child-636022_1280

W tajnej kwaterze prezesa :-)

child-636022_1280W tajnej kwaterze fuhrera… wrrrrróć! Prezesa! W tajnej kwaterze prezesa.

Beata Szydło: – Halo! Becia? Mamy problem!

Beata Kempa: – Co się dzieje?

B.Sz. – Nasz Najjaśniejszy siedzi w kącie swojego gabinetu, buja się w tę i z powrotem i kciuka ssie!

B.K. – No to nie wiem, wysmaruj mu pieprzem, czy innym jakimś gównem. Jeszcze sobie zgryz zepsuje!

B.Sz. – Całkiem głupia jesteś? On ma jakieś załamanie nerwowe!

B.K. – No to co ja mam zrobić? Broszkę mu może daj, to się ucieszy.

B.Sz. – Sama mu daj! Ja go nie rozprawiczę. Wystarczy, że za wszystko inne odpowiadam!

B.K. – Broszkę ze swojej kolekcji! A zresztą. Nie ja jestem premierem. To dotyczy spraw wewnętrznych. Dzwoń do Mańka.

***

Beata Szydło: – Maniek?

Mariusz Błaszczak: – A do kogo dzwonisz?

B.Sz. – Do Mariusza Błaszczaka.

M.B. – To co się głupio pytasz?

B.Sz. – Kurde Maniek, musisz przyjechać do kwatery Najmniejszego. Kłopot mamy, chyba zwariował!

M.B. – Słuchaj Becia, ja mam urwanie głowy. Ostatnio wszyscy wandale podają się za dzieci członków PiS-u. Weryfikacja zajmuje sporo czasu. Zanim dojdziemy kto jest kim, musimy ich wypuszczać. Wszystko przez tę małą Kołakowską, która podczas zadymy pytała policjantów o tramwaj. A zresztą co ja mogę? Ja historykiem jestem. Dzwoń do Radziwiłła. W końcu jest ministrem zdrowia, nie?

B.Sz. – Cholera, chyba nie mam do niego telefonu.

M.B. – To dzwoń do Gowina, przecież to kumple są.

***

Beata Szydło: Siema Jarek, problem mam z Prezesem.

Jarosław Gowin: Nie ty jedna.

B.Sz. – A może wpadłbyś do kwatery? Ty taki spokojny zawsze jesteś, zrównoważony, powiedziałbyś mu coś miłego, bo teraz kiwa się jak pawian na lianie i rąbie własnego kciuka, niczym banana.

J.G: No tak. Spokojny… Jestem baaaaaardzo spokojny. Ale taki mnie wkurw łapie ilekroć sobie przypomnę, że to ja miałem być ministrem obrony narodowej, że jak tam wpadnę, to mu tego kciuka w dupę wsadzę!

***

Beata Szydło: No kurde, że ja na to nie wpadłam. Jedyna nadzieja w Macierewiczu!

B.Sz. – Szanowny Panie Antoni, tu Beata Szydło.

A.M. – Obawiam się, że przeszkadza mi Pani w ważnych sprawach służbowych. Mamy z wojskiem kilka Jezusów do rozwiezienia po kraju. No chyba, że chce Pani tablicę Mendelejewa, te co się nimi podczas audytu w sejmie chwaliłem.

B.Sz. – Bardzo przepraszam, ale sprawa jest pilna. Chodzi o Prezesiątko nasze.

A.M. – Zamieniam się w słuch.

B.Sz. – Chyba zwariował!

A.M. – Niech się Pani liczy ze słowami! Mnie to ciągle zarzucają! Bo im się we łbach nie mieści, że samolot może pęknąć jak parówka. Wystarczy go tylko zagotować!

B.Sz. Bardzo przepraszam, chodzi o to, że buja się jak sierota i kciuka ssie.

A.M. A jak się ma bujać?! Przecież to sierota! I co ma za przeproszeniem ssać?!

B.Sz. Ale co ja mam zrobić, jak mu nie przejdzie? Lepiej byłoby, żeby go ludzie takim nie wiedzieli. A jak podamy do publicznej wiadomości, że jest chory, opozycja ogłosi narodowe święto. Będzie biba większa na ulicach, niż karnawał w Rio de Janeiro. Telewizja publiczna, żeby tego nie pokazać, będzie musiała niebo nagrywać.

A.M. – Dobra, niech mu Pani powie, że przyjedzie wróżka Antonina, bo ma mu coś ważnego do powiedzenia.

***

Godzinę później do tajnej kwatery fuhr… tzn. Prezesa wchodzi pokraczna kobieta z brodą.

Beata Szydło: Matko Boska i wszyscy święci!

Antoni Macierewicz: Zaanonsuj mnie.

B.Sz. Ale jak? Minister Obrony opętany gender?

A.M. Wróżka Antonina idiotko!

Beata Szydło zapukała delikatnie do drzwi gabinetu Prezesa, uchyliła je i szepnęła coś do wnętrza. Przez szparę w drzwiach wyjrzał zaciekawiony mały prezesik z kciukiem w buzi, po czym otworzył drzwi szerzej zapraszając w ten sposób wróżkę do środka.

A.M. Przesyła mnie do Najjaśniejszej Maleńkości pan minister Antoni Macierewicz.

Jarosław Kaczyński: Bla, a, gla, bla.

A.M. Gdybyś słońce najcudniejsze wyjął paluszek z mordeczki, zrozumiałabym co do mnie mówi.

Jarosław powoli wyciągnął kciuka z ust i wytarł go o spodnie.

J.K. A dlaczego sam nie przyjechał?

A.M. Jest bardzo zajęty, bo trafił na nowy trop w sprawie zbrodni smoleńskiej.

J.K. Naprawdę?

A.M. A czy on kiedykolwiek mówił nieprawdę? Zresztą sam wszystko opowie. Ja tu jestem po to, żebyś ty, o Najwspanialszy Okruszeńku porozmawiał sobie ze swoim bratem.

J.K. Ale jak? Przecież on poległ na polu chwały.

A.M. Zobacz, co tu mam. Zaczarowane lusterko. Kiedy w nie spojrzysz, zobaczysz brata, który przeze mnie będzie przemawiał. Jest jedna zasada. Jak patrzysz w lustro, nie możesz się odzywać. Jak będziesz chciał coś powiedzieć, musisz lustro odwrócić. Inaczej seans się nie powiedzie.

J.K. Przecież to niemożliwe.

A.M. Taaa. Zamach na demokrację też wydawał się niemożliwy.

Prezesik uśmiechnął się wreszcie. W końcu zasiadł naprzeciwko wróżki Antoniny i powoli spojrzał w lustro. Jego oczy robiły się coraz większe ze zdumienia. Patrzył tak dłuższą chwilę, po czym odwrócił lustro i ze łzami w oczach szepnął.

J.K. Lesio mój, jak żywy!

A.M. A nie mówiłam?

J.K. Ale jakiś taki zdziwiony. I pypcia nie ma.

A.M. Czego?

J.K. Pypcia! Na lewym policzku go miał!

A.M. Może odpadł po wybuchu. Lepiej o niego nie pytać, bo mu jeszcze przykro będzie.

J.K. I jakieś takie szkliste oczy miał.

A.M. Pewnie wino pił, jak zwykle.

J.K. No tak!

A.M. Powiedz Jarku, co cię trapi.

J.K. Nie przypominam sobie wróżko, żebyśmy przechodzili na ty.

A.M. To nie wróżka mówi, tylko ja, twój brat.

J.K. Leszek? Lesiu mój kochany, poległy mój bohaterze narodowy, Marysię w lusterku mogę zobaczyć?

A.M. Jeszcze się nie uczesała, ale cię pozdrawia. Powiedz, czym się smucisz?

J.K. A kto ci powiedział, że się smucę? Mam władzę, z państwem robię co chcę i za nic nie ponoszę odpowiedzialności, historię zmieniam, pomnik ci wkrótce wystawię, w jednej kieszeni wojsko z Macierewiczem, w drugiej kieszeni Duda z długopisem, Unia się rozpada, bo Anglia zrobiła Bretix, dlaczego niby miałbym się smucić?

A.M. No ale kiwałeś się.

J.K. Nie kiwałem tylko tańczyłem sobie.

A.M. A kciuka po co ssałeś?

J.K. Widzisz Lesiu, w prawej ręce trzymam wszystkie sznurki, za które pociągam kiedy chcę i jak chcę. Kieszenie mam przecież zajęte, więc co mam robić z ręką lewą? Po prostu sobie ssałem.

🙂

 

 

 

flying-spaghetti-monster-25822_1280

Kościół Latającego Potwora Spaghetti cz. 1

flying-spaghetti-monster-25822_1280Lubię spaghetti a Wy?

Ludzka wyobraźnia nie zna granic. Ludzie wierzą w różne rzeczy. Od pierdół typu, że rozsypana sól, czy czarny kot przebiegający drogę,  przynoszą pecha, po wróżki a nawet wróżów, którzy pieprzą trzy po trzy, i jeszcze im za to płacą. To akurat mało groźne, za to bardzo upierdliwe. Przez biednego kicia, którego geny sprawiły, że jest czarny, można kawał drogi czasami nadrobić, a przez rozsypaną sól całkiem się nerwowo rozstroić. Poznałam również ostatnio historię mężczyzny, którego żona podejrzewała o zdrady, bo jej to wróż wywróżył. W końcu zdradził ją i porzucił. Ileż można słuchać awantur z powodu tego, czego się nie zrobiło?

Wiara w szczęście przynoszone przez kominiarza, w pecha przynoszonego przez cyfrę 13, mogą wzbudzać rozbawienie. Gorzej, jak mamy do czynienia z religią. Wówczas przestaje być śmiesznie, bo ludzie podporządkowują swoje życie wymysłom innych ludzi, którzy żyli tysiące lat temu. I tak na przykład jedna religia uważa, że Jezus był synem bożym, inna twierdzi, że to bluźnierstwo, jeszcze inna, że był to tylko prorok. Jedna uważa, zresztą zgodnie z Biblią, że tylko do boga Jahwe można się modlić, inna że do tysiąca świętych, których ludzie uczynili świętymi, a którzy świętymi za życia tak naprawdę nie byli. Jedni twierdzą, że nie można robić żadnych wizerunków boga, inni tworzą sobie święte ikony, czy miliony świętych obrazków, którym należy oddawać cześć. Jedni wierzą w boga jednego, inni w wielu, jeszcze inni z jednego robią trzech.

Kiedy spytałam ciocię Wiki o religie, powiedziała mi że:

„W 2012 roku 59% ludzi uważało się za osoby religijne, 23% nie, a 13% deklarowało ateizm. Według różnych szacunków istnieje od 4200 do 10 000 religii. Samych wyznań chrześcijańskich jest ok. 41.”

Jako młoda dziewczyna sceptycznie podchodząca do wszystkiego (tego nauczył mnie ojciec), interesowałam się religiami. Wychodziłam z założenia, że skoro większość populacji wierzy w coś, być może ta większość ma rację, przynajmniej część tej większości, bo przecież nie można uznać, że skoro religie tak różnią się od siebie, wszystkie są „prawidłowe”. Może to ja się mylę nie wierząc? Może któraś z tych religii jest prawdziwa?

Czym właściwie jest religia? To wiara i kult. Wierzyć można w wiele rzeczy ale kult kojarzy mi się z poddaństwem, z okazywaniem swojej niższości względem kogoś. Moja natura nie uznaje czegoś takiego a każdy bóg, choćby najbardziej kochający czy najstraszniejszy, nie zasługuje na moje kajanie się przed nim. Moim dobrym znajomym katolikom na pytanie, czy nie boję się, że jeśli nie mam racji, spotka mnie kara za niewiarę, mówię, że jeśli bóg istnieje taki, jak jest on w Biblii opisany, to chętnie naplułabym mu w twarz. Oni nie czytali, więc nie wiedzą o co mi chodzi i moje słowa zbywają zgorszonym milczeniem. Jeśli natomiast jest taki, jak go ludzie przedstawiają – miłosierny, mądry, wszechwiedzący, to ten bóg bardzo mnie kocha. Tak! Bóg wasz kocha mnie, bo wie, że żyję w zgodzie z własnym sumieniem i przede wszystkim nie jestem hipokrytką.

Jeśli chodzi o definicje religii, najbardziej podobają mi się dwie: jedna Roberta Pirsiga:

„Jeżeli jedna osoba ma jakieś urojenia, nazywamy to szaleństwem. Jeżeli wiele osób cierpi na to samo urojenie, nazywamy to religią”

druga Zygmunta Freuda:

„Religia to nerwica natręctw”

 Tak więc na początku swej świadomej drogi do ateizmu, która rozpoczęła się od czytania biblii, zaczęłam rozglądać się za religią, może niezgodną z moim miejscem zamieszkania, kulturą w której się wychowałam, tradycją, za to zgodną z moim rozumem, którą mogłabym uznać za godną zaufania. W momencie gdy zaczynały się opowieści rodem z filmów science fiction, odpuszczałam sobie. Mój racjonalny umysł nie mógł przełknąć żadnego czary mary.

Kiedy jakiś czas temu usłyszałam o Potworze Spaghetti, pękałam ze śmiechu. Po czym doszłam do wniosku, że jakiś tam zlepek makaronu gdzieś tam w przestworzach jest mniej śmieszny od miłosiernego, wszechwiedzącego i wszechmogącego boga, który morduje niemal wszystkich stworzonych przez siebie ludzi na ziemi tylko po to, żeby potem za to przeprosić, jednemu ze swoich wyznawców każe zamordować swojego pierworodnego, żeby przekonać się, czy jest mu wierny, żeby jakiś czas później wydać na rzeź swojego syna, aby ten straszną śmiercią odkupił grzechy ludzkości, które mógł ludziom odpuścić od tak, po prostu. A wyznawcy Jahwe, żydowskiego boga wmawiają, że powinniśmy całe życie na kolanach przeklęczeć za tą boską ofiarę z syna. Pieprzę to. Ja o coś takiego nie prosiłam. Na szczęście jestem człowiekiem, w związku z tym, sama dałabym się sponiewierać, zeszmacić, poćwiartować i spalić za mojego syna. Żadna istota, która dopuściła się takiej zbrodni nie zasługuje na mój szacunek.

Oczywiście moje poszukiwania prawdziwej religii skończyły się dawno temu. Przyszedł czas na dojrzałość, która nie potrzebuje wymyślonych przyjaciół, żeby brać się za bary z życiem i wygrywać. Niedawno jednak usłyszałam o kolejnej próbie zarejestrowania w Polsce Kościoła Potwora Spaghetti. A i na Marszu Ateistów widziałam dziewczynę z durszlakiem na głowie. Postanowiłam poznać tę religię z czystej już ciekawości.

Wyznawcy Jego Makaronowatości twierdzą, że ich religia trwa od setek lat, a głośna stała się za sprawą opublikowania listu do Rady Szkoły w Kansas jednego z wyznawców, który był zaniepokojony tym, że w niektórych stanach USA obok teorii ewolucji ma być wprowadzony do planu nauczania kreacjonizm.  Napisał w nim, że jest wiele teorii Inteligentnego Projektu, m.in. taka, że świat został stworzony przez Latającego Potwora Spaghetti.

„Kościół Latającego Potwora Spaghetti jest prawdziwy i całkowicie prawomocny. Poparty jest licznymi dowodami naukowymi, a każda treść wydająca się śmieszna i humorystyczna, jest taka wyłącznie przez przypadek.”

Skądś to znam. Co kilka wersów Biblii pękałam ze śmiechu. Kiedy doszłam do momentu, w którym święte słowo boże głosiło, że spośród ptaków żydom nie wolno jeść m.in. nietoperzy, odłożyłam Biblię pomiędzy „Mity Greckie” a „Alicję w krainie czarów” na miesiąc. Kiedy doszłam do momentu, kiedy to bóg wstrzymał słońce, żeby rzeź pomiędzy ludźmi mogła odbywać się za dnia, wyrzuciłam ją do kosza na śmieci. Potem wygrzebałam, bo jeszcze głupot było mi mało. Dziś nie żałuję. Kontrargumenty Świadkom Jehowy sypię jak z rękawa i mam z tego dziką satysfakcję. I tak przy okazji. Chcecie zagadkę? Według Biblii ilu ludzi zamordował Bóg a ilu Szatan? Temu, kto pierwszy prawidłowo odpowie, obiecuję spotkanie w realu. Stawiam piwo. Pierwsze.

„Mamy dowody że Latający Potwór Spaghetti stworzył Wszechświat. Nikt z nas, oczywiście, nie był wtedy by to zobaczyć, ale mamy o tym źródła pisane. Posiadamy liczne przydługawe dzieła tłumaczące wszystkie szczegóły Jego mocy.”

Z czymś mi się to kojarzy, a Wam?

„Wszyscy możemy z łatwością wyobrazić sobie przyszłość, w której te trzy teorie będą traktowane na równi w szkołach w całym kraju, a ostatecznie i na całym Świecie. Jedna trzecia uwagi dla Inteligentnego Projektu, jedna trzecia dla Latającego Potworo Spaghettyizmu (Pastafarianizmu) i jedna trzecia dla logicznych założeń opartych na przytłaczających namacalnych dowodach.”

Takie proste a takie genialne!

„Filary wiary” Pastafarian:

– Wierzymy że Piraci, pierwsi Pastafarianie, byli spokojnymi, szlachetnymi odkrywcami, którzy wyłącznie przez konsekwentną chrześcijańską propagande mają teraz opinię bezwzględnych kryminalistów,

– Lubimy piwo,

– Każdy piątek jest świętem,

– Nie traktujemy siebie zbyt poważnie,

– Uwielbiamy sprzeczności.

Osiem wskazówek Jego Makaronowatości:

1. Naprawdę wolałbym, byś nie zachowywał się jak jakiś świętoszkowaty dupek, gdy opisujesz moją Makaronowatą Dobroć. Jeśli ktoś we mnie nie wierzy, to spoko. Naprawdę, nie jestem przecież próżny. Nie zbaczajmy jednak z tematu, bo nie o to chodzi. (Niepróżny bóg? To novum jakieś)

2. Naprawdę wolałbym, byś nie wykorzystywał mojego istnienia do agresji, zniewalania, karania, patroszenia i/lub sam wiesz, bycia niemiłym dla innych. Nie wymagam żadnych ofiar, a czystość jest ważna w przypadku wody pitnej, a nie ludzi. (Z czystością ludzi różnie bywa, można się o tym przekonać w upalne dni w zatłoczonych autobusach. Ale Jego Makaronowatość nie jeździ z pewnością środkami komunikacji miejskiej)

3. Naprawdę wolałbym, byś nie oceniał ludzi ze względu na ich wygląd, sposób ubierania, mówienia czy też… Wiesz co, bądź po prostu miły, OK? I wbij to sobie do głowy: kobieta = człowiek, mężczyzna = człowiek. Jedno i to samo. Jedno nie jest lepsze od drugiego, no chyba że chodzi o wyczucie mody, gdyż, wybacz mi, ale dałem to kobietom i niektórym facetom, którzy wiedzą, jaka jest różnica między kolorem morskim a fuksją. (Mnie zapomniał dać. Czy to oznacza, że nie jestem ani kobietą ani mężczyzną? Muszę jakiegoś Pastafarianina spytać)

4. Naprawdę wolałbym, byś nie odbywał stosunku, który jest niemoralny dla Ciebie lub Twojego chętnego, zgadzającego się partnera, dorosłego tak na ciele, jak i umyśle. Jeśli ktoś się z tym nie zgadza, to niech spada, chyba że to też jest dla niego niemoralne, to niech wyłączy wtedy telewizor i pójdzie na spacer dla odmiany. (Nie pojęłam o co kaman? Bo według mnie nie ma niemoralnego stosunku, jeśli dwie strony się na niego zgadzają)

5. Naprawdę wolałbym, byś nie walczył z bigoteryjnymi, mizoginistycznymi, pełnymi nienawiści przekonaniami innych na pusty żołądek. Zjedz coś i dopiero potem zajmij się tymi bredniami. (Pasuje do powiedzenia: głodny człowiek to zły człowiek)

6. Naprawdę wolałbym, byś nie budował kosztujących wiele milionów złotych kościołów/meczetów/kapliczek dla mej Makaronowatej Wspaniałości, gdy te pieniądze można by o wiele lepiej wydać, żeby (wybierz sam): A. zwalczyć ubóstwo, B. znaleźć lekarstwo na choroby, C. żyć w pokoju, namiętnie kochać, no i obniżyć koszty kablówki. Mogę być Nieodgadnioną Węglowodanową Wszechwiedzącą Istotą, jednak nie przeszkadza mi to w czerpaniu przyjemności z prostych rzeczy. Wiem, co mówię – JESTEM przecież Stwórcą. (bez zastrzeżeń. Nadmiar kasy wydaję na sushi)

7. Naprawdę wolałbym, byś nie rozpowiadał ludziom wkoło, że przemawiam do Ciebie. Nie jesteś aż tak interesujący. Zrozum to. Mówiłem Ci przecież, byś kochał swych bliźnich, rozważ to. (Że łot?)

8. Naprawdę wolałbym, byś nie robił innym tego, czego byś nie chciał, by oni robili Tobie… No wiesz, chyba że lubisz rzeczy związane z dużą ilością lateksu / skór / lubrykantów / Las Vegas, to tego też raczej nie rób. Jeśli druga osoba też to lubi (pamiętaj jednak o punkcie czwartym), to działajcie, róbcie zdjęcia, ale na miłość Makaronu, użyjcie PREZERWATYWY!!! Naprawdę, to tylko kawałek gumki, jeżeli nie chciałbym, by TO było przyjemne, dodałbym Wam jakieś kolce albo coś. (Dobrze, że nie dodał)

Pastafarianie mają swoje święta, np. 24 – 26 grudnia zupełnie przypadkowo przypadają w święta chrześcijańskie. Obchodzi się je tak, jak się chce.

„Pastehach” początek wiosny, zupełnie przypadkowo zbiega się z żydowskim świętem Pesach. Należy jeść jak najwięcej makaronu.

„Ramendan” 9 lipca – 7 sierpnia – przypadkowo oczywiście zbiega się z muzułmańskim Ramadanem. Trzeba wcinać makaron i wspominać czasy studenckie.

Halloween – 31 października – upamiętnienie czasów, kiedy Piraci, czyli Naród Wybrany, byli na całym świecie. Spadek populacji Piratów skutkuje trzęsieniami ziemi, huraganami i innymi katastrofami zwanymi naturalnymi.

„Święto mówienia niczym Pirat” – 19 września.

Każdy piątek – jako dzień święty.

Jest mały problem z Kościołem LPS. Mimo, że od 2012 r. stara się o rejestrację, nijak mu to nie wychodzi. Celem dla Pastafarian jest kult Latającego Potwora Spaghetti zgodnie z wszystkimi uprawnieniami, jakie gwarantuje ustawa o wyznaniach i wolności sumienia oraz propagowanie działań na rzecz rozdzielności Państwa Polskiego od Instytucji Kościelnych na płaszczyźnie finansowej, społecznej, politycznej i prawnej. Wyznawcy Jego Makaronowatości pragną zawieszenia jego wizerunku w Sejmie, wprowadzenia do szkół zajęć z religii pastafariańskiej na takich samych zasadach, na jakich prowadzone są obecnie zajęcia z religii katolickiej, zniesienia przepisu umożliwiającego pozwanie osoby za obrazę uczuć religijnych, likwidacji Funduszu Kościelnego, wspierania organizacji działających na rzecz szerzenia tolerancji wśród społeczeństwa, walki z dyskryminacją ze względu na płeć, wyznanie, preferencje seksualne, pochodzenie, status majątkowy oraz propagowania działań mających na celu wprowadzenie rozdzielności Państwa Polskiego od Instytucji Kościelnych.

I na koniec pierwszej części „Nieokreślona liczba NIE-Przykazań, a Sugestii”:

1. Jam jest Latający Potwór Spaghetti. Nie będziesz miał innych potworów przede Mną. (Potem możesz mieć; tylko użyj zabezpieczenia). Jedynym Potworem, który zasługuje na pisanie wielką literą jestem Ja! Inne potwory to fałszywe potwory, niezasługujące na pisanie wielką literą.
2. Nie winieneś czynić rzeczy, które wiesz już dobrze, że są złe, jak zabijanie, kłamanie, zdradzanie, kradzież itd. Czy naprawdę musisz mieć to wyciosane w kamieniu?
3. Nie osądzaj, bo najpewniej nie jest to twoja praca, ani twój interes.
4. Aha, i staraj się nie kupować zbyt dużo niepotrzebnego badziewia, OK.?
5. Bądźże miłym dla innych czy są mili dla ciebie, czy też nie, gdyż czyni to ciebie lepszą osobą w większości przypadków, a czasami wkurzy to jakiegoś idiotę, co ucieszy Sosowatego Pana Twego.
6. Winieneś nie spożywać „sera” z zielonego tekturowego pudełka, ani też nie winieneś pozwalać na trzymanie takich pudełek w swoich domach.
7. Winieneś dzielić się, tak aby nikt nie poszukiwał, nie znajdując.
8. Nie winieneś czuć się winnym, za to że czujesz się dobrze.
9. Winieneś pamiętać, że wszelkie ludy na Ziemi są w równym stopniu Moimi Istotami. Jeżeli wielbisz striptizerki, będziesz szczodrze nagradzał je pieniężnie. Pamiętaj że karzełki są dla Mnie Święte; nie będziesz ich w niczym pomijał.
10.  Nie będziesz próżną żyłą dla swego Makaronu. Ani inną arterią, jeżeli już o to chodzi.
11. Będziesz starał się po wieki usprawniać swój Makaron, aby coraz bardziej zbliżać się do Boskiej Makaronowatości.
12. Winieneś ostrożnie podchodzić do tych, którzy twierdzą iż osiągnęli Makaronowatą Perfekcję, albowiem są to Fałszywi Kucharze, których słowa o Idealnej Recepturze poprowadzą ciebie złą drogą.

Co do punktu 6, jest to jedna z tajemnic wiary pastafarianizmu… 🙂 🙂

Wiecie co? Zaczynam się nad tą religią naprawdę zastanawiać 🙂

sausages-in-a-dressing-gown-1405207_1280

Jak przygotować katolika w sosie własnym?

sausages-in-a-dressing-gown-1405207_1280Moja koleżanka po fachu napisała ostatnio tekst „Eksperyment na polskim sumieniu – trwa!” Wpadła na pomysł, aby swoje dywagacje na temat sumienia zakończyć przepisem na Polaka Katolika, po czym zwróciła się z tym zadaniem do mnie. Podobno satyra wychodzi mi najlepiej – to pierwszy powód. Drugi jest taki, że udręczona pisowskim reżimem, zaliczam ostatnio uwiąd umysłowy, i czuję się jak po lobotomii. Cóż jest obecnie ważniejsze w naszym kraju od polityki? A o niej nie jestem w stanie pisać bez niecenzuralnych słów. Rzucać mięsem potrafię, jednak ostatnio doszłam do wniosku, że jeszcze takich wulgaryzmów nie wymyślono, aby oddać to, jak ja odbieram naszą pisowską rzeczywistość. Co mi da rzucanie kurwami, skoro kurwa, jako komentarz do słów prominentnych działaczy pisowskich brzmi, jak pieszczota lub pochwała?

Po każdym wysłuchaniu kogokolwiek z tej psychodelicznej partii staję przed lustrem, powtarzam na głos swoje imię, nazwisko, pesel, NIP, opisuję swój wygląd, pogodę, widok za oknem i pytam dzieci, czy wszystko się zgadza. Wiem, że jak nie potwierdzą moich słów, będę zmuszona ochrzcić się, przyjąć komunię, przyznać, że bóg katolicki istnieje, zapisać dzieci na religię, pozbyć się moich dwóch grzesznych wibratorów, a przede wszystkim pójść wyspowiadać się. Z plecakiem. Nigdy nie byłam, więc wrócę dopiero za tydzień.

Walcząc dzień w dzień o utrzymanie siebie w prawdzie, kiedy z tv, ściślej mówiąc z ust idiotów, wylewa się tyle kłamstw, zamilkłam na swoim blogu. W sukurs przybyła Ela Kunachowicz z pomysłem na gotowanie. Przypomniała mi, że jest coś w Polce ważniejszego od polityki. To…

No kto zgadnie? Nie! Nie bóg, bo kogo on dziś obchodzi? To polski katolicyzm. Dopiero po nim jest polityka a po niej zero, które w pisowskim kraju nie oznacza „nic”, tylko zbiór trzeszczący w szwach, wypełniony bagnem społecznym, bandą pederastów, rowerzystów w szprychę gonionych, wegetarian z porem w nosie, burżujów w futrach z norek, świń oderwanych od koryta, ateistycznych pomiotów Pol Pota, czyli ludzi gorszego sortu, którzy bezczelnie i bezprawnie nazywają siebie Polakami. Skoro o polityce nie mam siły pisać, o sobie nie chcę, został mi przepis na Polaka Katolika w sosie własnym, według pomysłu Elżbiety Kunachowicz.

Jak wiecie, katolicy lubili sobie swego czasu robić siekaną potrawkę z innowierców wszelkiej maści, lub zwykłe pieczenie. Przygotowanie takiej strawy trwało chwilę. Zero fantazji. Ot wystarczyło zaatakować podstępnie i zaszlachtować albo ustawić stos, przywiązać do niego człowieka i podpalić. Za to, kiedy chce się przygotować dobrego Polaka Katolika, trzeba się nieźle natrudzić – bardziej niż wymyślając absurdalne oskarżenia o czary, czy spółkowanie z szatanem i dłużej niż trwała niejedna krucjata. Naprawdę warto, aby móc później podziwiać swoje dzieło, żywy dowód cudu. Bo jak inaczej nazwać homo sapiens bez sapiens? Nie dość, że człowiek bez rozumu, to jeszcze wyrzekający się swojego człowieczeństwa, normalnie dziw nad dziwy!

Dobrego Polaka Katolika mogą przyrządzić tylko dobrzy Polacy Katolicy. Nam mogłoby się też udać, ale musielibyśmy wyrzec się sami siebie. A wyrzeczenie się samego siebie polegałoby mniej więcej na tym, jakbym ja do swojego lustra mówiła: „jestem cycastą blond murzynką, mój pesel zaczyna się na 95, na dworze jest siarczysty mróz, przez okno widzę przesyłającego mi buziaki Brada Pita, do tego Bóg (tym razem przez duże B), jest dobry i kocha ludzi.” No kurde nie da się, prawda? Oczywiście, że się da! Oni to robią na co dzień. Ale od początku.

Składniki na Polaka Katolika w sosie własnym wytłuszczone w tekście:

Nie wiem, co chciała przyrządzić Ela, ale w swoim szkicu wśród składników wymieniła mózg. No bez przesady! Potem dwie ręce i nogi. Ale po co? Narządy płciowe, a i owszem. Koniecznie jedne męskie a drugie żeńskie. O in vitro nie ma mowy! Żeby nie było, że rzesza potencjalnych katoliczątek została uwięziona na wieki w zamrażarkach, i tam płacze z rozpaczy. Według katolickich prawideł, najpierw powinien się odbyć ślub tych narządów płciowych, z tym że powinny być one nieskalane. Najczęściej jednak odbywa się to tak, że kiedy stają one przed ołtarzem, nie pamięta już swojego pierwszego razu, tak dawno temu to było. Ale kto by się tam tym przejmował? Potem powinno dojść do poczęcia, o co nie jest trudno, bo wszelkiej maści antykoncepcja jest zakazana przez kapłanów. Choć bywa i tak, że w sukni ślubnej panna już ukrywa kiełkujące katoliczątko. No dobra, jakoś tam się zabezpieczała (ksiądz nie musi wiedzieć), ale czy gumka pękła, czy nieregularnie tabletki brała, coś po prostu poszło nie tak. I co z tego?

Potem poród, koniecznie drogami natury, żeby się wypełniły słowa miłosiernego kosmity sprzed kilku tysięcy lat, że kobieta w bólach będzie rodzić. Ja kurde rodziłam. I gdyby istniał Bóg i złota rybka, najpierw bym ją dopadła. I gdybym miała do wykorzystania tylko jedno życzenie, nie zmieniłabym go na inne. A brzmiałoby ono: niech bóg urodzi dziecko. Siedziałabym z nim na porodówce cały dzień i rozkoszowałabym się jego cierpieniem. Tak wiem, takie to nieludzkie! Ale boskie jak najbardziej.

Zauważyliście, jak wiele kobiet po cesarskim cięciu przeżywa to, że urodziły „nienaturalnie”? Jak myślicie, skąd biorą się wyrzuty sumienia spowodowane poddaniem ich zabiegowi, który ratował życie ich lub dziecka? Oj tak! Tak właśnie działa mózg ograniczony katolicyzmem.

I teraz najważniejsze. Zanim się małe, łyse i rozdarte dziecię zorientuje i zdoła uciekać, trzeba je oddać pod opiekę Pana. Chrzcimy i hop siup! Już jest katolik. Nikt ani nic tego nie zmieni. Mogłabym kończyć, gdyby nie to, że to ma być Dobry Polak Katolik, którego normalni ludzie nazywają fanatykiem.

Zaczyna się harówka. Bo dziecko rodzi się z mózgiem. Trzeba zrobić tak, żeby mózg pozostał, ale większość jego funkcji ustała. Kiedy rodzice są zapracowani, nieodzowna staje się babcia. Jeszcze wnusio dobrze „mama” nie mówi, a już uczy się klepania zdrowasiek, jeszcze śliniak pod brodą nosi, a już uczy się wykonywania znaku krzyża na piersi. „Nie rób tak Marysiu, bo cię Pan Bóg skarze”, „Oj nie ładnie Jasiu, Bozia będzie się gniewać” Jasiu z Małgosią rozglądają się dookoła i zastanawiają się, czy babci coś na głowę padło? Oprócz nich i babci nikogo nie ma w pokoju.

No co poradzić? Taka jest natura. Choć młoda, to dociekliwa, analizująca, myśląca. A jak tatuś dał mamie z liścia, to Bóg widział? A jak mamusia tak się na imprezie spiła, że pół nocy rzygała, to jej Bozia w dupę wleje? „Szanuj ojca swego i matkę swoją jak Pan Bóg przykazał!”. Cholera szkoda, że o dzieciach zapomniał coś dorzucić. Zorientowali się ostatnio katolicy i sobie wymyślili, że właśnie powiedział. No jak nie powiedział? A „Nie zabijaj!”? I tak powstał pomysł o ochronie życia poczętego.

Jaś i Małgosia orientują się, że mają różne rzeczy między nogami. Alarm! Panika w całej rodzinie! „A fe! Nieładnie! Niegrzeczne dzieci! A Pan Bóg patrzy!” Może i fajny ogonek miał Jaś a Małgosia fajną bułeczkę, ale skoro to takie straszne, to może Jaś zajmie się swoim ogonkiem a Małgosia swoją bułeczką? Mają rączki, które mogą dotykać, mają główki, nóżki, to czemu nie tam? „Jezus Maria i wszyscy święci! Co ty robisz Jasiu! Gdzie grzebiesz Małgosiu! Co za wstyd, co za grzech! A Pan Bóg patrzy!” I jak tu kupę zrobić, czy bąka puścić? Poprosić, aby się odwrócił? Żeby nos zatkał? Co za wstyd. Ciekawość taka silna. Ale ona jest zła. Siusiak do tej pory taki, jak inne części ciała, staje się czymś zakazanym. Foczka taka czuła na dotyk, jest obrzydliwa i grzeszna. Ale tak się chcą dotykać. Coś z nimi nie tak. Są źli, grzeszni. Bóg wie, Bóg patrzy. A pod kołdrą widzi?

Małgosia lubi samochody i piłkę. Jaś woli lale i pluszaki. Wszystko nie tak! Oboje płaczą w każde urodziny i na święta. Dostają nie to, czego pragną. Złe dzieci.

Czas na przedszkole. Babcia z tatą i mamą nie do końca są autorytetami. Mówią „nie kłam, bo to grzech” a sami łżą jak najęci. Mówią, że Bóg wszystko widzi i słyszy, a sami robią i mówią, co chcą. A jak dziecko o tego boga pyta, to wyganiają, jakby nie wiedzieli, co odpowiedzieć. Na szczęście w przedszkolu jest katechetka. Mówi o Jezusie, śpiewa o Jezusie, każe rysować Jezusa, kolorować Jezusa, kochać Jezusa. I w końcu Jaś z Małgosią dowiadują się prawdy, że tego boga, którego nie widzą, naprawdę trzeba się bać, bo on własnego syna pozwolił ukrzyżować, żeby odkupił ich grzechy. A oni tak strasznie przecież grzeszyli. To straszne! Dowiadują się, że od boga dostali ziemię stworzoną w 6 dni i swoje życie, że to bóg dał im domek, w którym mieszkają, zabawki, którymi się bawią, a oni byli tacy niewdzięczni!

I przyszedł czas na szkołę. A tam już poważne lekcje religii. Jaś spytał swojego najlepszego przyjaciela Krzysia, dlaczego ten nie chodzi na religię? „Nie wierzę w Boga”. Jakie to straszne! Jak to możliwe? Jaś pyta katechetki i dowiaduje się, że jego przyjaciel jest złym człowiekiem. Krzyś jest zły? To najfajniejszy chłopak w klasie! Odrzucił miłość boga i ofiarę Jezusa. Serce pęka Jasiowi. „Będziesz się smażył w piekle!” – rzuca do przyjaciela po lekcji religii.

Małgosia patrzy z zazdrością na siostrę Krzysia Tosię, która gra z chłopakami w piłkę. Nosi czapkę bejsbolową i zawsze spodnie. Wygląda na szczęśliwą. To okropne!

Tyle modlitw do zapamiętania. Małgosia nie nauczyła się i dostała 1. Może by nie płakała, gdyby nie to, że według katechetki zawiodła boga, tego boga, który dał jej życie, i dom, i zabawki…

A potem przygotowania do Komunii i pierwszej spowiedzi. Dlaczego Jaś i Małgosia muszą powiedzieć księdzu w kościele o swoich grzechach, skoro codziennie modlili się, a i bóg przecież o wszystkim wie? Bo tak! A można coś pominąć? To dopiero będzie grzech! Ale jak powiedzieć, że nie zawsze słuchali mamy? Że czasem powiedzieli coś brzydkiego, że czasem kłamali, że czasem bawili się swoimi grzesznymi częściami ciała, że uderzyli kolegę i wyzwali koleżankę? Dlaczego są tacy źli, chociaż się tak starają? A Krzyś i Tosia nie muszą chodzić do spowiedzi. Oni nie wiedzą co to grzech. Wystarczy, że przeproszą tych, których skrzywdzili i mają odpuszczone. No tak! To przecież źli ludzie.  Jaś i Małgosia też są źli, ale im po spowiedzi bóg wybaczy. Krzysiowi i Tosi nie wybaczy nigdy.

Krzyś pytał Jasia, o czym mówi ksiądz na mszy? Jaś bywa tam co niedziela. Wie, że o bogu, o Jezusie, o Maryi, ale nie wie co dokładnie. To straszne, ale Jaś nudzi się na mszy. Jest zły. Będzie musiał się wyspowiadać.

W gimnazjum Jaś i Małgosia przechodzą kolejny etap indoktrynacji. In vitro to zło, środki antykoncepcyjne to zło, chociaż Małgosia widziała tabletki w szufladzie mamy. Krzyż jest symbolem państwa polskiego, trzeba go bronić zawsze i wszędzie. Prawdziwy Polak to Polak katolik. Krzyś i Tosia nie są prawdziwymi Polakami. Jaka szkoda! Małgosia kocha Krzysia, dobrze, że nikt o tym nie wie. Małgosia się wyspowiada z tej miłości po raz kolejny i znowu będzie prosić boga, żeby ją od tej miłości wybawił. Homoseksualizm to zło, choroba, którą trzeba leczyć. Jaś nie może spać całą noc. Od dawna podoba mu się Grześ. To nienormalne. Musi powiedzieć swojemu spowiednikowi.

Jaś przestał kolegować się z Kubą. Kuba był ministrantem, ale już nie jest. Twierdzi, że ksiądz proboszcz dotykał go tam. To straszne! To straszne, jak Kuba mógł tak ulec nagonce na święty Kościół Katolicki. Zdrajca!

I przyszedł czas na szkołę średnią. Małgosia zrozumiała, że nie przestanie kochać Krzysia. Zrozumiała, że ma misję. Misję nawrócenia ukochanego.

To, co mówił jej Krzyś, było straszne. O religii, o kościele, o świętych, o bogu… Krzyś czytał Biblię. Co z tego? Co z tego, że on czytał a ona nie? Takich rzeczy nie wolno mówić, to straszny grzech. Małgosi pękło serce. Krzyś jest stracony. Spytała rodziców z ciekawości, czy oni czytali Biblię. Byli zdziwieni. Niby po co?

Jaś znalazł lekarstwo na Grzesia. Poszedł do seminarium. Tam się wyleczy, zbliży się do boga. Tylu młodych, fajnych, pięknych kolegów. Wieczorem przyszły ksiądz zaproponował mu seks.

***

Dziś Krzyś mieszka i pracuje za granicą. Ma żonę i dwoje dzieci. Wróci do kraju, jak Polska znormalnieje.

Tosia została w Polsce. Ma partnera i dziecko. Jest feministką. Namawia brata do powrotu do kraju. Żeby Polska znormalniała, potrzebni są tacy ludzie, jak on.

Małgosia ma czworo dzieci. Uczy ich bycia prawdziwymi Polakami. Jeden z jej synów jest ministrantem u tego proboszcza, którego Kuba oskarżył kiedyś o molestowanie. Bóg ją doświadczył za grzechy. Jedno z jej dzieci jest niepełnosprawne. Nigdy się nie usamodzielni. Małgosia wiedziała, że urodzi chore dziecko. Nie zdecydowała się na aborcję. To byłaby zbrodnia! Jednak nie chce więcej dzieci, więc stosuje antykoncepcję. Nie mówi o tym swojemu spowiednikowi. Do tej pory nie zajrzała do Biblii. Wciąż wspomina Krzysia. Dużo się modli.

Jaś na mszach głosi słowa Pisma Świętego, niedawno kiboli nazwał bohaterami XXI w., sypia z mężczyznami. Nie mówi Małgosi o tym, co robi, jak żyje, co wie. Uważa, że tak jest dla niej lepiej.

Wybacz Elu, że nie do końca zabawnie.

 

the-witch-749678_1920

Dziś nasze święto – Dzień Czarownic!

the-witch-641364_1920Zanim usiądziemy do warzenia mikstur, rzucania klątw, a potem wskoczymy na miotły i polecimy tam, gdzie urządzimy sobie orgię z samymi czartami, kilka słów na temat naszej historii i współczesności.

Z historią Czarownic katolicy mają nie lada problem. A wszystko przez to, że wymyślili sobie dogmat o wszechwiedzy swojego boga. Z jednej strony zaniżają liczbę ofiar pogromu Czarownic, z drugiej mają świadomość, że ich bóg i tak wie, jak było naprawdę 🙂 Szczyt hipokryzji.

Czasem ja, ateistka żałuję, że boga nie ma. Jakże cudowna jest myśl, że morderców, oszustów, bandytów chrześcijańskich (wśród nich wielu papieży, jeśli nie wszystkich) po śmierci spotkała zasłużona sprawiedliwość? Teraz niejeden fundamentalista katolicki pewnie powie: „to nie ja mordowałem”. Ale twój Kościół mordował, a tobie świadomość ta nie przeszkadza w tym, żeby go popierać i żeby przyklaskiwać słowom funkcjonariuszy KK, jakoby to chrześcijaństwo przyniosło Europie wyjątkową cywilizację i kulturę. Owszem. Wyjątkowo zacofaną cywilizację, gdzie współczesną kobietę wciąż się wini za grzech mitologicznej Ewy, która miała na życzenie swojego stwórcy być podległą mężczyźnie i w bólach rodzić; gdzie homoseksualizm uważa się za obrzydliwą chorobę, lub nawet fanaberię; gdzie zdobycze techniki czy nauki są traktowane, jak wynalazki szatana, który czai się wszędzie – od filmów, muzyki, poprzez antykoncepcję i seks, do zabaw, gier, zabawek, czy nawet chipsów. (Na Frondzie podobno jest gdzieś tekst o groźnych dla dzieci chrupkach, w kształcie duchów, czy wampirów. Jak się komuś chce poszukać, proszę bardzo. Mnie szkoda czasu).

Kiedy chrześcijaństwo opanowało Europę, zalewając ją boskim miłosierdziem, codzienne życie bardziej przypominało piekło, niż raj.  Świat wówczas ruszał do przodu, kiedy chrześcijaństwu, jego dogmatom się przeciwstawiał, i kiedy negował boską wiedzę przekazaną człowiekowi poprzez Biblię. Chyba dziś nikt nie ma wątpliwości, że bóg nie mógł zatrzymać słońca? Ludziom, którzy twierdzili, że to ziemia krąży wokół słońca, a nie na odwrót, groziła śmierć z rąk namiestników boga miłosiernego, który tak mocno kocha, że własnego syna wysłał na rzeź, aby zmazał grzechy świata, które jego tatuś mógł zmazać jednym pierdnięciem.

Trzeba przyznać, że Kościół zrobił wszystko, co mógł, żeby utrzymać swoją potęgę. Grabił, mordował, fałszował, torturował, straszył, ekskomunikował. Na nic się to jednak zdało. Prawda zawsze zwycięży. Nawet u nas. Gorzej ze sprawiedliwością. Albo ją sami będziemy wymierzać, albo nikt tego nie zrobi. Nie ma co na boga liczyć. Przecież jemu samemu należy się szafot.

Wracając do Czarownic to, że mordowano kobiety, choć również mężczyzn za rzekome czary czy spółkowanie z szatanem, oraz dzieci (jako potomków szatana), jest pewne i nawet KK się tego nie wypiera. Problem jest z ustaleniem, jak wiele ofiar pochłonęła nagonka na Czarownice i z tym, czy to były Czarownice faktyczne. Naprawdę, niektórzy twierdzą, że tak.

Zajmijmy się najpierw ilością. 40 tys.? 60 tys.? 9 milionów? Czytając na tent temat materiały, spotkałam się z każdą z tych liczb. Taka sama rozpiętość, jak w obliczaniu ilości osób biorących udział w manifestacjach KOD, szczególnie tej ostatniej – 240 tys. według Ratusza, któremu przewodzi Hania z PO, 45 tys. według policji rządzonej przez PiS. Jak się można o 200 tys. pomylić? Według TVN 100 tys., za to według tv publicznej nie było żadnej manifestacji 🙂 Obiecuję, następnym razem sama policzę. Stanę w jednym miejscu z kamerami (jedna bateria przecież nie wystarczy, a zmieniając baterię, przejdzie mi przed nosem tłum niezarejestrowany) i wam skrupulatnie policzę.

Nikt nie jest w stanie powiedzieć, ile tych ofiar było. Dlaczego? Bo wiele dokumentów po prostu się nie zachowało. Te, które się zachowały, są zatrważające. Należy wziąć pod uwagę, że szaleństwo polowania na Czarownice trwało ponad 300 lat. W niemieckim mieście Bambergu tylko w latach 1616 – 1631 dzięki staraniom jednego jego mieszkańca udało się udokumentować śmierć prawie 900 osób oskarżonych o czary. Prawie 900 osób, to prawie tysiąc. W jednym mieście! A to nie oznacza, że ów mieszkaniec odzyskał wszystkie dokumenty, które przez urząd miasta zostały przeznaczone na makulaturę, i które przeznaczono do pakowania w nie różnych produktów sprzedawanych w sklepach!

Fundamentaliści katoliccy często próbują uciec od odpowiedzialności, tłumacząc że to władze świeckie mordowały Czarownice, a Kościół się temu przeciwstawiał. Jakie władze? Wówczas władza była również katolicka. Zaraz po odmówieniu porannych zdrowasiek lekką ręką i z czystym sumieniem skazywała ludzi (przepraszam, chodzi mi o kobiety, które  przez KK nigdy nie były uznawane za pełnoprawnych ludzi), na niewyobrażalne katorgi. A wystarczyło przedstawiciela tej świeckiej władzy ekskomunikować. Nie dało się? No pewnie, że nie, przecież dobrą robotę odwalał. Żaden kościelny pedofil nie był ekskomunikowany, no bo za co? Niech maluczcy wierzą, że go bóg osądzi.

Wydawałoby się, że nikt o zdrowych zmysłach dziś nie wierzy w to, że te kobiety, umęczone przez przedstawicieli boga, któremu na drugie imię Miłość, były winne. I zgadza się. Ale są również ludzie, którym zmysły szwankują. Oto wstęp do wywiadu z zaburzonym człowiekiem, prosto z frondzi:

W dzisiejszych czasach z reguły temat „wiedźm” jest wyśmiewany, nikt nie traktuje go poważnie. Jednak nie zawsze tak było, historycy byliby w stanie przywołać setki tysięcy przypadków palenia na stosach kobiet, które rzucały klątwy. (Skoro historycy o tym piszą, oznacza, że to były prawdziwe Czarownice) Niby dlaczego i skąd wzięły się nakazy palenia czarownic na stosach? Czy były to może chore psychicznie kobiety myślące, że mogą rzucać klątwy a w ostateczności był to tylko wytwór ich wyobraźni? Gdyby tak było budziłyby raczej śmiech a nie lęk, bo wbrew temu co dziś większość z nas myśli ludzie średniowiecza byli niesamowicie mądrzy. (Na pewno mądrzejsi od autora tych słów. To nie były chore kobiety. Były to kobiety poddane nieludzkim torturom. Gdyby mnie poddano torturom, powiedziałabym wszystko, czego oczekiwałby ode mnie torturujący mnie klecha, nawet to, że wierzę w boga). Ciężko znaleźć dowody na ewentualną chorobę danej wiedźmy, bo niby jak poddać je dzisiaj psychoanalizie skoro zostały zabite setki lal temu? (Aha, już nie ma Czarownic, bo zostały wycięte w pień, aż czuć z tych słów, że słusznie) Wiedźmy istnieją, mimo – z reguły – naszych fałszywych wyobrażeń na ich temat. Jak w każdym temacie, chociażby był on najbardziej dziwny, abstrakcyjny dobrze jest porozmawiać z kimś kto miał empiryczną styczność z tematem. (Pogrubieniem moje wtrącenia)

A oto teksty naszego portalowego wymiatacza tekstowego Mariusza Hnatiuka traktujące o mądrościach człowieka, który udzielił wywiadu frondzi: „Polskie archiwum X – cyrk grozy”, „Nie pijcie mleka od oplutych w piątek krów!”

A teraz o współczesności.

Mimo że KK rzekomo uwolnił świat od Czarownic, my wciąż istniejemy i mamy się dobrze. Kim jest współczesna Czarownica? To kobieta (niekobieca według np. Terlikowskiej), która zna swoje prawa i domaga się ich przestrzegania, która nikomu nie pozwoli decydować o swoim życiu lub zdrowiu, która wie, czego chce i do tego dąży, która jest, lub stara się być niezależna, która ogarnia dom, dzieci i pracę zawodową, która nie życzy sobie, aby inni/inne mówili/mówiły jej, co ma robić, jak ma żyć, jak, kiedy, z kim uprawiać seks, który według niej nie służy prokreacji, tylko przyjemności, do której ma prawo. Miliony nas! 🙂

Drogie Panie, kochani Panowie, których Czarownice kręcą! Dziś pijemy za:

Dorotheę Flock i jej córeczkę, która nigdy nie poznała swojej rodziny.

„Szczególnie surowo los obszedł się wtedy z 22-letnią Dorotheą Flock. Pochodziła z rodziny bogatych norymberskich patrycjuszy. Była konwertytką z protestantyzmu na katolicyzm. Wyszła za mąż za radcę miejskiego w Bambergu. Jego pierwszą żonę zamordowano rok wcześniej jako czarownicę. Dorotheę Flock także oskarżono o czary i aresztowano. Torturowano ją okrutnie, mimo że była w ciąży. Jej rodzina uzyskała dla niej na dworze cesarskim dwukrotnie ułaskawienie, ale biskup Bambergu zignorował je. Podczas tortur Dorothea urodziła dziecko – dziewczynkę. Odebraną ją matce i przekazano obcej rodzinie. Dalsze losy dziecka nie są znane. Rodzina zrozpaczona losem Dorothey wystąpiła do samego papieża i uzyskała od niego (ciekawe ile to ją kosztowało) dekret uwalniający Dorotheę Flock od zarzutów. Niestety pismo z Watykanu dotarło do Bambergu o kilka minut za późno – chwilę wcześniej Dorothea Flock została zamordowana, a jej ciało akurat palono na stosie”. Źródło blog polski

Jadwigę Macową:

„O czym myślała Jadwiga Macowa, patrząc, jak kat ścina głowę jej córki? Co czuła potem, widząc jak płomienie stosu trawią zwłoki dziewczyny? Może nie czuła już nic – skatowana, udręczona torturami, nieświadoma, co się wokół niej dzieje? A może z przerażeniem zastanawiała się, jak zniesie ból, gdy ogień dosięgnie najpierw jej nóg, a potem zacznie ogarniać resztę ciała? I czy wybaczyła swojemu dziecku, że z taką łatwością oskarżyło ją o namawianie do zbrodni?” Źródło National Geographic. 

Barbarę z Radomia, Ewę Kauszyn, Jadwigę Rybaczkę, Katarzynę Moskwin, Agnieszkę Odrobin, Dorotę Mielkową i za wiele innych kobiet, zamordowanych przez katolickich zwyrodnialców. Cześć ich pamięci!

Pijemy dziś również za współczesne Czarownice: Agnieszkę Abemonti Świrniak – Ateistkę Roku, Grażynę Juszczyk – która zdjęła krzyż, Małgorzatę Marenin, która  pozwała biskupa, Ninę Sankari, jedną z organizatorek Dni Ateizmu, wiceprezeskę Fundacji im. Kazimierza Łyszczyńskiego, Dorotę Wójcik, prezeskę Fundacji „Wolność od religii”, Marysię Czubaszek, która na zawsze pozostanie w mojej pamięci, i za wiele, wiele innych.

Wyuzdanych  zabaw na sabatach 🙂

t-bone-gristle-1238297_1920

Święty gnat siostry Faustyny

t-bone-gristle-1238297_1920

Nawet ja, zatwardziała, nieskażona chrztem ateistka słyszałam co nieco o siostrze Faustynie. Jednak to, czego się dowiedziałam podczas przymiarki strojów przed Marszem Ateistów, przerosło moje najśmielsze oczekiwania dotyczące bzdur wymyślanych przez wierzących. Znajoma wspomniała, że podczas wycieczki do Krakowa miała przyjemność odwiedzić Sanktuarium w Łagiewnikach i przyjrzeć się relikwiom świętej Faustyny przypominające, według niej, resztki kurczaka z KFC. Poinformowała mnie również, że siostra o wdzięcznym imieniu Ignacja, rozczłonkowuje to, co z Faustyny zostało i rozsyła jako relikwie zainteresowanym zasłużonym. Zastanawiałam się wówczas, czy nie dochodzi tu do autentycznego cudu, bo na ileż części można pochlastać ludzki szkielet? Prędzej czy później skończy się przecież. Czyżby kości świętej odrastały? No chyba, że w promieniu kilku kilometrów ginie w tajemniczych okolicznościach drób.

Zainteresowana tematem, postanowiłam dowiedzieć się czegoś więcej. W sukurs przybyła ta sama znajoma, podrzucając mi link. Gazeta krakowska w kwietniu 2012 r. napisała:

4189. Tyle relikwii św. Faustyny I stopnia (cząstek jej kości) trafiło do tej pory do parafii, zgromadzeń i… egzorcystów ze 102 krajów.

Ponad 4 tysiące! Siostra Ignacja zrobiłaby karierę w kuchni. Sieka po mistrzowsku! Ale zaraz, skoro są relikwie I stopnia, to i pewnie II. Czym one są? I kim do diabła była ta Faustyna, że ją tak po śmierci poniewierają? Sprawdzam na stronie www.faustyna.pl. „Apostołka Bożego Miłosierdzia” – piszą o niej. A niech im będzie, ale dalej czytam: „Sekretarka Jezusa Miłosiernego”. ŻE KTO? Sekretarka? Kawę mu podawała? Poranną gazetę? Odbierała za niego telefony? Przyjmowała niebiańskich gości? Znam tę robotę. Przesrane! Takie przynieś, wynieś, pozamiataj. I do tego nienormowany czas pracy bo dobra sekretarka, to dyspozycyjna sekretarka. I poczułam nagle sympatię do siostry. Ciekawe, jak dostała tę robotę. Był jakiś kasting? I kto go przeprowadzał? Główny szef, czy na przykład niezawodny archanioł Gabriel albo sam Duch Święty? Postanowiłam bliżej poznać Faustynę.

Miała dziewięcioro rodzeństwa. Podobno już w wieku 7 lat „odczuwała wezwanie do służby Bożej”. Uczyła się w szkole tylko trzy lata. Sekretarka z trzyletnią edukacją. Geniusz, nie baba! Do zakonu wstąpiła w wieku 20 lat. Dalej czytam:

Doświadczyła wielu nadzwyczajnych łask: objawień, ekstaz, daru bilokacji, ukrytych stygmatów, czytania w duszach ludzkich, mistycznych zrękowin i zaślubin.

O ile wiem, co to jest objawienie, czy ekstaza (czasem sama jej doświadczam, choć w moim przypadku nie jest to przeżycie religijne), o tyle dar bilokacji jest dla mnie zagadką. Okazuje się, że jest to możliwość przebywania w dwóch miejscach jednocześnie. No cóż, do 2012 r. siostra Faustyna (ściślej mówiąc jej fragmenty) przebywała w ponad 4 tys. miejsc jednocześnie. To fakt, więc muszę go uznać za pewnik. Wiem również, co to są stygmaty, ale stygmaty ukryte? To są takie stygmaty, których człowiek nie może dostrzec, czyli udowodnić ich prawdziwości. Należy wierzyć na słowo, jak to w KK bywa często. Czytanie w duszach ludzkich pominę, sama to robię, za to mistyczne zrękowiny i zaślubiny bardzo mnie zainteresowały. Kto z kim? Oto cytaty z Dzienniczka Faustyny:

Jeszcze dziś poszłam do Pana na króciutką wizytę, nim się położyłam. Zatonął duch mój w Nim, jako w jedynym skarbie swoim, odpoczęło chwilę serce moje przy Sercu Oblubieńca mojego.

Po Komunii św. duch mój zatonął w Panu, jako w jedynym przedmiocie miłości swojej, Czułam się pochłonięta przez wszechmoc Jego. Kiedy przyszłam do swojej samotni, zrobiło mi się niedobrze i musiałam się zaraz położyć.

Jezus – Miłość moja, dał mi dziś zrozumieć, jak bardzo mnie miłuje, chociaż jest tak wielka przepaść pomiędzy nami: Stwórca i stworzenie, a jednak poniekąd jest jakby równość, miłość wyrównywa tę przepaść. On sam się zniża do mnie i czyni mnie zdolną do obcowania z Sobą. Pogrążyłam się w Nim, tracąc się niejako zupełnie, a jednak, pod Jego miłosnym spojrzeniem dusza moja nabiera mocy i siły, świadomości, że kocha i jest szczególnie kochana.

Jest jedna tajemnica, która mnie łączy z Panem, o której nikt wiedzieć nie może, nawet aniołowie; i chociażbym chciała wypowiedzieć, nie umiem tego wypowiedzieć, a jednak tym żyję i żyć będę na wieki. Ta tajemnica wyróżnia mnie od innych dusz tu na ziemi i [w] wieczność.

Ja pierdykam! Siostra Faustyna to niezła kokieta. Hajtnęła się z samym Jezusem! Te wszystkie schadzki z Panem zaliczyła siostra w okresie międzywojennym. Różne troski trapiły świat. Tymczasem jej oblubieniec miał dla niej niezmiernie ważny przekaz – nowe formuły kultu: nakaz namalowania i czczenia jego obrazu z podpisem „Jezu, ufam Tobie”, święto Miłosierdzia, Koronkę do Miłosierdzia Bożego i modlitwę w chwili jego konania na krzyżu, zwaną Godziną Miłosierdzia. Strasznie próżny ten faustynowy amant. Do tego pozwolił wiele lat chorować swej oblubienicy na gruźlicę. W 1937 r. rzekomo doszło do cudownego uzdrowienia. Faustyna zdrowa jak rydz opuściła szpital. Nie wiadomo dlaczego rok później zmarła, w wieku 33 lat. Pochowano ją i świat zapomniałby o niej szybciutko, gdyby nie to, że w 1966 r. wykopano to, co z niej zostało i pochowano w kaplicy klasztornej. A później wykopano po raz drugi.

Przy ekshumacji jej ciała w 1993 r. duże kości nóg, rąk, czaszki i miednicy zostały umieszczone i zaplombowane w trumience, która stoi na ołtarzu w Łagiewnikach. Drobne przeznaczono na relikwie – wyjaśnia siostra Ignacja.

Resztki szkieletu wykopane z grobu po 55 latach! W końcu dowiaduję się, czym są relikwie II stopnia. To fragmenty habitu, w którym żona Jezusa została pochowana. Obrzydliwe? Ależ skąd! Ludzie biją się o te szmaty! Są jeszcze relikwie III stopnia. To płótno, na którym rozłożono kości Faustyny po ekshumacji. Niektórych wiernych ten fakt może martwić. Kości, habit czy ściera, na której leżał trup świętej mają przecież swój początek i koniec, ale na wszystko da się znaleźć sposób. Siostra Ignacja umie tworzyć relikwie III stopnia. Bierze jakieś gałgany, które jej do ręki wpadną, i pociera nimi o resztki Faustyny. Tak materiały nabierają świętej mocy.

Egzorcyści często nas o nie proszą, bo diabeł strasznie się ich boi. Faustyna to jedna z tych świętych, obok ojca Pio i Jana Pawła II, na które demony reagują gwałtownie – uśmiecha się zakonnica.

I żeby nikt nie myślał, że tu odbywa się jakieś świętokradztwo i relikwie są sprzedawane. Absolutnie! Takich rzeczy nie godzi się czynić! Wierni nie płacą za relikwie! Płacą za obrazki lub różańce, w których relikwie są umieszczane, a to nie to samo!

Psychiatra Helena Maciejewska, która badała Faustynę, stwierdziła, że była ona zdrowa psychicznie. Szukałam informacji o Helenie. Oprócz Frondy, która się na nią powołuje i wymienionego nazwiska w Wikipedii (bez żadnych odnośników) nie znalazłam nic.

Naukowiec KUL-u, prof. dr. hab. Jerzy Strojnowski również postanowił postawić diagnozę Faustynie już po jej śmierci, podpierając się jej osobistymi notatkami i rozmowami z osobami, które ją znały. Stwierdził cyklofrenię. Oto niektóre jej objawy: gonitwa myśli, halucynacje lub urojenia, odhamowanie seksualne, podniecenie psychoruchowe, trudności w koncentracji, zawyżona samoocena, zmniejszenie krytycyzmu. Psychiatrą nie jestem, ale jak poczytałam sobie wypociny Faustyny, to nie ulega wątpliwości, że jej samoocena była najwyższa z możliwych. Zrękowiny i ślub z Jezusem? Przyszłym królem Polski? Wyżej już podskoczyć się nie da. Dr. Jerzy Strojnowski doczekał się własnej notatki na Wikipedii i to dość długiej.

Henryka Machej, psycholog stwierdziła, że Strojnowski się pomylił, bo zabrakło mu… UWAGA! UWAGA! Obiektywizmu! Kiedy ją wyguglowałam, wyskoczyła mi stronka o psychoterapii w podejściu chrześcijańskim.

hands-1005412_1280

Widzenie, czy pieprzenie?

Niedawno miałam straszne widzenie dusz cierpiących w czyśćcu, które traciły swoje dzieci… widziałam je jak stały, a było ich bardzo wiele a wkoło nich małe kościotrupki i czaszki… ciągle miały je dookoła przed oczyma i nie mogły ich z oczu stracić, bo gdziekolwiek się obróciły, te czaszki o strasznym wyglądzie ciągle do nich przystępowały jako straszne widma… Matki te miały na rękach jakieś szmaty i zasłaniały sobie oczy i całą głowę. Z chwilą jak zakrywały głowę i oczy, aby ich nie widzieć, chusty te nasiąkały krwią i zalewały je tak, jakby na nie spadała fala krwawego deszczu… Matki te strasznie jęczały… jęk był taki, jakoby to była rzeź czy coś podobnego okropnego co nie da się opisać… Niektóre widziałam że ścinano im głowy a te głowy z powrotem im odrastały, aby na nowo się męczyć… w rękach ich było pełno krwi… krew przelewała się z ich rąk. Dane mi było do zrozumienia, że jest to cierpienie za morderstwa, za mordowanie własnych dzieci, które jeszcze nie przyszły na świat.

STOP! Nie dzwońcie po lekarzy, nie szukajcie dla mnie miejsca w szpitalu psychiatrycznym! To nie moje widzenie, tylko siostry Zofii Wyskiel, które straszy na pewnym znanym katolibskim portalu. Wiem, biedna kobieta, ale jej też już nie da się pomóc. Zmarła sobie kobiecina jakiś czas temu samotnie i w biedzie.

Kim była ta, która dostąpiła zaszczytu uchylenia drzwi czyśćca i przyjrzenia się, jakie tam miłosierny bóg przygotował dla swych owieczek atrakcje? Zacznijmy od początku.

Zośka urodziła się w bardzo pobożnej rodzinie. W takich rodzinach dochodzi albo do opętań, albo do delikatniejszego bzika. Zośka miała szczęście. Zamiast szatana penetrującego jej ciało, wpadał do niej z wizytą, kiedy jeszcze była dzieckiem, jej osobisty bodyguard, Anioł Stróż. Dzieci miewają różne fantazje, niestety z wiekiem, zamiast się jej polepszać, tylko się pogarszało. Kiedy miała 19 lat, wstąpiła do klasztoru. W końcu sam Jezus zaczął do niej przemawiać. „Zbuduj mi ambonę!” – rzekł ponoć pewnego razu, jakby mało ambon było w naszym kraju. Aby spełnić zachciankę Pana, siostra Medarda, bo takie imię przyjęła, wybrała się do Poznania, gdzie dokonała cudu. Najpierw upatrzyła sobie teren pod klasztor, po czym pognała do ratusza, pięknie poprosić o parcelę. Jakież było jej zdziwienie, kiedy usłyszała, że najpierw jakiś tam zarząd musi się zebrać, jakieś tam decyzje podjąć, jakąś tam kwotę ustalić, a nie tak hop siup. A i taniej na pewno, jak 10 tys. to kosztować nie będzie.

„Ależ Panie! Ja tu przyszłam ze świętym Antonim i ja to chcę mieć za darmo!”

Palnęła Medarda. Urzędnicy pewnie rozejrzeli się najpierw za Antonim, którego ani widu, ani słychu. Nie wiadomo, czy to duch święty ich otumanił, czy też odwieczny lęk przed kościelnymi ogłupił? Wyrazili zgodę na sprzedaż gruntu za 1 tys. zł. No za darmo po prostu nie mogli. Medarda przeliczyła drobne z kieszeni, których rzekomo miała 5 zł, po czym zakręciła się na pięcie, i pognała listy do banków pisać. Nie wiem, ilu świętych wsadziła do kopert, grunt że jeden bank, jak i drugi po 500 zł w darze siostrzyczce przekazały. A jak już była ziemia, to i klasztor z wyżebranych pieniędzy został zbudowany.

Powtórzmy jeszcze raz zaklęcie. Może ktoś z Was o kredyt się chce starać albo marzy mu się nowy samochód? „Ależ Panie! Ja tu przyszłam ze świętym Antonim i ja to chcę mieć za darmo!” Ryzyko użycia go, nie jest wielkie. Narażamy pracowników banku na pęknięcie ze śmiechu lub siebie na tygodniowe wakacje w psychiatryku. Jest jednak szansa, że zadziała. Raz podobno się udało.

W ogóle to siostrę nazywano żebraczką. I nie tylko pieniądze od ludzi wyciągała, ale i modlitwy. Sama ponoć modliła się bez przerwy i modlitwami tymi ponoć ogarniała cały świat! Jak nic, wymodliła zakończenie drugiej wojny światowej i pewnie wiele innych ważnych rzeczy, bez których dawno byłoby po nas.

W końcu siostra odeszła z klasztoru, bo Pan kazał jej żyć wśród świeckich. Wynajęła skromny pokój i przeżyła w nim, bez żadnych dochodów 28 lat. To cud kolejny. Bo chyba możemy przymknąć oko na tych, którzy ją odwiedzali, żywili i po prostu utrzymywali? A że nieregularnie ją odwiedzali i czasem siostrzyczka cierpiała głód lub było jej zimno, bo nikt w piecu nie napalił? No cóż, każdy ma takiego Pana, na jakiego zasłużył.

Do tego przyplątały się do siostry jakieś choróbska. Przez kilka ostatnich lat swojego zacnego i pobożnego życia nie mogła już wychodzić z domu, do tego zaczęła tracić wzrok. Musicie przyznać, że bóg ma lekkiego fizia na punkcie cierpienia swoich bliskich. Siostrzyczce, świadomej tego bożego zboczenia, tylko jedno spędzało sen z powiek, że wciąż cierpi za mało. Wymyśliła więc sobie, że ofiaruje siebie za kapłanów. Od tamtej pory dostawała silnych krwotoków z nosa, które męczyły ją wiele lat. Ciekawe, czy dziwiło ją to, jak wiele musieli ci kapłani nagrzeszyć, skoro tyle krwi przez nich traciła? Jakby tego było mało, uczyniła siostrzyczka ofiarę za dusze czyśćcowe, tzw. „akt heroiczny”. Co za szlachetność! Co za poświęcenie! Wiecie, czym był ten akt heroiczny? Wszystkie przyszłe modlitwy i msze za jej duszę po śmierci, przekazała na rzecz dusz czyśćcowych. Po prostu płaczę ze wzruszenia!

Jakby tego było mało, poświęciła się za nienarodzone dzieci. W nagrodę poniżej pasa zrobił jej się guz wielkości głowy dziecka, który wciąż jej przeszkadzał. Ale i tego było jej mało. „Ofiaruję się też na kataklizmy, które i tak będą, ale bez mojej ofiary byłyby o wiele większe.” Nie wiem, co za to dostała w prezencie. Może wiatry za tornada, padaczkę za trzęsienia ziemi i nietrzymanie moczu za powodzie?

Inny cud dotyczący siostry miał miejsce jeszcze za czasów, kiedy była w klasztorze. Otóż poszła Medarda do przełożonej, prosząc o zgodę na wyjście po kwiaty, bo miała kaprys udekorować kaplicę. Usłyszała odmowę, więc zrozpaczona poszła się wypłakać, bo Jezusowi kwatery nie mogła ozdobić. Aż tu nagle ktoś podjechał pod klasztor i zostawił przy bramie kosz pięknych róż. Też macie ciary? Mi po chwili przeszły, bo tak sobie pomyślałam, czy to były takie czasy, gdzie nikt, nigdzie, na całej kuli ziemskiej nie potrzebował pomocy, i Jezus nie mając czym się zajmować, sam sobie kwiaty podesłał?

Siostra czyniła i inne cuda. Na przykład potrafiła wymodlić konkretnym osobom zdrowie. I cóż, że nie wszystkim? Umiała również przewidywać przyszłość. Raz miała wizję, w której pewien kapłan siedział przy biurku, na którym leżała czaszka. Oznaczało to, że nie pożyje długo. I sprawdziło się. Zmarł! I cóż, że po trzech latach?

Widziałam również te przez matki zamordowane dzieci. Nie są ochrzczone bo matki nie dopuściły aby przyszły na świat. Dusze tych dzieci są w światłości w jakiej być powinny. Te dzieci widziałam jakby w jakiejś oazie, gdzie nie doznawały cierpień ale jednak były smutne. Nie były radosne bo nie były w tej szczęśliwości dla której były stworzone, a którą osiągnęłyby, gdyby były ochrzczone. Jakkolwiek zawsze widzę Boga Miłosiernego, widok tych matek cierpiących przejął mnie wielką troską. Gdybym nie wiedziała że to jest czyściec, myślałabym, że są w czeluściach piekła.

Ciekawe, czy tylko białe dzieci tam siostra dojrzała, czy były też dzieci innych ras, np. te, które umarły, zanim wiara chrześcijańska rozprzestrzeniła się niczym dżuma po całym świecie, więc również nieochrzczone? A co z dziećmi rodziców innych wyznań? Też tam siedziały zasmucone, że im starzy nie taką jak trzeba religię wybrali?

Widziałam dusze lekarzy, którzy przyczynili się do tych zbrodni i sami byli zbrodniarzami. Widziałam takich, którzy te zabiegi czynili dla zysku. Widziałam, że ich pieniądze były takie jak judaszowskie, za zabicie Boga (…) Widziałam wielu lekarzy, którzy mieli noże w rękach i jakby chcieli zabić samych siebie. Przebijali siebie a jednak żyli. Wielka to była dla nich męka a tym bardziej, że był lęk przed śmiercią, przed tym, że sami muszą się zabić a jednak zabić się nie mogli.

Ulżyło mi. Dr Chazan który, zanim stał się obrońcą swojego katolickiego sumienia, wiele płodów wcześniej usunął, z czyśćca się na pewno nie wykręci.

W swoich widzeniach widziała siostra w czyśćcu również małżeństwa tylko po ślubie cywilnym,  za to ani jednego kapłana pedofila. Jest nadzieja, że ci od razu walą do piekła chyba, że Medarda wystarczająco za nich wszystkich krwi straciła, aby zapewnić im niebo. Ciekawe gdzie trafiają w takim razie ofiary pedofilów. Też do nieba? Wieczność z oprawcą? A to ci nagroda! Bardziej prawdopodobne jest to, że jednak do czyśćca. W końcu kuszenie księdza nie może pozostać bez kary.

Nie interesowałyby mnie jakieś dziwactwa schorowanej kobiety, którą rzekomo odwiedzali zmarli, Jezus, święci, a nawet sam diabeł, gdyby nie to, że mamy wiek XXI,  wielu ludzi, zamiast mieć ją za szaloną, traktuje niemal, jak świętą a jej widzenia za ważny i obowiązujący przekaz, sankcjonujący narzucanie wszystkim boskich praw.

Jak ktoś jest bardziej zainteresowany, wszystkie „dzieła” i wspomnienia o siostrze (nie zawsze pokrywające się ze sobą)  znajdują się TUTAJ. Zastanówcie się, może warto tam zajrzeć, bo Jezus podobno obiecał Medardzie, że każdy, kto przeczyta jej teksty, „dozna łask nadzwyczajnych” 🙂

mgm

W tajnej kwaterze prezesa :-)

W tajnej kwaterze führera. Ups! Wrrrrróć! Prezesa! W tajnej kwaterze prezesa.

– Gdzie mój skryba? – spytał mały człowieczek wiszący na parapecie i przyglądający się wyładunkom tirów, z których robotnicy wynoszą książki historyczne, następnie wrzucają je do wielkiego, palącego się stosu.

– Wyłączył telefon, ale z pewnością jest już w drodze – odpowiedziała drżącym głosem kobieta, stojąca nieopodal.

– Hmmm, czyli się stawia a mówiłaś, że będzie wierny.

– No i jest wierny! Pewnie w kościele gdzieś klęczy i dlatego ten telefon wyłączony, taki jest wierny.

– Wierzącego z wiernym pomyliłaś idiotko. Zresztą bóg mu i tak nie pomoże. No cóż, w takim razie siadaj i pisz.

– Ale ja? Ja? Najjaśniejszy panie prezesie, prezesiku kochany! Ja stoję na czele rządu! Ja sobie blokadę w kolana wstrzyknęłam, żeby nie uklęknąć przed Unią Europejską, ja się nawet wyparłam tego, że obiecywałam 500 zł na każde dziecko, mimo że milion razy mają to nagrane, ja…

Nagle otworzyły się drzwi i pojawił się w nim głupkowato uśmiechnięty mężczyzna.

– Witam kochanego pana prezesa i ciebie Beciu.

– Cześć Duduś – odetchnęła z ulgą kobieta.

– Co tak późno? – rzucił oschle prezes.

– Musiałem się wyspowiadać, trochę to trwało. Ta sprawa z Trybunałem Konstytucyjnym i inne ustawy…

– Lepiej się czujesz po spowiedzi?

– No tak, spowiednik mnie zapewnił, że Kościół jest po naszej stronie.

– Szkoda, że nie za darmo. Zamiast się tam uzewnętrzniać, mogłeś nam jakiś upust załatwić.

– Próbowałem, ale powiedziano mi, że Kościół ma sumienie największe to i kwota na jego oczyszczenie powinna być największa.

– Dobra, siadaj, będziesz pisał. W tym jesteś najlepszy.

– A nie, ja jestem najlepszy tylko w podpisywaniu.

– Siadaj mówię i pisz! Będę ci teraz dyktował nową historię Polski.

– Że co?

– Że jajco! E…Ty nie wiesz, co to są jaja, no nie?

– Ależ wiem, wiem. A z wolnego wybiegu, czy klatkowe?

– Siadaj, tam masz maszynę do pisania.

– Ale teraz się pisze na komputerze…

– W komputerach to siedzą te cholerne internauty. Piją piwo i oglądają pornografię. Jeszcze i nas podejrzą.

– A co my mamy wspólnego z pornografią?

– No wiesz, ja i kot, ty i Becia na przykład.

– Ale ja mam żonę!

– No tak, a Beata musiała ci w kampanii podpowiadać, żebyś własną żonę pocałował. Na twoim miejscu też bym się brzydził, ale to jednak była kampania. Dobra, siadaj. Potem sobie z tej maszyny… no… jak to się mówi…. przekopiujesz na komputer.

– Ale z maszyny się nie da.

– Się nie da! Wszystko się da! Jak nie umiesz, to się Macierewicza zapytaj jak to się robi. Macierewicz umie zrobić zamach, znaleźć trotyl i wykorzystać do tego parówki.

– Więc słucham.

– No to zaczniemy pisać historię najnowszą. Potem będziemy się cofać wstecz. Chyba zaczniemy od Solidarności, od tych strajków, jak to się wszystko zaczęło…

– Ale jak?

– Srak! A skąd ja mam wiedzieć jak? Ja wtedy spałem. Prawie wszystko przepiszesz z tej książki, która leży na biurku. Tylko jej kawą nie zalej, bo to niedługo będzie ostatni egzemplarz. W miejsce Lecha wstawisz Leszka i koniecznie mnie gdzieś tam dopisz, że wiesz… internowany, prześladowany, torturowany…

– W miejsce Lecha?

– Wałęsy! Wpiszesz Leszka, brata mojego kochanego. Że wiesz, że stał na czele strajku, że ten mur przeskoczył, i takie tam.

– A co z Wałęsą?

– Napiszesz, że był z SB. Przecież teczki już mamy.

– Ale mamy, że współpracował z SB.

– To się przerobi.

– Ale przecież żyje tyle osób, które pamiętają tamte czasy.

– No i co z tego?

– Będą wiedzieli, że to kłamstwo.

– No ja nie mogę! Beata, pokaż mu, jak to się robi.

– Polki i Polacy potrzebują dobrej zmiany. I my ją wprowadzimy. Damy 500 zł na każde dziecko, obniżymy wiek emerytalny, damy leki za darmo dla osób od 75 roku życia, tanie mieszkania, podniesiemy kwotę wolną od podatku, minimalną stawkę godzinową do 12 zł… Naprawdę, damy radę!

– Hi hi hi, Becia wiesz, że kiedyś cię z tego rozliczą? – zaśmiał się skryba.

– Z czego?

– No z tych obietnic.

– Jakich obietnic?

– Widzisz Duduś, ona już zapomniała – odezwał się zadowolony prezes – najpierw pozmieniamy podręczniki, później nagrania w tv, zresztą tam mamy Kurskiego, a później im tą naszą prawdę po prostu wmówimy.

– No nie wiem…

– Wiem, że nie wiesz. Od wiedzenia jestem ja. Potem napiszesz o dwukrotnie sfałszowanych wyborach, kiedy to PO było u władzy, o udanym, tragicznym zamachu na prezydenta Lecha i o ucieczce zamachowca za granicę.

– Jakiego zamachowca?

– No Tuska!

– Ale on jest przewodniczącym Rady Europejskiej!

– No bo to jest ich agent. Jego dziadek, ten z Wehrmachtu był kochankiem Merkel. Putin się z nią dogadał, że jak pomoże w likwidacji Leszka, to on jej puści gaz pod Bałtykiem. Więc Merkel uaktywniła swojego bękarta…

– Bękarta???

– No Tuska!

– Ale jak? To niemożliwe, żeby dziadek Tuska kiedykolwiek poznał Merkel. I gdyby razem mieli dziecko to dziadek Tuska byłby jego ojcem!

– Oj tam, niemożliwe! A kim jest Jezus? Niby synem, ale jednak wcieleniem Boga, jednością z ojcem i duchem świętym. No weź pomyśl trochę. Bóg przybrał postać swojego syna i sam się dał ukrzyżować i to tylko po to, żeby trzeciego dnia zmartwychwstać i zasiąść po swojej prawicy. Raz się udało wmówić, to i drugi raz się uda.

– A wcześniejszą historię jak będziemy pisać?

– No to napiszesz, jak przyjęliśmy z Leszkiem chrzest.

– O! To musiało być takie słodkie! Dwa malutkie dzidziusie przyjmujące wiarę…

– Jakie dzidziusie?

– No malutki prezesik premierek z malutkim prezydencikiem.

– A pieprznął cię ktoś kiedyś malutkim młoteczkiem? Chodzi o chrzest Polski!

– Co?

– Napiszesz, jak przyjęliśmy chrzest Polski a potem ochrzciliśmy Ottona, tego Niemca i całą Europę. Potem jakieś tam bla bla o dobrobycie i opiszesz, jak żeśmy łomot spuścili Niemcom pod Grunwaldem.

– Ale to ponad 600 lat temu było!

– No to co? A ile w Starym Testamencie ludzie żyli?

– Nie wiem, nie czytałem.

– Nie czytałeś hmmm, prawie nikt nie czytał. Właśnie mi coś przyszło do głowy. Może byśmy tak przeredagowali Pismo Święte? Ja mógłbym być Noe, albo nie, Leszek będzie Noe, bo on też lubił wino.

– Ale… Panie prezesie, jeśli śp. Lech, twój brat, będzie Noe, to ty kim będziesz? – wtrąciła się nieśmiało Becia.

– Kurcze nie wiem, może Chamem?

I tak tworzy się historię 🙂

seven-32141_1280

7 rodzajów katolików

seven-32141_1280Swego czasu portalowy kolega wrzucił na jedną z grup filmik, w którym to przystojny (tego niestety nie mogę mu odmówić), młody człowiek postanowił zakpić sobie z ateistów. Obejrzałam z wielką ciekawością. Mam tę wspaniałą cechę, że uwielbiam się z siebie śmiać. Dzięki temu codziennie mam ubaw po pachy. A tu… no nic nie drgnęło. Oglądam jeszcze raz, może choć obraził (skoro nie rozśmieszył) w jakiś wysublimowany sposób, którego ja nie chwytam. Kolejnych kilka minut życia zmarnowanych. Dobrze, że chociaż chłopak jest ładniutki, miło się na niego patrzyło, choć nie bez zdumienia, że tylko tyle zdołał z siebie katolik wykrzesać na temat ateistów. Zostawiam Wam kochani Czytacze ten filmik pod ocenę „TUTAJ”. Tymczasem, wywołana do tablicy, postanowiłam pokusić się o pogrupowanie katolików.

Nie wiem, czy wiecie, ale katolicy są wśród nas! O tak! Trudno w to uwierzyć, mamy w końcu XXI w.! Kilka lat od średniowiecza minęło. Mimo to jakoś się jeszcze uchowali. A skoro są, to przyjrzyjmy im się bliżej:

  1. Katolik – po prostu katolik.

Gdyby przyszło mu wypełnić jakiś kwestionariusz, z pewnością w miejscu „religia” wpisze „rzymskokatolicka”, bo tak mu wmówiła mama. Jednak przywiązuje do tego taką wagę jak do koloru swoich oczu, włosów czy pieprzyka na dupie. Swoją wiarę traktuje bowiem, jako coś tak powszedniego, jak prezerwatywy, które kupuje przed seksem, czy wizytę u ginekologa po receptę na środki antykoncepcyjne. Zdarza mu się nawet krytykować czarnych agentów Watykanu. Kiedy znajdzie się w towarzystwie ateistów, nie wychyla się ze swoją wiarą. A kiedy zaczną się rozmowy o światopoglądzie, chłonie każde słowo, przyznaje rację, a nawet sam błyśnie kilkoma przykładami, przemawiającymi za tym, że co najmniej blisko mu do ateistów. Nie zmienia to faktu, że ochrzci swoje dzieci, pośle do komunii i weźmie ślub kościelny. Przecież „wszyscy” tak robią.

2. Katolik genetycznie obciążony.

Tak samo, jak nie moją winą, tylko szczęściem, było urodzenie się w rodzinie ateistycznej, tak nie jego winą, tylko nieszczęściem jest to, że urodził się w rodzinie katolickiej. Wyraził to swoje nieszczęście podczas chrztu, drąc się wniebogłosy. Ksiądz mu chlusnął na czoło kranówą i po ptokach. Tadam! Nowy katolik. Produkcja taśmowa.

jesus-158211_1280

Potem przedszkole i początek indoktrynacji. Tyłka jeszcze sam nie podciera, ale już wie, że wszystko, co ma, pochodzi od tatusia w niebiesiech. Od ubranka po grzechotkę. Krzyczącą mamusię i lejącego tatusia. Zero luzu. Bo jak rodzice znikną nareszcie z pola widzenia, patrzy ON. I wszystko mu się nie podoba. A potem trzeba pójść do kościoła i obcemu chłopu w kiecce powiedzieć, że się bąka puściło tu, gdzie nie powinno, że się ręka niechcący zupełnie we własnych gaciach zaplątała, że się babę z nosa wytarło w obrus u babci, że się brzydko mówiło o Franku i nieładnie myślało o Zuzi. Niby coś tam w główce świta, że Tatuś to wie, bo ponoć wie wszystko i przecież to wiedział, bo wszędzie ma kamery, więc po co bez sensu jakiemuś dziadowi to klepać? No ale bez tego podobno ani rusz.

A potem szkoła. I nieobowiązkowa obowiązkowa religia. Pedał to zło (kurde no! A jego właśnie do chłopaków ciągnie), seks to zło (a ta Kaśka co z przodu siedzi, taka fajna), antykoncepcja to wymysł szatana (a na dzieciaka nie stać), in vitro to wymysł szatana (o cholera, on jest z in vitro), ateista to zły człowiek, który nie zasłużył na łaskę Pana (kurde no! Ale szczęściarz!). Potem trzeba wykuć na blachę ileś tam modlitw, w których nie wiadomo, o co chodzi, wskoczyć w ładną białą kieckę, tudzież garniturek, żeby pójść do komunii. A co to jest? No? No co to jest komunia??? PREZENTY!!! Durne ateisty gówno dostaną!

A potem szkoły kolejne. Kaśka była paszkwilem w porównaniu do Adelajdy. Niby seks przedmałżeński to grzech, ale kurna na tym świecie jest przecież tylu ludzi, może się papcio gdzie indziej zagapi i nie zauważy? A jak zauważy? E tam! Poleci pół grzechem. Co prawda przed małżeństwem, ale za to bez zabezpieczeń. Poza tym, od czego jest spowiedź? Kurde no! Spowiedź dobra rzecz, ale nie na ciążę. Trzeba brać ślub. Oczywiście na biegu i kościelny. Panna młoda, a jakże mogłoby być inaczej, oczywiście w welonie. A kto by pamiętał, że welon symbolizuje dziewictwo? Ksiądz wziął w łapę, czepiać się nie będzie.

A po pierwszym dziecku zaraz przyszło drugie. Trzeba się zabezpieczać. Człowiek nie bydło, na łące się nie wypasie. Co na to bóg? Może znowu się zagapi? Co na to ksiądz? Nie musi wiedzieć. Grunt, żeby robić tak, jak rodzice. Wierzyć w boga, chodzić do kościoła, a postępować po swojemu, jak normalny człowiek.

jesus-1015577_1920

3. Katolik przykładny.

Co niedziela w kościele. Od wózka po laskę. Z religii same szóstki. W kościele ministrant. Całkowite poświęcenie, jak sam pan bóg przykazał. Bo to taki fajny gość, co to własnego syna pozwolił sponiewierać, zeszmacić, do krzyża przybić, żeby odpuścić człowiekowi grzechy, które sam wymyślił. Każdemu. Nawet tym pieprzonym, niewdzięcznym ateistom. Cudowny bóg, straszny bóg, który może ukarać chorobą, śmiercią bliskiego, wzdęciem, pypciem, sraczką i zajadem. Wszystko, co tego katolika spotyka, to wola boska. Kalectwo? Bóg tak chciał. Cierpienie uświęca. Rak? Boży syn też cierpiał katusze. Uzdrowienie? Cud! No bo przecież nie starania lekarzy! Nie postęp nauki! I ta wieczna walka z naturą, z chuciami, z pożądaniem, z emocjami, oby tylko nie podpaść bogu, którego głównym zajęciem jest ciągła inwigilacja, karanie za życia i obietnice nagrody po śmierci. Aha! Obiecanki cacanki a głupiemu radość.

I nadchodzi ślub prawiczka z dziewicą (może za bardzo ponosi mnie tu wyobraźnia, ale przyjmijmy, że tak bywa). Potem seks, oczywiście ten przykładny, małżeński, służący prokreacji. Jaki? Taki trochę byle jaki. Jak pierwsza jazda na rowerze, łyżwach czy nartach. Trudno mówić o przyjemności. Z tym że człowiek szybciej uczy się jeździć na czymkolwiek, niż dobrego, zdrowego bzykania. Ale nie temu przecież służy seks.  Jedna ciąża, druga, trzecia, czwarta… no do jasnej ciasnej! Kiedyś przecież trzeba powiedzieć dość! Ale jak? Kalendarzyk małżeński zaczął być stosowany po drugim dziecku. Widać jak działa. Po trzecim została włączona antykoncepcyjna modlitwa. Znowu bóg się zagapił. Tymczasem najstarsze dziecko, też ministrant, mówi, że go ksiądz proboszcz obłapiał. Cholerny szczyl! Mały kłamczuch! Głupi szczeniak! Że ksiądz proboszcz??? Taki porządny człowiek? Nie obłapiał, tylko przytulał, po ojcowsku!

skeleton-33847_1280

4. Katolik inteligentny inaczej.

Wie o swojej wierze, z którą się obnosi, tyle, ile ja o kosmosie. Mimo swej niewiedzy chętnie broni swej wiary, nie przebierając w słowach. Ateista, jeśli ma sadystyczne zapędy, może go dobić na miliard sposobów. Na antysemickie wypowiedzi tego katolika wystarczy powiedzieć: „tak bardzo nienawidzisz Żydów a przed Żydem w kościele klękasz”, żeby go trzeba było zaraz po tej informacji reanimować. Bo on nie wie, że Jezus był Żydem. On twierdzi, że Adam i Ewa byli pierwszymi ludźmi na ziemi. Czasem co po niektóry kojarzy, że mieli oni dwóch synów, Kaina i Abla. Trochę rzadziej się zdarza, że któryś z nich wie, że to Kain zabił Abla, a nie na odwrót. Ale żaden z nich nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, z kim ożenił się Kain? To on się z kimś w ogóle ożenił? Czasem, któryś błyśnie okruchem inteligencji i powie, że opowieść o Adamie i Ewie to legenda. Gorzej, jak go zapytasz, czy w takim razie Biblia jest pismem świętym natchnionym przez boga, czy zbiorem legend? Może chętnie odpowiedziałby na to pytanie, gdyby choć raz do tej świętej książeczki zajrzał. Ale po co się wysilać? Wystarczy, że posłucha, co pierniczą nawiedzeni w radiu „Maryja” czy co powie, jakiś purpurat w tv. Aż dziw bierze, że ich guru nie biorą przykładu z imamów. Jestem przekonana, że niejeden taki wyznawca boga miłosiernego dałby się namówić na mordowanie tych, którzy wskazani byliby palcem, jako wrogowie. A mało znalazłoby się odpowiednich cytatów w Biblii do usankcjonowania rzezi? Zresztą watykański agent może cytaty wysysać sobie z palca pochylony na przykład nad książką kucharską. Przecież katolik inteligentny inaczej i tak nie sprawdzi, że „roztłuc tłuczkiem z obydwu stron” odnosi się nie do niewiernego, tylko do kotleta schabowego.

following-orders-156021_1280

5. Katolik misyjny.

Ma misję zbawienia ludzkości za wszelką cenę. Nawet bez zgody zainteresowanej i samego boga. Ten już nic nie musi robić. Katolik misyjny zrobi to za niego i to lepiej. On wie, co masz robić, jak masz myśleć (czyli najlepiej nie myśleć), co masz czuć i co robić w niedzielę. Często pcha się do polityki, aby prawo boskie uczynić prawem państwowym. I w tym wypadku należy cieszyć się z tego, że to katolik a nie islamista i że Biblii nie bierze dosłownie, choć uważa ją za pismo natchnione przez boga. Inaczej wciąż nosiłby kupę kamieni po kieszeniach, żeby zasypywać nimi tych, którzy zasłużyli na śmierć. Nie przeszkadza mu to, że bóg wielu rzeczy nie przewidział, o wielu rzeczach nie miał pojęcia, naprawdę nie mógł wstrzymać słońca i naprawdę mówiąc: „nie zabijaj!” nie miał na myśli zarodków, bo najzwyczajniej w świecie nie wiedział, co to jest, i nie przez przypadek wśród ptaków umieścił nietoperza. A skąd on miał wiedzieć, że nietoperz to ssak? Katolik misyjny wychodzi z założenia, że czarni agenci Watykanu posiedli jakąś tajemną moc porozumiewania się ze Stworzycielem. Ich głos jest Jego głosem.

Kolejna misja to wprowadzenie monarchii w naszym kraju.  Na tronie ma zasiąść Jezus. Czy mu się to podoba, czy nie. Nikt go o zdanie nie zamierza pytać. Nie wiem, siłą go posadzą, czy usiądzie po dobroci? W rękach tego katolika różaniec to broń śmiertelna, mogąca służyć albo do modlitw przeciw lewakom, ateistom i innym śmieciom, albo do duszenia, np. podczas obrony jednego z kilku miliardów krzyży, którymi upstrzono nasz kraj.

6. Katolik Don Kichot.

Nie da się go zagiąć w żaden sposób, ponieważ Biblię ma w jednym palcu czym ciągle się szczyci. Studiuje ją przez całe życie i całe życie zajmuje mu jej obrona. Poświęcił się, aby udowadniać wszem i wobec że to, co jest tam napisane, jest mądre, prawdziwe i słuszne. Na poparcie swoich tez dokonuje dowolnej interpretacji, np. na zarzut, że bóg w liczbie ofiar pokonał Hitlera, Stalina i innych im podobnych razem wziętych, odpowie, że nie ma co ofiar boskich żałować, bo to byli strrrrrraszni ludzie. Byli tak przerażający, że Lot, bratanek Abrahama, który broniąc tyłków swoich gości aniołów przed dzikim tłumem z Sodomy, postanowił oddać dwie swoje córki, żeby dzicz używała sobie na nich do woli, to wzór wszelkich cnót.

Oczywiście niestrudzenie katolik Don Kichot stara się udowodnić, że ateiści, interpretując Biblię dosłownie, są w błędzie. Jest to bowiem jedyna księga na świecie, którą trzeba czytać inaczej, choćby wspak, choćby do góry nogami, byleby nie z lewa do prawa. Tak bardzo pochłania go obrona każdego natchnionego przez boga słowa, ta niestrudzona walka z wiatrakami, że nie zauważa, iż Kościół Katolicki nie ma z tym słowem wiele wspólnego. No ludzie! Nawet każdy Świadek Jehowy to wie. Ten rodzaj katolika wzbudza chyba największe współczucie.

crusader-154623_1280

7. Katolik niewierzący.

Ten rodzaj katolików reprezentują przede wszystkim wysoko postawieni funkcjonariusze Kościoła, czasem zwykli księża. Celowo nazywam ich niewierzącymi, a nie ateistami, bowiem dla nich ateista to również największy wróg. Bo mówi prawdę a prawda podobno nas wyzwoli. Różnica między katolikiem niewierzącym a ateistą jest bowiem taka, że ateista mówi zgodnie z prawdą, że nie wierzy, a on nie wierzy, ale kłamie, że wierzy. Nie ma się specjalnie co rozpisywać. Po owocach ich poznacie. To złodzieje, malwersanci, manipulanci, oszuści, ukrywający zbrodniarzy i pedofilów w swoich szeregach, czyli wilki w owczych skórach. Przyświeca im jeden cel. Dobro i bogactwo instytucji, którą reprezentują. Przyświeca im również jedno motto: „Choćby po trupach, ale do celu”. A czasem trup ściele się gęsto. Nie boją się niczego i nikogo. Sutanna to ich magiczna, nietykalna zbroja. Krzyż to niezniszczalny miecz. Stanowisko, którego dochrapali się dzięki wiernej służbie Watykanowi, to ich tarcza. A Bóg przecież i tak ich nie rozliczy. No bo jaki Bóg?

jesus-1185833_1920

embroidery-496003_1280 (1)

Przegląd debilizmów dni ostatnich cz. 2

embroidery-496003_1280 (1)Tyle ostatnio tych debilizmów, że nie wiadomo, od którego zacząć. To może tak:

1.

Czy jest większy debilizm, jak wynik ostatnich wyborów?  Dziękuję ci Narodzie! Dudę (pseudonim Hostiaman) przełknęłam, choć ciężko było. Pomyślałam sobie jednak, że Polak dowcipny jest, w związku z tym po prostu zrobił sobie jaja. A z PiS-em co? Żart powtórzony, już nie jest taki zabawny. No naprawdę!

I chciałabym wiedzieć, co sobie w dniu wyborów porabiało 49% upoważnionych do głosowania? Ładowali się do samolotów lecących do Anglii? A lećcie sobie, najlepiej z Bogiem. A może… teraz mnie tak natchnęło… może to nasi wylecieli z kraju? W obecnej sytuacji mogą się swobodnie starać o status uchodźców, uciekających przed prześladowaniem ze strony państwa wyznaniowego. A co z tymi co naiwnie pozostali wierząc w to, że Polak, może i dowcipny, ale jednak nie idiota? Co z nami? Albo się będziemy hurtem nawracać, albo zostaniemy męczennikami. Jest jeszcze trzecia opcja. Wiara. Wiara w to, że oni się sami wykończą a my po nich później posprzątamy, jak już wyjdziemy z podziemia.

2

Serial pod tytułem „tworzenie rządu” trzymał w takim napięciu, że niejeden co słabszy człowiek zszedł na zawał. Kiedy w ostatnim odcinku ujawniono członków rzeczonego, ci trochę silniejsi wyciągnęli kopyta. Nie każdy da radę przeżyć Macierewicza, Kamińskiego, Ziobro… Pozostaliśmy my, sami twardziele. Patrząc jednak na to, co się dzieje odnoszę wrażenie, że wkrótce i nas zacznie ubywać.

3

Wszyscy, którzy pobieżnie interesują się polityką, znają Kamińskiego, pseudonim Kryształek. Ci co go nie znają urodzili się zapewne po 2005 r., więc mają odpuszczone. Z tamtych lat, kiedy to Naród po raz pierwszy wywinął mi ten numer i zagłosował na PiS, pamiętam Kryształka jako gościa, na widok którego dostawałam torsji. Ludzie! Dzień w dzień rzyganie. Nikt tak pięknie nie dbał o moją linię jak bracia Kaczyńscy (tak, tak, obaj – nawet ten, z którego próbuje się zrobić po śmierci świętego), Ziobro i pozostała świta. Aż w końcu zmieniły się rządy i Kryształek dostał wyrok. Nieprawomocny. Był zainteresowany oczyszczeniem swojej kryształkowatości przed sądem, bo go ułaskawienie prezydenta nie interesowało. Po czym zmienił zainteresowania.

Prezydenta za to interesuje wciąż to samo. Wszechwładza katopisu za wszelką cenę i wyniesienie prezesa Jarka, pseudonim Kaczafi, za życia na ołtarze. A spieszyć się musi, bo…

4

Po expose premier Szydło, pseudonim Damyradę, prezes Kaczafi zaliczył glebę. Przez moment było podejrzenie o zamach. Ale kto miałby strzelić do Kaczafiego, skoro na sali nie było Palikota? A poza tym nie jest łatwo trafić w ruchomy, mały obiekt. Mamy w sejmie co prawda ludzi, którzy przegrali sprawy w sądach, ale oni są po stronie władzy. Teorie są dwie. Albo nowopolskim zwyczajem prezes padł na kolana dziękując opatrzności bożej za cud zwycięstwa w wyborach, albo zwyczajnie ze wzruszenia zasłabł.

5

Szefem sejmowej komisji praw człowieka został Stanisław Piotrowicz. To gość, który jako prokurator ochronił księdza przed zboczonymi maluchami. Otóż proboszcz z Tylawy spotkał się z zarzutami molestowania dzieci, podczas gdy okazał im tyle ojcowskiej czułości! Kąpał je i nocował na swojej plebani, całował w usta a nawet leczył dotykiem! Niewdzięczne szczeniaki nie dopięły swego, bo prokurator Stanisław Piotrowicz umorzył śledztwo. Dopiero inna prokuratura doprowadziła do skazania biednego księdza. Wyrok polityczny, jak nic! Że też Duda nie był wtedy prezydentem!

6

Za to teraz jest i odznaczył arcybiskupa Hosera Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski za wybitne zasługi dla polskiego kościoła. A Hoser rzeczywiście jest wielce zasłużony, szczególnie w obronie następnego pedofila, tym razem z Tarchomina, który mimo zarzutów i wyroku skazującego pełnił ciągle funkcję proboszcza i miał pod sobą ministrantów. Mam nadzieję, że nie dosłownie.

7

I ostatnie zdanie, zanim udam się do psychiatry, bo sama chyba sobie z tym nie poradzę. Nareszcie mamy podobno państwo prawe i sprawiedliwe!

PS. Chcąc dać odpocząć skołatanym nerwom, postanowiłam spojrzeć, co na świecie słychać. A tam, ściślej mówiąc w Hiszpanii, tamtejsze MSW wręczyło Złoty Medal Zasługi… Matce Boskiej z Malagi.

JUŻ PO MNIE!

żółw

Przegląd debilizmów dni ostatnich.

Dawno się nie odzywałam, w związku z tym postanowiłam hurtem kilka tematów po swojemu przelecieć.

Krzyże w każdej szkole i klasie.

To, że hierarchowie kościelni wiele mądrego do powiedzenia nie mają, a gadają dużo, wiemy od dawna. Tym razem popisał się bp Mendyk, który biadolił na łamach rydzykowego radia, że w Polsce krzyży jest wciąż mało. Że łot? To ja nawet wyrzuciłam z domu wszystkie ubrania w kratę, tak mi się te krzyże przejadły, a on chce więcej? Niech sobie na cmentarz pójdzie! A dlaczego chce? Ano dlatego, że według jego wiedzy, czyli życzeniowej, 90 proc. dzieci czy młodzieży bierze udział w lekcjach religii. Może o szkołach katolickich pisze? Bo w gimnazjum mojego syna na przykład, łączą klasy, żeby zebrać odpowiednią ilość uczniów na te pożal się boże lekcje. Z jego klasy tylko pięć osób chodzi na religię. Sorry księżulku, ale kto tu jest teraz mniejszością? Dla jasności dodam, że klasa syna liczy więcej, jak sześć osób.

A zresztą jak chcą, niech sobie w salach katechetycznych krzyż wieszają. Ale dlaczego na przykład w sali matematycznej? Co oprócz plusa matematyka ma wspólnego z religią? Aż mnie kusi, żeby poradzić, aby wszyscy mający tak poronione pomysły, po prostu sobie raz a porządnie na ten krzyż usiedli. Wtedy ich święty symbol będzie zawsze z nimi i doskonale będą czuli jego obecność.

Cud w Cieszynie.

W jednym z kanałów burzowych pojawiła się intensywnie czerwona woda. Czyżby powtórka z plag egipskich? Już ludzie zasłonili się parasolami przed możliwym gradem, czy spadającymi z nieba żabami, wykupili ze sklepów wszystkie offy i muchozole oraz świeczki i latarki, wykupili wszystkie małe trumienki dla pierworodnych, a ci najbardziej przerażeni ustawili płot z krzyży wokół ścieku, ku uciesze bp Mendyka zapewne. Już watykańscy badacze ładowali się do samolotów, aby ów cieszyński cud zbadać a tu okazało się, że drukarnia pozbyła się w ten jakże mało dyskretny sposób, czerwonego barwnika. I po cudzie. Jaka szkoda, że Jezus nie żyje w naszych czasach. Szybko okazałoby się, że nie zamienił on wody w wino, tylko dzbany pomylił, nie rozmnożył chleba, tylko obrobił piekarnię, co z pewnością nagrałaby jakaś kamera, których na szczęście więcej jest w miastach, niż krzyży.

Papież o rozgrzeszaniu aborcji.

Papcio Franio jakiś czas temu obudził się, wstał ze swego łoża z baldachimem, przeciągnął się, po czym stwierdził, że uprawni wszystkich księży do rozgrzeszania z aborcji w czasie Roku Miłosierdzia, który zacznie się 8 grudnia.  No nareszcie mamy szansę dożyć czasów, gdzie Kościół z Miłosierdziem pójdą w jednej parze. Sensacyjna informacja z Watykanu obiegła pewnie cały świat, choć do tej pory niektórzy uprzywilejowani księżule już odpuszczali ten ciężki grzech, ale tylko w określonym czasie — podczas odpustów, rekolekcji i w ramach przygotowania do komunii wielkanocnej. To czasowe ograniczenie jest zdumiewające i nie wiem, jak mam je rozumieć? Czy oznacza to, że w owym czasie bóg jest bardziej litościwy? Przed Wielkanocą grzech odpuści a dzień po już nie? No tak, nie samą aborcją w końcu biedny bóg żyje. Katolicy przecież grzeszą masowo, musi sobie chłop jakoś robotę zorganizować, inaczej wszystko mu się po prostu popieprzy.

Cóż nowego w takim razie ten papcio Franio wymyślił? Ano to, że jak dzień po rekolekcjach sobie przypomnisz, że dokonałaś aborcji, ale zapomniałaś za to przeprosić, to nic straconego. Masz na kajanie się przed księdzem cały rok! Wspaniały jest ten Rok Miłosierdzia! A przy okazji, ciekawe, jak się papcio z bogiem na ten temat dogadał? Czyżby jednak bóg istniał?

Całkowity zakaz aborcji.

Takie typowe polskie kuriozum. Papież chce cały rok rozgrzeszać za aborcję, a Polacy chcą całkowicie jej zakazać. Przykazanie „Nie zabijaj” doprowadzili do absurdu i nijak nie da się ich przekonać, że dotyczyło ono tylko Żydów. Żyd Żyda miał nie zabijać, bo inne nacje kosił, jak grzyby po deszczu ku uciesze i przy czynnym wsparciu boga. Przecież nie o zarodek chodziło. Bóg nie wiedział, że nietoperz jest ssakiem, nie wiedział, że ziemia krąży wokół słońca, a nawet nie wiedział, gdzie mu się Adaś w raju któregoś razu schował, to skąd miał wiedzieć, że jest coś takiego, jak zarodek? Zresztą dziećmi narodzonymi też specjalnie się nie przejmował. Jak prowadził plemię swoich wybrańców na inne plemię, to przy życiu nakazywał zostawiać czasami tylko dziewice, żeby sobie na nich Izraelici używali do woli. Tak więc mordy były dokonywane nawet na kobietach w ciąży. Obrońcy życia poczętego chcą być bardziej święci od boga, co akurat nie jest takie trudne. Często jednak argumentują swoją postawę tym, że są osobami wierzącymi. Czyli wierzą w żydowskiego boga zbrodniarza i dlatego chronią życie poczęte. Rozumie ktoś coś z tego?

Niech oni sobie zabraniają, co chcą — katolik katolikowi, ale bez jakiś tam odpustów. Bo obecnie moralność katolicka wygląda tak: wie, że aborcja to ciężki grzech, mimo to dopuszcza się jej, idzie się wyspowiadać i po sprawie. Przecież tak można w nieskończoność i to z każdym grzechem! A przy okazji, po co ich Jezus dał się tak sponiewierać na krzyżu? Podobno za nasze grzechy, moje i twoje. Tak, nawet moje, choć go o to nie prosiłam. Po co w takim razie spowiedź, wprowadzona zresztą dopiero na początku XIII w.?

Uchodźcy, czy też imigranci. Albo jedno i drugie.

Co do nich zmieniam zdanie kilka razy dziennie. Chcę, nie chcę. Pomogę, nie pomogę. Lubię, nie lubię. A moje stanowisko zależy od tego, co usłyszę czy zobaczę w tv. Gdzieś tam we mnie drzemie przekonanie, że człowiek jest wartością najwyższą, a los jednostki powinien być tak samo ważny, jak los ogółu. W tej sytuacji jednak moje przekonanie chwieje się w posadach.

Widzę kobietę w ciąży przytulającą swoje pierwsze, kilkuletnie dziecko, koczującą chyba na węgierskiej granicy, która mówi, że zrobi wszystko, aby zapewnić swoim dzieciom normalne życie. No weźcie ludzie coś zróbcie!

Czytam o uchodźcach w Niemczech, młodych mężczyznach w markowych ciuchach, z dobrymi telefonami, zaczepiających kobiety, zalegających okoliczne skwerki, a nawet prywatne ogródki. Uśmiechnięci, wypoczęci, bezrobotni. A wzięli ich Niemcy, to teraz mają. 

Dowiaduję się o ciałach dzieci wyrzuconych na brzeg przez morze.  Straszne!

Czytam o zbiorowym gwałcie na dyrektorce placówki dla uchodźców we Włoszech. Straszne!

Skoro uchodźcy dotarli do Europy, trzeba się nimi jakoś zająć. No przecież nie damy im chyba umrzeć na ulicach?

Dlaczego uchodźcy ruszyli do Europy, a nie do bogatych krajów arabskich? No właśnie!

Bogata Arabia Saudyjska chętnie pomoże — wybuduje w Niemczech 200 meczetów. To już wolałbym krzyże i duże Jezuski à la świebodziński.

Ci ludzie uciekają przed śmiercią. Chodźcie do nas!

Po wkroczeniu do UE śmierć im już nie grozi, więc po co idą dalej? To może lepiej do nas nie idźcie.

To inwazja islamu na Europę. O matko boska!

Islamiści w krajach europejskich stanowią kilka procent populacji poszczególnych krajów. Nie stanowią dużego zagrożenia. Uff!

Nie asymilują się. Nie?

Asymilują się. Tak?

Jak już tu przyjdą to muszą się zasymilować, bo jeszcze każą naszym kobietom chodzić w burkach. Już ja im dam burki!

Nikt nikomu niczego kazać nie może. No, nie każą mi.

W Szwecji istnieje 54 stref, gdzie obowiązuje szariat i nie ma kontroli państwa. O ja pierdzielę!

W Szwecji obowiązuje jedno prawo — szwedzkie. Aha!

Weźmy tylko chrześcijan. No czy ja wiem? A ateistów wśród nich nie ma żadnych?

A islamista to, niby że co? Że gorszy człowiek? No niby nie, chociaż…

Przyjmiemy 2 tys. uchodźców. To dużo?

Przyjmiemy 12 tys. To dużo?

Dostaną za nic kasę, pracę i mieszkania a Polakom jest tak ciężko. No to ładnie!

Dostaną niezbędne minimum, a o resztę będą musieli zadbać sami. A no to w porządku.

Wysadzą nas terroryści. Nikogo nie przyjmujmy!

To oni uciekają przed terrorystami. To może jednak przyjmijmy?

Viktor Orban otaczający Węgry murem to szaleniec. To normalne na pewno nie jest.

Viktor Orban to prawdziwy Europejczyk. A może jednak to normalne?

I te biedne, niczemu niewinne dzieci…

Poseł Giżyński pokazuje w tv zdjęcie 10 letniego dżihadysty podcinającego gardło dorosłemu mężczyźnie i grzmi: „Takie dzieci chcecie nam sprowadzić!” Nie no, takich to ja tu nie chcę.

I wciąż nie wiem, co o tym wszystkim myśleć. A może by tak powiedzieć im: „Niech wam Allah pomoże”? No dobra, wiem że to byłoby po świńsku, bo Allaha nie ma. I przepraszam, że w jednym zdaniu postawiłam wieprzowinę z ich bogiem. A może po prostu pomóc polskim strażakom? Oni zawieźli do Niemiec 800 łóżek polowych. Zrzućmy się jeszcze na jakieś koce i może jakoś uspokoimy sumienia? A może spytamy tych uchodźców czy imigrantów, czy jednych i drugich, czy chcą do Polski? Nie? Nie chcą??? Niezła laurka dla naszego kraju. Nawet ludzie uciekający przed wojną, którzy nie mają nic, nie chcą do naszego kraju.

Prawdę mówiąc, ten ich stosunek do Polski trochę mnie obraża. Ze złości jestem skłonna przyjąć ich nawet w liczbie kilkudziesięciu tysięcy. Mało mamy plebanii? Miejsca dla wszystkich wystarczy. Zresztą całą enklawę można im stworzyć w Świątyni Opatrzności Bożej.

A poza tym uchodźcy z Syrii lub z innych krajów arabskich (lezą bez dokumentów, to i tak nie wiadomo, kto jest skąd, wiadomo natomiast, że gdyby wszyscy byli z Syrii, to w Syrii już dawno by ludzi zabrakło) nie wiedzą pewnie, że ponad 80% Polaków jest zadowolonych z życia. Tak, tak. Też mnie zaskoczył ten wynik. Przez moment myślałam, że zalegalizowano u nas marihuanę. Ludzie jak się ujarają to gadają głupoty. Kupiłam sobie trochę, zajarałam na skwerku i też było mi dobrze. Teraz siedzę na komisariacie i składam zeznania. Policjanci nie chcą mi uwierzyć, że nabyłam zielsko dla celów zdrowotnych. Przecież na trzeźwo nie da się ogarnąć otaczającej nas rzeczywistości, a na picie jest jeszcze za wcześnie.