Ćwiczenia z ateizmu

santa mini-1717779_960_720

O tzw. filozofach mądralach. Felieton satyryczny

santa mini-1717779_960_720Jest taka kategoria ludzi, którym bardzo łatwo przychodzi mówienie, że prawda obiektywna nie istnieje. Rozumieją to w ten sposób, że ponieważ wnioskowanie indukcyjne jest zawodne, to nic nie wiadomo na pewno.

Np. to, że istniał starożytny Egipt i Grecja, to nie jest wcale takie pewne, bo z istnienia piramid, ateńskiego akropolu i innych zabytków wynika tylko, że istnieją jakieś ruiny i kupy kamieni dziwacznie poukładanych, a nie coś takiego, jak starożytna cywilizacja egipska i grecka. Żadna nasza wiedza nie jest pewna, więc dlaczego to miałoby być pewne. Wnioskowanie na podstawie takich szczegółów, jak wspomniane ruiny i inne zabytki, jest zawodne i nie prowadzi do prawdy obiektywnej.

Również nie jest wcale pewne, że istnieje Słońce, Ziemia, a w szczególności inne planety, bo teoria heliocentryczna wcale nie jest taka pewna, jak się niektórym naiwnym racjonalistom wydaje. Niektórzy tacy filozofowie mówią, że „to tylko teoria”, rozumiejąc przez to, że to nie do końca udowodniona hipoteza.

Tedy nic nie wiadomo i wszystko jest możliwe. Czasami przy tej okazji przywoływany jest duch Poppera.

Jeszcze inni uważają, że racjonaliści powinni wspierać i sami głosić sceptycyzm podważający naiwną wiarę innych racjonalistów, że jakiekolwiek twierdzenie oparte na badaniach empirycznych może być prawdziwe. Tylko twierdzenia dedukcyjnie wywiedzione z aksjomatów są prawdziwe, bez względu na to, jakie te aksjomaty są.

Jeszcze inni mówią, że rzeczywiście każdy kot jest zarazem żywy i martwy, chociaż Schroedinger, odkrywca tych kotów, przedstawiał to jako absurd, do którego prowadzi mechanika kwantowa.

W sumie przybywa ostatnio tzw. filozofów mądrali, którzy mówią, że wszystko jest możliwe, nic nie wiadomo, żadne twierdzenie nie jest pewne. W szczególności – mówią – nie można udowodnić, że coś nie istnieje, bo to sprzeczne z logiką.

Spotkałem kiedyś gimnazjalistę, który twierdził, że układ słoneczny musiał istnieć, nawet jeżeli nie istnieli ludzie. Jego zdaniem jest to prawda obiektywna. Został zakrzyczany przez filozofujących kolegów, którzy twierdzili, że wcale nie jest to takie pewne, bo prawda obiektywna nie istnieje. A to, że układ słoneczny istnieje, to może być tylko nasze złudzenie.

Niektórzy gimnazjaliści twierdzili, że istnieje natomiast prawda absolutna. Przeczytali o tym w encyklikach Jana Pawła II. Tę prawdę posiada Bóg, a człowiek ją tylko odkrywa. Nawet jednak Kościół i papieże nie odkryli jej do końca i nie wiadomo czy odkryją. Sami tak twierdza. Więc może jednak prawdy absolutnej nie ma, albo nigdy jej nie poznamy, co na jedno wychodzi.

Moja znajoma, niepokorna teolożka Celestyna twierdzi, że ostatnio przybywa filozoficznych mądrali twierdzących, że nauka nic nie udowodniła i nie udowodni, a prawda obiektywna nie istnieje. Mądrale twierdzą, że istnieje za to prawda absolutna, którą bada teologia w oparciu o boże objawienie i zmysł wiary, który zawdzięcza łasce bożej.

Takie to są dylematy współczesnych filozofów mądrali. Dodam, że z zawodności twierdzeń opartych na indukcji warto sobie zdawać sprawę, a sam pojęcia prawdy obiektywnej nie używam. Alvert Jann

PS. Gorąco polecam artykuł Cezarego Magury „Czy naukowcy zajmują się dowodzeniem nieistnienia?” – http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/naukowcy-zajmuja-sie-dowodzeniem-nieistnienia-cezary-magura/

………………………………………………………………………

Alvert Jann: Blog „Ćwiczenia z ateizmu” – http://polskiateista.pl/aktualnosci/blogi/cwiczenia-z-ateizmu/: Zapraszam licealistów, studentów i wszystkich zainteresowanych na ćwiczenia z ateizmu. Co miesiąc <pierwszego>, czasami częściej, będę zamieszczał krótki tekst, poważny ale pisany z odrobiną luzu. Nie widzę siebie w roli mentora czy wykładowcy, mam na myśli wspólne zastanawianie się. – Nauka nie wyjaśnia wszystkiego, religia nic nie wyjaśnia.

Na blogu znajduje się w tej chwili 32 artykuły.

Ostatni artykuł to: „Argumenty przeciw istnieniu Boga. Komentarz do podręczników religii” – http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/argumenty-przeciw-istnieniu-boga-komentarz-podrecznikow-religii/

Przemarsz-Rycerzy-Jezusa-w-intencji-intronizacji-J (1)

Intronizacja Chrystusa już 19 listopada!!

Przemarsz-Rycerzy-Jezusa-w-intencji-intronizacji-J (1)

19 listopada br., podczas kościelnych uroczystości w sanktuarium w Krakowie-Łagiewnikach, Polska – jak głosi episkopat – ma uznać królowanie Jezusa Chrystusa. Kulminacyjny punkt, to odmówienie „Jubileuszowego Aktu Przyjęcia Jezusa Chrystusa za Króla i Pana”. Następnego dnia podobne obchody mają się odbywać we wszystkich kościołach. Później „Jubileuszowy Akt” będzie propagowany w parafiach oraz w ruchach i grupach przykościelnych. Dokument ten kończy się słowami: „Oto Polska w 1050. rocznicę swego Chrztu uroczyście uznała królowanie Jezusa Chrystusa”.

Uroczystości te Kościół połączył z jubileuszem chrztu Mieszka I. Chrzest władcy Kościół nazywa – wbrew prawdzie historycznej – „Chrztem Polski”. Podobnie bezpodstawnie twierdzi, że to Polska uzna królowanie Jezusa Chrystusa.

Trzeba powiedzieć wyraźnie, ani chrzest Mieszka nie był chrztem Polski, ani obecne uroczystości nie są uznaniem przez Polskę królowania Chrystusa. 

„Jubileuszowy Akt Przyjęcia Jezusa Chrystusa za Króla i Pana” i obchody z nim związane, tylko w niewielkim stopniu mają charakter religijny. „Jubileuszowy Akt” zawiera ideologię polityczną wyznawaną przez biskupów, wyrażoną językiem religijnym, oraz określa kierunek ich politycznej działalności. Jaka to ideologia? Jaki kierunek? Niedwuznacznie celem jest klerykalizacja państwa i społeczeństwa polskiego, tj. jak najdalej idące podporządkowanie władzom Kościoła państwa, prawa, życia publicznego i prywatnego.

Europa w ciągu dwóch ostatnich stuleci wyzwoliła się z praw wprowadzanych pod dyktando kościołów, przeciwstawiając im prawa człowieka. Prawa te Kościół katolicki zdecydowanie zwalczał aż do drugiego soboru watykańskiego (1962-1965), kiedy to uznał je w ograniczonej postaci. Klerykalizacja nie przestała jednak straszyć. Chociaż dziś budowa państw wyznaniowych w Europie jest na szczęście utopią, w krajach takich jak Polska Kościół może osiągać częściowe sukcesy, na szkodę ogółu.

Poza drenowaniem społeczeństwa, by utrzymać rozdęty kościelny aparat, księży, katechetów, kapelanów, parafie, kurie biskupie, instytucje, kościoły i budynki kościelne, których ciągle przybywa, coś innego może zacząć dolegać zwykłym obywatelom. To opresyjność w sferze obyczajowej i religijnej. Wystarczy wsłuchać się w głos ludzi Kościoła, by zrozumieć, jakie skrywane pomysły mogą ujrzeć światło dzienne.

Na horyzoncie majaczy całkowity zakaz aborcji i karanie więzieniem kobiet za aborcję, całkowity zakaz używania środków antykoncepcyjnych, represjonowanie homoseksualizmu, zakaz in vitro, zakaz prowadzenia badań prenatalnych (także USG), klerykalizacja szkolnictwa, w nieco dalszej perspektywie zakaz rozwodów, karalność seksu przed i pozamałżeńskiego (tak jest w państwach islamistycznych, a najostrzejsze kary dotyczą kobiet), odrzucenie zasady równości kobiet i mężczyzn, ograniczenie wolności religijnej i wprowadzenie w znacznym zakresie cenzury kościelno-państwowej. Co jeszcze?

Władze kościelne mogą dziś sprawiać wrażenie, jakby nie chciały stosować represji. Ale gdyby mogły, to by chciały.

Biskupi polscy nie pogodzili się z rozdziałem państwa i Kościoła. Uznają doktrynę wyższości „prawa bożego” nad prawem stanowionym w demokratycznym państwie, zgodnym z prawami człowieka ustalonymi w dokumentach międzynarodowych. Mówią otwarcie, że chcą daleko idących zmian prawa obowiązującego w Polsce. I to oni mieliby decydować, jakie to prawo ma być, interpretując zgodnie ze swoim interesem Pismo Święte. Zasady zawarte w Piśmie Świętym, także w Dekalogu, są zwięzłe, nieprecyzyjne i niedostosowane do współczesnych warunków. Władze kościelne interpretują je jak chcą, tak zresztą jest od wieków.

W Polsce, jak na razie, biskupie „prawo boże” (nazywane też „prawem naturalnym”, co jest mylące) nie stoi ponad prawem stanowionym, które ma respektować prawa człowieka ustalone w dokumentach międzynarodowych. Biskupom to nie w smak. Są przekonani, że w obecnej sytuacji politycznej – pisowska większość w Sejmie – mogą dokonać daleko idącej klerykalizacji Polski.

Co można powiedzieć katolikom? Nie powtarzajcie bez zastanowienia słów „Aktu Przyjęcia Chrystusa za Króla”. Tam nie idzie o pogłębienie wiary religijnej, ani o przywrócenie zdrowych zasad moralnych. Idzie o klerykalizację Polski. Kościelna opresyjność dotknie także katolików.

Tylko społeczny sprzeciw może powstrzymać biskupów i pisowskich polityków przed daleko idącą klerykalizacją Polski. Jeżeli sprzeciw będzie słaby, będziemy żyć w coraz bardzie opresyjnym państwie i społeczeństwie. Odczują to wszyscy.

Uroczystości „przyjęcia Chrystusa za króla” same z siebie nie stwarzają bezpośredniego zagrożenia. Ale są sposobem oddziaływania władz kościelnych na polskie społeczeństwo, promowania klerykalizmu. Ziarnko do ziarnka, a zbierze się miarka. „Akt Przyjęcia Jezusa za Króla” ujawnia polityczne ambicje, ideologię i dążenia biskupów polskich. Nie łudźmy się, biskupi nie wyzbyli się snu o katolickim państwie wyznaniowym. – Alvert Jann

* * *

Chciałbym przypomnieć artykuły z portalu polskiateista.pl , dotyczące intronizacji Chrystusa. Zamieszczam poniżej:

Mariusz „Intronizacja? Ratuj się, Matko Polsko!” (fragment pt. Chrzest Polski), oraz „Oczekiwania zwolenników niebiańskiej monarchii w Polsce”.

Alvert Jann „Gra królem Chrystusem”.

Ponadto polecam:

Mariusz „Intronizacja, czyli jak manipuluje >plebsem< Episkopat” – http://polskiateista.pl/kaprawymokiem/intronizacja-czyli-manipuluje-plebsem-episkopat/ 

Alvert Jann „Intronizacji Chrystusa nie będzie …” – http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/intronizacji-chrystusa-bedzie/ 

Na końcu zamieszczam pełny tekst „Jubileuszowego Aktu Przyjęcia Jezusa za Króla i Pana”.

Alvert Jann

* * *

Intronizacja? Ratuj się, Matko Polsko!

Chrzest Polski

 

knight-1514302_960_720Kler katolicki i politycy dostali szajby na punkcie chrztu Mieszka I i wygadują coraz to większe brednie, przeinaczając historię, jak tylko mogą. Szajba jest ściśle powiązana z przyjazdem papieża Franciszka do Polski na Dni Młodzieży w Krakowie i dążeniem do wprowadzenia w Polsce katolickiego szariatu.

Prezydent Andrzej Duda: „Chrzest Mieszka I jest najważniejszym wydarzeniem w dziejach Polski – powiedział w orędziu. 

(…)  my, Polacy, potrafimy dokonać wielkich, ważnych rzeczy, jeśli tylko będziemy działać razem i zgodnie z łączącymi nas wartościami; wartościami, których źródłem jest nasz chrześcijański rodowód – zaznaczył…

(…) Dlatego niszczenie podstaw naszej cywilizacji oraz próby zastępowania ich innymi, niespójnymi, luźno naszkicowanymi koncepcjami – zawsze było i zawsze będzie okupione ogromem cierpień i zniszczeń…”

(…) Przyjmując chrzest „powiedzieliśmy tak wolności i samostanowieniu…”

To niebezpieczny moment dla naszego kraju, który może stać się państwem fundamentalistów religijnych. Prezydent wygłasza dętą mowę o akcie politycznym, w wyniku którego Kościół katolicki mordował Słowian i narzucił Polakom obcą kulturowo religię, i twierdzi, że jest to najważniejsze wydarzenie w dziejach naszego kraju; i mówiłby prawdę, gdyby dodał: „najtragiczniejsze w skutkach” wydarzenie. Politycy PiS-u przy każdej możliwej okazji przyjmują poddańczą postawę wobec kleru.

Biskupi natomiast łżą na całego, pisząc zupełnie nową historię aktu poddańczego, jakiego musiał dokonać Mieszko I z powodów czysto politycznych i robią to dziś w tym samym celu. Abp. Gądecki w trakcie uroczystej przemowy nakreślił cele, jakie Episkopat ma zamiar osiągnąć:

Gaude Mater Polonia! Raduj się Matko Polsko!

Będzie to moment historyczny, który nie może ograniczyć się do retoryki wspomnień, ale winien stać się okazją do odnowy duchowej, do podjęcia wyzwań naszych czasów i zwrócenia ich ku przyszłości. Będzie okazją do potwierdzenia tego, że przyszłością dla Polski i Europy jest wierność Ewangelii, ład moralny oparty na szacunku dla życia i rodziny a także wychowanie przekazujące kulturę chrześcijańską”.

Nastąpi radykalny zwrot do czasów, w których kler za pomocą zabobonów rządził krajem, sterując politykami. Biskup bredzi o ładzie moralnym i indoktrynacji dzieci, powołuje się na historię, która jest przez purpuratów zakłamana i zmanipulowana. W okresie, w którym Mieszko przyjmował ten nieszczęsny akt poddańczy wobec Kościoła katolickiego, moralność Stolicy Apostolskiej osiągnęła poziom szamba ulicznego.

Na dworze papieskim był to okres pornokracji, panowała powszechna rozpusta i bezpardonowa walka o inwestyturę – spór kompetencyjny: która władza jest ważniejsza duchowa czy świecka? Skompromitowany seksualnymi skandalami przedstawiciel Jezusa na ziemi, papież Jan XII, pod wpływem szantażu dokonał koronacji na cesarza Ottona I, który wymusił na papieżu przysięgę poddaństwa. Po jakimś czasie namiestnik Jezusa wycofał się z przysięgi, został obalony i zamordowany.

A dziś przedstawiciel tej instytucji znanej ze skandali pedofilskich, molestowania kleryków, odpowiedzialnej za rzeź w Rwandzie, śmie mówić o moralności i bezwstydnie łże, że chrzciny Mieszka I miały dla niego wymiar duchowy, a Polsce przydały chwały i wszelkich błogosławieństw:

Zdajemy sobie sprawę z tego, iż chrzest święty przyjęty przez Mieszka miał dla niego przede wszystkim znaczenie duchowe. W tym momencie nasz książę dokonał radykalnego duchowego zwrotu, przeszedł od kultu stworzeń, elementów tego świata, do kultu Stworzyciela.

Otrzymał Ewangelię, którą miał wyznawać oraz konkretną formę życia, która domagała się zaangażowania całej jego osoby i skierowała go w stronę dobra.(…) Otwarła się przed nim droga zbawienia”.

Plecie kler tę swoją wersję historii, a prawda jest taka, że chrystianizacja Słowian zaczęła się już około 860 roku. Proces nawracania rozpoczęli dwaj bracia: Cyryl i Metody, którzy wynaleźli dwa alfabety – cyrylicę i głagolicę, przetłumaczyli mszę i ewangelię, i porozumiewali się z nawracanymi w ich języku. Ich misja, w przeciwieństwie do niemieckich misjonarzy, odnosiła sukcesy, czym wzbudzili zazdrość Rzymu, który walczył o swoją dominację z prawosławnym Konstantynopolem. Zgodnie ze swoim zwyczajem, Rzym rzucał fałszywe oskarżenia, że bracia szerzą herezję i potajemnie sprzyjają pogaństwu.

Gdy dzisiaj dostrzegamy u niektórych rodaków utratę pamięci o własnych korzeniach chrześcijańskich…”

Dostrzegają, bo sami tę niepamięć spowodowali. Kościół katolicki zawsze podstawiał do podkucia żabią łapę, kradnąc czyjeś osiągnięcia i robi to cały czas. Cyryl i Metody byli nazywani apostołami Słowian. To oni rozpoczęli chrystianizację opartą na współpracy ze Słowianami, a nie paleniem ich na stosach. Sto lat wcześniej ochrzcili księcia Wiślan, który władał częścią Polski, ale o tym mało kto wie, ponieważ drapieżcy katoliccy skutecznie wypierają prawdy historyczne, żeby przechadzać się w świetle jupiterów i wysuwać swoje łapska do całowania.

Dlatego zapraszam każdego z moich rodaków do duchowej łączności z prawdą, jaką niesie ze sobą zbliżający się jubileusz”.

Biskup nie ma żadnej łączności z prawdą. Chrzest Mieszaka I był wynikiem kalkulacji politycznej i konsekwencją agresywnej polityki niemieckiej, która pod płaszczykiem nawracania za przyzwoleniem Rzymu podbiła Słowian.

animal-1296950_960_720W 939 roku, w którym Otton I Wielki został królem, rozpoczął się podbój Słowian Połabskich, których mordowano i siłą narzucano katolicyzm. Od tamtego czasu proces aneksji Słowian ruszył pełną parą.

Niemcy tworzyli na terenach słowiańskich liczne placówki polityczno–wojskowe zwane marchiami, których margrabiowie znani byli ze swojej brutalności i fałszu. Mordowali całe starszyzny plemion słowiańskich. Margrabia Gero, który wsławił się swoim barbarzyństwem, w 939 roku wymordował 30 wodzów słowiańskich, których wcześniej zaprosił do siebie, dając im gwarancję bezpieczeństwa. Kazał też ściąć siedmiuset jeńców, aby zmusić starszyznę słowiańską do większego posłuszeństwa.

Kler katolicki skutecznie wymazał pamięć tamtych czasów i stworzył fałszywy obraz historii Polski. Wmówił Polakom, że ich historia zaczyna się z chwilą aktu chrztu Mieszka I. To kłamstwo zostało zakotwiczone w świadomości społecznej wielowiekową propagandą katolickiego kleru. Wielcy kronikarze, którzy spisywali dzieje Polski, wypaczali przekaz i przemilczali niewygodne zdarzenia; pisali zgodnie z panującą wówczas polityką kościelną, a ci którzy się wyłamywali, byli więzieni i mordowani.

Skutecznie została zamazana historia słowiańskiego chrześcijaństwa, które było obecne na naszych terenach przed wprowadzeniem katolicyzmu. Biskupi katoliccy uznali, że głoszenie tej historii jest herezją, o której nie warto mówić. Tak samo jak i nie warto mówić o okresowych buntach społecznych, które były wynikiem narzuconych przez Kościół danin w postaci świętopietrza i dziesięciny, którą trzeba było płacić indywidualnie na rozpasanych plebanów. Ówczesny kler wprowadził jeden dzień pańszczyzny na ziemiach do niego należących, która to inicjatywa została z radością przyjęta przez szlachtę, co przyczyniło się do zniewolenia chłopów.

Dziś kler mówi, że chrzest dotyczy wszystkich odłamów chrześcijaństwa: prawosławia, protestantów i twierdzi, że było to duchowe przeżycie. Smutne w tym jest to, że ludzie w Polsce nie mają świadomości, jak było naprawdę i niestety, nie są zdolni do refleksji, a ci co sprzeciwiają się kapłańskim  manipulacjom, nazywani są zdrajcami narodu.

Prawda o Kościele katolickim jest zawsze taka sama – to zakłamana instytucja, która żeruje na strukturach państwa, oszukuje swoich wyznawców i zwalcza środowiska o odmiennym światopoglądzie. Działania Watykańczyków podszyte są obłudą i zakłamaniem. Pod płaszczykiem ewangelii, tak jak za czasów Mieszka I, realizują swoje cele, które zawsze stały i stoją w kolizji z demokratycznym państwem.

Komisja wspólna Episkopatu Polski i partii rządzącej:

Kościół Katolicki jest depozytariuszem polskich wartości narodowych. Nie będzie dobrej zmiany, poprawy sytuacji życiowej Polaków, bez odbudowy ładu moralnego opartego na religii katolickiej”.

To wspólne oświadczenie jest jasną deklaracją, w którą stronę Polska zmierza. Należy bezzwłocznie dążyć do zerwania niekonstytucyjnej umowy konkordatowej z Kościołem katolickim. Problem w tym, że w kraju nie ma żadnej siły politycznej, którą byłoby stać na pokazanie biskupom, że ich miejsce jest w kościele na ambonie, a nie na politycznych salonach.  – Mariusz

* * *

Oczekiwania zwolenników niebańskiej monarchii w Polsce

 

vatican-594612_640Polska od lat zmierzała w stronę państwa wyznaniowego. Do tej pory biskupi próbowali zachowywać pozory, teraz z uwagi na korzystną koniunkturę polityczną zaczynają kończyć dzieło. Intronizacja Jezusa stanie się kolejnym „argumentem” na to, aby Polacy — bez względu na światopogląd — przyjęli do wiadomości, że żyją w kraju teokratycznym.

„Teokracja (z greckiego theos – bóg i kratos – władza), ustrój państwowy, w którym najwyższą władzę sprawują kapłani. Podstawą tej władzy jest doktryna religijna, według której suwerenna władza należy do bóstwa, a kapłani, jako najbliżsi bóstwu, są jej wykonawcami”.

Król elekt Jezus oficjalnie nie wyraził zgody na to, aby rządzić krajem, a nawet gdyby mógł, to pogoniłby pomysłodawców tego przedstawienia, jak nie przymierzając kupców ze świątyni. Biskupi dobrze wiedzą, że obwołanie Jezusa królem Polski to wymysł, który jest zaprzeczeniem sensu ewangelii. W 2012 roku pisali w liście pasterskim, który zaginął w akcji, że inicjatywa jest niebiblijna i wręcz szkodliwa. Dzisiaj nauki biblijne nie robią na kapłanach większego wrażenia, bo nie może być tak, że grupy dążące do intronizacji skonsumują same tak przedni pomysł.

„Działanie Episkopatu jest obliczone na korzyści doraźne. Rząd, który jest zakładnikiem biskupów, będzie legitymizował jako władza świecka, ustanowienie w Polsce niebiańskiej monarchii. Skoro Jezus zostanie królem, to w jego królestwie nie ma miejsca na: aborcję, in vitro, antykoncepcję, rozwody, związki partnerskie, seks przedmałżeński itp…” (Intronizacja, czyli jak manipuluje „plebsem” Episkopat)

Hierarchowie stosują retorykę wypowiadania się za cały naród, który ma pokutować, modlić się, a ci, co nie wierzą lub są krnąbrni, mają się w akcie pokuty nawrócić i słuchać głosu Kościoła, który przemawia w imieniu samego Boga. „Jubileuszowy Akt Przyjęcia Jezusa za Króla i Pana”:

„W Roku Jubileuszowym 1050-lecia Chrztu Polski, w roku Nadzwyczajnego Jubileuszu Miłosierdzia, oto my, Polacy, stajemy przed Tobą [wraz ze swymi władzami duchownymi i świeckimi], by uznać Twoje Panowanie, poddać się Twemu Prawu, zawierzyć i poświęcić Tobie naszą Ojczyznę i cały Naród”.

Im bliżej aktu intronizacji, tym większymi odlotami będziemy częstowani przez religijnych dewotów.

IntroJezusa„Ponieważ Pan Jezus był wyśmiany, znieważony, opluty, umęczony, ubiczowany, ukrzyżowany i męczeńską śmiercią umarł na krzyżu PUBLICZNIE, to my teraz PUBLICZNIE musimy to naprawić.

 … dlatego w tej Uroczystości MUSI BYĆ przedstawiciel Rządu czyli Prezydent i Premier i Ministrowie, przedstawiciele Kościoła czyli Prymas, Kardynałowie, Biskupi, Kapłani i najlepiej cały lud wierny.

Pan Jezus nas Kocha i czeka na nasze PUBLICZNE PRZEPROSINY” – ( INTRONIZACJA czysto i klarownie, bez domysłów i dogmatów ).

Głos tego człowieka nie jest wyjątkiem, w ten sposób myślą inicjatorzy tego dziwacznego pomysłu, który zrodził się w głowie Rozalii Celakówny. Kobieta ta pod wpływem wizji stwierdziła, że tylko obwołanie Jezusa królem Polski może nasz kraj uchronić przed nadchodzącą zagładą. Twierdziła również, że gdyby Polska uznała Jezusa za króla wcześniej, to pożoga II wojny światowej ominęłaby nasz kraj szerokim łukiem.

„Polska nie zginie, o ile przyjmie Chrystusa za Króla w całym tego słowa znaczeniu, jeśli się podporządkuje pod Prawo Boże, pod prawo Jego miłości.

Inaczej, moje dziecko, nie ostoi się.

I jeszcze na ostatek mówi do mnie przekonująco:  Oświadczam ci to, moje dziecko, jeszcze raz, że tylko te państwa nie zginą, które będą oddane Jezusowemu Sercu przez intronizację, które Go uznają swym Królem i Panem” – (Jedyny ratunek dla Polski – CHRYSTUS KRÓL POLSKI ) .

Na samym początku ruchy charyzmatyczne były niszowymi wspólnotami wewnątrz Kościoła. Episkopat krytykował poczynania tych wspólnot, dając niejednokrotnie do zrozumienia, że przejawiają cechy sekciarskie. Sytuacja z biegiem lat zmieniła się diametralnie, ponieważ ruchy mają lepszą ofertę — bardziej widoczną i spektakularną. [Kolejne tysiąc lat przed nami.]

Przykładem jest znany w Polsce afrykański ksiądz i szaman w jednej osobie Bashobora.

„Kiedy zabrakło JP II, budzącego masowe emocje, Kościół stawia na spektakle z cudotwórcami w roli głównejKościół wybrał i animuje charyzmatyczny kierunek rozwoju. Dzięki celowemu pobudzaniu przez Kościół tej formy religijności – pentekostalizacja będzie trwałym rysem kościelnej działalności” [http://polskiateista.pl/ks-bashobora-i-katoliccy-intelektualisci/ ].

Najważniejsze kulty, takie jak Medjugorie, Lourdes czy Fatima to dzieła ruchów charyzmatycznych i Tadeusza Rydzyka, inicjatywy te nie mają żadnego oparcia w nauczaniu chrześcijańskim. Często na portalu piszemy o tym, jak destrukcyjnym elementem życia politycznego i społecznego w Polsce jest Kościół katolicki, który od samego początku swojego istnienia łączy tron z ołtarzem. Biskupi kłamią, twierdząc, że prezentują nauki Jezusa, są ich zaprzeczeniem. Watykan to państwo, które pod płaszczykiem religii na terenach obcych państw, prowadzi świetnie prosperujący kiermasz z dewocjonaliami, obrazami, pomnikami, pogańskimi obrządkami, za który płacą władze świeckie.

Dziwi mnie jak katolicy, którzy na co dzień mają usta pełne frazesów, tak lekkomyślnie podchodzą do swoich wierzeń. Pomysł zrobienia Jezusa królem jakiegokolwiek państwa świeckiego jest zaprzeczeniem nauk biblijnych. Księża od lat próbują wmówić swoim wyznawcom, że Polska zajmuje wyjątkowe miejsce w planie biblijnym. Pojawiają się pomysły, że to od naszego kraju rozpocznie się Paruzja, czyli powtórne przyjście na ziemię Jezusa, a intronizacja ma być tego początkiem. Poglądy tego typu są absurdalne i kompletnie nieosadzone w przekazie biblijnym.

To, co się dzieje w naszym kraju obecnie, jest wynikiem skandalicznej postawy polityków i biskupów, którzy wzorem imamów islamskich wypowiadają się za całe społeczeństwo. Prezentują postawę „wyższej moralności”, sami jej nie przejawiając. Narzucają w ich mniemaniu jedynie słuszną wiarę, która jest oparta tylko i wyłącznie na przekonaniach i fałszywych doktrynach. Historia i czasy obecne pokazują, że gdy zaczyna pojawiać się w dyskursie publicznym bełkot religijny, tworzą się podziały i próby ograniczania wolności wyboru.

Nauki katolickie są zaprzeczeniem wartości demokratycznych, są w sprzeczności z pojęciem swobód obywatelskich, dlatego uważam, że:

Konkordat musi być rozwiązany.  – Mariusz

* * *

Gra królem Chrystusem

 

 hearts-884196_960_720Podczas uroczystości kościelnych w listopadzie 2016 r. ma być odmówiony „Jubileuszowy Akt Przyjęcia Jezusa Chrystusa za Króla i Pana”. Dokument ten, przygotowany przez episkopat, warto przeczytać uważnie. Jest on efektem ciągnącej się od lat sprawy intronizacji Chrystusa na „Króla Polski”. Warto zobaczyć, jak królem Chrystusem grają dziś biskupi.

O kwestii intronizacji pisałem przed miesiącem. Dziś o samym „Akcie Przyjęcia Jezusa za Króla” (będę używał tej skróconej nazwy).

My, Polacy”?

W pierwszym zdaniu czytamy: „my, Polacy, stajemy przed Tobą (Jezusem Chrystusem)… by uznać Twoje Panowanie, poddać się Twemu Prawu”. (…) „uznajemy Twe Panowanie nad Polską i całym naszym Narodem”. W zakończeniu stwierdza się: „Oto Polska w 1050. rocznicę swego chrztu uroczyście uznała królowanie Jezusa Chrystusa”.

Dlaczego „my, Polacy”, a nie „my, polscy katolicy”? Dlaczego mówi się, że Polska uznała królowanie Jezusa? Uznali ci, którzy „Akt Przyjęcia Jezusa za Króla” uważają za swój.

Ani episkopat katolicki w Polsce (tj. ogół biskupów), ani katoliccy aktywiści nie są uprawnieni do wypowiadania się w imieniu Polaków, ani do składania symbolicznych deklaracji oddających Polskę i naród pod panowanie Jezusa. Episkopat nie został wybrany przez naród, a chociaż katolicy stanowią w Polsce większość, mit utożsamiający Polaków z katolikami zawsze był fałszywy.

Uznanie panowania Jezusa nad Polską i polskim narodem ma wręcz humorystyczny charakter. „Uznajemy Twe Panowanie nad Polską i całym naszym Narodem”. A może polski episkopat uznałby panowanie Jezusa Chrystusa nad Niderlandami? Kiedyś pan Zagłoba podarował Szwedom Niderlandy, dlaczego dziś nie podarować Niderlandów Jezusowi?

spider-1195429_960_720Totalizm

Akt Przyjęcia Jezusa za Króla” to całkowity odlot (pełny tekst zamieszczam na końcu). Chrystus ma królować wszędzie, we wszystkich dziedzinach życia prywatnego, publicznego i politycznego. Sfera życia świeckiego wolna od jego panowania nie istnieje. Inaczej mówiąc, ma to być panowanie totalne.

Zważywszy, że to władze Kościoła występują w imieniu niewidocznego Chrystusa – jest to akt głoszący panowanie władz kościelnych, a nie panowanie Jezusa. Jak zobaczymy, nie idzie tu o panowanie symboliczne. Władze Kościoła roszczą sobie prawo do ustawowego regulowania życia prywatnego, publicznego i polityki. „Akt Przyjęcia Jezusa za Króla” nie jest tekstem religijnym. To wykład ideologii politycznej wyznawanej przez biskupów polskich, podanej w religijnym sosie.

Przyjrzyjmy się tekstowi Aktu.

Wzywa się, by Chrystus królował „W naszych sercach” i „W naszych rodzinach”, czyli w życiu prywatnym (o ile wiem, dalece nie wszyscy katolicy mają ochotę poddać swoje życie prywatnie pod dyktando władz kościelnych). „W naszych parafiach” – OK.

Dalej mamy rzeczy horrendalne: „W naszych szkołach i uczelniach – Króluj nam Chryste!”. Z kontekstu wynika, że nie idzie tylko o szkoły i uczelnie katolickie, ale wszystkie, „nasze” znaczy polskie. Wygląda na to, że wszystkie miałyby być poddane kurateli Chrystusa, czyli w praktyce biskupom, bo przecież Chrystus nie może tej kurateli sprawować.

Podobnie w następnym punkcie: „W środkach społecznej komunikacji – Króluj nam Chryste!”. Tu nawet nie jest powiedziane „w naszych”. Bez wątpienia idzie nie tylko o katolickie środki komunikacji, ale o wszystkie.

Następnie: „W naszych urzędach, miejscach pracy, służby i odpoczynku” – Króluj nam Chryste!”. Niedwuznacznie idzie tu o „nasze” w znaczeniu wszelkie. A dalej: „W naszych miastach i wioskach – Króluj nam Chryste!”, czyli wszędzie.

No i dochodzimy do poziomu najwyższego: „W całym Narodzie i Państwie Polskim – Króluj nam Chryste!” Czyli cały naród i państwo polskie miałyby być poddane panowaniu Chrystusa, co może oznaczać tylko jedno – panowanie episkopatu, biskupów.

Ma obowiązywać prawo boże – i basta!

W „Akcie Przyjęcia Jezusa za Króla” mówi się, na czym królowanie Chrystusa w państwie polskim miałoby polegać. Wzywa się Chrystusa: „Spraw, aby wszystkie podmioty władzy (…) stanowiły prawa zgodne z Prawami Twoimi”. O tym, jakie są te prawa, decydować miałyby władze Kościoła. Inaczej być nie może, przecież Chrystus się nie wypowie.

Ostatnio biskupi wielokrotnie ogłaszali doktrynę polityczną, według której „prawo boże” stoi wyżej niż prawo stanowione przez demokratyczne organy państwowe, szanujące prawa człowieka zapisane w dokumentach międzynarodowych. Prawo stanowione – głosi doktryna – ma być zgodne z „prawem bożym”.

Doktryna ta daje władzom kościelnym nieograniczone prawo decydowania o tym, jakie ustawy mają obowiązywać, a jakie nie. Bo trzeba powiedzieć wyraźnie: to, jakie „prawo boże” jest, ustalają władze Kościoła zgodnie ze swoim interesem. Mówią, że robią to na podstawie Pisma Świętego. Ale jest to źródło niejasne, metaforyczne, skrótowe, archaiczne. Władze kościelne i teolodzy znajdują w „Piśmie Świętym” to, co chcą znaleźć. Interpretują jak chcą. Tak jest od wieków. Dowolnym interpretacjom i manipulacjom podlega także Dekalog, czemu sprzyja jego skrótowość i niejasność. Każdy punkt Dekalogu interpretowano i przekręcano w ciągu wieków na wszelkie możliwe sposoby.

Na szczęście w Polsce nie obowiązuje doktryna wyższości prawa bożego nad prawem stanowionym. Obowiązuje w Iranie, gdzie prawo boże (szariat) wywodzone jest z Koranu. Przynosi to opłakane skutki, degraduje Iran, na dłuższą metę nie przetrwa.

W krajach demokratycznych, szanujących prawa człowieka ustalone w dokumentach międzynarodowych, prawo stanowione stoi ponad tzw. prawem bożym, a kościoły muszą podporządkować się prawu stanowionemu, a nie prawo stanowione rzekomemu prawu bożemu.

Żeby nie było wątpliwości, powtórzmy: „prawo boże” (lub koncepcje podobne, jak np. „prawo naturalne” w rozumieniu teologii katolickiej) jest ustalane przez kościoły. Nie ma powodu, by przyznawać kościołom tak wielki przywilej, jak decydowanie o treści ustaw.

broom-1294880_960_720Porządkowanie wszystkiego

Akt Przyjęcia Jezusa za Króla” mobilizuje wiernych do agresywnej polityki: „Zobowiązujemy się porządkować całe nasze życie osobiste, rodzinne i narodowe według Twego prawa”. No, jeżeli katoliccy aktywiści i biskupi wezmą się za „porządkowanie” życia narodowego, a także osobistego i rodzinnego, to możemy oczekiwać zaskakujących propozycji. Owo porządkowanie to jakby zapowiedź ostrej walki, mającej wprowadzić w Polsce prawo boże ustalone przez władze Kościoła.

W „Akcie Przyjęcia Jezusa za Króla” nie ma nawet wzmianki o tym, że porządkując życie osobiste, rodzinne i narodowe władze Kościoła będą szanować prawa człowieka ustalone w dokumentach międzynarodowych, uznawanych również przez Polskę.

Przydałoby się wpisanie do omawianego dokumentu następującego przyrzeczenia: >Przyrzekamy, że będziemy przestrzegać praw człowieka, ustalonych w dokumentach międzynarodowych, w tym praw osób wyznających inne religie, niereligijnych oraz osób o różnych orientacjach seksualnych<. Zamiast tego czytamy: „Przyrzekamy budować Twoje (tj. Chrystusa) królestwo i bronić go w naszym narodzie”, „Przyrzekamy czynnie angażować się w życie Kościoła i strzec jego praw”.

Biskupom wyraźnie zabrakło chęci, by zatroszczyć się o prawa innych, pamiętali tylko o prawach swoich. Jakby chcieli powiedzieć: To my będziemy panować w imieniu Chrystusa, a wy macie słuchać – i basta. Uderza brak wrażliwości na prawa wszystkich innych poza duchownymi i władzami Kościoła.

bishops-1343063_960_720Superwładza

Królowanie Chrystusa to niedwuznacznie metafora politycznego panowanie episkopatu. Episkopat miałby być czymś na kształt partyjnego komitetu centralnego w państwie komunistycznym – nie rządzi wprost, ale decyduje o wszystkich ważnych sprawach. Albo jak w Iranie, w republice islamskiej, gdzie najwyższą władzę dzierży organ islamskiego duchowieństwa, decyduje jakie ustawy mogą wejść w życie, komu wolno startować w wyborach itp.

Biskupi najwidoczniej uznali, że rządy PiS to doskonała okazja, by zaszaleć, spróbować sklerykalizować wszystko, co się da. By stać się superwładzą stojącą ponad państwem, demokracją i prawami człowieka ustalonymi w dokumentach międzynarodowych. Pod pozorem królowania Chrystusa episkopat uzurpuje sobie rolę najwyższego organu władzy. „Akt Przyjęcia Jezusa za Króla” ujawnia te niezdrowe dążenia.

psychics-1036496_960_720Panowanie nad światem

W „Akcie Przyjęcia Jezusa za Króla” Jezus Chrystus nazywany jest jedynym Władcą państw i narodów. Są tam też następujące słowa: „zawierzamy Tobie (Jezusowi) wszystkie narody świata (…). Spraw, by rozpoznały w Tobie swego prawowitego Pana i Króla i wykorzystały czas dany im przez Ojca na dobrowolne poddanie się Twojemu panowaniu”. „Spraw, aby naszą Ojczyznę i świat cały objęło Twe Królowanie (…)”.

Warto zastanowić się nad tymi słowami.

Przekonanie, że Jezus Chrystus, bóg chrześcijan, jest prawowitym panem i królem wszystkich narodów, brzmi niedorzecznie. Jezus nie jest prawowitym panem i królem wszystkich narodów świata. To chorobliwa mitomania religijna rodem ze średniowiecza, a zarazem demonstracja religijnej buty. Niedwuznacznie przywołane zostały aspiracje chrześcijaństwa do panowania nad całym światem. A właściwie nie chrześcijaństwa, tylko władz Kościoła katolickiego. Bo przeciętnemu chrześcijaninowi czy katolikowi idea panowania jego religii nad światem jest obca. To władze kościelne takimi wypowiedziami jak powyższa sączą – można powiedzieć bez przesady – jad zatruwający umysły wiernych. Nie powinno być na to zgody wśród samych chrześcijan i katolików. Ci, którzy podobne mamidła głoszą na gruncie jakiejkolwiek religii, źle kończą.

explosion-139433_960_720Straszenie

Mało tego, episkopat nie tylko wzywa wszystkie narody świata do nawrócenia się, ale straszy końcem świata i tym, że nie zostaną zbawione. Oto przyzywa się Jezusa: „Spraw, by (wszystkie narody światarozpoznały w Tobie swego prawowitego Pana i Króla i wykorzystały czas dany im przez Ojca na dobrowolne poddanie się Twojemu panowaniu”. No właśnie, bo skończy się czas dany przez Ojca, nastąpi koniec świata i jak do tego czasu nie nawrócą się na katolicyzm, nie zostaną zbawieni. Jezus ma bowiem królować „w każdym narodzie (…) dla zbawienia ludzi”. Sugeruje się dość jasno: te narody świata, które nie nawrócą się, nie dostąpią zbawienia.

Śmiać się? Płakać? Episkopat z całą powagą głosi, że będzie armagedon, koniec świata, wszyscy niewierni zginą marnie. Teolożka Celestyna, moja znajoma, twierdzi na podstawie Pisma Świętego, że Bóg rozliczy najpierw biskupów i księży. „Niektóre metafory w księdze Apokalipsy – mówi Celestyna – wyraźnie odnoszą się do duchowieństwa katolickiego i wskazują, że źle ono skończy, nie przetrwa zawieruchy armagedonu, którą dziś straszą wszystkie narody świata”.

Retoryka? Modlitwa? Metafora?

A może to tylko uroczysta retoryka, styl modlitewny mający wyłącznie znaczenie religijne? Może to wszystko na niby, dla dodania sobie animuszu? A może idzie tylko o pogłębienie wiary religijnej? Nieprawda. Za religijnymi frazami kryją się partykularne interesy władz kościelnych, dążenie do klerykalizacji państwa i społeczeństwa, do zmiany prawa, kontrolowania ustawodawstwa i najważniejszych dziedzin życia społecznego, do umacniania i poszerzania własnych wpływów.

Królowanie Jezusa Chrystusa to z pewnością metafora. Czego? Już wspomniałem. To metafora politycznego panowania episkopatu. O to idzie. Bo przecież Chrystus nie będzie królował, prawo do występowania w jego imieniu rezerwują sobie władze Kościoła. Królowanie Chrystusa ma proste przełożenie na królowanie biskupów. Zgodnie z kościelną ideologią polityczną, wyrażoną językiem religii, to oni mieliby nadzorować wszystkie dziedziny życia osobistego, publicznego i politycznego. Mieliby królować – jak wymieniono w „Akcie Przyjęcia Jezusa za Króla” – w szkołach, uczelniach, mediach, urzędach, miejscach pracy i służby, w miastach i wioskach, w narodzie i państwie polskim, w rodzinach i w umysłach ludzi poddawanych kościelnej indoktrynacji.

Summa summarum:

Jubileuszowy Akt Przyjęcia Jezusa za Króla i Pana” brzmi jak napisany w amoku przez katolickiego ekstremistę. Warto zdać sobie sprawę, że w dokumencie tym episkopat głosi ideologię polityczną. Jaką? Panowanie katolickiego episkopatu i przebudowa Polski w państwo i społeczeństwo poddane władzom kościelnym. To katolicki odpowiednik islamizmu. Nie stroni się nawet od średniowiecznej idei panowania chrześcijaństwa na całym świecie.

Akt Przyjęcia Jezusa za Króla” ma być wykorzystywany – jak komentują biskupi – w pracy parafialnej, w diecezjach, w ruchach i wspólnotach katolickich w całej Polsce. Treść tego dokumentu tylko w niewielkim stopniu może służyć autentycznym potrzebom religijnym osób wierzących. Służy przede wszystkim propagowaniu ideologii, której celem jest podporządkowanie życia prywatnego, publicznego i politycznego władzom Kościoła katolickiego.

Nie wiadomo, jak daleko klerykalizacja w Polsce zajdzie. Za radykalizmem biskupów kryje się kalkulacja, że w czasach rządów PiS można grać o wysoką stawkę i dużo wygrać. Episkopat gra królem Chrystusem. „Miłe złego początki, lecz koniec żałosny?” – Alvert Jann

*   *   *

theater-399964_1280

Konferencja Episkopatu Polski

Jubileuszowy Akt Przyjęcia Jezusa Chrystusa za Króla i Pana

Nieśmiertelny Królu Wieków, Panie Jezu Chryste, nasz Boże i Zbawicielu! W Roku Jubileuszowym 1050-lecia Chrztu Polski, w roku Nadzwyczajnego Jubileuszu Miłosierdzia, oto my, Polacy, stajemy przed Tobą [wraz ze swymi władzami duchownymi i świeckimi], by uznać Twoje Panowanie, poddać się Twemu Prawu, zawierzyć i poświęcić Tobie naszą Ojczyznę i cały Naród.

Wyznajemy wobec nieba i ziemi, że Twego królowania nam potrzeba. Wyznajemy, że Ty jeden masz do nas święte i nigdy nie wygasłe prawa. Dlatego z pokorą chyląc swe czoła przed Tobą, Królem Wszechświata, uznajemy Twe Panowanie nad Polską i całym naszym Narodem, żyjącym w Ojczyźnie i w świecie.

Pragnąc uwielbić majestat Twej potęgi i chwały, z wielką wiarą i miłością wołamy: Króluj nam Chryste!

W naszych sercach – Króluj nam Chryste!

W naszych rodzinach – Króluj nam Chryste!

W naszych parafiach – Króluj nam Chryste!

W naszych szkołach i uczelniach – Króluj nam Chryste!

W środkach społecznej komunikacji – Króluj nam Chryste!

W naszych urzędach, miejscach pracy, służby i odpoczynku – Króluj nam Chryste!

W naszych miastach i wioskach – Króluj nam Chryste!

W całym Narodzie i Państwie Polskim – Króluj nam Chryste!

Błogosławimy Cię i dziękujemy Ci Panie Jezu Chryste:

Za niezgłębioną Miłość Twojego Najświętszego Serca – Chryste nasz Królu, dziękujemy!

Za łaskę chrztu świętego i przymierze z naszym Narodem zawarte przed wiekami – Chryste nasz Królu, dziękujemy!

Za macierzyńską i królewską obecność Maryi w naszych dziejach – Chryste nasz Królu, dziękujemy!

Za Twoje wielkie Miłosierdzie okazywane nam stale – Chryste nasz Królu, dziękujemy!

Za Twą wierność mimo naszych zdrad i słabości – Chryste nasz Królu, dziękujemy!

Świadomi naszych win i zniewag zadanych Twemu Sercu przepraszamy za wszelkie nasze grzechy, a zwłaszcza za odwracanie się od wiary świętej, za brak miłości względem Ciebie i bliźnich. Przepraszamy Cię za narodowe grzechy społeczne, za wszelkie wady, nałogi i zniewolenia. Wyrzekamy się złego ducha i wszystkich jego spraw.

Pokornie poddajemy się Twemu Panowaniu i Twemu Prawu. Zobowiązujemy się porządkować całe nasze życie osobiste, rodzinne i narodowe według Twego prawa:

Przyrzekamy bronić Twej świętej czci, głosić Twą królewską chwałę – Chryste nasz Królu, przyrzekamy!

Przyrzekamy pełnić Twoją wolę i strzec prawości naszych sumień – Chryste nasz Królu, przyrzekamy!

Przyrzekamy troszczyć się o świętość naszych rodzin i chrześcijańskie wychowanie dzieci – Chryste nasz Królu, przyrzekamy!

Przyrzekamy budować Twoje królestwo i bronić go w naszym narodzie – Chryste nasz Królu, przyrzekamy!

Przyrzekamy czynnie angażować się w życie Kościoła i strzec jego praw – Chryste nasz Królu, przyrzekamy!

Jedyny Władco państw, narodów i całego stworzenia, Królu królów i Panie panujących! Zawierzamy Ci Państwo Polskie i rządzących Polską. Spraw, aby wszystkie podmioty władzy sprawowały rządy sprawiedliwie i stanowiły prawa zgodne z Prawami Twoimi.

Chryste Królu, z ufnością zawierzamy Twemu Miłosierdziu wszystko, co Polskę stanowi, a zwłaszcza tych członków Narodu, którzy nie podążają Twymi drogami. Obdarz ich swą łaską, oświeć mocą Ducha Świętego i wszystkich nas doprowadź do wiecznej jedności z Ojcem.

W imię miłości bratniej zawierzamy Tobie wszystkie narody świata, a zwłaszcza te, które stały się sprawcami naszego polskiego krzyża. Spraw, by rozpoznały w Tobie swego prawowitego Pana i Króla i wykorzystały czas dany im przez Ojca na dobrowolne poddanie się Twojemu panowaniu.

Panie Jezu Chryste, Królu naszych serc, racz uczynić serca nasze na wzór Najświętszego Serca Twego.

Niech Twój Święty Duch zstąpi i odnowi oblicze ziemi, tej ziemi. Niech wspiera nas w realizacji zobowiązań płynących z tego narodowego aktu, chroni od zła i dokonuje naszego uświęcenia.

W Niepokalanym Sercu Maryi składamy nasze postanowienia i zobowiązania. Matczynej opiece Królowej Polski i wstawiennictwu świętych Patronów naszej Ojczyzny wszyscy się powierzamy.

Króluj nam Chryste! Króluj w naszej Ojczyźnie, króluj w każdym narodzie – na większą chwałę Przenajświętszej Trójcy i dla zbawienia ludzi. Spraw, aby naszą Ojczyznę i świat cały objęło Twe Królestwo: królestwo prawdy i życia, królestwo świętości i łaski, królestwo sprawiedliwości, miłości i pokoju.

Oto Polska w 1050. rocznicę swego Chrztu uroczyście uznała królowanie Jezusa Chrystusa.

(Źródło: Konferencja Episkopatu Polski – http://episkopat.pl/jubileuszowy-akt-przyjecia-jezusa-chrystusa-za-krola-i-pana-2/ )

…………………………………………………………………… 

O intronizacji Chrystusa na portalu polskiateista.pl:

Mariusz „Intronizacja, czyli jak manipuluje >plebsem< Episkopat” – http://polskiateista.pl/kaprawymokiem/intronizacja-czyli-manipuluje-plebsem-episkopat/ 

Alvert Jann „Intronizacji Chrystusa nie będzie …” – http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/intronizacji-chrystusa-bedzie/ 

mural-336420_960_720

O religii i nauce. Komentarz do podręczników religii

angel-910805_960_720Autorzy podręczników do religii starają się przekonać uczniów, że religia katolicka i nauka pozostają ze sobą w zgodzie. Jest to oficjalne stanowisko władz Kościoła katolickiego, a jego gorącym orędownikiem był Jan Paweł II. Pisałem już na ten temat, dziś skupiam uwagę na podręcznikach.

Sprzeczności

W podręcznikach pomija się liczne sprzeczności między nauką a religią. Podam kilka przykładów i spróbuję powiedzieć, na czym polega sprzeczność zasadnicza.

W jednym z podręczników czytamy, że „poczęcie Jezusa nastąpiło poza normalnym, fizjologicznym aktem seksualnym kobiety i mężczyzny”. Na jakiej podstawie nauka miałaby to uznać za prawdę? Nauka i racjonalna wiedza nie pozostają tu w zgodzie z religią.

W encyklice Jana Pawła II „Wiara i rozum” czytamy: „ludzki rozum nie musi zaprzeczyć samemu sobie ani się upokorzyć, aby przyjąć treści wiary”. To nieprawda. Aby uznać, że Jezus został poczęty bez aktu seksualnego, trzeba zaprzeczyć rozumowi, upokorzyć rozum i siebie.

Podręczniki, które cytuję w tym artykule, to: „Drogi świadków Chrystusa w Kościele” i „Drogi Świadków Chrystusa w świecie”, jezuickiego Wydawnictwa WAM (dla liceum i technikum, płyta DVD i notes ucznia). Inne podręczniki zawierają podobne treści. Smakowity cytat dotyczący poczęcia Jezusa pochodzi z pierwszego z podręczników, notes, s.69.

Inne przykłady sprzeczności:

Władze kościelne uznały w końcu XX w., że ewolucja w przyrodzie rzeczywiście ma miejsce. Obstają jednak przy twierdzeniu, że Bóg ingeruje w proces ewolucji. Bóg miał (czytamy o tym w podręczniku) tchnąć duszę w istotę ukształtowaną w toku ewolucji, dzięki czemu zyskała ona właściwe ludziom umiejętności. Na gruncie nauk biologicznych jest to nie do przyjęcia.

Przypomnijmy też, że według Kościoła ludzkie cierpienia, choroby i śmierć to skutek grzechu pierworodnego, nieposłuszeństwa Bogu, jakiego dopuścili się pierwsi ludzie (inaczej zapewne ludzie żyliby w zdrowiu i byli nieśmiertelni). Kościół nie traktuje grzechu pierworodnego jako metafory, podaje jako rzeczywiste wyjaśnienie. Jest to wyjaśnienie mitologiczne, nie do przyjęcia na gruncie nauki.

Władze kościelne kultywują wiarę w cuda, we wskrzeszanie zmarłych, w możliwość opętania człowieka przez szatana (szatan ma realnie wstępować w ludzkie ciało, mówią o tym oficjalne dokumenty kościelne), w duszę nieśmiertelną, objawienia, zmartwychwstanie ludzi przed sądem ostatecznym itp. Są to treści pochodzące z Pisma Świętego, czyli sprzed tysięcy lat. Nie da się ich pogodzić ze współczesną nauką. Dobrze daje temu wyraz następująca wypowiedź Alberta Einsteina: „Słowo >Bóg< jest dla mnie niczym więcej niż wyrazem i wytworem ludzkiej słabości, a Biblia zbiorem dostojnych, ale jednak prymitywnych legend, ponadto dość dziecinnych. Żadna interpretacja, niezależnie od tego, jak subtelna, nie może tego zmienić”.

Neurologia i psychiatria dobrze wyjaśniają tzw. opętania, objawienia, widzenia, mistyczne kontakty z bogiem, postrzeganie „światła w tunelu” itp. Najkrócej mówiąc, są to doznania powodowane procesami zachodzącymi w ludzkim mózgu, można je wywołać także środkami farmakologicznymi. Kościół z uporem próbuje wyjaśniać je działaniem sił nadprzyrodzonych. Także Jan Paweł II mówił, że szatan może realnie owładnąć ludzkim ciałem. W podręcznikach religii nigdzie nie prostuje się absurdów, od których roi się w katolickim piśmiennictwie. Dlaczego? Z pewnością dlatego, że te same lub podobne absurdy mamy w papieskich encyklikach i oficjalnych kościelnych dokumentach.

Kościół nie odpuszcza, nie chce zrezygnować ze starożytnych mitów. Tam, gdzie głosi niedorzeczności, mówi, że to tajemnica wiary, albo że Bóg jest wszechmocny i może wszystko. Niestety, to wykręt, unik, a nie wyjaśnienie czegokolwiek. Kościół brnie w absurdy do kwadratu.

A może sprzeczności nie ma, bo religia zajmuje się czymś zupełnie innym niż nauka? Religia – światem nadprzyrodzonym, zaś nauka – przyrodą. Pogląd ten nazwano akomodacjonizmem (łac. accommodatiodostosowanie), chociaż lepiej byłoby nazwać go separacjonizmem. Nie jest on trafny. Katolicyzm i inne religie zajmują się przyrodą, światem, człowiekiem – i wchodzą w konflikt z nauką. Podałem przykłady, można je mnożyć. Fundamentalne dla wielu religii twierdzenie, że bóg stworzył świat, dotyczy przyrody. Nauka nie może uznać go za prawdziwe, kościoły twierdzą, że jest prawdziwe. Mamy sprzeczność.

Podsumujmy: W podręcznikach i kościelnych publikacjach mówi się ogólnikowo, że „nauka i religia mogą iść ze sobą w parze”. To nieprawda. Dlaczego?

jesus-christ-1149720_960_720Religie, także katolicyzm, opierają się na mitologii, na fantastycznych opowieściach o bogach i świecie nadprzyrodzonym, na „prawdach objawionych”. Nauka opiera się na badaniach empirycznych (łac. empiricus – oparty na doświadczeniu). Powoduje to, że religia mówi coś innego niż nauka – nie da się jednego z drugim pogodzić.

Naukowiec może wierzyć w Boga i godzić tę wiarę z prowadzeniem badań naukowych, bo większość badań nie dotyczy wprost zagadnień związanych z religią. Można badać DNA – i nie ma znaczenia, czy się wierzy lub nie wierzy w boga. Ale nie oznacza to – podkreślmy – że nauka i religia pozostają w zgodzie. Sprzeczność jest faktem.

Po pierwsze, w sprzeczności z nauką pozostają same wierzenia i dogmaty religijne (podałem kilka przykładów).

Po drugie, głęboka sprzeczność występuje w metodach uzyskiwania wiedzy. Religie nie opierają się na źródłach empirycznych, nauka – tak. Np. teologia katolicka za źródło wiedzy przyjmuje święte księgi i tzw. poznanie religijne, które wierzący mają zawdzięczać łasce bożej. Nauka tych metod nie akceptuje, bo są niewiarygodne.

Warto dodać, że poglądy naukowców deklarujących wiarę w boga bardzo często mają charakter deistyczny. Nie oznacza to wiary w religijne „prawdy” (to przypadek Alberta Einsteina, nie wyznawał żadnej z istniejących religii, a „bóg”, o którym mówił, nie był w jego rozumieniu bogiem osobowym, tylko jakąś nieznaną bezosobową rzeczywistością, nie zajmującą się ludźmi). Poglądy te są nie do pogodzenia z jakąkolwiek ze znanych religii. Ale ponieważ naukowcy ci mówią o „bogu”, są cytowani i witani z otwartymi ramionami przez kościoły i osoby religijne. Na bezrybiu i rak ryba.

Na temat religijności naukowców pojawiają się często informacje z badań nie spełniających elementarnych wymogów rzetelności. Trzeba uważać. Wyniki dwóch dobrze wykonanych badań przedstawiam w artykule „Ilu naukowców wierzy w Boga?” (link na końcu).

„Prawdy objawione”

Chrześcijaństwo i katolicyzm opierają się na Piśmie Świętym, które ma zawierać prawdy objawione przez Boga. Jak twierdzi Kościół, nie podlegają one możliwościom empirycznego sprawdzenia. Również w podręczniku czytamy: „Bóg nie może być przedmiotem bezpośredniego i jednoznacznego poznania”, „Religia nie podlega żadnym możliwościom empirycznego sprawdzenia”.

Nauka nie może uznać za prawdziwe twierdzeń, które nie zostały sprawdzone, potwierdzone, zweryfikowane w drodze badań empirycznych. „Prawdy objawione” nie mogą być uznane na gruncie nauki. Mamy tu głęboką sprzeczność, której nie da się zaprzeczyć gołosłownymi zapewnianiami o zgodności między nauką a religią.

pope-309611_640Sprzeczność między nauką a religią dobrze pokazuje wypowiedź Jana Pawła II, zacytowana w podręczniku. Papież mówi: „nie ma sprzeczności między ewolucją a nauką wiary o człowieku i jego powołaniu pod warunkiem, że nie zgubi się pewnych niezmiennych prawd”. Jakie to prawdy? Papież powołuje się na objawienie boże i poucza, że człowiek „został stworzony na obraz i podobieństwo Boże”, czyli posiada nieśmiertelną duszę daną mu przez Boga itd. Nauki przyrodnicze musiałyby tę „prawdę objawioną” uznać.

Żadne badania naukowe nie potwierdzają, że człowiek posiada duszę nieśmiertelną. Ale co z tego, teolodzy mówią przecież, że religia nie podlega możliwościom empirycznego sprawdzenia, w prawdy objawione trzeba wierzyć bez sprawdzania. Takie postawienie sprawy to próba uniknięcia moralnej odpowiedzialności za to, co się głosi. Kościół bez wstydu głosi mity sprzed tysięcy lat. A może wypadałoby się wstydzić?

Słyszy się czasem, że Pismo Święte to nie mitologia – zawiera fakty historyczne i relacje naocznych świadków.

Stary i Nowy Testament rzeczywiście zawiera, tak jak Iliada i Odyseja Homera, pewne fakty historyczne, geograficzne i etnograficzne. Ale główny przekaz Pisma Świętego to opowieści o Bogu i cudownych zdarzeniach. To fantazje, nie fakty. A relacje świadków? Są tak samo wiarygodne jak w mitach greckich, także w Iliadzie i Odysei, relacje ze spotkań z greckimi bogami.

Można uznać, że Jezus był postacią historyczną, chociaż brak na to wystarczających dowodów w historycznych źródłach. Proroków w tamtych czasach było wielu (tak jak i dziś), Jezus mógł być jednym z nich. Ale tego, że Jezus był rzeczywiście synem bożym, w żaden sposób nie da się uznać za fakt. A czy zmartwychwstanie Jezusa to fakt? O zmartwychwstaniu Jezusa piszą tylko autorzy ewangelii. Robią to nadzwyczaj wstrzemięźliwie. Widzieli go nieliczni i tylko swoi, grób był pusty … To fantazje autorów ewangelii, a nie fakt. Nie istnieją żadne wiarygodne źródła historyczne  potwierdzające zmartwychwstanie Jezusa.

Traktowanie Biblii jako mitologii religijnej jest jak najbardziej uprawnione.

Podsumujmy: Kościół uznaje prawdy objawione przez Boga. Nauka prawd objawionych uznać nie może. Dlaczego? Bo właściwe współczesnej nauce empiryczne metody sprawdzania wiedzy nie potwierdzają tych „prawd”. Ich uznanie byłoby sprzeczne z podstawową zasadą nauki. Jaką? Nauka może uznać za prawdziwe tylko te twierdzenia, które zostały w wymagany sposób zweryfikowane, sprawdzone, uzasadnione. Tak nie jest w przypadku prawd objawionych.

Mamy tu głęboką sprzeczność między współczesną nauką a religią katolicką i każdą inną. Sprzeczność dotyczy podstaw całej wiedzy o przyrodzie, świecie i człowieku. Ot co!

Czy to prawdy??

Kościół i podręczniki głoszą, że to, czego nauczają, to „prawdy objawione” lub – inaczej mówiąc – „prawdy wiary”. Nie ma jednak żadnej możliwości sprawdzenia, że mamy rzeczywiście do czynienia z prawdą, a nie z mitologią i fantastycznymi opowieściami. Kapłani wszystkich religii podają swoje wierzenia jako prawdę.

Jaki wniosek?

Nie powinno się mówić, że kościelne nauki to prawda. To wierzenia, których prawdziwość w żaden sposób nie została potwierdzona. Władze kościelne, teolodzy, katecheci dokonują intelektualnego nadużycia, nazywając to, czego nauczają, prawdą.

Na jakiej podstawie twierdzą, że uczą prawdy?

Kościół przyjmuje, że są dwa rodzaje poznania: Jedno naturalne, oparte na ludzkich zmysłach i rozumie (tu mieści się nauka). Drugie to poznanie nadprzyrodzone, nazywane też religijnym lub teologicznym, którego źródłem ma być boże objawienie. To na nie powołują się władze kościelne i zalecają wiernym. W podręczniku czytamy, że tam, gdzie nauka nie znajduje odpowiedzi, udziela jej „najwyższy Autorytet – Bóg. Odpowiedź taką nazywamy prawdą wiary, bo jej pewność wynika z przyjęcia i wyznawania wiary w Boga”.

Wierzenia religijne można sobie nazwać „prawdami wiary”, ale jest do nadużycie słowa prawda. Z wiary w Boga w żaden sposób nie wynika, że to, w co się wierzy, jest prawdą. Co najwyżej może się tak wierzącym wydawać.

Nietrudno zauważyć, że tzw. poznanie nadprzyrodzone nie jest w ogóle poznawaniem czegokolwiek. To wyobrażenia religijne, grzeszą one subiektywnością. Każdy może twierdzić, że jego wierzenia są prawdziwe. Kościelni teolodzy mówią, że dysponują poznaniem obiektywnym, bo pochodzącym od Boga. Czy tak? Nie ma żadnej możliwości wiarygodnego potwierdzenia, że rzeczywiście pochodzi od Boga. Setki proroków, guru, założycieli sekt powoływały się na objawienie nadprzyrodzone. Nie ma żadnego powodu, by właśnie katolickie nauki uznawać za prawdziwe.

Nazywanie wierzeń religijnych „prawdami wiary” to – powtórzmy – intelektualne nadużycie, manipulacja. Nazywa się prawdą coś, co w żaden sposób nie zostało sprawdzone, potwierdzone. Stawia się słowo „prawda” obok słowa „wiara”, by sugerować, że wierzenia religijne, które się głosi, są prawdziwe. To manipulowanie słowami, tworzenie fałszywych skojarzeń, oszukańcza technika perswazji, przekonywania, wmawiania. Słowo „prawda” nie powinno być w tym kontekście użyte. Mamy do czynienia z wierzeniami religijnymi bezpodstawnie nazwanymi prawdami. Na myśl przychodzi świat Orwellowski, tam prawdą nazywano nieprawdę – i odwrotnie.

Również autorzy Ewangelii nazywali nauki Jezusa „prawdą”. Sam Jezus miał je tak określać. Nie ma w tym nic szczególnego. Na ogół każdy prorok, guru, wróżbita, astrolog, magik, także wielu cierpiących na zdiagnozowaną paranoję, mówi, że głosi prawdę. Nie ma podstaw, by właśnie nauki ewangelistów i Jezusa uznawać za prawdziwe.

Podkreślmy ponadto, że teologia katolicka wypowiada się na temat przyrody, świata, człowieka – podałem przykłady na początku. Także twierdzenie, że Bóg stworzył świat, dotyczy przyrody. Nauka tych twierdzeń nie może uznać za prawdziwe – Kościół naucza, że są prawdziwe. To ewidentna sprzeczność.

costume-15789_960_720Objawienie Celestyny

Na zakończenie zamieszczam często coś humorystycznego. Dziś będzie superpoważnie. Posłuchajcie.

Teolożka Celestyna, moja dobra znajoma, miała objawienie. To źródło wiedzy całkowicie pewne, a przynajmniej tak samo pewne jak objawienia zawarte w Piśmie Świętym. Czego dotyczyło? Oto fragmenty:

„Katolicy boją się śmierci bardziej niż ateiści – mówi Celestyna – bo nigdy nie mogą być pewni, czy nie zostaną skazani na wieczne męki. I nie powinni być pewni. Nie wiadomo na przykład, czy jeśli grzechy odpuścił im niegodziwy kapłan (a tacy są), to jest to ważne. Władze kościelne mówią, że ważne, bo mają w tym interes. Mogą się mylić. Obecnie Kościół unika tematu, ale dawniej, w złotych czasach chrześcijaństwa wielu teologów głosiło, że odpuszczenie grzechów przez niegodziwego kapłana jest nieważne. Niech więc katolicy nie cieszą się na wyrost, że sprawę grzechów mają z głowy”.

„Wielu świętych i teologów, dawniej chyba większość, głosiło, że tylko nieliczni ludzie dostąpią zbawienia. Żaden katolik nie może być pewny zbawienia. Żaden nie wierzy w Boga dostatecznie szczerze i mocno, by mieć pewność, że Chrystus to uzna. Wielu wierzy z wyrachowania. Na przykład zwolennicy tzw. zakładu Pascala, zalecanego dziś przez biskupów i podręczniki. To udawana wiara. Według Pisma Świętego wiara powinna być szczera, a nie z wyrachowania i strachu”.

„Jest też pytanie, czy katolicy w ogóle mogą być zbawieni. Nie wystarczy wierzyć, trzeba wierzyć w prawdziwą religię i prawdziwego Boga. Wcale nie ma pewności, czy ta, której naucza Kościół, jest prawdziwa”.

„Wierzącym Bóg porządnie przetrzepie skórę – mówi Celestyna – większość skarze na wieczne męki, tak jak mówili dawni święci i teolodzy. Dziś władze kościelne nie chcą tego powiedzieć, mówią że Bóg jest miłosierny. Czy na pewno? W potopie Bóg zgładził wszystkich z wyjątkiem Noego i jego najbliższych, zginęły nawet niemowlaki i dzieci nienarodzone, wszystkie. Bóg potrafi, polecam – mówi Celestyna – artykuł Alverta Janna >Pismo Święte jakiego nie znacie<: http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/pismo-swiete-jakiego-nie-znacie/ .”

„Wszystko to straszne” – dodaje Celestyna na zakończenie. – Alvert Jann

………………………………………………………………………………….

Alvert Jann: Blog „Ćwiczenia z ateizmu” – http://polskiateista.pl/aktualnosci/blogi/cwiczenia-z-ateizmu/

Zapraszam licealistów, studentów i wszystkich zainteresowanych na ćwiczenia z ateizmu. Co miesiąc <pierwszego>, czasami częściej, będę zamieszczał krótki tekst, poważny ale pisany z odrobiną luzu. Nie widzę siebie w roli mentora czy wykładowcy, mam na myśli wspólne zastanawianie się. – Nauka nie wyjaśnia wszystkiego, religia nic nie wyjaśnia.

Inne artykuły z cyklu „Podręczniki do religii”:

Pismo Święte jakiego nie znacie” – http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/pismo-swiete-jakiego-nie-znacie/

Co wyjaśnia teologia?” – http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/podreczniki-religii-wyjasnia-teologia/

Kim jest Bóg?” – http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/podreczniki-religii-bog/

Ewolucja według Kościoła” – http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/podreczniki-religii-ewolucja-wedlug-kosciola/

Grzech pierworodny” – http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/podreczniki-do-religii-grzech-pierworodny/

Koniec świata według Kościoła” – http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/podreczniki-do-religii-koniec-swiata-wedlug-kosciola/

Podręczniki do religii. Czy są wiarygodne? – http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/podreczniki-do-religii-czy-sa-wiarygodne/

Na blogu znajduje się w tej chwili 29 artykułów, m.in.:

Dowód na nieistnienie. Kogo? – http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/dowod-na-nieistnienie-kogo-2/

Bóg przed trybunałem nauki” – http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/bog-przed-trybunalem-nauki/

Jan Paweł II bez taryfy ulgowej” – http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/jan-pawel-ii-bez-taryfy-ulgowej/

Ilu naukowców wierzy w Boga?”- http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/ilu-naukowcow-wierzy-w-boga/ i inne.

……………………………………………………………………………………………

magic-790704_960_720

Podręczniki do religii. Co wyjaśnia teologia?

magic-790704_960_720

W podręczniku czytamy, że duża część filozofii ostatnich trzystu lat to ataki na religię i „zastępowanie jej światopoglądem naturalistycznym, który całkowicie eliminuje wyjaśnienia teologiczne”. Tak jest rzeczywiście. Naturalizm to dziś bardzo ekspansywny światopogląd, a eliminowanie wyjaśnień teologicznych odbywa się nie bez powodu. Przyjrzyjmy się.

Cytuję podręcznik religii dla liceum i technikum „Drogi świadków Chrystusa w świecie”, jezuickiego Wydawnictwa WAM, płyta DVD i notes ucznia.

Co to jest naturalizm?

Naturalizm to stanowisko filozoficzne uznające, że istnieje tylko jeden rodzaj rzeczywistości – ta, w której żyjemy i której jesteśmy częścią. Nie istnieje jakaś inna rzeczywistość, nadprzyrodzona czy boska.

universe-1044107_960_720Jak nazwać tę jedyną istniejącą rzeczywistość? Najlepiej przyrodą, czyli naturą. Obejmuje ona makro i mikrokosmos, wszechświat i cząstki elementarne, giganty i kwanty; przyrodę nieożywioną i organizmy żywe, a także doznania psychiczne i świadomość, będące pochodnymi funkcjonowania organizmów biologicznych (nie istnieją niezależnie do organizmów żywych). Mówiąc najkrócej, naturalizm uznaje, że istnieje tylko przyroda i jej pochodne, psychika i świadomość.

Z punktu widzenia filozofii naturalizm jest monizmem ontologicznym (mono– jedno; onto– byt, istnienie). Ontologia to najogólniejsza teoria bytu, rzeczywistości, istnienia. Monizm ontologiczny przyjmuje, że istnieje tylko jeden rodzaj rzeczywistości. Według monizmu naturalistycznego istnieje tylko przyroda/natura. Według monizmu idealistycznego naprawdę istnieją tylko idee, bóg, duch, świadomość.

Odmiennym stanowiskiem jest dualizm/pluralizm ontologiczny. Przyjmuje istnienie wielu rodzajów rzeczywistości. Na stanowisku dualizmu ontologicznego stoi teologia chrześcijańska – przyjmuje, że istnieją dwa rodzaje rzeczywistość: nadnaturalna (nadprzyrodzona) i naturalna (przyrodzona/przyrodnicza).

Wyjaśnianie

Na czym polega wyjaśnianie? Wyjaśnić to uczynić coś zrozumiałym, podać powód, przyczynę, powiedzieć, dlaczego coś zaszło lub ma miejsce. Np. pytamy, skąd się biorą trzęsienia ziemi. Wszelkie klęski żywiołowe frapowały ludzi od zarania dziejów. Wyjaśnienia mogą być różne. W mitologii greckiej, tworzonej przez poetów, trzęsienia ziemi, wybuchy wulkanów, grzmoty i błyskawice przypisywano działalności i walkom bogów.

abracadabra-484969_960_720

Wyjaśnienia teologiczne

Na czym polega wyjaśnianie teologiczne? Twierdzi się, że to lub owo sprawił Bóg. Wskazuje się na boże sprawstwo.

Warto zapytać, czy wyjaśnienia teologiczne cokolwiek wyjaśniają. Bo jeżeli nic nie wyjaśniają lub – inaczej mówiąc – dają wyjaśnienia pozorne, to nie ma się czemu dziwić, że są eliminowane i zastępowane przez światopogląd naturalistyczny.

W katechizmie i w podręcznikach mamy wiele przypadków wyjaśnień teologicznych. Ich źródłem jest przede wszystkim Stary i Nowy Testament, bardzo często cytowane. Warto pamiętać, że jeszcze w czasach Newtona (XVII/XVIII w.) Biblię traktowano jako wiarygodne źródło wiedzy o świecie. Np. Newton na podstawie Biblii obliczył wiek świata na kilka tysięcy lat i fundamentaliści biblijni do dziś powołują się na te ustalenia. We współczesnej nauce jest to nie do przyjęcia nawet jako hipoteza, bo hipoteza naukowa wymaga poważnego uzasadnienia, a tego brak.

Czego współcześnie dotyczą najczęściej wyjaśnienia teologiczne?

Bożym aktem stworzenia wyjaśnia się powstanie świata. Chociaż niektóre biblijne opisy traktowane są jako przenośnie, to samo stworzenie świata przez Boga podawane jest jako wiedza prawdziwa.

Czy wyjaśnienie to da się obronić? Nie, na jego poparcie brak wiarygodnej argumentacji. Równie dobrze można uznać (wierzono tak w starożytnej Grecji), że świat istniał wiecznie i nie został przez nikogo stworzony.

Opowieści o stworzeniu świata mamy w różnych religiach tysiące. Nie sposób uzasadnić, dlaczego właśnie wyjaśnienia podawane przez chrześcijańskich teologów miałoby być prawdziwe. Wyjaśnienia religijne nie opierają się na wartościowej wiedzy. Lepiej uczciwie powiedzieć, że nie wiemy, jak świat powstał, czy może w jakiejś postaci istniał wiecznie, niż przyjmować religijne interpretacje.

A teologiczne wyjaśnienia dotyczące końca świata, podawane w katechizmie i podręcznikach, to – chciałoby się powiedzieć – całkowity odlot, fantastyka. Chrystus ma ponownie zstąpić na Ziemię, osądzić ludzi, po czym z bożej woli świat na zawsze przestanie istnieć. Jak czytamy w podręczniku, będzie to „absolutnym zakończeniem ciągu wydarzeń historii i czasu”. Teolodzy i podręczniki nie traktują biblijnego opisu końca świata jako metafory. Wszystko ma nastąpić realnie. Starożytną mitologię religijną podaje się jako rzekomo prawdziwą wiedzę o świecie.

paradise-146120_960_720A oto inny przykład teologicznych wyjaśnień. To, że ludzie doświadczają cierpień, chorób i są śmiertelni, wyjaśnia się grzechem pierworodnym. Przypadłości te mają być skutkiem nieposłuszeństwa Bogu, jakiego dopuścili się pierwsi ludzie. „Grzech pierworodny spowodował – czytamy w podręczniku – że człowiek podlega fizycznemu cierpieniu, a jego życie kończy się śmiercią. Ograniczone zostały jego możliwości poznawcze”, nabrał „skłonności do grzechu”. Opowieści o grzechu pierworodnym nie są przedstawiane jako przenośnie, lecz jako rzeczywistość.

Nietrudno zauważyć, że teologiczne wyjaśnienia mają charakter mitologiczny, odwołują się do fantastycznych opowieści, w przypadku teologii chrześcijańskiej do opowieści biblijnych. Nie są oparte na jakiejkolwiek sprawdzonej wiedzy.

W wielu przypadkach teolodzy uciekają się do sofistycznych (tzn. naciąganych) reinterpretacji. Dobrego przykładu dostarcza stosunek teologów do ewolucji biologicznej. Władze Kościoła katolickiego pogodziły się z tym, że ewolucja jest faktem, a nie hipotezą. Ale nie rezygnują z wyjaśnień teologicznych w tej dziedzinie. Przyjmują, że Bóg w proces ewolucji ingeruje. W ważnym dokumencie kościelnym, cytowanym także w podręczniku, czytamy: „ewolucja wiedzie ku pojawieniu się człowieka jako istoty wolnej, odpowiedzialnej i świadomej. Ale sama z siebie tego progu nie pokonuje. W celu powołania do życia człowieka Bóg mógł posłużyć się jakąś istotą przygotowaną na planie cielesnym przez miliony lat ewolucji i tchnąć w nią duszę – na swój obraz i podobieństwo”.

Teolodzy nie są w stanie podać żadnych zadowalających argumentów świadczących, że Bóg tchnął duszę w istotę ukształtowaną w toku ewolucji. I że tylko dzięki bożej ingerencji człowiek stał się istotą o wyjątkowych zdolnościach umysłowych i wyjątkowo rozwiniętej świadomości.

Nie ma potrzeby przyjmowania „na wiarę” teologicznych wyjaśnień. Wiedza dotycząca ewolucji biologicznej pozwala zrozumieć, jak stopniowo kształtowały się układ nerwowy, mózg, psychika – od form najprostszych po charakterystyczne dla człowieka. Teologia oferuje mitologiczne wyjaśnienia, które nic nie wyjaśniają.

brick-83696_640

Bóg luk”

Jeżeli nauka czegoś nie wyjaśnia, teolodzy i osoby religijne uznają, że mamy tam do czynienia z bożą ingerencją. Luki w wiedzy traktowane są jako dowody mające świadczyć o bożym sprawstwie. Można powiedzieć, że w lukę w wiedzy wstawia się boga. W tej roli nazwano go Bogiem luk (ang. God of the gaps). Jest to wnioskowanie błędne. Z tego, że nauka czegoś nie wyjaśnia, nie wynika, że mamy do czynienia z bożym sprawstwem. W grę mogą wchodzić przyczyny jak najbardziej naturalne, tyle że jeszcze niezbadane.

Współcześnie metodą „Boga luk” religijni autorzy próbują wyjaśniać na przykład powstanie życia, pierwszych organizmów żywych. Krótko o tej kwestii.

Nauce wytyka się, że nie wyjaśnia jak powstało życie. Wymaga się dokładnego opisania tego procesu (i słusznie), co na dziś nie jest możliwe. Wypada jednakowoż zapytać, czy powiedzenie, że życie stworzył Bóg, cokolwiek wyjaśnia? Teolodzy nie opisują procesu stwarzania, nie podają, jakie to reakcje chemiczne i procesy uruchomił Bóg. Ot, raz, dwa, trzy – i stworzył. Jak czarownik z bajki. Mamy tu do czynienia z Bogiem-Czarownikiem.

Powiedzmy wyraźnie, teologiczne wyjaśnienia nie wyjaśniają jak powstało życie. W podobnie nieprecyzyjny sposób może dziś wyjaśnić powstanie życia także nauka. Jak? Naukowiec może powiedzieć, że życie powstało w drodze procesów zachodzących w przyrodzie, nie podając szczegółów. Inaczej mówiąc: zostało stworzone przez przyrodę w drodze ewolucji.

Różnica między nauką a teologią jest jednak w tym punkcie wyraźna. Badania naukowe czynią olbrzymie postępy i zagadka powstania życia zostanie przypuszczalnie wyjaśniona. Natomiast teolodzy powtarzają mitologiczne wyjaśnienia, które niczego nie wyjaśniają i nie wyjaśnią. Nie zmieniają tego podejmowane przez religijnych autorów próby podawania wyjaśnień w filozoficznym i naukowy sosie, unowocześniania. Encykliki papieskie, kościelne dokumenty, a także publikacje religijnych naukowców, nie wnoszą nic nowego. Powtarza się tam stare religijne koncepcje, pochodzące najczęściej z czasów scholastyki, z czasów św. Tomasza z Akwinu (XIII w.).

Teolodzy i religijni autorzy mówią/powtarzają, że Bóg to i owo stworzył, wykorzystują luki w wiedzy naukowej, cytują dzieła teologiczne i Pismo Święte na przemian z publikacjami naukowymi. Powstaje przedziwny galimatias mający sprawiać wrażenie naukowości. Przedstawianie tego jako wyjaśnień jest intelektualnym nadużyciem. Nasuwa się przypuszczenie, że teolodzy i religijni filozofowie popełniają to nadużycie świadomie i każą wiernym żyć w kłamstwie.

sigonella-81772_960_720

Wyjaśnienia naturalistyczne

Zgodnie ze stanowiskiem naturalistycznym wszelkie zjawiska należy wyjaśniać przyczynami naturalnymi, a nie nadnaturalnymi (nadprzyrodzonymi). Jest to praktyka uznawana w nauce współczesnej powszechnie. Naukowcy w badaniach nie przyjmują wyjaśnień teologicznych. Dlaczego? Bo działania czynników nadprzyrodzonych nie stwierdzono. Nie idzie tu więc o „założenie” przyjmowane przez naukowców, ale o fakt, że przyczyn nadprzyrodzonych nie stwierdzono. Gdyby ktoś je odkrył w sposób spełniający wymogi obowiązujące w nauce, naturalizm w badaniach naukowych przestałby obowiązywać.

Rozróżnia się często naturalizm ontologiczny i naturalizm metodologiczny. Ten pierwszy uznaje, że istnieje tylko przyroda i jej pochodne. Ten drugi mówi, że w badaniach naukowych nie bierze się pod uwagę przyczyn i wyjaśnień nadnaturalnych.

Badacz może oczywiście wierzyć w istnienie sił nadprzyrodzonych. Wielu dawniejszych i współczesnych naukowców wierzyło w Boga (ciekawe badania na ten temat przedstawiam w innym artykule – link poniżej). Ale faktem jest, że nic z tej wiary dla badań nie wynika. Prowadząc badania religijny naukowiec zachowuje się jakby był naturalistą ontologicznym – w praktyce badawczej nie bierze pod uwagę przyczyn nadnaturalnych. Może domniemywać, że np. reakcje chemiczne zachodzą dzięki mocom bożym. Ale nic to do badań nie wnosi i nic tych domniemywań nie potwierdza. Sytuacja jest więc poniekąd – chciałoby się powiedzieć – schizofreniczna. To jakby rozdwojenie jaźni, świadomości. Religijny badacz wierzy, że przyczyny nadnaturalne działają, ale nie bierze ich pod uwagę i nie stwierdza ich istnienia. Postępuje, jakby przyczyn nadnaturalnych nie było.

Badacz stojący konsekwentnie na gruncie naturalizmu tego rozdwojenia nie doświadcza.

To, że badania naukowe nie potwierdzają obecności przyczyn nadprzyrodzonych, podważa wiarę w ich istnienie. Cokolwiek naukowcy odkryją, okazuje się zjawiskiem naturalnym. Nie tak dawno boską cząstką nazywano bozon Higgsa – ale była to tylko metafora. Nie odkryto prawdziwie boskiej cząstki. Również mechanika kwantowa dotyczy wyłącznie przyrody, nie stwierdza istnienia bytów nadprzyrodzonych. Tzw. obserwator, o którym mówi się w fizyce kwantowej, nie jest bogiem czy istotą nadnaturalną.

Naturalizm metodologiczny trzyma się mocno. Można powiedzieć, że dostarcza poważnych argumentów na rzecz naturalizmu ontologicznego. Bo skoro nauka nie stwierdza istnienia przyczyn naturalnych i nie wymaga, by brać je pod uwagę, to najpewniej nie istnieją. Naturalizm metodologiczny prowadzi w konsekwencji do naturalizmu ontologicznego. Więcej, jest w istocie z naturalizmem ontologicznym tożsamy, chociaż na pierwszy rzut oka trudno to uznać.

Wygląda na to, że wyjaśnienia teologiczne są i będą eliminowane z naszej wartościowej wiedzy o świecie i człowieku. Rozwój nauki sprawia, że tracą i będą tracić na znaczeniu. Nie ma czego żałować. Wyjaśnienia teologiczne nie oferują wartościowej poznawczo wiedzy.

Podsumowując:

Wyjaśnienia teologiczne – także te zawarte w podręcznikach – niczego nie wyjaśniają. Są to wyjaśnienia pozorne, oparte na mitologii biblijnej. Nie ratują ich próby podawania w filozoficznym i naukowym sosie. Nie można poważnie traktować wyjaśnienia chorób i śmierci grzechem pierworodnym. Podobnie jest z innymi wyjaśnieniami teologicznymi.

Co więcej, samo pojęcie Boga ma mitologiczne pochodzenie. W starożytnych mitologiach bogowie byli głównymi postaciami. W mitologii Izraelitów bóg Jahwe stworzył świat, wygnał ludzi z raju za nieposłuszeństwo, jest wszechmocny jak czarownik z bajki. Filozofowie starogreccy, a następnie chrześcijańscy, mitologiczne pojęcie boga zaczęli ubierać w filozoficzne szaty. Jest to jednak ta sama starożytna mitologia religijna, tylko podana w innej formie.

Wprawdzie nauka nie wyjaśnia wszystkiego, ale teologia nic nie wyjaśnia. Bardzo dobrze, że wyjaśnienia teologiczne są zastępowane przez wyjaśnienia naukowe.

australia-695178_960_720

Zamiast humoru

Może już zapomnieliście? Warto przypomnieć.

„Przed rozpoczęciem najbliższych obrad Sejmu, w sejmowej kaplicy zostanie odprawiona msza święta w intencji deszczu, zamówiona przez klub parlamentarny PiS. Komunikat odczytał sekretarz obrad. Sala zareagowała gromkim śmiechem. Marszałek Sejmu Marek Jurek podkreślił, że >kpina z liturgii razi bardzo wielu posłów na tej sali<. Zaapelował o >odrobinę kultury<„ (Źródło: wiadomosci.wp.pl 19-07-2006). – Alvert Jann

……………………………………………………………………………….

Alvert Jann: Blog „Ćwiczenia z ateizmu” – http://polskiateista.pl/aktualnosci/blogi/cwiczenia-z-ateizmu/

Zapraszam licealistów, studentów i wszystkich zainteresowanych na ćwiczenia z ateizmu. Co miesiąc <pierwszego>, czasami częściej, będę zamieszczał krótki tekst, poważny ale pisany z odrobiną luzu. Nie widzę siebie w roli mentora czy wykładowcy, mam na myśli wspólne zastanawianie się. – Nauka nie wyjaśnia wszystkiego, religia nic nie wyjaśnia.

Na blogu znajduje się w tej chwili 28 artykułów, m.in.:

Podręczniki do religii. Kim jest Bóg?” – http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/podreczniki-religii-bog/

Podręczniki do religii. Ewolucja według Kościoła” – http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/podreczniki-religii-ewolucja-wedlug-kosciola/

Podręczniki do religii. Grzech pierworodny” – http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/podreczniki-do-religii-grzech-pierworodny/

Podręczniki do religii. Koniec świata według Kościoła” – http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/podreczniki-do-religii-koniec-swiata-wedlug-kosciola/

Podręczniki do religii. Czy są wiarygodne? – http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/podreczniki-do-religii-czy-sa-wiarygodne/

Pismo Święte jakiego nie znacie” – http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/pismo-swiete-jakiego-nie-znacie/

Ilu naukowców wierzy w Boga?”- http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/ilu-naukowcow-wierzy-w-boga/

Z okazji rozpoczęcia roku akademickiego mogę polecić:

„Lekcje religii w szkołach wyższych” – http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/lekcje-religii-w-szkolach-wyzszych/

enforce-46910_640.

 

flowing-abstract-art

Podręczniki do religii. Kim jest Bóg?

W jednym z podręczników pada pytanie: Kim jest Bóg? Spróbujmy odpowiedzieć, nie sugerując się katechezą.

flowing-abstract-artAbstrakcyjny bóg deistów

Mówiąc „Bóg”, często ma się na myśli nieznaną siłę, która spowodowała powstanie świata i także dziś podtrzymuje jego istnienie. Na forach można przeczytać, że musi istnieć „coś”, co stanowi prapoczątek świata i podstawę jego istnienia. Ten Bóg-Coś przypomina boga deistów.

Deistami nazwano filozofów i ludzi wykształconych, którzy w czasach Oświecenia twierdzili, że bóg stworzył świat, ale nie ingeruje w ziemskie sprawy. Kwestionowali też inne podstawowe nauki kościołów chrześcijańskich: wiarę w cuda, sąd ostateczny, zbawienie, potępienie, w to, że Pismo Święte zawiera boże objawianie itd. W epoce Oświecenia wśród sławnych ludzi deistami byli Denis Diderot, Jan Jakub Rousseau, Voltaire, Maksymilian Robespierre, Napoleon Bonaparte, Benjamin Franklin, Jerzy Waszyngton, Thomas Jefferson. Do XX w. deiści, podobnie jak ateiści, ukrywali swoje poglądy. W państwach islamistycznych ma to miejsce do dziś.

Bóg deistów nie jest osobą. Jest niezwykłą siłą, nadzwyczajną rzeczywistością. Współcześnie utożsamia się go często z „mózgiem” sterującym światem za pomocą praw przyrody, z ładem rzekomo panującym w przyrodzie, z transcendencją (rzeczywistością całkowicie innego rodzaju niż rzeczywistość fizyczna czy przyroda), z absolutem rozumianym jako rzeczywistość wieczna, niezmienna, stanowiąca podstawę wszystkiego, co istnieje. Deizm często trudno odróżnić od panteizmu, od utożsamiania z bogiem całego wszechświata rządzącego się prawami przyrody.

Bóg według Kościoła katolickiego

Kościół uznaje Boga osobowego, który opiekuje się ludźmi i sądzi ich po śmierci. Naucza ponadto – a jest to sprawa kluczowa – że człowiek posiada duszę nieśmiertelną, daną mu przez Boga. Dzięki temu będzie mógł istnieć wiecznie. Obietnica „wiecznego życia” jest wręcz głównym tematem kościelnego nauczania.

moses-1564373_960_720Z pojęciem Boga w katolicyzmie wiąże się wiele innych wyobrażeń i dogmatów, np. wiara w cuda, w istnienie aniołów i szatana, w grzech pierworodny, w niepokalane poczęcie, w objawienie zawarte w Piśmie Świętym, w Trójcę Przenajświętszą, w Jezusa Chrystusa, który został zasłany przez Boga ojca, by odkupić świat, następnie zmartwychwstał i w przyszłości będzie sądził ludzi itd. Jest to, jak widać, obszerna mitologia religijna.

Pod wpływem starożytnej filozofii greckiej teolodzy chrześcijańscy zaczęli w Średniowieczu przedstawiać Boga za pomocą pojęć filozoficznych. Za Biblią pisze się, że jest niewidzialnym, wszechpotężnym duchem, z którym rozmawiał Mojżesz, prorocy, Jezus. A za starożytną filozofią pisze się (także w podręcznikach), że jest absolutem, transcendencją, immanencją. W ten sposób Bóg z wszechpotężnego ducha bytującego gdzieś w niebiesiech, stał się nadnaturalną rzeczywistością, bytem istniejącym poza czasem i przestrzenią, a zarazem przenikającym wszechświat jakby był rodzajem promieniowania.

Czy to prawda?

W podręczniku czytamy, że „Bóg nie może być przedmiotem bezpośredniego i jednoznacznego poznania”, oraz że „Religia nie podlega żadnym możliwościom empirycznego sprawdzenia”. Wiedza o Bogu ma pochodzić z bożego objawienia zawartego w Piśmie Świętym, oraz z poznania religijnego (teologicznego) odbywającego się za pomocą nadzwyczajnego „zmysłu wiary”, danego przez Boga.

Kościelni autorzy nie chcą spojrzeć prawdzie w oczy: istnienie Boga może być przyjęte tylko „na wiarę”, nie „na rozum”. Nie ma na to rady. Poznanie religijne jest całkowicie subiektywne, chociaż w podręczniku pisze się, że jest obiektywne. Dlaczego obiektywne? „Obiektywny charakter wiary potwierdza Nauczycielski Urząd Kościoła”, a biblijna prawda o stworzeniu świata i człowieka przez Boga „jest zagwarantowana nieomylnym Bożym natchnieniem”. No tak, nic dodać, nic ująć. Jak władze kościelne i Biblia coś mówią, to jest to na pewno obiektywna prawda. Hej!

Cytuję podręcznik religii dla liceum i technikum „Drogi świadków Chrystusa w świecie”, jezuickiego Wydawnictwa WAM, płyta DVD i notes ucznia (w innych podręcznikach jest podobnie). Jeden z podrozdziałów nosi tytuł: „Człowiek pyta, kim jest Bóg”.

W jakiego boga wierzyć?

Jeżeli już musimy wierzyć w boga, to tylko w abstrakcyjnego boga deistów. I najlepiej nie nazywać go bogiem. Idzie bowiem o nieznaną pierwotną, fundamentalną siłę jak najbardziej naturalną, należącą do świata przyrody. Nazwa „Bóg” sugeruje, że jest to siła nadnaturalna. I że jest to Bóg osobowy. Dlatego lepiej nie nazywać tej siły bogiem (szczególnie przez duże B). Może nazwa supersiła byłaby odpowiednia?

W żadnym przypadku nie warto wierzyć w boga utkanego z zabobonów, należącego do którejkolwiek ze znanych religii – katolicyzmu, chrześcijaństwa, judaizmu, islamu, hinduizmu lub innych. Wiara w istnienie nieznanej supersiły ma w sobie łut racjonalności. Coś takiego może istnieć. Natomiast wiara w biblijnego Boga osobowego, nawet przekształconego za pomocą pojęć filozoficznych, to jakby wiara w krasnoludki lub we wszechpotężnego czarownika z bajki (o tym, dlaczego nie wierzymy w krasnoludki, próbowałem napisać w innym miejscu, w artykule „Dowód na nieistnienie. Kogo?” – link poniżej). Nie warto wierzyć w starożytne mity religijne, nawet jeżeli zostały „unowocześnione” przez filozofów i teologów.

Warto przyjrzeć się bogowi Arystotelesa i Einsteina.

albert-einstein-1145030_960_720Einstein nie identyfikował się z żadną z istniejących religii. Nie wierzył w Boga, o którym nauczały kościoły chrześcijańskie, judaizm czy jakakolwiek inna znana religia. Ale … po pierwsze, często używał słowa „bóg” jako przenośni, alegorii, jak w sławnym powiedzeniu „Bóg nie gra w kości”. Wyrażał w tej sposób przekonanie, że w przyrodzie panuje powszechnie determinizm. Przeciwstawiał się indeterminizmowi zyskującemu wówczas na znaczeniu wśród fizyków i filozofów.

Po drugie, Einstein nazywał „bogiem” swoisty ład, który przyroda zawdzięcza zadziwiającym zasadom/prawom. Chciał wiedzieć, skąd ten ład pochodzi. Są to poglądy o charakterze deistycznym lub panteistycznym. Sugerowanie, że Einstein wierzył w Boga, o którym mówi Biblia, jest intelektualnym nadużyciem i wprowadzaniem w błąd. Einstein nie był „wierzący”.

„Słowo >Bóg< jest dla mnie – napisał – niczym więcej niż wyrazem i wytworem ludzkiej słabości, a Biblia zbiorem dostojnych, ale jednak prymitywnych legend, ponadto dość dziecinnych. Żadna interpretacja, niezależnie od tego, jak subtelna, nie może tego zmienić”.

Jednak Einstein nie unikał słowa „bóg”. Można powiedzieć, że był niekonsekwentny, co wynikało chyba stąd, że nie próbował przedstawić swoich poglądów na temat boga w pełniejszy i systematyczny sposób. Za to w telegraficznym skrócie napisał: „Wierzę w Boga Spinozy, który ujawnia się w harmonii wszystkiego, co istnieje, a nie w Boga, który interesuje się losem i uczynkami ludzi”. Spinoza (XVII w.) to czołowy przedstawiciel panteizmu. Podręcznik wymienia go jako jednego z głównych krytyków teizmu w czasach nowożytnych.

W jednym z wywiadów Einstein powiedział: „Jesteśmy w sytuacji dziecka wchodzącego do olbrzymiej biblioteki wypełnionej książkami w wielu językach. (…) Dziecko niewyraźnie dostrzega tajemniczy porządek w układzie ksiąg, ale nie wie, co to jest”. Bóg Einsteina to coś, co ujawnia się w „tajemniczym porządku” zauważalnym w przyrodzie, czy też jest tym porządkiem.

Einstein nie chciał nazwać się ateistą, bo ateizm kojarzył z niedostrzeganiem tajemniczości świata i życia. Niesłusznie, tak jak bywają prymitywni teiści, w tym prymitywni katolicy i biskupi katoliccy, tak też bywają prymitywni ateiści. Ale ateizm nie wyklucza zadziwienia światem, a nawet swoistego mistycyzmu, rozumianego nie jako wrażenie kontaktu z Bogiem, ale jako poczucie, że jesteśmy częścią świata, którego nie potrafimy do końca zrozumieć (to mistycyzm naturalistyczny, jak można by go nazwać).

Ateizm nie wyklucza zafrapowania „tajemniczym porządkiem” panującym w przyrodzie i jego źródłem. Ateista zauważy co najwyżej, że w przyrodzie ładowi towarzyszy bezład. I nie wiadomo, co leży u podstaw. Może ład jest po wierzchu, zaś bezład u podstaw? Na pewno ateista nie przyjmie wyjaśnienia, że porządek został stworzony przez boga, bo na istnienie boga brak dowodów.

Einsteinowi przypisuje się deizm, panteizm (utożsamienie boga ze światem) lub agnostycyzm. Żadne z tych określeń nie jest zadowalające. Przekonania Einsteina to pogranicze deizmu i panteizmu, w żadnym wypadku teizm. Fundamentem teizmu, w tym judaizmu i chrześcijaństwa, jest pojęcie boga osobowego, ingerującego w sprawy świata i ludzi.

Przeskakując do starożytności zauważmy, że dla Arystotelesa bóg to bezosobowy byt najdoskonalszy, wieczna, niezmienna rzeczywistość. To nieruchomy „pierwszy poruszyciel”, który utrzymuje cały świat w ciągłym ruchu. Nie jest to bóg osobowy, nie sądzi ludzi, nie karze, nie zbawia, nie czyni cudów, nie wskrzesza zmarłych, nie objawia się w pismach świętych. Arystotelesowi nie idzie o bogów znanych z mitologii greckiej. Ma na uwadze coś zupełnie innego niż jakiegokolwiek boga z mitów greckich lub z Biblii.

Bóg deistów, Arystotelesa, Einsteina, nie reaguje na ludzkie zachowania i nie wymaga, by go czcić. Nie ma sensu modlić się do niego. Modlitwa do tego boga przypominałaby modlitwę do energii elektrycznej.

Z powodu domniemanego istnienia deistycznego boga (supersiły, nieznanego „coś”) nie ma sensu należeć do Kościoła katolickiego lub jakiegokolwiek innego.

Teologiczne pomyłki

Dla Arystotelesa bóg (theos) to byt bezosobowy. A co zrobił św. Tomasz z Akwinu (XIII w.)? Utożsamił Arystotelesowskiego bezosobowego boga – z Bogiem chrześcijańskim. Czy to celowa sofistyczna (oszukańcza) zmyłka? Po części ten kamuflaż trwa do dziś. Np. św. Tomasz zapożyczył od Arystotelesa argumentację na rzecz istnienia boga, chociaż w grę wchodzą całkowicie odmienne pojęcia boga. Argumentacja ta przekazywana jest w nauczaniu kościelnym także dziś, także w podręczniku. Jest błędna formalnie i merytorycznie, na co wskazuje się powszechnie. Mimo to nadal jest w obiegu.

Św. Tomasz przyjmuje za Arystotelesem, że każda rzecz ma swoją przyczynę, musi więc istnieć pierwsza przyczyna sprawcza. Przyjmuje też, że ruch zawsze wymaga siły poruszającej – musi więc istnieć „pierwszy poruszyciel”, który wprawił świat w ruch. Mają to być argumenty przemawiające za istnieniem Boga. Bo tą pierwszą przyczyną i pierwszym poruszycielem musi być – twierdzi św. Tomasz – Bóg.

Otóż nie. Pierwszą przyczyną i pierwszym poruszycielem może być równie dobrze nieznana nam samoistna pierwotna rzeczywistość, jak najbardziej naturalna. Św. Tomasz i teolodzy katoliccy tendencyjnie przyjmują/sugerują, że musi to być Bóg – i to Bóg, o którym mówi Pismo Święte i Kościół katolicki.

Na coś jeszcze warto zwrócić uwagę. Nawet jeżeli przyjmiemy za św. Tomaszem, że Bóg istnieje i jest pierwszym poruszycielem i pierwszą przyczyną, to w żaden sposób nie wynika z tego, że człowiek ma duszę nieśmiertelną; że Jezus był synem bożym; że przed końcem świata odbędzie się sąd ostateczny itd. Te wszystkie „prawdy”, podawane do wierzenia przez Kościół, wymagałyby odrębnej argumentacji – a tej brak. Kościół powołuje się na objawienie zawarte w Piśmie Świętym i na „zmysł wiary”, który zawdzięcza się łasce bożej (czytamy o tym także w podręczniku).

Jest to argumentacja bezwartościowa. Dlaczego? Bo przekonanie, że Pismo Święte rzeczywiście zawiera boże objawienie, jest pozbawione jakiegokolwiek sensownego uzasadnienia. A świadectwa „zmysłu wiary” to bez reszty subiektywne doznania.

Na koniec sięgnijmy do katechizmu. Mówi się tam, że istnieje rzeczywistość, która „nie ma ani początku, ani końca”, jest „pierwszą przyczyną i ostatecznym celem wszystkiego”. I stwierdza się, że tę właśnie rzeczywistość „wszyscy nazywają Bogiem” (KKK 34).

No właśnie – nazywają. Co z tego, że wszyscy nazywają to Bogiem? Być może istnieje wieczna rzeczywistość, która nie ma początku ani końca i jest przyczyną wszystkiego, ale nazywanie jej Bogiem i sugerowanie, że to Bóg, o którym naucza Kościół, jest pozbawione jakichkolwiek podstaw. Hipotetyczną wieczną rzeczywistością może być przyroda, nieznana nam dziś jej postać. Nie musi to być jakikolwiek bóg.

Najlepiej …

Najlepiej nie wierzyć w żadnego boga, nie wyznawać żadnej religii, żadnych religijnych filozofii, nie wierzyć w żadne zabobony i przesądy, wróżby, magię, astrologię, ezoterykę, w żadne duchy. Niczym to nie grozi. Nie słyszałem, żeby ktoś cierpiał z powodu utraty wiary w boga, w „prawdy” religijne, zabobony, moce tajemne. A ludzi niereligijnych jest sporo.

Nie wiemy, jak świat powstał, czy może w jakiejś postaci był wieczny. To jednak nie powód, by ulegać kościelnej indoktrynacji i wierzyć w religijne mity.

PapieżBiskupiNa deser porcja humoru

Dopiero dziś wiemy, jak przebiegało spotkanie papieża Franciszka z polskimi biskupami na Wawelu 27 lipca br. podczas Światowych Dni Młodzieży (jak donosiła prasa, spotkanie odbyło się na życzenie papieża za zamkniętymi drzwiami).

Biskupi zapytali papieża:

– Co mamy zrobić, by naród polski pozostał wierny Bogu?

– Nic nie da się zrobić. Boga nie ma! – odpowiedział papież.

Alvert Jann

…………………………………………………………………………………………………….

Alvert Jann: Blog „Ćwiczenia z ateizmu” – http://polskiateista.pl/aktualnosci/blogi/cwiczenia-z-ateizmu/

Zapraszam licealistów, studentów i wszystkich zainteresowanych na ćwiczenia z ateizmu. Co miesiąc <pierwszego>, czasami częściej, będę zamieszczał krótki tekst, poważny ale pisany z odrobiną luzu. Nie widzę siebie w roli mentora czy wykładowcy, mam na myśli wspólne zastanawianie się. – Nauka nie wyjaśnia wszystkiego, religia nic nie wyjaśnia.

Inne artykuły z cyklu „Podręczniki do religii”:

Pierwszy to „Pismo Święte jakiego nie znacie” – http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/pismo-swiete-jakiego-nie-znacie/

Ostatni to „Podręczniki do religii. Ewolucja według Kościoła” – http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/podreczniki-religii-ewolucja-wedlug-kosciola/

O sprawie intronizacji Chrystusa na króla Polski piszę w artykułach:

Intronizacji Chrystusa nie będzie …”http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/intronizacji-chrystusa-bedzie/

Gra królem Chrystusem” – http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/gra-krolem-chrystusem/

Na blogu znajduje się w tej chwili 27 artykułów, m.in.:

Dowód na nieistnienie. Kogo? – http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/dowod-na-nieistnienie-kogo-2/

Jan Paweł II bez taryfy ulgowej” – http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/jan-pawel-ii-bez-taryfy-ulgowej/

Wypędzanie szatana” – http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/wypedzanie-szatana/ i inne.

enforce-46910_640.

………………………………………………………………………………………………………………

church-1190816_960_720

Podręczniki do religii. Ewolucja według Kościoła

Kościół katolicki próbuje pogodzić wiarę w stworzenie człowieka przez Boga – z ewolucją, o której mówią nauki przyrodnicze. Temat ten pojawia się także w podręcznikach do religii dla liceum i technikum. Jak to wygląda?

church-1190816_960_720Nie kwestionuje się ewolucji, w podręcznikach przytaczana jest wypowiedź Jana Pawła II, że „nowe zdobycze nauki każą nam uznać, że teoria ewolucji jest czymś więcej niż hipotezą”. Jednak to, co prezentuje Kościół i podręczniki, pozostaje w wyraźnej sprzeczności z naukami przyrodniczymi.

Zajmę się przede wszystkim podręcznikiem religii dla liceum i technikum „Drogi świadków Chrystusa w świecie”, jezuickiego Wydawnictwa WAM, płyta DVD i notes ucznia (ewolucji poświęcono rozdział pt. „Poszukiwanie początku i przeznaczenia”). W innych podręcznikach jest podobnie.

Kościelny kreacjonizm

Nauki przyrodnicze ukazują, jak w drodze procesów naturalnych, bez bożego udziału, następował rozwój przyrody, pojawiały się nowe gatunki, w tym także człowiek (te procesy to przede wszystkim adaptacja do środowiska i selekcja naturalna). Natomiast Kościół uznaje, zgodnie z cytowanym w podręczniku stanowiskiem polskiego episkopatu z 2006 r., że bóg ingeruje w proces ewolucji i tylko dzięki bożej ingerencji powstał człowiek. Na gruncie nauk przyrodniczych jest to nie do przyjęcia. Dlaczego? Najzwyczajniej brak po temu jakichkolwiek podstaw. Nie ma żadnych wiarygodnych argumentów świadczących o bożym wkładzie w proces ewolucji.

Problem nie polega na tym, jak sugeruje podręcznik, że sprawa bożej ingerencji po prostu wykracza poza zakres badań naukowych. Idzie o coś innego. Na rzecz udziału Boga w procesie ewolucji – powtórzmy – brakuje jakichkolwiek wiarygodnych argumentów. Gdyby były, naukowcy wzięliby je pod uwagę. Ponieważ argumentów brak, boże sprawstwo musi być traktowana wyłącznie jako religijne wierzenie, fantazja. Podobnie ktoś mógłby twierdzić, że w proces ewolucji ingerowały krasnoludki. Czy można to uznać, zadowalając się wyjaśnieniem, że zbadanie tej kwestii wykracza poza zakres badań naukowych? To byłby absurd.

Kościół poczynił w końcu XX w. pewien postęp w nauczaniu o powstaniu człowieka. Nie głosi już, że Bóg stworzył świat i człowieka w ciągu sześciu dni, jak jest to przedstawione w Biblii. W podręczniku czytamy, że Kościół odrzuca fideistyczny kreacjonizm. Tak nazwano przekonanie, że Biblia przedstawia dokładny, niemetaforyczny opis stworzenia świata i człowieka (nazwa kreacjonizm pochodzi od łac. creatio – stworzenie, w tym przypadku idzie o stworzenie przez Boga; przymiotnik fideistyczny ma wskazywać, że idzie o wiarę opartą wyłącznie na zapisach Pisma Świętego). W przytoczonym stanowisku polskiego episkopatu z 2006 r. o fideistycznych kreacjonistach czytamy: „Ustalają oni wiek ziemi na kilka tysięcy lat oraz uznają istnienie jedynie tej liczby gatunków, które zostały powołane do życia na początku i nie ulegają żadnym zmianom ewolucyjnym”. Biskupi nie zgadzają się z tymi ustaleniami, mającymi charakter ekscesu i niedorzeczności.

Trzeba jednak wyraźnie powiedzieć: Jan Paweł II, episkopat i podręcznik wciskają swój własny kościelny kreacjonizm, tj. wiarę, że człowiek pojawił się w toku ewolucji za sprawą Boga. Jak mówi przysłowie: „niedaleko pada jabłko od jabłoni”. Stanowisko Kościoła katolickiego można określić jako mniej szokującą wersję kreacjonizmu. Kreacjonizm nie jest uznawany na gruncie nauk przyrodniczych. Przyjrzyjmy się dokładniej.

Bóg tchnął duszę?

chimpanzee-871296_640W cytowanym w podręczniku stanowisku polskiego episkopatu w sprawie ewolucji czytamy: „ewolucja wiedzie ku pojawieniu się człowieka jako istoty wolnej, odpowiedzialnej i świadomej. Ale sama z siebie tego progu nie pokonuje. W celu powołania do życia człowieka Bóg mógł posłużyć się jakąś istotą przygotowaną na planie cielesnym przez miliony lat ewolucji i tchnąć w nią duszę – na swój obraz i podobieństwo” (notes ucznia, s. 15). Zacznijmy od kwestii duszy.

Czy są jakiekolwiek wiarygodne argumenty wskazujące, że Bóg tchnął duszę w istotę ukształtowaną w toku ewolucji?

Jeżeli ktoś twierdzi, że coś takiego miało miejsce, to na nim spoczywa obowiązek podania dowodu/argumentacji. Zamiast tego mamy pokrętne rozumowania i uniki. Oto kwintesencja teologicznego krętactwa:

Według kościelnej teologii cała rzeczywistość nadprzyrodzona – Bóg, aniołowie, dusza nieśmiertelna – jest niedostępna naszym zmysłom i badaniu empirycznemu. Także w podręczniku napisano (w innym rozdziale), że „religia nie podlega żadnym możliwościom empirycznego sprawdzenia”. To bardzo wygodna i sprytna teza. Dzięki niej, chociaż nie ma żadnych argumentów i dowodów potwierdzających istnienie duszy danej człowiekowi przez Boga, można głosić, że istnieje. To sofistyka w pełnej krasie (sofistyką nazwano w filozofii pokrętne, oszukańcze argumentowanie i wyjaśnianie).

Podobnie zwolennicy krasnoludków mogliby twierdzić, że są niewykrywalne i chociaż ich istnienia nigdzie nie stwierdzono – istnieją na pewno, bo tak głoszą stare legendy. Różni kapłani i guru twierdzą, że bogowie i nadzwyczajne siły, o których mówią, istnieją na pewno i robią różne rzeczy.

Mieszając teologię i biologię teolodzy tworzą własną kościelną teorię ewolucji, w której decydującą rolę przypisują Bogu. Ta hybrydowa teoria nie opiera się na żadnych badaniach przyrody, tylko na religijnych wierzeniach. Stanowisko Kościoła w kwestii ewolucji to fideizm, który skądinąd Kościół stara się odrzucać. Fideizm to przekonanie, że należy wierzyć wbrew jakimkolwiek rozumowym argumentom i nauce (idzie o wiarę religijną). Ciekawa fideistyczna formuła głosi: „Wierzę, bo jest to niedorzeczność” – „Credo quia absurdum”. Fideizm miał i ma zwolenników. Kościół werbalnie odrzuca to stanowisko, chociaż trafnie ujmuje ono, na czym polega wiara religijna, w tym także wiara w to, że Bóg ingerował w przebieg ewolucji i tchnął duszę w jedną z istot.

Ewolucja „sama z siebie” nie mogła?

Według polskiego episkopatu, jak zacytowano w podręczniku, „ewolucja wiedzie ku pojawieniu się człowieka jako istoty wolnej, odpowiedzialnej i świadomej. Ale sama z siebie tego progu nie pokonuje. Pokonanie progu, jaki dzieli człowieka od innych gatunków zwierząt, musiało być – zdaniem teologów i biskupów – dziełem Boga.

Można zapytać, skąd teolodzy i biskupi wiedzą, że ewolucja „sama z siebie” tego progu nie pokonuje? Ewolucja polega właśnie na powstawaniu nowych gatunków, które charakteryzują się często nowymi właściwościami. Ze świata roślin wyłonił się świat zwierząt. Różnica olbrzymia, chociaż są też formy pośrednie, o których trudno powiedzieć, czy to rośliny, czy zwierzęta. Czy Bóg miał spowodować tę wielką przemianę? I wiele innych, które miały miejsce w toku ewolucji?

charles-robert-darwin-62911_960_720Badania nauk przyrodniczych pokazują, że ewolucja „sama z siebie” pokonuje różnego rodzaju progi i „sama z siebie” doprowadziła do pojawienia się człowieka obdarzonego świadomością, rozwiniętymi umiejętnościami myślenia, wolą, zasadami moralnymi i wartościami.

Można dokładnie śledzić, jak w procesie ewolucji stopniowo formował się układ nerwowy, mózg i psychika, od form najprostszych po wysoce rozwinięte u ssaków i człowieka. Także w rozwoju płodowym człowieka można śledzić wcześniejsze stadia ewolucji, w tym rozwój ludzkiego mózgu odpowiedzialnego za świadomość i myślenie abstrakcyjne.

Badania naukowe, od paleontologii po genetykę, wskazują, że ewolucja w drodze naturalnych procesów „sama z siebie” doprowadziła do pojawienia się człowieka z wszystkimi jego właściwościami. Ale władze Kościoła nie chcą tego uznać, bo kłóci się z religijnymi wyobrażeniami i mitami, że człowiek został stworzony przez Boga. Nie chcąc negować faktu ewolucji wymyślono, że oto Bóg ingerował w proces ewolucji, tchnął duszę w ludzkie ciało i dzięki temu człowiek zyskał właściwości wyróżniające go na tle innych gatunków – wyjątkowe zdolności umysłowe, świadomość itp. To religijne fantazje na temat ewolucji, a nie jakakolwiek istotna wiedza o procesach ewolucji.

Książki kreacjonistów, teolodzy, a także Jan Paweł II, nie przedstawiają jakichkolwiek wiarygodnych argumentów czy uzasadnień na rzecz udziału Boga w ewolucji.

Przytoczony wyżej cytat ze stanowiska polskiego episkopatu nie powinien znaleźć się w podręczniku. Dlaczego? Bo jest to wypowiedź na temat ewolucji i ewolucyjnego powstania człowieka – a zagadnienia te należą do nauk przyrodniczych, a nie do teologii i władz Kościoła. Kościół od końca XIX w. uznał w zasadzie, że nie przedstawia stanowiska w kwestiach należących do kompetencji nauki. A tu oto mamy autorytatywne stanowisko, że ewolucja „sama z siebie” nie mogła doprowadzić do pojawienia się człowieka, dopiero Bóg musiał tchnąć duszę …

Moja znajoma teolożka Celestyna złośliwie twierdzi, że episkopat niebawem ogłosi, że „obserwator”, o którym dowcipnie mówi się w fizyce kwantowej, to Bóg.

Nie ma sprzeczności?

W podręczniku przywoływane jest stanowisko Piusa XII i Jana Pawła II, zgodnie z którym nie ma sprzeczności między ewolucją a wiarą katolicką „pod warunkiem, że nie zgubi się pewnych niezmiennych prawd”. Rzecz właśnie w tych rzekomych „niezmiennych prawdach”. Kościelni autorzy wymagają, by ewolucję widzieć jako proces, w który ingeruje Bóg.

Natomiast nauki przyrodnicze wskazują, że człowiek wraz z wszystkimi umiejętnościami powstał w drodze naturalnych procesów ewolucyjnych, coraz lepiej poznawanych.

Teologia pozostaje w głębokiej sprzeczności z nauką. Wprowadza do wiedzy o ewolucji wyobrażenia Boga i boskiej duszy. Na gruncie nauki nie mają one racji bytu.

Na zakończenie kącik humoru

sunset-1310336_960_720Ktoś puka do bram nieba.

– Kto tam? – pyta głos z góry.

– Karol.

– Który? Marks, Darwin czy Wojtyła? – pyta głos.

– Wojtyła.

– Niedobrze – odpowiada głos.

– Dlaczego, Panie?

– Nie głosiłeś prawdy – odpowiada Najwyższy.

Do podręczników religii wrócę po wakacjach. – Alvert Jann

…………………………………………………………………………….

Alvert Jann: Blog „Ćwiczenia z ateizmu” – http://polskiateista.pl/aktualnosci/blogi/cwiczenia-z-ateizmu/ 

Zapraszam licealistów, studentów i wszystkich zainteresowanych na ćwiczenia z ateizmu. Co miesiąc <pierwszego>, czasami częściej, będę zamieszczał krótki tekst, poważny ale pisany z odrobiną luzu. Nie widzę siebie w roli mentora czy wykładowcy, mam na myśli wspólne zastanawianie się. – Nauka nie wyjaśnia wszystkiego, religia nic nie wyjaśnia.

Inne artykuły z cyklu „Podręczniki do religii”:

Podręczniki do religii. Grzech pierworodny” – http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/podreczniki-do-religii-grzech-pierworodny/

Podręczniki do religii. Koniec świata według Kościoła” – http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/podreczniki-do-religii-koniec-swiata-wedlug-kosciola/ 

Podręczniki do religii. Czy są wiarygodne?” – http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/podreczniki-do-religii-czy-sa-wiarygodne /

Pismo Święte jakiego nie znacie” – http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/pismo-swiete-jakiego-nie-znacie/

Na blogu znajdują się w tej chwili 23 artykuły, m.in.:

Lekcje religii w szkołach wyższych”- http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/lekcje-religii-w-szkolach-wyzszych/

Chrześcijaństwo obłędu” – http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/chrzescijanstwo-obledu/

Dowód na nieistnienie. Kogo? – http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/dowod-na-nieistnienie-kogo-2/

Sens według teologów i nie tylko” – http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/sens-wedlug-teologow-i-nie-tylko/

enforce-46910_960_720…………………………………………………………………………………..

enforce-46910_640

Podręczniki do religii. Czy są wiarygodne?

Podręczniki do religii zawierają wiele treści wymagających sprostowania i krytycznej oceny. Dziś kluczowy temat: Skąd Kościół czerpie wiedzę o Bogu? I czy to wiedza wiarygodna? Biorę pod uwagę program nauczania religii w liceach i technikach, cytuję podręcznik „Drogi świadków Chrystusa w świecie”, jezuickiego Wydawnictwa WAM (w innych jest podobnie).

W podręczniku czytamy, że Kościół i wierni zyskują wiedzę o Bogu dzięki poznaniu religijnemu, nazywanemu też poznaniem teologicznym. To szczególny rodzaj poznania, który zawdzięczać mają łasce bożej, „zmysłowi wiary” kształtowanemu przez Boga, otwarciu się na Boga, „na światło Bożego objawienia” zawarte w Piśmie Świętym. Źródłem wiedzy, określanej jako prawdziwa, jest więc Pismo Święte.

Wątpliwości

Trzeba zapytać, czy poznanie religijne prowadzi do uzyskania wiedzy prawdziwej? W podręcznikach pisze się wprost, że „Bóg nie może być przedmiotem bezpośredniego i jednoznacznego poznania ludzkiego”, oraz że „Religia nie podlega żadnym możliwościom empirycznego sprawdzenia”. Nie ma więc żadnych możliwości sprawdzenia/udowodnienia, że wiedza religijna jest prawdziwa. Ma być przyjęta >na wiarę<. Poznanie religijne opiera się na przyjętym z góry i bez dowodu założeniu, że Bóg w Piśmie Świętym przekazał prawdziwą wiedzę, którą odczytuje i głosi Kościół. Pisze się o tym wielokrotnie, ot chociażby: „Poznanie religijne (teologiczne) charakteryzuje zatem w punkcie wyjścia uznanie przewyższającego człowieka Autorytetu, czyli Boga, oraz tego, co On ludziom przekazał o sobie, świecie i przyszłości – jako niepodważalnych założeń, nad którymi snuje się rozumną refleksję”. Czytamy też, że biblijna prawda o stworzeniu świata i człowieka „jest zagwarantowana nieomylnym Bożym natchnieniem”. Zagwarantowana? Nie ma takiej gwarancji.

Zwróćmy uwagę, że podawane przez Kościół katolicki wierzenia religijne zawierają bardzo ważne twierdzenia egzystencjalne (tak nazywa się twierdzenia mówiące, że coś istnieje lub nie istnieje). Kościół głosi, że istnieją aniołowie, złe duchy, Bóg. Głosi, że są to byty osobowe, osoby. To twardy orzech do zgryzienia. Rozumnie człowiek może uznawać za prawdziwe tylko te twierdzenia, które zostały sprawdzone, udowodnione, dobrze uzasadnione. Dotyczy to w szczególności twierdzeń egzystencjalnych, chociaż nie tylko ich. Nie ma podstaw, by uznać za prawdziwe twierdzenia o istnieniu aniołów, złych duchów, Boga. Nie ma też podstaw, by uznać, że Pismo Święte zawiera boże objawienie; że ludzi czeka sąd ostateczny i rajskie Królestwo Boże; że Jezus był synem bożym zesłanym by odkupić świat; że prawdziwe są kościelne dogmaty. Dlaczego? Bo nie można tego sprawdzić.

Warto powiedzieć o olbrzymiej różnicy, jaka istnieje między religią a nauką.

W dziedzinie nauki są ustalone procedury sprawdzania prawdziwości twierdzeń i teorii – na tej podstawie jedne z nich uznaje się za prawdziwe, inne mają status hipotez, mogą być odrzucone, zmodyfikowane lub potwierdzone. Wprawdzie nikt nie jest w stanie sam sprawdzić wiedzy z różnych dziedzin nauki, ale wiedza naukowa podlega ciągłemu sprawdzaniu w toku prowadzonych badań.

W dziedzinie wierzeń religijnych panuje całkowita dowolność. Nie ma możliwości sprawdzenia czegokolwiek, np. czy Pismo Święte zawiera rzeczywiście boże objawienie. Każda religia, każdy kościół, każdy prorok, guru twierdzi, że jego wiedza jest prawdziwa. Nie ma kryteriów, które pozwalałyby powiedzieć, że to katolicyzm, a nie kościoły protestanckie, judaizm, mormonizm, islam, hinduizm lub buddyzm głoszą prawdę. Trzeba powiedzieć wyraźnie, że w odniesieniu do wszelkich wierzeń religijnych, także tych podawanych przez Kościół katolicki, nie można mówić o prawdzie. Nazywanie wierzeń religijnych „prawdą” jest nieuzasadnione.

Nie są wiarygodne interpretacje Pisma Świętego podawane przez Kościół. Dobiera się cytaty, ukrywając to, co niewygodne (niżej podaję link do tekstu zawierającego takie kłopotliwe cytaty). Podaje się pokrętne interpretacje. Całkowita dowolność panuje w sprawie uznania lub odrzucenia tego, co zawiera Stary Testament. Twierdzi się też, że tekstu Pisma Świętego nie można rozumieć dosłownie, mamy tam np. dużo przenośni i symboli. Ale nie wiadomo, jakie rozumienie jest właściwe, oraz co jest, a co nie jest przenośnią. Władze kościelne podają tę interpretację, która aktualnie im odpowiada. Jaki jest rezultat tego zamieszania? Trudno mówić tu o jakiejkolwiek prawdzie. Mamy dziwną sytuację. Kościół głosi, że Pismo Święte zawiera prawdę, ale nie wiadomo, jaka ta prawda jest.

Osoby religijne twierdzą często, że ateiści nie rozumieją, czym jest poznanie religijne, bo nie jest im dane. Zapytajmy, czym jest doświadczane przez osoby religijne poznanie religijne? Jest to przeżycie psychiczne, doznanie, polegające na nabraniu poczucia, że wyznawane wierzenia religijne są prawdziwe. W żaden sposób nie znaczy to, że wierzenia te są prawdziwe.

Powiedzmy też, że tzw. przeżycie mistyczne (mistycyzm religijny), czyli poczucie bezpośredniego kontaktu z Bogiem, doświadczane czasami przez osoby religijne, jest niczym więcej niż szczególnym stanem psychicznym. Można go wywołać środkami farmakologicznymi z kategorii narkotyków. Pod ich wpływem osoba zafascynowana religią może mieć wrażenie łączności z Bogiem.

Sofistyka religijna

Warto zwrócić uwagę, że teologiczne i filozoficzne rozważania dotyczące religii grzeszą często sofistyką. Najkrócej mówiąc, sofistyka to wymyślanie bałamutnych lub wręcz oszukańczych argumentów i teorii. Sofistami nazywano w starożytnej Grecji i Rzymie wędrownych filozofów-nauczycieli. Wielu nie stroniło od intelektualnego kuglarstwa. Stąd sofistyka to filozoficzne krętactwo.

Przykład sofistyki: Oto mówimy, że krasnoludki nie istnieją w rzeczywistości, są postaciami z bajek. Na to ktoś odpowiada, że krasnoludki to postacie duchowe, są niewidoczne, ich istnienia nie można empirycznie stwierdzić. Ale istnieją naprawdę. Skąd o tym wie? Ze starożytnych legend i kronik.

Możemy być zaskoczeni, ale w filozofii i teologii roi się od sofistycznych pomysłów. Dlaczego? Wierzenia religijne od dawien dawna budziły wątpliwości, trzeba było jakoś uzasadnić, że są prawdziwe (także Biblia wspomina o notorycznych niedowiarkach, których oczywiście przedstawia w jak najgorszym świetle). Ponieważ Boga nie można było nigdzie dostrzec, przed kapłanami i teologami stało zadanie wytłumaczenia, że jednak istnieje naprawdę.

Najlepszy okazał się pomysł, że Bóg istnieje, ale jest niewidzialny i niedostępny ludzkim zmysłom, ludzkiemu poznaniu. Za teologią wyobrażenie niepoznawalnego Boga przekazują podręczniki szkolne. Mamy tu do czynienia z sofistyką, ze sprytnym, ale niezbyt rzetelnym rozumowaniem. Oto mówi się, że coś jest faktem, istnieje naprawdę, a jednocześnie, że nie można tego w żaden sposób sprawdzić. W takim razie nie powinno się mówić, że to prawda.

Argumenty św. Tomasza z Akwinu

W podręcznikach przytacza się argumenty za istnieniem Boga, podane przez św. Tomasza z Akwinu w XIII w. Nawet teolodzy i religijni filozofowie nie uważają ich za wystarczające. Podręczniki stwarzają jednak sugestię, że są to trafne dowody istnienia Boga (przypuszczalnie dlatego są zamieszczane). Nie poddaje się ich krytycznej ocenie. Nie mówi się, że są błędne, nie wytrzymują krytycznej analizy, nie dowodzą istnienia Boga. Nie mówi się, że mają charakter sofistyki, pokrętnego filozoficznego rozumowania. Przyjrzyjmy się.

Argument 1 (nazywany „z ruchu”). W podręczniku czytamy: „Musi istnieć ktoś/coś, co wprawiło istniejący świat w ruch. Tym pierwszym >poruszycielem< jest Bóg”. Dowód zakłada, że istniał nieruchomy świat i dopiero pierwszy poruszyciel wprawił go w ruch. Tę teorię można by uważać co najwyżej za poetycką metaforę, ale nie za argument na rzecz istnienia Boga. Nietrudno zauważyć, że jeżeli nawet przyjmiemy pojęcie pierwszego poruszyciela, który wprawił istniejący świat w ruch, to równie dobrze mogłaby to być nieznana nam bezosobowa siła, pierwotna energia, której nie można nazwać bogiem. Nawet w cytowanym zdaniu mówi się, że musi to być „ktoś” albo – podkreślmy – „coś”. Owo „coś” to raczej nieznana siła, a nie Bóg.

Natomiast św. Tomasz bez żadnych podstaw nazywa pierwszego poruszyciela Bogiem.

To nie wszystko. Kościół przyjmuje pojęcie Boga osobowego, który zajmuje się światem i opiekuje ludźmi, ma ich sądzić i obiecuje zbawienie. Tymczasem pierwszego poruszyciela można wyobrazić sobie – jak robili to deiści – jako istotę boską, która wprawiła świat w ruch lub go stworzyła, ale później nie zajmuje się światem i ludźmi. Takie pojęcie Boga niewiele ma wspólnego z Bogiem uznawanym przez chrześcijan, żydów czy muzułmanów. Kościół katolicki odrzuca zdecydowanie takie rozumienie Boga.

Podsumowując, w powyższym argumencie wniosek nie wynika z przesłanki, która – podkreślmy – została przyjęta bez dostatecznej podstawy. W żadnej mierze nie mamy tu do czynienia z argumentem za istnieniem Boga, a w szczególności Boga, w jakiego wierzą chrześcijanie. Nie pisze się o tym w podręczniku.

Argument 2. głosi: „Każda rzecz ma swa przyczynę. Jeżeli tak, to musi też istnieć pierwsza przyczyna sprawcza – Bóg”. Zauważmy, po pierwsze, że znów bez żadnych podstaw ową pierwszą przyczynę nazywa się Bogiem. I po drugie, można zasadnie zapytać, kto w takim razie stworzył Boga? Teolodzy na mocy definicji przyjmują, że Bóg istniał wiecznie. Wobec tego równie dobrze na mocy definicji można by przyjąć, że wieczna jest cała przyroda.

Co na to teolodzy? Mówią, że Bóg jest istotą nadzwyczajną i tylko on istnieje wiecznie. Łatwo zauważyć, że to założenie dowolnie przyjęte, sprytne – sofistyka w pełnej krasie.

W istocie nie wiemy, jak powstała przyroda, czy może była w jakiejś formie wieczna. Powiedzenie, że to Bóg stworzył wszystko, niczego nie wyjaśnia. Jest to wyjaśnienie pozorne, fikcyjne. Równie dobrze można powiedzieć, że stwórcą był brodaty czarownik z zaświatów. Lepiej uczciwie powiedzieć „nie wiem”, niż głosić starożytne mity o stworzeniu świata przez Boga.

Argument 3. mówi, że wszystko na świecie przemija, musi więc istnieć byt nieprzemijający – jest nim Bóg. Znów bezpodstawnie przyjmuje się, że ten trwały składnik to Bóg. Zapytajmy, a dlaczego nieprzemijającą rzeczywistością nie może być przyroda? Są dziś przypuszczenia, że przed tzw. wielkim wybuchem (przed powstaniem naszego wszechświata) istniały inne wszechświaty, lub też nieznane nam formy rzeczywistości przyrodniczej.

Kościół nie chce uczciwie powiedzieć, że nie znamy dziś odpowiedzi na wiele podstawowych pytań. Zamiast tego podaje mitologiczne wyjaśnienia, mówi że to Bóg jest stwórcą wszechrzeczy i jedynym bytem wiecznym. To są wyjaśnienia pozorne, gołosłowne, niczego nie wyjaśniają. To tak, jakby na pytanie, skąd się biorą dzieci, odpowiadać, że Bóg je stwarza. Kilkuletnie dziecko może w tę odpowiedź uwierzyć.

Argument 4. jest najbardziej zaskakujący i absurdalny: „Jeśli istniejące w świecie rzeczy wykazują różną doskonałość, to musi istnieć byt najdoskonalszy – Bóg”. Wnioskowanie, jakie tu przeprowadzono, jest karykaturalnie błędne. Z tego, że wykoncypujemy sobie, iż najdoskonalszą istotą jest Bóg, nie wynika że Bóg istnieje. W ogóle z tego, że coś sobie wyobrazimy, nie wynika, że to istnieje. Ponadto pojęcie doskonałości jest tak nieokreślone i niejasne, że jego sofistyczny charakter ujawnia się w całej pełni (sofistyka opiera się często na niejasności pojęć i słów). Z przedstawionego argumentu w żaden sposób nie wynika, że musi istnieć Bóg.

W końcu argument 5. głosi, że „ład i porządek panujący w działaniu bytów świadczy o istnieniu Boga kierującego światem”. Znów mamy nieuprawnione wnioskowanie. Względny ład i porządek świadczy tylko o tym, że taka jest właśnie postać świata. Jeżeli świat istnieje, pewien ład i porządek należy do właściwości przyrody. Nie wynika z tego, że Bóg kieruje światem.

Podsumowując, powyższe argumenty na rzecz istnienia Boga są może i pomysłowe, ale zwróćmy uwagę, że mają one charakter sofistyki, tzn. opierają się na filozoficznych mistyfikacjach, manipulowaniu pojęciami, niejasności pojęć, bezpodstawnym wyciąganiu wniosków. Argumentacji brakuje dostatecznego uzasadnienia. Św. Tomasz zawsze dochodzi do wniosku, że musi istnieć Bóg, ale wniosek nie wypływa z przyjętych przesłanek.

Na zakończenie

W jednym z liceów na lekcji religii niegrzeczny uczeń zapytał księdza katechetę:

– Proszę księdza, skąd ksiądz wie, że Pismo Święte naprawdę zawiera Boże objawienia?

– Kościół tak naucza – odpowiedział katecheta.

– A skąd Kościół to wie? – pyta uczeń.

– Z Pisma Świętego – odparł katecheta.

W podręcznikach religii często cytuje się Pismo Święte. Ale zarówno katolicy jak i ateiści mogą być zaskoczeni tym, co zawiera. Są tam rzeczy obłędne i straszne. Podręczniki i katechizm pomijają kompromitujące treści, a warto o nich wiedzieć. Garść zaskakujących cytatów przytaczam w krótkim artykule pt. „Pismo Święte jakiego nie znacie” – http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/pismo-swiete-jakiego-nie-znacie . Do podręczników religii będę jeszcze wracał. – Alvert Jann

……………………………………………………………………………………………

Blog „Ćwiczenia z ateizmu” – http://polskiateista.pl/aktualnosci/blogi/cwiczenia-z-ateizmu/ : Zapraszam licealistów, studentów i wszystkich zainteresowanych na ćwiczenia z ateizmu. Co miesiąc <pierwszego>, czasami częściej, będę zamieszczał krótki tekst, poważny ale pisany z odrobiną luzu. Nie widzę siebie w roli mentora czy wykładowcy, mam na myśli wspólne zastanawianie się. – Nauka nie wyjaśnia wszystkiego, religia nic nie wyjaśnia.

Na blogu znajduje się w tej chwili 17 artykułów, m.in.:

„Jan Paweł II bez taryfy ulgowej – http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/jan-pawel-ii-bez-taryfy-ulgowej/

„Lekcje religii w szkołach wyższych” – http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/lekcje-religii-w-szkolach-wyzszych/

Dowód na nieistnienie. Kogo? – http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/dowod-na-nieistnienie-kogo-2/

„Sens według teologów i nie tylko” – http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/sens-wedlug-teologow-i-nie-tylko/

enforce-46910_640

brick-83696_640

Bóg Luk i bogini Luka

Nauka nie wyjaśnia wszystkiego – to popularny argument na rzecz istnienia boga. Czy uprawniony? Czy można przypisać sprawstwo bogu, jeżeli nauka nie wyjaśnia, jak powstało życie, jak powstała ludzka świadomość? Metodę argumentowania wykorzystującą luki w wiedzy, by wskazywać na istnienie i działalność boga, nazwano alegorycznie argumentem „boga luk” lub „boga zapchajdziury”.

Jest to metoda błędna. Jeżeli nauka nie wyjaśnia danego zjawiska, to wniosek, że mamy do czynienia z działaniem sił boskich, jest nieuprawniony. Po pierwsze, w grę mogą wchodzić inne przyczyny, jak najbardziej naturalne. Po drugie, nauka czyni postępy, z czasem wyjaśnia to, co było niewyjaśnione. Po trzecie, hipotezy teistyczne, wskazujące na rolę sił nadprzyrodzonych, są zawsze gołosłowne, brak im uzasadnienia poza jednym, niewystarczającym argumentem– że nauka nie daje odpowiedzi.

Sensowna hipoteza wymaga poważnego uzasadnienia. Tak nie jest w przypadku hipotez teistycznych. Nie wystarczy powiedzieć, że być może mamy w danym przypadku do czynienia z działaniem boga. To nie żart, ale równie dobrze można by twierdzić, że to dzieło krasnoludków, szatana lub innych nieuchwytnych istot. Formułowanie niczym nie popartych przypuszczeń nie ma wartości poznawczej.

Co więcej, wskazanie na sprawstwo boga to wyjaśnienie pozorne. To tak jakby na pytanie, kto zbudował piramidy egipskie, odpowiedzieć, że stworzyciel. Nadal nic nie wiemy, otrzymujemy odpowiedź gołosłowną, która nic nie wyjaśnia. Nauka nie wyjaśnia wielu zjawisk, ale religia nic nie wyjaśnia.

Przykład z życia

Z faktu, że biochemia nie podaje obecnie dokładnego opisu powstania życia, nie można wnioskować, że jest ono dziełem boga. Nie jest to też argument na rzecz istnienia boga.

Wiedza biochemiczna pozwala na poważną hipotezę, że życie powstało w drodze naturalnego procesu. Natomiast wskazywanie na sprawstwo sił nadprzyrodzonych, to odwoływanie się do mitologicznych wyjaśnień, do „boga luk”.

Żeby uwiarygodnić swoje stanowisko teiści – osoby wierzące w boga – powołują się nierzadko na autorytet nauki. Możemy przeczytać, że współczesna nauka potwierdza, że życie nie mogło powstać z materii nieożywionej. Tymczasem jest to co najwyżej osobiste przekonanie niektórych badaczy. Zwolenników hipotez teistycznych jest wśród naukowców niewielu. Wystarczy wspomnieć, że wśród członków amerykańskiej Narodowej Akademii Nauk, zrzeszającej najwybitniejszych naukowców, wiarę w boga deklarowało tylko 7 %, w tym wśród biologów 5.5 % (por. http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/ilu-naukowcow-wierzy-w-boga/).

Dziś teolodzy stali się nieco ostrożniejsi w korzystaniu z argumentu „boga luk”, niektórzy krytykują jej nadużywanie. Wiadomo dlaczego. Bo co będzie, jeżeli biochemicy dowiodą możliwości powstania życia w drodze procesu naturalnego? Będzie kompromitacja kościelnego stanowiska. Kościół wielokrotnie się mylił. Jednak argument „boga luk” ciągle jest w użyciu.

Katalog zjawisk, w których osoby wierzące i Kościół dopatrują się interwencji boskiej, rozciąga się od rzekomych cudów medycznych po powstanie świata. Poziom wypowiedzi bywa bardzo różny. Pozostańmy na polskim podwórku i sięgnijmy do górnej półki.

Bóg Luk według ks. prof. Hellera:

Na stronie Copernicus Center (nie mylić z Centrum Nauki Kopernik), instytucji działającej pod patronatem ks. prof. Michała Hellera, można było przeczytać: „Zdaniem profesora Hellera, istnieją jedynie trzy ‚dziury’, które ostatecznie muszą być ‚wypełnione’ Bogiem”: dziura ontologiczna, epistemologiczna i aksjologiczna. Można powiedzieć, że Bóg Luk istnieje w trzech osobach

 Bóg luki ontologicznej

Na czym ma polegać luka ontologiczna? Wiemy, że świat istnieje, ale nie wiemy dlaczego, wielu rzeczy nie wiemy. Według Hellera odpowiedź wymaga uwzględnienia boga. Świat zawdzięcza istnienie bogu i jest przez niego kierowany. Luka w wiedzy zostaje wypełniona bogiem. Teraz już wiemy.

Czy to zadowalająca odpowiedź? Jak wielu teologów Heller przyjmuje, że bóg istnieje i nie musiał być stworzony. Jest rzeczywistością ostateczną, samoistną, absolutną. Teolodzy uznają to na mocy definicji, założenia, aksjomatu. Czy jest to uzasadnione? Nie, nie ma powodu, by takie wydumane definicje i założenia przyjmować.

Jak najbardziej zasadne pozostaje pytanie, które teolodzy chcą odrzucić na mocy definicji: Kto w taki razie stworzył boga? Co więcej, skoro teolodzy uznają, że bóg już nie musiał być stworzony, to równie dobrze można przyjąć założenie, że także natura, przyroda, nie musiała być stworzona, jest rzeczywistością samoistną. Wtedy hipoteza istnienia boga okazuje się niepotrzebna, bo tak jak ostateczną i nie wymagającą uzasadnień rzeczywistością według teistów jest bóg, tak samo według ateistów samoistną, przez nikogo nie stworzoną rzeczywistością może być świat, przyroda/natura.

To jednak spekulacje, co innego jest ważniejsze. Lepiej uczciwie powiedzieć, że nie wiemy czy i jak świat powstał, niż głosić, że został wytworzony przez boga. Nie jest prawdą, że ludzie koniecznie pragną odpowiedzi na pytanie, jak świat powstał. Nie słyszałem, by cierpieli z powodu tej niewiedzy. Nie ma potrzeby upierać się przy iluzji z epoki brązu, nieco tylko unacześnionej. Powiem mocniej. Wierzyć w ten mit, to żyć w kłamstwie. Jeżeli mamy obowiązek wierności rozumowi, to rozum nie pozwala wierzyć w archaiczne mity, tak jak nie pozwala wierzyć w duchy krążące po lasach.

Bóg luki epistemologicznej

Luka epistemologiczna ma być związana z pytaniem, dlaczego możemy poznawać świat, dlaczego możemy go badać metodami matematycznymi.

Heller odpowiada, powiedzmy w skrócie, że świat został stworzony przez boga według matematycznych zasad i dlatego może być badany przez naukowców metodami matematycznymi.

Zauważmy, że kwestię tę znacznie lepiej można zrozumieć bez przyjmowania hipotezy o stworzeniu świata przez boga. Jak? Przyroda posiada właściwości, które naukowcy starają się przedstawić za pomocą matematycznych formuł/wzorów. Wiele zjawisk daje się opisać za pomocą liczb, np. temperatura powietrza. Nie ma potrzeby zakładać, że bóg stworzył przyrodę według matematycznych wzorów, które ma w swoim umyśle. Formuły te, zwane prawami przyrody, są tworzone przez naukowców w efekcie badań. Nie ma żadnych uzasadnień, by twierdzić, jak chce Heller, że istnieją w boskim umyśle.

Posłużmy się przykładem. Istnieje grawitacja, która jest właściwością przyrody. Naukowcy tę właściwość badają i przedstawiają w postaci matematycznego wzoru. W ten sposób powstaje prawo grawitacji, które jest twierdzeniem sformułowanym przez badaczy. Nie ma potrzeby zakładać, że prawo to istnieje w boskim umyśle.

A ks. prof. Heller zakłada dużo więcej. Przyjmuje, że matematyka i twierdzenia matematyczne istnieją niezależnie od człowieka, a matematycy jedynie odkrywają istniejącą obiektywnie matematyczną rzeczywistość. Gdzie ona istnieje? Nie jest jasne, ale teolodzy chrześcijańscy przyjmują, że w boskim umyśle. Podobne stanowisko, nazywane matematycznym platonizmem, było w starożytności, w czasach Pitagorasa i Platona dość rozpowszechnione wśród filozofów, ale bynajmniej nie powszechne. Dziś to kuriozum kultywowane przez niektórych matematyków.

Trzeba zwrócić uwagę, że nauka starożytna różni się bardzo od współczesnej nie tylko zakresem wiedzy, ale przede wszystkim standardami metodologicznymi. Aż do tzw. rewolucji naukowej, która rozpoczęła się na dobre w XVII w., nauka nie była wyraźnie odróżniana do wiedzy magicznej i ezoterycznej, astrologii, wróżbiarstwa, alchemii. Pitagoras był, jak byśmy dziś powiedzieli, szalonym sekciarzem. Nie on jeden uprawniał – nie rozróżniając – matematykę, wiedzę magiczną i ezoterykę. Głęboką zmianę przyniosło dopiero Oświecenie. Dzisiejsza skłonność do wstawiania boga w luki w wiedzy o świecie, do kreowania teistycznych wyjaśnień, jest reliktem zaprzeszłych czasów. Teologiczne i filozoficzne dociekania dotyczące spraw nadprzyrodzonych, a także platonizm matematyczny, są ryzykownie bliskie dawnej wiedzy tajemnej.

Dlaczego możemy poznawać świat? Wyjaśnienie naturalistyczne jest nie tylko możliwe, ale i lepiej uzasadnione niż teistyczne. Mamy zdolność poznawania świata, bo jesteśmy jego częścią, powstaliśmy w drodze ewolucji, jesteśmy z nim „z natury” kompatybilni. Wszelkie zwierzęta, a w pewien sposób nawet rośliny, poznają swoje otoczenie. Można śledzić, jak ewolucyjnie zmieniał się układ nerwowy i mózg, jak rozwijało się życie psychiczne, świadomość i zdolności poznawcze. Teoria ewolucji, a nie bóg, to najlepsze wyjaśnienie, jakie znamy.

Podsumowując, nie na żadnej luki/dziury epistemologicznej w rozumieniu przyjętym przez Hellera. Nie ma po co przywoływać boga luk.

Bóg luki aksjologicznej

Teiści twierdzą często, że nauka nie wyjaśnia, skąd się biorą wartości uniwersalne, właściwe wszystkim ludziom. Także Heller sądzi, że nauka nie ma nic do powiedzenia o ich pochodzeniu i o naturze dobra i zła. Tylko wskazując na boga można wyjaśnić istnienie uniwersalnych wartości.

Trzeba powiedzieć, że luki aksjologicznej – wbrew temu, co mówi Heller – nie ma, nie trzeba przywoływać boga, by wyjaśnić pochodzenie i treść wartości uniwersalnych. Odpowiedzi dostarczają współczesne badania socjobiologiczne i teoria ewolucji. Wskazują one, że wśród zwierząt żyjących w grupach ma miejsce współpraca, pomoc i opieka wzajemna, poczucie solidarności. Zwierzęta społeczne walczą z wrogiem zewnętrznym, potrafią za grupę poświęcić życie. Jednocześnie zwierzęta społeczne walczą o pozycję w stadzie, tak jak ludzie walczą o pozycję społeczną i wpływy nawet w rodzinie. Osobnik, który jest nadmiernie agresywny w stosunku do członków grupy własnej, jest przywoływany do porządku, karany.

Wszystkie te zachowania kształtowały się wśród zwierząt ewolucyjnie i są wręcz niezbędne dla życia grupowego. Można je zauważyć nawet bez prowadzenia badań. Nasz ludzki uniwersalny system wartości wyrasta z naszej odległej ewolucyjnej przeszłości. Podstawę ludzkiej moralności stanowi biologiczne, ewolucyjne wyposażenie.

Czy nasza moralność czymś się wyróżnia? Ludzie, mając rozwiniętą zdolność abstrakcyjnego myślenia, ujmują zasady moralne w kodeksy, w systemy wierzeń, w niejasne maksymy. Dają o sobie znać kulturowe uwarunkowania. Ale praktyka wygląda zasadniczo podobnie jak wśród wielu innych gatunków zwierząt społecznych, chociaż kulturowe modyfikacje są znaczne.

Przekonanie, że ludzka moralność ma wyższe, boskie pochodzenie jest dziś nie do obrony. Ma pochodzenie ewolucyjne, zwierzęce. Teoria ewolucji jest genialnym wynalazkiem, zaś wyjaśnienia religijne – archaiczną ściemą. Że mają zwolenników także wśród naukowców? Tak, ale niewielu. Przypomnijmy, wśród członków amerykańskiej Narodowej Akademii Nauk wiarę w boga deklarowało 7 %, w tym wśród biologów 5.5 %.

Słowo na zakończenie

Postęp nauki sprawia, że powstają nowe problemy, nowe pytania, na które nie ma jeszcze odpowiedzi. Zawsze będą istniały luki w wiedzy. Taka jest właściwość współczesnej nauki. I powiedzmy wyraźnie, dzięki temu dokonuje się postęp nauki.

Alvert Jann

Blog „Ćwiczenia z ateizmu” – http://polskiateista.pl/aktualnosci/blogi/cwiczenia-z-ateizmu/:  Zapraszam licealistów, studentów i wszystkich zainteresowanych na ćwiczenia z ateizmu. Co miesiąc <pierwszego>, czasami częściej, będę zamieszczał krótki tekst, poważny ale pisany z odrobiną luzu. Nie widzę siebie w roli mentora czy wykładowcy, mam na myśli wspólne zastanawianie się. – Nauka nie wyjaśnia wszystkiego, religia nic nie wyjaśnia”. „Bóg Luk i bogini Luka” to drugi tekst z cyklu ćwiczeń z ateizmu.

Pierwszy tekst z cyklu ćwiczeń z ateizmu to „Dowód na nieistnienie. Kogo?” – http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/dowod-na-nieistnienie-kogo-2/

* O sobie piszę w: „Jak zostałem ateistą. Część 1” – http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/jak-zostalem-ateista-czesc-1/

** Z okazji rozpoczęcia roku akademickiego polecam artykuł o ekspansji Kościoła w szkolnictwie wyższym pt. „Lekcje religii w szkołach wyższych”: http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/lekcje-religii-w-szkolach-wyzszych/

Vitek 1.02.2013

Lekcje religii w szkołach wyższych

 Alvert Jann

Ekspansja Kościoła w państwowym szkolnictwie wyższym i w instytucjach naukowych umyka uwadze opinii publicznej. Pisze się o religii w szkołach podstawowych i średnich, zapominając o szkołach wyższych.

Mamy w Polsce trzy duże uniwersytety katolickie, ponadto na sześciu państwowych uniwersytetach działają wydziały teologii katolickiej. Wszystkie są kościelnymi placówkami w całości finansowanymi przez budżet państwa. Kościół okopał się w wielu instytucjach naukowych. W Narodowym Centrum Nauki (państwowej instytucji finansującej badania naukowe) teologia figuruje jako pełnoprawna dziedzina nauki. Centralna Komisja Do Spraw Stopni i Tytułów nadaje tytuły i stopnie naukowe w zakresie teologii. Są to praktyki zakorzenione w czasach średniowiecza, ale współcześnie nieuzasadnione. Za pieniądze podatników stwarza się pozór naukowego charakteru teologii. Nie każda tradycja jest dobra. Teologia nie jest nauką, a jej ekspansja służy wyłącznie partykularnym interesom Kościoła. Powiedzmy wyraźnie, nie powinno się teologii finansować z budżetu państwa.

Hodowla

Jak do tego doszło?

Jak powstało rozdęte państwowe szkolnictwo wyższe podporządkowane Kościołowi? Gotowość do finansowania kościelnego szkolnictwa ujawniła się tuż po transformacji. W 1991 r. finansowaniem z budżetu państwa objęto, na mocy odrębnej ustawy, Katolicki Uniwersytet Lubelski, a w 1997 r. Papieską Akademię Teologiczną w Krakowie (dziś jest to Uniwersytet Papieski). Korzystną dla Kościoła sytuację stwarzał Konkordat zawarty między Rzeczpospolitą Polską a Państwem Watykańskim, który wszedł w życie 25 kwietnia 1998 r. (rządził AWS i premier Jerzy Buzek). Na tej podstawie zawarto umowy między Rządem RP a Konferencją Episkopatu Polski dotyczące szkolnictwa wyższego. Konkordat nie określał szczegółów, nie przesądzał o finansowaniu uczelni i wydziałów kościelnych przez budżet państwa, nie przesądzał o ich całkowitym podporządkowaniu Kościołowi. W umowach z episkopatem rząd oddał te uczelnie i wydziały pod kierownictwo władz kościelnych polskich i watykańskich. Zgodził się na ich zdecydowanie wyznaniowy charakter. Jednocześnie zobowiązywał się do finansowania. W państwowym szkolnictwie wyższym powstało państwo kościelne, utrzymywane z pieniędzy publicznych.

Oprócz Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, powstał i rozrósł się Uniwersytet Kardynała Wyszyńskiego w Warszawie oraz Uniwersytet Papieski Jana Pawła II w Krakowie. Wydziały teologii katolickiej utworzono na państwowych uniwersytetach w Poznaniu, Toruniu, Katowicach, Opolu, Szczecinie, Olsztynie, a w Białymstoku powołano Katedrę Teologii Katolickiej oraz Katedrę Teologii Prawosławnej. Uczelnie te i wydziały są w całości finansowane przez budżet państwa. Ponadto państwo dofinansowuje takie kościelne instytucje mające uprawnienia szkół wyższych, np. dwa Papieskie Wydziały Teologiczne w Warszawie, jezuicką Akademię Ignatianum w Krakowie, a także inne placówki kościelne.

Za powoływanie wydziałów teologii na państwowych uniwersytetach odpowiedzialność ponoszą także senaty i władze tych uczelni. Mogły się nie zgodzić, ale wolały akceptować lobbystyczne zabiegi Kościoła. W głosowaniach mało kto decydował się na podniesienie ręki „przeciw”. Ekspansja Kościoła w państwowym szkolnictwie wyższym nie budziła sprzeciwu. Środowiska uniwersyteckie i naukowe, a także opinia publiczna i media, wykazały się co najmniej biernym przyzwoleniem. W ten sposób, obok religii w szkołach podstawowych i średnich, mamy lekcje religii w państwowych szkołach wyższych. Przyjrzyjmy się dokładniej, jak to działa.

Kościelne szkoły wyższe (nazwa oficjalna)

KUL, UKSW, Uniwersytet Papieski w Krakowie, oraz wydziały teologiczne na państwowych uczelniach, respektują przepisy ustawy o szkolnictwa wyższego w zakresie pozwalającym uznawać dyplomy tych uczelni. Pozostają natomiast pod ścisłym kierownictwem Kościoła katolickiego – są domeną Kościoła finansowaną przez państwo. Gwarantują to porozumienia między episkopatem a rządem polskim, oraz statuty tych uczelni i wydziałów, zatwierdzane aż w Watykanie, ale także przez ministerstwo w Warszawie. Ścisły nadzór ze strony Stolicy Apostolskiej (watykańskiej Kongregacji Wychowania Katolickiego) może zaskakiwać. Działalność tych uczelni i wydziałów opiera się na przepisach watykańskich i prawie kanonicznym, nadających państwu watykańskiemu olbrzymie prerogatywy. Zgodził się na to rząd polski.Formy kościelnego nadzoru są zadziwiające. Rektorzy, dziekani, nauczyciele akademiccy przed objęciem funkcji lub zatrudnieniem muszą być zatwierdzeni przez wielkiego kanclerza (jest nim arcybiskup metropolita lub biskup diecezjalny), a na wielu wydziałach także przez Watykan. Kanclerz i Watykan zatwierdzają statuty uczelni i wydziałów. W działalności naukowej ma być respektowana wiedza pochodzącą z Objawienia oraz doktryna Kościoła katolickiego. Zostało to jasno zapisane w dokumentach, nie jest to moje domniemanie.

Rząd polski nie musiał się zgadzać na takie podporządkowanie tych uczelni i wydziałów Kościołowi, skoro je finansuje. Ale się zgodził. Konkordat stwierdzał tylko: Status prawny szkół wyższych (…) oraz status prawny wydziałów teologii katolickiej na uniwersytetach państwowych regulują umowy między Rządem Rzeczypospolitej Polskiej a Konferencją Episkopatu Polski upoważnioną przez Stolicę Apostolską” (art. 15).

Przyjrzyjmy się kilku kluczowym sprawom. Dla jasności skupię się na KUL, ale identycznie jest na innych uczelniach i wydziałach podporządkowanych Kościołowi.

Decydującą władzę na KUL posiada wielki kanclerz, którym jest arcybiskup metropolita lubelski (obecnie ks. dr hab. Stanisław Budzik). Władza wielkiego kanclerza jest ogromna, przypomina absolutyzm papieski. Co robi?

Wielki kanclerz „udziela misji kanonicznej lub zezwolenia na uczenie, a w razie konieczności zawiesza lub odbiera je nauczycielom akademickim”. Praktycznie więc od kanclerza zależy przyjęcie i zwolnienie nauczyciela akademickiego. Jakimi kryteriami się kieruje wielki kanclerz? W statucie czytamy, że kanclerz„troszczy się, aby doktryna katolicka była uprawiana i wykładana zgodnie z nauczaniem Urzędu Nauczycielskiego Kościoła i przepisami prawa kanonicznego”. Kanclerz ma olbrzymi wpływ na całą działalność KUL, także na merytoryczną stronę nauki. Czuwa – jak czytamy – nad sprawami nauki, nauczania i wychowania, a także nad przestrzeganiem przepisów Stolicy Apostolskiej.

634358878227800000

Warto wspomnieć o czymś jeszcze. Wielki kanclerz przyjmuje wyznanie wiary od nowego rektora. To kuriozalne potwierdzenie klerykalizmu, podporządkowania uczelni Kościołowi. Zatwierdza też uchwały senatu o wyborze rektora, a także prorektorów (wcześniej wspominałem o zezwalaniu na nauczanie i odbieraniu tego zezwolenia w stosunku do wszystkich nauczycieli akademickich). Kanclerz zatwierdza też plan rzeczowo-finansowy uniwersytetu.

Ale wielki kanclerz nie jest wierzchołkiem piramidy władzy. Nad nim czuwa Wielki Brat, Watykan. Władza Watykanu jest olbrzymia. O najważniejszych sprawach KUL decyduje Rzym. Wszystkie ważniejsze decyzje wielkiego kanclerza muszą być potwierdzone przez Watykan. Statut wprost stwierdza, że uniwersytet podlega Stolicy Apostolskiej. Watykan zatwierdza statut uniwersytetu, a także wybranego przez senat uczelni rektora. Kuriozalny wymóg to zatwierdzanie przez Rzym dziekanów (tzw. nihil obstat) oraz wyrażanie zgody na zatrudnienie profesora nadzwyczajnego i zwyczajnego na wydziałach kościelnych. Na innych wydziałach konieczna jest zgoda na wykładanie dyscyplin dotyczących wiary i moralności (formułę tę można odnieść dowolnie do bardzo wielu dyscyplin, w tym np. do biologii).

d

Wydziały kościelne, poddane szczególnie silnej kontroli Rzymu, to Wydział Teologii oraz Instytut Prawa Kanonicznego, a także – co najciekawsze – Wydział Filozofii (zatrudnianie profesorów filozofii decyduje się aż w Rzymie). Wydziały kościelne mają szczególny przywilej, na który zgodził się nasz rząd. Nie dość, że działają na podstawie prawa kanonicznego (kościelnego), to w przypadku kolizji tego prawa z prawem państwowym, pierwszeństwo ma – jak zapisano – prawo kanoniczne.

Watykan musi być informowany „o poważniejszych sprawach Uniwersytetu” oraz otrzymuje okresowo sprawozdania. Można powiedzieć, że Wielki Brat czuwa bez przerwy.

Podsumowując, KUL podporządkowany jest bez reszty Kościołowi i doktrynie katolickiej. Podkreślmy, że jest to zależność wprost od Watykanu. Nie ma żadnej autonomii uniwersytetu wobec Kościoła, jest jednostronna podległość. KUL jest folwarkiem Kościoła finansowanym przez państwo polskie z pieniędzy podatników.

A co z uprawianą tam nauką? Działalność naukowa jest podporządkowana formalnie i merytorycznie doktrynie katolickiej i Kościołowi. Nie tylko teologia i filozofia, ale także inne dyscypliny naukowe są zobowiązane respektować doktrynę kościelną. Warto pamiętać, że problemy światopoglądowe pojawiają się często także na gruncie nauk przyrodniczych (najwyraźniej dotyczy to biologii, szczególnie teorii ewolucji, którą Kościół co najwyżej toleruje w wersji teistycznej, tzn. podkreślając moc sprawczą Boga).

Warto wspomnieć, że na KUL pod nazwą filozofii i Wydziału Filozoficznego kryje się w znacznej mierze teologia. Wydział Filozofii zaliczony jest – jak już zaznaczałem – to kategorii wydziałów kościelnych, poddanych szczególnej kontroli, gdzie np. nie można zatrudnić profesora bez zgody Watykanu. Na wydziale tym „pod przykrywką” filozofii w znacznym zakresie uprawiana jest teologia, bronione są rozprawy doktorskie z zakresu teologii i doktryny Kościoła. Jeszcze niedawno była tam Katedra Filozofii Boga (obecnie katedra taka działa na Wydziale Filozofii Uniwersytetu Papieskiego w Krakowie).

Nasuwa się pytanie, co to za nauka, co to za uniwersytet, który bez reszty jest podporządkowany Kościołowi i kościelnej doktrynie/ideologii? Zniewolenie nauki dosadnie zapisano w Statucie KUL: „Realizacja zasady wolności nauki powinna pozostawać w zgodzie z Objawieniem i nauczaniem Kościoła” (par. 14). W Statucie Uniwersytetu Papieskiego czytamy: „Celem Wydziału Nauk Społecznych jest wszechstronne i systematyczne zgłębianie społecznych zagadnień w świetle Objawienia Bożego” (pkt. 167). To są teksty jak z kabaretu. A jeśli ktoś miał złudzenia co do wolności nauki na tych uczelniach, to powinien przypomnieć sobie słowa:„porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie” (Dante „Boska komedia”).

W statucie jednego z wydziałów teologicznych na państwowym uniwersytecie mówi się wprost o „wierności doktrynie katolickiej”. Przywołanie Dantego jest nieprzypadkowe. Czytając o wielkim kanclerzu, o zatwierdzaniu wszystkiego przez Stolicę Apostolską, o nauce wiernej objawieniu i doktrynie katolickiej, nieodparcie zyskujemy przekonanie, że to ta sama komedia, ta sama zjawa z teologicznej wyobraźni, którą przedstawiał Dante w XIV w. I chce się zakrzyknąć: A kysz!

Na UKSW, Akademii Papieskiej w Krakowie oraz na wydziałach teologicznych państwowych uczelni obowiązują takie same przepisy i praktyki jak na KUL. Chociaż wydziały te są częścią państwowych uniwersytetów, to kluczowe sprawy wymagają zatwierdzenia przez wielkiego kanclerza wydziału (jest nim biskup diecezjalny) i przez Watykan.

Czy teologia jest nauką?

Mogłoby się wydawać, że teologia jest – jak wskazywałaby nazwa – nauką o bogu, tak jak biologia jest nauką o organizmach żywych, a geologia o ziemi. Różnica miałaby polegać na odmiennym przedmiocie badań. Tak jednak nie jest.

Po pierwsze, teologia podporządkowana jest interesom i poglądom głoszonym przez Kościół katolicki lub przez inne kościoły i społeczności religijne. Stawia to ją w rzędzie ideologii, tj. poglądów związanych z jakimś ugrupowaniem politycznym i kultywowanych w imię jego interesów. Do teologii przystają takie określenia, jak doktryna, ideologia, światopogląd, ale nie nauka. Jej miejsce jest obok innych kierunków światopoglądowych i doktryn, obok liberalizmu, konserwatyzmu, materializmu, marksizmu-leninizmu. Kierunki takie nie mają statusu dyscyplin naukowych czy akademickich, nie są wymieniane w Narodowym Centrum Nauki jako dziedziny nauki, nie nadaje się stopni naukowych w zakresie konserwatyzmu, marksizmu itp. Nie tak dawno status nauki i przedmiotu akademickiego próbowano nadać marksizmowi, ale powszechnie odnoszono się do tych zabiegów z przymrużeniem oka. Podobnie trzeba traktować dziś teologię.

_naga_prawda

Po drugie, ze względu na przedmiot i cel dociekań teologia należy do kategorii wiedzy tajemnej, ezoterycznej, a nie do dziedziny nauki. Przyjrzyjmy się temu nieco bliżej.

Przedmiot badań nauki współczesnej istnieje realnie. Jest to przyroda, mikro i makrokosmos, organizmy żywe, psychika, życie społeczne, kultura, język, literatura. Także ludzkie wierzenia religijne są przedmiotem badań naukowych. Badania naukowe dostarczają wiedzy o tych dziedzinach rzeczywistości, w tym także o religii.

A co jest przedmiotem badań teologii? Tym przedmiotem ma być rzeczywistość nadprzyrodzona, nadnaturalna, bóg. Kościół widzi w teologii wiedzę o objawieniu bożym. Istotą i celem teologii jest dociekanie i głoszenie prawd objawionych przez boga w Piśmie Świętym.

Czy można takie badania prowadzić w zgodzie z metodologią naukową? Nie można. Można, będąc w habicie i pozostając w zgodzie z metodologią naukową, badać język hebrajski i biblijne wierzenia. Ale są to wtedy badania z zakresu filologii, religioznawstwa, historii. Możemy zyskać wiedzę o języku i wyobrażeniach religijnych ludzi żyjących w tamtych czasach, ale nie ma podstaw, by sądzić, że będzie to wiedza o bogu i tym, co nas czeka po śmierci. Rzeczywistości nadprzyrodzonej i boga badać nie można, bowiem jest to dziedzina niedostępna badaniom naukowym, albo wręcz – nie rozstrzygajmy w tej chwili dylematu – nie istnieje, jest tylko mitem, tworem ludzkiej wyobraźni i kultury.

Zainteresowanie rzeczywistością nadprzyrodzoną niedwuznacznie wskazuje, że teologia należy do dziedziny kultury dobrze znanej od tysiącleci. Jakiej? To wiedza tajemna, ezoteryczna, niedostępna zwykłemu poznaniu zmysłowemu i intelektualnemu. To wiedza o sprawach nadnaturalnych. Czym zresztą innym może być wiedza o bogu, aniołach, niebie, zbawieniu, sądzie ostatecznym? Samo pojęcie objawienia wskazuje na ezoteryczny charakter teologii. Miejsce teologii jest w rzędzie takich nurtów wiedzy ezoterycznej, jak starożytna i średniowieczna gnoza, wiedza o inkarnacji i reinkarnacji, nauki buddyjskie, magia, astrologia, kabała, tarot itp.

W starożytności i średniowieczu nauka i wiedza tajemna nie były wyraźnie odróżniane. Pismo Święte traktowano jako źródło wiedzy o świecie i człowieku. Jeszcze Newton obliczał wiek świata na podstawie Biblii, nie uważał tego za niestosowne. Nie rozgraniczano astronomii i astrologii. Od tamtych czasów dużo się zmieniło. W ostatnich dwóch wiekach w europejskiej kulturze zachodził proces dyferencjacji, poszczególne dziedziny kultury zaczęto ostrzej odróżniać. Nauka i wierzenia religijne oddzieliły się w sposób niewyobrażalny w czasach Newtona, bo nic nie wskazywało, że wierzenia religijne zawierają prawdę o świecie.

Jakie więc racje przemawiają za traktowaniem teologii jako dziedziny nauki w Narodowym Centrum Nauki? Dlaczego nadaje się stopnie i tytuły naukowe w dziedzinie teologii? Stoi za tym interes Kościoła i jego ludzi. Teologia nie powinna figurować jako dyscyplina naukowa w Narodowym Centrum Nauki, nie ma też uzasadnienia nadawanie stopni i tytułów naukowych w zakresie teologii. Na uprawianie teologii miejsce jest w Kościele, ale nie w nauce.

A co z filozofią? Mówi się czasami, że teologia jest pokrewna filozofii? Czy i filozofię mamy pozbawić naukowego splendoru?

Filozofia przeszła w czasach współczesnych wielką metamorfozę, dostosowała się do wymogów metodologii i kultury naukowej, nie jest wiedzą tajemną o rzeczywistości nadprzyrodzonej, nie docieka prawd objawionych. Przemiany takiej nie doświadczyła i doświadczyć nie może teologia.

264668_IMG_4047-D

Summa summarum

Klerykalizm w szkolnictwie wyższym i nauce narasta przy milczącej zgodzie środowisk naukowych. Rzeczpospolita Polska okazuje się podatna na kościelny lobbing, władze państwowe gotowe są finansować kościelne szkolnictwo wyższe, całkowicie podporządkowane władzom kościelnym polskim i watykańskim. Teologii przyznaje się status nauki chociaż jest niczym więcej niż kościelną ideologią oraz zakorzenioną w czasach archaicznych wiedzą tajemną o sprawach nadprzyrodzonych.

Jaki wniosek? Kościelne uczelnie powinny albo uwolnić się od podporządkowania Kościołowi (wymaga to całkowicie nowych statutów, swoistej sekularyzacji), albo władze państwowe powinny zrezygnować z ich finansowania. Nie ma potrzeby utrzymywania przez państwo kościelnych uczelni i wydziałów teologii na państwowych uniwersytetach. – Alvert Jann

Blog „Ćwiczenia z ateizmu” – http://polskiateista.pl/aktualnosci/blogi/cwiczenia-z-ateizmu/: Zapraszam licealistów, studentów i wszystkich zainteresowanych na ćwiczenia z ateizmu. Co miesiąc <pierwszego>, czasami częściej, będę zamieszczał krótki tekst, poważny ale pisany z odrobiną luzu. Nie widzę siebie w roli mentora czy wykładowcy, mam na myśli wspólne zastanawianie się. – Nauka nie wyjaśnia wszystkiego, religia nic nie wyjaśnia.

Na blogu znajduje się w tej chwili 17 artykułów, m.in.:

Jan Paweł II bez taryfy ulgowej” – http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/jan-pawel-ii-bez-taryfy-ulgowej/

Podręczniki do religii. Czy są wiarygodne?” – http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/podreczniki-do-religii-czy-sa-wiarygodne/

Dowód na nieistnienie. Kogo? – http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/dowod-na-nieistnienie-kogo-2/

Bóg przed trybunałem nauki” – http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/bog-przed-trybunalem-nauki/

Spotkania przy trzepaku

spherical-ball-joint-746194_1280

Psychologia religii – Pinker. Polemika

Autor: Zbigniew Woźniak

Polemika do tekstu: Ewolucyjna psychologia religii Stevena Pinkera

A skoro mowa była o ewolucji, to rodzi się pytanie – w jaki sposób tworzy się silna skłonność u człowieka do tego, żeby ewoluowały w nim irracjonalne wierzenia? Mencken powiedział, że najbardziej powszechną kwestią u ludzi i najbardziej reprezentatywną dla naszego gatunku jest obsesyjna wiara w kompletne bzdury. Wyjaśnienie, dlaczego tak miałoby się dziać, stanowi nadal zagadkę dla psychologów.

Ludzie tego wcale nie chcą. Popatrzmy na dzieci. Czy rodzą się z taką potrzebą? Nie. Dzieci wychowywane są tak jak tego chcą dorośli.

Od urodzenia posiadamy lęk przed wężami, ponieważ na świecie występują węże i są jadowite.

(…) Tak jak w przypadku strachu przed wężami. We wszystkich cywilizacjach ludzie posiadają wyostrzoną uwagę na węże.

To nie jest prawda. Taki lęk wynika z dwóch przyczyn: pierwsza – jest to lęk przed nieznanym (węże nie przypominają stworzeń z nogami i „twarzą”, na której można by rozpoznawać emocje a więc domyślić się zamiarów węża wobec człowieka, przewidzieć drogę, jaką się będzie poruszał a także mają inne nietypowe cechy swego wyglądu i zachowania np. rozdwojony język, zachowują się cicho co kojarzone jest z podstępem lub wydają syk, który nie ma odpowiednika wśród znanych nam, przyjaznych odgłosów itp.) i druga – ten lęk jest utrwalany przekazem kulturowym. Jest spora grupa ludzi, którzy nie mają żadnych problemów w kontaktach z wężami, hodują je, wręcz kochają

Konkludując – nie dajemy się tak łatwo wprowadzać w pole. Nasuwa się więc pytanie – dlaczego miałoby być inaczej w kwestii religii?

Przeciwnie – dajemy się łatwo wyprowadzać w pole, czego właśnie dowodzi powszechny przykład religii. Ale są ludzie, których trudniej wyprowadzić w pole. Są to ci, którzy takiego zagrożenia są świadomi, którzy posiadają wiedzę, umieją się do niej odwołać a przede wszystkim nie mają zbyt dużego zaufania do przekazywanych im informacji.

Dzieci nie czytają spontanicznie, dopóki ktoś ich tego nie nauczy. W przeciwieństwie do posługiwania się językiem, ponieważ ten przyswajany jest samoistnie, spontanicznie u wszystkich normalnych dzieci, we wszystkich społeczeństwach. Nie wymaga on świadomego wysiłku.

To jest ważne zdanie. Dzieci nie wiedzą niczego, czego się nie nauczą. I to od ich otoczenia zależy jaką wiedzę i w jaki sposób mogłyby sobie przyswoić. Ale najistotniejsze jest spostrzeżenie, że dzieci przyswajają wiedzę bezkrytycznie, poprzez wiarę, ponieważ na tym etapie rozwoju osobniczego nie dysponują one wcale lub dysponują w ograniczonym zakresie możliwościami krytycznej oceny podawanych im informacji.

Dzieci można łatwo oszukać a one nie zorientują się, że coś takiego się wydarzyło. Nie mają wiedzy, z którą dawałyby radę porównać nowe informacje. Nie mają utrwalonych zasad logiki, które dokonywałyby bezwzględnej kwalifikacji tych informacji jako prawdy lub fałszu. I tu zaczyna się nieszczęście z wiarą i religią, bo gdy taki stan umysłu zostanie utrwalony, to dorosły potem człowiek na zawsze pozostanie w pewnym stopniu dzieckiem.

Samodzielna istota (ludzka), doroślejąc, gromadzi wiedzę o świecie (świat to wszystko, co nas realnie otacza) i uczy się, w jaki sposób odnosić się do tej wiedzy. Wiadomo, że jakaś jej część nie musi być prawdziwa i dlatego trzeba (najpierw) czuć potrzebę selekcji tej wiedzy a potem umieć tej selekcji dokonywać. Trzeba się myślowo usamodzielnić i być sceptycznym czyli umieć w stosunku do każdej, nawet bardzo miłej nam hipotezy odnieść się krytycznie. należy umieć z niej zrezygnować, jeśli okazałaby się fałszywa lub szkodliwa.

Człowiekiem, takim jak dziecko, chociaż dorosłym, można manipulować. Człowiek sceptyczny nie dopuści do tego.

Drugim istotnym kryterium jest ustalenie, czy dana cecha pozwoliła naszym przodkom przeżyć i rozmnożyć się w ich środowisku, które dla nas może być zupełnie obce współcześnie. 

(…)

Żeby oddzielić ziarno od plew, należy uzasadnić w sposób niezależny użyteczność danej cechy.

Oczywiście, że ta cecha nie tylko pozwoliła naszym przodkom przeżyć ale umożliwiła im coś, czego żaden inny gatunek w całej historii życia ziemskiego nie miał. Oto ludzkie gromady mogły w niezwykle plastyczny sposób, dysponując zastępami swoich przedstawicieli poddających się manipulacji, tworzyć takie społeczności, jakie w danych warunkach najefektywniej się sprawdzały. Społeczności z pełnym wykorzystaniem efektu współpracy i specjalizacji. Poddane indoktrynacji ludzkie grupy nie buntowały się przeciwko swemu, często podłemu losowi ale wykonywały rozkazy. I nic lepiej niż religia nie spełniało w tej sytuacji swojego zadania.

Dla kontrastu – niejasne jest nadal, jaką funkcję adaptacyjną posiada humor lub muzyka. Sądzę, że wyjaśnienia religijności mają ten sam problem. Nie posiadają bowiem niezależnego, racjonalnego podejścia, wyjaśniającego, dlaczego ta cecha miałaby być użyteczna.

Co do muzyki, to nie trzeba długo szukać. Muzyką posługują się zwierzęta – sięgnijmy po przykład śpiewu ptaków. Dlaczego tak często się zdarza, że nie pozostaje on na etapie prymitywnego sygnału do przekazu prostej informacji ale zamienia wykonawcę w prawdziwego wirtuoza, który potrafi nie tylko improwizować ale i kopiować utwory innych? Cechą przystosowawczą jest demonstrowanie „nadmiaru zdolności intelektualnych” (bo odnosi się do ptasiego mózgu i umysłu), który może być doceniony przez partnera. Osobnik o takiej cesze będzie miał większe szanse w konkurencji o zasoby i przetrwanie.

Humor to zdolność do kojarzenia ze sobą informacji na pozór bez związku, odkrywania „rozśmieszającej” nas ich sprzeczności. Humor to niestandardowy, ponadprzeciętny sposób myślenia. Jego pozytywna ocena przez ludzi dotyczy nie tylko partnera (analogia do powyższego przykładu ze zwierzętami) ale i możliwości wybicia się kogoś obdarzonego poczuciem humoru (ocenianego pozytywnie) w hierarchii, co też w oczywisty sposób daje grupie zarządzanej przez takiego przywódcę większe szanse w rywalizacji z innymi grupami ludzkimi.

W obu tych przypadkach ewolucja promuje „mądrość”, zdolności intelektualne.

Jednym z wniosków płynących z teorii ewolucji jest ten, że konflikty interesów pomiędzy gatunkami i w obrębie danego gatunku prowadzą do ekwiwalencji wyścigu zbrojeń. Jeden organizm rozwija bardziej zmyślne lub śmiercionośne cechy, inny organizm kompensuje to bronią biologiczną i spirala się nakręca.

Nie tylko wyścigu zbrojeń, gdyż ten wynika z mutacji, z przypadku. Najpowszechniejszą sytuacją codziennej teraźniejszości jest tworzenie zrównoważonych środowisk, które potrafią zgromadzić w swoich zasobach wiele mechanizmów przywracających stan równowagi dynamicznej, gdy pojawi się nowe zakłócenie. Najprostszy przykład to równowaga liczebna populacji ofiar i drapieżników. Jeśli nawet jakiś kataklizm ją chwilowo zakłóci, to ma ona tendencję do ilościowego odtwarzania się.

A zatem powinniśmy przeformułować pytanie z: „Dlaczego religijne wierzenia są wszechobecne?” na: „Kto odnosi korzyści z wierzeń religijnych?”.

Korzyści z istnienia religii odnosiła cała ludzkość. Człowiek ma dużą przewagę nad innymi gatunkami dzięki swemu mózgowi ale do istnienia dobrze zorganizowanych grup ludzkich zbędne jest wykorzystanie pełnego potencjału myślowego wszystkich członków tych grup. Poza tym do pełnego sukcesu brakuje jeszcze drugiego czynnika – fizycznej „mocy przerobowej”. Religia pozwala utrzymać duże ludzkie masy w stanie dziecięcej fazy bezmyślności, niewolnictwa umysłowego – „pszczół lub mrówek robotnic”. Dzięki dużej rozrodczości naszego gatunku, można zagospodarować znaczną część ludzkości, zaprząc ją do czarnej roboty.

Nie uczyć, nie dawać prawdziwej wiedzy – nie będzie się buntowała, bo nie rozpozna swojego kiepskiego położenia.

Pozbawić ją zdolności do rozpoznawania, co jest prawdą i skłaniać do przyjmowania dogmatów – zdobędzie się wiernych, posłusznych wykonawców poleceń a także armię, która będzie skuteczna w starciu z innymi grupami ludzkimi.

Do pewnego etapu indoktrynacji, ogłupiania ale i ambicji przywódców, takie działania na pewno są bardzo skuteczne w rywalizacji międzygrupowej. I będą ewolucyjnie faworyzowane. Gdy poziom indoktrynacji i ambicje wodzów przekroczą trudną do zdefiniowania granicę, taka grupa zaczyna dążyć do samozagłady, ponieważ zaczynają przeważać zgubne dla niej decyzje. Ale odpadną, przegrają tylko te grupy, które posuną się za daleko. Pozostałe zyskują.

Problemem dla władzy nad takimi grupami są idee humanistyczne, wolnościowe, równościowe, których efektem istnienia jest wyzwalanie się ludzi spod indoktrynacji. I dlatego religie tak konsekwentnie zawsze zwalczają te prądy, i niszczą autorytet nauki, wiedzy, humanizmu i logicznego myślenia.

Co jednak z drugą stroną tych transakcji, mianowicie z konsumentami? Dlaczego oni to kupują? Jednym z powodów jest to, że ufamy ekspertom. Gdy boli mnie ząb, otwieram swoje usta i pozwalam innemu człowiekowi na rozwiercenie w nim dziury. Gdy odczuwam ból z powodu ataku wyrostka, pozwalam się rozciąć. To także dotyczy wiary.

Błędne jest nierozróżnianie dwóch definicji wiary.

Pierwsza – to wiara absolutna, bezwzględna, stuprocentowa, zerojedynkowa, nieodnosząca się do żadnego dowodu, ignorująca dowody w ogóle i jakiekolwiek sprzeczności. Wyznawca takiej wiary „wie”, że jakieś zdanie jest prawdziwe i nie zamierza na ten temat dyskutować. Rozpowszechnianiem takiej wiary zainteresowana jest religia, którą musimy w tym kontekście traktować wyłącznie jako narzędzie do osiągania władzy absolutnej jednych ludzi nad drugimi.

I druga – to ufność, za którą kryje się zgoda na weryfikację prawdziwości oraz, najczęściej podświadoma, szacunkowa ocena prawdopodobieństwa prawdziwości. Nie jest to ocena rozumiana jako prawda lub fałsz ale logika rozmyta odnosząca się do statystyki.

Nie wolno tych dwóch definicji funkcjonujących w języku potocznym nie rozróżniać, co się powyżej autorowi przydarzyło.

Konsument kupuje, bo podlega manipulacji, bo został wychowany tak, by jej podlegać. Ktoś mądry, kto nie pozwala sobą manipulować, nie kupi tego. A nasz stosunek do medycyny opiera się na statystyce. Oceniamy szansę powodzenia i wybieramy korzystne dla nas rozwiązanie. Lekarzom i medycynie „ufamy” a nie „wierzymy” w nich.

Podsumowując, uniwersalne istnienie wierzeń religijnych stanowi dla naukowców nie lada zagadkę. Jednak wiele wyjaśnień adaptacyjnych, które dotyczą tego fenomenu, jak te, które ukazały się w czasopiśmie Time, nie spełnia według mnie swojej roli. Istnieje znacznie bardziej prawdopodobne wyjaśnienie, które mówi o tym, iż religia stanowi produkt adaptacji biologicznej w całej różnorodności i złożoności funkcjonowania umysłu, który ewoluował z zupełnie innych pobudek. W tej różnorodności uwzględnić trzeba producenta i konsumenta wierzeń religijnych, którzy to odnoszą zupełnie inne korzyści.

Nie ma zagadki. Jest proste tłumaczenie. Nadmiar ludzkości, bez zauważalnej dla niej doraźnej utraty potencjału umysłowego, udaje się „zagospodarować” w roli głupiego, posłusznego niewolnika. Czy ta indoktrynacja będzie dokładnie religijna, czy oprze się na innej ideologii, to sprawa drugorzędna. Ważne, by tych ludzi okiełznać i użyć jak zaprogramowanych automatów. Za pomocą kłamstwa. Kluczowe jest to, że religii posługiwanie się tym kłamstwem wychodzi najlepiej i bezkarnie, bo boga nie da się za błędy pociągnąć do odpowiedzialności. Można go „zreformować” albo zastąpić nowym, gdy autorytet starego się nieco zużyje.

A ludziom władza absolutna, namaszczona przez boga, podoba się bardzo i dlatego religia tradycyjnie chętnie wchodzi w sojusze z władzą autokratyczną lub dąży do wyłączności jej sprawowania.

Ideologie religijne, jako główne ludzkie narzędzia sprawowania władzy, od zawsze zawłaszczały wszystkie dziedziny życia społecznego. Bo władza absolutna chce zarządzać wszystkim. Udało się wyzwolić od religii nauce czyli wiedzy o świecie. W trosce o jakość życia naszych dzieci i wnuków powinniśmy uwolnić się od kłamstwa (nie tylko religijnego) do końca. Ludzki świat zbudowany na fałszu, który udaje prawdę, którą to sytuację powszechnie akceptujemy, może doprowadzić do tego, że kiedyś ludzkość w ogóle zniknie jako gatunek. Kłamstwo nie zna granic i nie ma hamulców, i nie ma szacunku dla prawdy a więc i dla ludzi.

Wpisy Kaprawym okiem ateisty.

nikomu-nie-mozna-juz-zaufac.

Ateista czyta biblię, a może to nie jest takie głupie…

żeby powstała, „a, biblia” z ateistycznymi przypisami. Pismo Święte jest uważane za najważniejszą księgę świata, której fundamentem jest prawda do bólu.

Niestety mity biblijne zostały „zaczarowane”, a naznaczenie opowieści „świętym przesłaniem” niesie za sobą określone konsekwencje.

Jest wiele dowodów na to, że biblijne opowieści są zestawem dość przypadkowo dobranych ksiąg, których kanoniczność, każda sekta kato-chrześcijańska widzi inaczej.

Z biblią jest pewien problem – nie jest spójna i nie wiadomo, który zestaw rozdziałów można uznać za pełny i święty, czyli taki, który został poskładany pod wpływem siły wyższej.

Chrześcijaństwo co do kwestii prawidłowego zestawienia ksiąg biblijnych, jest podzielone.

Odmiennie skład biblii widzą katolicy, protestanci, czy też Świadkowie Jehowy. Do tego dochodzą jeszcze różne stopnie ich ważności – jedne są mniej, drugie bardziej święte, a wszystko zależy, kto jak zrozumiał, i jak zinterpretował tekst.

Kto ma w takim razie rację?

Nikt… 

Księga kanonów – do wyboru, do koloru

Nieprawdziwym jest argument, padający z ust apologetów kato-chrześcijańskich, jakoby brak dowodu na istnienie iluzji, był dowodem na możliwość jej istnienia.

A to takie proste — albo coś jest, albo czegoś nie ma.

Nieuchronna rzeczywistość, bez mitów i myślenia magicznego — nic, oznacza nic, pustka, zero absolutne…

… tam nawet tego zera nie ma.

Człowiek nie jest w stanie wyobrazić sobie mnóstwa rzeczy.

Czy to oznacza, że mają one szansę stać się kolejnymi bogami?

Oczywiście, że tak.

W kwestiach religijnych preferuje się postawy komunistycznych szatniarzy. Wymyśliliśmy nowy koncept płaszcza, podziwiajcie i zacznijcie się mu kłaniać w podzięce, a na ciche protesty, to my odpowiadamy krótko:

I co nam pan zrobiszsz?

No to krótko…

… o Izaaku i jego dziwnym ojcu, czyli prawie zbrodnia bez sensu.

1 A po tych wydarzeniach Bóg wystawił Abrahama na próbę. Rzekł do niego: «Abrahamie!» A gdy on odpowiedział: «Oto jestem» – 2 powiedział: «Weź twego syna jedynego, którego miłujesz, Izaaka, idź do kraju Moria2 i tam złóż go w ofierze na jednym z pagórków, jakie ci wskażę».

Izraelita słyszy w swojej głowie polecenie, zrobienie czegoś, czego Jahwe zabrania — ma dokonać mordu rytualnego na człowieku, a ściślej mówiąc na własnym synu. Pomysł jest tak absurdalny, że można stracić rozeznanie, o co w tym chodzi. Jednak Abraham się nie zastanawia, kto mu tak naprawdę szeptał do ucha, te pogańskie pomysły. Jak to bywa w skomplikowanych przypadkach biblijnych, do głosu dochodzą liczne interpretacje oraz opinie czy dany przekaz jest symboliczny, czy realistyczny … a słowa swoje znaczą, ich nie można zaczarować.

3 Nazajutrz rano Abraham osiodłał swego osła, zabrał z sobą dwóch swych ludzi i syna Izaaka, narąbał drzewa do spalenia ofiary i ruszył w drogę do miejscowości, o której mu Bóg powiedział.

Tatuś roku, bez zbędnych pytań planuje podstępem zwabić swojego syna w pułapkę. Dlaczego nie oznajmił radośnie synu, że o to zostanie zaszlachtowany nożem i spalony na chwałę Jahwe!?

Nie leń się, weź więcej chrustu.

Abraham, zabrawszy drwa do spalenia ofiary, włożył je na syna swego Izaaka, wziął do ręki ogień i nóż, po czym obaj się oddalili.

Trzeba mieć jakąś patologię w sobie, żeby obarczać syna chrustem, na którym ma zostać za chwilę usmażony.

7 Izaak odezwał się do swego ojca Abrahama: «Ojcze mój!» A gdy ten rzekł: «Oto jestem, mój synu» – zapytał: «Oto ogień i drwa, a gdzież jest jagnię na całopalenie?» 8 Abraham odpowiedział: «Bóg upatrzy sobie jagnię na całopalenie, synu mój». I szli obydwaj dalej.

To już taki wyższy poziom patologii. Ojciec łże w żywe oczy… i idzie sobie dalej.

 12 [Anioł] powiedział mu: «Nie podnoś ręki na chłopca i nie czyń mu nic złego! Teraz poznałem, że boisz się Boga, bo nie odmówiłeś Mi nawet twego jedynego syna».

141188_d0a21fbdf3a5

Po wpakowaniu syna na stos okazało się, że był to próbny alarm, taka sonda:

Czego jesteś w stanie się dopuścić, słuchając głosów w swojej głowie?

I wszyscy żyli długo i burzliwie…

Kolejna z opowieści o okrucieństwie, które miało pokazać prawdziwą wiarę. Rzecz zrodziła się w umyśle jednego człowieka, a jakie tego są konsekwencje, kto chce to zobaczy.

Wesprzyj projekt wydania książki!

„Świadek Jehowy z przypadku” 

Mariusz Hnatiuk

Blog

„Kaprawym okiem ateisty”

Wydanie książki gdy nie ma się własnych środków finansowych, okupione jest ciężkimi warunkami umowy. Postanowiłem więc zrealizować projekt zwracając się do Was z prośbą o jego wsparcie.

Mariusz Hnatiuk

Mariusz Hnatiuk

buddha-72107_1280

Super Bóg – szef wszystkich szefów.

W jednym z komentarzy Lucjan Pazerski zaproponował, aby poruszyć na portalu temat religii monoteistycznych wywodzących się z judaizmu, w zestawieniu z religiami wschodu.

Nie wiem czy już na tym blogu był poruszany temat religii monoteistycznych, mianowicie religii wywodzących się z judaizmu, że w przeciwieństwie chociażby do religii wschodu, są to religie mordercze i zniewalające (…) polecam wziąć ten temat pod lupę, chociażby na zasadzie analizy porównawczej, religie „zachodu”, a religie „wschodu” (można też filozoficzne teorie absolutu, np arystotelejską)…

Koncepcja super boga.

W historii każdego plemienia, narodu główną rolę opiekuńczą odgrywały bóstwa i związane z nimi moce nadnaturalne. Bogowie ci przejawiali cechy i potrzeby danego plemienia, im bóstwo było potężniejsze, tym naród w nie wierzący czuł się silniejszy i bezpieczniejszy.

Księga Powtórzonego Prawa 20; 3 mówiąc mu: «Słuchaj, Izraelu! Zaczynacie dzisiaj walkę przeciw wrogom waszym, niech trwoga przed nimi was nie ogarnia! Niech serce wam nie drży! Nie bójcie się, nie lękajcie się! 4 Gdyż z wami wyrusza Pan, Bóg wasz, by walczyć przeciw wrogom waszym i dać wam zwycięstwo.

Judaistyczny bóg JHWH („On powoduje, że się staje”) zrodził się na potrzeby izraelskiego plemienia, które było otoczone wrogami z własnymi zestawami bogów. Siłą rzeczy Jahwe musiał stać się bogiem nadrzędnym takim, który stworzył wszystko — nawet tych wrogów. Koncepcja super boga nad wszystkimi innymi bogami musiała zostać stworzona, dzięki temu wszyscy inni bogowie zostali pokonani.

Takie podejście pozwalało Izraelitom zracjonalizować wyrzynanie w pień okoliczne plemiona, które nie chciały uznać Jahwe za boga prawdziwego – jedynego nad całym światem. Starotestamentowe bóstwo musiało siłą rzeczy być gniewne, nieznające litości dla wrogów do tego stopnia, że było w stanie utopić całą ludzkość, z wyjątkiem paru wiernych mu osób.

„Gdy Pan, Bóg twój, wprowadzi cię do ziemi, do której idziesz, aby ją posiąść, usunie liczne narody przed tobą: Chetytów, Girgaszytów, Amorytów, Kananejczyków, Peryzzytów, Chiwwitów i Jebusytów: siedem narodów liczniejszych i potężniejszych od ciebie. Pan, Bóg twój, odda je tobie, a ty je wytępisz, obłożysz je klątwą, nie zawrzesz z nimi przymierza i nie okażesz im litości.”   Pwt 7, 1

Teologowie od wieków próbują wypierać agresywny przekaz Starego Testamentu, twierdząc, że wyroki boskie nie podlegają ludzkiej ocenie, a brutalność Jahwe podyktowana była charakterystyką tamtych czasów. W miarę rozwoju cywilizacji wizerunek boga wojny Jahwe musiał zostać ocieplony.

W okresie Sokratesa i Platona narodził się nowy super bóg na miarę nowych czasów – empatyczny Jezus. Jego nauki są pomieszaniem myśli filozoficznych z tradycją judaistyczną. Idea powszechnego odkupienia trafiła na podatny grunt i z czasem przerodziła się w potężną religię instytucjonalną, zarządzaną przez kasty kapłanów, którzy twierdzą, że w procederze wybaczania są niezbędni.

System super boga ewoluuje. Dziś rośnie w siłę islam, który naucza, że Allach unieważnił wszystkie dotychczasowe systemy religijne.

Koran, ostatnia Księga, którą Prorok miał przekazać wszystkim ludziom i która unieważnia poprzednie Księgi. Koran został zesłany do wszystkich ludzi w celu wyprowadzenia ich z ciemności ku światłu, by mieli możliwość żyć w szczęściu, spokoju i stabilizacji

Powinniśmy wierzyć, że Allah wybiera na Swoich wysłanników najlepszych ludzi spośród całej ludzkości, aby przekazywali przesłanie wiary w Allaha, uczyli posłuszeństwa wobec Niego i ustanowili Jego religię na ziemi.

Skoro nie ma rywali dla Allaha, to co w związku z tym?

Islam jest swojego rodzaju hybrydą judaizmu i chrześcijaństwa, jest kolejną religią monoteistyczną, która propaguje tę samą koncepcję; super boga nad wszystkimi bogami. I podobnie jak kiedyś Izraelici, tak dziś muzułmanie mają misję nawrócenia całego świata na wyznawanie jedynego boga – Allaha.

Rozmawiając w dobie obecnej o wierze, rozmawia się niestety o systemie religijnym, a to z kolei jest rozmowa o poglądach i aspiracjach różnej maści religijnych przewodników duchowych. Klasa kapłańska działa w interesie swoich instytucji, prowadząc działania polityczną, w których głównym narzędziem są irracjonalne wierzenia i doktryny. W państwach, w których rządzi religijny zabobon, politycy i kapłani wykorzystują wiarę do kontrolowania zachowań obywateli.

Religie monoteistyczne mają to do siebie, że wtłaczają człowieka w schemat winy i potrzeby odkupienia. Uzależniają ludzi od rytuałów, obrzędów i dogmatów, które są im narzucane przez kapłanów. Celem jest wmówienie ludziom, że bez ich systemu religijnego nie są oni w stanie być dobrymi ludźmi, że mają w sobie pierwiastek zła, który przejmuje nad nimi kontrolę, gdy tylko zaczynają korzystać z wolności wyboru. Ludzie wierzący, kontrolowani są lękiem przed karą boską, wyniku której utracą życie po śmierci. Za życia pozbawieni mogą być najważniejszego elementu, jaki zabezpiecza im religia — nadziei.

Systemy religijne oparte o boga Jahwe i Allacha to organizacje totalitarne, agresywne i całkowicie niedemokratyczne.

„Nie sądźcie, że przyszedłem pokój przynieść na ziemię. Nie przyszedłem przynieść pokoju, ale miecz.”   Mt 10, 34

Historia pokazuje, że idee islamu i chrześcijaństwa służą wzniecaniu wojen i tworzeniu podziałów, w obrębie tego samego gatunku, jakim jest homo sapiens.

Nic tak ludzi nie dzieli, jak chory światopogląd.

Bądź dla siebie latarnią, która oświetla twą drogę i nie poszukuj światła poza sobą. 

Buddyzm, Taoizm i Konfucjanizm, zaliczane są w poczet największych religii kultury wschodniej, przy czym określenie ich jako systemów religijnych nie do końca jest ścisłe, ponieważ są to bardziej nurty filozoficzne.

W przypadku czystego buddyzmu można mówić o swojego rodzaju ateizmie, ponieważ nie występuje w nim pojęcie boga. W przeciwieństwie do religii monoteistycznych buddyzm skupia się na doskonaleniu człowieczeństwa, na poszukiwaniu wyzwolenia się z pragnień, słabości tak, aby doznać oświecenia, czyli nirwany, w wyniku której człowiek wyzbywa się wszystkich zjawisk świadomościowych. Nurty filozofii wschodniej skupiają się na człowieku, wskazują, że to od niego zależy, jak będzie wyglądał świat i jakość jego życia.

Z czasem buddyzm uległ licznym przeobrażeniom. Pod wpływem napływających wierzeń z innych kultur pojawiła się spora ilość bóstw, którym składa się ofiary. W ten sposób niektórzy zaspakajają swoją potrzebę religijności. Buddyzm przeniknął do wielu kultur i środowisk świata zachodniego, zdobywając oddanych zwolenników.

Religie judaistyczne w porównaniu do buddyzmu są agresywne, umniejszają wartość człowieka, czynią go niewolnikiem warunkowej miłości Jahwe.

Jest takie powiedzenie: „jaki pan taki kram”, w tym wypadku można powiedzieć: „jaki bóg taka religia”.

Czy istnieje alternatywa?

W naturze człowieka zakorzeniona jest potrzeba wiary, jest częścią ludzkiej tożsamości. Ludzie wierzyli, wierzą i będą wierzyć. Nawet gdy nauka dostarczy sto dowód na nieistnienie bóstw, to i tak nie będzie to miało wpływu na wiarę w byty nadprzyrodzone, które opiekują się ludźmi i dają im nadzieję na życie po śmierci, w którym to spotkają swoich nieżyjących bliskich. I tak na końcu każdej opowieści osoby wierzącej jest siła sprawcza — super BÓG, który nawet te sto dowodów, na swoje nieistnienie stworzył po to, żeby zrobić wierzącym dodatkowy test prawdziwej wiary.

Lucjan wspomniał o koncepcji absolutu i jego filozoficznym aspekcie. Temat niezbyt często dyskutowany, a szkoda, bo może być ofertą dla tych, którzy w końcu przejrzą na oczy i zobaczą, że religie instytucjonalne wykorzystują ich wiarę do własnych, korporacyjnych celów.

Mam wśród swoich znajomych wielu ludzi, którzy wierzą w boga, byli świadkami Jehowy, katolikami. W pewnym momencie stwierdzili, że nie potrzebują takich instytucji jak Kościół, czy ciało kierownicze. Zrozumieli, że są poddawani manipulacji, a oferowana im wiara jest tan naprawdę funt kłaków warta. Nie zrezygnowali z boga, bo uważają, że coś tam musi być.

Wierzą w Absolut, kwintesencję doskonałości, który nie ocenia czy ktoś się masturbuje, czy używa prezerwatyw, nie wymaga religijnych rytuałów, kocha ich tylko dlatego, że są ludźmi. Nie są namolni, nie narzucają swojego punktu widzenia, potrafią dyskutować o ich postrzeganiu Absolutu, bo jest to postać wolna od ludzkich przekonań i dogmatów.

Jest tylko jeden problem — brak wspólnoty. W dyskusjach ten temat często się przewija, ponieważ ludzie potrzebują utożsamiać się z grupą, dzięki temu czują się pewnie, nie są wyobcowani. Jednak tworzenie takich struktur, obciążone jest pewnym niebezpieczeństwem, stworzeniem kolejnego systemu religijnego.

Jakby na problem wiary nie patrzeć, to musi ona prędzej czy później ewoluować. Na razie w naszym kraju Kościół ma mocną pozycję polityczną, jednak ludzie powoli zaczynają odchodzić od ołtarzy i widzą, że coś nie tak jest z tą katolicką ofertą.

Czy znajdą sobie inną ofertę?

Być może koncepcja absolutu zyska na znaczeniu, tym bardziej że tu żadnych pośredników, ofiar i rytuałów nie potrzeba, aby mieć kontakt i poczucie obcowania z nieznanym i nienazywalnym.

Warto też pamiętać, że siłę systemów religijnych nie tworzą kapłani tylko wierni.

***

Wesprzyj projekt wydania książki!

„Świadek Jehowy z przypadku” 

Mariusz Hnatiuk.

Blog

„Kaprawym okiem ateisty”.

fairy-tale-1077863_1280

Efekt synergiczny – pseudoreligia z polityką na barana.

Efekt synergiczny

Mariaż religii z polityką, który przekłada się na społeczeństwo w  XXI, wieku musi odejść i już odchodzi.

Każdy proces ewolucyjny jest powolny i ciężko go dostrzec będąc w centrum wydarzeń, które rzutują na postrzeganie naszej rzeczywistości. Ewolucja społeczna ma to do siebie, że nie kieruje się moralnością, tylko adaptacją, jest procesem, w którym liczy się całość zmian składających się z poszczególnych elementów. Jednym z nich jest myślenie religijne.

Religie powstały na fundamencie wiary w istnienie niewidzialnych istot, które stworzyły wszechświat i nim zarządzają. Na poparcie tej teorii nie ma żadnych dowodów, jest tylko wielowiekowa tradycja przekazywana z pokolenia na pokolenie. Wiara w bogów zakotwiczyła się w świadomości homo sapiens i przekształciła w skomplikowane systemy religijne, w których od początku bogami są kapłani.

To ludzie rządzą ludźmi używając do tego różnych narzędzi nacisku, perswazji, obietnic, gróźb oraz wiary.

Religia jest jednym z ważniejszych narzędzi politycznych. Jest swego rodzaju motywacją, argumentem ponadczasowym i ostatecznym, którym można dowolnie operować. Można religią pobudzać do aktów terrorystycznych, wojen domowych lub do zdobywania władzy politycznej, tak jak to się dzieje w naszym kraju.

man-599299_1280

Paradoksem i jednocześnie dramatem naszego gatunku jest to, że wszelkie religie, które z założenia mają szerzyć przekaz miłości, tolerancji i wyrozumiałości, w rękach polityków i żądnych władzy nad innymi szamanów przeradzają się w przemoc polegającą na ograniczaniu wolnej woli swoich wyznawców i nie tylko wyznawców. Kapłani zamiast przekonywać do swojej religii, prowadzą zawoalowane działania mające na celu narzucenie wszystkim ich systemu religijnego.

Działania te już nie sprawdzają się.

Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego pokazał statystyki uczestnictwa wiernych we mszach świętych w 2013 roku. I co się okazuje? „A może, Księże Arcybiskupie, to jest dobry moment, by zamiast dogadywać się z PiS, aby zmieniać Konstytucję, po prostu zacząć żyć i głosić Ewangelię?” – pyta Makowski arcybiskupa Hosera.

Religijni przywódcy powołują się na przykazania i prawa zawarte w księgach spisanych tysiące lat temu twierdząc, że są to słowa samego boga, na istnienie którego nie mają żadnego dowodu, a jedynym argumentem jest ich własna subiektywna wiara w tę magiczną postać, o ile w ogóle któryś z tych wysoko postawionych kapłanów wierzy w boską istotę.

Ten schemat jest irracjonalny, ale działa od tysięcy lat. Cała konstrukcja opiera się na spełnianiu woli wymyślonych istot, które istnieją tylko w głowach ludzi wierzących. Zakładają fałszywie, że skoro oni w to wierzą, to koniecznie też inni muszą dać temu wiarę, a nawet jeśli jednak nie przyjmują tego za prawdę, to i tak muszą stosować się do wymogów i standardów ich religii… dla własnego dobra. Jest to bardzo jaskrawe i masowe przekraczanie granic autonomii innych ludzi.

Religie instytucjonalne, jak każda instytucja, mają swoje przepisy. Problem w tym, że te przepisy nie są tworzone przez bogów, tylko przez ludzi z krwi i kości.

Szamani różnych wyznań poszli o wiele dalej, bo przez setki lat dopisywali w zależności od potrzeb czasu, w którym żyli,  swoje prawa w postaci zakazów i nakazów, które to nie występują w tekstach źródłowych. Skąd więc ta nadgorliwość? Bogowie w sutannach posługują się wyrafinowanymi metodami manipulacji, które mają uzasadniać te zmiany. Jedną z metod jest operowanie pojęciem moralności w połączeniu z sumieniem i poczuciem winy.

Moralny absurd.

Na przestrzeni wieków zasady zawarte w biblii były modyfikowane przez synody, ojców kościoła czy też przez grupki wiejskich dzieci tudzież osoby o ciężkich zaburzeniach psychicznych, które objawiały się między innymi halucynacjami wzrokowymi i słuchowymi. 

Pojęcie moralności stoi w jawnej sprzeczności z przekazem „świętych” pism. Przyjęcie poglądu, że uniwersalna moralność została stworzona przez boga, prowadzi do wniosku, że twórcy religii stworzyli własny zbiór zasad. Próby utożsamiania religii z moralnością oraz łączenie doktryn religijnych z bożą wolą jest niebezpieczne.

„You talkin’ to me?” cz. 3 Uniwersalna moralność.

Coraz częściej i wyraźniej słychać głosy ludzi wierzących, którzy buntują się wobec kapłańskiej dominacji, bo trwanie toksycznego związku religii z polityką zawsze kończy się źle dla społeczeństwa, a tym samym i dla nich. Dowodów na poparcie tego twierdzenia dostarcza historia naszego gatunku. Tam gdzie pojawiali się politycy o fundamentalistycznych poglądach, tam religia stawała się ich narzędziem, przeradzając się w wyznanie narodowe, bez którego obywatel nie jest krajanem, tylko wrogiem państwa.

slogan

Doświadczamy tego w dobie obecnej. Rządzący politycy z prezydentem kraju na czele co chwile bredzą o prawie bożym, moralności i wartościach umownie zwanych chrześcijańskimi. Wyrzucają poza nawias ludzi nie podzielających ich przekonań. Wegetarianie obecnie traktowani są jak niebezpieczna sekta, w sejmie istnieje Parlamentarny Zespół ds. Przeciwdziałania Ateizacji Polski, który w demokratycznym kraju nie ma prawa istnieć, bo próbuje zwalczać w wolnym kraju odmienny światopogląd na podstawie mrzonek o istnieniu zarządcy wszechświata. 

Dzięki Damie z gaśniczką wpadł mi w łapki fragment tekstu „Ostatni testament”, w którym Osho trafnie diagnozuje cechy wspólne polityków i kapłanów oraz sposób ich funkcjonowania w społeczeństwach.

„– Politycy mówią tak jak kapłani, a kapłani działają tak jak politycy. Czy istnieje rozdział między Kościołem a państwem? Nie. Są to różne osoby. Ale jest to ten sam typ ludzi, z takimi samymi pragnieniem, tą samą żądzą władzy. Wybrali tylko różne obszary.”

Człowiek myślący religijnie będzie dążył do wcielania swoich zasad i norm wszelkimi dostępnymi mu narzędziami, bo od tego zależne jest jego zbawienie, czy to w raju fruwając z aniołkami, czy miętoląc się z hurysami na rajskich łąkach.

Stare chciwe małżeństwo.

Próbuje stworzyć się, chyba ostatni już w cywilizowanej części świata, system polityczny, w którym wierzenia mają mieć dominującą pozycję.

Kapłani i ludzie, którzy są w swoich wierzeniach fundamentalistami,  wierzą, że mają misję w naszym kraju do wypełnienia i nic innego się nie liczy, bo prawo boskie jest ważniejsze od świeckiego. Na podstawie słów jednej kobiety, która twierdziła, że to Polska na czele z Kościołem Katolickim przygotuje cały świat na powtórne przyjście Jezusa Chrystusa na ziemię, ci ludzie nabrali pewności, że dzieło jest właśnie w toku.

Jezus Chrystus oświadczył  Świętej Faustynie :

„Polskę szczególnie umiłowałem, a jeżeli posłuszna będzie woli mojej, wywyższę ją w potędze i świętości. Z niej wyjdzie iskra, która przygotuje świat na ostateczne przyjście moje”

Religie instytucjonalne prędzej czy później, jak każde imperia upadną, bo przestaną spełniać swoją rolę. Ich skostniałe systemy nie wpisują się ani w postęp nauki, ani w zachodzące zmiany społeczne. Rozum w końcu pokona zabobon. Nie będzie to łatwe zadanie, bo religijni kapłani od lat prowadzą walkę nie o tych, co już wierzą, tylko o tych, co się dopiero urodzili. Wiedzą, że tylko w ten sposób ich władza na ludźmi ma szansę na trwanie. Dlatego w ostanich latach tak walczą o obecność nauki religii w szkołach, o dzietność rodzin i sięgają do umysłów coraz to młodszych dzieci.

Przedszkolak 2:
Bo biskup nasz kochany
Zawita w nasze progi!
Och radość to ogromna!

Uczeń 1: Ksiądz biskup drogie dzieci, ma bardzo ważne zadanie:
On uczy nas słowem i życiem, czym Boga jest miłowanie

Uczeń 2: Będąc blisko Jezusa Króla i Pana naszego,
Wskazuje drogę do Ojca – Tatusia niebieskiego.

KTO STWORZYŁ?
1. Kto stworzył fruwające ptaszki, fruwające ptaszki, fruwające ptaszki
Kto stworzył fruwające ptaszki – Nasz Ojciec Bóg!
2. Kto stworzył mrugające gwiazdki …
3. Kto stworzył falujące morze …
4. Kto stworzył ciebie i mnie …
5. Kto stworzył fruwające ptaszki, mrugające gwiazdki, falujące morze,
Kto stworzył ciebie i mnie – Nasz Ojciec Bóg!

[przypis autora: to nie jest żart]

Biskup w szkole, rozum na wakacjach. 

Nie mam złudzeń co do tego, że ludzie przestaną wierzyć w bogów i co więcej, uważam że mają do tego niezbywalne prawo – na tym polega wolność. Każdy człowiek może wierzyć, w co tylko chce, jednak jest pewna granica, której nie wolno przekraczać bez pozwolenia.

Żadna wiara nie ma prawa ograniczać tych, którzy jej nie podzielają.

Znam wiele osób wierzących, które pojmują, że toksyczna zależność między religią i polityką niszczy wartości, którymi się kierują. Nie wyobrażają sobie narzucania innym siłą swoich wierzeń, wiedzą, że istotą ich wiary jest wolny wybór. W związku z tą postawą spotykają się z krytyką, atakami i  umniejszaniem własnych wartości.

Wiara i polityka

Problem w tym, że wy, drodzy księża występujący w mediach, od doświadczenia wiary wolicie doświadczenie polityki.
Wolicie naparzać się na partie. Ścigać się na lepszego prezydenta. Itd.
My, wierni, chcemy od Was, w gruncie rzeczy tylko, żebyście dali nam rozgrzeszenie, udzielili komunii i sprawowali Eucharystię.
Tymczasem część mediów i cześć wiernych „ostatnimi sprawiedliwymi w Kościele” nie nazywa tych z księży, którzy zostali powołani do głoszenia Słowa Bożego, ale tych księży, którzy „zostali powołani” do wspierania jeden albo drugiej partii. 

Błażej Strzelczyk blog: FollowJezus

Często czytam, że „prawdziwy ateista” – cokolwiek to ma oznaczać – nie skupia się na jednym wyznaniu, tylko na całej religii, bo w przeciwnym wypadku jest antyklerykałem. Pada też zarzut, że ukazują się na naszym portalu teksty  w większości  dotyczące KK. Zawsze mnie ten argument trochę bawi, ale też zadziwia, bo nie ma żadnego racjonalnego powodu, dla którego ateista nie może być antyklerykałem, który czynnie opisuje matactwa systemu religijnego, który próbuje zdominować jego kraj; wręcz jestem pewien, że ten model jest jak najbardziej prawidłowy.

Przy okazji pozdrawiam mych braci antyklerykałów 🙂  Antyklerykałowie przyszłością narodu.

Autor: Mariusz Hnatiuk

Propozycja wsparcia projektu wydania z Waszą pomocą książki

„Świadek Jehowy z przypadku?”  Mariusz Hnatiuk

Każdy darczyńca po zgłoszeniu darowizny otrzyma na pocztę plik PDF z pierwszym zbiorem opowiadań z życia wyciętych „Marynarski znój”

Skutki kursu – fragment 1 części

Antwerpia

This content has 1 rok. Please, read this page keeping its age in your mind.
jesus-christ-495407_1280

A co na to Jezus Chrystus?

Zastanawiają mnie zawsze powody dwubiegunowości zachowań ludzi, którzy na co dzień są gorącymi orędownikami wartości katolickich i mają bardzo wrażliwe „uczucia religijne”. Jak można pogodzić fundamenty wiary zawarte w prostych słowach, z akceptowaniem i prezentacją agresji, kłamstw, manipulacji oraz nienawiści do ludzi o odmiennych poglądach?

„Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni; nie potępiajcie, a nie będziecie potępieni; odpuszczajcie, a będzie wam odpuszczone”. (Ewangelia wg św. Łukasza 6, 37)

Na drugim biegunie zachowań, poza mszą i kółkami różańcowymi, uświęceni krzyżowcy wiary doszukują się źdźbła w oku bliźniego, nie widząc belki w swoim oku. Przypomina to toksyczną namiętność, która staje ponad rozumem. Ludzie, którzy na co dzień krzyczą o moralności, w życiu codziennym nie kierują się jej źródłem, ponieważ zaprzeczają swoją postawą słowom zawartym w księdze zwanej biblią, z której to chcą zrobić powszechnie obowiązujące prawo.

Paradoksem jest to, że gdyby wierzący stosowali się do słów swojego mistrza, żaden szanujący swą wiarę katolik nie mógłby być sędzią, ponieważ: „Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni”, nie mógłby wydawać wyroków i nie powinien oceniać zachowań innych ludzi, ponieważ: „nie potępiajcie, a nie będziecie potępieni”. I co najbardziej istotne – nie może wyznawca Jezusa być mściwy, chować urazę, ponieważ: „odpuszczajcie, a będzie wam odpuszczone”. Żaden katolik nie może być zwolennikiem kary śmierci, nie może brać udziału w konfliktach zbrojnych, ponieważ obowiązuje go fundamentalne przykazanie: „Nie morduj”.

Wzorem dla ludzi są zawsze uznawane przez nich grupy autorytetów; w przypadku katolików są to kapłani, którzy tak jak i w każdym innym środowisku, są dobrzy i źli. Znamienne jest to, że ci, którzy myślą w sposób zgodny z pismami, są marginalizowani, a ci którzy posługują się kłamstwami i manipulacjami – mają głos przewodni.

Jakiś czas temu biskup Pieronek odniósł się do przypadków czynów pedofilskich wśród katolickich kapłanów:

[jwplayer mediaid=”13699″]

„Benedykt XVI – dbał o to, żeby ludzie żyli zgodnie z przykazaniami bożymi. To jest o wiele ważniejsze zadanie niż ukrócenie sprawy pedofilskiej, która była na świecie, jest i będzie”

Wypowiedź wysokiego urzędnika, który mieni się przedstawicielem istoty doskonałej na ziemi, jest skandaliczna, a mimo to jest na to przyzwolenie wśród wiernych i samych hierarchów kościelnych. Zgodnie ze słowami Jezusa, najważniejszym zadaniem chrześcijan powinno być ukrócenie krzywdzenia dzieci – to jest fundament życia zgodnie z przykazaniami.

Biskup w swojej przemowie idzie jednak dalej i oświadcza, że pedofilia była, jest i będzie. Wynika z tego, że czymś naturalnym jest również przemoc, zbrodnie, ludobójstwo, wojny… Kapłan tym samym, mimo uznania, że są to złe rzeczy, sankcjonuje je jako coś, co charakteryzuje gatunek ludzki – „bo ludzie tak mają”.

Rodzi się pytanie: dlaczego mają mieć tak wyznawcy religii miłości?

Skąd bierze się ta irracjonalna sprzeczność między założeniami chrześcijaństwa, a rzeczywistym zachowaniem jego wyznawców? Dlaczego są akceptowane zachowania jawnie sprzeczne z zasadami wiary? Czemu, tak jak w przypadku pedofila Wesołowskiego, najwyższe władze kapłańskie dopuszczają się kłamstw, chroniąc zboczeńców? [Watykan – tu się dba o spokój duszy pedofila Wesołowskiego] Czemu osoby publiczne, którym na co dzień z ust nie schodzą modlitwy, posługują się mową nienawiści, są zapalczywi, nie uznają prawa wolnej woli innych ludzi i kłamią w świetle jupiterów?

Wszystkiemu winne jest sacrum i profanum. 

Sacrum odnosi się do wszystkiego co uświęcone, boskie, czyste i zarazem niedostępne śmiertelnikowi; tym samym ludzie wierzący pozbawili się na rzecz wymyślonych bogów części swojego potencjału, jakim jest dobro. Zostali uwarunkowani myśleniem, że kierowanie się w życiu codziennym czystym dobrem jest niemożliwe. Uczynili to na własne życzenie, zrzucając z siebie odpowiedzialność za profanum, czyli rzeczy przyziemne, w których zło stało się stygmatem, częścią ludzkiej natury, czymś tak naturalnym jak dla biskupa Pieronka – pedofilia.

Człowiek został przez wieki religijnej indoktrynacji związany nierozerwalnie ze złem, które stało się niczym u doktora Jekyll i pana Hyde, częścią jego tożsamości i podobnie jak w przypadku sacrum, powodem tego stanu rzeczy jest decyzja przyjęcia czynnika zewnętrznego, który te postawy warunkuje. W przypadku doktora była to mikstura chemiczna, a w przypadku człowieka religijnego – oddanie części siebie magicznej istocie.

Religia jest swoistą transakcją, ponieważ zostało uświęcone przeświadczenie, że człowiek jest z natury swojej okrutny, więc czasem dopuszcza się czynów strasznych. Zawarta umowa zawiera bardzo przydatny paragraf – sacrum przy odpowiednich obrzędach i okazanej szczerej skrusze wybaczy czyny w strefie profanum.

Dzięki takiemu handelkowi od wieków sankcjonowane jest w podświadomości zło, które stało się integralną częścią homo sapiens – jego drugą naturą… i nic z tym podobno nie można zrobić.

Jest to największy dramat naszego gatunku, który z każdym następnym pokoleniem jest utwierdzany.

Ludzie nie rodzą się źli. Ludzie stają się źli w wyniku zderzenia ze stygmatem sacrum – profanum. Wmawia się młodemu osobnikowi, że tkwiący w nim pierwiastek zła jest wynikiem jego… człowieczeństwa i że potrzebuje odkupienia – tym samym to zło się mu zaszczepia. Człowiek nie pojawia się na świecie ukształtowany. To środowisko go kształtuje – jego poglądy, przekonania, umiejętności, wady i zalety.

Psycholog Erich Fromm nie zostawia suchej nitki ani żadnych złudzeń, że takie samozubożenie się z dobra jest swojego rodzaju amputacją części człowieczeństwa i zrzuceniem odpowiedzialności za czynione złe rzeczy; dzięki czemu np. taki biskup Pieronek może ogłaszać, że nie ma nic dziwnego w tym, że zboczeni kapłani molestują dzieci, no bo przecież też są tylko ludźmi. Nieprawdaż?

Model zachowań ludzi ogarniętych świątobliwym sposobem myślenia przypomina trochę objawy schizofrenii, z tym że obszarem, w której choroba występuje, jest moralność. Występuje swojego rodzaju potrójne wiązanie: wysyłane są dwa sprzeczne ze sobą komunikaty, które łączy zakaz ich komentowania.

Przy długotrwałym odbieraniu tych sprzecznych komunikatów i przy jednoczesnym zakazie ich oceniania, powstają wewnętrzne napięcia, które prędzej czy później muszą być skanalizowane. Środowiska głęboko zindoktrynowane całą winę przypisują tym, którzy nie są zindoktrynowani – tym, którym Jezus, Mahomet ani żadna inna osoba magiczna nie jest potrzebna do tego, aby ocenić, co jest złe, a co dobre. Ludzie o religijnym myśleniu mają w swoich głowach zakotwiczoną myśl, że bez strefy sacrum człowiek nie jest w stanie funkcjonować, bo strefa profanum przejmuje nad nim kontrolę, a to z kolei budzi w nich lęk, że mogą się nią zarazić niczym chorobą zakaźną – „bo człowiek z natury swojej jest zły”.

Wspomniany wcześniej Fromm opisując ten toksyczny mechanizm, nie mówił o wierze jako takiej, tylko o religiach instytucjonalnych, w których klasa kapłańska, aby usankcjonować swoją dominację nad wyznawcami, wytwarza u ludzi od tysięcy lat poczucie winy. Poczucie winy za to, że jest się człowiekiem… Przypomina to przypadek strażaka, który podpala domy, żeby je potem gasić; i tak jest od momentu w którym to paru cwaniaków wymyśliło, że można dzięki temu kontrolować zachowania ludzi, odebrać im wolność wyboru, a przy okazji mieć z tego świetny zarobek.

W kontekście tych przemyśleń warto też mieć świadomość, że ludzie o mentalności Kaczyńskiego, Pawłowicz, Kempy i prezydenta nie zmienią swojego oglądu rzeczywistości, a mając pełnię władzy, zawsze będą dążyć do całkowitej kontroli nad społeczeństwem. Będą łamać prawo, deptać wolność innych ludzi, bo dla nich jedynym autorytetem jest spaczone widzenie sacrum – są związani swoim lękiem przed wyimaginowanym złem.

Nie są w stanie dostrzec, że wysyłają sprzeczne komunikaty swoimi postawami jako wyznawcy chrześcijaństwa, bo ich zachowania nie mają nic wspólnego z wartościami, w które wierzą. Ci ludzie zagubili się w tym potrójnym wiązaniu i jak każdy paranoik – w trakcie reemisji choroby wierzą, że postępują słusznie… i to jest przerażające, bo, jak Jezus mówił o takich: „Nie wiedzą, co czynią”.

Propozycja wsparcia projektu wydania z Waszą pomocą książki:

„Świadek Jehowy z przypadku”

Każdy darczyńca po zgłoszeniu darowizny otrzyma na pocztę plik PDF z pierwszym zbiorem opowiadań z życia wyciętych „Marynarski znój”

Fragmenty
This content has 1 rok. Please, read this page keeping its age in your mind.
druga-strona-medalu

Ateista pod choinkę

Zdrowia, szczęścia dzisiaj wszystkim Wam życzymy
Szczęśliwego roku i spokojnych dni
Byśmy w zgodzie i w pokoju żyli w domu tym
Na Święta, na ten nowy rok…

idą święta la la la – Bayer Full

Jak to zwykle bywa przy okazji różnych świąt, pojawiają się złośliwe komentarze, że ateiści na co dzień atakują boga, a jak przychodzą święta, to zasiadają do wigilijnego stołu, ubierają choinkę i wyciągają bezbożne łapki po Mikołajowe prezenty. W czasie świąt dużo mówi się o duchowości, o przeżywaniu mistycyzmu Bożego Narodzenia; jest to chyba najbardziej rozpoznawalne święto przypisywane chrześcijanom.

Jak to więc jest z tą religijną duchowością?

Religie zawłaszczyły sobie pojęcie duchowości uzurpując sobie prawo do jej interpretacji. Życie duchowe w religiach instytucjonalnych to głównie przeżywanie rożnych misteriów, obrządków, zestawów modlitw, różańców, mszy i świąt… czyli czczenie rzeczy nadprzyrodzonych poprzez uczestniczenie w obrządkach religijnych, które zostały wymyślone przez kapłanów, a te obrządki których nie wymyślili, zakosili poganom, po to aby ich przyciągnąć do własnego wyznania, tak by mogli się ze swoją duchową tradycją utożsamić.

Osoby wierzące myślą i często to artykułują, że ateiści są smutni i nie mają celu w życiu żadnej nadziei, a głównym powodem tych wszystkich nieszczęść jest brak życia duchowego. Oczywiście ludzie religijni nie potrafią sobie wyobrazić, że bez boga jakiekolwiek życie duchowe jest możliwe, bo dla nich dawcą tych przeżyć jest Jahwe, Mahomet, Jezus, Zeus, Sziwa, czy każda inna magiczna istota, w którą wierzą.

Ludzie wierzący wybierając wiarę pozbywają się jednocześnie wolności.

Skąd taka pewność? Bo sam tego doświadczyłem, jak i wielu innych ateistów, którzy byli kiedyś osobami wierzącymi. Zapewne zaraz usłyszę o nawróconych ateistach, którzy albo odświeżyli swoją wiarę, albo doznali nagłego olśnienia. Te przypadki nic nie zmieniają w kwestii nieistnienia boga, tak samo jak nawrócenia na łożu śmierci znanych postaci, które całe życie określały się jako ateiści, nie czynią wiary bardziej racjonalną, bo jak czegoś nie ma, to nie ma.

Wiara w magiczną istotę, która stworzyła ludzi doskonałych, po czym stali się niedoskonali w wyniku podpuchy, jakiej dopuściło się bóstwo przez co sprowadziło na ludzi stertę nieszczęść i cierpień, nie ma specjalnego sensu. Ale już potrzeba zracjonalizowania cierpienia i niesprawiedliwości na świecie ma sens. Ludzie wierzący dzięki temu zrzucają na bóstwa swoje cierpienia, niepewność i niepojętość wszechświata, żyją nadzieją i są przekonani, że uzyskali odpowiedź na wszystkie trapiące ich pytania.

Duchowość religijna jest swojego rodzaju złotą klatką, w której przebywanie podlega określonym zasadom i jest zależne od magicznej istoty oraz czynionych przez wyznawcę rytuałów. Im bardziej i żarliwiej osoba wierząca oddaje się religijnym czynnościom, tym bardziej staje się uduchowiona, tym więcej doznaje oświeceń, objawień, proroczych wizji i … dalej jest w klatce.

Dla ateisty, który nigdy nie doświadczył wiary taki scenariusz jawi się jako objaw szaleństwa. Osoba wierząca uważa, że ateista, który nie przeżywa uniesień religijnych, nie wie, czym jest duchowość, nie doświadczył obecności boga, więc nie jest w stanie zrozumieć jej transcendentalnych przeżyć.

Otóż każda forma modlitwy i uniesienia religijnego to tylko i wyłącznie kontakt z samym sobą, ze swoją tożsamością, ze swoim pierwiastkiem życia, z wszechświatem, z przyrodą. W przypadku wyznawcy któregoś z bogów, człowiek wprowadza w tę osobistą relację istoty magiczne – istoty, które oceniają, każą lub nagradzają, dają lub odbierają, akceptują lub nie akceptują. Co więcej – najczęściej są to dwie istoty nadprzyrodzone. Jedna jest pełna miłości, druga jest kwintesencją zła. W ten sposób wszystko jest nazwane. To co wierzący uważa za złe w sobie, jest szatanem, a to co dobre – jest bogiem.

Gdy człowiek wierzący popełni zło, jest to wynikiem jego grzesznej natury – pierwiastkiem węża, którego każdy ma w sobie. Aby sobie z tym poradzić, ta druga ludzka natura – dobro czyli bóg, wybaczy zło, bo jest dobry i chce przebaczyć; w końcu samo sobie wybacza, że na chwilę stało się złem. Ten cały proces jest jednak zamknięty w klatce z napisem „bóg”, bo poza nim nie ma wybaczania win, a jaki będzie werdykt końcowy, tego osoba wierząca nigdy nie jest do końca pewna. Może tylko ufać, wierzyć, być przekonaną w mniejszym lub większym stopniu. W ten sposób życie duchowe wierzących to zestaw sprzecznych sygnałów, których powodem jest postać bóstwa  doskonałego, wszechwiedzącego, sprawiedliwego, a nade wszystko przejawiającego miłość agape czyli doskonałą:

1. Kor. 4 – 7

 4 Miłość cierpliwa jest,
łaskawa jest.
Miłość nie zazdrości,
nie szuka poklasku,
nie unosi się pychą;
5 nie dopuszcza się bezwstydu,
nie szuka swego,
nie unosi się gniewem,
nie pamięta złego;
6 nie cieszy się z niesprawiedliwości,
lecz współweseli się z prawdą.
7 Wszystko znosi,
wszystkiemu wierzy,
we wszystkim pokłada nadzieję,
wszystko przetrzyma.

Wszystko znosi, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą, nie szuka swego i jeszcze raz „nie pamięta złego” W zestawieniu z wiedzą wynikającą z religijnych pism, postać boga jest zaprzeczeniem agape. Człowiek wierzący nie dopuszcza do siebie tych wątpliwości, ponieważ w ten sposób zaburza swoje życie duchowe. Religijne przeżycia duchowe to wewnętrzne rozterki między poczuciem winy, a doznaniem mistycznej miłości i szczęścia, a na końcu zawsze jest nadrzędna nadzieja i ufność, że istota magiczna wszystko wybaczy, bo ma w sobie miłość agape.

Błędny okrzyk zwany religią.

Religijność zapewnia pewnego rodzaju strefę komfortu – doskonały ojciec, uniwersalne wartości zebrane i spisane w księgach, doskonały plan, życie po śmierci te wszystkie granty mają koić „ból i cierpienie” istnienia, czyli bycie człowiekiem rozdartym między złem, a dobrem. Dzięki temu można poczuć się lepiej, a to z kolei nie oznacza, że sprawcą tego jest jakiś bóg, bo mówienie, że coś jest czymś, nie powoduje, że takim się staje. Takie podejście jest czystą afirmacją – wybiegiem umysłu, który broni się przed nieznanym, przed własnym przemijaniem, przed śmiercią.

Kolejnym elementem religijnych przeżyć duchowych jest poczucie wspólnoty bycia częścią planu potężnej istoty. Wspólnota wzmacnia duchowość religijną, nadaje jej większe znaczenie, co tym samym bardziej uprawdopodobnia istnienie bogów, bo przecież ci wszyscy wierzący nie mogą się mylić, coś w tym musi być. Działa tu mechanizm wzajemnej indukcji, samo-zapewniania się o trafności swoich przekonań. Im dłużej to trwa, tym bardziej wydaje się prawdopodobne i z czasem staje się prawdą objawioną. Dzięki takiemu wzmocnieniu ignorowane są fakty, które przeczą tym wyobrażeniom, bo na tym polega wiara będąca tylko wyobrażeniem rzeczy niewidzialnych, które poprzez interpretacje personifikują się w bogów.

Ostatnim argumentem, który wzmacnia przekonanie, że tylko duchowość religijna jest odpowiedzią na szczęśliwe życie homo-sapiens, jest twierdzenie, że tylko z religii wypływa źródło wyższej etyki, uniwersalnej moralności. Tymczasem wszelkie pisma święte są tego zaprzeczeniem. Czytając Stary Testament, Koran, można dostać zawrotu głowy od aktów przemocy, gwałtów, zabójstw. Religijna duchowość doprowadza do kamienowania i palenia na stosach ludzi.

Historia religijnej duchowości to obraz wojen religijnych, krucjat, dżihadu, zamachowców, samobójców to też przypadki matek topiących swoje dzieci, aby te mogły żyć szczęśliwie w niebie, to okaleczanie kobiet, nierówności społeczne i dominacja nad ludźmi nie podzielającymi obowiązującej wersji boga w danym środowisku. Ktoś może powiedzieć, że tych czynów dopuszczali się tylko ludzie. To jest prawdą. Jednak czynili to uniesieni religijną duchowością.

Religijna duchowość to silny afrodyzjak dla duszy. Ludzie wierząc dostają nadzieję, czują że w tym szalonym świecie jest ktoś, kto nad nimi czuwa – ktoś, kto rozwiąże wszystkie ludzkie utrapienia i da największy dar, jakiego może życzyć sobie homo sapiens – szansę na życie wieczne bez bólu wojen i zbrodni. Wyznawcy bogów dzięki swojej wierze żyją czując się szczęśliwymi, nie boją się śmierci, bo przecież wtedy spotkają obiekt swojego kultu.

Są w stanie zaakceptować w imię tej nadziei ograniczenie własnej wolności. Potrafią poświęcić swoje życie doczesne zamykając się klasztorze, poddając ascezie, są w stanie poświęcić życie swoje lub swoich bliskich. Pod wpływem religijnych przeżyć duchowych są gotowi dla dobra innych ludzi narzucić im swoją wiarę. Czynią to w interesie tych, którzy jeszcze nie wierzą w ich wersję duchowości. Wierzą, że wypełniają misję, która jest w pełnej zgodzie z nimi samymi, mimo że tym samym łamią wolną wolę tych, których chcą zmusić do przestrzegania praw wynikających z ich religii.

A co na to ateista?

Pierwsze, co mi przychodzi do głowy, to to, że nie ma żadnych przesłanek na to, aby jakakolwiek religia miała mieć wpływ na kształt państwa.

Uniwersalne wartości duchowe, takie jak: miłość, współczucie, poczucie winy, wstyd czy poczucie słuszności, nie mają nic wspólnego z wiarą w bogów i nie są też wynikiem spełniania obrządków religijnych. Moralnośc jest wpisana w interes własny jednostki, jak i pozostałych homo sapiens. Ludzie w drodze ewolucji społecznej wykształcili imperatyw wspólnego interesu – nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe, to nie wymysł bóstwa, tylko wykształcona złota zasada na poziomie życia plemion w jaskiniach i niestety, w dzisiejszych czasach mocno zaburzona.

Ateista jest wolny od bogów, nie musi polegać na ich ocenie, jego życie duchowe to przeżywanie i doznawanie życia bez pośredników. Wie, że ma jedyną ku niemu okazję i że każdy dzień jest kolejnym z reszty jego życia, że przemija, jak wszytko w życiu, które jest procesem zamkniętym między dwoma najważniejszymi wydarzeniami: narodzinami i śmiercią. Między tymi punktami leży dla ateisty najważniejszy element procesu – droga. Ateista ma świadomość, że odpowiedzialność za jakość tej drogi spoczywa na nim; jak coś spartoli, to poniesie tego konsekwencje – nie liczy, że ktoś za niego spowoduje, że sam sobie wybaczy w zależności od tego, jak mocno będzie żałował i jaką okaże skruchę.

Osoby wierzące zwracają się do bogów, aby ci zawiesili prawa rządzące wszechświatem w tym jednym konkretnym – ich przypadku. Ateista wie, że wszytko zależy od niego i że w zależności od kroków jakie podejmie, takie osiągnie wyniki. Ludzie boją się wolności, choć tak o nią walczą, bo wolność wiąże się z odpowiedzialnością za swoje czyny.

Twierdzenie, że ateiści są ubodzy duchowo, bo brak im wiary w kosmiczną istotę, jest naiwne i wynika z niewiedzy oraz ograniczeń, jakie wierzącym narzucają ich kapłani i ich „święte” księgi. W biblii jest napisane, że bóg obdarzył wierzących wolną wolą i postawił przed wyborem: albo uznasz moją władzę, albo zginiesz. Tym samym ludzie stają się zakładnikami istoty magicznej, a ich nadzorcami stają się kapłani, którzy wymyślają coraz to nowe obrzędy, mające zjednać przychylność boga.

Czy to można nazwać wolnością?

Ryzykowne stwierdzenie, a jednak dobrze i skutecznie się sprzedaje.

Na koniec jeszcze słów parę o świętach…

Nooooo !!!!
Co tam u wos głupole-ateisty ???
Jo tu świętujem z innymi chrześcijanami, a wy bierta sie lenie i darmozjady do roboty,
bo to przeca nie jest wasze święto !!!

Do roboty lenie i dwulicowcy !!!!!!!!!!!!

(oryginalna pisownia)

Wierzący powinni miarkować się z osądzaniem ateistów o dwulicowość, bo sami nie obchodzą święta chrześcijańskiego, tylko pogańskie. Nie wiadomo czy czczą Rzymskie Saturnalia, Perski kult Mitry, czy też Sol Invictus. Powinni tez uważać na Mikołaja, bo to przebieraniec jest podwójny – pod czerwoną mycką i białą brodą kryje się pogański bóg Wodan, znany bardziej pod nazwą Odyn.

Święto to nie ma żadnego umiejscowienia w Ewangeliach. Nie jest podana żadna konkretna data narodzin Jezusa. Według biblii Jezus najprawdopodobniej urodził się w czasie trwania „Święta Namiotów,” czyli na koniec żniw.

Doszukiwanie się przez wierzących jakiegoś podwójnego dna, jest czepialstwem i próbą znalezienia haka na zasadzie; o… o patrzcie na niego na co dzień, to się wiary czepia, a jak Mikołaj do niego przychodzi to mu, to nie przeszkadza.

Tak więc w razie czego, to ciszej nad tą trumną.

– Hipokryzja? – mieszkająca w Krakowie Ewelina, mama dwójki przedszkolaków, wzrusza ramionami. – Obchodzę te święta z rodziną po świecku. Kolęd nie włączam. Jemy tradycyjne potrawy, bo są smaczne i odświętne, a raz w roku należy się nam jakiś wyjątkowy czas. Moje dzieci wiedzą, że ludzie, którzy chodzą do kościoła w tym czasie świętują narodziny Jezusa Chrystusa, a my po prostu cieszymy się sobą i radosną atmosferą. Ot, typowe ateistyczne święta Bożego Narodzenia – śmieje się.

Święta są ustawowymi dniami wolnymi od pracy i korzystając z ateistycznej wolności duchowej życzę wszystkim czytelnikom spokojnego i radosnego świętowania tego, co sobie chcą świętować.

Propozycja wsparcia projektu wydania z Waszą pomocą książki:

„Świadek Jehowy z przypadku”

„Świadek Jehowy z przypadku” – kolejny fragment.

This content has 1 rok. Please, read this page keeping its age in your mind.

Wpisy Racjonalnie

maxresdefault

I rzekł Poncjusz Piłat: „Ecce Homo” – czyli o różnicach między Homo Sapiens a Homo Artifex et Creator.

maxresdefault

Anna Gabriella Lilith Gajda

MOTTO:

„ARS LONGA, VITA BREVIS”

Hipocrates.

I. PROLOG .

W słynnym stwierdzeniu Poncjusza Piłata „Ecce homo”, przytoczonym w tytule tego tekstu, dopatrywać się można by śmiało nawet nieskończenie więcej znaczenia i sensu, aniżeli to owe słowa faktycznie w sobie kryją podług interpretacji biblijnej stricte. A to zaś z tej racji, iż słowa te można by włożyć w usta zupełnie innego przedstawiciela gatunku człowiekowatych, który wypowiadając je w zupełnie innym czasie, sytuacji i okolicznościach, nadał by im elementarnie kardynalne znaczenie dla całej historii ludzkości.

A mianowicie zaś słowa te miał by wyrzec pierwszy z ludzi, z gatunku Homo, jakiego stopa stanęła oto po raz pierwszy na tej planecie i który oto, jako pierwszy z gatunku człowiekowatych, oto po raz pierwszy dokonywał aneksji tejże planety, czyniąc ją całą wraz ze wszystkim co na niej żyje oraz istnieje, sobie odtąd podległą, a którego potomkowie mieli stać się odtąd jej najwyższym, jedynym Panem i Władcą – a czyniąc to rzec winien właśnie: „Ecce Homo!” –A oto Człowiek! – poznaj oto swego Pana Ziemio i odtąd to jemu bądź absolutnie poszłuszną!

I tymi słowami właśnie wówczas to dokonałby zapoczątkowania epoki panowania człowieka nad ziemią, zapoczątkowania całej doczesnej historii ludzkości, jako historii rasy i gatunku najwyższego i najbardziej rozwiniętego, jaki dotychczas kiedykolwiek istniał na Ziemi i który zdołał wspiąć się najwyżej po drabinie darwinowskiej Ewolucji.

A wówczas to również wraz z nastaniem Ery panowania Człowieka i początkiem całej historii ludzkości, narodziła się także wraz z pierwszym Człowiekiem jego nierozłączna towarzyszka Sztuka, a której początki ówczesne możemy do dziś podziwiać chociażby w postaci prastarych malowideł na ścianach jaskiń, dzieł naszych praszczurów, z których wiele przetrwało aż po dzień dzisiejszy, podług reguły o ponadczasowości Sztuki.

Zapewne każdy z drogich Czytelników dostrzegł tę elementarnie kardynalną różnicę znaczeń i sensu owej słynnej frazy, po wyjęciu jej z ust Poncjusza Piłata, a włożeniu w usta pierwszego Człowieka, który rzec je miał w pierwszej chwili swego istnienia, a też istnienia całego rodzaju człowiekowatych (Hominidae) na tej planecie…

Współcześnie żyjącym gatunkiem z rodzaju człowiekowatych jest jedynie gatunek zwany Homo Sapiens (czyli tzw. Człowiek Rozumny), który to występuje obecnie na wszystkich kontynentach. Podług teorii Leakeyów, gatunek ów miał wyewoluować mniej więcej około 190 tysięcy lat temu z uprzedniego gatunku, jakim był Homo Erectus (Człowiek wyprostowany).

5798_nowoczesny-artysta

Czymże jednak byłby Człowiek bez swej odwiecznej, nieodzownej towarzyszki Sztuki, która przecież zresztą była jednym z najistotniejszych, esencjonalnych czynników kulturotwórczych, które wpływały na rozwój i kształt ludzkiej kultury w przeciągu całej historii ludzkości, a więc tym samym także na jej współczesny kształt, jaki przybrała obecnie.

A zatem, zgodnie z regułą obowiązującą dla stylu naukowego wszelkich rozważań czy dysput, należałoby tutaj najsampierw dopełnić wszelkich kwestii definicyjnych, przytaczając pokrótce ogólne definicje najbardziej elementarnych pojęć, które stanowią meritum poniższych roztrząsań.

Jak implikują uprzednio tu poczynione rozważania, do pojęć elementarnych, które stanowią meritum tychże roztrząsań, z pewnością zaliczyć należy pojęcie Człowiek, a nieco bardziej konkretnie pojęcie Homo Sapiens, czyli Człowiek Rozumny, jako gatunek człowieka najbardziej współczesny.

I tak przykładowo, Encyklopedia PWN podaje następującą definicję pojęcia Człowiek (tzn. homo sapiens):

[…] człowiek, Homo sapiens, istota żywa wyróżniająca się wśród innych najwyższym rozwojem psychiki i życia społecznego, jedyna posiadająca kulturę i zdolna do jej tworzenia, pod względem biologicznym gatunek człowiekowatych (Homo sapiens) żyjący od schyłku plejstocenu; […]

A dalej doprecyzuje tę definicję następująco:

[…] Różnice anatomiczne dzielące człowieka od reszty naczelnych dotyczą głównie budowy aparatu ruchu i wielkości mózgu. Szczególnie jaskrawy jest kontrast między człowiekiem a innymi naczelnymi w sferze zachowań i trybu życia; zasadnicze osobliwości człowieka jako gatunku są następujące: 1) systematyczne, na dużą skalę rozwinięte posługiwanie się narzędziami i wytwarzanie narzędzi, praktykowane wprawdzie przez niektóre małpy, zwłaszcza szympansy, ale bez porównania w niższym stopniu; 2) posługiwanie się mową, systemem sygnalizacji głosowej, nie mającej żadnych odpowiedników w świecie zwierzęcym; 3) tworzenie kultury przez człowieka. Do najbardziej istotnych cech ludzkich różniących zasadniczo człowieka od zwierząt i stanowiących niejako istotę człowieczeństwa należą: zdolność do abstrakcyjnego myślenia i związana z nim zdolność do analizy i syntezy, zdolność do rekapitulacji (pamięć), do świadomego decydowania o swoim postępowaniu (wola) i do wyższych uczuć. Cechy te, kształtujące się w społecznym współdziałaniu ludzi, stanowią zespół charakterystyczny dla psychiki ludzkiej; rozwinęły się one w ciągu historycznego procesu tworzenia przez człowieka tej rzeczywistości, którą w przeciwieństwie do przyrody nie przetworzonej (tj. takiej, jaką człowiek zastał) nazywa się kulturą. Tworzenie kultury, form świadomości społecznej i sfery zachowań społecznych z nią związanych decyduje o ludzkim poczuciu głębokiej odrębności i wyjątkowości w stosunku do całego świata organicznego; w niej się przejawia nadzwyczaj wysoka sprawność ludzkiego mózgu i psychiki. Zgodnie z założeniami antropogenezy wszystkie bez wyjątku osobliwości ludzkiego ciała i psychiki wytworzyły się u przodków człowieka stopniowo, w wyniku działania tych samych mechanizmów ewolucyjnych, które sterowały ewolucją innych gatunków biologicznych; człowiekowate stanowiły wyodrębnioną linię ewolucyjną już co najmniej od 3,7 mln lat (australopiteki), jednak swą ogromną przewagę w przyrodzie zdobył człowiek (człowiek kopalny) dopiero w czasach poneolitycznych, tj. w ciągu kilku ostatnich tysiącleci; jeszcze u schyłku paleolitu, 15–20 tysięcy lat temu, był to gatunek stosunkowo nieliczny, o średniej gęstości występowania (na obszarach zamieszkanych) rzędu 1 osobnik na km2, koczujący w małych, kilkudziesięcioosobowych grupach zbieracko-łowieckich, dysponujący ubogim zestawem prymitywnych narzędzi z kamienia, drewna, kości i rogu, stosunkowo słabą techniką eksploatacji zasobów pokarmowych środowiska. Punktem zwrotnym było zapoczątkowanie (ok. 8–10 tysięcy lat temu) przez niektóre populacje ludzkie rolnictwa (neolit); umożliwiło ono szybki wzrost liczby ludzi na Ziemi i wywołało radykalną zmianę całej sytuacji gatunku (przejście do osiadłego trybu życia, wyzyskiwanie pozaludzkich źródeł energii, powstanie społecznego podziału pracy, rozwój kultury). Szczególnie doniosłą rolę w procesie rozwoju człowieka miała praca ludzka, dzięki niej człowiek mógł nie tylko wykorzystywać otaczającą go przyrodę, ale i przekształcać ją stosownie do własnych potrzeb. W miarę doskonalenia się narzędzi praca stawała się coraz bardziej wydajna, a zarazem skomplikowana i zróżnicowana. Jednocześnie różnicowały się i same narzędzia, co doprowadziło z czasem do wytworzenia się specjalizacji pracy i zróżnicowania funkcji społecznych poszczególnych jednostek. Rozwój pracy, przy jednoczesnym rozwoju mowy, stawał się głównym czynnikiem rozwoju społecznych form istnienia ludzi. Życie ludzi zyskało specyficzną obudowę kulturową w postaci społecznie usankcjonowanych obyczajów, norm, zaleceń, zakazów i hierarchii wartości; wytwory kulturowej działalności — nauka i technika, sztuka i normy moralne — stawały się wyrazem zwiększających się sił produkcyjnych i rozwijających się stosunków społecznych, a zarazem czynnikiem ich dalszych przemian. Proces kulturotwórczy był jednocześnie procesem stopniowego przekształcania natury człowieka pod wpływem jego własnych dzieł; był on główną siłą napędową powstawania ludzkiej, bogatej psychiki. Dobór naturalny działał w populacjach istot przedludzkich w kierunku faworyzowania osobników o wyższej wrodzonej inteligencji, oddziałując przez tysiące pokoleń, dał w wyniku stopniową, progresywną ewolucję mózgu ludzkiego, zwłaszcza tych jego części, które są siedliskiem wyższych czynności nerwowych. Doskonalenie psychiki z kolei ułatwiło dalszy postęp kulturowy. Skutkiem tych procesów człowiek stał się jedyną istotą, która kształtuje swoje własne środowisko życia przez pracę i społeczną działalność celową, istotą, która stawia sama sobie wymagania i zadania do spełnienia. To charakterystyczne dla filogenezy człowieka zespolenie czynników biologicznych i społecznych, ściśle ze sobą sprzężonych i warunkujących się wzajemnie, powtarza się również w rozwoju osobniczym. Człowiek jest w przyrodzie jedyną istotą, której do prawidłowego rozwoju psychicznego jest niezbędne wychowanie w społeczeństwie. Jak tego dowodzą nieliczne znane przykłady ludzi wychowanych od wczesnego dzieciństwa poza społeczeństwem, człowiek o zupełnie prawidłowej budowie anatomicznej, ale pozbawiony takich kontaktów, nie wykształca w swym zachowaniu żadnych cech swoiście ludzkich (rozwój społeczny, antropologia społeczna, społeczeństwo, cywilizacja). Ogromny postęp cywilizacji naukowo-technicznej sprawił, że sytuacja człowieka w 2. połowie XX w. i na początku XXI w. została pomimo zewnętrznych znamion sukcesu — obarczona wieloma zagrożeniami, np. zastosowanie technik masowej zagłady, postępujące na wielką skalę niszczenie środowiska naturalnego […][1].

Z tej całej, nieco przydługawej definicji, należy wysupłać kilka kwestii elementarnych dla naszych tu rozważań. A zatem primo, istotna jest tu dla nas trzecia z wymienionych „osobliwości” człowieka jako gatunku, czyli tworzenie kultury przez człowieka. Następnie secundo – wymienione tu najbardziej istotne cechy ludzkie różniące zasadniczo człowieka od zwierząt i stanowiących niejako istotę człowieczeństwa – a więc: zdolność do abstrakcyjnego myślenia i związana z nim zdolność do analizy i syntezy, zdolność do rekapitulacji (pamięć), do świadomego decydowania o swoim postępowaniu (wola) i do wyższych uczuć. Tertio­ – istotny jest dla nas również fakt, iż życie ludzkie zyskało specyficzną obudowę kulturową, a co za tym idzie wzbogacane było o wytwory działalności kulturowej człowieka, takie jak nauka i technika, normy moralne i – w szczególności – właśnie sztuka, która jest kolejnym esencjonalnym pojęciem stanowiącym tu meritum, a którego definicją zajmiemy się nieco później. Wytwory owe z czasem zaś zyskiwały formę wyrazu wzrastających sił produkcyjnych, jak i podlegających rozwojowi stosunków społecznych, a zarazem czynnika, który wpływał na ich dalsze przemiany. I wreszcie quattro – istotny dla nas tu jest fakt, iż ów cały proces kulturoznawczy symultanicznie stanowił także pewien niejako proces gradualnej ewolucji i modyfikacji natury człowieka, jakie to dokonywały się pod wpływem owych jego własnych „dzieł” czy wytworów; a przy czym zarazem proces ów stanowił bez wątpienia także główną siłę napędową procesu formowania się ludzkiej, niezwykle bogatej i wysublimowanej psychiki.

I to by było na tyle względem pojęcia Homo Sapiens.

Pora zatem przejść do kolejnego pojęcia, wspomnianego już tu uprzednio, a jakie stanowi zaś termin sztuka.

Poczynając od definicji terminu sztuka podług Słownika Języka Polskiego red. Szymczaka, otrzymujemy następujące definicje:

[…] sztuka:

  1. «dziedzina działalności artystycznej wyróżniana ze względu na reprezentowane przez nią wartości estetyczne; też: wytwór lub wytwory takiej działalności»
  2. «umiejętność wymagająca talentu, zręczności lub specjalnych kwalifikacji»
  3. «czyn dokonany dzięki takiej umiejętności»
  4. «utwór dramatyczny przeznaczony do wystawiania na scenie»
  5. «przedstawienie skonstruowane na podstawie takiego utworu» […][2].

Z kolei nieco prościej definiuje ów termin Doroszewski, jako:

[…] sztuka ż III: 1. <twórczość artystyczna obejmująca dzieła z zakresu malarstwa, muzyki, literatury, architektury, rzeźby, odpowiadające wymaganiom estetyki, odznaczające się pięknem, harmonią> […][3].

A zatem dokonaliśmy już zdefiniowania pojęcia sztuka, z którym to z kolei związana jest druga część tytułu, jakim opatrzony jest ów artykuł, a mianowicie konkretnie część dotycząca różnic między Homo Sapiens a owym Homo artifex et creator, a który to stanowi właśnie najistotniejszą dla nas frazę. Albowiem owo użyte w tytule pojęcie Homo artifex et creator oznacza po łacinie tyle, co właśnie ‘człowiek artysta i twórca’, a którego tu pozwoliłam sobie tutaj zestawić z gatunkiem głównym człowieka współczesnego Homo Sapiens, jako pewien inny gatunek czy raczej podgatunek człowieka, celem porównania ich obu jako odrębnych i wyłuskania prymarnych między nimi różnic. A zatem warto było by teraz odpowiedzieć Czytelnikowi na dręczące go pytanie – czyli: „Co ma piernik do wiatraka?”

Naturalnie rozchodzi się tu o ów stosunek pojęcia sztuka z pojęciem ’człowieka artysty i twórcy”, a który to jak mniemam dla większości z Czytelników (a być może nawet i wszystkich) jest kwestią absolutnie oczywistą, tym niemniej pozwolę sobie i tak tę oczywistość tutaj nieco przybliżyć – gwoli dopełnienia wszelkich kwestii formalnych najsampierw przed przystąpieniem „Do rzeczy”.

A zatem, a co poniekąd ewidentnie wynika także chociażby z obu uprzednio tu przytoczonych definicji, sztukę jako dziedziną bądź twórczość artystyczną uprawia nie kto inny, jak właśnie ów nasz tytułowy ‘człowiek artysta’ – a więc także i ‘twórca’, co zrozumiałe samo przez się. A zatem nasz odrębny gatunek czy podgatunek, drugi prócz głównego, najbardziej powszechnego gatunku człowiekowatych żyjący współcześnie, a zatem ów Homo artefix et creator – ‘człowiek artysta i twórca’ – to nikt inny jak człowiek parający się Sztuką, człowiek uprawiający Sztuką, bądź to – tworzący tę Sztukę…. Człowiek, którego profesję stanowi Sztuka, czyli twórczość artystyczna z danej dziedziny… Ale nie tylko…

Co więcej, ów człowiek artysta i twórca, to człowiek, dla którego Sztuka stanowi nie tylko profesję czy „fach”, lecz wręcz stanowi jego życie, które całe poświęcone jest Sztuce jedynie tylko i wyłącznie, którego cały sens i cel stanowi Sztuka, a to zaś z tej racji, iż podług mej własnej opinii, każdy artysta, staje przed chyba jednym z najtrudniejszych wyborów i decyzji w życiu człowieka, którego dokonać musi najsampierw jeśli chce zostać artystą i tworzyć Sztukę. A mianowicie jest to wybór pomiędzy takim zwykłym, normalnym życiem, jemu właściwymi rodzajami szczęścia, celami, sensem, radościami i koleją losu, jakim to żyje każdy jeden zwykły Homo Sapiens zawsze normalnie, a życiem zgoła całkiem odmiennym, pozbawionym tychże rodzajów szczęść, celów, sensu, radości i kolei życia jak to normalne, życia ‘człowieka artysty i twórcy’, a które wymaga rezygnacji z tego zwykłego i normalnego, a poświęcenia całego swego życia miast tego tylko i wyłącznie Sztuce, która to odtąd w tym zgoła całkiem odmiennym życiu, ustanawiać będzie również zgoła całkiem odmienne w nim rodzaje szczęść, radości, cele i sens, a też i jego koleje, jakie zwykle są całkiem niepodobne do tych, jakimi toczy się zwykłe, normalne życie, zwykłego Homo Sapiens zazwyczaj…

12706_z-kim-musi-zmagac-sie-artysta

Sztuka ponadto jest także nierozerwalna z pojęciem naszego człowieka Artysty i Twórcy, z racji tego, iż bez niego nie może istnieć, to on jest sprawcą jej istnienia, jako jej autor i stwórca, którego czyn i twórczość konstytuują istnienie Sztuki, jako ich dzieła i wytworu, gdyż póki Artysta nie stworzy Sztuki czy nie powoła do życia danego dzieła, jako wytworu Sztuki, póty ona nie będzie istnieć i jej istnienie pozostanie niemożliwością. To Artysta niczym istny Bóg Wszechmocny, swój najsampierw w myśli powzięty zamysł, ideę czy koncept, tworzy powołując do życia, nadając formę realnego istnienia bytowi stworzonemu w swej wyobraźni i niczym ów Bóg – Stwórca kreuje on swe dzieła, tworząc nowe, nieznane światy i zaludniając je istnieniami na swój wzór stworzonymi…. A dnia siódmego podobnie jak to i Pan Bóg miał ponoć czynić – odpoczywa, patrząc na to, co stworzył i tak samo widzi, że jest to Dobre…

I to tyle w tym względzie ujęte trochę w formie aluzji, naśladującej patetyczny styl biblijnej alegorii…

I tym samym dobrnęliśmy w końcu do ostatniego już z esencjonalnych pojęć, jakie stanowić będą meritum poniższych roztrząsań, a mianowicie do pojęcia artysta.

Najogólniej pojęcie artysta można by ująć skrótowo w definicję słownikową, jako: <twórca lub odtwórca dzieła sztuki, osoba uprawiająca jakąś dziedzinę sztuki bądź to zajmująca się sztuką, tworząca ją>. I to tak najogólniej mówiąc.

Niezwykle interesującą i także nieco szerszą definicję pojęcia artysta podaje z kolei Marian Golka, a mianowicie w której to stwierdza on, iż:

[…] artystą jest człowiek zajmujący się działalnością twórczą o indywidualnym charakterze, znamionującą biegłość, a przy tym wykazującą zaangażowanie talentu, wyobraźni i innych cech osobowości, która to działalność pełni swoistą funkcję społeczną, zaakceptowaną przez zbiorowość w wyniku zapotrzebowania na określone wartości, które artysta może oferować […][4].

A która to definicja myślę, iż stanowi komplementarne dopełnienie wstępnej definicji omawianego tu pojęcia artysta, pozwalając na tym samym zakończyć tutaj część dotyczącą kwestii definicyjnych i przejść powoli do meritum, czyli tego, co najlepsze…. 😉

II.ELEMENTARNE RÓŻNICE CZYLI CREDO OKREŚLAJĄCE BYT ZWANY ARTYSTĄ.

Artysta jest Twórcą w odróżnieniu od rzemieślnika, który to jest już jedynie odtwórcą. Zasadnicza zaś między nimi różnica tkwi w fakcie, iż artysta swe dzieła czyli wytwory działalności twórczej, tworzy w sposób indywidualny, bazując jedynie na własnej, niepowtarzalnej koncepcji, idei czy to zamyśle, a którym to tym sposobem nadaje swoistą, indywidualną i unikatowo niepowtarzalną specyfikę bądź to charakter. Rzemieślnik wytwory swej pracy zaś wytwarza jedynie jako efekt pracy wyłącznie odtwórczej, a co czyni go bliższym maszynie wytwarzającej dane wyroby rzemieślnicze, aniżeli indywidualnej jednostce tworzącej w akcie artystycznej kreacji… Cóż, taka oto smutna prawda bowiem, która zarazem konstytuuje pierwszą z naszych elementarnych różnic między zwykłym Homo Sapiens a Homo Artefix et Creator!

I analogicznie sytuacja wygląda względem odmienności obu tych żyć, jakie te dwa gatunki człowieka wiodą oraz ich specyfiki. A więc życie Artysty bazuje głównie na aktywnościach i czynach twórczych, gdy zaś życie zwykłego Homo Sapiens z kolei w większym stopniu bazuje na czynnościach odtwórczych, deprecjonując przy tym znaczenie i wartość czynności stricte twórczych i kreatywnej, indywidualnej twórczości jednostki oraz jej unikatowo niepowtarzalnego charakteru. W świecie Homo Sapiens większą wartość ma wytwarzanie i produkowanie, towary powstałe w wyniku produkcji, odtwórczo wytwarzane dobra materialne, jakie to dla człowieka rozumnego są najbardziej przydatne, potrzebne czy wręcz niezbędne do życia i egzystencji, i jakie to posiadają największą wartość, a zaś Sztuka i dzieła sztuki, jako jej wytwory spadają na dalszy plan, stanowiąc mniej istotny element życia – fanaberię bogatych kolekcjonerów sztuki, rzadkie urozmaicenie szarej codzienności, odrobinkę estetycznej przyjemności czy rozrywkę sporadycznie i rzadko umilającą człowiekowi prozę życia szarego zjadacza chleba. Ot i tyle…

1350995893_by_Kozzi19_600

Podobnie twórczość i kreatywne czynności twórcze blakną i tracą na znaczeniu w obliczu odtwórczego wytwarzania towarów i dóbr doczesnych niezbędnych do życia zwykłemu człowiekowi. Tak oto szara proza doczesnego życia codziennego deprecjonuje wysokie idee i uczucia zaklęte w indywidualnie unikatowym pięknie niepowtarzalnych dzieł Sztuki i akcie twórczej kreacji, w jakim są one tworzone przez Artystów.

Niestety w obliczu szarych, przyziemnych, pragmatycznych i niskich realiów zwykłej ludzkiej doczesności, definiowanej przez chociażby ludzką fizyczność i płynące z niej potrzeby konieczne czy prozaiczne wymogi życia codziennego, w starciu Twórca versus Odtwórca, to ów pierwszy,  czyli Artysta przegrywa z kretesem. I chyba właśnie dlatego też statystycznie rzecz biorąc, to artyści stanowią w populacji ludzkiej zdecydowaną mniejszość niejako niszową względem większości masy odtwórców czyli rzemieślników i zwykłych wyrobników. I też chyba dlatego między innymi nie każdy może Artystą być i zostać, nie każdy też wyposażony jest w niezbędne do tworzenia sztuki atrybuty, umiejętności, cechy a wreszcie – talenty i uzdolnienia, bez których Artysta nigdy Artystą być nie będzie, a jedynie co najwyżej umiejętnym i zmyślnym rzemieślnikiem, a dzieła jego nigdy być nie będą dziełami sztuki lecz co najwyżej wytworami odtwórczej pracy ich sprytnych rąk – albowiem Sztuka posiada niezwykle wysoki i wyszukane wymagania wobec swych adeptów, czyli tych którym nadaje przywilej jej tworzenia…

I tu dochodzimy do kolejnej z tychże elementarnych różnic między oboma omawianymi tu „gatunkami” człowieka. Mianowicie różnicę tę stanowi pokrótce ogólnie mówiąc fakt, iż dobrym czy umiejętnym rzemieślnikiem, a nawet mistrzem w swym fachu czy wirtuozem, zostać może praktycznie każdy człowiek, przeciętnie uzdolniony bądź inteligentny, po odebraniu odpowiedniej edukacji w swym fachu oraz nabrawszy odpowiedniego doświadczenia praktycznego, a tym samym również biegłości w swym rzemiośle. Natomiast artystą z kolei każdy normalny, przeciętny człowiek z kolei być już nie może.

A to zaś z racji, iż fach artysty, paranie się twórczością artystyczną bądź to tworzenie i zajmowanie się Sztuką, ze względu na całokształt swej specyfiki i natury, wymaga niestety o wiele więcej ponad  tę przeciętną, wymaga pewnej wybitności niejako, otwierając swe podwoje jedynie dla wąskiego grona tych niejako „uprzywilejowanych”, których to Natura w pewnych względach znacznie bardziej hojnie obdarzyła aniżeli większość ludzi, i którzy przez to odznaczają się pewnymi wybitnymi zdolnościami, umiejętnościami, uzdolnieniami, talentami czy potęgą wyobraźni. Sztuka jako chyba jedyna spośród wszystkich fachów jest fachem aż tak elitarnym, a też i wymagającym, który przeznaczony jest tylko dla elitarnego wąskiego grona owych poetycko tak zwanych „wybrańców bogów”, którym niestety prócz wszelkich bezcennych darów owi „bogowie” obdarzyli również cholernie ciężkim, niewdzięcznym i pełnym cierpienia losem zwykle najczęściej, a czego potwierdzenie znaleźć można w niezliczonych biografiach wielu wybitnych artystów z całej dotychczasowej historii ludzkości. Artysta bowiem nie tylko zostaje przez Naturę niezwykle hojnie obdarowany, nie tylko jest jej wybrańcem niejako, który otrzymuje bezcenny rzadki skarby czy raczej skarby, otrzymuje on również coś zgoła odmiennej wartości – otrzymuje niezwykle, wręcz nadludzko ogromny ciężar, który musi całe życie dźwigać, jeśli zdecyduje się być artystą i poświęcić swe życie Sztuce, rezygnując ze zwykłego, doczesnego szczęścia i radości; ciężar, z którym nierozerwalnie związany jest niepojęty ogrom cierpienia i bólu, w tym też cudzego wywołanego nieziemsko wielką zdolnością empatii – ów werterowski Weltschmerz niejako, a też nadludzko ogromny bagaż doświadczeń, jaki ów ciężar jeszcze nieskończenie bardziej potęguje.

talent

Artysta mimo pozornej beztroski, radości i szczęśliwości swego odmiennego losu i bytu, bajecznie imprezowego życia, jakim żyła chyba spora większość z wybitnych artystów, kryje za tą złudną lukrowaną, kolorową fasadą pozorów, faktycznie nieskończony ocean wielkiego ludzkiego nieszczęścia, cierpienia, bólu i krzywdy, bezmiar dramatów i tragedii ludzkich, ogrom trudu tej niespotykanie ciężkiej, trudnej, krętej i wyboistej drogi, na którą jeśli raz się wkroczy, już nie ma z niej absolutnie żadnego odwrotu – jak w tym porzekadle, wkraczając na tę drogę, jest ów „wóz albo przewóz” i reklamacji się tutaj potem nie uwzględnia!

A zatem Artysta to z jednej strony ów „wybraniec bogów”, członek niszowej elity, uprzywilejowana i bardzo hojnie obdarowana, niejako „ekskluzywna” mniejszość, jakiej dany jest ów przywilej i zaszczyt, aby móc parać się sztuką, a swym fachem uczynić twórczość artystyczną, tym samym stając się niejako jednostką wybitną, ponadprzeciętną i wybić się ponad zwykłą, prozaicznie szarą odtwórczość i jedynie wytwarzanie dóbr doczesnych, tworząc coś znacznie więcej aniżeli tylko te dobra doczesne, coś niemierzalnego żadną z fizycznych miar, wyższego i niemal boskiego, co wyraża pewne wysokie, wysublimowane niematerialne byty – pewną efemerycznie ulotną idee fix, niematerialny byt, istniejący jedynie gdzieś w meandrach umysłu i intelektu w formie nierealnych myśli czy wyobrażeń zrodzonych przez bujną, rozbuchaną wyobraźnię ekscentrycznie artystycznego indywiduum. A z drugiej zaś strony – największy męczennik i nieszczęśnik spośród ludzi, człowiek nieskończenie ciężko i boleśnie doświadczony przez perfidnie parszywy los, człowiek, którego życie wypełnia bezlik niewyobrażalnie wielkiego cierpienia, bólu i krzywdy, męczennik, na którego barkach spoczywa największy ciężar i bagaż doświadczeń, jaki to musi on przez calutkie swe nędzne życie dźwigać nieustannie, a który wciąż z każdym krokiem staje się bardziej ciężki…. I wreszcie człowiek, który skazany jest nie tylko na najbardziej niewdzięczny los, ale i ów kolokwialny „kawałek chleba”, albowiem często gęsto cały ów ogromny bezmiar jego ciężkiej pracy i jej wybitnych efektów w postaci stworzonych wielkich dzieł sztuki, cała jego mordęga i krwawica, cały ów gigantyczny wysiłek i trud jakie przez caluteńkie życie musi on nieustannie wkładać w swą twórczość i pracę, za jego doczesnego życia nie tylko nie bywa należycie doceniony czy nawet i dostrzeżony, ale co gorsza nie zostaje on należycie wynagrodzony, skazując często gęsto artystę na życie w biedzie czy wręcz nędzy, nie doczekawszy się za życia należnych mu profitów ze swej twórczości, a też wręcz nie dając mu nawet choć możliwości zarobienia na „chleb” tylko, a czego potwierdzenie również znaleźć można w rozlicznych biografiach wybitnych artystów z całej dotychczasowej historii ludzkości. Dodam tu tylko, iż rewelacyjnym na to przykładem może być chociażby Vincent Van Gogh i jego jakże nieludzko nędzny żywot, a który to za każdym razem jednakowo silnie prowokuje do łez z żalu nad tym biednym nieszczęśnikiem. Ale też i budzi ogromną złość, kategoryczną pogardę i sprzeciw względem tej niegodziwości, jaka to obecnie go nawet po śmierci spotyka, gdy po tejże śmierci już tak wiele wiele długich lat, teraz nagle doceniany jest jego wybitny geniusz i każde z jego dzieł kosztuje dobre miliony dolarów, a zysk z tego jemu żaden, jedynie dla tych pijawek – marszandów i znudzonych bogaczy, którzy na jego krzywdzie, nieszczęściu, niedoli, cierpieniach i bólu nieludzkich bezwstydnie żerują, czerpiąc niebotyczne korzyści, za nic mając Van Gogha i jego jakże tragiczny i straszny los nieludzki!

images (2)

Ów symultaniczny dualizm natury i żywota Artysty zdaje się być relacją czysto antagonistyczną, oksymoronem dwóch skrajnych przeciwieństw, paradoksem wykluczających się wzajemnie sprzeczności, a jednak zarazem tworząc pewną spójną, harmonijną jedność, łącząc ów przysłowiowy „ogień i lód” w komplementarną, jednolitą całość, złożoną z dwóch tak sprzecznych elementów, bez których jednakże obu naraz, owa całość traci swój cały sens, logikę, cel i wszelkie znaczenie, stając się niekompletną i bezużyteczną nicością…

 

I, jak mniemam, już na tym etapie, nie budzi już zapewne żadnych wątpliwości stwierdzenie, iż artysta jest z całą pewnością kimś wyjątkowym, kimś, kto wyróżnia się od innych. A w przekonaniu którym to postaram się dalej jeszcze bardziej Czytelnika utwierdzić.

III. RZECZ O ISTOCIE BYTU – CZYLI KIM JEST ARTYSTA?

Z uprzednio tu sformułowanych definicji oraz późniejszych roztrząsań tu poczynionych przeze mnie w zasadzie posiadamy już pewien ogólny zarys tego, kto to jest artysta. Jednakże mimo wszelkich zawartych tamże już informacji na temat pojęcia artysta, pozostaje pewien niedosyt i pewna wątpliwość w to, czy jednak wiemy faktycznie kim jest ów Artysta? I to esencjonalne, a też kardynalne pytanie postawiła Maria Gołaszewska w swym artykule pt. Kim jest artysta?[5]. I to właśnie refleksji nad tymże tekstem poświęcony będzie ten rozdział, w którym rozważania swe oprę na wspomnianej pracy Gołaszewskiej.

3.1. Artyzm i Etymologia.

Posiadamy już sformułowane tu uprzednio krótkie, ogólne definicje pojęcia artysta, i pewien ogólny zarys tego, kim artysta jest. Bazując na tychże definicjach można by podać jako cechę dystynktywną, która odróżnia artystę od innych ludzi (Zwykłych Homo Sapiens) właśnie artyzm, który podług definicji słownikowej zaś oznacza:

[…] 1. <zdolność, umiejętność tworzenia rzeczy pięknych (i doskonałych przyp. aut.), mistrzowskie wykonanie dzieła sztuki; mistrzostwo, biegłość, talent> […][6].

Uwidacznia się tu wyraźnie podobieństwo pojęcia artyzmu do pojęcia, jakim jest talent.

Idąc za przykładem Gołaszewskiej, pozwolę sobie tutaj podobnie, jak i ona we wspomnianym artykule, uzupełnić nieco omawiane pojęcie artysty, o kwestie etymologii tegoż pojęcia.

byc-artysta-oznacza-widziec-to

Poczynając od samego początku, słowo artysta (łac. Artifex) najsampierw w łacinie posiadało nieco inne znaczenie, a mianowicie oznaczało ono niejako adepta sztuki czyli człowieka, który dopiero pobiera edukację (tzn. uczy się) w dziedzinie sztuk pięknych. Zaś aż do wieku osiemnastego pojęcie artysta było raczej silniej przypisane dobremu rzemieślnikowi, by dopiero następnie stać się później określeniem twórcy dzieła sztuki miast jedynie odtwórcy jak uprzednio.

Przy czym warto tu podkreślić fakt, iż przez długi okres czasu rzemiosło i sztuki piękne nie były sobie przeciwstawiane. Tymczasem dopiero w wieku dziewiętnastym ustanowiło się utożsamienie osoby artysty z twórcą.

Aczkolwiek obecnie sytuacja ta uległa z upływem czasu zmianom a zakres pojęcia twórczość uległ bardzo znacznemu rozszerzeniu. I tak współcześnie twórczość odnosi się do bardzo szerokiego spektrum rozmaitych zjawisk. Poza twórczością stricte artystyczną wyróżnia się także chociażby np. twórcze rozwiązywanie problemów, którego istota opiera się na koncypowaniu rozwiązań nieszablonowych. Poza tym za twórczość uznaje się również dorobek naukowy. A co więcej, mianem twórcy określa się również osoby, które suponują jakieś innowacyjne wartości. Rozchodzi się tutaj zarówno o filozofów i przywódców religijnych, jak i polityków, wynalazców bądź to wszelkich innowatorów w rozmaitych dziedzinach życia.

A to zaś jest przyczyną tego, iż współczesna estetyka rzadko traktuje o takiej twórczości, jaka niegdyś to odnosiła się jedynie do pewnego wąskiego grona ludzi o nadzwyczajnych uzdolnieniach, którzy spożytkowywali swój talent w celu tworzenia rzeczy wzniosłych.

3.2. Estetyka a twórczość.

Co do estetyki warto tu nadmienić o pewnych związanych z nią kwestiach. Zacznijmy od określenia dziedziny jaką się ona zajmuje. A mianowicie dziedzinę tę stanowią zagadnienia, które są uwarunkowane tak zwaną sytuacją estetyczną. Zaś sytuacja estetyczna powiązana jest z pojęciami takimi, jak: twórca, dzieło sztuki, odbiorca a też wartość. Owa wartość natomiast przeobraża sytuację estetyczną w pewien byt spójny.

Funkcję estetyki stanowi diagnozowanie i zgłębianie relacji pomiędzy owymi czynnikami wymienionymi tu uprzednio. Względem tychże relacji można by ująć je w następujący niejako schemat, opisany poniżej.

Co prawda artysta, jako twórca wypracowuje swoistą specyficzną tylko dla niego metodę twórczości (tj. tworzenia). Jednakże mimo tego zróżnicowania indywidualnego każdy proces twórczy złożony jest z dwóch, elementarnych faz zawsze jednako. Pierwsza to tzw. faza przeżyciowa, zaś druga to faza realizacyjna.

I tak rezultat pierwsze fazy, czyli przeżyciowej, stanowi koncept oraz plan dzieła. Cel zaś, do którego dąży faza realizacyjna stanowi ucieleśnienie tejże wizji artystycznej powstałej w wyniku fazy pierwszej, a jej rezultat natomiast to dzieło (sztuki np.).

Tutaj uwidacznia się nierozerwalną więź aktu twórczego z indywidualnością i swoistością osoby twórcy i jego natury, a która często gęsto wywiera silny wpływ na dziele sztuki, pozostawiając na nim swe piętno.

kazdy-artysta-jest-jak-matka

Do cech dystynktywnych osób twórczych zaliczyć bowiem można primo umiejętność niejako „Wsłuchiwania się” w swoje własne koncepcje, a co z kolei rodzi nierzadko nietuzinkowe, oryginalne idee czy pomysły i wizje. I secundo – umiejętność realizacji własnych wizji poprzez tworzenie z nich dzieł, które brylują, odznaczając się na tle innych dzieł.

3.3.O źródłach twórczego geniuszu….

Snując refleksje na temat osoby artysty nie sposób nie zahaczyć o dziedzinę, jaką jest psychologia twórczości.

Za przyczynę i źródło licznych problemów człowieka uznaje się brak umiejętności wyczucia własnych potrzeb, a także rekognicji swych słabych i silnych stron. Analogicznie rzecz się ma również z uzdolnieniami, przez co bywa tak, iż ludzie podejmują wysiłek w dziedzinach, do których nie posiadają należytych predyspozycji.

A zatem co jest niezbędne do tego, aby zostać artystą?

Sam talent niestety nie jest jeszcze do tego wystarczający, niezbędne jest również zapewnienie odpowiednich warunków wzrostu i rozwoju, które zapewnią możliwość realizacji twórczego potencjału. Ale to jeszcze nie wszystko, gdyż same jedynie sprzyjające warunki jeszcze artysty nie czynią. Możemy tu wyróżnić pewne dwa skrajne przypadki. Pierwszy stanowią tzw. talenty pozorne, czyli ludzie którzy chociaż poświęcają temu wiele wysiłku i tak nie są zdolni do tego, aby wzbić się ponad pewną przeciętność.

 

Natomiast drugi, skrajnie odwrotny stanowią twórcy najwięksi, którzy w pełni zasługują na chlubne miano geniusza. Pojęcie geniusz nie zawsze posiadało swe obecnie stosowane znaczenie. Pierwotnie bowiem oznaczało ono ducha opiekuńczego, a dopiero od epoki romantyzmu nabrało ono zgoła odmiennego znaczenia.

Tym niemniej to, co jest, a co nie jest dziełem sztuki podług Schellinga określić można na podstawie następującego kryterium, jakie ujmuje słowami: „Każde prawdziwe dzieło sztuki jest dziełem absolutnie koniecznym”. A zatem co z tego wynika, iż dzieła sztuki nie stanowi dzieło, które mogłoby nie istnieć – a tym samym nie spełnia tegoż warunku, jako że nie jest ono absolutnie konieczne.

Co więcej, można zatem stwierdzić, iż dzieło geniuszu stanowi rzecz konieczną, bez której nie do pomyślenia byłaby kultura czy jej istnienie. A ponad to warunkiem koniecznym jest tu także dla dzieła geniuszu pewna doskonałość. Doskonałość ta czyni co najmniej zbędnym ujęcie bądź dodanie do niego jakiegokolwiek elementu.

Warto tu wspomnieć twierdzenie innego wielkiego idealisty niemieckiego, jakim jest Hegel, autor Fenomenologii ducha. Podług niego to zaś cechę konieczną człowieka genialnego stanowi umiejętność dobrego rozumienia otaczającej rzeczywistości, bazującego na osobistym doświadczeniu.

Przy czym istotne jest tu uwzględnienie tego, iż relacja zachodząca pomiędzy elementarną osobowością człowieka a osobowością twórczą ma charakter różnorodnym.

Warto tu wspomnieć o popularnym podejściu, jakie stanowi biografizm. Pogląd ów upatruje przyczyn powstania dzieła w pewnych konkretnych przeżyciach psychicznych jednostki. A przez to poprzez poznanie dzieła sztuki zostaje poznana jednocześnie również osobowość jego twórcy. Aczkolwiek w rzeczywistości często gęsto twórczość artystyczna i biografia artystyczna są dość rozbieżnymi kwestiami, nie posiadającymi ze sobą zbytnio punktów wspólnych.

Przy czym, istotne jest tu, aby uwzględnić fakt, iż poprzez akt poznania dzieła sztuki dokonywane jest poznanie tych elementów, które w sztuce są najistotniejsze, a zaś przeżycia artysty jako istoty ludzkiej są w tej materii kwestią drugoplanową.

Wzorem Gołaszewskiej, zilustruję to przykładem Stanisława Ignacego Witkiewicza, podług którego to w sztuce nie liczą się „bebechy”, a więc ów nastrój artysty, lecz rzecz zgoła całkiem odmienna, czyli końcowy efekt uzyskany w akcie twórczym przez artystę. A mówiąc prosto, dla Witkacego zupełnie bez znaczenia jest to, czy ten albo owy artysta podcina sobie żyły, czy też „popija herbatkę z mlekiem”, dla niego bowiem najistotniejsze jest samo dzieło, a które to winno być „zapięte na ostatni guzik”.

Kolejną kwestię, którą wymaga tutaj rozpatrzenia, stanowi kwestia motywacji działalności artystycznej.

I tak elementarna kategoryzacja motywów twórczości artystycznej wyróżnia motywy obiektywne oraz subiektywne – a które tkwią zaś w osobie samego twórcy.

Kolejna kategoryzacja wyróżnia zaś motywy, które ulegają podporządkowaniu autoteliczności dzieła sztuki oraz takie, które nie ulegają temu podporządkowaniu wobec tejże autoteliczności. A to z racji tego, iż wolą artysty podczas tworzenia dzieła może być to, aby je utworzyć w formie najdoskonalszej, albowiem dzieło to jest realizacją zamysłu artysty. Ponadto w dziele swym artysta pragnie zawrzeć pewien przekaz, jaki ma wyrażać dane treści istotne podług jego mniemania. Co więcej, pragnieniem artysty jest aby ów przekaz zawarty w tymże dziele natrafił na odbiorcę, który zdolny będzie do odpowiedniego zrozumienia tego dzieła.1352382270_2ucons_600

 

I tym samym omówione zostały już tutaj motywy działalności artystycznej ze względu na ich podporządkowanie autoteliczności twórczości – a więc jako celowi samemu w sobie.

Co do motywacji nie podlegających autoteliczności twórczości, można spośród nich wymienić takie, jak np. pragnienie zdobycia sławy i majątku, prestiż społeczny oraz snobizm, czy też z nieco mniej przyziemnych – dążenie do rozwoju duchowego. Owa ostatnia z wymienionych tu przykładów motywacji z tej grupy uzmysłowić ma nam fakt, iż motywy te nie wykazują uporządkowania, jakie to miało by wskazywać, iż są one jakąś gorszą kategorią i nie powinno się też tak ich traktować. A zresztą przecież nawet takie motywacje jak choćby zła sytuacja materialna czy wręcz urażona ambicja stanowią nierzadko ów „motor napędowy” pchający artystę do włożenia w akt twórczy większego wysiłku, a czego rezultatem nieraz bywa powstanie prawdziwego arcydzieła – n’est-ce pas?

3.4. Specyfika artystycznej percepcji.

Kolejna z różnic między naszym przeciętnym Homo Sapiens a natchnionym Homo Artifex et Creator tkwi w pewnej specyfice ich percepcji czyli sposobu postrzegania rzeczywistości, a i ogólnie spojrzenia na tą rzeczywistość.

Albowiem artysta wyróżnia się również w tym względzie i specyfiką takiej to artystycznej percepcji i „spojrzenia na rzeczywistość”, jaka nie raz zdaje się być zgoła całkiem odmienna aniżeli ta właściwa dla innych „zwykłych” ludzi.

Oczywiście taka specyficzna artystyczna percepcja i spojrzenie na rzeczywistość wykazuje także wewnętrzne zróżnicowane i może przybierać rozmaite formy. Dla przykładu dla części artystów typowa jest percepcja świata jako pełnego wielu „braków” niejako, a które wymagają skorygowania bądź to ich usunięcia. Aczkolwiek nie oznacza to wcale a wcale jakoby art4109877yści z tego rodzaju percepcją (ani też żadną inną) mieli w zwyczaju marudzić, a wręcz całkiem przeciwnie, jako że podług mniemania artysty z owymi brakami, a zatem z niedoskonałością tego świata nie tylko można, ale właściwie też i należy walczyć i zmieniać ten świat na lepsze. Charakterystyczne dla tej formy artystycznej percepcji jest zaś to, w jakim kierunku ona zmierza wówczas twórczość takiego rodzaju artysty. A mianowicie dąży ona wówczas do wytwarzania nowych, innych obiektów czy rzeczy, a które to mają na celu skorygowanie bądź dokonanie likwidacji aktualnego stanu rzeczy, który jest niepożądany.

730..20130924153851_jestes_artysta

Inny przykład formy artystycznej percepcji stanowią zaś artyści, podług mniemania których faktem jest korelacja niedoskonałości tego świata z brakiem adaptacji człowieka. Stąd też u artystów tego pokroju uwidacznia się dążenie ku temu, ażeby zdobyć pogłębioną wiedzę o rzeczywistości bądź to ku wytworzeniu takiej, nowej rzeczywistości, w której to owa adaptacja człowieka byłaby możliwa.

3.5. Dwie role – Twórca a Odbiorca.

Wszelka twórczość artystyczna bądź to Sztuka wymaga z zasady odegrania tu dwóch, odrębnych i zgoła odmiennych ról, a jakimi są role Twórcy – nadawcy i Odbiorcy. A sama w sobie twórczość artystyczna jako jedno ze swych założeń posiada zawartą w sobie intencję żywego kontaktu z odbiorcą, a to z racji, iż bez tego kontaktu nie jest ona żywa i pozostaje martwa. A i ja sama, ze swego już dość bogatego doświadczenia w obrębie twórczości artystycznej, jako pisarka i poetka od wielu, wielu lat, doskonale wiem już i zdaję sobie z tego sprawę, że podobnie jak i wszelkie inne rodzaje twórczości, także i słowo pisane bez owego kontaktu z Czytelnikiem pozostaje martwe, i dopiero ów kontakt z Czytelnikiem sprawia, że tekst czy ogólnie – słowo pisane żyje i jest żywe, a zatem można pokusić się o konkluzję, iż Sztuka żyje jedynie poprzez ów kontakt z Odbiorcom.

Co oczywiste, forma i sposób kontaktu ze Sztuką i twórczością jest zgoła odmienna dla obu z tych ról, realizuje i służy innym celom, pociąga za sobą odmienne rezultaty i efekty (bądź to skutki).

I tak realizacja owej relacji Artysta – Odbiorca dokonuje się na płaszczyźnie pewnych ustalonych kodów kulturowych, a jakie w dużej mierze pozostają zależne od czasu i miejsca, w jakich zachodzi dana relacja. I tak przykładowo, jak wiemy zgoła odmienna jest reakcja na sztukę gotycką człowieka współczesnego, a diametralnie inna była ona dla człowieka, który żył w wieku czternastym.

d6f99df1-d363-4548-9bc9-063c85fa9886

Sztuka z gatunku „Street art” – jedno z dzieł Banksy’ego w Londynie…

W kwestii roli Odbiorcy Sztuki wspominana autorka zwraca uwagę na kontrowersyjne tezy, które są postulowane przez Bogusława Schaeffe r’a, podług którego to w obrębie estetyki zmiany dokonują się z częstością wprost proporcjonalną do częstości zmian estetycznych gustów. Dokonuje on też nieco kontrowersyjnego przyrównania sztuki do luksusowego towaru. A sztuka podług mniemania Schaeffer’a natomiast istnieć może bez jej odbiorców, atoli z tej racji, iż na podobieństwo Natury jest ona zachwycająca sama w sobie, a więc zbędni jej są pochlebcy i schlebianie jej. A zatem co z tej tezy wynika, znaczenie człowieka w roli Odbiorcy sztuki oszacowywane jest jako raczej niewielkie. Co więcej, równie sceptycznie rozprawia się on z zachwytem dla dzieł minionych epok, a które to zjawisko uznaje on za zbędne czy niepotrzebne dla ich twórców. Podług niego bowiem twórca wcale nie tworzy swych dzieł „dla potomności, lecz dla ludzi jemu współczesnych, którzy partycypują z twórczością za życia doczesnego jego autora.

images

Aczkolwiek nie jest nam do końca wiadome to, czy owa sztuka epok minionych wywiązuje się ze swego zadania, jako że brak jest współczesnych jej odbiorców, to w mym mniemaniu i tak ów kontrowersyjny postulat pozostaje sprzeczny z mymi własnymi w tym względzie poglądami, jako Artystki i Twórcy, a też jest on sprzeczny i łamie zasadę zawartą w mym chyba najbardziej głównym życiowym motcie, a które to stanowi następująca łacińska sentencja: „Non omnis moriar!” [‘Nie wszystek umre’, Horatius Carmina III, 30,6].

Relacja zachodząca pomiędzy Artystą i Odbiorcą opiera się na zasadzie niejako sprzężenia zwrotnego. Prócz tego, iż Twórca wpływa na odbiorców, także odbiorcy wywierają pewien wpływ na artystę. O istotności tego wpływu odbiorców na artystę przesądza fakt, iż może on mieć pozytywne rezultaty, jak choćby odkrycie nowych dróg czy też otwarciem owych słynnych nowych „drzwi percepcji”, bądź to innego rodzaju wkład w rozwój i progres twórczości danego artysty i jej efektów (tzn. jego dzieł). Aczkolwiek ów wpływ oczywiście może mieć również i negatywny charakter, a jego rezultaty wcale nie zawsze muszą być pozytywne. Zilustrować to można przykładem artysty, który w skutek takiego to wpływu odbiorców, ugina się i staje uległym wobec panującej mody czy trendów, ślepo podążając wraz z owym kolokwialnym „owczym pędem”, a też wykazuje niepotrzebne dostosowanie się do gustów nie własnych lecz innych ludzi.

Intencje Artysty w owej relacji zilustrować zaś można, wzorem uprzednio wspomnianej autorki, przykładem jednego z polskich artystów, jakim jest Tadeusz Brzozowski. Wyznaje on bowiem, iż jego pragnieniem podczas tworzenia swych obrazów nie jest jedynie tylko to, aby owe obrazy (dzieła) podobały się, zyskując aprobatę czy poklask odbiorców. Pragnienie to stanowi bowiem co więcej to, aby udało mu się tymi dziełami natrafić na takiego odbiorcę, którego poprzez kontakt z owym dziełem udałoby się nakłonić do myślenia, a poniekąd także w rezultacie do czynienia dobra.

Artysta – nadawca zatem wysyła (nadaje) pewien zakodowany w dziele przekaz – komunikat, skierowany do Odbiorcy, który poprzez kontakt z danym dziełem sztuki i partycypację z nim, dokonuje jego interpretacji – oczywiście, podobnie jak Nitzsche uważam, iż interpretacji subiektywnej i indywidualnie zależnej od danego konkretnego odbiorcy – a tym samym rozkodowuje zakodowany przekaz i odczytuje treść nadanego przez Artystę komunikatu, którego treść podobnie jak to w przypadku interpretacji – jest subiektywnie zmienna i zależna od indywidualnego odbioru danego odbiorcy, aczkolwiek prawdą jest po części też i to, że niezależnie od subiektywnej i indywidualnej interpretacji i odbioru, w każdym dziele zawarte są zwykle także pewne elementy stałe, niezmienne i niezależne od tejże interpretacji czy odbioru, odbierane – mniej więcej – jednakowo przez każdego Odbiorcę w każdym czasie czy miejscu.

Względem Odbiorców dzieła artystycznego można dokonać ich kategoryzacji, wyróżniając ich trzy elementarne kategorie. Pierwszą kategorię stanowią odbiorcy należycie wykształceni i kompetentni (np. jak kompetencje użytkownika języka, znawcy sztuki etc.), drugą zaś – odbiorcy amatorzy, i w końcu trzecią tworzą obiorcy „nieprzygotowani”, czyli nie posiadający należytej wiedzy i kompetencji niezbędnych do obcowania ze sztuką, bądź to danym jej wytworem. Zauważyć tu więc należy owe wewnętrzne zróżnicowanie odbiorców sztuki i twórczości artystycznej. Pośród nich występują zarówno odbiorcy kompetentni, którzy odbyli uprzednio w danym kierunku długoletnią i wyczerpującą edukację. A też tacy odbiorcy, którzy są świadomi własnych potrzeb artystycznych, co pcha ich do obcowania ze sztuką i okazjonalnego zdobywania wiedzy o sztuce. Jak i wreszcie odbiorcy, kompletnie pozbawieni jakiegokolwiek przygotowania, kierowani jedynie własną wrażliwością, z racji tego, iż są oni kompletnie pozbawieni wszelkiej wiedzy odnośnie sztuki.

Co się zaś tyczy z koli Artystów, najsampierw można dokonać ich kategoryzacji ze względu na osobowość twórczą. Tutaj zaś wyróżnić należy dwa zasadnicze rodzaje czy typy artystów. Pierwszy z nich stanowią artyści tzw. „ukryci”, czyli tacy, którzy w swych dziełach parają się kwestiami dotyczącymi ich samych w stopniu najwyższym. 6a00e54ef96453883401a5116bfad2970c-640pi Aczkolwiek nie jest to wcale tożsame jakoby z tym, iż ów artysta „ukryty” para się tamże kłopotami dnia codziennego, ale raczej z tym, iż oddaje on w swych dziełach swoje własne, często dość osobiste przeżycia tak, iż odbiorcy mogą z łatwością odnaleźć w tym dziele cząstkę samego siebie. I tym sposobem artysta „ukryty” unika wciskania owej – wielce haniebnej podług mego skromnego mniemania dla każdego rodzaju czy typu artysty – tzw. „prywaty”, wyrażając miast niej uniwersalne sprawy ogólnoludzkie.

Prócz tego drugi rodzaj czy typ artystów stanowią artyści tzw. „wyeksponowani”. Cechą charakterystyczną ich twórczości jest sugerowanie odbiorcy pewnego własnego sposobu percepcji świata, a co z tym związane również eksponowanie swojej osoby, jako osoby realizującej pewien określony konkretnie ideał  artystycznej.

730..20130924153851_jestes_artysta

Analogicznie do wszystkich innych ludzi, również pośród artystów istnieje duże wewnętrzne indywidualne zróżnicowanie, i podobnie jak każdy człowiek, również każdy Artysta stanowi unikatową, niepowtarzalną indywidualność. I tak przykładowo, możemy tu wyróżnić pewne typy artystów, nadrzędne względem tegoż indywidualnego zróżnicowania. Typ chyba najbardziej elitarny, stanowić tu będą tzw. artyści wybitni, parający się twórczością dzieł o wartości uniwersalnej i ponad czasowej. Prócz tego są również i artyści, których twórczość skierowana jest do określonego rodzaju odbiorców a jej celem jest zaspokojenie ich upodobań i dostarczenie im właśnie tego, co odpowiada ich gustom – a zatem tego, co lubią (a więc i chcieliby) oglądać, słuchać bądź czytać etc.

Inną kategoryzację stanowi jeszcze kategoryzacja, której teoretycy sztuki dokonują ze względu na czynniki, które mają największy wpływ na powstanie dzieła. I tak wyróżniamy tu primo twórczość profesjonalną, którą kieruje przede wszystkim refleksja. Zaś ideał takiego rodzaju twórczości (tj. sztuki) stanowi świadomość każdego kroku, jaki zmierza do finalizacji wykonywania danego dzieła. Secundo, zgoła odmienną charakterystyką odznacza się natomiast tzw. sztuka naiwna, która wykazuje z kolei silne nacechowanie ekspresją, poprzez którą artysta niejako „wylewa z b4a2ec7263b0f0e8f61ece6e77c72069siebie” nadmiar buzujących w nim emocji. Twórczość naiwna nawet mimo tego, że wykazuje wiele niedostatków i braków, odznacza się jednak sporym entuzjazmem, a czym często zdobywa sobie aplauz, zwłaszcza młodej publiczności.

Prócz tego wyróżnić możemy jeszcze tertio – twórczość czyli sztukę ludową, w którym decydującą rolę stanowi zaś intuicja. I wreszcie quattro – wyróżniamy też sztukę (twórczość) amatorską, która głównie nastawiana jest na realizację.

To wewnętrzne zróżnicowanie sztuki uwidacznia nam z kolei zróżnicowanie wielości sytuacji artystycznej, a także pewien niejako pluralizm postaw artystycznych, i w końcu zróżnicowanie rozmaitych potrzeb, jakimi kierują się jej odbiorcy.

To zaś stanowi jeartysta_stockden z nielicznych dowodów podważających główną tezę tych roztrząsań o istnieniu dwóch odrębnych gatunków człowieka i wprowadzenia ich rozróżnienia na dwa gatunki Homo Sapiens i Homo Artefix et Creator. A zatem dowodem, który obalając tę tezę, potwierdza fakt, iż twórczość artystyczna w pewnym sensie też nie stanowi wcale czegoś aż tak diametralnie odmiennego od wszelkich innych form ludzkiej działalności. A także, co zatem wynika, iż artyści w pewnym sensie podobnie jak wszyscy inni ci „nie – artyści” żyją w tym samym świcie i rzeczywistości, a prze to są też i zaangażowani czy uwikłani w podobne sprawy tak samo.

Tym niemniej ów sporadyczny dowód nie zmienia wcale a wcale faktu, jakoby Artysta stanowi byt zgoła odmienny diametralnie i różny od bytu, jaki stanowi normalnie każdy zwykły, przeciętny „zjadacz chleba” – typowy przedstawiciel dominującego gatunku Homo Sapiens….

Co jednak odróżnia jeszcze owego Artystę od reszty ludzi rozumnych?

Z pewnością odróżnia go przede wszystkim jego specyficzna, artystyczna wrażliwość – która często gęsto przybiera formę niebotycznej nadwrażliwości, czego i ja sama zresztą stanowię doskonałą egzemplifikację. I to owej specyficznego rodzaju wrażliwości, czy nadwrażliwości, artysta zawdzięcza tę bezcenną umiejętność przyjęcia wobec tych samych spraw co0_0_291182836_Poczatkujacy_artysta_przez_Moostafa_middle inni ludzie postawy odznaczającej się znacznie większą intensywnością, wręcz radykalną, a czego ślad pozostawiany jest właśnie w formie dzieł sztuki. Artysta bowiem, jako największy miłośnik sztuki, umiłował nad życie piękno, które potrafi nie tylko tworzyć, ale i je dostrzegać w każdym istnieniu czy bycie.

 

I tak zilustruje to przykładem cytatu słów Ascanio Condivi, który w Żywocie Michała Anioła takimi słowy opisuje zamiłowanie słynnego artysty Michała Anioła do piękna, piękna natury niejako, z którego czerpał on swe malarskie natchnienie:

[…]Nie tylko kochał on piękno ludzkie, lecz w ogóle każdą rz141013-cytaty-motywacja-inspiracja-niebo-jest-granica-slady-stop-na-ksiezycu-Harlan-Cobenecz piękną; pięknego  konia i pięknego psa, piękny kraj, piękną roślinę, górę czy las, i każdą okolicę, i rzecz piękną i rzadką w swoim rodzaju, uwielbiając to wszystko z przedziwnym uczuciem; w ten sposób zbierał, gdzie mógł, piękno natury, jako pszczoły zbierają miód z kwiatów posługując się nim w swoich pracach; jako to robili zawsze wszyscy, którzy w malarstwie mieli jakiś rozgłos […][7].

IV. EPILOG – CZYLI MIT O ALIENACJI HEROSA PÓŁ – BOGA W ŚWIECIE ZWYKŁYCH ŚMIERTELNIKÓW…

I tak oto dobrnęliśmy aż do samego końca tychże roztrząsań i ostatniego już rozdziału, a w którym to podług reguł i prawideł winno się dać prym podsumowaniu, reasumując uprzednio tu poczynione rozważania. Ale też na samej mecie winna się znaleźć tu jakaś błyskotliwa i najlepiej cięta pointa – którą należy się tekst okrasić, co by dopełnić całości, dodając ową przysłowiową „wisienkę na torcie”…

pytanie-artysty-co-sadzi-o-opinii-krytykow-na-temat-swojego-dziela

A zatem pora na podsumowanie najsampierw.

Reasumując całokształt powyższego wywodu, najsampierw nasuwa mi się na myśl refleksja taka, iż Artysta – Twórca jako ów odrębny gatunek człowiekowatych, może być najtrafniej przyrównany do postaci z mitów, choćby np. greckich, mitycznych Herosów pół bogów, takich jak choćby ów najsłynniejszy Herkules. A zatem Artysta to primo heros – forma nadczłowieka obdarzonego nadludzką mocą, zdolnościami czy talentami. Zaś secundo – Artysta to pół bóg, a więc krzyżówka istoty ludzkiej z istotą boską, czy bogiem, obdarzona boskimi przymiotami i mocą, posiadająca prócz standardowego Człowieczeństwa w sobie także i ów pierwiastek boskości – a przez to ów mieszaniec pół bóg, pół człowiek, skazany jest na swoistą alienację i społeczny ostracyzm; jest on mieszańcem – ni to człowiek, ni to bóg, zawieszony gdzieś pomiędzy tymi światami, gdzieś w pół drogi pomiędzy bogiem a człowiekiem, który w żadnym z tych światów nie jest u siebie, nie pasując ani tu, ani tam, zbyt ludzki dla bogów, zbyt boski dla ludzi – ot samotny wygnaniec, bezdomny outsider ugrzęzły w bagnie swej artystycznej alienacji, bezpański kundel, nie pasujący do żadnej z ras…

Ów Artysta – Heros i Pół Bóg obarczony przeto jest dwoistym ciężarem i sortem obowiązków oraz powinności, jakich dopełnienia się od niego bezwzględnie wymaga. Primo jest to ciężar Człowieczeństwa i wszelkich kwestii z nim powiązanych, ciężar obowiązków i powinności, jakie każdy Człowiek bezwzględnie wypełnić musi, aby udowodnić swe Człowieczeństwo pełne i zasłużyć na miano prawdziwego Człowieka – Humanisty, idealnej formy człowieczej, doskonale perfekcyjnego ludzkiego istnienia… W tym między innymi te obowiązki i powinności Człowiecze, jakie Człowiek posiada względem każdego innego Człowieka – czyli w zasadzie całej ludzkości. I też te względem Człowieczeństwa i jego istoty, obowiązki i powinności ich obrony, walki o nie, troski i dbałości o ich blask, piękno, wartość ale i ogólnie – istnienie i byt. Te jakie na ludzkim świecie od Człowieka wymagać się zwykło i wobec ludzkiego świata, spraw i istot odpowiedzialnością obarczyć można innego Człowieka.

no2a7877-2

I secundo – obarczony jest on też ciężarem, obowiązkami i powinnościami zgoła odmiennymi od tych ludzkich, nadludzko ciężkimi i wymagającymi nadludzkich mocy, zdolności czy umiejętności, a jakie dla zwykłych ludzi są niepojęte ich maluczkim rozumkiem… Ów nadludzki ciężar, obowiązki i powinności to bowiem te „boskie”, a jakich to od bogów się wymagać winno, i jakie bogowie winni bezwzględnie wypełniać i dzierżyć na to, co „boskie” – mówiąc w skrócie obrazowo. Boski ciężar, który tylko boskie barki udźwignąć zdołają; boskie obowiązki i powinności, jakie bogom wypełniać należy zarówno względem bogów i spraw boskich, jak i względem ludzi i ludzkich spraw oraz świata. Ów element boskości bowiem prócz boskich mocy, atrybutów, zdolności czy umiejętności, również i takie, znacznie bardziej nieprzyjemne i ciężkie, konsekwencje za sobą pociąga…

1373378646_by_Violetta_500

I chyba właśnie ów element boskości, a zwłaszcza jego owe negatywne, ciężkie i nieprzyjemne konsekwencje stanowią przyczynę tego, iż Artysta, aby móc być Artystą i przetrwać w tej formie, musi koniecznie być również wystarczająco (nadludzko właściwie) silny, aby zdołać cały ów nadludzki ciężar, obowiązki i powinności, udźwignąć na swych barkach, dzierżąc dzielnie aż po sam kres swej drogi na tym łez padole…

A też, aby zdołać dźwignąć związany z tym nierozerwalnie cały ogrom owego nadludzkiego cierpienia, bólu, krzywdy i nieszczęścia, a jaki chyba każdemu Artyście zawsze w udziale niestety również przypada…

Tym niemniej nie każdy Artysta jest na tyle silny, a czego niepodważalny dowód stanowi choćby owo słynne magiczne dwadzieścia siedem – czyli owiana legendą, niemal mistyczna, feralna granica wieku, której tak wielu spośród wybitnych nie udało się przekroczyć i ich krótkie życie kończyło się właśnie wraz z ukończeniem owych dwudziestu siedmiu lat. Pośród nich można by wymienić na przykład takich jak Jim Morrison, Kurt Cobain, Janis Joplin, czy nie tak dawno zmarłą wokalistkę Amy Winehouse, która zasiliła rzeszę ofiar feralnego dwadzieścia siedem, i wielu innych, o których do dziś świat pamięta, lecz faktycznie jako o tych, którzy nie mieli na tyle siły, aby udźwignąć cały ów nadludzki ciężar, obowiązki i powinności, jakie złożono na ich barki, jako Artysty – Herosa, owego pół człowieka, pół boga, którego element boskości uczynił czymś innym aniżeli zwykłym człowiekiem – czymś, co ni to bogiem, ni to człowiekiem, a co uznać by śmiało można na realizację nietzscheańskiej idei i snu prawdziwego Nadczłowieka, a dla czego aprobatę wyraziłby zapewne i sam Nietzsche, gdyby go o to zapytano za jego życia jeszcze…

1300042635_by_Kwazi12_600

I taka oto nasz Artysta – Heros, Pół – Człowiek, Pół – Bóg, idealny Nadczłowiek Nietzschego, jak każdy przedstawiciel tego gatunku, na samym początku swej twórczej drogi, postawiony zostaje przed chyba najtrudniejszym dylematem człowieczym – oto musi on dokonać wyboru między życiem, istnieniem i wszystkiego co z nim związane, wszystkiego rodzaju szczęścia, radości, przywilejów, korzyści i pozytywnych aspektów, jakie dane są zwykłemu, normalnemu przeciętnemu człowiekowi z gatunku Homo Sapiens, bądź to wyrzeczeniem się ich i tego wszystkiego, na rzecz życia, istnienia i wszystkiego, co tylko z nim związane, jakie dane jest Artyście, składając krwawą ofiarę całopalną z tego wszystkiego ludzkiego na ołtarzu Sztuki i Sztuce, aby zaspokoić tym jej nienasycony apetyt i głód człowieczych spraw, rzeczy, cierpień, bólów, smutków i wszystkiego, co zwykłemu człowiekowi jest właściwe… I to Artysta, niczym ów heroiczny Tytan o nadludzkiej sile musi prócz tego dźwigać na swych barkach, jak mityczny Atlas, cały ten świat i ciężar jego wszystkich smutków, cierpień, bólu, doznań, każdej jednej historii, jaka na tym świecie miała miejsce, każdego jednego doznania, przeżycia, emocji czy nawet myśli, jaka na tym świecie kiedykolwiek istniała… I cierpieć cierpieniem tego całego świata, czuć ból i smutek całej ludzkości – całkiem niczym ów werterowski Weltschmerz, tak ukochany przez Romantyków!

Tak więc oto i ja, naznaczona tym nadludzko ciężkim brzemieniem Artysty – męczennika, cierpię cierpieniem tego całego świata, współodczuwając ból całej ludzkości, pogrążam się w bezdennej głębinie człowieczego smutku… i tylko owej sentencji łacińska melodia mi nadzieje i siły daje, że: „Non omnis moriar!” – i gdy ją tylko na myśl przywołam, znów tę absolutną pewność mam, że choćby nie wiem co, to i tak jednak warto!

 

Fin.

 

By Anna Gabriella Lilith Gajda © All Rights Reserved

9 lipiec A.D. 2016

Artystycznie boski Sosnowiec latem…

Przypisy:

[1] Encyklopedia PWN,  wersja online: http://encyklopedia.pwn.pl  , [dostęp:] 03.07.2016.

[2] Słownik Języka Polskiego, red. Szymczak, Wyd. PWN, wersja online: http://sjp.pwn.pl/, [dostęp:] 03.07.2016.

[3] Słownik Języka Polskiego pod red. W. Doroszewskiego, Wydawnictwo PWN, wersja online: http://sjp.pwn.pl/doroszewski, [dostęp:] 03.07.2016.

[4] Marian Golka, Socjologia sztuki, Warszawa: Difin, 2008, s. 77. Hasło wprowadził(a): Bogna Kietlińska

 

[5] Maria Gołaszewska, Kim jest artysta?, Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne, Warszawa 1986.

[6] SJP pod red. W. Doroszewskiego, Wyd. PWN, wersja online: http://sjp.pwn.pl/doroszewski, [dostęp:] 04.07.2016.

[7] Ascanio Condivi, Żywot Michała Anioła¸ Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1960.