą kwiatów, czy świnek morskich, grą w szachy czy w chińczyka, poglądami politycznymi czy przewidywaniem pogody, wiedzą o Biblii, Koranie, czy o baśniach braci Grimm. Efekt ten sam. Niestety. I zarzuty te same:

„Zbyt infantylne teksty jak na ateistów”

„Szkodzicie środowisku ateistycznemu bo jesteście nieprofesjonalni”

„Brak odpowiedzialności za środowisko ateistyczne”

„Ta osoba pisze bzdury, wyrzućcie ją, bo szkodzi środowisku ateistycznemu”

„Znani ateiści u was nie piszą, nie jesteście wartościowi dla środowiska ateistów”

„U was ktoś napisał nieprawdę. To szkodzi środowisku ateistycznemu”

„Brakuje u was naukowców, ludzi uznanych, poważnych ateistów”

„Nikt was nie bierze na poważnie, zmieńcie coś, bo szkodzicie środowisku ateistów”

A kto to pisze? Oczywiście nie katoliccy hejterzy czy świętojebliwe trolle, tylko ateiści. Nie muszę chyba Szanownym Czytaczom pisać, że skupiam się w tym tekście tylko na negatywnych opiniach oraz Czytelnikom, którzy udają, że nie czytają, iż pozytywnych opinii mamy cały wór i jeszcze trochę. Ale muszę napisać, że te negatywne opinie ateistów najbardziej nas absorbują. Wynika z nich bowiem, że definicja, którą dałam powyżej nijak się ma do rzeczywistości.

Otóż według opinii naszych przyjaciół „po fachu” ateista to koniecznie osoba z minimum magistrem, choć lepiej, gdyby miała tytuł o stopień wyższy, pracująca na „odpowiednim stanowisku” (cokolwiek to oznacza) i używająca takich słów, że po wypowiedzeniu przez nią jednego zdania gawiedź trzy razy będzie musiała zajrzeć do słownika wyrazów obcych. Jak nie osiąga tych standardów, szkodzi środowisku. Jest zbyt niemądra, zbyt niefachowa, zbyt infantylna i zbyt…. chciałam napisać „gówniana”, ale takie słowo nie przystoi wykształciuchom.

Z udawaną przykrością wszystkim tym ateistom krzyknę prosto w twarz: „NIE”! Żaden z was nie ma monopolu na ateizm. Jak nie wierzysz, spójrz na definicję powyżej. Nikt z was mi nie powie, że szkolna woźna, pokojówka hotelowa, pracownik baru, budowlaniec, sprzątaczka czy cieć nie ma prawa być ateistą. Bo to nie wy prawo do ateizmu przydzielacie. I to nie wy dajecie prawo głosu. Przynajmniej nie na naszym portalu.

I tym króciutkim wstępem wprowadziłam Was do nowego opisu naszego portalu autorstwa Mariusza Hnatiuka z delikatnymi moimi modyfikacjami 🙂

Portal PolskiAteista.pl jest strefą blogów dla osób, które chcą się dzielić z innymi swoimi przemyśleniami poglądami i spostrzeżeniami na otaczający nas świat z perspektywy racjonalnego i sceptycznego myślenia.

Prezentujemy wizerunek ludzi niewierzących, w każdym możliwym aspekcie: światopogląd, stosunek do państwa, do kościoła, macierzyństwa, równości, polityki jako nieodłącznej części życia społecznego, edukacji, sztuki, rozrywki, świata, kosmosu, nauki, filozofii. Nie cenzurujemy wpisów, nie prowadzimy polityki publikacji, każdy, kto założy u nas bloga, publikuje samodzielnie i bierze też odpowiedzialność za treści, które publikuje.

Naszym celem jest umożliwianie prezentacji poglądów ludzi, którzy nie są profesjonalnymi dziennikarzami czy pisarzami, (co nie oznacza, że nie chcielibyśmy widzieć takich osób w naszym gronie), ponieważ uważamy, że naturystyczne spojrzenie pokazuje czasami wydarzenia pod zupełnie innym kątem.

Chcemy pokazywać różne punkty widzenia ludzi, którzy świat odbierają zarówno logiką, jak i emocjami. Nie aspirujemy do reprezentowania społeczności ateistów, a tym bardziej do jej kształtowania. Na portalu popieramy każdą pożyteczną inicjatywę, która ma na celu oddzielenie Kościoła od państwa, przestrzeganie i promowanie praw dzieci i kobiet, piętnowanie wpływu jakichkolwiek przekonań religijnych na prawodawstwo państwa, czy też poprawienie jakości debaty ponad światopoglądem.

connect-20333_1920

Ale o co chodzi? Zacznijmy się wszyscy traktować poważnie, a jednocześnie z przymrużeniem oka. Wszyscy bowiem jesteśmy ateistami, ci infantylni i poważni, wykształceni i bez tytułów, uznani i mniej znani, mądrzejsi i głupsi, zabawniejsi i przesadnie rubaszni, działający aktywnie i klikacze. Ateizm to coś, czego nam nikt nie może odebrać. Nawet drugi ateista 🙂

Izabela Jaszczurowska

anonymous-657195_1280

Szanowni Czytelnicy! :-)

Szanowni Czytelnicy 🙂

W grudniu minął rok, odkąd jesteśmy z Wami. Portal powstał w naiwnych głowach kilku osób, którym zachciało się zrobić coś więcej dla propagowania ateizmu, niż tylko udział w kilku ateistycznych grupach na fb. Oprócz naiwności łączy nas jeszcze to, że żadne z nas nigdy wcześniej nie zajmowało się pisaniem na użytek publiczny. Mimo to, wyciągając z kieszeni ostatnie zaskórniaki, postanowiliśmy stworzyć miejsce, które będzie swoistą ateistyczną platformą, miejscem dla każdego, kto ma coś do powiedzenia i chce się tym podzielić z innymi. Tak, nawet dla Ciebie, jeśli tylko chcesz. Wystarczy napisać do nas, założyć na portalu swojego bloga i podjąć próbę podbicia sieci i rozkochania w sobie tysięcy naszych Czytelników 😀 .

Co my z tego mamy? Zupełnie nic, oprócz satysfakcji, że możemy Was poinformować o czymś dla nas ważnym, przedstawić swój punkt widzenia na sprawy przeróżne, albo po prostu zabawić czy przekonać do wsparcia jakichś ważnych dla środowiska ateistycznego akcji.

Po co Wam to piszę? Jak nie wiadomo, o co chodzi, zawsze chodzi o pieniądze 🙂 Jest nam trudno własnymi siłami utrzymywać portal. Jednym ze sposobów pozyskania funduszy na jego działalność są reklamy. Zupełnie nie wiemy, jak się do tego zabrać. Jeśli ktoś z Was ma niezbędną wiedzę na ten temat lub nawet chciałby się zająć umieszczaniem reklam na naszym portalu, bardzo prosimy o kontakt.

http://polskiateista.pl/kontakt/

Szykujemy również możliwość finansowego wspierania portalu przez sieć. Właśnie zajmuje się tym nasz nadworny informatyk. Za wszelką pomoc z góry dziękujemy.

Redakcja.

krzyż przewracający się

Grzech zaniechania – krzyż naszym symbolem.

„Co wam przeszkadza ta religia w szkołach? Jakie mają znaczenie dla ateistów wiszące krzyże w salach czy urzędach państwowych?” Te pytania są standardowymi reakcjami osób wierzących w dyskusjach na portalach społecznościowych i co ciekawe, padają też ze strony samych ateistów.

krzyże 3To cytat z tekstu „Wrogie przejęcie świeckiego państwa” mojego redakcyjnego kolegi. A może powinniśmy pytać: „co im tak na tych krzyżach zależy?”. Jak zauważył 13 letni chłopak w swoim liście do pani dyrektor szkoły („Młody ateista kontra krzyże w szkole – list”):

Uczniowie wierzący mają swoje kościoły z krzyżami, swoją klasę, w której uczą się religii z krzyżem, swoje domy, w których mogą wieszać krzyże, mogą nawet nosić krzyż na szyi. To ich prywatna sprawa. Dlaczego krzyż musi wisieć w świeckiej szkole w większości sal lekcyjnych?

Katolicy mają jeszcze księży w TV, którzy mogą mówić wszystko, co im tylko ślina na język przyniesie, bez jakichkolwiek konsekwencji; mają przydrożne kapliczki, pielgrzymki, procesje… Jakie znaczenie ma dla nich umieszczenie krzyży w budynkach publicznych? Bo przecież nie o Boga, czy wiarę tu chodzi. Bóg świetnie sobie radził bez krzyża setki lat. Wiara nie zyskuje nic na ilości krzyży i nic nie traci na ich braku. Katolik wierzy, że jego Bóg jest z nim wszędzie – w szkole, szpitalu, domu i w pracy, w miejscu gdzie jest krzyż i gdzie go nie ma. Ateista twierdzi, że Boga nie ma nigdzie. I tylko tym mógłby różnić się od katolika, gdyby nie dążenie kleru do zawłaszczenie każdej dziedziny życia, do umieszczania krzyży gdzie popadnie, do obchodzenia z pompą świąt kościelnych w miejscach publicznych i do zastąpienia prawa państwowego prawem kościelnym. Do tego dochodzi obojętność niewierzących, którym cała ta sytuacja nie przeszkadza. Przez takie osoby młody człowiek, który zaczyna samodzielnie myśleć i orientować się w otaczającej go rzeczywistości, ma wrażenie, że został gdzieś po drodze pominięty, zepchnięty na margines wbrew prawu, które dopiero poznaje. I ma świadomość, że stało się to przez dorosłych, którzy swoją wolę narzucają innym oraz przez tych, którzy w milczeniu się na to godzą. Postanowił sam dowiedzieć się dlaczego tak jest i czy jest możliwość, aby tą sytuację zmienić. Do działania zainspirowała go pani Grażyna Juszczyk, kobieta, dla której na szczęście istotne rzeczy, takie jak równość, zakaz dyskryminacji, czy neutralność światopoglądowa państwa nie były obojętne.

Pani Grażyna, nauczycielka matematyki z 30-letnim stażem, po powrocie z urlopu zauważyła krzyż w pokoju nauczycielskim. Pomysłodawcą zawieszenia krzyża był proboszcz, który w szkole uczy religii.

 – Nie wiem, czy jesteście wierzący, czy chcecie walczyć z krzyżem, czy chcecie dobrze zarabiać, nie wiem o co tu chodzi, ale jesteście tylko narzędziami w wielkiej rozgrywce – powiedział do dziennikarzy TVN24.

Brzmi jak dobrze nam znane stwierdzenie: „to atak na kościół”, do którego też już wszyscy przywykliśmy. Ten sam proboszcz i katecheta uderzył pasem dziecko podczas swojej lekcji. Sprawa trafiła do sądu, ksiądz przyznał się do winy, a rodzice poszkodowanego dziecka zgodzili się na ugodę.

– Wiedziałam doskonale, że jeżeli będę chciała, żeby skazali (księdza), to będę musiała się stąd natychmiast wyprowadzić – powiedziała matka pobitego chłopca.

Ksiądz, oczywiście nadal uczy religii w tej samej szkole. Standard w naszym kraju, do którego przyzwyczailiśmy się i na który nie reagujemy. Ze strachu przed konsekwencjami albo dlatego, że jest nam to obojętne, jak krzyż czy religia w szkole.

– W pewnych sytuacjach należy się jakieś pouczenie, upomnienie. Ale co, do więzienia mieli mnie zamknąć? Śmiechu warte.

Powiedział ksiądz komentując tą sprawę. (źródło)

Katolikom może takie zachowanie proboszcza nie przeszkadza, a może większość z nich obawia się wystąpić przeciwko klerykowi. Ateistom może być cała ta sytuacja obojętna. Ale wówczas nic się nie zmieni. Albo raczej jeśli się zmieni, to tylko na gorsze. Brak reakcji jest tożsamy z przyzwoleniem, które z kolei przyczynia się do przesuwania granic coraz dalej i dalej. Aż doszło do sytuacji, jaką mamy teraz, a która jest konsekwencją naszej krótkowzroczności. Machanie ręką na poczynania Kościoła i jego wiernych fanów, doprowadziło do tego, że nikt już nie wie, w jakim żyjemy państwie – świeckim, neutralnym światopoglądowo, demokratycznym państwie prawnym czy może raczej w wyznaniowym?

paragrafGimnazjalista biorąc Konstytucję do ręki sam zorientował się, że prawo nie pokrywa się z rzeczywistością. I pyta dorosłych dlaczego, obnażając w ten sposób naszą niefrasobliwość. Nie przyszło nam bowiem do głowy, że nasze przyzwolenie nie dotyczy tylko nas, ale również kolejnych pokoleń, które słusznie będą obarczać nas odpowiedzialnością.

Cechą państwa świeckiego jest jego awyznaniowy charakter, co oznacza rozdział Kościoła od państwa. W związku z tym działalność państwa nie łączy się z obrzędami religijnymi. Na tworzone przez państwo prawo nie mają wpływu przesłanki religijne ani wewnętrzne prawo jakichkolwiek związków wyznaniowych, a jedynie wartości moralne wspólne dla obywateli wyznających różne religie i światopogląd. Prawna ochrona Boga czy dogmatów wiary nie ma racji bytu. To samo dotyczy przysięgi religijnej, która winna być zastąpiona świeckim przyrzeczeniem. Państwo chroni jedynie wolność człowieka do samookreślenia religijnego czy światopoglądowego oraz uznaje równość wszystkich wyznań i światopoglądów. Państwo neutralne, czyli bezstronne nie indoktrynuje obywateli, nie preferuje żadnych opcji religijnych czy filozoficznych. Natomiast w państwie wyznaniowym prawo oparte jest na systemie wartości panującej religii.

W jakim więc państwie żyjemy faktycznie? Świeckim czy wyznaniowym? Dla ateisty krzyż nic nie znaczy? Nie dla każdego. Niektórzy uważają, że symbol religijny w publicznym miejscu jest nadużyciem i kłóci się z Art. 2. Konstytucji, który głosi:

Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej.

oraz z ustawą z dnia 17 maja 1989 r. o gwarancjach wolności sumienia i wyznania:

Art. 10. 1. Rzeczpospolita Polska jest państwem świeckim, neutralnym w sprawach religii i przekonań.

Jedną z takich osób jest pani Grażyna. Widocznie poczuła się urażona symbolem religijnym w miejscu, w którym spędza czas pomiędzy lekcjami, postanowiła więc go zdjąć.

– Jestem osobą niewierzącą, a krzyż kojarzy mi się ze śmiercią i okrucieństwem – tłumaczy nauczycielka. – Nie chciałam być nim epatowana w miejscu pracy, dlatego zdjęłam go ze ściany i położyłam na najwyższej półce w pokoju nauczycielskim.

Czy stało się coś z wiarą pani dyrektor, osoby działającej w radzie parafialnej. Nic się nie stało. Przez kilka tygodni nie zauważyła zniknięcia krzyża. Aż w końcu widocznie w chwili duchowego uniesienia chciała rzucić okiem na święty symbol. Na szyi albo krzyżyka nie miała, albo łańcuszek był zbyt krótki, a w pokoju nauczycielskim pewnie nie było lustra. Spojrzała więc na ścianę i zobaczyła, że krzyż zniknął. W trybie pilnym zwołała zebranie nauczycieli.

– Czuło się, że jakieś napięcie rośnie. Wkroczyła pani dyrektor i rozpoczęła swoje przemówienie. Zaczęła mówić, że wiemy już, kto ośmielił się zdjąć krzyż, że chrześcijanie już nie mają odwagi bronić swoich symboli – wspomina Juszczyk.

A potem zaczął się katolicki festiwal w średniowiecznym stylu. Zabrakło jedynie stosu lub szubienicy. Nauczycielka została odtrącona, niedawni koledzy stali się jej wrogami. Czuła się zaszczuta i upokorzona. Oskarżono ją o kradzież krzyża i poradzono aby zwolniła się z pracy. Tymczasem pani dyrektor przeprowadziła referendum w sprawie przywrócenia krzyża. Ponad 90% nauczycieli opowiedziało się za. Nie ma się co dziwić, bowiem trzeba było podpisać się pod swoim głosem.
Pani Grażyna interweniowała w gminie, w kuratorium i u wojewody:

Burmistrz uznał, że nie jest kompetentny. Skarga Grażyny trafiła w końcu do radnych. Przez kilka miesięcy leżała w szufladzie, zanim wymyślili, że pójdą do nauczycieli z ankietą. Każdy musiał na niej wpisać nazwisko, po czym odpowiedzieć na 3 pytania zamknięte. „Czy byłeś świadkiem łamania prawa przez dyrektora?”; „Czy byłeś świadkiem mobbingowania przez dyrektora?”; „Czy byłeś mobbingowany?”. Na koniec zeznający miał się czytelnie podpisać imieniem i nazwiskiem. Kilka osób odpowiedziało twierdząco, a jednak radni uznali, że skoro to nie większość – sprawy nie ma. Odwołała się do wojewody. Odesłał sprawę do radnych. Ci uznali, że skoro nie wpłynęły dodatkowe okoliczności, a skarga jest tylko na nich, nie są władni jej rozpatrywać. Oddalili. (źródło)

W końcu poszła na urlop zdrowotny ale nie poddała się i teraz przed sądem walczy o swoją godność. Żąda odszkodowania i przeprosin.

– Najważniejsze dla mnie jest to, aby sąd uznał, że takie działania, jakie były podejmowane wobec mnie, są niewłaściwe i nie powinny mieć miejsca w demokratycznym państwie prawa – zaznacza.

Nauczycielka zauważa, że dyrektor może powiesić krzyż w swoim gabinecie, ale pokój nauczycielski jest wspólny „i jestem w nim współgospodarzem”. (źródło)

Młody ateista zamienił z panią Grażyną kilka słów po zakończeniu Marszu Ateistów. Nie czytał informacji na jej temat, dowiedział się jedynie, że zdjęła krzyż w szkole, za co ponosi do dziś konsekwencje. Do tej pory krzyż w szkole go denerwował, mimo to przyjmował zaistniałą sytuację, jako coś niezrozumiałego, coś z czym się nie zgadza, ale jednocześnie za coś oczywistego. Po prostu myślał, że tak musi być, skoro nikt nic z tym nie robi. Dopiero po tym spotkaniu zrozumiał, że krzyż nie jest niewinnym symbolem wiary. Stał się on dla niego symbolem nierówności, dyskryminacji i ucisku – znakiem krzyczącym ze ściany: „my tu rządzimy, a ty nie masz nic do gadania.” I chyba z tego powodu tak „im” na krzyżu zależy – to bezpardonowe znaczenie zawłaszczanego przez Kościół terenu.

Pani Grażyna przyznaje, że zanim krzyż zawisł w pokoju nauczycielskim, była osobą lubianą przez kolegów i uczniów. Poróżnił ich chrześcijański symbol. Ucznia natomiast zaskoczył fakt, że krzyż może wieszać kto chce i kiedy zechce, ale nikt nie ma takiej władzy aby go zdjąć. Kiedy sięgnął po źródła prawa, sytuacja wydała mu się jeszcze bardziej zaskakująca i niejasna, czemu dał wyraz w swoim liście:

Przecież nie wszyscy uczniowie są wierzący albo nie wszyscy wyznają tą samą religię. Przez krzyże w klasach mam wrażenie, że chodzę do szkoły wyznaniowej a w Konstytucji napisane jest, że Polska to demokratyczne państwo prawne. Do jednej z zasad takiego państwa należy świeckość państwa a to oznacza rozdział kościoła od państwa. Do tego Konstytucja mówi o tym, że nikt nie może być dyskryminowany (Art. 32 punkt 2).

Gdyby każdy z nas czuł się „współgospodarzem” naszego kraju, wziął sprawy w swoje ręce i zaczął działać, a nie machać ręką w geście obojętności, i robił to od początku, zanim wyznawcy Kościoła rozpanoszyli się na dobre, bylibyśmy zupełnie w innym miejscu.

Na początku lutego ruszył proces pani Grażyny. Nauczyciele, którzy stanęli w obronie krzyża przyznawali w sądzie, że popełnili błąd. Chodziło pewnie o zwykły ludzki strach. Przeciwstawienie się swojemu pracodawcy wymaga jak widać odwagi, zajęcie stanowiska po stronie prawa i zwykłego rozsądku graniczy z bohaterstwem, a upomnienie się o swoje prawo do „przestrzeni wolnej od religii i religijnych symboli w miejscu publicznym, jakim jest szkoła” (cytat z listu ucznia) graniczy z szaleństwem. Do tego doprowadziła nas obojętność. Tymczasem hierarchowie kościoła głoszą z ambon:

Krzyż powinniśmy nosić przede wszystkim w naszym sercu, ale krzyż ma prawo obecności w naszej przestrzeni publicznej, bo z niego wyrosła nasza cywilizacja i kultura – kard. Stanisław Dziwisz.

Jezus duzyDo tego żądają finansowania przez państwo szkół wyznaniowych i lekcji religii w szkołach mimo to, że państwo nie ma możliwości wpływania na program realizowany przez katechetów; finansowania działalności charytatywnej, której państwo nie może kontrolować; całkowitego  zakazu aborcji, in vitro, środków antykoncepcyjnych, pigułki „po”, edukacji seksualnej w szkołach (a jeśli już, to według ich nauki), dyskryminacji niewierzących, wierzących antyklerykałów, homoseksualistów, kobiet; niewtrącania się w ich wewnętrzne sprawy i posadzenia Jezusa na tronie polskim nawet bez jego zgody. Absurd? Przecież absurd to nasza codzienność. „Ludzie ludziom zgotowali ten los”.

DSC04590

Marsz Ateistów – pierwsze wrażenia.

DSC04590Mogłabym napisać wiele na temat tego, co mi się nie podobało. A to, że nagłośnienie nie działało tak, jak potrzeba a to, że żałośnie było nas mało i że nie było ateisty roku, człowieka przez którego rwaliśmy szaty. Na to również, że jak spod ziemi pojawili się panowie o gabarytach wczesnego Pudziana, którzy zlali się z naszym pochodem drąc japy, że Chrystus jest the best, albo że skoro honor i ojczyzna, to koniecznie Bóg i to na pierwszym miejscu. Nawet na pogodę mogłabym ponarzekać, bo najzwyczajniej w świecie było zimno.

Ale dziś narzekać nie będę. Po pierwsze dlatego, że Łyszczyńskim w tym roku była kobieta – Pani Grażyna Juszczyk, nauczycielka, która zdjęła krzyż w pokoju nauczycielskim, co pociągnęło za sobą wiele przykrych dla niej konsekwencji.  Po drugie dlatego, że na marszu były moje dzieci, które były zachwycone. Córka, która z dumą nosiła balon z napisem: „Nie zabijam, nie kradnę, nie wierzę” i rozdawała z młodszą koleżanką żonkile, oraz syn wzruszony krótkim przemówieniem Pani Grażyny.

Po zakończeniu marszu i po inscenizacji syn podszedł do niej, wręczył jej kwiat, i powiedział: „Podziwiam panią za pani odwagę, czy mogę zrobić sobie z panią zdjęcie?”20150328_134355

 

A w drodze powrotnej do domu oznajmił mi, że we wtorek zapyta dyrektorkę swojej szkoły, dlaczego w świeckiej szkole wiszą krzyże.

20150328_135027

W imieniu przede wszystkim moich dzieci, dziękuję organizatorom za marsz. A kogo nie było, niech żałuje:)

DSC04577

chrzest1

Zakład Pascala

chrzest1W związku z trwającą od wielu lat inwazją KK na nasz kraj, postanowiłam w końcu zmienić swoje podejście do wiary. Przez jakiś czas myślałam, że to wszędobylstwo Kościoła jest przejściowe, jak na przykład kiczowata moda na cekiny. Postanowiłam wziąć stoperan na wstrzymanie i przeczekać złe czasy. Po latach zorientowałam się, że nie ma na co czekać. Obciachowy trend wciąż trwa, a ja starzeję się i boję coraz bardziej. A wiadomo, jak trwoga to do Boga.

Strach mój potęguje to, że gdzie ja widzę białe, kościelni dygnitarze i ich świeccy poplecznicy mówią w prasie, internecie i TV, że to jest czarne. Gdzie ja widzę czarne, to oni twierdzą, że to jest białe. Do tego tych daltonistów podobno jest więcej. Nie ważne, że sztuki liczone są według chrztu, czyli chrzczony to zaliczony. Nawet jeśli to był ochrzczonego jedyny kontakt z wiarą. Wiecie, jak wygląda chrzczony? Najczęściej jest łysy, bezzębny i zaśliniony i podczas aktu chrztu drze się tak jakby wiedział, że jego życie już nigdy nie będzie takie samo. Jedyną wiarę, jaką on wyznaje to wiara w wielkiego, pełnego cyca, ale kogo to obchodzi?

155_1Ja chrzczona nie jestem. Czyli bramy do zbawienia są przede mną na cztery spusty zamknięte. A ja nie posiadam ani wytrychu, żeby je otworzyć ani trotylu, żeby je wysadzić. A dlaczego nagle zaczęło mi na tym zależeć? Bo natrafiłam na mądralę, który się zakładał. Nie wiem z kim, ale z tego zakładu wynika, że bardziej się opłaca wierzyć w Boga, niż nie wierzyć. Zakład Pascala (bo tak on miał na imię) polega na tym, że wierząc w Boga niczym nie ryzykujemy. Nie wierząc ryzykujemy utratę życia wiecznego po śmierci. Włosy dęba mi stanęły na to odkrycie i ciary przeszły po całym ciele. Brzmi logicznie. Co tu robić? Jak się ochrzcić? Ślinić mogę się na zawołanie, drzeć również, ale włosy ścinać na kolano?

I nagle coś mnie natchnęło. Jak nic Duch Święty zainterweniował. SPOWIEDŹ! To jest myśl. Lecieć do kościoła, napluć w ucho jakiemuś gościowi, otrzymać kilka karnych zdrowasiek i po sprawie. Ale jak? Ja nawet nie wiem, do czego służy ta miska z wodą przed wejściem do świątyni. Czy te miski jeszcze są, czy zlikwidował je sanepid? Gdzieś trzeba klęknąć na brudną posadzkę, gdzieś trzeba jakieś magiczne znaki uczynić ręką, polecieć za parawanik i … no właśnie. I co? „Siema” wzorem Owsiaka? „Dzień dobry panu” wzorem byłej posłanki SLD Sierakowskiej, która tymi słowy przywitała naszego papieża? Na jakimś filmie widziałam, że ksiądz pyta się spowiadającego, kiedy ostatni raz był u spowiedzi. No i co ja powiem? Że nigdy? Ksiądz zejście zaliczy, a ja nie uzyskam tego, czego chciałam. W końcu udałam się po poradę do wujka Google i natknęłam się bloga nijakiego Dariusza, który napisał coś takiego:

Spowiedź, jak nam dobrze wiadomo, to wyznanie win i grzechów przed samym Bogiem. Ksiądz jest pośrednikiem pomiędzy Tobą, a Bogiem. Gdy wyznajesz swoje grzechy, będąc myślami w przeszłości swojego życia, mówisz o nich Jezusowi Chrystusowi. Tak więc w konfesjonale, po drugiej stronie okienka siedzi ktoś, kto miłuje Ciebie najmocniej, Jezus. Ciesząc się tym samym, że odważyłeś się przyjść opowiedzieć Mu o swoim ciężarze. Możesz więc spokojnie zrzucić z siebie wszelki wstyd i bariery i otworzyć się przed Nim kompletnie, zapominając o Bożym świecie, bo On Ciebie rozumie najlepiej ze wszystkich.

konfesjonałNo nie mogę! Od lat trwa walka pomiędzy wierzącymi a ateistami o to, czy Bóg jest, czy go nie ma i każda strona próbuje udowodnić drugiej, że się myli. A tymczasem Bóg w konfesjonale siedzi. Szach mat ateiści!

Lecę do świątyni. Wpadam zdyszana do środka i kieruję się prosto do jakiejś budy na uboczu z dwojgiem drzwi. To chyba to, bo raczej nie toi toi. Sru! Otwieram pierwsze z hukiem, a tam jakiś zdębiały gość z głupią miną na klęczkach. Nie ta strona.
Ciach! Otwieram następne, a tam nie dość, że gość w czarnej kiecce to jeszcze wcale nie cieszy się na mój widok. Jedno nie ulega wątpliwości. To nie Jezus. To mnie nieźle Daruś wkręcił.

Zawiedziona wróciłam do domu i postanowiłam sprawdzić w biblii, co tam jest o tej spowiedzi. W końcu to księga natchniona przez samego Boga. Nagle natrafiłam na słowa Jezusa:

A gdy się modlicie, nie bądźcie jako obłudnicy, gdyż oni lubią modlić się stojąc w synagogach i na rogach ulic, aby pokazać się ludziom. Ale ty, gdy się modlisz, wejdź do komory swojej, a zamknąwszy drzwi za sobą, módl się do Ojca swego, który jest w ukryciu, a Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odpłaci tobie.

To po co u nas tyle kościołów wybudowano? Postanowiłam wszystko modlitwą załatwić. Bóg podobno kocha nawet najbardziej grzeszących. Pedofilom kościelnym odpuszcza, to mi nie odpuści? A po drugie, nic podobno nie dzieje się bez jego woli. No więc jestem kim jestem, bo Bóg tak chciał. Jednocześnie mogę się zmienić, bo Bóg dał mi wolną wolę. Trzyma się to kupy? O Boże! Znowu mi się ateistyczny zawór odkręca. Muszę się skupić. Pascal i życie wieczne, Pascal i życie wieczne…
Chryste, gdzie ja teraz komorę znajdę?

łazienkaZamykam się w łazience. A tam w tej pseudo komorze wisi lustro. Patrzę na własne odbicie i przypominam sobie założenie Pascala. Jak uwierzę, to co najwyżej stracę moje życie doczesne, jak nie uwierzę to stracę życie wieczne. Czy ten Pascal słyszał cokolwiek o utracie twarzy? Można z tym żyć? Jak można sobie w lustrze prosto w oczy patrzeć twierdząc, że Bóg istnieje jednocześnie uważając się za homo sapiens sapiens? Przynależność do gatunku ssaków o nazwie człowiek rozumny do czegoś chyba zobowiązuje. Cholera, ja tu miałam sobie życie wieczne załatwić. Ręcznik wieszam na lustro. Nie wiem, co robić dalej. Klękać, stać czy na sedesie usiąść?

– Halo, jest tu kto? – zaczynam nieśmiało. Odpowiada mi kropla z kranu. „Kap”. Wtedy padłam w panice na kolana.
– Jezus Chryste, Panie Boże, Mario Matko Boska i Mario, żono Jezusa i Wszyscy Święci, wybaczcie, bo zgrzeszyłam, ale to nie moja wina. No bo jak można takie Pismo Święte Panie Boże napisać, żeby się tam nic kupy nie trzymało? Dziś nie wydałby podobnego bubla żaden szanujący się wydawca. A poza tym, czy to moja wina, że nie dostąpiłam łaski? Bo gdzieś ktoś powiedział, że jej trzeba dostąpić. Nie wiem nawet, czy Ty jesteś Duchem, człowiekiem, czy swoim synem, ale to nie ważne. Powiedz mi, co mam zrobić, żeby zasłużyć na życie wieczne, bo Pascal powiedział… Ale zaraz, zaraz…

Powoli podniosłam się z kolan i zdjęłam ręcznik z lustra. Patrzę na swoją twarz, na której maluje się ironiczny uśmieszek.
A którego boga Pascal miał na myśli? Skąd to założenie, że akurat mamy wierzyć w Boga chrześcijańskiego? A może to Allah istnieje i dla swoich wyznawczyń szczególnie gorliwych szykuje miejsce w raju, gdzie po przywróceniu im dziewictwa będą przez wieki zadowalać bohaterów dżihadu? A może to Shiva jest tym prawdziwym Bogiem? A może jakiś inny z setek znanych na świecie bóstw? Jeśli Bóg chrześcijan jest tworem ludzkiej wyobraźni, a jakiś inny jest prawdziwy, to chrześcijanie mają najzwyczajniej w świecie przechlapane.

raj1I co to jest to życie wieczne? Ano podobno ci co zasłużą, zostaną wskrzeszeni, dostaną idealne ciała, idealne miejsce do mieszkania u Pana Boga w ogródku i nigdy nie zaznają już smutku, cierpienia, tragedii, chorób, jakiegokolwiek zła. Potraficie to sobie wyobrazić? Wrócimy do punktu wyjścia, do małych, łysych, zaślinionych dzieci, które uśmiechają się do byle czego, jak głupi do sera. Z tą różnicą, że będziemy uśmiechali się wiecznie, aż do zdrętwienia twarzy. Będziemy jak chomiki z radością zapieprzać bez sensu i celu w kołowrotkach. Będziemy pić co nam dadzą, jeść co nam ugotują, będziemy wydalać i cieszyć pyski, przez cały, nieograniczony czas. Ciekawe czy seks będzie tam dozwolony, bo jak nie, to liczba chętnych na te boskie wakacje drastycznie zmaleje. A już na pewno nie będzie tam prezerwatyw. Wówczas, po kilku porodach, seksu każdej kobiecie się odechce. No chyba, że kobieta nie będzie miała nic do powiedzenia, jak to w chrześcijańskiej wierze bywa. Macie chęć na taki niekończący się urlopik?

– To chyba odpuścimy sobie to życie wieczne, co? – zagadnęłam do kranu. „Kap” odpowiedział kroplą:)

smiley-452694__180

Ateistyczne typy:)

smiley-452694__180Jeśli ateista chce mieć kontakt z wieloma ateistami, musi ich poszukać w sieci. Większość naszych znajomych, z którymi mamy bezpośrednio do czynienia w szkołach, w pracy, w klubach czy gdziekolwiek indziej, to katolicy. Jeśli chcemy te znajomości utrzymać, rzadko rozmawiamy o religii. Jeśli już, to zupełnie przypadkiem i mimochodem. Ot, czasem jednej lub drugiej stronie wyrwie się coś, pada jedno, dwa zdania i następuje zmiana tematu. Nie sztuczna i niezręczna. Po prostu nie widzimy takiej potrzeby. Naszą wiarę i niewiarę pozostawiamy we własnych domach na wieszakach, bo do niczego we wspólnych relacjach nie są nam potrzebne, jak zbyt ciepłe płaszcze w piękną, letnią pogodę.

Ja przyjaźnię się i koleguję z najbardziej powszechnym typem katolików, tzw. powierzchownym. Są to osoby „obarczone” religią z dziada pradziada. Przyjmują podstawowe sakramenty, jedni w ogóle, inni od wielkiego dzwonu bywają w kościele. Są to ludzie, którzy niewiele wiedzą o wierze i nie przejawiają zainteresowania, aby wiedzieć coś więcej. Jeśli zaś chodzi o ateistów, to myślałam kiedyś, że ateista to po prostu człowiek niewierzący. I tyle. Dopiero kiedy zaczęłam udzielać się na różnych grupach na FB, zorientowałam się, że można nas podzielić na poniższe ateistyczne typy:

Typ 1. „Zobojętniały”
Jemu wszystko zwisa. Świadomość bycia ateistą wystarcza mu w zupełności. Nie ma potrzeby odwracania nikogo na jasną stronę mocy ani zmieniania istniejącego stanu rzeczy. Żyje wśród wierzących, starając się trwać w zgodzie ze swoimi poglądami. Czasem krzywi się na krzyż w szkole czy obecność pseudo świętych, tłustych, bogatych i wysoko postawionych księży na uroczystościach państwowych. Ale tę zniesmaczoną minę na swojej twarzy może dostrzec tylko on w odbiciu własnego lustra we własnej łazience. Taki kraj. Trudno. Niech wierzący robią co chcą, oby się go nie czepiali.

Typ 2. „Rozdwojony”
Czyli raz tak, raz siak. Dotyka ich przypadłość, którą można skojarzyć z rozdwojeniem jaźni. Wśród swoich chętnie głoszą swoje poglądy, złorzeczą na funkcjonariuszy KK, naśmiewają się z bzdur w Biblii, ale jak przychodzi co do czego, to chrzczą dzieci i  prowadzą je do komunii. Prowadzą tzw. podwójne życie – wierzącego w realu i niewierzącego w sieci. Na pytanie: „dlaczego?” odpowiadają, że boją się ostracyzmu ze strony środowiska lub o własne dzieci, które mogą być prześladowane, dręczone, zaszczute, zepchnięte na margines. Jednym słowem, chronią w ten sposób siebie i swoje pociechy.

Typ 3. „Religiofob”
To ci, którzy cierpią na alergię na wszystko co związane z wiarą. Nie tylko nie chrzczą, nie tylko nie prowadzą do komunii, ale również robią wszystko, aby nie dopuścić do jakiejkolwiek styczności dziecka z religią. W związku z tym oburzają się na kolędowanie w przedszkolach czy szkołach, nie wyrażają zgody na uczestnictwo dziecka w klasowych wigiliach, na zwiedzanie przez nie na klasowych wycieczkach kościołów, a nawet na robienie ozdób choinkowych związanych z wiarą. Reagują, często agresywnie, na każdą możliwość bezpośredniego kontaktu własnego dziecka z jakąkolwiek religijnością. Dlaczego? Bo wiedzą lepiej. Religia to najgorsze zło, w związku z tym chronią przed nią swoje dzieci, aby nie skaziła ich umysłów, nie zrobiła im krzywdy. Skrajne przypadki twierdzą nawet, że wszyscy katolicy to debile, nie można z nimi utrzymywać żadnych kontaktów, bo są z gruntu źli, niebezpieczni a już na pewno żaden ateista nie może przyjaźnić się z katolikiem, a nawet musi zerwać kontakty z katolicką rodziną.

Typ 4 „Wzór”
Wzór jest świętszy od wszystkich świętych:). Oprócz tego, że żyje w zgodzie ze swoim światopoglądem i tak samo wychowuje dzieci, stara się za wszelką cenę być wzorowym człowiekiem. Ma wrażenie, że ciąży na nim obowiązek pokazania wszystkim ludziom wierzącym, że ateista jest moralny, dobry, łagodny, szczęśliwy, sympatyczny, empatyczny i po prostu najwspanialszy na świecie, chociaż Bóg mu nie towarzyszy. Robi wszystko, aby unikać konfliktów na tle światopoglądowym, ale jeśli już do nich dojdzie, stara się je za wszelką cenę łagodzić. Komuś mogłoby się wydawać, że się wycofuje, ale tak naprawdę pokazuje swoją wyższość, to że jego, jako ateistę stać na kompromis, na odpuszczenie, na wybaczenie. Taka postawa może dawać wiele satysfakcji, bo taki ateista w wielu wierzących wzbudza autentyczny podziw. Zdarza się jednak, że w zakamarkach swojego świętego jestestwa ateista czuje frustrację, bo wie, że wewnątrz niejednokrotnie czuł bunt, któremu nie dał się ujawnić. Zamiast asertywnie wyrażać swoje poglądy, niczym Jezus nadstawia drugi policzek.

Co do typu 1.

Sądzę, że ten typ jest skazany na ewolucję lub wyginięcie:). Na dłuższą metę nie da się pozostawiać obojętnym na to, co dzieje się nie tylko w naszym kraju, ale również na świecie. Wrażenie, że „mnie nie tykają”,  jest złudzeniem. To, że ksiądz na siłę nie właduje się temu ateiście do mieszkania, nie oznacza, że religia nie otoczyła go swoimi mackami. Wystarczy włączyć telewizor, aby zobaczyć, że człowiek światły, wolny od zabobonów, jest przez ludzi reprezentujących KK nagminnie wykorzystywany, ogłupiany, osaczany, przedstawiana mu jest inna rzeczywistość. To oni przywłaszczyli sobie monopol na decydowanie o tym, co jest dobre a co złe, wpływają na prawo i polityków, nawet tych, którym z religią przed wyborami było nie po drodze. A kto legitymizuje taką ich postawę? Bóg – rzecz jasna, w którego ateista nie wierzy. Podatki tego właśnie ateisty utrzymują funkcjonariuszy KK i ich świątynie. Jego lekarze podpisują cyrografy z diabłem (czytaj: klauzule sumienia), nauczyciele jego dziecka też mają takie zamysły. Kto będzie następny? Aptekarze? Prawnicy? Czy dziecko tego właśnie ateisty nie będzie czuło się w takim kraju wyobcowane, żeby nie powiedzieć – gorsze?

Co do typu 2.
Ci ateiści niestety niewiele różnią się od osób uważających się za wierzące, które nie znają nawet dziesięciu bożych przykazań, to co mówić o stosowaniu się do nich? Staram się zrozumieć, że powoduje nimi strach, ale mam nieodparte wrażenie, że strach ten jest irracjonalny. Gorzej, jeśli zasłaniają się strachem, a w rzeczywistości kieruje nimi zwykła wygoda i pragnienie świętego spokoju. Trudno mi pojąć taką postawę, nie mi ją oceniać, ale aż ciśnie mi się na usta słowo : „hipokryzja”. Zafundowanie sobie podwójnego życia musi być piekielnie trudne. Wyjaśnienie takiej postawy swojemu dziecku musi być jeszcze trudniejsze. Nie umiem wyobrazić sobie takiej sceny:

– Mamo, dostałam 6 z religii!

– Cudownie, ale wiesz, że to wszystko to jedna wielka bzdura?

A może jest jeszcze inaczej. Pozwalają dziecku wierzyć w Boga, nie mówią, że to bzdura, chociaż sami są o tym przekonani. Znam osobiście takich ateistów. Co więcej, to oni mnie pytali, dlaczego ja nie ochrzciłam swoich dzieci. „No jak to, dlaczego? Przecież jestem ateistką!” „No ale co ci szkodzi? Przecież to dziecku krzywdy nie zrobi”. Ja pierniczę! Ci to na pewno nie kierują się strachem.

No właśnie, ten strach. Trudno powiedzieć, skąd on się bierze. Wszyscy mamy różne doświadczenia, inaczej podchodzimy do różnych spraw. Byłam ateistką jako dziecko za rządów jedynej słusznej partii, byłam nastoletnią ateistką w okresie przemian, byłam dorosłą ateistką w czasach, gdy rządy zaczęła przejmować jedyna słuszna wiara, w latach 2000 zaczęłam wychowywać moje dzieci, oczywiście na ateistów i nikt nie zrobił mi ani im żadnej krzywdy. Zakładam, że gdzieś indziej może być gorzej. Może ja po prostu miałam szczęście. Sądzę jednak, że warto przynajmniej podjąć wysiłek, aby przyjrzeć się samemu sobie. Co powoduje, że jako ateista, nie żyję w zgodzie z samym sobą?

Co do typu 3.
Gdyby nasz kraj był wyspiarski i jedna z tych wysp byłaby ateistyczna, potrafiłabym zrozumieć taką postawę aczkolwiek i tak sądziłabym, że izolacjonizm to nie najlepsza polityka. Tymczasem żyjemy na jednej ziemi, gdzie się nie obejrzymy, stoi kościół, niemal we wszystkich szkołach nauczana jest religia, na wielu kanałach telewizyjnych w różnych tematach wypowiadają się księża, a każdy ateista, czy tego chce czy nie, zna więcej katolików niż ateistów. Nie da się w żaden sposób całkowicie odizolować od religii i ludzi wierzących. Tym bardziej nie da się odizolować własnych dzieci. Przesadne dążenie do ochrony dziecka przed możliwym wpływem na nie religijnych treści, również z góry skazane jest na niepowodzenie. Do tego może wywołać w dziecku niepotrzebny strach i poczucie osamotnienia. Owszem, nie unikniemy tych uczuć, nie posyłając dziecka na religię, ale od tego jesteśmy my rodzice, żeby wyjaśniać naszym pociechom, dlaczego postępujemy tak, a nie inaczej. Co nie oznacza, że nie może przyjaźnić się z Marysią „katoliczką”, czy Krzysiem „Świadkiem Jehowy”. Przecież to są tacy sami ludzie jak my. Kochający, współczujący, czasem nieznośni i źli. Nie unikniemy również rozmów między dziećmi, typu:

– A wiesz, że pójdziesz do piekła, bo nie chodzisz na religię?

– No co ty? Przecież piekło nie istnieje.

– Istnieje, pani katechetka nam o nim mówiła.

– A moja mama mówi, że nie istnieje.

Czasem nawet dzieci mogą stoczyć prawdziwą bitwę na światopoglądy, która niemal zawsze kończy się zgodą. Obawiam się po prostu, że ten typ ateisty, który żąda dla siebie szacunku i tolerancji, sam zagubił gdzieś w swoim zacietrzewieniu wartości, których domaga się w stosunku do siebie.

Co do typu 4.
Jest mi on bardzo dobrze znany z autopsji. Sądzę, że w tym wypadku warto sobie uświadomić, że nikt nie jest i nie musi być doskonały, a ateista niczego nikomu nie musi udowadniać. Ma prawo być zły i wyrażać złość, niezadowolony i wyrażać niezadowolenie. A już na pewno powinien popracować nad asertywnością. Przede wszystkim, dla własnego zdrowia, powinien wyeliminować pokusę słuchania tej właśnie nauki Jezusa o nadstawianiu drugiego policzka, bo może spotkać się z takim wierzącym, który będzie miał chęć walić go w pysk non stop.

Moim faworytem jest… Typ 5 „Ideał”
Skoro wie, że jest ateistą, żyje jak ateista i tak samo wychowuje swoje dzieci. Nie „zwisa mu” to, co dzieje się wokół niego. Zna swoje prawa i w sposób asertywny (nie mylić z agresywnym) domaga się ich respektowania. Postawa „raz tak, raz siak” jest mu zupełnie obca. A jeśli ją reprezentował, to ją porzucił na rzecz życia w zgodzie ze swoim światopoglądem. Nie dzieli ludzi na lepszych ateistów i gorszych wierzących, bo jeśli już podejmuje się oceniania człowieka, to według cech jego charakteru lub według jego zachowania. Jest na tyle pewny siebie i na tyle świadomie wychowuje swoje dziecko, że nie obawia się jego, i tak nieuniknionego, kontaktu z tradycjami, mającymi korzenie w religii oraz z osobami wierzącymi. Poza tym jest po prostu sobą:)

teacher-379218__180

Ateista w polskiej szkole.

teacher-379218__180Dlaczego Pani syn nie chodzi na religię?
To pytanie padło z ust wychowawczyni po zebraniu klasowym, kiedy mój syn chodził do pierwszej klasy. I wprawiło mnie w zdumienie a rzadko bywam zdumiona. Jeszcze jedna dziewczynka z syna klasy nie chodziła na religię, ale pani to nie dziwiło, bo ona była muzułmanką. Ale on? Chłopiec z polskim nazwiskiem? O co chodzi?

Dlaczego moje dziecko nie chodzi na religię? Ja wiem i syn wie. Czy to nie wystarczy? Czy nie wystarczy fakt, że religia nie jest przedmiotem obowiązkowym? I że w naszym kraju (wiem, wielu to wciąż szokuje) są nie tylko katolicy ale i ludzie wierzący „inaczej” a nawet i bezwyznaniowi? Miałam chęć złapać za te blond kilka włosów na krzyż i potrząsnąć nimi solidnie. Ale na twarzy nauczycielki malował się uśmiech. Miałam wrażenie, że to zwykła ludzka ciekawość, objaw chorej troski, albo coś innego, co wydawało się tej kobiecie pozytywne.
– Bo jestem ateistką – odzyskałam w końcu mowę – i wychowuję syna w moim światopoglądzie.
– Bo wie pani, dzieci zadały takie pytanie podczas lekcji – nauczycielka uprzedza moje „dlaczego się kur…ka wodna pani pyta?”- I pani syn nie zgodził się na udzielenie odpowiedzi.

No patrzcie, bezczelne siedmioletnie ateiściątko przykrość kolegom katoliściątkom zrobiło. Za to mi zrobiło się gorąco ale zanim zawrzało nadeszło rozsądne, uspokajające myślenie. „To tylko dzieci. Pytają bo są ciekawe”.

– Prosiłam syna aby nie rozmawiał na ten temat z kolegami, żeby przypadkiem nie uraził ich uczuć religijnych – wytłumaczyłam syna.

Bo on już sporo wiedział na temat tej jedynej słusznej i prawdziwej religii. Był na tyle ciekawy, że fragmentami czytałam mu biblię. Dzieciak świetnie się przy tym bawił, momentami pękał ze śmiechu. Jakby tak kolegom opowiedział, co go tak śmieszyło, ciekawa jestem, czy wychowawczyni wciąż uśmiechałaby się do mnie tak przyjacielsko?

– Czy bierze pani pod uwagę to, że syn może kiedyś chcieć zostać katolikiem? – Pada kolejne pytanie a moje zdumienie zmienia się w osłupienie. Mało oczy nie wypadły mi z orbit.
– Oczywiście – odpowiadam mimo wszystko spokojnie i zgodnie z prawdą – ja również zostałam wychowana w rodzinie ateistycznej, w której pozostawiono mi wybór. Moja starsza siostra wyszła za mąż za katolika i przyjęła jego religię. Rodzice nie mieli z tym żadnego problemu. Ale… przepraszam, o co chodzi?
– Rozmawiam o tym z panią, bo katechetka prosiła mnie o taką rozmowę. Zdaje sobie pani sprawę, że dziecko może mieć w przyszłości problemy ze ślubem, z ochrzczeniem własnych dzieci… – tłumaczy pani mi ateistce, jak chłop krowie na miedzy. I zobaczcie jaka katechetka troskliwa!
– Są również śluby cywilne a poza tym ja jestem dobrym przykładem na to, że naprawdę można bez tego wszystkiego żyć.
– Co z klasową Wigilią w takim razie? Czy syn będzie w niej uczestniczył? – pada ostatnie pytanie.
– Tak, nie widzę w tym żadnego problemu. W święta odwiedzamy naszą katolicką rodzinę. Poza tym żyjemy przecież w katolickim kraju.

Uśmiecham się do wychowawczyni, która pewnie nie wie, że 25 grudnia to nie jest data narodzić Jezusa. Nikt nie zna tej daty, jakby Bóg nie przewidział, że ludzie będą chcieli czcić ten rzekomy fakt. Nawet mnie nie poprawia, że Polska to nie kraj wyznaniowy tylko według konstytucji neutralne światopoglądowo państwo.

– Cieszę się, że jest pani taka rozsądna, ble ble ble – skończyła dociekania nauczycielka – do widzenia.
– Do widzenia – odpowiedziałam a w duchu dodałam „pocałuj mnie w d…”.

Zła byłam i niezadowolona z siebie strasznie. Czułam niedosyt, że jednak nie złapałam za te kudły i nie trzepnęłam kilka razy łbem o biurko. Ktoś może spytać:
– Ale o co chodzi? Przecież nie stało się nic złego.

A stało się to, że nikt nie ma prawa pytać mnie o takie rzeczy! Ten dziki (jak widać ) kraj ma konstytucję, konstytucja ma m.in. Art. 53 a w tym artykule jest m.in:
1. Każdemu zapewnia się wolność sumienia i religii.
3. Rodzice mają prawo do zapewnienia dzieciom wychowania i nauczania moralnego i religijnego zgodnie ze swoimi przekonaniami.
4. Religia kościoła lub innego związku wyznaniowego o uregulowanej sytuacji prawnej może być przedmiotem nauczania w szkole, przy czym nie może być naruszona wolność sumienia i religii innych osób.
6. Nikt nie może być zmuszany do uczestniczenia ani do nieuczestniczenia w praktykach religijnych.
7. Nikt nie może być obowiązany przez organy władzy publicznej do ujawnienia swojego światopoglądu, przekonań religijnych lub wyznania.

Stało się również to, że zamiast odpowiedzieć pani „a co cię to obchodzi”, byłam do bólu miła. Jakbym chciała pokazać, że mimo iż jestem ateistką, to jednak bardzo kulturalną osobą, która da sobie nawet narobić na głowę. Dziś ta rozmowa skończyłaby się na pierwszym pytaniu. Później byłby mój niekończący się monolog, po którym wychowawczyni albo zeszłaby z tego świata wprost w ramiona swego Pana, albo… zostałaby ateistką.

Tysiące słów cisnęły mi się na usta podczas tej żenującej rozmowy. A to, że Jezus według biblii został ochrzczony jako dorosły, że chcę aby syn kierował się rozumem a nie rzekomymi prawdami narzuconymi przez innych, które nie trzymają się kupy, że chcę, aby umiał logicznie myśleć a nie był ograniczony ramami określonymi przez Kościół, który tworzą przecież zwykli – a więc niedoskonali ludzie, że chcę, aby kierował się w życiu własnym sumieniem bo ATEIŚCI MAJĄ SUMIENIE! Że nie chcę, aby bał się piekła, żeby wierzył, że istnieje coś takiego jak grzech, nie chcę tłumaczyć mu, dlaczego jest tyle zła na świecie, skoro jest Bóg i dlaczego wierzący twierdzą, że Bóg jest dobry, skoro według biblii nie jest. I z kim ożenił się Kain? Że nie chcę tłumaczyć mu, dlaczego ludzie, którzy wierzą, łamią boże przykazania i nie chcę żeby miał cokolwiek z tymi bzdurami wspólnego. A dlaczego nie chcę? Bo go kocham i chcę dla niego jak najlepiej.

Chciałam przypomnieć nawet prośbę jednej z matek skierowanej do wychowawczyni na tym samym zebraniu:
– Czy może pani porozmawiać z katechetką aby wytłumaczyła dzieciom te modlitwy, których muszą się nauczyć na pamięć, bo mój syn nic z nich nie rozumie i przez to nie chce się ich uczyć?
– Może niech pani sama spróbuje mu je wytłumaczyć – podpowiada inna matka.
– Niestety nie potrafię – odpowiada tamta, katoliczka!
– Pozostaje się tylko cieszyć, że dzieci nie muszą uczyć się na pamięć Koranu – pomyślałam i ugryzłam się w język, bo nie wiedziałam czy koleżanka syna nie wkuwa tego Koranu na blachę. A może tego zaszczytu dostępują tylko chłopcy? Nie wiem i nie interesuje mnie to.

No cóż, ta rozmowa miała miejsce kilka lat temu. Czy od tamtej pory zmieniło się coś na lepsze? Niestety nie. Wystarczy wejść na Facebook i odwiedzić np. grupę „Nasze dzieci nie chodzą na religię”, żeby dowiedzieć się, z czym muszą się borykać rodzice niewierzący oraz ich dzieci.

Dziś mój syn chodzi do pierwszej klasy gimnazjum. Zaraz przed przerwą świąteczną powiedział mi, że pani spytała, czy weźmie udział w klasowej wigilii.
– A chcesz wziąć? – spytałam
– Jasne, dla mnie to po prostu fajne spotkanie z klasą. Powiedziałem pani, że nawet opłatkiem się chętnie podzielę – zaśmiał się.

I ja uśmiechnęłam się również, bo jest to jedyne pytanie związane z religią, które nauczyciel ma prawo zadać uczniowi niewierzącemu.

prison-407714__180

Od ateizmu, przez wiarę, do… ateizmu:)

prison-407714__180Czym dla mnie jest ateizm? Żeby odpowiedzieć na to pytanie, muszę napisać najpierw, czym dla mnie była wiara.

Urodziłam się w latach siedemdziesiątych. Mój ojciec, który miał największy wpływ na mój rozwój, darzył podobną sympatią „czerwonych”, jak i „czarnych”. Był ateistą i antyklerykałem. Matce natomiast było wszystko jedno. Mam wrażenie, że równie dobrze mogłaby urodzić się w kraju islamskim, w Indiach lub być na przykład mormonką. Skoro przyszło jej żyć w kraju, w którym był katolicyzm, na wszelki wypadek, bo to przecież nie zaszkodzi, postanowiła ochrzcić mnie w tajemnicy przed ojcem. Na szczęście ksiądz odmówił udzielenia mi sakramentu, ponieważ rodzice żyli w tzw. grzechu.

Pierwszymi moimi bogami byli rodzice, jak bywa u większości dzieci. Dość szybko zorientowałam się, że jak na bogów są zbyt, delikatnie mówiąc, niedoskonali. Jakim cudem znalazłam się w pierwszej klasie podstawówki na lekcjach religii, nikt nie potrafi mi odpowiedzieć. Ojciec twierdzi, że nic o tym nie wiedział, matka, że nie pamięta, ktoś mnie jednak na tę religię posłał. Chodziłam tylko rok, może nawet niecały. Nic z tego okresu nie pamiętam jednak nie ulega wątpliwości, że to wówczas zostałam zainfekowana wirusem wiary.

Ogólnie rzecz ujmując, kiedy myślę o wczesnych latach swojego życia, mam wrażenie, że żyłam jakby z rozdwojoną jaźnią, z wiecznym konfliktem wewnętrznym. W szkole uczyłam się jednej wersji historii, ojciec uczył mnie drugiej. Jak to możliwe, że ktoś celowo uczy mnie kłamstw, mimo że przecież musi znać prawdę? Nie potrafiłam tego zrozumieć. Od ojca słyszałam, że boga nie ma a wszyscy moi rówieśnicy chodzili na religię twierdząc, że jest. Ich było więcej. Na całym świecie miliardy ludzi wierzyło w jakiegoś boga czy bogów. Czy to możliwe, że wszyscy się mylą? Czułam się zagubiona. Do tego im bardziej w domu było źle, tym bardziej szukałam pocieszenia. Tylko wymyślony przyjaciel mógł mi wówczas to pocieszenie zagwarantować.

Ilekroć przypominam sobie te moje nocne z bogiem rozmowy, to morze wylanych łez, które tylko on mógł osuszyć, to poczucie strachu i niepewności, które on niwelował i pustkę, którą on wypełniał, odnoszę wrażenie, że nikt, kogo znałam osobiście, nie był tak mocno wierzącym człowiekiem, jak ja. Jako, że ojciec podsuwał mi pod nos biblię, szybko odrzuciłam boga starotestamentowego. Nawet dla dziecka taki bóg był nie do przełknięcia. Przerażający psychopata, żądny krwi mściciel, wzbudzał we mnie grozę i pogardę. A jednak w coś wierzyłam. Boga „tradycyjnego” zastąpiłam MOIM Bogiem. Ta naiwna, szczera, dziecięca i utrzymywana w wielkiej tajemnicy wiara nie starczyła mi na długo. W końcu zaczęły rodzić się wątpliwości i pytania bez odpowiedzi. Ach, jakże mnie to drażniło! Jakże nienawidziłam siebie za to moje dociekanie, za to, że jakaś część mnie chce wiedzieć, bo samo czucie jej nie wystarczy. Toczyłam wewnętrzne boje, walkę z czymś co można by przyrównać do kuszenia szatana, a wyglądało to mniej więcej tak:

– Kim jest ten twój bóg? – pytał KTOŚ.
– A co cię to obchodzi? Jest i już! – odburkiwałam i próbowałam skupić się na parapsychologicznej łączności z MOIM Bogiem.
– Jest osobą? Starym dziadkiem z długą brodą?
– Jak śmiesz! To nie osoba, to… energia.
– Energia, która myśli, czuje i ma z tobą bezpośredni kontakt? – dociekał KTOŚ.
– O! Dokładnie!
– To ty jesteś kimś niezwykłym? Wybrańcem? – spytał KTOŚ z nieukrywaną ironią.
– No… nie… – zawahałam się przez chwilę i nagle olśnienie, lub pomoc Boga samego MOJEGO – ja go odkryłam i każdy może go odkryć, jeśli chce – poczułam dreszczyk triumfu.
– A jaki on jest, ten twój bóg? – KTOŚ sprawiał wrażenie zupełnie nieprzejętego moim małym zwycięstwem.
– To bezgraniczna miłość, która wszystko rozumie, współczuje, niczego nie oczekuje…
– I niczego nie daje w zamian?
Jak słowo daję, gdybym miała wyobrazić sobie KTOSIA, siedziałby przede mną w fotelu i zadając mi tak istotne pytania, piłowałby sobie z nonszalancją szpony.
– Jak to nie daje? Daje! To, że wysłucha, że ze mną rozmawia, że kocha, daje poczucie bezpieczeństwa…
– A życzenia spełnia? No wiesz, jak złota rybka na przykład?
– Złota rybka to bajka! – oburzyłam się.
– No tak, a my nie o bajkach przecież rozmawiamy – sądzę, że KTOŚ zdusił chichot w tym momencie. – Czyli spełnia, czy nie?
– Jedne spełnia innych nie – zaczyna mnie uwierać ta rozmowa.
– A! Czyli, jak spełni się twoje marzenie, to działanie boga, jak nie to…, no właśnie, to co?
– To gówno! – chciałabym odpowiedzieć, ale nie śmiałam. Nie sądzę by taka odpowiedź spodobałaby się MOJEMU Bogu. A ja bardzo chciałam mu się podobać.

– Czyli on wysłuchuje prośby lub nie? Zdaje mi się, że już gdzieś to słyszałem. Zaraz zaraz, gdzie to mogło być? Dałbym sobie kopyto uciąć no… jak to było? Jak w moim życiu dzieje się coś dobrego, to dzięki bogu a jak coś złego, to bóg nie miał z tym nic wspólnego…
– Nie żądam od MOJEGO Boga zbyt wiele – syknęłam.
– Ciekawe dlaczego? Boisz się, że nie sprosta twoim wymaganiom? Nie jest wszechmocny?
– Nie muszę ci tłumaczyć i tak nie zrozumiesz!
– Szkoda – KTOŚ wzruszył ramionami i znowu zapytał – A gdzie on jest?
– No jak to gdzie? Jest wszędzie!
– Wszędzie w jednej chwili? Słyszałem o podobnych bogach.
– MÓJ jest inny. Jest wszędzie tam, gdzie ja.
– Śledzi cię? – KTOŚ zmarszczył brwi i spojrzał na mnie z niedowierzaniem.
– Nie śledzi idioto! Jest po prostu we mnie dlatego jest wszędzie tam, gdzie ja.
– O! A to ciekawe – tu z pewnością po pysku KTOSIA przemknął uśmieszek. – Jest w tobie, a więc jest częścią ciebie?

Ha! Już nie piłuje paznokci! Nareszcie załapał! Jakie to proste i logiczne. W końcu jak mogłabym sobie MOJEGO boga inaczej wyobrazić? Że wpada do mnie wieczorami w odwiedziny a po gadce szmatce wraca do swojego domu? Gdzie? Ale kiedy jest we mnie, był od zawsze, tylko trzeba go odkryć i może tego dokonać każdy – wszystko jasne, sprawa załatwiona.
– Czyli skoro on jest twoją częścią, to ty jesteś częścią boga?
– No tak!
– Czyli bóg jest nierozerwalnie z tobą związany, jest twoją częścią, więc można się pokusić o stwierdzenie, że w pewnym sensie to ty jesteś swoim bogiem, prawda?
– Nie, ja nie jestem bogiem! Na rogi upadłeś?
– No ale, jakby tak od ciebie odjąć ciebie, to co by zostało?
– Matematyka nigdy nie była moją mocną stroną.
– No weź, przecież to takie proste – kusił KTOŚ.
– Zostałby Bóg ale wtedy mnie by nie było.
– A gdyby od ciebie odjąć boga?
– Zostałabym ja.
– A nie byłoby boga, prawda?

– Wiesz, tak samo można powiedzieć na przykład o chlebie – odejmij od niego mąkę, to co zostanie? W każdym razie to nie będzie chleb. Tak i ja jestem całością z moim bogiem.
– Myślisz, że jak odejmiesz boga, przestaniesz być człowiekiem?
– Ale po co mam się pozbywać czegoś, co jest mi potrzebne do życia?
– Żartujesz! Mówiłaś, że daje ci miłość, że cię wysłucha, że daje ci poczucie bezpieczeństwa i nic więcej. Takie rzeczy może ci zapewnić człowiek.
Mam chęć wyszarpać go za czarne kudły.
– I rozmawiasz z tym swoim bogiem?
– No… mówię do niego i mam wrażenie, że słucha, że mnie rozumie i że mi podpowiada, co mam robić.
– A jakim głosem do ciebie mówi? Tenorem? Barytonem? Falsetem?
– Nie słyszę jego głosu! Twojego też nie, więc co to ma do rzeczy?
– No właśnie, a z kim teraz rozmawiasz?
– Jak to z kim? No z tobą! – nagle czuję, że grunt usuwa mi się pod nogami.
– Czyli z kim? No nie bój się prawdy, przecież wiesz.

Mam wrażenie, że KTOŚ uśmiecha się do mnie pobłażliwie i na dokładkę bezczelnie puszcza oko a ja jeszcze się waham, jeszcze walczę, jeszcze nie chcę się z tym pogodzić.

Wiele podobnych, mniej lub bardziej dojrzałych rozmów przeprowadziłam, wiele bojów o MOJEGO Boga stoczyłam, który wraz z wiekiem, wraz z rozwojem, z coraz śmielszymi pytaniami zadawanymi samej sobie, zaczął tracić wiarygodność. Żyłam w lęku i ogromnym poczuciu winy. Miałam wyrzuty sumienia zarówno w stosunku do ojca ateisty, jak i do MOJEGO Boga. Gorliwe modlitwy przeplatałam gotowością porzucenia wiary, jako czegoś zbędnego. Doszłam do momentu, kiedy nie mogłam dłużej tolerować tego schizofrenicznego świata, który sobie stworzyłam.

Aż w końcu, po wielu latach obudziłam się sama – bez boga. Tak po prostu. Kiedy sobie to uświadomiłam poczułam siłę, jakiej nigdy wcześniej nie doświadczyłam i wewnętrzną radość, której do niczego nie potrafię przyrównać. Skończyło się samooszukiwanie, przerzucanie odpowiedzialności za swoje życie na wyimaginowanego przyjaciela, hipokryzja, której się brzydziłam, wyrzuty sumienia i lęk. W zamian pojawił się błogi spokój. Jest jedno słowo, które jako pierwsze przychodzi mi do głowy, kiedy myślę o tym, czym dla mnie jest ateizm.

To zapierająca dech w piersiach WOLNOŚĆ.

***
Czasem, kiedy myślę o sobie z przeszłości, o tej małej, zawieruszonej w wielkim, niezrozumiałym świecie, nadwrażliwej dziewczynce, żal mi, że zabrakło jej przewodnika. Kogoś, kto wziąłby ją za rączkę i pewnie poprowadził w dorosłe życie, kogoś, kto zapewniłby jej to, czego tak rozpaczliwie poszukiwała. Dziś, jako dorosła osoba staram się zapewnić to własnym dzieciom. I wciąż rozmawiam z KTOSIEM, który teraz zadaje zupełnie inne, choć równie denerwujące pytania, typu: „nie sądzisz, że za długo siedzisz przy komputerze?”, „nie uważasz, że czas posprzątać?”, „nie sądzisz, że najwyższy czas iść z tym do lekarza?”. Teraz jednak mam zupełnie inny stosunek do KTOSIA bo wiem, że KTOŚ to ja sama:)