sejm

Pomóżmy bronić sejmu!

Generalnie mam naturę łagodną jak boży baranek i jako pacyfista nie specjalnie garnę się, by korzystać z militarnych zabawek, ale przypomniało mi się o pewnej straszliwej, a jednak bezkrwawej broni. Tą bronią jest SATYRA. Zdawałoby się niegroźna, a jednak zdolna obalać dyktatury.

Na pewno wielu pamięta Pomarańczową Alternatywę – siała prawdziwe spustoszenie w czasach komuny, dlaczego więc nie sięgnąć do przebogatej gamy uzbrojenia: absurdu, groteski, nonsensu. drwiny, szydery i wielu mniejszych kalibrów?

Owszem, w sieci trwa nieustanna kanonada, tylko ja chciałem, by trochę wreszcie ruszyć dupy zza tego szklanego okienka! Powód jest właściwie jeden zasadniczy – portale społecznościowe umożliwiają stworzenie prywatnego świata, w którym na dobrą sprawę kisimy się w starannie dobranym, ale jednak jednorodnym gronie. Czyli właściwie ostrzeliwujemy się ta amunicją zupełnie niepotrzebnie – nasi oponenci robią zresztą dokładnie to samo w swoich prywatnych światach. I tak żyjemy w tych odrębnych światach w przekonaniu, że okładamy przeciwnika atomówkami naszej satyry…
Co trzeba zrobić? Wyjść z satyrą na zewnątrz, do świata realnego.
Proste i potrzeba tylko pomysłów – nie sądzę byśmy mieli z tym jakikolwiek problem.

Mój wygląda tak:

Okoliczności i cel: – sejm (i nie tylko w przyszłości zapewne) jest otoczony przez policję – muszą być jakieś ważkie powody, by go chronić, więc co może zrobić obywatel? – Pomóc.

Zadanie: – należy stworzyć uzbrojone oddziały ochotniczej ludowej milicji antyKODowej.

Uzbrojenie:  – musi być porządne i groźniejsze niż to, co prezentują wystraszeni policjanci. Proponuję tekturowe karabinki AK z kompletem 100 szt. żołędnych naboi (w razie problemów z żołędziami może być też fasola) do tego granaty z puszek od piwa i pistolety z płyty wiórowej. Konieczny będzie także cięższe uzbrojenie – co najmniej jeden styropianowy RKM z na trójnogu na każde 100 metrów ochranianego terenu. Ideałem byłoby nadmuchiwane działo kalibru 75 mm, ale może być problem z tym uzbrojeniem – jest piekielnie drogie. O kartonowych czołgach nawet nie marzę, ale słomiane transportery może dałoby radę zorganizować… Nie powinno też być problemu z działkami przeciwlotniczymi choć w tym momencie nie bardzo mam pomysł z czego je zrobić, żeby nikt absolutnie nie dał się nabrać (miałem coś napisać o policjantach ale to byłoby chyba nie w porządku). Coś się wymyśli

Zasada działania: wszędzie gdzie dostrzeżemy policjantów, w miejscach, gdzie na co dzień ich się nie spotyka (np. sejm, biura PIS, Wawel,  trasy pielgrzymek ich wodzów itp.) powinniśmy przydzielać im jakąś ochronę – ale to nie ma być luźna banda! – Oddział ma stać w pełnej powadze i równym zapałem wypełniać powierzone policji zadania – oczywiście plus ochrona samych policjantów. Od czasu do czasu należałoby też pacyfikować jakieś wałęsające się bandy KODerów (przypomniało mi się – papierowe kajdanki muszą być obowiązkowo) – dla przykładu i żeby policjanci czuli się zanadto zastrachani.czolg

Teraz wyobraźcie sobie te zdjęcia w mediach w całym świecie: pokrzywione i rozmokłe tekturowe kałachy i śmiertelna powaga policjantów – żałosny rządowy dryl i wesoła obywatelska groteska…  Czy trzeba czegoś więcej?. Tę żałosna dyktaturę wystarczy zabić śmiechem.

Dlatego niniejszym ogłaszam POWSZECHNĄ MOBILIZACJĘ 🙂

No ale teraz kolej na Wasze pomysły. W swoim jestem gotów brać udział, na razie jako producent uzbrojenia a jak trzeba będzie, to i także na służbę w polu. Zamówienia na interesujące Was uzbrojenie można składać pod tym wpisem.
Ahoj

logos4

Fundament MPOR

Po zaledwie dniach od ogłoszenia mogę już napisać – idea stworzenia Miejsca Pamięci Ofiar Religii okazuje się być ideą zaraźliwą…

To dobrze i sam bardzo liczę na jej żywiołową propagację ale nie byłbym sobą, gdybym nie nie próbował trochę sypnąć żwirem w tryby tej rozpędzającej się maszynerii. Nie, żeby zepsuć, ale żeby sprawdzić i zahartować 🙂 Tak już mam.

Entuzjazm to dobra rzecz ale by nie był to tzw. „słomiany zapał” potrzebny jest solidny fundament. Mam okazję być w środku tych wydarzeń (z czego jestem dumny) jednak martwi mnie, że ten fundament to jedynie… nasze przeświadczenie o zasadności powstania MPOR. Przeświadczenie do tego stopnia głębokie (tak, wiem że zasadne), że skupiamy się wyłącznie na finale przedsięwzięcia, a więc formie miejsca pamięci. Jednak fundamentem całej tej idei powinna być WIEDZA. Wiedza o ofiarach, wiedza o zdarzeniach, mordach, pogromach, prześladowaniach; wiedza o okolicznościach i przede wszystkim –  dowodach winy. Pomnik nie może powstać bez wykonania choćby małej części tej niestety tytanicznej pracy, ale tylko ona może być właściwym fundamentem całej idei. Wykonanie tej pracy wydaje mi się daleko ważniejsze i donioślejsze niż cała reszta – jest niejako naszym alibi, koronnym argumentem.

Szczerze mówiąc nie mam pojęcia, czy ktoś podobnego zadania już się nie podjął, może są jakieś zestawienia czy opracowania z których można by już skorzystać, nie mniej uważam, że to własnie zdobywanie tej wiedzy będzie najważniejszym zadaniem dla ludzi, których idea przyciągnie, bo oczywiście nie da się takiej ogromnej pracy wykonać w pojedynkę.  Zdaję sobie z tego sprawę dlatego wykorzystuje ten wpis także na apel – idei potrzebni są entuzjaści historii, badacze, systematycy, religioznawcy, hobbyści – wszyscy, którzy tę bazę wiedzy mogliby tworzyć. Potrzebne będą także pewne specjalne narzędzia – może np dział w Wikipedii? Sam nie wiem jak realizować tak rozległe zadanie, ale jakoś trzeba je zacząć – może od najprostszej listy którą wspólnymi siłami wciąż będziemy rozbudowywać?

Bardzo liczę na to, że wraz nowymi ludźmi pojawią się nowe pomysły na rozwiązanie tej kwestii, a także chęci wspólnej budowy gmachu tej wiedzy – moim zdaniem absolutnie kluczowego zadania w tej idei.

owsiak

Taki piękny strzał w kolano…

Walec zwany Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy wkrótce rusza. Mam oczywiście na myśli jedynie kolejny finał, ale czyż nie będzie on tym razem wyjątkowy? Będzie – głównie dzięki niefortunnej wypowiedzi pewnego posła mocno związanego z obecną władzą, który był łaskaw nazwać walec orkiestry „hecą”, a także niedwuznacznie zagroził konsekwencjami urzędnikom chcącym w jakikolwiek sposób ów walec wspomóc…

Czy może być coś piękniejszego? Oto nie roniąc nic z podstawowego celu Orkiestry, a więc zebrania środków na zakup kolejnego sprzętu dla szpitali, uczynił z niej jakże dobitny miernik… braku poparcia dla obecnego rządu! Toż to niemal referendum – wszak puszki będą obecne w całej Polsce na wyciągnięcie ręki! Wrzucając datek nie tylko pomagasz chorym i ratujesz życie, ale także demonstrujesz swój sprzeciw wobec władzy! Tego nie wymyśliłby nawet Owsiak i założę się o dowolną sumę, że Orkiestra zbierze rekordowo dużą kwotę. Skoro wielkość wrzuconego datku ma być jednocześnie wyrazem skali sprzeciwu wobec antydemokratycznej władzy, to czy można w ogóle wymyślić lepsze „napędzenie” tej szlachetnej idei?

Chyba nie i byłbym za tym, żeby przy każdym zakupionym przez Orkiestrę sprzęcie, co nie wątpię że nastąpi,  znalazła się ta informacja:
Te urządzenie zakupiono także dzięki bezmyślności posła Pięty.

Pozostaje mi tylko życzyć panu posłowi trwania w tej owocnej bezmyślności – podejrzewam, że dla wielu ludzi jej efekty będą bezcenne, a skoro przy okazji możemy co nieco tej pozbawionej wszelkich demokratycznych hamulców władzy powiedzieć, to należy z tego skorzystać.
Chwała ci pośle Pięto!

PS Doszły mnie słuchy, że także i partia Razem ma szczerą ochotę sprawdzić możliwość zatrzymania walca Orkiestry. No cóż – w tym wypadku to walec raczej niczego nie zauważy, a Razem „na dobre” nie wyjdzie na pewno. No ale niech się prasują…

raczkowskikurwamac

Manifestacja jaka jest, każdy widzi…

Krótki poradnik marginalizowania demonstracji

1. Udaj, że w ogóle nic się nie działo. Jeśli żyjesz z pisania, znajdź jakiś wyjątkowo błahy temat, np. jakieś egzotyczne przepisy kulinarne, czy też jakąś zapomnianą dawno ciekawostkę, dając do zrozumienia, że absolutnie nic godniejszego uwagi nie ma dziś do opisania.

2. Jak już nie da się zupełnie pominąć faktu demonstracji – zmniejsz liczbę uczestników! Podziel wynik z jakiegoś miarodajnego źródła przez 4, albo jeszcze lepiej przez 10. Twój wynik pójdzie w świat podchwytywany ochoczo przez innych „niezależnych” dziennikarzy i polityków. Siłą rzeczy większość będzie sobie obliczać średnią z uwzględnieniem twojego zaniżonego wyniku, a więc na pewno trochę ją pomniejszysz i osłabisz wydźwięk samej demonstracji.

3. Wyjaśnij kto przyszedł na demonstrację. Zdemaskuj ich paskudną motywację np ochronę koryta (to zawsze w tym kraju skutkuje) czy wściekłość z powodu zmienionych nawyków żywieniowych (ośmiorniczki), traconych stołków i kasy ale uważaj – nie przesadź! Jeśli w doniesieniach prasowych mowa jest o bardzo młodych i bardzo starych uczestnikach demonstracji, i jeszcze gorzej – sporej ich liczbie, lepiej dodaj coś o naiwności i zmanipulowaniu. Pochyl się z troską nad tymi nieświadomymi obrońcami wstrętnych manipulatorów. Cóż oni winni gdy głupi…

To wszystko możesz zastosować, niezależny publicysto, jak już dokładnie zapomnisz swoje własne oburzenie wobec arogancji władzy; gdy obserwując grupkę manifestantów, czasem w postaci tylko na wpół trzeźwych kiboli, nazywałeś ich „narodem” i głosem ciemiężonym ludu – ale przecież z tym nie masz najmniejszego problemu, „niezależny” publicysto, wszak praca w niezależnej szczujni wymaga charakteru – odpowiedniego – rzecz jasna.
LS

statues-692341_640

Pomnik Ofiar Religii…

Brzmi dziwacznie? – Dla osób znających historię ani trochę. Może trochę prowokacyjnie, ale tylko tak, jak brzmiałby „pomnik ofiar bolszewizmu” w poprzednim ustroju. Akurat jestem tym szczęśliwcem, który jest dość blisko osoby – pomysłodawczyni idei postawienia Pomnika Ofiar Religii – czyli Izabeli Jaszczurowskiej. Chwała Ci Izo, bo to chyba cenna sprawa (o czym na końcu), ale wpierw moja osobista łyżka dziegciu.

Do wszelkich pomników mam stosunek ambiwalentny z lekką jednak przewagą negatywnego. One są niemal prawie zawsze polityczne –  są „zamiast” wiedzy historycznej i w większości elementem czarno-białego widzenia świata. Żeby choć, co zazwyczaj przyświeca inicjatorom,  rzeczywiście trwały przez wieki – byłyby wtedy też jakimś elementem tej wiedzy historycznej, świadectwem poglądów epoki, punktem odniesienia ale niestety tak nie jest. Pomniki nader często biorą udział w politycznych wojenkach i najczęściej kończą w spektakularnym akcie zniszczenia.

Nie twierdzę, że tak jest wszędzie – tak jest na pewno w kraju między Odrą a Bugiem, co nie wystawia nam najlepszego świadectwa. Jesteśmy po prostu niezwykle podatni na manipulację, nietolerancyjni i nieustannie sfrustrowani. Nie cenimy indywidualizmu, odmienności poglądów, jednostki jako takiej.

Liczy się się jedynie stadna idea według której świat musi mieć te jedynie dwa dopuszczalne odcienie: czarny i biały. Stąd biorą się niezliczone zastępy pomników (patrz pomnikomania JP II czy za chwilę te związane z religią smoleńską) i potem jej malownicza destrukcja (prędzej czy później, a  im później, tym bardziej malownicza). Świadczą o tym perypetie posągu na górze Ślęży – nawet tysiąc lat po wszechobecnym na tych terenach pogaństwie, jego symboliczny ślad, jest dla nas nie do zaakceptowania?

Posągu Światowida już nie ma, więc chyba nie.

Nie chcę rozpisywać się na temat wpływu na te nasze fatalne cechy, dominującej w tym kraju religii – jest bezsporny – ja jednak mam pretensje po prostu do ludzi. Zło, w postaci szkodliwych religijnych idei, będzie zawsze  – jak zawsze będą inne negatywne zjawiska – to ludzie muszą być przygotowani (wiedza historyczna, etyka, psychologia, wiedza o technikach indoktrynacji i manipulacji), by móc się przed tymi praktykami bronić. Tak też rozumiem antyteizm – nie jako dosłowną walkę z religią, ale jako „uzbrojenie” jednostek w potrzebną wiedzę i zapewnienie im swobody wyboru.

Teraz gdzie wpisać tytułowy pomnik?

Z jednej strony jest to dosłowna walka z religią, ale jeśli uwzględnić obecne rozmiary klerykalizacji w tym kraju, jej wszechobecność i przemożny wpływ na wszystkich, wspomniany pomnik jawi mi się jako także element popularyzacji pewnej podstawowej wiedzy. Skoro jest nieustannie rugowana ze szkół, przekłamywana i marginalizowana, to czy Pomnik Ofiar Religii nie jest właściwa ideą?

Myślę, że jest, „bo tam gdzie płoną lasy, nie czas żałować róż” (czyli tracić czasu na moje pomnikowe wątpliwości), dlatego też będę gorąco popierał akcję zainicjowaną przez Izę i cały zespół redakcyjny Polski Ateista. Ta idea nie jest „zamiast” wiedzy – przeciwnie  – słusznie się o nią dopomina. Zdaję sobie sprawę, że powodzenie całej akcji będzie uzależnione od współdziałania całego ateistycznego światka w tym kraju – po prostu jest nas zbyt mało.

Dlatego zwracam się z apelem do wszystkich ateistów, antyteistów, agnostyków, antyklerykałów. –

Przyłączcie się do tej akcji!

 

Leszek Salomon

Antyteizm

Wstydliwy antyteizm

Już sam Christopher Hitchens napisał: „Nie jestem nawet ateistą tak mocno, jak jestem antyteistą. Nie tylko uważam, że wszystkie religie są różnymi wersjami tej samej nieprawdy, lecz jestem również przekonany, że wpływ kościoła oraz efekty religijnej wiary są niewątpliwie krzywdzące”

Kto to jest Christopher Hitchens, chyba nie muszę przypominać – większość powie: ZNANY ATEISTA, ale właśnie, czy ten termin ATEISTA nie jest mylący? Jest, bo Hitchens jest znacznie dalej, co cytat dobitnie potwierdza.

Właśnie owe nieustanne tkwienie za parawanem ateizmu uważam za największą słabość ruchu antyteistycznego – nie tylko w Polsce. Choć jest to tylko moje przeczucie, myślę że większość z was, ateistów, się z nim zgodzi – przytłaczająca większość ateistów jest jednocześnie antyteistami. Tylko dlaczego ukrywa się za zasłoną ateizmu?

Ano dlatego, że ateizm jest znacznie bezpieczniejszy; oznacza tylko wyznanie – nie wierzę, ale nie przesądza nawet o antyklerykalizmie – o innych „zdrożnościach” nie wspominając. Wszystko to dzieje się w myśl zasady – już ATEIZM jest wystarczająco szokujący. Fakt, szczególnie  w tym kraju,  jednak myślę że dalej, nie wyciągając sztandaru antyteizmu, posunąć się już nie w sposób.

Tkwienie za parawanem ateizmu w istocie osłabia wszelkie antyteistyczne wypowiedzi i naraża na proste ataki teistów: – tylko udajecie ateistów! – bo czy sam ateizm daje nam wystarczające podstawy do aktywnej walki ze złem, za które uważamy teizm? Myślę, że nie – tak jak abstynencja alkoholowa nie czyni ze mnie bojownika o trzeźwość ludzkości.  Dlatego ja o swoim ateizmie właśnie dokładnie zapominam – jestem ANTYTEISTĄ!

barnaba

Uchodźcy raz jeszcze…

Niejaki Błaszczak (podobno minister albo ministrant? – nie pamiętam) dziś rano w audycji radiowej Trójki na temat uchodźców wypowiadał się mniej więcej tak: Powinniśmy pomagać głównie Chrześcijanom, bo są nam bliżsi kulturowo etc, etc… Dalej właściwie nie pamiętam, bo mam na gościa uczulenie i natychmiast wyłączam wszystko, co gada jego głosem.

Jednak raz posiane ziarno już zaczęło kiełkować w mojej głowie – no dobra, głównie chrześcijan ale przecież ci chrześcijanie, to też bardzo różni są? No zdecydowanie, bo taki np. babtysta czy inny protestant– niby chrześcijanin ale przecież kleru nie bardzo uznaje. I co – bliski jest? Nie jest, wszak bez kleru, to się do nieba nie idzie w tym kraju. Wywalić. Ale nawet sami katolicy, to przecież też są niejednakowi. A co jeśli tylko ochrzczony, a do kościoła to tylko z musu jak chrzciny czy komunia jakaś? Owszem, u nas takich też na pęczki, ale nie ryzykujmy w tak zbożnej sprawie – NIE PRZYJMOWAĆ!

Kogo przyjąć? Chrześcijan z ważną metryką chrztu, oczywiście bierzmowanych i zaświadczeniem od spowiednika oraz potwierdzoną datą przyjęcia ostatniej komunii św. Blankiety wpłat na msze czy inne zbożne cele (może w Syrii wydają takowe) mile widziane. Ci będą najbliżsi – zdecydowanie. Nie, nie jest mi wstyd, już przywykłem.
LS

shopping-cart-152462_1280

Facet w sklepie 1

Gdybym musiał porównać zakupy do jakieś dyscypliny sportowej, wybrałbym bieg przez płotki. Jakbyś nie biegł, co jakiś czas, musisz tę płotkę przeskoczyć – owszem, można sobie regulować odstępy tych przeszkód, ale tylko w pewnych granicach – lodówki są raczej znormalizowane, a i ilość dostępnej gotówki, zazwyczaj ograniczona. Idźmy dalej z analogią – czy facet lubi skakać? – ja myślę, że poza jednym znanym mi przypadku (mój serdeczny druh Wojtek), to nie lubi. A niestety musi…

Market w pojedynkę.

Różne są strategie skakania przez owe płotki – jedną z nich jest „szybki zakup przy okazji”. Mowa o sytuacji, gdy skakać mam samodzielnie i kupić ledwie kilka rzeczy… Dobre sobie, te „kilka rzeczy” przekazywanych pospiesznie przez telefon – podczas jazdy z reguły – kończy się sakramentalną wymówką w domu:
– Najważniejszego nie kupiłeś!
A przecież wykorzystałem całą dostępną facetowi pojemność pamięci rezerwowaną na takie okazje. Dostępną facetowi, oczywiście z wyjątkiem druha Wojtka, który ma jakby nieco większą. Każdy inny facet, po kilku takich wpadkach, wpada na prosty sposób – zapisać listę zakupów na kartce! Czy to rozwiązuje problem? Niestety niezupełnie. Weźmy prosty przykład:

– Masz kupić: majonez, masło, czekoladę gorzką, mąkę, bułki, papier toaletowy i coś słodkiego Gabi….
Zapisała – malusia kartka i znów ledwie kilka pozycji, ale każdy doświadczony facet wie, że to tylko wierzchołek lodowej góry informacji z tym związanej. No bo pierwsza pozycja – majonez – ma być:
– nie Winiary, ten innej marki, chyba na „M” jakoś… w małym słoiku z żółtą nakrętką – tylko nie light, jak ostatnio kupiłeś…

Weź, spamiętaj (bo przecież nie będziesz wszystkiego pisał) i jeszcze rozwiąż tę zagadkę z literą „M”, która może się okazać jednak literką „N”. A to dopiero pierwsza pozycja na liście! Kończy się jak zwykle, czyli kolejnym sakramentalnym stwierdzeniem:

– Człowieku, coś ty kupił?! – przecież mówiłam: mąka WROCŁAWSKA, a nie poznańska…

Tak dochodzimy do kolejnego niezbędnego narzędzia przy zakupach – telefonu. Zakupy z nim to też nie jest bajka – niestety.

Pierwsza wątpliwość – stoję przy czekoladach i obejrzałem sobie dokładnie już wszystkie, których mam nie kupować.
Wskazówka irytomierza lekko dyga – dzwonię:
– Gdzie ta przeceniona czekolada Lindta co to mam kupić…
– No na czekoladach przecież…
– Stoję tu już 10 minut i się gapię, nie ma takiej.
– Czekaj, to Fifi ją widziała, zapytam…
Wskazówka irytomierza powolutku, ale jednak wstaje…
– Fifi mówi, że to nie na regale z czekoladami ale w głębi w takim koszu z promocjami….
– To, w którą głębię mam iść?
– A jak stoisz, masz alkohole za plecami?
– No mam.
– To teraz tak w lewo na skos to będzie…
– Przez regał mam przełazić?
– Cicho bądź!  – albo inaczej, idź wzdłuż tej ściany, co są chipsy…
Wskazówka irytomierza nie ubłagalnie się pnie…
– To będzie tuż przy ciastkach i pączkach w szczycie regału…
– Dziewczyno! Tu każdy regał ma szczyt, a nawet dwa!
– Przecież ci mówię, przy pączkach, w takim koszu..

Lezę jak lunatyk z komórką, która już przypala mi ucho – wskazówka irytomierza na czerwonym polu. Wreszcie znajduję upragnioną, przecenioną (stanowczo, ale w innym znaczeniu) czekoladę i mogę przejść do następnego punktu listy… Na miłość boską! – Drożdże! – gdzie w tym markecie mogą leżeć drożdże?! No nie, nie zadzwonię, wole już obejrzeć sobie cały market w najwyższej rozdzielczości, może mniej się wkurzę.

Market zespołowo.

Z dwojga złego, kupowanie zespołowe, czyli całą rodzinką wychodzi jednak mniej stresująco. Bo cóż ma robić facet na takich zakupach? Przede wszystkim wybrać dobry wózek! Boże broń taki, który ciężko chodzi, z którym trzeba się mocować – bo taki, już na bank, sam będzie musiał prowadzić. A przecież wpadliśmy tu w innym celu…

Co można robić? W sumie nie tak wiele i cała pomysłowość idzie na zabicie czasu. W końcu ileż czasu można wybierać piankę do golenia, piwo i parę ulubionych drobiazgów? Toż żonka nie dotrze w tym czasie nawet na nabiał! Trzeba sobie jakoś radzić i może nie będę specjalnie odkrywczy, gdy zarekomenduje tu kilka takich pomysłów.

Gazety. Tych, nie kupuję już od wielu lat, a tych kilka, które naprawdę mnie interesują, czytam w zasadzie wyłącznie w markecie. Oczywiście nie chodzi o sknerstwo, ale ekologię przecież…
Schodzi na tym góra 10 min, ale dobre i tyle. Przy pełnej powtarzalności odwiedzanego marketu da się tak przeczytać całą książkę – w odcinkach rzecz jasna, a dodatkowym walorem jest to, że jak się dobrze utrafi, do marketu jedzie się z wielką ochotą.

Kolejna rzecz – kompletowanie jednakowych pudełek kartonowych do piwnicy na klamoty. Tu także mamy, oczywiście wyłącznie, do czynienia z aktywną ekologiczną postawą. Inna sprawa, że ta sztuka nigdy mi się w pełni nie udała – a to towar się zmienił, a to pudełko inne, a że klamotów mam sporo, to nigdy upragnionego systemu przechowywania nie udaje się zbudować.

Bywa jednak, że wszystkie próby zabicia czasu nudzą się już okrutnie i nie pozostaje mi nic innego jak odnaleźć żonkę i dzielnie jej towarzyszyć w zakupach.

O – jest! Stoi przy chłodziarce z nabiałem. Podchodzę, łapię wózek i patrzę. Bierze do ręki masło, czyta – pewnie – skoro da się czytać książki to i masło można przeczytać… Jezuu… jak to trwa, odruchowo zaciskam kciuka. Na próżno, odkłada je i bierze następne… też je czyta. Napięcie rośnie i zaciskam mocniej kciuka… – nic z tego! Te też odkłada i bierze znów poprzednie… CZYTA! Uff… – masło wreszcie ląduje w koszyku, a ja z nudów ślicznie wszystko układam. Ale to dopiero masło, których było cztery na krzyż, teraz będą jogurty! Toż to cała biblioteka!

Stoję bezczynnie, czasem coś podsuwając i z braku lepszego zajęcia puszczam wodzy wyobraźni… Ten spokój i metodyczna, powolna praca to tylko pozory – w głowie mojej żony pracuje teraz potężny i wydajny megakomputer: zbiera dane, analizuje, porównuje, sięga do licznych baz danych i informacji. Sprawdza datę przydatności (czy ja to kiedykolwiek zrobiłem? – nawet jak zabrałem okulary? [fakt – potrzebny już raczej mikroskop]), skład i obecność różnych dziwnych „E” ileś tam, konserwantów, barwników… A cena do jakości? …a marka i producent? …kraj pochodzenia? …promocja i ilość, która się opłaca? …opinie o produkcie i własne obserwacje? Ha! – wszystkie te skomplikowane algorytmy zakupowe są całkowicie poza moim zasięgiem, bo moja analiza wygląda mniej więcej tak:

Dobra – to jest najtańsze, to pewnie szajs. A to najdroższe – jeszcze nie zgłupiałem, nie będę płacił za samą markę, nie jestem snobem i nie stać mnie zresztą. No dobra, ale czy wziąć te trochę droższe od najtańszego, czy te trochę tańsze od najdroższego? Bez sensu – po co brać te tylko trochę tańsze od najdroższego skoro temu jeszcze tańszemu od trochę tańszego od najdroższego, też nic nie brakuje – a tamto trochę tylko droższe od najtańszego to pewnie też jest jeszcze szajs… ale chwila – tu jest jeszcze w promocji coś, co normalnie jest pomiędzy najdroższym a trochę tańszym, ale teraz w cenie obniżonej do poziomu pomiędzy tym trochę droższym od najtańszego a tym najtańszym…

Cholera czy zawsze muszę brać te droższe od trochę droższego od najtańszego, które tak naprawdę są też tańsze od trochę tańszego od najdroższego, czy nie mogę dziś jakoś inaczej?

Równie dobrze mógłbym zamknąć oczy i sięgnąć po omacku – i żona twierdzi, że tak właśnie robię.
Wreszcie widać kasy – jeszcze kocie żarcie, parę drobiazgów, mały albo duży ból głowy i będzie można zasuwać do domu. Pora na targi – oczywiście nie z kasjerką, bo się nie da i nie z żonką, bo nie można… Pozostaje córka:
– O koleżanko! Zgłupiałaś? Chipsy, żelki i to – same świństwa, nie możesz żreć tyle plastiku! – I jeszcze to – wiesz ile to kosztuje?! Nie mam mowy, odnieść to i weź sobie mentosy.

Córka dziwnie bez walki się zgadza na zamianę, więc zapewne wszystko przewidziała i z marketu wynosi dokładnie to, co sobie zaplanowała… Trudno. Płacimy z nieodłącznym zdziwieniem – a za co tyle wyszło? Pakujemy i jedziemy do domu. Teraz tylko rozpakować:
– Nie został chleb w samochodzie, bo go tu nie ma!
– Raczej nie, zabrałem wszystko. Pamiętam, że Gabi kładła go na półce przed taśmą, pewnie tam został i nie pojechał…
– Super, to ja nie wiem, co będziemy jedli…

head-826318_1280

Polityk wirtualny

Czy zastanawialiście się Państwo skąd znamy polityków?

Znamy ich wyłącznie wirtualnie; z tekstów w prasie czy wiadomości w portalach, z filmów tv i sieci, a także z głośników naszych odbiorników, komputerów i telewizorów. Jeśli zdarzyło nam się ich zobaczyć a nawet uścisnąć dłoń, to jaką wagę i znaczenie ma to doświadczenie wobec tysięcy wirtualnych donosów? Śmiem twierdzić, że żadne. Mimo, iż zdecydowana większość wyborców zna swojego wybrańca wyłącznie wirtualnie, on jednak jest CZŁOWIEKIEM, a co za tym idzie, ma cały szereg czysto ludzkich wad. A czy my jesteśmy w stanie akceptować wady polityków? – nie ma co ściemniać, nie jesteśmy.

Polityk-człowiek zawsze może się zapomnieć w restauracji, zabłądzić do burdelu, po pijaku pobić z policjantem, mieć dziadka w Wermachcie i tysiące innych skaz, które możemy od biedy tolerować w przypadku szwagra czy szwagierki – ale nie polityka.

Co więc proponuję? – to już chyba jasne – proponuję polityków wyłącznie WIRTUALNYCH!!!

Czy to byłoby trudne? Nie sądzę. Zespoły programistów takiego np. Pixara czy Disneya bez trudu stworzą wymaganą fizjonomię, zaprogramują najdrobniejszy szczegół sylwetki, rozbrajającego uśmiechu, dostojnej postury czy eleganckiego sposobu poruszania się…. Ale to przecież nie wszystko – takiemu wirtualnemu bytowi można wszczepić wszystko co najlepsze: szlachetność Shreka, dowcip osła, niewinność Pocahontas. Po co zmagać się z ludźmi, w większości niereformowalnymi, skoro w wypadku polityka wirtualnego wystarczy tylko odpowiednio napisać program.

Za mało kultury osobistej? Pyk – modyfikujemy, za mało aktywny? – podkręcamy. Mało tego – zespół programistów należałoby sprzęgnąć z sondażownią – patrzymy co jest na topie, na co jest największe zapotrzebowanie i odpowiednio korygujemy naszego politycznego boota… Poglądy? – pełna elastyczność; wiadomo, wszystkim się nie dogodzi ale przecież i tak liczy się średnia. Zero wstydliwej przeszłości (historię wszak można mu zaprogramować dowolną) zero nałogów, aktywność dzień i w nocy czyli… HEROS!

Czy to koniec zalet? – Skądże! Wyobraźcie sobie Państwo – cały sejm, rząd, sędziowie (bo dlaczego by również nie oni?) mieściłby się w takim tylko trochę większym komputerze podłączonym do sieci. Nie płacimy im diet a oni nas nie rżną na kilometrówkach, nieprzekupni, z zaprogramowaną zbiorową wiedzą w każdym temacie… Czy może być lepiej?

Ten pomysł oddaję zupełnie darmo, choć w tej chwili – dosłownie, dopadły mnie wątpliwości… – czy aby na pewno, nikt na to nie wpadł przede mną?

852376cb307d00BeanCarCrash13125666

Szofer rodzinny

Rodzinny szofer, w przedsiębiorstwie zwanym rodziną, to taka przystawka do samochodu zaopatrzona w stosowny papierek uprawniający do jazdy. Na upartego, dla faceta, który jako jedyny w rodzinie ów papierek ma, ta fucha ma chyba jakieś zalety. Po pierwsze alkohol – jakżesz on smakowałby, gdybyśmy mieli możliwości jego skosztowania… – Prawda? Wypicie zwykłego piwka wymaga porządnej pracy umysłowej – ileż kombinacji: żonę i córkę zawieźć, córkę przywieźć, pojechać do sklepu, na działkę, podjechać do oponiarza, żonę przywieźć, córkę podrzucić do koleżanki – wróci sama więc już mogę… nie, nie mogę. Rozpadało się więc na pewno sama nie wróci.

0001Q0USNGDIEJIW-C116-F4

Tak więc piwko odsunęło się na tak późną porę, że jego wypicie może już wybitnie skomplikować sytuację późnowieczorne – zawołanie – ależ cuchniesz piwskiem!, zazwyczaj nie jest dobrym początkiem tzw. gry… – w zasadzie każdej. Sytuacja jest tylko trochę lepsza jak mamy jakiś mecz do obejrzenia, ale te rzadko są na zawołanie.

W ten sposób dochodzimy do punktu drugiego – powożenie nie generuje dodatkowych kosztów! Z prostego powodu — to, co musimy wydać na paliwo, oszczędzamy na alkoholu i budżet się domyka. Dla porządku muszę jednak wspomnieć w tym miejscu o małej wadzie — skutkiem wyostrzonego apetytu na alkohol jest stan lekkiego podenerwowania szofera. Rodzina zazwyczaj ten stan doskonale wyczuwa i szofer w takich momentach bywa traktowany niezwykle dobrze, ale on sam nie zawsze zachowuje wystarczającą czujność…

Przypadek 1 – Sylwester

Odwożę córkę córkę na zabawę sylwestrową. Oczywiście mój sylwester już z lekka spaprany ale zaraz problem zniknie… Czekam na dole starając się zapomnieć o zdenerwowaniu. Oczywiście schodzi całe wieki – zdążyłem otworzyć bramę nakierować samochód, lekko podgrzać silnik a jej nie ma. Temperatura silnika rośnie i moja też – wreszcie jest! – widzę w tylnym lusterku jak podchodzi… Kurcze, to już prawie kobieta – przychodzi mi na myśl – jak ten czas leci…

Drzwi z tyłu się otworzyły i trzasły (kiedy ona się oduczy tak trzaskać tymi drzwiami!). Cisnę gaz, wylatuje z bramy jak z procy i zasuwam – podenerwowanie jeszcze nie przeszło i w tym stanie zazwyczaj nie jestem gawędziarzem ale już czuję, że mi przechodzi… Że też ona ma zawsze wszędzie daleko, nawet nie kojarzę tej ulicy. Po 2 kilometrach skończyła mi się znajomość trasy więc już z lekka rozładowany rzucam pytaniem w dziwnie cicho siedzącą córkę… – cisza. Już rozumiem – znowu te przeklęte słuchawki! Ryczę pytaniem na cały regulator i wreszcie, pierwszy raz, się odwracam — na tylnym siedzeniu siedzi grzecznie torebka i ani mru mru…

28816_3ab6c3b1284c716b6140e12818befb6e

Tak to jest, jak ktoś się nie może zdecydować z której strony usiąść.
Myślę, że moja mina w tym momencie wygrywa we wszystkich konkursach głupich min choć pewnie na drugim miejscu plasowała by się mina mojej córki, gdy jeszcze w papilotach obserwuje ze zdumieniem samochód, do którego wprawdzie włożyła już torebkę, ale jeszcze sama nie zdążyła wsiąść. Telefonu oczywiście nie zabrałem…

urlop_2014-02-03_14-25-38Odrębną kategorią są wyjazdy dalsze: urlopy, kilkudniowe odwiedziny w odległym zakątku czy inne tzw. wypady. Niemal w każdej rodzinie cała operacja sprowadza się głównie do jednego – wyprowadzki z domu i wprowadzenia na czas dłuższy lub krótszy do samochodu. Dla rodzinnego szofera ma to szereg konsekwencji – już nie wpada i wypada zza kierownicy rodzinnego samochodu a musi w nim… zamieszkać wraz cała rodziną. Właściwie z rodziną jest sprawa prosta – wiadomo ile jest siedzeń i trzeba tylko dbać, by ktoś nie zamieszkał akurat w fotelu kierowcy. Znacznie bardziej jest skomplikowana sprawa bagażu.

Tematu pt. „co zabrać w podróż” nie da się wyczerpać – łatwiej już pomyśleć czego NIE ZABRAĆ. Po co w dwu lub trzydniowym wypadzie prostownica do włosów? (młodsza córka), 2 grube książki nie do przeczytania w miesiąc (starsza), ogromny tasak (żona) czy kompletne dyskografię 5 ulubionych wykonawców rockowych? (to akurat ja). Z drugiej strony obecność takich przedmiotów poniekąd tłumaczy raczej pewny brak innych, naprawdę potrzebnych drobiazgów w rodzaju: okularów (znowu ja) czy kartki z adresem i telefonem miejsca naszego zakwaterowania (żona!!!), choć nie zawsze udaje się te braki sensownie nadmiarowymi rzeczami zastąpić…

54961_kibel-w-bagazniku

Zanim napiszę o jeszcze jednym, szczególnym przedmiocie, nawigacji satelitarnej, najpierw krótko typach kierowców średniego i długiego zasięgu. Ja rozróżniam tylko dwa typy:

– typ A – wybiera zawsze drogę najszerszą i najrówniejszą. Niezależnie jak to w rzeczywistości wygląda na mapie, dla kierowcy typu A, najmniejszą odległość pomiędzy dwoma punktami wytycza zawsze łącząca je jak najszerszą wstęgą trasa, choćby prowadziła i przez biegun. Taki kierowca zatrzymuje się wyłącznie na wypasionych stacjach benzynowych, a każda boczna droga napawa bezgranicznym strachem…

– typ B – ten typ zrobi wszystko, żeby każdy pokonywany zakręt był nowo przez niego odkrywanym zakątkiem tej planety – nie cierpi szerokich tras i uwielbia skróty. Im mniej uczęszczana trasa, tym lepiej, nie przerazi go nawet kawałek gruntowej drogi – byle widział ją po raz pierwszy raz w życiu. Niestety ja tak mam.

Wracając do nawigacji – trudno nazwać ją jedynie przedmiotem – wszak całkiem po ludzku gada, pomaga (choć czasem złośliwie przemilcza), przysypia, myli się czy przynudza. Czyli całkiem, wypisz wymaluj, jak inny pasażer zajmujący często miejsce po prawicy! Nawigacje (nie mylić z pasażerem po prawej, bo tu już klasyfikacja jest znacznie bardziej rozbudowana) również dzielą się na dwa typy:
– typ A – nawigacja bez aktualizacji
– typ B – nawigacja nowa

20150422134347uid1

Kolejność nie jest przypadkowa, bo typ B – nowa nawigacja – jest, z punktu widzenia atrakcyjności całej wycieczki, całkowicie bezużyteczna. To jak zasnąć w samochodzie i obudzić się u celu – NIC nie zostaje z drogi, żadnych wspomnień, tabula raza. Typ A to już zupełnie inna jakość. Nie wszyscy wiedzą, że w takich nawigacjach zaprogramowano z dużą starannością szereg arcyciekawych niespodzianek mogących uczynić z dowolnej podróży nieziemską przygodę… Niestety nie każdy będzie w stanie wykorzystać drzemiące w nawigacji typu A możliwości i dopiero doświadczony kierowca typu B wyciśnie z nawigacji tego typu, wszystko co najlepsze!

Takiej podróży możemy nigdy nie zapomnieć – w odróżnieniu od samego jej celu.

Przykład 2 – Burza stulecia
Wracamy z poznańskiego. Za nami już większość drogi, w samochodzie komplet pasażerów – obok mnie, kierowcy, tym razem szwagier-twardziel; z tyłu siedzą aż 3 pokolenia – teściowa, żona i córka. Całość już mocno zmęczona (bo przecież wiadomo, że bycie pasażerem to cholernie męczące zajęcie!) i tylko ostatni pasażer – nawigacja, przemawiającą do mnie uroczym głosikiem Krzysia Hołowczyca, trzyma fason niezmordowanie informując mnie o realnych, możliwych i niemożliwych radarach… Upalny dzień się powoli kończy i chyba będzie burza. Przed nami Sieradz i jak zdążyłem się zorientować na ostatnim postoju, zjedziemy z trasy na właściwą drogę nawet do niego nie wjeżdżając.

Krzysiu paplał a ja zastanawiałem się nad jego drogową mono-tematyką – że też nie pomyśleli, żeby mu tam wgrać np. kawały… Kawały opowiadane głosem Krzysia, to byłaby jakaś ożywcza odmiana – pomyślałem o pasażerach z tyłu – no tak, musiałoby się dać wyłączać niektóre kawały np. te o teściowych. Wprawdzie moja to skarb ale przecież różnie ludzie trafiają. Mógłby też, od czasu do czasu. zapytać – nie śpisz?, odciążając w tym niewdzięcznym zajęciu moją żonę – najczęściej już wtedy zasypiającą. Pogrążony w tych myślach zorientowałem się z nagła, że jestem już w Sieradzu. Ki diabeł! – miało być w prawo przed Sieradzem! – przez moment zastanawiam się czy na pewno ustawiłem w nawigacji trasę „krótka”, no ale innych przecież nie ustawiam prawie nigdy… Zły zezuje na nawigację – dobra, poddaję się i jadę za głosem Krzysia nawigatora. Będzie burza jak byk i to nie byle jaka – pasażerowie ożywili się obserwując chmurę gigant wyłaniającą się zza horyzontu.

1628886

Po kilku chwilach było już jasne, że nawigacja poszła na całość – nieubłaganie wjeżdżamy w samo centrum, a nawet gorzej! Po kilku dziwnych manewrach i wjechaniu w podejrzanie wąską uliczkę, zatrzymujemy się przed ścianą budynku – KONIEC! Wprawdzie Krzyś nawigator każe przejechać przez nią na wylot po lewej, ale już mu nie wierzę. Wyjechać można tylko po własnych śladach – w samochodzie z lekka wrze i tylko szwagier-twardziel nie odzywa się ani słowem. Odsyłam Krzysia do diabła, wycofuję i jadę już zupełnie na oko, czekając aż Krzyś obliczy nam coś sensownego. Za nami ciemnieje potężna chmura i nikt już nie ma wątpliwości – to będzie burza stulecia! Krzysiu obrażony – najpierw długo każe zawracać (wściekł się?), wreszcie coś tam liczy, coś pokazuje… jest! Jedziemy, ale okolica zrobiła się dziwna – przedmieścia, jakieś domy z rzadka… Krzyś znowu przerywa i informuje że gada z satelitą.

W międzyczasie skończył się asfalt! – zwyczajnie! Był i nie ma i jedziemy po jakiejś z lekka tylko utwardzonej ulicy. Krzyś oświadcza (na piśmie!), że doszło do różnicy zdań pomiędzy nim a satelitą i przestaje pokazywać cokolwiek… Sytuacja wewnątrz robi się niezdrowa – gigant chmura jeszcze nie zasłoniła nieba ale już błyska setkami błyskawic – szwagier-twardziel oczywiście milczy, ale reszta domaga się języka. Nagle cud! Jest język – grupka 3 chłopaków wyłania się jak na zawołanie z ostatniej linii domów – za nimi już tylko pola. Generalnie nie lubię brać języków – jakieś to uwłaczające i staromodne, w końcu od czego mam Krzysia? Jednak nie wybrzydzam:

— panowie, na Widawę to się gdzieś tu wyjedzie? Nawigacja prowadziła ale siadła…
Chłopaki chwilę myślą, wreszcie jeden się decyduje:
— A! do tej szosy co ją robili… – tak, dojedzie się… – trzeba tą dróżką, a jak się rozwidli to skręcić W PRAWO!
Coś mnie tknęło w tym momencie, ale jeszcze nie wiedziałem co. Patrzę na dróżkę którą każe nam jechać, nieutwardzona; ot, polna droga, koleiny, trochę strach…
— Na pewno się przejedzie?
— Tak… – da rade przejechać…

Dałbym głowę, że gdzieś połknął słowo „chyba”. Jesteśmy jednak tak szczęśliwi z podpowiedzi, a może bardziej z istnienia podpowiadaczy, że już uskrzydleni kierujemy się we wskazanym kierunku. Ruszamy tym czymś, a nasz trakt zdaje się pogarszać z każdym pokonanym metrem… Gdzie te rozwidlenie? No właśnie – czy mi się zdawało czy ten chłopak mówiąc „w prawo” wyciągnął lewą rękę? Nie; nie zdawało mi się i okazuje się, że wszyscy to widzieli, nawet szwagier-twardziel… Prowadzę z duszą na ramieniu, w ślimaczym tempie żeby nie zawisnąć na nierównościach. Jest rozjazd! Skręcamy w te jego „prawo” wskazywane lewą ręką choć za bardzo nie ma w co. Chmura zakryła już prawie cało niebo a za moim fotelem rwetes… Wreszcie sprawa staje się jasna – nie ma drogi!

Toczymy się po ledwie już widocznej łące… W dali widać upragnioną szosę – chyba, bo jest już bardzo ciemno. Sytuacja w samochodzie wymyka się spod kontroli.
Córka: — pokazał w lewo, to trzeba było w lewo skręcać!!!
Żona: — przecież my się tu zaraz potopimy! Gdzieś ty nas wywiózł człowieku?!
Teściowa jest już zbyt przerażona żeby cokolwiek powiedzieć, ale za to pęka szwagier-twardziel:
— Kurwa! – do dupy z taką nawigacją!

blog

Krzyś nawigator taktownie milczy, w końcu co się będzie wtrącał w rodzinna sprzeczkę…
Wreszcie pękam i ja:
— jak się komuś nie podoba, to proszę bardzo, możemy się zamienić!
Powiedziałem to niezbyt głośno ale chyba musiałem przypominać wyglądem ową wiszącą nad nami chmurę stulecia, bo zapadła z nagła cisza. Desperacko robię zakręt nie udając, że wiem po czym jadę. Zaczyna padać, a w błyskach pierwszych błyskawic odnajduję wygniecione ślady – jest nadzieja – może stąd wyjedziemy…
Już będąc na polnej i nierównej dróżce poczuliśmy się jak przywróceni cywilizacji rozbitkowie.

Z miasta wyjechaliśmy jak po sznurku patrząc jedynie na kierunkowe tablice drogowe, które usłużnie wskazywali mi na wyścigi wszyscy bez wyjątku pasażerowie. Oczywiście z wyjątkiem nawigacji, która poszła do schowka. Burza stulecia, na dobre, dopadła nas dopiero na trasie…

 apocalypse-483425_1280