Wpisy

fun-649463_1280

Śmiech to zdrowie i nauka.

Okazuje się, że wykorzystanie żartów i wygłupów w zabawie z dziećmi, skutecznie podnosi poziom i jakość przyswajanej przez maluch wiedzy.

Maluchy, które z rozbawieniem przyglądają się działaniom dorosłych, bezbłędnie odtwarzają prezentowane przez nich czynności, podczas gdy poważne dzieci często mają z tym problem.

Dzieci śmiejące się z wygłupów prowadzącego eksperyment był w stanie częściej powtórzyć „nieudane” próby wykonania określonej czynności niż te, które należały do grupy, w której zabrakło elementu niezdarności dorosłego, a sama czynność przebiegała bez „zakłóceń”

Analiza danych wykazała, że dzieci, które śmiały się z wygłupów eksperymentatora, częściej potrafiły skutecznie powtórzyć jego działanie (pochwycić przedmiot za pomocą narzędzia) niż maluchy, które nie były tak skore do śmiechu lub należały do grupy pozbawionej elementów humorystycznych.

Jedno z wyjaśnień wskazuje na dobroczynne działanie dopaminy, która korzystnie wpływa na proces przyswajania wiedzy. Drugie wyjaśnienie wskazuje, że pogodne usposobienie wpływa na większą umiejętność dzieci do nawiązywania kontaktów.

Prawdopodobnie oba wyjaśnienia są ze sobą powiązane, ponieważ dopamina wydzielana jest w trakcie przeżywania pozytywnych emocji, co sprzyja większej otwartości na interakcję z otoczeniem.

Naukowcy planują kontynuować badania nad śmiechem i procesem uczenia się, a tymczasem radzą rodzicom, by do kształcenia swoich pociech podchodzili z dużą dawką humoru. (PAP) źródło 

Dziecko może nauczyć dorosłych trzech rzeczy: cieszyć się bez powodu, być ciągle czymś zajętym i domagać się – ze wszystkich sił – tego, czego pragnie.

Paulo Coelho

Wpisy Ale o co chodzi?

not-1088697_1920

„Wojna przeciwko prawom kobiet to wojna przeciwko demokracji” – Nina Sankari

Z największą przyjemnością w przeddzień  Marszu Godności – Protest Kobiet, przedstawiam na moim blogu tekst Niny Sankari, wiceprezeski Fundacji im. Kazimierza Łyszczyńskiego, opublikowany na stronie Fundacji www.lyszczynski.com.pl

***

Ponad ćwierć wieku od początku tzw. transformacji demokratycznej w Polsce, która wprowadziła restrykcyjną ustawę antyaborcyjną, 60 lat po uzyskaniu prawa do aborcji z przyczyn społecznych w czasach PRL, 84 lata po uzyskaniu prawa do aborcji ze wskazań medycznych i prawnych w Polsce międzywojennej, polski obóz rządzący cofa Polki do czasów sprzed odzyskania przez Polskę niepodległości w 1918 r., do prawa obowiązującego w Polsce pod zaborami. Projekt całkowitego zakazu aborcji bez jakichkolwiek wyjątków i traktowanej jako przestępstwo jest takim właśnie prawem, jakie obowiązywało pod zaborami. Dziś polski rząd postępuje wobec Polek, jak zaborca ponad sto lat temu. Tak samo wobec swoich obywatelek postępowali Hitler, Mussolini, Franco, rząd Vichy, Stalin i Ceausescu.

Paragraf zabija

„Paragraf zabija” – mówił Tadeusz Boy-Żeleński, lekarz, pisarz, tłumacz, wielki humanista, a przede wszystkim bojownik o prawa kobiet. Nader chętnie dziś zapominany autor „Piekła kobiet” już w latach dwudziestych XX wieku walczył przeciwko całkowitemu zakazowi aborcji i karaniu kobiety, domagając się legalizacji aborcji z przyczyn społecznych. W 1932 r. polski Sejm przyjął ustawę dopuszczającą aborcję z przyczyn medycznych oraz w przypadku ciąży będącej wynikiem czynu przestępczego. W tamtym okresie było to najbardziej liberalne (po Związku Radzieckim) ustawodawstwo w Europie. Udało się je wprowadzić wbrew sprzeciwowi Kościoła katolickiego, głównie dzięki postawie prawników i lekarzy oraz postępowych ugrupowań w Sejmie.

Aborcja z przyczyn społecznych w PRL

Legalizacja aborcji z przyczyn społecznych została w Polsce wprowadzona w 1956 r. Maria Jaszczuk, posłanka-sprawozdawczyni projektu tej ustawy przekonała posłów przy pomocy liczb: 300 tys. nielegalnych aborcji odbywających się pokątnie u „babek”, 80 tys. kobiet przyjmowanych rocznie do szpitali z poronieniem wywołanym przez znachorki, w tym 2 proc. zgonów. To tej ustawie polskie kobiety zawdzięczały 36 lat prawa do wyboru i samostanowienia. W 2007 r., na krótko przed śmiercią, 91-letnia Maria Jaszczuk z goryczą mówiła o zmarnowaniu tego wielkiego wysiłku po zmianach ustrojowych.

Powrót piekła kobiet

Słynnej transformacji demokratycznej w Polsce w 1989 r. towarzyszyło systematyczne zawłaszczanie władzy przez Kościół katolicki dzięki jego sojuszowi z konserwatywną prawicą . Kościół wystawił wysoki rachunek za swój wkład w dzieło obalenia tzw. reżimu komunistycznego. Weto polskiego Episkopatu wykluczyło możliwość wpisania do nowej konstytucji zasady rozdziału kościołów od państwa i jego świeckości czy choćby neutralności światopoglądowej.

Polki zapłaciły zdrowiem i życiem za ten rachunek. Wkrótce okazało się, że wspomniana transformacja demokratyczna ma się odbyć kosztem kobiet, ich praw i aspiracji. Prawa reprodukcyjne i seksualne kobiet stały się łupem Kościoła i ich politycznych sojuszników – prawicy. Dla lewicy i liberałów zdrada interesów kobiet także nie była zbyt wysoką ceną do zapłaty w zamian za poparcie Kościoła w innych dziedzinach, na przykład, w sprawie wyrażenia zgody na przystąpienie do UE. Ustawa antyaborcyjna z 1993 roku została uchwalona wbrew stanowisku opinii publicznej oraz z naruszeniem podstawowych zasad demokracji. Inicjatywa obywatelska domagająca się referendum w tej sprawie, pod którą zebrano ponad milion podpisów, została po prostu zlekceważona. Bardzo restrykcyjna ustawa antyaborcyjna (dopuszczająca aborcję tylko w przypadku poważnego zagrożenia dla zdrowia i życia kobiety, ciężkich wad płodu lub ciąży będącej wynikiem zabronionego czynu seksualnego), brak dostępności nowoczesnej antykoncepcji i edukacji seksualnej, nie przyczynił się do wzrostu wskaźników urodzeń w Polsce. Natomiast praktyka pokazuje, że gdy aborcja jest zabroniona, nawet w przypadkach dopuszczonych prawem zabieg ten nie jest wykonywany, powodując ogromne cierpienia kobiet i dzieci urodzonych z poważnymi, nieusuwalnymi wadami rozwoju.

Kościół przeciwko fundamentom demokracji

Można by pomyśleć, że Kościół dostał w Polsce wszystko, co chciał. Jednak jeszcze pod rządami liberalnej Platformy Obywatelskiej rozpoczęła się otwarta wojna przeciwko kobietom, przeciwko wolności, a zwłaszcza wolności sumienia, słowa i wyrazu, przeciwko systemowi władzy gwarantującemu prawa obywateli, po prostu przeciwko demokracji. Hierarchowie katoliccy posunęli się do otwartego nawoływania do nieprzestrzegania prawa powszechnego, a także do popierania agresywnych grup katolickich grożących przemocą fizyczną lub ją stosujących wobec „wrogów”. W połowie 2013 r., Kościół znalazł nowego wroga – „gender”, który stał się przyczyną wszelkiego zła w Polsce. „Gender niszczy jednostkę, gender niszczy rodzinę, gender niszczy Polskę, gender STOP”- rozbrzmiewało w Polsce.

Polska” ukrzyżowana„ od Sejmu po żłobki i przedszkola, od komisariatów policji po uczelnie wyższe; kobiety wyzute z podstawowego prawa do decydowania o swoim ciele, zdrowiu i życiu, zmuszone do rodzenia dzieci niezdolnych do przeżycia po to tylko, by bezsilnie patrzeć na ich agonię lub skazanych na cierpienia z powodu ciężkich i nieusuwalnych wad; polska szkoła publiczna przekształcona w katolicką medresę, gdzie jest więcej lekcji religii, niż fizyki, chemii i biologii; polska nauka pod presją ograniczającą swobodę badań naukowych; ocenzurowana sztuka; medycyna uznająca prymat prawa Bożego nad prawami pacjenta, system prawny przedkładający prawo kanoniczne nad prawo stanowione, Sejm, w którym posłowie modlą się o deszcz.”- taka była sytuacja w Polsce jeszcze przed przejęciem władzy przez PiS.

Frontalny atak populistycznej prawicy na demokrację

Od zwycięstwa wyborczego PiS, które dokonało się przy zdecydowanym poparciu Kościoła katolickiego najpierw w wyborach prezydenckich wiosną 2015 roku, a następnie w wyborach parlamentarnych w 2015 roku, te ataki na demokrację we wszystkich obszarach życia przybrały postać pełzającego zamachu stanu. Przed sparaliżowaniem Trybunału Konstytucyjnego, ostatniego szańca instytucji demokratycznych, zwycięzcy zaserwowali Polakom serial z gatunku thrillera politycznego, głosując noc po nocy ustawy zmierzające do demontażu demokracji, już wcześniej kulejącej w Polsce. Dwa dni po inauguracji rządów Premier Beaty Szydło doszło do dymisji czterech generałów, czystki w wojsku, służbach specjalnych i policji, do zmian na stanowiskach urzędniczych w administracji centralnej i lokalnej. Następnie założono kaganiec mediom i światu kultury, nie wspominając o wrogich deklaracjach wobec świeckości państwa. Szczególnie groźna jest tzw. ustawa antyterrorystyczna, pozwalająca na inwigilację każdego obywatela bez jakiejkolwiek kontroli oraz dająca władzy możliwość zakazu demokratycznych zgromadzeń. Jest oczywiste, że są to działania mające na celu wyeliminowanie równowagi między władzą wykonawczą, ustawodawczą i sądowniczą i stworzenie warunków do ustanowienia autorytarnych form władzy. Demonstracja KoD 12-12-2015Taka postawa powoduje masowe protesty organizowane przez Komitet Obrony Demokracji, a wspierane przez liczne organizacje prodemokratyczne w stolicy i innych polskich miastach.

Trzeba jednak powtórzyć, że grunt pod obecną sytuację przygotowały poprzednie partie rządzące poprzez systematyczne niszczenie świeckości i związane z tym nieprzestrzeganie wolności obywatelskich (sumienia, słowa, wyrazu)oraz antyspołeczną neoliberalną politykę, reprezentującą tylko interesy ludzi bogatych. Regresywna lewica porzuciła prostych ludzi i swoje postępowe ideały, co zakończyło się jej wykluczeniem z polskiego parlamentu, a jej elektorat został przejęty przez populistyczną i nacjonalistyczną partię PIS , która oferuje „drobnemu ludowi” nie tylko obietnice społeczne , ale również wizję godności i dumy, a nawet wyższości moralnej opartej na amalgamacie autorytarnego nacjonalizmu i katolickiego fundamentalizmu. Wizję niebezpieczną.

Prawa kobiet osią walki o demokrację

Teraz Kościół rzymskokatolicki w Polsce ma warunki do realizacji swojej koncepcji władzy absolutnej. Tu nie chodzi o rząd dusz. Gdyby nauczanie polskich biskupów było w Polsce skuteczne, nie musieliby oni narzucać swoich praw środkami politycznymi. Episkopat polski wystawił kolejną fakturę do zapłacenia polskiemu rządowi i jest to kolejna faktura, w której walutą są prawa kobiet. Fundamentaliści katoliccy, wyhodowani w atmosferze przyzwolenia ze strony mediów i intelektualistów w ciągu ostatniego ćwierćwiecza, złożyli projekt całkowitego, bezwzględnego zakazu aborcji i penalizacji kobiety, lekarza oraz osób pomagających w zabiegu.

Ten projekt, który uzyskał poparcie rządu polskiego, stanowi najpoważniejszy atak na prawa kobiet od okresu międzywojennego. Polscy duchowni, zdyskredytowani przez skandale obyczajowe, łącznie z pedofilią ukrywaną w Kościele i niezwykłą zachłannością finansową, chcą narzucić swoje nakazy i zakazy nie argumentem siły wiary swoich wiernych, ale argumentem siły politycznej. Być może sumienie polskich biskupów może znieść wszystko: od pedofilii księży ukrywanej w Kościele aż po proponowanie prawa, którego wynikiem będzie kobietobójstwo. Ale to nie biskupi zasiadają w ławach poselskich. To na posłusznych i służalczych w stosunku do Kościoła politykach będzie spoczywać odpowiedzialność za tragedie kobiet. Za sojusz tronu i ołtarza kobiety już płacą swoim życiem i zdrowiem, ale ta barbarzyńska ustawa dramatycznie powiększy rachunek strat. Całkowity zakaz aborcji nie ma nic wspólnego z ochroną życia, wręcz przeciwnie, skazuje on na śmierć kobietę, dla której ciąża stanowi zagrożenie życia. Będzie ona musiała także donosić ciążę z ciężko uszkodzonym płodem czy urodzić dziecko pochodzące z gwałtu. W takich przypadkach obecnie obowiązujące prawo obłudnie nazwane „kompromisem”, choć bardzo restrykcyjne, dopuszcza w teorii legalną aborcję. Ale jak pokazuje praktyka, gdy kobieta traci prawo do wyboru, nawet prawo do legalnej aborcji przestaje być stosowane, stając się fikcją prawną.

Sprzeciw wobec tego barbarzyńskiego projektu ma szansę na mobilizację nie tylko feministek i środowisk świeckich , ale także wszystkich zwolenników demokracji, w tym chrześcijan przeciwnych wzrostowi katolickiego fundamentalizmu i autorytaryzmu w kręgach obozu rządzącego. Trzy byłe Pierwsze Damy w liście otwartym wyraziły swoje potępienie dla tego projektu. Djemila BenhabibPodczas panelu „Religie a kobiety” Djemila Benhabib opowiedziała o traumatycznym doświadczeniu aborcji wykonywanej w urągających warunkach sanitarnych na stole kuchennym przykrytym gazetą, czego o mało nie przypłaciła życiem. Panel z udziałem wybitnych feministek z Polski i zza granicy odbył się 3 kwietnia w ramach Dni Ateizmu. Tego samego dnia z inicjatywy partii „Razem” miała miejsce pierwsza wielotysięczna demonstracja pod hasłem „Nie dla torturowania kobiet!”. Tydzień później odbył się kolejny masowy protest pod hasłem „Odzyskać wybór” poparty licznymi manifestacjami solidarności za granicą.demonstracja Odzyskać wybór Zawiązał się komitet obywatelskiej inicjatywy „Ratujmy kobiety”, który złożył w Sejmie RP obywatelski projekt „Ustawy o prawach kobiet i świadomym rodzicielstwie” postulujący liberalizację ustawy antyaborcyjnej, w tym dopuszczalność przerywania ciąży z inicjatywy kobiety, refundowaną antykoncepcję i rzetelną edukację seksualną w szkole. Zawiązana spontanicznie na Facebooku grupa „Dziewuch” zaplanowała na 18 czerwca wielki Marsz Godności w proteście przeciwko próbie zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej, pozbawiającej polską kobietę wszelkiej podmiotowości i zamieniającej ją w inkubator.

Kilka lat temu, Manifa 8 marca szła w Warszawie pod hasłem „Demokracja bez kobiet to pół demokracji.” Ale demokracja bez kobiet to nie jest żadna demokracja! Kwestia aborcji , tj. kwestia samostanowienia kobiet, nie jest problemem tylko kobiet . To nie jest także problem tylko ich bliskich. Jest to problem całego społeczeństwa .

Aborcja była zakazana przez Hitlera, Mussoliniego, Franco, rząd Vichy, Stalina, Ceauşescu. Zniewolenie kobiet przez autorytarne rządy jest początkiem zniewolenia całego społeczeństwa.

***

Moi drodzy! Jutro o 11.55 (za pięć dwunasta) spotykamy się na Placu Zbawiciela, żeby pokazać, że kobiety mają swoją godność, której nie pozwolą nikomu naruszyć. NIKOMU!

 

blue-eyes-237438_1920

„Moje ciało moja broszka”

blue-eyes-237438_1920„Moje ciało, moja broszka” – brzmi logicznie, prawda? Jednak nie dla wszystkich. Ciało może być moje, ale broszka ma należeć do tysięcy obsesyjnie zainteresowanych nią mężczyzn w kieckach zobligowanych do celibatu oraz do ich politycznych sługusów.

Jak wiecie, nasz ePiSkopat i otumanieni katolickim bełkotem, aczkolwiek lepszego sortu polscy patrioci szykują kobietom piekło na ziemi. Nową ustawę antyaborcyjną, zrównującą kobiety z bydłem hodowlanym. Jeśli ten śmieć, który nadaje się jedynie do podtarcia tyłka, wejdzie w życie, my wszystkie — wasze matki, żony, siostry i córeczki będziemy zmuszone do kontynuowania ciąż zagrażających naszemu życiu, do rodzenia dzieci chorych, ułomnych, niezdolnych do samodzielnego życia i patrzenia na ich agonię, do rodzenia dzieci spłodzonych podczas gwałtów. Do porodów będą zmuszane nieletnie dziewczynki, nawet jeśli ciąża będzie skutkiem stosunków kazirodczych.

Kiedy pierwszy raz usłyszałam o projekcie tej ustawy, poczułam się, jakby ktoś napluł mi w twarz, odebrał mi godność, ustawił mnie w jednym rzędzie z krowami na pastwisku, o których losie decyduje hodowca. Niezłe porównanie, biorąc pod uwagę, że taki los chcą nam zgotować owce dla swojego Pasterza. Mam wrażenie, że w tym stadzie więcej jest baranów, niż owiec.

Czy uda się im zakuć kobiety w kajdany i poddawać je torturom ku chwale Pana? Ciężko mi w to uwierzyć, ale w zwycięstwo PiS-u w wyborach też nie wierzyłam. Zamiast czekać bezczynnie, aż nas całkiem zniewolą, musimy działać, choćby wspierając Komitet Inicjatywy Ustawodawczej „Ratujmy kobiety”.

Jak? Nic prostszego. TUTAJ można zapoznać się z treścią projektu ustawy liberalizującej ustawę antyaborcyjną, która wysyła do lamusa ustawę obowiązującą do dziś, bezczelnie nazywaną kompromisem. Następnie TUTAJ można pobrać listę do zbierania podpisów. Później pozostaje już tylko podsuwanie jej mężom, partnerom, ciociom, wujkom, rodzicom, znajomym, dzieciom (jeśli mają minimum 18 lat), bliższym i dalszym znajomym, a potem wypełnione listy wysyłamy na adres:

02-786 Warszawa

ul. Związku Walki Młodych 17 lok. 12

Co znajduje się w projekcie ustawy o prawach kobiet i świadomym rodzicielstwie? Chociażby zapis, że każdy ma prawo do samostanowienia w dziedzinie rozrodczości, do informacji, edukacji, poradnictwa i środków umożliwiających korzystanie z prawa do świadomego rodzicielstwa. Ustawa proponuje wprowadzenie do programów nauczania szkolnego przedmiot „wiedza o seksualności człowieka” od pierwszej klasy szkoły podstawowej.  Dzieci mają zdobywać wiedzę na temat „seksualności człowieka i praw reprodukcyjnych, ochrony przed przemocą seksualną, a także metod i środków zapobiegania ciąży, sposobów zabezpieczania się przed chorobami przenoszonymi drogą płciową, w tym HIV/ AIDS, oraz kształtowania wolnych od przemocy, partnerskich relacji w związkach i równości płci w społeczeństwie”.

Kolejna ważna rzecz, to refundacja środków zapobiegania ciąży. Dla osób korzystających z pomocy społecznej środki antykoncepcyjne mają być zapewniane za darmo.

Następna sprawa  — niczym nieograniczone prawo do przerywania ciąży do 12 tygodnia jej trwania. Po upływie 12 tygodnia kobieta ma mieć prawo do przerwania ciąży, gdy zagrożone jest jej życie lub zdrowie, płód jest upośledzony lub nieuleczalnie chory, co zagraża jego życiu lub gdy ciąża jest następstwem czynu zabronionego.

Ustawa ma zamiar rozprawić się z kolejną katolicką zmorą — klauzulą sumienia poprzez zobowiązanie świadczeniodawcy, który zawarł umowę z NFZ w zakresie obejmującym świadczenia zdrowotne z zakresu opieki zdrowotnej nad kobietą w ciąży, do udzielania tych świadczeń w sposób kompleksowy, w szczególności obejmujący przerwanie ciąży. Do tego zobowiązuje świadczeniodawcę do publicznego udostępnienia listy nazwisk lekarzy, którzy korzystają z odmowy udzielania świadczeń zdrowotnych związanych z przerywaniem ciąży na podstawie art. 39 ustawy z dnia 5 grudnia 1996 r. o zawodzie lekarza i lekarza dentysty oraz do zgłoszenia tej listy do NFZ. NFZ zostaje zobowiązany do publikowania list w Biuletynie Informacji Publicznej i do rozwiązania ze świadczeniodawcą umowy, jeśli nie zapewnia on kompleksowych świadczeń zdrowotnych. W przypadku, gdy wszyscy lekarze wykonujący zawód u świadczeniodawcy złożyli informację o możliwości odmowy udzielenia świadczenia, świadczeniodawca jest zobowiązany do posiadania umowy z podwykonawcą, zapewniającej wykonanie tego świadczenia.

Czyż to nie byłby raj?

Do roboty kochani! Mamy czas do 31 lipca. Pokażmy im gest Kozakiewicza i przy okazji to, że jest nas więcej!

 

 

 

halloween-1011138_1920

Ręce precz od naszych macic!

Już widzę, jak na słowo „macica” kościelne dewoty robią znak krzyża na swoich piersiach. Najlepiej byłoby, gdyby krzyżem zabiły swoje macice, a naszym dały święty spokój. Już dość! Każda myśląca kobieta, mentalnie czująca się więcej, niż przedmiotem czy ułomnym człowiekiem, za którego inni muszą podejmować decyzje, powinna tupnąć nogą, otrząsnąć się z religijnego terroru i pokazać fundamentalistom katolickim środkowy palec.

Urodziłam się w latach siedemdziesiątych. Pokolenie mojej mamy dokonywało aborcji na potęgę. W tych czasach niejedna z tych kobiet była pacjentką doktora Chazana. Tak, tego świętego doktorka, dla którego patrzenie na agonię maleńkiego człowieczka, który nie powinien był się narodzić, to wspaniała, miłosierna wola boska, której nie wolno się przeciwstawiać.

Powinniśmy pokazać zdjęcie naszego dziecka. Wodogłowie, brak części kości czaszki, w miejscu nosa dziura, rozszczepy kości policzkowej, wypłynięte oczy, brak powiek. Widok drastyczny. Ale może wtedy ludzie, którzy uważają, że prof. Bogdan Chazan uratował życie, zrozumieją, że tego życia nie można było ratować, że to dziecko nie było niepełnosprawne, takie, które można pielęgnować, leczyć, wozić na wózku. Po urodzeniu lekarze bali mi się je pokazać. Sami byli wstrząśnięci. A prof. Chazan przedłużył tylko jego agonię. Tak, powinniśmy pokazać to zdjęcie, ale bylibyśmy oskarżeni o obrażanie czyichś uczuć. Za to prof. Chazan może bezkarnie obrażać nasze uczucia, mówiąc, że chcieliśmy zabić własne dziecko. Wmawia opinii publicznej, że przerwanie ciąży ze wskazań medycznych to rozszarpywanie dziecka na kawałki. A „obrońcy życia” robią pikiety, wywieszają wystawy ze zdjęciami rozszarpanych płodów. Tak, takich zdrowych płodów, zdrowych dzieci, które jeszcze niedawno rozszarpywał prof. Chazan, który teraz swoje winy chce odkupić naszym kosztem. Naszym i naszego dziecka. Takich zdrowych płodów rozszarpywanych w podziemiu aborcyjnym, z którym ani prof. Chazan, ani nasze państwo nie walczy. A my wiemy, że przerwanie ciąży w przypadku ciężkiej wady płodu to jest normalny, tylko przedwczesny poród. Okupiony bólem i cierpieniem, ale jednak normalny. I mając tę wiedzę, zdecydowaliśmy się na taki krok. My też jesteśmy katolikami i też jesteśmy przeciwni zabijaniu zdrowych płodów.

Nie próbuję nawet wczuć się w rolę rodziców tego dziecka, któremu dr. Chazan miłosiernie ocalił życie. Mimo potwornej krzywdy, jaka ich spotkała, nie umknęło mojej uwadze to, jak bardzo ulegli katolickim oszustom. Chodzi o „rozszarpywane płody”.

Nie można mówić na przykład, że antykoncepcja zabija albo że tabletka „dzień po” to aborcja. Byłem nie tak dawno w telewizji. Obok mnie siedział działacz ruchu pro life i mówił z pełnym przekonaniem, patrząc w kamerę, że w ulotce w wersji angielskiej jest informacja, że tabletka może mieć działanie aborcyjne. Byłem przekonany, że takiej informacji nie ma, ale szybko, jeszcze w trakcie programu wszedłem do internetu i sprawdziłem. Nie ma. Facet kłamał, trzymając rękę na książeczce do nabożeństwa. Zgodnie ze swoją ideologią prawdomównego katolika kłamał tak, jak kłamią zdjęcia porozrywanych dzieci na manifestacjach ruchów pro life. Ciąży nie terminuje się, rozrywając płód. (prof. Romuald Dębski, ginekolog położnik).

A oto moje „dziecko”.

DSC06798

Jakby ktoś miał problemy z rozpoznaniem, to jest to ta „dziurka” na zdjęciu. I opis mojego „dziecka”:

DSC06801

Nawet gdyby ktoś chciał, ciężko by mu było go (płód), czy je (dziecko) rozerwać na strzępy. Ba! Myślałam wówczas o aborcji. Dlaczego? Gówno Was to obchodzi! Dlaczego tego nie zrobiłam? Też nie Wasza sprawa! To była moja decyzja, mimo obowiązującego dziś prawa, tylko i wyłącznie moja decyzja. Czy jej żałuję? NIE! Czy żałowałabym, gdybym podjęła inną? A SKĄD MAM WIEDZIEĆ? Wiem jedno. Chcę mieć decyzję. I nie życzę sobie, aby ją za mnie podejmowała stara hipokrytka, która być może skrobała się w czasach, kiedy można było to robić, czy lekarz, który wyskrobał dziesiątki płodów, a dziś pretenduje do roli świętego.

Sprawa prof. Chazana teraz jest już sprawą czysto polityczną, która miała duże znaczenie dla relacji Państwo – Kościół i mocno podzieliła społeczeństwo. Przykre tylko, że ani matką, ani dzieckiem, które urodziło się u mnie na oddziale i umierało przez kilka dni, nie zainteresował się nikt z polityków prawej strony sceny, nikt z działaczy ruchów pro life ani żaden lekarz, który podpisał Deklarację Wiary. (prof. Romuald Dębski, ginekolog, położnik).

Umierało kilka dni. KILKA DNI. A niedawno Polska żyła dzieckiem, które podczas aborcji urodziło się żywe i żyło UWAGA! UWAGA! 22 minuty! O tak, o 22 minuty za długo uważam, ale przy kilku dniach to i tak brzmi słabo, prawda?

I dopuszczę do głosu katolicką histeryczkę Terlikowską, która tak oto odpowiada Zandbergowi, na jego wpis na Twitterze głoszący: „Zmuszanie kobiet do rodzenia ciężko upośledzonych płodów to barbarzyństwo. Włos się jeży na głowie, że ministrem zdrowia jest rozważający to talib”.

Dlatego, że sama jestem matką i nie mogę zrozumieć, jak o chorym dziecku ktoś może się tak pogardliwie wypowiadać. Nie ma Pan żadnego moralnego prawa, by w ten sposób określać chore dzieci i, niczym kapo na rampie, decydować o tym, czy ma ono prawo do życia czy nie. Pisze Pan, że: „Zmuszanie kobiet do donoszenia ciężko upośledzonych płodów to barbarzyństwo”. Zadam Panu inne pytanie, czy to, co stało się w szpitalu Świętej Rodziny, nie jest barbarzyństwem? Czy Pana zdaniem ktoś, kto jest chory i nawet jeśli z dużym prawdopodobieństwem można określić, że jego życie trwało będzie kilka minut, może godzinę, musi cierpieć i umierać w bólu/ Czy nie zasługuje na to, żeby otoczyć je opieką paliatywną? Czy umiałby Pan patrzeć na cierpienie własnego dziecka? Domyślam się, że nie. To dlaczego pozwala Pan, by w tak okrutny sposób cierpiały inne dzieci. I ich matki.

Nie wiem, co stało się Zandbergowi, że takich akurat słów użył. Wypił za dużo, czy po prostu zrozumiał, że aby coś zdziałać w polityce, trzeba być wyrazistym? W każdym razie ja tę krótką jego wypowiedź przeczytałam trzy razy, zanim zrozumiałam, o co w niej chodzi. Matka Polka, święta Lady T. załapała od razu. Barbarzyństwem dla niej jest ten wypadek w szpitalu. Zresztą też tego szpitala nie lubię. Dwa razy tam rodziłam i mam złe wspomnienia. Ba! Nawet żałuję, że ich nie pozwałam, a zapewniam Was, że miałam ku temu prawo i dowody. Ale wiadomo, jak w tym kraju wygląda dochodzenie swoich praw od lekarzy.

Wracając do tej pani, o której jak myślę, to tylko łacina podwórkowa ciśnie mi się na usta, przynajmniej w tej jednej sprawie. A pozwolenie żyć dziecku, które „ocalił” dr. Chazan, to nie barbarzyństwo? Tej matki jej nie szkoda? Oczywiście, że nie. Bo ona uważa, że gdzieś tam na górze siedzi dziadzio z długą brodą, którego wolę obwieszcza wszem i wobec katolicki Kościół. Tylko że ten stary pryk nie tylko nie wie nic o in vitro, nie wie nic o skrobankach, nie wie nic o płodach, nic o prezerwatywach, o pigułce „po” , to jeszcze nie wie, że ziemia jest okrągłą planetą krążącą wokół słońca, i że nietoperz nie jest ptakiem. Jego prymitywny umysł nie sięga poziomu przedszkolaka! Skąd to wiem? Z jego wiekopomnego dzieła – z Biblii!

Wiecie już, że nam katoliccy fundamentaliści przyszykowali obywatelski projekt ustawy antyaborcyjnej? Mało im jeszcze obostrzeń na tym punkcie, mało im jeszcze klauzul sumienia? Tak przy okazji, znowu cytat rozsądnego człowieka, prof. Dębskiego odpowiadającego na pytanie brzmiące: „co z pana sumieniem?”

To w ogóle nie powinna być kwestia do dyskusji. Jestem lekarzem. Moje sumienie podpowiada mi, że mam leczyć pacjentów zgodnie z wiedzą medyczną a nie ideologią. W Wielkiej Brytanii jak ktoś chce być położnikiem-ginekologiem, to musi zadeklarować, że będzie wykonywał wszystkie procedury, które znajdują się w wykazie świadczeń. Jeśli mu na to sumienie nie pozwala, to nie decyduje się na wykonywanie tej specjalizacji. Jeśli pani byłaby świadkiem Jehowy, to nie powinna się pani decydować na bycie transplantologiem albo hematologiem, prawda? Tak samo muzułmanin, któremu religia nie pozwala dotykać obcych kobiet, nie zostaje ginekologiem. Przykłady można by mnożyć.

Postuluję, żeby na drzwiach gabinetów lekarzy, którzy w podejmowaniu decyzji medycznych kierują się względami innymi niż wiedza medyczna, na przykład swoim sumieniem, widniały stosowne informacje. Pacjent, udając się do lekarza, musi mieć świadomość, z kim ma do czynienia, pacjent ma prawo do informacji i wyboru lekarza.

Wyobraźmy sobie hipotetyczną sytuację, że któraś z córek fundamentalistów Terlikowskich zostaje zgwałcona i w wyniku tego ohydnego przestępstwa zostało poczęte dziecko. Z góry można założyć, że babcia i dziadzio Terlikowscy zmuszą zmaltretowaną córkę do jego urodzenia. Ale czy aby na pewno?

Przykre jest jednak to, że ten sam lekarz zmienia zupełnie stanowisko, kiedy sprawa dotyczy jego rodziny, jego bliskich. Podobnie się dzieje z prawicowymi politykami, którzy żądają całkowitego zakazu aborcji, sympatykami ruchów pro life. Ileż ja razy słyszałem: panie profesorze, to jest wyjątkowa sytuacja, no, musi pan zrozumieć, my normalnie byśmy nigdy nie usunęli, wie pan jesteśmy wierzący, no ale ono takie chore, z wodogłowiem, no trzeba, musimy… To jest wyjątkowa sytuacja, profesorze, wyjątkowa.

Ciąża to jest zawsze wyjątkowa sytuacja. Zawsze. Często osoby deklarujące się jako osoby wierzące, przeciwnicy aborcji zgodnej z prawem, zmieniają swoje poglądy, kiedy to dotyczy ich lub ich rodzin. (prof. Dębski)

Fundamentaliści katoliccy niczym nie różnią się od fundamentalistów islamskich. NICZYM! Wolałabym zginąć ukamienowana, niż patrzeć na moje kalekie dziecko, które umiera kilka dni w męczarniach, bo według psycholi wyimaginowane bóstwo tak chciało. Na zakończenie znowu oddam głos profesorowi Dębskiemu. Wczytajcie się w niego, zastanówcie się, pomyślcie, jak bardzo jesteśmy zmanipulowani, jak bardzo od lat ulegamy kościelnej indoktrynacji, jak bardzo dajemy się niewolić, oszukiwać, jak długo jeszcze można się na to godzić.

Podam pani przykład ciąży pozamacicznej. W szpitalu, w którym kiedyś pracowałem, był ksiądz, który chodził po oddziale ginekologii i namawiał pacjentki z ciążą pozamaciczną, żeby się wypisywały ze szpitala i nie poddawały laparoskopii i usunięciu tej nieprawidłowo zlokalizowanej ciąży. Ciąży, w której najczęściej nie było żadnego zarodka, czyli życia, rozwijał się tylko trofoblast, który produkował HCG i dawał pozytywny wynik testu ciążowego. Groził im sądem ostatecznym i piekłem.

Bały się?

Niektóre nawet bardzo. A ja się bałem, że któraś się rzeczywiście wypisze i jej w domu pęknie jajowód, wykrwawi się i umrze. Nie potrafię sobie wyobrazić sytuacji, żeby proponował takie postępowanie lekarz, ale niestety, słyszałem o takich przypadkach. Taki lekarz „z sumieniem” czekał na to krwawienie do brzucha i przystępował do działania dopiero, kiedy było zagrożone życie matki. Takiego sposobu postępowania nie opisano w żadnych rekomendacjach na świecie. Co ciekawe, to „sumienie” w ogóle nie brało pod uwagę cierpienia matki. Nie ma dla niego znaczenia, że kobieta w wyniku jego braku działania może umrzeć. (…)

Kiedyś nawet występowałem w pewnym programie z panią doktor, która otwarcie przyznawała, że sumienie jej nie pozwala naruszyć ciąży w jajowodzie. Zapytałem ją o inny przypadek – rozpoznanie czerniaka we wczesnej ciąży – jest to klasyczne wskazanie do przerwania ciąży ze względu na konieczność ratowania życia matki. Czerniak w ciąży bardzo źle rokuje, ponieważ ona dramatycznie przyspiesza jego rozwój.

I co ona powiedziała?

Że podpisała deklarację wiary, że nie przerwie tej ciąży, co więcej, że pacjentce nie udzieli informacji o tym, że ciąża zmniejsza, a praktycznie niweluje jej szanse na przeżycie. I oczywiście, w związku z tym, nigdzie pacjentki nie odeśle. Będzie jej „towarzyszyła w jej drodze”.

Czyli zginą oboje, i matka i dziecko.

Tak, dla tej pani wybór był prosty. Nie wiem tylko, co na to matka tej pacjentki, jej mąż, dzieci? Myślę, że nie podzielaliby poglądów tej lekarki. Jeżeli ona, ta lekarka, chce zostać męczennicą za wiarę, niech sama nią zostaje, a nie deleguje do tego celu inne osoby.

A najgorsze w tym wszystkim jest to, że katolicki przymus dla wielu stał się normą i dziś kobiety boją się walczyć o pełne prawo do aborcji. Samo utrzymanie  obecnego status quo traktują, jako walkę o swoje prawa. Sam ten fakt fundamentalizm katolicki może uważać za swój sukces. Za dwadzieścia lat okaże się, że rodzenie dzieci z gwałtów również będzie normą. Za kolejne dwadzieścia lat może okazać się, że śmierć matki podczas porodu będzie normą. Osierocone dziecko trafi do sióstr zakonnych i wszyscy będą mieli je w dupie. Liczyć się będzie tylko samozadowolenie katolickich fundamentalistów i ich domniemane, zabukowane kwatery w raju, który nie istnieje.

 

Wpisy Obserwatorium

2013-12-11-14.48.461

Basia, spokój i harmonia

Macierzyństwo 3

Nasza pierwsza opiekunka, kobieta +50, zakończyła pracę nagle i dość niespodziewanie, na własną prośbę… w każdym razie wszyscy byli zadowoleni, a najbardziej chyba mój mąż – ale o tym opowiem przy innej okazji.

***

Zamieściłam ogłoszenie, że poszukuję… ; i zaczęły się telefony. Nie powiem żeby się urywały, ale trochę tego było. Trzeciego dnia odebrałam ten właściwy – skąd to wiedziałam? Nie wiedziałam. Bo wiedzieć znaczy rozumieć, znać powód. Pamiętam jedynie, że znowu poczułam lekki , może nawet więcej niż lekki, rezonans tego czegoś, co siedzi ukryte, przyczajone, nienachalnie oferując od czasu do czasu pomoc w podjęciu ważnej decyzji. I podjęłam ją natychmiast, zanim zobaczyłam Basię na własne oczy. Miała wtedy niespełna 18 lat, pochodziła ze wsi, gdzie się urodziła i którą kochała, i z miasta, w którym dorastała i czuła się nieszczęśliwa. Wszyscy się dziwili, że powierzam tak młodej dziewczynie mój skarb. Ale domownicy, zaakceptowali mój wybór bez zastrzeżeń, nad czym się wówczas nie zastanawiałam nawet przez chwilę – skoro ja akceptuję to o co chodzi?

***

Ale najważniejsze było to jak Pycek- bo od jakiegoś czasu Mamlas stał się Pyckiem, przyjmie tę zmianę. Wszystko wskazywało jednak, że i on nie ma nic przeciwko. Dziewczynki chodziły samodzielnie do szkoły, rodzice do pracy, a Pycek ze swoją nową towarzyszką odbywał długie spacery i wycieczki po Krakowie i okolicach… Życie popłynęło spokojnym porządeknurtem w przyszłość. Minęło 2 lata z okładem nim nasz syn dojrzał do wieku przedszkolnego. Wtedy właśnie Basia oznajmiła nam, że chce pójść swoją drogą. Wszyscy zaczęliśmy się zastanawiać jak to teraz będzie; z pewną paniką skonstatowałam – czy to w ogóle możliwe? – życie bez Basi? Nie umiałam sobie tego wyobrazić. Mieliśmy duże mieszkanie, zaoferowaliśmy kwaterę bez żadnych zobowiązań finansowych; wiedzieliśmy, że chce studiować na AGH-u- cudownie! Studiuj! Ale była nieugięta, chciała czegoś innego, chciała zrobić to samodzielnie i po swojemu. Musieliśmy, z nieukrywanym smutkiem, przyjąć do wiadomości i zaakceptować. Przyjęliśmy i zaakceptowaliśmy. Nasze mieszkanie pogrążyło się w ciszy i czymś na kształt żałoby po stracie nie do zastąpienia.

***

Przeczytałam powyższy akapit i widzę wyraźnie, że muszę coś wyjaśnić. Bo mogliście odnieść wrażenie, że pokochaliśmy zabawkiBasię, i może do pewnego stopnia to nawet i prawda, ale to czego jestem absolutnie pewna to to, że najbardziej pokochaliśmy życie w obecności Basi. Bo była to i zapewne nadal jest, wyjątkowa osoba. Wcześniej nie opowiedziałam wam nic o atmosferze jaka panowała w naszym domu. I nie chciałabym tu opisywać wszystkich zawiłości interpersonalnych między nami tj. między mną i mężem, między nami a naszymi córkami, czy specyficznie między córkami, bo to osobna historia… ale powiem to co istotne; w naszym domu panowała atmosfera napięcia, oczekiwania na burzę, było głośno, trzaskały drzwi, wybuchały co chwilę konflikty o byle co. Ale dwa lata z Basią to był czas harmonii, niewymuszonego spokoju, cudownej równowagi, problemy? Jakie problemy! Nie mieliśmyład problemów! – no nie takie ci one straszne, nie warte kruszenia kopii! Same się rozwiązywały. Zajęły właściwe miejsce w szeregu – stały się punktami do dyskusji, przestały być powodem frustracji i pretekstem by się na kimkolwiek wyładować. Pomyśleć by można, że Basia zarządzała naszymi emocjami, ale to nie prawda. Ona była , przez swój sposób bycia, taki niemal niezauważalny, neutralizatorem toksycznych relacji. Nie potrafię do dziś zdefiniować na czym ten wpływ polegał, jaki był mechanizm jej oddziaływania na nas wszystkich, ale nie mam wątpliwości, że to właśnie ta obecność wprowadzała magiczny wprost nastrój pogodnego współistnienia.

***

Ps. Ponieważ pretekstem do pisania o moim macierzyństwie jest wznowienie pozycji wydawniczej pt. „W głębi kontinuum” Jean Liedloff , kolejna część, w której przejdę do meritum sprawy musi nieco poczekać, ze względu na to, że już widzę iż nie jest to ani to samo tłumaczenie, ani w ogóle ta sama treść merytoryczna, z którą miałam do czynienia 20 lat temu. I muszę przyznać, że jestem nieco rozczarowana tym co teraz czytam po latach. Skończę lekturę, przemyślę wnioski i pojadę dalej z tematem. Obiecuję.

pranie

Późne macierzyństwo – dojrzały instynkt

Mając 35 lat,  jako tako poukładany schemat życia rodzinnego, sporo satysfakcji w pracy zawodowej, nagle naszło mnie nieodparte przekonanie, że mogę wreszcie zrealizować się jako matka. To była dość szalona myśl, ale rozgościła się na dobre i nie chciała mnie opuścić.
***
Wkrótce urodziłam chłopca. 1993 rok, pierwsze jaskółki przemian w podejściu do porodu – noworodek w pokoju z matką! Nie powiem, żeby mnie ta sytuacja zachwycała, zwłaszcza, że ledwo się ruszałam, maleństwo miało cały czas zaropiałe oczka, ale zgodnie z nowym trendem nikt nas nie niepokoił – nawet jeśli prosiłam o pomoc… spuśćmy na to zasłonę, było, minęło i lepiej zapomnieć, w końcu wyszliśmy ze szpitala o własnych siłach i oboje żywi, więc o co chodzi?! 😉

***
Tym razem karmiłam bez histerii, bez mądrości książkowych, i z wielką przyjemnością. Mamlas – tak nazywaliśmy chłopaczka – bo ciągle ciamkał pokarm ssaków, po troszeczku, ale zawsze łapczywie i z zamkniętymi oczkami odnajdywał źródełko. Mam z tamtego okresu wspomnienie o nieustająco dobrym nastawieniu do całej sytuacji; spokój, nie liczenie się z czasem, nic nie było zbyt trudne czy uciążliwe, wszystkie czynności wykonywałam z przyjemnością i nigdy nie czułam się zmęczona, choć przecież musiałam być na każde zawołanie- cichutkie kwilenie mamlaska. Zainstalowałam się w małym pokoiku koło kuchni i łazienki i tam spędzaliśmy błogi czas. Mały bywał w łóżeczku rzadkim gościem- wylegiwaliśmy się oboje w mojej pościeli – czas odmierzały nam powroty do domu kolejnych domowników. Miałam niejasne poczucie graniczące z pewnością, że tym razem wszystko będzie inaczej. Byłam szczęśliwa. Czułam, że się spełniam. I czułam, że Mamlas też jest zadowolony.

***
Podczas rutynowej kontroli pediatrycznej zwrócono mi uwagę na asymetrię siły mięśni małego i zadbano o to bym wyszła z gabinetu przerażona. Poszłam ze skierowaniem do przychodni rehabilitacyjnej, gdzie fizykoterapeuta nauczył mnie pranie21kilku ćwiczeń, które miałam odtąd wykonywać z moim chłopcem. Po pierwszych próbach, dodam dramatycznych próbach, świadoma odpowiedzialności zrezygnowałam. Dlaczego? Nie umiem tego zracjonalizować. Po prostu maleństwo reagowało na każdą wizytę w łazience, gdzie na specjalnym stole wykonywaliśmy zestaw ćwiczeń, w taki sposób, że darł się jakby błagał o litość, a ja ze łzami  determinacji widziałam w lustrze swoją twarz – twarz  oprawcy. Trwało to jakiś czas, zanim zrezygnowałam, ponieważ rozum ganił mnie – rób co ci kazali!  słyszałam jeszcze dokładnie to co mówił terapeuta- „jeśli tego zaniedbasz, mały może mieć problemy ze sprawnym chodzeniem, pisaniem, mową i właściwie z wszystkim… ”
Ale on zaczął tak na mnie patrzeć, tak rozumnie, jakby pytał – dlaczego mi to robisz, przecież widzisz jak cierpię, tak było miło i bezpiecznie, a teraz znowu chcesz mi to zrobić, nie chcę!!! I pewnego dnia, po kąpieli spokojnie zbadałam go tak jak pamiętam, że badał go pediatra – i nie wiem czy to była prawda, czy bardziej chciałam żeby to co widzę było prawdą, ale nie zobaczyłam tej niby asymetrii spowodowanej przykurczem mięśni prawej strony- pamiętam jakby to było wczoraj…Przerwałam terapię. I wiecie co? Czułam, że to jest słuszne. Nawet nie poszłam do pediatry by dał mi przyzwolenie na zaniechanie. I nie chodziło o to, że się obawiam co powie, ja wiedziałam, że mam rację. Opisuję tą sytuację tak dokładnie, ponieważ to był  silny akcent  w moim macierzyństwie, porównywalny z łapaniem po raz pierwszy równowagi podczas nauki jazdy na rowerze – nagle czujesz, że panujesz nad sytuacją, nad swoim ciałem, które od tej chwili nigdy cię nie zawiedzie, od tej chwili jest na twoje wezwanie, służy ci najlepiej jak potrafi. Poczułam się silna, poczułam, że na coś mam wpływ, że nie muszę się już trzymać jak pijany płotu, tego co mi wtłoczono , co przeczytałam kiedyś, lub co mi mówią inni ludzie.Poczułam, że mogę zaufać sobie, że instynkt i intuicja sprawne są i gotowe by udzielić mi wsparcia.

***
PS. w tym miejscu muszę puścić oko do mojej przyjaciółki psycholożki – wiem, wiem… tak nie można mówić o odpowiedzialnym rodzicielstwie, to niepedagogiczne jest i niepoprawne politycznie. Ale ta opowieść ma być uczciwa, a więc siedź cicho, bo są na tej ziemi sprawy o których filozofom się nie śniło! Tak Ci powiem!

***
pranie-bielizna-suszenie-prania_16971655Sześć miesięcy zleciało jak z bicza trzasł – musiałam wrócić do pracy. Kocham swoją pracę, więc cieszyłam się i jednocześnie było mi żal zostawiać małego w szponach opiekunki. Przywoziła mi go do pracy na karmienie – miała niedaleko dwie przecznice od domu. Ale ta przyjemność nie mogła w takich warunkach trwać już zbyt długo… Do końca pierwszego roku życia małego karmienie odbywało się już tylko rano i wieczorem, ale cieszyłam się i z tego.

***

A potem do naszego domu zawitała Basia… nowa opiekunka, i jak wkrótce mieliśmy się przekonać, dobry duch i jakiś magiczny spokój…
c.d.n.

DSCN2088

Macierzyństwo cz.1

Chciałabym się podzielić jedną z moich ulubionych historii. Dotyczy późnego macierzyństwa. Ale zanim to uczynię, muszę niestety, opowiedzieć o czymś, co porządne Matki Polki źle tolerują, wypierają ze świadomości i często jedyną reakcją na taką opowieść jest zaprzeczenie jej prawdziwości. Dożyłam czasów królestwa internetu i nawet nie potrzebuję już papieru, który cierpliwy jest i przyjmie wszystko, wystarczy klawiatura, pecet i cisza nocna. I żadna kobieta ani mężczyzna nie wejdzie mi w słowo, nie zaprzeczy przed końcem i puentą, nie zatka mi ust energicznym wmawianiem, że to niemożliwe…

Poruszane w tym odcinku sprawy z konieczności muszę opisać w sposób mocno skoncentrowany, zatem proszę o wyrozumiałość – nie mam ambicji by pisać epos o macierzyństwie, ale chciałabym przynajmniej zasygnalizować parę problemów, o których głośno się nie mówiło dawniej, nie mówi się i dziś, chociaż już z zupełnie innych powodów.

                                        O okolicznościach pierwszego macierzyństwa i kawałek o drugim….

Miałam 23 lata. Studiowałam medycynę. Miałam chłopaka, którego nie kochałam. Były wakacje. Góry. Zgubiliśmy się, zastała nas noc, dostałam histerii, kiedy jakieś nocne ptaszysko -lelek bodajże- demonicznie zachichotał mi nad uchem. Darłam się i miotałam przekleństwa – i w ten sposób przywołałam nieoczekiwaną już pomoc. Siąpiła mżawka, było mgliście i nieprzyjemnie chlupotało mi w butach, ale byłam szczęśliwa, bo nagle ktoś zaświecił w naszą stronę mocnym reflektorkiem, znacząc nam kierunek marszu….

Miało być skoncentrowane i rzeczowe co nieco, a tu proszę bardzo- początek romantycznej opowiastki, łzawe tekścidło… Nie będę was trzymać w napięciu – to jest początek opisu tzw. Pułapki Matki Natury. Ciąg zdarzeń: światełko niczym w tunelu, ciepła koza w taganie, mili ludzie gór, pewien głos, od którego nie mogłam oderwać uszu, potem był jeszcze suchy pulower…niby nic, a pułapka się zamyka. Tak, moi mili, tak niewiele trzeba by się zakochać od pierwszego usłyszenia. Usłyszenia, bo nawet nie wiedziałam jak ten jegomość wygląda, natomiast już wiedziałam, że to będzie on.

Pół roku później podczas wizyty w gabinecie wojskowego ginekologa dostałam wybór – urodzę lub usunę 4-tygodniowy zarodek. Ponieważ różowe okulary wciąż miałam na oczach i nikt nie próbował mi ich zdjąć – oczywistym było dla mnie, że owoc naszej miłości pojawi się na świecie i będzie nam odtąd towarzyszył, radośnie rozświetlając szarobure życie w komunie- to były lata 80-te. Ani przez moment nie pomyślałam, że ktokolwiek mógłby mieć cokolwiek przeciwko takiej decyzji. I faktycznie – żadne znaki na ziemi i niebie nie wskazywały by istniały takie okoliczności.

Cztery miesiące później, przed urzędniczką Stanu Cywilnego podpisaliśmy akt małżeństwa. Nic więcej nie pamiętam prócz tego, że był to dla mnie ogromny stres. Nienawidzę wszelkich ceremonii i mam tak do dziś.

Do końca ciąży nosiłam te swoje różowe okulary i nie zadawałam sobie pytań o naszą przyszłość. No przecież wiedziałam, że musi być świetlana, przecież się kochamy! To nic, że się nie znamy, nic o sobie samych nie wiemy i wzajemnie na swój temat także niewiele…Przecież się kochamy! Mamy całe życie przed sobą i nic nas nie złamie- przecież się kochamy!!!!

Nigdy wcześniej i nigdy potem nie czułam się tak dobrze – absolutnie żadnych problemów zdrowotnych ani nawet tych związanych z ciążą, brzuszek maleńki prawie do końca rozwiązania, byłam dobrze zaopiekowana przez cudowną teściową, poznawałam mnóstwo nowych ludzi, poznawałam powoli to cudowne miasto, do którego się przeprowadziłam bez żalu za utraconym, rodzinnym Wrocławiem…

Nie wiedziałam, że powinnam się martwić o potomka dojrzewającego we mnie, że powinnam czuć cokolwiek w związku z tym, więc nie czułam. Instynkt macierzyński miał się pojawić z chwilą narodzin…

 

DSCN06671

…ale się nie pojawił.

 

 

********

Oboje nie mieliśmy innego pomysłu jak sięgnąć po dzieło dr. Spock’a „Dziecko”. Wprawdzie chciałam karmić naturalnie, ale o tym się doktor nawet nie zająknął na kilkuset stronach opasłego tomiszcza, a kiedy po 6 tygodniach okazało się, że maleńka ma znaczną niedowagę w stosunku do urodzeniowej, dowiedziałam się z ust pani profesor pediatrii, że zagłodziłam dziecko, że mój pokarm jest do bani , że mam natychmiast wrócić do cywilizacji i zacząć karmić należycie moje dziecko. Po takim wsparciu straciłam definitywnie zdolność należną wszystkim ssakom i nie wracałam do tematu, wypierając dzielnie poczucie winy, co przyszło tym łatwiej, że już pierwsze karmienie sztuczne pokazało nam, jak bardzo dobrym ssakiem potrafi być takie maleństwo. Opróżniała każdą ilość gęstej szwedzkiej odżywki o smaku tektury i kolorze starej ścierki do kurzu, w tempie pompy strażackiej. Uff, może jednak nie trafię na ławę oskarżonych za głodzenie potomka folgując swojej fanaberii…

Mijały kolejne miesiące, dziecko rosło jak na drożdżach, porządek dnia i nocy ustawiony co do minuty wg podręcznika, spanie na brzuszku szło nam dobrze, główka uniesiona wysoko, pewnie i bez najmniejszego wysiłku, skórka różowa lub écru, rączki jak paróweczki, uśmiech od rana do wieczora na obliczu bez trosk, gaworzenie może trochę za wcześnie, wstawanie na nóżki absolutnie za wcześnie, ale satysfakcja na twarzy dziecka – bezcenna… I oczywiście, jakżeby inaczej – nauka kontroli wypróżnień uwieńczona sukcesem – w wieku 6 miesięcy wszystko lądowało z zegarkiem w ręku dokładnie w nocniku.

Przyzwyczajeni do bezproblemowej opieki nad niemowlakiem, nie umieliśmy pogodzić się z sytuacją, gdy dziecko niekiedy zapłakało…Ale mieliśmy przecież przyjaciela Spock”a – był tam taki rozdział  zatytułowany : „kiedy dziecko płacze”. A w nim szło mniej więcej tak: Jeśli: dziecko zostało nakarmione, ma sucho w pielusze, miękki brzuszek, beknęło po jedzeniu, nie ma gorączki, ani nic niepokojącego w wyglądzie zewnętrznym – zostawcie dziecko tam gdzie jest – nie ma się czym przejmować. Jeśli przetrzymacie odruch brania na ręce, wkrótce się uspokoi i zaśnie. Jeśli nie wytrzymacie ataku płaczu i weźmiecie je na ręce- wymuszanie nadopiekuńczych odruchów szybko się utrwali i zostaniecie niewolnikami swojego dziecka. Nie brzmiało to dosłownie tak, ale tak to rozumieliśmy.

Kiedy nasza dziewczynka zaczęła mówić po ludzku okazało się, że bardzo ją intryguje świat zewnętrzny, wszystko było interesujące i ciekawe. Wiedziałam, oczywiście z książek, że trzeba mówić do dziecka, odpowiadać na jego dociekliwe pytania i robiłam to w każdej wolnej od nauki i pracy chwili. Nasze życie, jego poziom, stopień komplikacji nie odbiegało od średniej krajowej mizerii- ja kończyłam studia, on harował jak wół od rana do nocy, a nasza dziewczynka po nieudanym pobycie w żłobku, znalazła się pod opieką 18-letniej dziewczyny. Była moim przeciwieństwem- dokładnie wiedziała co i kiedy trzeba zrobić, jak dotrzeć do dziecka bez zgrzytu, łagodnie i stanowczo jednocześnie, używała minimum słów, a każde działało na dzieci- jedno jej własne i drugie to moje, jak magiczne zaklęcia. Czułam się przy niej jak niedorozwinięta…

Ponieważ zawsze byłam dobrym obserwatorem, zauważyłam kolosalną różnicę między relacjami mojej córeczki z innymi osobami w tym z ojcem, babcią, opiekunką, obcymi ludźmi spotykanymi przypadkiem na spacerze, a naszą relacją matka- córka. Wiedziałam, że jest coś mocno nie tak, przypuszczałam, że brakuje mi jakiejś podstawy biologicznej, może nie mam empatii, może nie jestem zdolna do wyższych uczuć? Tłukły mi się pod czaszką rożne myśli. Było mi wstyd, źle się z tym czułam. Zdecydowanie nie spełniałam się w macierzyństwie, tylko nie wiedziałam dlaczego?

DSCN01401Po upływie trzech lat, co śmignęły jak jedna chwila, ponownie byłam w ciąży z moją drugą córką.To był rok dyplomowy, mnóstwo stresów, załamań, w moim stanie czułam się tym razem bardzo źle, niekomfortowo, byłam brzydka, zła na cały świat, ale gdzieś pod skórą miałam ten swój cholerny niepoprawny optymizm, że może tym razem …

Tym razem… było inaczej, ale też nie tak jak być powinno, moim zdaniem. Pamiętam niewiele z tamtego okresu, ale pamiętam, że doprowadziłam się niemal do psychozy na punkcie karmienia – ważyłam oseska przed i po karmieniu piersią, żeby nie doprowadzić znowu do stanu zagłodzenia. A waga ani drgnęła ! Miałam ochotę skopać ją – wagę – przetrwała tylko dlatego, że była pożyczona i trzeba było kiedyś oddać w nienaruszonym stanie. Maleństwo zaczęło spadać z wagi, a ja straciłam, rzecz oczywista, bezcenny pokarm ssaków. Pamiętam też, że z chwilą posłania jej do żłobka, była przez kilka miesięcy nieustająco zakatarzona, a zielone śpiki zdobiły jej drobną twarzyczkę jak neon reklamowy spółdzielnię Społem…

Dziewczynki rosły. Każda w swoim tempie i w wyznaczonym, przez nie wiadomo co, kierunku – starsza nauczyła się dość szybko czytać i utonęła w świecie książek, młodsza utonęła w lustrze i wydawało się, że nic poza nią samą ją nie interesuje. My, rodzice żyliśmy pracą , odmierzaliśmy czas od remontu do remontu, od niedzieli do niedzieli, od świąt do świąt i jakoś to szło, mimo że więcej w tym wszystkim było improwizacji niż przemyślanego planu. Czas gorącej transformacji w Polsce postawił nas przed koniecznością zmiany podejścia do naszych wyuczonych profesji. Z niepokojem konstatowaliśmy, że nie koniecznie pasujemy do nowych wyzwań i możliwości jakie podobno miały się pojawić w nowej Polsce.

Kiedy dziewczyny doszły wieku 8 i 11 lat , a ja skończyłam lat 34 był rok 1992. Pewnego wiosennego dnia, w tłumie na Starowiślnej, wypatrzyłam znajomą postać – nieco ode mnie starszą kobietę w wysokiej ciąży. Rozmawiałyśmy chwilę, wymieniłyśmy uprzejmości i pobożne życzenia. Poszła sobie, a ja zostałam z jakąś dziwną nostalgią, jakimś głodem, który musiałam zlokalizować, nazwać, rozpoznać, bo nagle poczułam, że to ważne…

Tak kończy się pierwszy rozdział mojego samodzielnego, niby dorosłego życia. Starałam się, by wybrzmiał akcent powierzchowności przeżywania, żeby szło wartko tak jak i samo życie wówczas, życie, w którym nie było czasu na głębokie roztrząsanie wątpliwości, w którym dłuższe zatrzymanie się nad refleksją groziło katastrofą. Kiedy ma się 23 lata, nikłą świadomość , kompletnie nie wyrobiony pogląd, niespełnione nadzieje w związku – to macierzyństwo jest pustym dźwiękiem, przynajmniej dziś tak to oceniam i zaznaczam, że wyłącznie w odniesieniu do siebie. W owym czasie mogliśmy bazować wyłącznie na przekazie kulturowym, na podstawie tego co wynieśliśmy z domu w naszym bagażu podręcznym – co w moim przypadku sprowadzało się do, co najwyżej, zawartości reklamówki z drugim śniadaniem plus ewentualnie kilka broszur prozdrowotnych. Mało? Jasne, że mało, ale przecież bardzo się kochaliśmy – musiało wystarczyć. I wystarczyło – na przeżycie. Ale na przeżywanie już nie.

c.d.n.