smieszne-t_mikolaj_wie_2013-12-08_14-19-06

O śmierci i zmartwychwstaniu Mikołaja.

smieszne-t_mikolaj_wie_2013-12-08_14-19-06Świetnie radzę sobie z trudnymi pytaniami dzieci. Wychodzę z założenia, że dziecku trzeba mówić prawdę i tylko tyle tej prawdy ile trzeba. Po seksie, pedofilach, narkotykach, gejach i lesbijkach przyszedł w końcu temat, który niestety mnie przerósł. W grudniu 2008 roku mój syn spytał mnie o Świętego Mikołaja.

– Mamo, czy to prawda, że Mikołaj nie istnieje?
– ??? – zdziwienie wyrażone jedynie mimiką twarzy. Nic się nie odzywam. Zagrywka taktyczna. Zbieram myśli w głębi duszy licząc na to, że moje milczenie nie będzie musiało zostać wypełnione słowami.
– Mamo, czy Mikołaj nie istnieje? – dopytuje się dalej.
– Dlaczego pytasz? – odwlekam odpowiedź, jak mogę najdłużej, jednocześnie bijąc się z myślami, czy to czas, żeby zabić Mikołaja? I co będzie, jeśli zrobi to ktoś brutalnie przede mną, jakiś jego rówieśnik na przykład?
– Bo słyszałem, że nie istnieje.
– Od kogo? – nadal gram na zwłokę.
– Nie wiem, chyba w jakiejś bajce.
– ??? – notuję sobie w pamięci, że muszę się bliżej przyjrzeć bajkom, które ogląda mój syn.
– Mamo, no! – ponagla mnie dzieciak.
– A co byś wolał? – zadaję najbardziej idiotyczne pytanie świata, jednocześnie składając życie Mikołaja w ręce siedmiolatka.
– Chcę znać prawdę! – odpowiada stanowczo. „Żegnaj Mikołaju” – myślę w duchu ale jakoś tak mi żal…
– Prawda jest taka – wzdycham ciężko – że wszyscy jesteśmy Mikołajami.
– Jak to?
– Mikołaj z siwą brodą i czerwoną czapką jest symbolem miłości i dobroci. Raz w roku wszyscy dorośli zmieniają się w Mikołaja i robią prezenty dla najbliższych, po cichutku podrzucają je pod choinkę i udają, że przyniósł je Mikołaj.

Staram się Mikołaja zabić humanitarnie ale tak mi żal, że aż mam łzy w oczach. Z rozrzewnieniem przypominam sobie chwile, kiedy syn przed snem przypomina: „Nie zapomnijcie zostawić otwartego balkonu dla Mikołaja”. I wcale nie czuję się dobrze z tą moją zasadą, żeby mówić prawdę i z tym konającym Mikołajem u moich stóp.

– To znaczy, że te wszystkie prezenty dostałem od was?
– Od nas, od dziadków i od najbliższych.
– To po co ja do niego listy pisałem?
– Żebyśmy wiedzieli co ci kupić – sama nie wierzę, że to mówię.
– Aha.

Mój syn poszedł bawić się jak gdyby nigdy nic, mimo że Mikołaj właśnie wydał ostatnie tchnienie a ja mam unurzane ręce w jego krwi. Mimo wszystko cieszę się, że to było takie proste.

Tydzień później.

– Mamo! Dlaczego powiedziałaś mi, że Mikołaj nie istnieje?!
– ??? – tym razem nie zbieram myśli. Po prostu widzę ten jego wyrzut na twarzy i czuję się jak morderca przyłapany na gorącym uczynku.
– Wolałbym, żeby był! Kto mi teraz prezenty będzie przynosił?

„Oż w mordę!” – pomyślałam w duchu przerażona strasznie. Dzieciakowi wszystko się pokiełbasiło od tej brutalnej prawdy. „Co robić?” Na szczęście nie pochowałam jeszcze Mikołaja, tylko wepchnęłam jego zwłoki za szafą – chyba z sentymentu. Mam chęć powiedzieć synowi, że nie ma co rozpaczać. Mikołaj jest. Wystarczy profesjonalna reanimacja i przywrócimy go z zaświatów do świata żywych.

– Przecież będziesz miał prezenty od nas – odzywam się nieśmiało.
– Ale to nie to samo! To nie będą prezenty zrobione przez elfy i Mikołaj nie przywiezie mi ich zaczarowanymi saniami!
„A kiedykolwiek przywoził?” – pytam w myślach nie wiadomo kogo. I zanim zdążyłam coś powiedzieć, mały wyrzuca z siebie:
– Dlaczego mi to zrobiłaś?!

Ciało Mikołaja drgnęło, czy mi się wydaje? Jakby cień uśmiechu pojawił się na jego bladej, nieruchomej twarzy. NIERUCHOMEJ PRZEZE MNIE!

– Gdybyś nie pytał, gdybyś nie dociekał, to bym ci tego nie powiedziała! – tchórzliwie zrzucam winę za śmierć Mikołaja na biedne dziecko.
– Co ja narobiłem? – zmartwił się syn.

No i masz, czego chciałaś! Dzieciak wini się teraz za zwłoki za szafą.

– Kochanie, jeśli chcesz, możesz wierzyć znowu, że Mikołaj istnieje – proponuję, żeby jakoś wybrnąć z tej niezręcznej sytuacji. Skoro nie zrozumiał, że i tak będą prezenty bez Mikołaja, to może łyknie i to, że Mikołajowi można wstrzyknąć adrenalinę w serce. Syn nic nie odpowiedział i zajął się swoimi sprawami.

Kilka dni później.

– Jak ty się będziesz tak dalej zachowywał, to Mikołaj na pewno nie przyniesie ci prezentów! – poinformował syna tata a ja zadrżała na słowo „Mikołaj” i zerkam przerażona w stronę szafy.
– Przyniesie, przyniesie. I nawet wiem co! – cieszy się Alan.
– A co ci przyniesie? – dziwię się sama sobie, że pytam.
– …. – tu następuje długaśna lista rzeczy niezbędnych i koniecznych pod choinką.
– Tyle to Mikołaj nie zdąży zrobić a ma tak dużo dzieci do obskoczenia. No chyba, że wsiądzie na motor.. – odpowiada tata bez sensu.
– Na jaki motor? On ma super sanie z magicznymi reniferami! – objaśnia znawca mikołajowych zwyczajów w postaci mojego syna.

Słyszę jakiś rumor dobiegający zza szafy. Wyłania się stamtąd gruby jegomość w czerwonym ubranku. Otrzepuje z siebie kurz. Kicha potężnie po czym podchodzi do mnie. Przyjmuję pozycję obronną. Chowam twarz za gardę i czekam na cios. A Mikołaj popukał się tylko kilka razy w czoło z groźnym wyrazem twarzy, wskoczył na harleya i odjechał w siną dal.
Nie dostałam wtedy rózgi pod choinkę, jakby ktoś pytał:)