Wpisy

cat-864728_1280

Pluń przez lewe ramię i powiedz trzy razy: a kysz…

Na psa urok! Dziś piątek, trzynastego! Czarny kot przebiegł mi drogę, przelazłem pod drabiną, puściłem guzik po spotkaniu z kominiarzem, a nie widziałem gościa z brodą i na dodatek wstałem lewą nogą. Po takim dniu ktoś przesądny może zejść na zawał, o czym świadczą wyniki badań przeprowadzonych między innymi w USA, Chinach, Anglii i Japonii.

W Europie i Stanach boimy się trzynastki. Natomiast w Chinach i Japonii ludzie unikają czwórki – w językach mandaryńskim, kantoński i japońskim nawet słowa „śmierć” i „cztery” brzmią niemal tak samo. źródło

W Chinach i Japonii każdego 4 miesiąca odnotowuje się wzrost przypadków śmierci spowodowanych niewydolnością krążenia. W Anglii w piątki 13 na ulicach jest mniejszy ruch, a jednocześnie wzrasta liczba wypadków i to aż o 52 proc. w porównaniu z innymi piątkami.

Zabija więc wiara w rzeczy niemożliwe. Ludzie ulegają nastrojowi grozy i godzą się na to, by irracjonalne przekonania wpływały na ich myśli i zachowania. 

„Ludzie przesądni nieumyślnie zabijają samych siebie” – pisze prof. Wiseman.  źródło

Według psychologa Zimbardo, samospełniające się proroctwa zmieniają zachowania ludzi podatnych na przesądy w taki sposób, że uzyskują oni oczekiwany wynik. Jest to dokładnie odwrotność myślenia pozytywnego, w wyniku którego ludzie osiągają wymarzone cele.

To tak jak jazda z upierdliwym pasażerem, który cały czas nam mówi, żebyśmy uważali i nie wjechali na krawężnik. Tylko kwestią czasu jest, kiedy rozwalimy sobie oponę, a to wszystko przez koncentrowanie uwagi na poboczu i mimowolnych mikro ruchach kierownicą w kierunku obiektu, na którym skupiamy uwagę.

Zabobon potrafi zabić poprzez stres związany z oczekiwaniem na spełnienie się czarnego scenariusza. W sieci co jakiś czas pojawiają się daty końca świata. Ostania przepowiednia Nostradamusa przewidywała koniec ludzkości w dniu 25 11 5015. Jak na razie, świat ma się w miarę dobrze, ale jak to bywa z ludzkim umiłowaniem do straszenia się, zaraz znajdzie się następne proroctwo lub błąd w obliczeniach.

KIC-8462852

Z kosmosu mruga do nas oko Łabędzia?

Z gwiazdozbioru Łabędzia mruga do nas gwiazda KIC 8462852. Jeden z naukowców – Jason Wright z Penn State Universit, wysunął teorię, że silne i dziwne pociemnienia mogą być spowodowane sztucznymi obiektami krążącymi wokół gwiazdy. Pomysł podchwyciły media, które rozważają możliwość istnienia w tamtym rejonie obcej cywilizacji, która wysyła w przestrzeń kosmiczną sygnały komunikacyjne.

W 1959 r. Freeman Dyson – znany fizyk i futurolog, wysunął teorię, że wysokorozwinięte cywilizacje z uwagi na duże zapotrzebowanie na energię, mogą budować na orbitach swoich gwiazd urządzenia do jej pozyskiwania. Krążące wokoło orbity obiekty mogłyby powodować podobny efekt, jak ten zaobserwowany w gwiazdozbiorze Łabędzia. W przypadku KIC 8462852 urządzenia musiałyby być ogromnych rozmiarów, bo gwiazda ta jest o połowę większa od naszego Słońca.

Sygnały optyczne pochodzą z gwiazdy KIC 8462852, która od trzech tygodni robi istną furorę w mediach. Gwiazda nietypowo świeci, więc niektórzy podejrzewają, że za zmiany jej blasku odpowiadają… obce istoty. Gwiazda KIC 8462852 leży w odległości nieco ponad 1400 lat świetlnych od nas w gwiazdozbiorze Łabędzia, który był obserwowany dokładnie przez teleskop kosmiczny Keplera w latach 2009–2013. To właśnie dane z Keplera zdumiały naukowców.

Źródło: Dziwne sygnały z gwiazdozbioru Łabędzia

Texting-using-cellphone-smartphone-jpg

Smartfony źródłem supermocy!

Texting-using-cellphone-smartphone-jpg

Badacze z Zurichu przebadali, jak nasza aktywność na smartfonach wpływa na aktywność mózgu.

By powiązać używanie smartfonu z aktywnością mózgu, zespół użył elektroencefalografu, by zbadać odpowiedzi mózgu na fizyczne dotykanie kciukiem i innymi palcami, ekranu dotykowego w telefonach, w porównaniu do użytkowników ciągle korzystających z klasycznych aparatów.

Badacze odkryli, że aktywność elektryczna mózgu użytkownika smartfonu była znacznie wyższa, gdy wszystkie trzy, używane w obsłudze urządzenia palce (kciuki i palec wskazujący) były dotykane. Ilość aktywności w korze mózgowej, ściśle związanej z kciukiem i placem wskazującym była wprost proporcjonalna do intensywności użytkowania telefonu, co zostało zbadane względem logów użytkowania w samym urządzeniu. Końcówka kciuka była najbardziej wrażliwa na zwykłe, codzienne zmiany: im krótszy okres pomiędzy intensywnym korzystaniem z telefonu, tym większy potencjał kory mózgu z tym związany.

Rezultaty wskazują, że powtarzalne ruchy po gładkim ekranie zmieniają przetwarzanie sensoryczne z dłoni, względem codziennych czynności wykonywanych końcówkami palców. Prowadzi to do ciekawej konkluzji – jesteśmy w stanie, przy pomocy technologii, wpływać na sposób, w jaki nasz mózg procesuje doznania zmysłowe.

Wskazuje to także, jak elastyczny pod tym względem jest nasz mózg. Potrafi w ułamku sekundy przestawić się z nowego typu procesu (kciuk na ekranie) do tradycyjnego przekazywania zmysłu dotyku.

Więc, o co chodzi z tymi supermocami?

Biorąc do ręki smartfon, powodujemy, że nasz mózg pracuje intensywniej. Używanie takich telefonów powoduje też, że obszar naszego mózgu, odpowiedzialny za odbiór bodźców z naszych kciuków zwiększa się.

Oczywiście nadmierne używanie telefonów oraz innych urządzeń (pady do konsol itd.) może powodować dysfunkcje motoryczne, obrażenia i ból. Ale, hej, czego się nie robi dla podniesienia aktywności mózgu!

Źródła: ScienceDaily/CellPress

Ćwiczenia z ateizmu

santa mini-1717779_960_720

O tzw. filozofach mądralach. Felieton satyryczny

santa mini-1717779_960_720Jest taka kategoria ludzi, którym bardzo łatwo przychodzi mówienie, że prawda obiektywna nie istnieje. Rozumieją to w ten sposób, że ponieważ wnioskowanie indukcyjne jest zawodne, to nic nie wiadomo na pewno.

Np. to, że istniał starożytny Egipt i Grecja, to nie jest wcale takie pewne, bo z istnienia piramid, ateńskiego akropolu i innych zabytków wynika tylko, że istnieją jakieś ruiny i kupy kamieni dziwacznie poukładanych, a nie coś takiego, jak starożytna cywilizacja egipska i grecka. Żadna nasza wiedza nie jest pewna, więc dlaczego to miałoby być pewne. Wnioskowanie na podstawie takich szczegółów, jak wspomniane ruiny i inne zabytki, jest zawodne i nie prowadzi do prawdy obiektywnej.

Również nie jest wcale pewne, że istnieje Słońce, Ziemia, a w szczególności inne planety, bo teoria heliocentryczna wcale nie jest taka pewna, jak się niektórym naiwnym racjonalistom wydaje. Niektórzy tacy filozofowie mówią, że „to tylko teoria”, rozumiejąc przez to, że to nie do końca udowodniona hipoteza.

Tedy nic nie wiadomo i wszystko jest możliwe. Czasami przy tej okazji przywoływany jest duch Poppera.

Jeszcze inni uważają, że racjonaliści powinni wspierać i sami głosić sceptycyzm podważający naiwną wiarę innych racjonalistów, że jakiekolwiek twierdzenie oparte na badaniach empirycznych może być prawdziwe. Tylko twierdzenia dedukcyjnie wywiedzione z aksjomatów są prawdziwe, bez względu na to, jakie te aksjomaty są.

Jeszcze inni mówią, że rzeczywiście każdy kot jest zarazem żywy i martwy, chociaż Schroedinger, odkrywca tych kotów, przedstawiał to jako absurd, do którego prowadzi mechanika kwantowa.

W sumie przybywa ostatnio tzw. filozofów mądrali, którzy mówią, że wszystko jest możliwe, nic nie wiadomo, żadne twierdzenie nie jest pewne. W szczególności – mówią – nie można udowodnić, że coś nie istnieje, bo to sprzeczne z logiką.

Spotkałem kiedyś gimnazjalistę, który twierdził, że układ słoneczny musiał istnieć, nawet jeżeli nie istnieli ludzie. Jego zdaniem jest to prawda obiektywna. Został zakrzyczany przez filozofujących kolegów, którzy twierdzili, że wcale nie jest to takie pewne, bo prawda obiektywna nie istnieje. A to, że układ słoneczny istnieje, to może być tylko nasze złudzenie.

Niektórzy gimnazjaliści twierdzili, że istnieje natomiast prawda absolutna. Przeczytali o tym w encyklikach Jana Pawła II. Tę prawdę posiada Bóg, a człowiek ją tylko odkrywa. Nawet jednak Kościół i papieże nie odkryli jej do końca i nie wiadomo czy odkryją. Sami tak twierdza. Więc może jednak prawdy absolutnej nie ma, albo nigdy jej nie poznamy, co na jedno wychodzi.

Moja znajoma, niepokorna teolożka Celestyna twierdzi, że ostatnio przybywa filozoficznych mądrali twierdzących, że nauka nic nie udowodniła i nie udowodni, a prawda obiektywna nie istnieje. Mądrale twierdzą, że istnieje za to prawda absolutna, którą bada teologia w oparciu o boże objawienie i zmysł wiary, który zawdzięcza łasce bożej.

Takie to są dylematy współczesnych filozofów mądrali. Dodam, że z zawodności twierdzeń opartych na indukcji warto sobie zdawać sprawę, a sam pojęcia prawdy obiektywnej nie używam. Alvert Jann

PS. Gorąco polecam artykuł Cezarego Magury „Czy naukowcy zajmują się dowodzeniem nieistnienia?” – http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/naukowcy-zajmuja-sie-dowodzeniem-nieistnienia-cezary-magura/

………………………………………………………………………

Alvert Jann: Blog „Ćwiczenia z ateizmu” – http://polskiateista.pl/aktualnosci/blogi/cwiczenia-z-ateizmu/: Zapraszam licealistów, studentów i wszystkich zainteresowanych na ćwiczenia z ateizmu. Co miesiąc <pierwszego>, czasami częściej, będę zamieszczał krótki tekst, poważny ale pisany z odrobiną luzu. Nie widzę siebie w roli mentora czy wykładowcy, mam na myśli wspólne zastanawianie się. – Nauka nie wyjaśnia wszystkiego, religia nic nie wyjaśnia.

Na blogu znajduje się w tej chwili 32 artykuły.

Ostatni artykuł to: „Argumenty przeciw istnieniu Boga. Komentarz do podręczników religii” – http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/argumenty-przeciw-istnieniu-boga-komentarz-podrecznikow-religii/

space-telescope-561368_960_720

Czy naukowcy zajmują się dowodzeniem nieistnienia? – Cezary Magura

space-telescope-561368_960_720Spotkać się można z poglądem, że w nauce obowiązuje wręcz aksjomat, że nie można dowodzić nieistnienia czegoś. Taka metodologiczna zasada jednak nie obowiązuje. Zwykle gdy tylko owo kwestionowane „coś” zostaje troszeczkę zdefiniowane, natychmiast implikuje ono pewne efekty czy procesy, których istnienie możemy zweryfikować, i przy ich braku, zanegować owo „coś”. Spory kawał historii nauki przebiegł w ten sposób, tzn. zastosowano zasadę: „twój obiekt, ośrodek, czy proces nie istnieje, bo nie widzimy efektów, które implikuje”.

1. Garść przykładów

Kiedy możemy uznać, że nieistnienie zostało udowodnione? Otóż wtedy, gdy brak jest jakichkolwiek powodów istnienia, a jednocześnie stan wiedzy wyklucza możliwość pojawienia się takich powodów w przyszłości. Czyli niestety trzeba spełnić warunek nie tylko konieczny, ale i wystarczający.

Pomimo że taka definicja nieistnienia jest dość surowa/sroga, większość nauki polega i polegała na dowodzeniu nieistnienia obiektów i procesów postulowanych w modelach, które okazały się błędne.

Normalnie wygląda to tak, że zauważamy zjawisko X, które różne grupy badawcze próbują wyjaśnić przy pomocy różnych modeli/wyobrażeń. Z każdym takim modelem wiąże się zestaw postulowanych obiektów i procesów, które – gdy już jest „po wszystkim” – okazują się niebyłe, czy nieistniejące.

Przy czym adwokaci jakiegoś modelu zwykle nie poprzestają na udowadnianiu prawdziwości własnego modelu, ale często próbują zanegować modele konkurencji, nierzadko poprzez wykazanie, że nie istnieją efekty czy procesy implikowane przez te konkurencyjne modele (a zatem i postulowane obiekty, które miałyby wywoływać te procesy, lub brać w nich udział).

Historia nauki zna wiele przykładów, a narzucają się następujące:

 

mars-67522_960_7201. Kanały na Marsie, wypatrzone przez Schiaparellego (obsesja Percivala Lowella i niektórych astronomów). Nawet Alfred Russel Wallace (współodkrywca ewolucji organizmów) wdał się w słuszne i logiczne dowodzenie, że takowe rowy irygacyjne, oraz marsjańscy inżynierowie, którzy je zbudowali, w rzeczywistości nie istnieją. Ostateczny dowód przyniosły znacznie późniejsze bezzałogowe sondy międzyplanetarne.

Takież samo nieistnienie dowiedziono dla wyższych form życia marsjańskiego (typu bujna roślinność etc.)

2. Eter – gdyby światło miało być falą propagującą się w takowym ośrodku, ruch Ziemi względem eteru powinien zmieniać mierzoną prędkość światła (powinniśmy czuć „wiatr eteru”). W pomysłowym eksperymencie interferometrycznym Albert A. Michelson (Amerykanin urodzony w Strzelnie) oraz E. Morley wykazali, że efekt taki nie występuje. Ostatecznie koncepcję eteru zniszczyła szczególna teoria względności (A. Einstein, 1905). Światło okazało się polem energii podróżującej w próżni ze stałą prędkością, a przestrzeń i czas – względna („rozciągliwa”). Elektromagnetyzm i STW okazały się prostsze i spójniejsze (bardziej minimalistyczne w sensie ockhamowskim) od dodatkowego bytu – eteru.

Co prawda eksperyment Michelsona-Morleya miał na celu WYKRYCIE eteru, ale koniec końców okazał się eksperymentem negatywnym, mocno wskazującym na NIEISTNIENIE eteru.

3. Fale grawitacyjne – zanim Andrzej Trautman (którego Marek Abramowicz proponował jako polskiego kandydata do nagrody Nobla) matematycznie wykazał realność fal grawitacyjnych, wielu ludzi w nie wątpiło (włącznie z Einsteinem i promotorem Trautmana – Leopoldem Infeldem), argumentując, że może to być wyłącznie artefakt pewnych procedur matematycznych (cechowania). W tym przypadku takowe „dowodzenie nieistnienia” się nie powiodło. Hulse i Taylor w 1974 roku odkryli układ podwójny pulsara z gwiazdą neutronową (PSR B1913+16), którego orbita zacieśnia się wskutek emisji fal grawitacyjnych dokładnie wg przewidywań ogólnej teorii względności. W lutym 2016-go roku LIGO potwierdziło istnienie fal poprzez bezpośrednią detekcję (sygnał GW150914).

Był więc w historii poznawania fal grawitacyjnych etap „istnieją czy nie istnieją”, z wyznawcami obydwu poglądów.

W kosmologii nawet teraz, gdy piszę te słowa, sporo naukowców próbuje wykazać nieistnienie tej czy innej formy materii czy energii:

4. Ciemna materia – zamiast niej niektórzy fizycy preferują nieznaczne, wykrywalne tylko na dużych (galaktycznych) skalach, modyfikacje prawa ciążenia Newtona (teoria MOND Milgroma). Osoby takie utrzymują, że ciemna materia nie istnieje (ale chyba są w błędzie, bo MOND ma problem na ekstragalaktycznych skalach; tym niemniej ciągle ma zwolenników).

5. Ciemna energia – niektórzy naukowcy pracują nad alternatywnymi interpretacjami stałej kosmologicznej, które nie postulują istnienia ciemnej energii. Polskie Narodowe Centrum Nauki finansuje obecnie co najmniej jeden projekt, który próbuje zanegować istnienie ciemnej energii. W tym ujęciu stała kosmologiczna traktowana jest jako skutek zignorowania efektów relatywistycznych w procesach formowania niejednorodnej struktury Wszechświata.

Oczywiście „dowodzenie nieistnienia” przebiega w tym wypadku (jak i w wielu innych) w postaci interpretacji zjawiska (pomiaru niezerowej stałej kosmologicznej) przy pomocy innej prostszej teorii, która nie potrzebuje dodatkowego bytu (ciemnej energii).

6. Geocentryczny Wszechświat – wykazano, że nie istnieje (Arystarch, Kopernik, NASA).

7. Vis vitalis, tj. siła życiowa – nie istnieje również (biochemia).

8. Stworzyciel mrówki, małpy, tygrysa i człowieka – nie istnieje (Darwin).

10. Tachiony – hipotetyczne cząstki szybsze od światła. Dowiedziono na gruncie STW, że ich istnienie implikuje liczne (i absurdalne) sprzeczności i paradoksy.

11. Probabilistyczny indeterminizm – Einstein wielokrotnie próbował udowodnić Nielsowi Bohrowi, że nie istnieje probabilistyczny indeterminizm przyrody w skali mikro (tzn. że nie jesteśmy skazani na probabilizm mechaniki kwantowej). Polegało to na tym, że przedstawiał Bohrowi bardzo zmyślnie zaprojektowane eksperymenty myślowe, które z pozoru niwelowały czy obchodziły kwantową „nieokreśloność” (nieoznaczoność). Niesamowity Bohr zawsze udowadniał, że Einstein się myli.

time-machine-1783891_960_72012. Perpetuum mobile. Fizycy dowiedli, że maszyny takie nie istnieją i stały się one domeną pseudonauki (są sprzeczne z pierwszą lub drugą zasadą termodynamiki). Jeśli np. położyłbyś czytelniku na biurku fizyka swój projekt takiej maszyny, twierdząc, że zbudowałeś działający egzemplarz, który stoi w twoim warsztacie, to taki fizyk bez trudu wskazałby słaby punkt twojego projektu. Usłyszałbyś: „pan kłamie – pańska maszyna nie istnieje, ponieważ nie może ona działać z takiego a takiego powodu”. Wielu pomysłowych wynalazców proponowało różne modele perpetuum mobile (włącznie z Leonardo da Vinci) i wszystkie one zostały skrupulatnie zdemaskowane przez fizyków, inżynierów i innych krytycznie myślących wynalazców.

W dzisiejszych gimnazjach, liceach, na kółkach, konkursach fizycznych, itp, uczniowie czasami otrzymują zadanie: „Wykaż, że przedstawione na rysunku perpetuum mobile nie może działać” (tzn. działające urządzenie tego typu nie istnieje).

13. Przypadek, który dostarcza zwykle przykładów na fiasko „dowodów” nieistnienia. Chodzi o niezwykle ważny dla nauki problem istnienia (lub nieistnienia) METODY poznania czy zrozumienia danego obiektu czy zjawiska (czy istnieje jakikolwiek sposób sprawdzenia czy …). Co prawda niby pytamy tu o istnienie, ale lękamy się negatywnej odpowiedzi, czyli nieistnienia metody badawczej.

Klasyczny przykład to filozof Auguste Comte, który w 1844 roku próbował ustalić jakiej wiedzy nigdy nie zdobędziemy (a więc wskazywał obiekty i zjawiska, dla których poznania nie ma i nie będzie metody). Za dobry przykład uznał skład odległych gwiazd i planet. Utrzymywał, że nie poznamy go nigdy, bo nigdy nie dostąpimy szansy bezpośredniego badania tych obiektów. Jednak już trzy lata po jego śmierci odkryto, że skład chemiczny gwiazd można poznać przy pomocy spektroskopu. Po następnych trzech latach (1863) W. Huggins wykazał, że gwiazdy zbudowane są ze zwyczajnych ziemskich pierwiastków. Okazało się więc, że metoda istnieje.

14. Czarne dziury. Obecnie dowiedziono już istnienia różnych rodzajów czarnych dziur (o bardzo różnych masach), ale sir Eddington argumentował za ich nieistnieniem (grając niezbyt czysto w sporze z Chandasekharem).

15. Cieplik i flogiston – udowodniono, że nie istnieją (cieplik – niezniszczalny i nieważki fluid/substancja ciepła; flogiston – substancja występująca w ciałach palnych, odpowiedzialna za spalanie). Teoria cieplika nie dawała sobie rady z niektórymi empirycznymi ilościowymi prawami zjawisk cieplnych. Nie tłumaczy też ruchów Browna. Teorię cieplika zastąpiła kinetyczna teoria gazów oraz zasada zachowania energii, czy ogólniej – współczesna termodynamika. Zaś współczesna chemia pozbawiła racji bytu teorię flogistonu.

Podsumujmy ten rozdział: Podane przykłady wpadają pod różne kategorie „dowodu nieistnienia”. Większość polega po prostu na odkryciu lepszej interpretacji, która NIE WYMAGA istnienia kwestionowanego obiektu. Owa „lepszość” to niesprzeczność z obserwacjami i większa prostota w sensie ockhamowskim (William Ockham w XIV w. sformułował zasadę, że należy wyjaśniać zjawiska w możliwie jak najprostszy sposób, bez zbędnych komplikacji). Czasami teoria, która obywa się bez „kwestionowanego obiektu” jest raczej skomplikowana (np.: elektromagnetyzm plus STW versus eter) ale wyjaśnia takie multum procesów, że wypiera model prostszy a mało użyteczny/skuteczny.

W przypadku kanałów marsjańskich dowód nieistnienia przebiegł bezpośrednią metodą „polećmy i zobaczmy z bliska”. Ale jest oczywiście różnica pomiędzy lokalnymi i dobrze zdefiniowanymi rowami irygacyjnymi, a np. taką ciemną energią, rzekomo wszechobecną i słabo zdefiniowaną.

Metoda „dowiodę, że postulowany przez ciebie obiekt czy proces nie istnieje / nie zachodzi” jest chętnie stosowana w nauce, o ile tylko jest możliwość użycia takiej metody. Rzadko jednak dowód udaje się przeprowadzić równie celnym ciosem jak w przypadku marsjańskich inżynierów od nawadniania. Częściej dowodzenie nieistnienia polega na wysuwaniu lepszych interpretacji, wskazywaniu błędów w teoretycznych rachunkach, oraz przeprowadzaniu eksperymentów, w których nie widać objawów istnienia postulowanego bytu.

2. Absolutne nieistnienie na wieki wieków amen?

Ciekawe jest pytanie o to, KIEDY możemy być w 100 procentach pewni, że dany byt został na wieki, w sposób absolutny unicestwiony.

Historia nauki uczy nas, że całkowite unicestwienie domniemanego bytu jest możliwe, ale należy być tu bardzo ostrożnym. Klasycznym kontrprzykładem jest historia stałej kosmologicznej (Lambda), którą Einstein, pewnie sugerując się spokojnym widokiem nocnego nieba, wprowadził aby uzyskać statyczność Wszechświata. Bez owej stałej jego równania implikowały Wszechświat dynamiczny (mowa o równaniach OTW użytych do opisu dynamiki jednorodnego Wszechświata jako całości). Krótko po tym Edwin Hubble odkrył ucieczkę galaktyk, ku rozczarowaniu Einsteina, który gdyby nie wprowadził „Lambdy” przewidziałby ekspansję matematycznie (określił to „największą gafą swojego życia”). Ale nie był to koniec historii, bo późniejsze obserwacje supernowych (w latach 90-tych) dowiodły, że pomimo ekspansji, stała kosmologiczna (interpretowana najczęściej jako rezultat istnienia „ciemnej energii”) jest jednak niezerowa. Ciągle nie jest to koniec historii, ponieważ część naukowców próbuje udowodnić, że „ciemna energia” to zupełnie chybiona interpretacja niezerowej Lambdy. Idea niezerowej stałej kosmologicznej (a obecnie jej interpretacji w postaci ciemnej energii) zmartwychwstaje więc i umiera w skali czasowej rzędu kilkudziesięciu lat.

Istniały jednak byty/idee, których istnienie wykluczono ze stuprocentową pewnością. Takie rzeczy jak planetarne epicykle i deferenty, cieplik czy marsjańskie rowy nawadniające, zostały wykluczone z bezczelnie całkowitą, absolutną pewnością i nigdy nie zmartwychwstaną.

Cieplik jest tutaj ciekawym przykładem, z uwagi na jego „boskie” przymioty, miałby to bowiem być tajemniczy, nieważki i najwidoczniej bezpośrednio niewykrywalny fluid, którego przepływ odpowiedzialny jest za  zmiany temperatury. Przy wyjaśnianiu zjawisk cieplnych ten cieplik początkowo działał, ale w ograniczonym zakresie zastosowań. Szybko zaczęły się dlań schody i problemy. Wprowadzono więc wspomniany rój mrowiących się atomów/cząsteczek, rozwinięto kinetyczną teorię gazów, odkryto parę fizycznych praw i okazało się, że bez cieplika wszystko zaczyna składać się w sensowną całość, tzn. schody/problemy znikają, a teoria pędzących cząsteczek pięknie tłumaczy obserwacje. Cieplik został uznany za fatalny, nietrafiony pomysł; za nierealny, tzn. nieistniejący obiekt. Już na tym etapie zmartwychwstanie cieplika było całkowicie niemożliwe i nikt nie miał co do tego wątpliwości. Ale gdyby ktoś jeszcze wówczas wątpił, to „na dokładkę”, w słynnym „roku cudów” (1905) Einstein pokazał metodami statystyki matematycznej, że uderzenia cząsteczek wody pięknie tłumaczą dziwaczne podskakiwanie kwiatowych pyłków w wodnej zawiesinie (ruchy Browna).

Dzięki trudom pionierów termodynamiki okazało się więc, że de facto nie mamy do czynienia z ciągłym i nieważkim „fluidem ciepła”, tylko z dyskretną (policzalną) kolekcją ważkich cząsteczek w ustawicznym, chaotycznym ruchu, a zmiany temperatury to zmiany wigoru tychże ruchów (ich prędkości).

Cieplik odszedł więc w absolutny i nieodwracalny niebyt, pomimo że nikomu nie udało się udowodnić, że nie ukrywa się np. w jakimś jabłku, w jakiejś kuli bilardowej, w meteorycie, czy w mysiej dziurze. Pomimo braku takowej „negacji bezpośredniej” wiemy z całkowitą pewnością, że cieplik nie istnieje. A jako że pośmiertny los naszych tyłków nie zależy od istnienia cieplika, nikt, żaden naukowiec nie promuje jego istnienia; cieplik nie ma fanklubów, wyznawców, na żadnych procesjach nikt nie obnosi ukwieconego portretu cieplika w złotych ramach.

creator-602533_960_720Nasuwa się tu analogia z dowodzeniem nieistnienia Boga – stwórcy gatunków (boga jako sprawcy ewolucji i specjacji). Tak samo jak cieplik, również i Bóg natrafił na sprzeczności z obserwacjami empirycznymi: zbędne lub kiepsko zaprojektowane narządy, drastyczne deformacje chorych płodów i ogólna drapieżność czy perfidia życia. Tutaj również nikt nie potrzebował zabierać się za udowadnianie, że lewitujący w niebiosach starzec, który ręcznie rozdziela gatunki, nie istnieje. Zamiast tego wymyślono prosty w swej istocie proces doboru naturalnego. Właśnie jak nazwa wskazuje – „naturalnego”, czyli zachodzącego samoistnie w warunkach ziemskiego środowiska. Bóg – stwórca rzekomo „doskonałych” żywych stworzeń, odszedł w ten sposób w niebyt.

W przypadku Boga jednak, pośmiertny los naszych tyłeczków miałby rzekomo zależeć od jego istnienia. Dlatego dowód nieistnienia boga – kreatora gatunków, jakże podobny w swej formie do dowodu nieistnienia cieplika, jest ignorowany przez wielu ludzi. Bóg ciągle ma wielu wyznawców zrzeszonych w wielu fanklubach. Mawiają oni: „Że niby Darwin? Przecież nikt nie dowiódł nieistnienia! Bóg może chować się w gęstwinie Big Bangu, bo potrafi wszystko. Że niby surwiwalowy dobór PRZYPADKOWYCH mutacji? Phi, Bóg robi to wszystko tak, że wygląda na przypadkowe i naturalne.”

Widać więc tutaj dramatyczne nierównouprawnienie dwóch podobnych w swej formie dowodów nieistnienia: czyż bowiem ktoś argumentuje, że cieplik jednak istnieje, tylko działa w tak przemyślny sposób, że objawia się nam jako zwodnicza kolekcja ruchliwych cząsteczek? Ano nie – taki argument uznajemy za nieprzyzwoity i nieakceptowalny.

Dla Boga jednak obniża się standardy logiki, utrzymując, że nic się nie stało, że ciągle nikt niczego istotnego nie udowodnił w sprawie jego nieistnienia. Dla Boga rezygnuje się z uczciwości myślenia. Porzuca się dla niego regułę, że „za danym rozumowaniem musimy iść, dokądkolwiek nas zaprowadzi”. Z chęci pośmiertnego zysku dajemy biedakowi fory, których nie dajemy cieplikowi. A nie dajemy ich cieplikowi, bo są granice kompromitacji w „naginaniu kolanem” modelu do rzeczywistości. Nawet swojego ulubionego modelu. Dla Boga jednak – pal licho przyzwoitość, uczciwość czy kompromitację. W obliczu znacznych spodziewanych zysków, nie po raz pierwszy Homo sapiens odkłada uczciwość na bok.

Jak dowodzi historia cieplika, definitywne unicestwienie postulowanego bytu jest możliwe, ale tylko wtedy gdy empiryczne świadectwa nieistnienia nie są intencjonalnie lekceważone. Niezmordowane naginanie modelu do dowolnych faktów nie świadczy o niekompletności dowodu – świadczy raczej o nieuczciwości adwokatów istnienia. Myśleć uczciwie jest niebezpiecznie, jeśli żyć chcesz wiecznie.

3. Kryterium nieistnienia

Napisałem powyżej, że nieistnienie można uznać za dowiedzione wtedy, gdy brak jest jakichkolwiek powodów istnienia, a jednocześnie stan wiedzy wyklucza możliwość pojawienia się takich powodów w przyszłości.

Filozof jednak może tu zauważyć, że „brak potrzeby istnienia” nie jest „dowodem nieistnienia”.

Co więcej, gdy dotknę ręką gorącego przedmiotu, czuję jak ciepło „przelewa się” na moją rękę. Pomimo pojawienia się współczesnej termodynamiki, ciągle posiadam więc swój staroświecki powód, żeby postulować istnienie cieplika. Owszem, kinetyczna teoria płynów jest lepszym modelem, ale moja stara, oryginalna przyczyna istnienia cieplika wcale nie zniknęła.

Widać więc, że „brak powodów istnienia” to nie cała historia. To, co naprawdę unicestwiło cieplika, to inny postulowany byt – kolekcja ruchliwych cząsteczek. Zarówno dla cieplika, jak i cząsteczek potrafię podać „potrzebę istnienia”, a jednak wiem, że cieplik to bzdura. Ruchliwe cząsteczki wyjaśniają znacznie szerszą klasę zjawisk. Potrafią wyjaśnić wszystko to co cieplik, i o wiele więcej. Są więc ockhamowsko znacznie skuteczniejsze. I w przeciwieństwie do cieplika nie są sprzeczne z niektórymi obserwacjami.

Istotny jest więc aspekt ZASTĄPIENIA zanegowanego bytu innym, lepszym bytem.

Ot – po prostu cząsteczki opisują świat lepiej, ale czyż nie jest to zbyt słaba przewaga nad cieplikiem?

Wiemy, że jest to przewaga wystarczająca, ponieważ nasz stopień zrozumienia zjawisk cieplnych wyklucza niecząsteczkową interpretację cieplikową. Niczym współczesne zrozumienie kształtu Ziemi, które wyklucza jej płaskość.

Tym co unicestwia domniemane byty, jest więc dostatecznie głęboki poziom zrozumienia zjawisk natury. Gdzie przebiega ten poziom? Na jakiej głębokości pojmowania?

Nie wiem, czy na to pytanie istnieje „odpowiedź ogólnego zastosowania”, ale przypadek cieplika, perpetuum mobile i inne pokazują, że stan taki ludzkość potrafiła niejednokrotnie osiągnąć.

A jak to jest z „naszym Panem, stworzycielem nieba i ziemi, wszystkich rzeczy widzialnych i niewidzialnych”? Słyszy się powracające desperackie głosy, że darwinizm przecie nie dowodzi nieistnienia Boga, a zaledwie odsuwa jego sprawczą działalność w czasie, gdzieś w okolice Big Bangu. Nie jest to oczywiście prawdą, bowiem darwinizm, wsparty astrofizyką i kosmologią, diametralnie zmienia przedmiot stworzenia: nie jest nim już „na podobieństwo” stworzony człowiek, a ekspandująca, supergęsta i gorąca zupa kwarkowo-gluonowej plazmy. bison-1801981_960_720Swoim chaotycznym nieuporządkowaniem taka zupa bliższa zdaje się być mgle wznoszącej się wieczorem nad stawem, niż naszemu oku, nerce, czy naszej świadomości. A przecież nikt już dzisiaj nie przywołuje bóstw by wyjaśnić jeziorną mgłę. Początkowa osobliwość jest środowiskiem zaiste nieludzkim, i to właśnie z tego nieludzkiego początku wyłaniają się galaktyki, planety, życie i my sami. Błąd! Zakończyłem ostatnie zdanie na Homo sapiens, jakby to miała być jakaś „korona stworzenia”, a przecież ten serial wyświetla się dalej i niewykluczone, że dalsze odcinki będą równie nieludzkie jak początki. Uznając ten kwarkowo-gluonowy wrzątek za naszą „pramatkę”, dochodzimy do wniosku, że jesteśmy zdecydowanie „na niepodobieństwo” stworzeni.

W całej tej gigantycznej historii, nigdzie nie widać poszlak do wprowadzenia Boga na scenę – wprost przeciwnie: świetnie działają naturalne wyjaśnienia. Co więcej, wprowadzając Boga dla poprawy samopoczucia, spada na nas lawina problemów takich, jak np. „dlaczego ten facet tak spieprzył robotę?”, „dlaczego się tak nad nami znęca?” Ale zaraz – jaki „facet” w czasach Big Bang? Przecież człowieczeństwo jest WYNIKIEM długiej ewolucji, a nie jej przyczyną. Widzimy tu „zgodność” chronologiczno-faktologiczną, która dorównuje „zgodności” cieplika z ruchami Browna.

Rozstrzygając istnienie Boga, postąpmy równie uczciwie, jak z cieplikiem.

Cezary Magura

…………………………………………………………………..

Autor jest doktorem astrofizyki.

Artykuł, autorstwa Cezarego Magury, został zamieszczony przez Alverta Janna. Zgodnie z praktyką przyjętą na portalu polskiateista.pl, artykuły autorów nie posiadających uprawnień do samodzielnego zamieszczania tekstów, może zamieścić osoba posiadająca takie uprawnienia. 

…………………………………………………………………………………………………..

mural-336420_960_720

O religii i nauce. Komentarz do podręczników religii

angel-910805_960_720Autorzy podręczników do religii starają się przekonać uczniów, że religia katolicka i nauka pozostają ze sobą w zgodzie. Jest to oficjalne stanowisko władz Kościoła katolickiego, a jego gorącym orędownikiem był Jan Paweł II. Pisałem już na ten temat, dziś skupiam uwagę na podręcznikach.

Sprzeczności

W podręcznikach pomija się liczne sprzeczności między nauką a religią. Podam kilka przykładów i spróbuję powiedzieć, na czym polega sprzeczność zasadnicza.

W jednym z podręczników czytamy, że „poczęcie Jezusa nastąpiło poza normalnym, fizjologicznym aktem seksualnym kobiety i mężczyzny”. Na jakiej podstawie nauka miałaby to uznać za prawdę? Nauka i racjonalna wiedza nie pozostają tu w zgodzie z religią.

W encyklice Jana Pawła II „Wiara i rozum” czytamy: „ludzki rozum nie musi zaprzeczyć samemu sobie ani się upokorzyć, aby przyjąć treści wiary”. To nieprawda. Aby uznać, że Jezus został poczęty bez aktu seksualnego, trzeba zaprzeczyć rozumowi, upokorzyć rozum i siebie.

Podręczniki, które cytuję w tym artykule, to: „Drogi świadków Chrystusa w Kościele” i „Drogi Świadków Chrystusa w świecie”, jezuickiego Wydawnictwa WAM (dla liceum i technikum, płyta DVD i notes ucznia). Inne podręczniki zawierają podobne treści. Smakowity cytat dotyczący poczęcia Jezusa pochodzi z pierwszego z podręczników, notes, s.69.

Inne przykłady sprzeczności:

Władze kościelne uznały w końcu XX w., że ewolucja w przyrodzie rzeczywiście ma miejsce. Obstają jednak przy twierdzeniu, że Bóg ingeruje w proces ewolucji. Bóg miał (czytamy o tym w podręczniku) tchnąć duszę w istotę ukształtowaną w toku ewolucji, dzięki czemu zyskała ona właściwe ludziom umiejętności. Na gruncie nauk biologicznych jest to nie do przyjęcia.

Przypomnijmy też, że według Kościoła ludzkie cierpienia, choroby i śmierć to skutek grzechu pierworodnego, nieposłuszeństwa Bogu, jakiego dopuścili się pierwsi ludzie (inaczej zapewne ludzie żyliby w zdrowiu i byli nieśmiertelni). Kościół nie traktuje grzechu pierworodnego jako metafory, podaje jako rzeczywiste wyjaśnienie. Jest to wyjaśnienie mitologiczne, nie do przyjęcia na gruncie nauki.

Władze kościelne kultywują wiarę w cuda, we wskrzeszanie zmarłych, w możliwość opętania człowieka przez szatana (szatan ma realnie wstępować w ludzkie ciało, mówią o tym oficjalne dokumenty kościelne), w duszę nieśmiertelną, objawienia, zmartwychwstanie ludzi przed sądem ostatecznym itp. Są to treści pochodzące z Pisma Świętego, czyli sprzed tysięcy lat. Nie da się ich pogodzić ze współczesną nauką. Dobrze daje temu wyraz następująca wypowiedź Alberta Einsteina: „Słowo >Bóg< jest dla mnie niczym więcej niż wyrazem i wytworem ludzkiej słabości, a Biblia zbiorem dostojnych, ale jednak prymitywnych legend, ponadto dość dziecinnych. Żadna interpretacja, niezależnie od tego, jak subtelna, nie może tego zmienić”.

Neurologia i psychiatria dobrze wyjaśniają tzw. opętania, objawienia, widzenia, mistyczne kontakty z bogiem, postrzeganie „światła w tunelu” itp. Najkrócej mówiąc, są to doznania powodowane procesami zachodzącymi w ludzkim mózgu, można je wywołać także środkami farmakologicznymi. Kościół z uporem próbuje wyjaśniać je działaniem sił nadprzyrodzonych. Także Jan Paweł II mówił, że szatan może realnie owładnąć ludzkim ciałem. W podręcznikach religii nigdzie nie prostuje się absurdów, od których roi się w katolickim piśmiennictwie. Dlaczego? Z pewnością dlatego, że te same lub podobne absurdy mamy w papieskich encyklikach i oficjalnych kościelnych dokumentach.

Kościół nie odpuszcza, nie chce zrezygnować ze starożytnych mitów. Tam, gdzie głosi niedorzeczności, mówi, że to tajemnica wiary, albo że Bóg jest wszechmocny i może wszystko. Niestety, to wykręt, unik, a nie wyjaśnienie czegokolwiek. Kościół brnie w absurdy do kwadratu.

A może sprzeczności nie ma, bo religia zajmuje się czymś zupełnie innym niż nauka? Religia – światem nadprzyrodzonym, zaś nauka – przyrodą. Pogląd ten nazwano akomodacjonizmem (łac. accommodatiodostosowanie), chociaż lepiej byłoby nazwać go separacjonizmem. Nie jest on trafny. Katolicyzm i inne religie zajmują się przyrodą, światem, człowiekiem – i wchodzą w konflikt z nauką. Podałem przykłady, można je mnożyć. Fundamentalne dla wielu religii twierdzenie, że bóg stworzył świat, dotyczy przyrody. Nauka nie może uznać go za prawdziwe, kościoły twierdzą, że jest prawdziwe. Mamy sprzeczność.

Podsumujmy: W podręcznikach i kościelnych publikacjach mówi się ogólnikowo, że „nauka i religia mogą iść ze sobą w parze”. To nieprawda. Dlaczego?

jesus-christ-1149720_960_720Religie, także katolicyzm, opierają się na mitologii, na fantastycznych opowieściach o bogach i świecie nadprzyrodzonym, na „prawdach objawionych”. Nauka opiera się na badaniach empirycznych (łac. empiricus – oparty na doświadczeniu). Powoduje to, że religia mówi coś innego niż nauka – nie da się jednego z drugim pogodzić.

Naukowiec może wierzyć w Boga i godzić tę wiarę z prowadzeniem badań naukowych, bo większość badań nie dotyczy wprost zagadnień związanych z religią. Można badać DNA – i nie ma znaczenia, czy się wierzy lub nie wierzy w boga. Ale nie oznacza to – podkreślmy – że nauka i religia pozostają w zgodzie. Sprzeczność jest faktem.

Po pierwsze, w sprzeczności z nauką pozostają same wierzenia i dogmaty religijne (podałem kilka przykładów).

Po drugie, głęboka sprzeczność występuje w metodach uzyskiwania wiedzy. Religie nie opierają się na źródłach empirycznych, nauka – tak. Np. teologia katolicka za źródło wiedzy przyjmuje święte księgi i tzw. poznanie religijne, które wierzący mają zawdzięczać łasce bożej. Nauka tych metod nie akceptuje, bo są niewiarygodne.

Warto dodać, że poglądy naukowców deklarujących wiarę w boga bardzo często mają charakter deistyczny. Nie oznacza to wiary w religijne „prawdy” (to przypadek Alberta Einsteina, nie wyznawał żadnej z istniejących religii, a „bóg”, o którym mówił, nie był w jego rozumieniu bogiem osobowym, tylko jakąś nieznaną bezosobową rzeczywistością, nie zajmującą się ludźmi). Poglądy te są nie do pogodzenia z jakąkolwiek ze znanych religii. Ale ponieważ naukowcy ci mówią o „bogu”, są cytowani i witani z otwartymi ramionami przez kościoły i osoby religijne. Na bezrybiu i rak ryba.

Na temat religijności naukowców pojawiają się często informacje z badań nie spełniających elementarnych wymogów rzetelności. Trzeba uważać. Wyniki dwóch dobrze wykonanych badań przedstawiam w artykule „Ilu naukowców wierzy w Boga?” (link na końcu).

„Prawdy objawione”

Chrześcijaństwo i katolicyzm opierają się na Piśmie Świętym, które ma zawierać prawdy objawione przez Boga. Jak twierdzi Kościół, nie podlegają one możliwościom empirycznego sprawdzenia. Również w podręczniku czytamy: „Bóg nie może być przedmiotem bezpośredniego i jednoznacznego poznania”, „Religia nie podlega żadnym możliwościom empirycznego sprawdzenia”.

Nauka nie może uznać za prawdziwe twierdzeń, które nie zostały sprawdzone, potwierdzone, zweryfikowane w drodze badań empirycznych. „Prawdy objawione” nie mogą być uznane na gruncie nauki. Mamy tu głęboką sprzeczność, której nie da się zaprzeczyć gołosłownymi zapewnianiami o zgodności między nauką a religią.

pope-309611_640Sprzeczność między nauką a religią dobrze pokazuje wypowiedź Jana Pawła II, zacytowana w podręczniku. Papież mówi: „nie ma sprzeczności między ewolucją a nauką wiary o człowieku i jego powołaniu pod warunkiem, że nie zgubi się pewnych niezmiennych prawd”. Jakie to prawdy? Papież powołuje się na objawienie boże i poucza, że człowiek „został stworzony na obraz i podobieństwo Boże”, czyli posiada nieśmiertelną duszę daną mu przez Boga itd. Nauki przyrodnicze musiałyby tę „prawdę objawioną” uznać.

Żadne badania naukowe nie potwierdzają, że człowiek posiada duszę nieśmiertelną. Ale co z tego, teolodzy mówią przecież, że religia nie podlega możliwościom empirycznego sprawdzenia, w prawdy objawione trzeba wierzyć bez sprawdzania. Takie postawienie sprawy to próba uniknięcia moralnej odpowiedzialności za to, co się głosi. Kościół bez wstydu głosi mity sprzed tysięcy lat. A może wypadałoby się wstydzić?

Słyszy się czasem, że Pismo Święte to nie mitologia – zawiera fakty historyczne i relacje naocznych świadków.

Stary i Nowy Testament rzeczywiście zawiera, tak jak Iliada i Odyseja Homera, pewne fakty historyczne, geograficzne i etnograficzne. Ale główny przekaz Pisma Świętego to opowieści o Bogu i cudownych zdarzeniach. To fantazje, nie fakty. A relacje świadków? Są tak samo wiarygodne jak w mitach greckich, także w Iliadzie i Odysei, relacje ze spotkań z greckimi bogami.

Można uznać, że Jezus był postacią historyczną, chociaż brak na to wystarczających dowodów w historycznych źródłach. Proroków w tamtych czasach było wielu (tak jak i dziś), Jezus mógł być jednym z nich. Ale tego, że Jezus był rzeczywiście synem bożym, w żaden sposób nie da się uznać za fakt. A czy zmartwychwstanie Jezusa to fakt? O zmartwychwstaniu Jezusa piszą tylko autorzy ewangelii. Robią to nadzwyczaj wstrzemięźliwie. Widzieli go nieliczni i tylko swoi, grób był pusty … To fantazje autorów ewangelii, a nie fakt. Nie istnieją żadne wiarygodne źródła historyczne  potwierdzające zmartwychwstanie Jezusa.

Traktowanie Biblii jako mitologii religijnej jest jak najbardziej uprawnione.

Podsumujmy: Kościół uznaje prawdy objawione przez Boga. Nauka prawd objawionych uznać nie może. Dlaczego? Bo właściwe współczesnej nauce empiryczne metody sprawdzania wiedzy nie potwierdzają tych „prawd”. Ich uznanie byłoby sprzeczne z podstawową zasadą nauki. Jaką? Nauka może uznać za prawdziwe tylko te twierdzenia, które zostały w wymagany sposób zweryfikowane, sprawdzone, uzasadnione. Tak nie jest w przypadku prawd objawionych.

Mamy tu głęboką sprzeczność między współczesną nauką a religią katolicką i każdą inną. Sprzeczność dotyczy podstaw całej wiedzy o przyrodzie, świecie i człowieku. Ot co!

Czy to prawdy??

Kościół i podręczniki głoszą, że to, czego nauczają, to „prawdy objawione” lub – inaczej mówiąc – „prawdy wiary”. Nie ma jednak żadnej możliwości sprawdzenia, że mamy rzeczywiście do czynienia z prawdą, a nie z mitologią i fantastycznymi opowieściami. Kapłani wszystkich religii podają swoje wierzenia jako prawdę.

Jaki wniosek?

Nie powinno się mówić, że kościelne nauki to prawda. To wierzenia, których prawdziwość w żaden sposób nie została potwierdzona. Władze kościelne, teolodzy, katecheci dokonują intelektualnego nadużycia, nazywając to, czego nauczają, prawdą.

Na jakiej podstawie twierdzą, że uczą prawdy?

Kościół przyjmuje, że są dwa rodzaje poznania: Jedno naturalne, oparte na ludzkich zmysłach i rozumie (tu mieści się nauka). Drugie to poznanie nadprzyrodzone, nazywane też religijnym lub teologicznym, którego źródłem ma być boże objawienie. To na nie powołują się władze kościelne i zalecają wiernym. W podręczniku czytamy, że tam, gdzie nauka nie znajduje odpowiedzi, udziela jej „najwyższy Autorytet – Bóg. Odpowiedź taką nazywamy prawdą wiary, bo jej pewność wynika z przyjęcia i wyznawania wiary w Boga”.

Wierzenia religijne można sobie nazwać „prawdami wiary”, ale jest do nadużycie słowa prawda. Z wiary w Boga w żaden sposób nie wynika, że to, w co się wierzy, jest prawdą. Co najwyżej może się tak wierzącym wydawać.

Nietrudno zauważyć, że tzw. poznanie nadprzyrodzone nie jest w ogóle poznawaniem czegokolwiek. To wyobrażenia religijne, grzeszą one subiektywnością. Każdy może twierdzić, że jego wierzenia są prawdziwe. Kościelni teolodzy mówią, że dysponują poznaniem obiektywnym, bo pochodzącym od Boga. Czy tak? Nie ma żadnej możliwości wiarygodnego potwierdzenia, że rzeczywiście pochodzi od Boga. Setki proroków, guru, założycieli sekt powoływały się na objawienie nadprzyrodzone. Nie ma żadnego powodu, by właśnie katolickie nauki uznawać za prawdziwe.

Nazywanie wierzeń religijnych „prawdami wiary” to – powtórzmy – intelektualne nadużycie, manipulacja. Nazywa się prawdą coś, co w żaden sposób nie zostało sprawdzone, potwierdzone. Stawia się słowo „prawda” obok słowa „wiara”, by sugerować, że wierzenia religijne, które się głosi, są prawdziwe. To manipulowanie słowami, tworzenie fałszywych skojarzeń, oszukańcza technika perswazji, przekonywania, wmawiania. Słowo „prawda” nie powinno być w tym kontekście użyte. Mamy do czynienia z wierzeniami religijnymi bezpodstawnie nazwanymi prawdami. Na myśl przychodzi świat Orwellowski, tam prawdą nazywano nieprawdę – i odwrotnie.

Również autorzy Ewangelii nazywali nauki Jezusa „prawdą”. Sam Jezus miał je tak określać. Nie ma w tym nic szczególnego. Na ogół każdy prorok, guru, wróżbita, astrolog, magik, także wielu cierpiących na zdiagnozowaną paranoję, mówi, że głosi prawdę. Nie ma podstaw, by właśnie nauki ewangelistów i Jezusa uznawać za prawdziwe.

Podkreślmy ponadto, że teologia katolicka wypowiada się na temat przyrody, świata, człowieka – podałem przykłady na początku. Także twierdzenie, że Bóg stworzył świat, dotyczy przyrody. Nauka tych twierdzeń nie może uznać za prawdziwe – Kościół naucza, że są prawdziwe. To ewidentna sprzeczność.

costume-15789_960_720Objawienie Celestyny

Na zakończenie zamieszczam często coś humorystycznego. Dziś będzie superpoważnie. Posłuchajcie.

Teolożka Celestyna, moja dobra znajoma, miała objawienie. To źródło wiedzy całkowicie pewne, a przynajmniej tak samo pewne jak objawienia zawarte w Piśmie Świętym. Czego dotyczyło? Oto fragmenty:

„Katolicy boją się śmierci bardziej niż ateiści – mówi Celestyna – bo nigdy nie mogą być pewni, czy nie zostaną skazani na wieczne męki. I nie powinni być pewni. Nie wiadomo na przykład, czy jeśli grzechy odpuścił im niegodziwy kapłan (a tacy są), to jest to ważne. Władze kościelne mówią, że ważne, bo mają w tym interes. Mogą się mylić. Obecnie Kościół unika tematu, ale dawniej, w złotych czasach chrześcijaństwa wielu teologów głosiło, że odpuszczenie grzechów przez niegodziwego kapłana jest nieważne. Niech więc katolicy nie cieszą się na wyrost, że sprawę grzechów mają z głowy”.

„Wielu świętych i teologów, dawniej chyba większość, głosiło, że tylko nieliczni ludzie dostąpią zbawienia. Żaden katolik nie może być pewny zbawienia. Żaden nie wierzy w Boga dostatecznie szczerze i mocno, by mieć pewność, że Chrystus to uzna. Wielu wierzy z wyrachowania. Na przykład zwolennicy tzw. zakładu Pascala, zalecanego dziś przez biskupów i podręczniki. To udawana wiara. Według Pisma Świętego wiara powinna być szczera, a nie z wyrachowania i strachu”.

„Jest też pytanie, czy katolicy w ogóle mogą być zbawieni. Nie wystarczy wierzyć, trzeba wierzyć w prawdziwą religię i prawdziwego Boga. Wcale nie ma pewności, czy ta, której naucza Kościół, jest prawdziwa”.

„Wierzącym Bóg porządnie przetrzepie skórę – mówi Celestyna – większość skarze na wieczne męki, tak jak mówili dawni święci i teolodzy. Dziś władze kościelne nie chcą tego powiedzieć, mówią że Bóg jest miłosierny. Czy na pewno? W potopie Bóg zgładził wszystkich z wyjątkiem Noego i jego najbliższych, zginęły nawet niemowlaki i dzieci nienarodzone, wszystkie. Bóg potrafi, polecam – mówi Celestyna – artykuł Alverta Janna >Pismo Święte jakiego nie znacie<: http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/pismo-swiete-jakiego-nie-znacie/ .”

„Wszystko to straszne” – dodaje Celestyna na zakończenie. – Alvert Jann

………………………………………………………………………………….

Alvert Jann: Blog „Ćwiczenia z ateizmu” – http://polskiateista.pl/aktualnosci/blogi/cwiczenia-z-ateizmu/

Zapraszam licealistów, studentów i wszystkich zainteresowanych na ćwiczenia z ateizmu. Co miesiąc <pierwszego>, czasami częściej, będę zamieszczał krótki tekst, poważny ale pisany z odrobiną luzu. Nie widzę siebie w roli mentora czy wykładowcy, mam na myśli wspólne zastanawianie się. – Nauka nie wyjaśnia wszystkiego, religia nic nie wyjaśnia.

Inne artykuły z cyklu „Podręczniki do religii”:

Pismo Święte jakiego nie znacie” – http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/pismo-swiete-jakiego-nie-znacie/

Co wyjaśnia teologia?” – http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/podreczniki-religii-wyjasnia-teologia/

Kim jest Bóg?” – http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/podreczniki-religii-bog/

Ewolucja według Kościoła” – http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/podreczniki-religii-ewolucja-wedlug-kosciola/

Grzech pierworodny” – http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/podreczniki-do-religii-grzech-pierworodny/

Koniec świata według Kościoła” – http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/podreczniki-do-religii-koniec-swiata-wedlug-kosciola/

Podręczniki do religii. Czy są wiarygodne? – http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/podreczniki-do-religii-czy-sa-wiarygodne/

Na blogu znajduje się w tej chwili 29 artykułów, m.in.:

Dowód na nieistnienie. Kogo? – http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/dowod-na-nieistnienie-kogo-2/

Bóg przed trybunałem nauki” – http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/bog-przed-trybunalem-nauki/

Jan Paweł II bez taryfy ulgowej” – http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/jan-pawel-ii-bez-taryfy-ulgowej/

Ilu naukowców wierzy w Boga?”- http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/ilu-naukowcow-wierzy-w-boga/ i inne.

……………………………………………………………………………………………

sun-159392_960_720

Ateizm na dziś

Chciałbym napisać, jaki ateizm we współczesnej Polsce jest potrzebny i ma perspektywy rozwoju. Dziś, jak sądzę, ateizmowi najlepiej w towarzystwie naturalizmu, nauki i praw człowieka.

Naturalizm

Najlepszą filozoficzną podstawą ateizmu jest naturalizm. Główne twierdzenie naturalizmu mówi, że istnieje tylko przyroda, natura. Do przyrodniczej rzeczywistości należą także doznania psychiczne i wszelkie formy myślenia. Są to pochodne funkcjonowania układu nerwowego i mózgu, nie istnieją poza organizmami biologicznymi.

Na dobrą sprawę zamiast o ateizmie można by mówić właśnie o naturalizmie, chociaż nie postuluję takiej zmiany. Bez potrzeby nie warto burzyć językowych zwyczajów.

Przyroda (natura) to rzeczywistość, która nas otacza i której jesteśmy częścią. Obejmuje ona mikro i makrokosmos, wiele niepoznanych i trudnych do zrozumienia form. Nie ma żadnych uzasadnień, żadnych dowodów, by wierzyć, że istnieją jakiekolwiek byty nadprzyrodzone, nadnaturalne, bez względu na to, czy nazywa się je bogiem lub inaczej. To, że bóg nie istnieje, można dowieść/uargumentować bardzo dobrze (link poniżej). Natomiast tego, że bóg istnieje, nie można dowieść/uzasadnić w żaden sposób.

Bóg

Wyobrażenie boga występuje w świadomości ludzi w dwóch postaciach:

Po pierwsze, jako abstrakcyjna rzeczywistość nadprzyrodzona. To jakby bóg abstrakcyjny, nieokreślony. Nazywany jest transcendencją, absolutem, pierwszą przyczyną, pierwotną energią, siłą wyższą, uniwersalnym duchem, rozumem rządzącym wszechświatem, bytem przenikającym wszystko lub wręcz utożsamianym z przyrodą. To w zasadzie bóg bezosobowy, właściwy deizmowi i panteizmowi, ale bywa  eklektycznie łączony z wierzeniami chrześcijańskimi.

Pojęcie boga abstrakcyjnego występuje zarówno w umysłach niektórych dzisiejszych filozofów i naukowców, jak i w kulturach prymitywnych, w wyobrażeniach niepiśmiennych tubylców badanych przez etnologów i w pospolitych ludowych emocjach. W tej prostej postaci jest to wyobrażenie mocy tajemnych, zazwyczaj powiązane z magią. Pojęcie tzw. boga filozofów i fizyków jest niczym innym niż przetworzeniem owego pierwotnego wyobrażenia niepojętych mocy.

Po drugie, jest to pojęcie boga znane z wielu religii, w tym chrześcijaństwa. To istota duchowa, rozumna, ingerująca w życie ludzi, w szczególności opiekująca się nimi, ale także karząca za przewinienia. Każda religia nadaje bogu odmienne cechy. W judaizmie, chrześcijaństwie i islamie bóg wywodzi się z mitologii biblijnej, występuje jako wszechmocny stwórca świata i prawodawca. Pojęciu boga towarzyszy wiele innych wierzeń. W chrześcijaństwie są to wyobrażenia nieba, piekła, aniołów, szatana, duszy nieśmiertelnej, grzechu pierworodnego, sądu ostatecznego, zmartwychwstania, zbawienia, potępienia, cudów itp. Katolik powinien w to wszystko wierzyć.

Bóg abstrakcyjny i bóg ze znanych religii nie mają ze sobą nic wspólnego, poza może jednym – jest to przetworzenie pierwotnego wyobrażenia niepojętych mocy.

Z punktu widzenia chrześcijaństwa wiara w boga abstrakcyjnego jest ciężkim błędem i w średniowieczu można było za to spłonąć na stosie. Dziś, wobec kryzysu religii, Kościół katolicki toleruje te herezje także wśród wiernych, o ile zachowują lojalność wobec Kościoła i składają publiczną deklarację właściwej wiary.

Współcześnie idea boga abstrakcyjnego, np. nieokreślonej siły wyższej, bezosobowego ducha, transcendencji, stała się dość popularna w krajach zachodnich. Nie ma żadnych uzasadnień, dowodów, które świadczyłyby, że byty tego rodzaju istnieją realnie.

Można natomiast hipotetycznie brać pod uwagę, że istniała czy istnieje nieznana nam dziś pierwotna czy podstawowa forma rzeczywistości przyrodniczej, np. rzeczywistość kwantowa albo też rzeczywistość poprzedzająca tzw. wielki wybuch. Zauważmy jednak, że w obu przypadkach idzie o rzeczywistość jak najbardziej naturalną, a nie o boga i podobne mu wyobrażenia. Fizyka kwantowa, teoria cyklicznych wszechświatów poprzedzających powstanie naszego wszechświata i inne, dotyczą przyrody, rzeczywistości naturalnej, w żaden sposób nie uprawdopodobniają istnienia boga czy bytów nadnaturalnych.

Również transcendencję można by pojmować jako pierwotną czy podstawową rzeczywistość naturalną, przyrodniczą, chociaż kłóci się to z dotychczasowym rozumieniem tego słowa.

Naturalizm, odrzucający istnienie bytów nadprzyrodzonych, odgrywa we współczesnej kulturze i świadomości ludzi coraz większą rolę. Jest to skutek przede wszystkim rozwoju nauki.

Nauka

Konsekwentny ateizm odrzuca wiedzę pochodzącą z tzw. objawienia bożego, doświadczenia mistycznego, iluminacji, źródeł tajemnych, ezoteryki itp. Tylko wiedza zdobyta w sposób akceptowany na gruncie nauki współczesnej może być uznana za prawdziwą. Metody i procedury naukowe nie są czymś nadzwyczajnym, pozostają w zgodzie z naszym codziennym sposobem zdobywania wartościowej wiedzy za pomocą obserwacji, doświadczeń, eksperymentowania, racjonalnego myślenia. Poznanie naukowe, dzięki konsekwentnie przemyślanym metodom badawczym oraz instrumentom służącym obserwacji i analizie danych, osiąga znacznie wyższy poziom wiarygodności niż dostępne nam na co dzień.

Nauka współczesna, podobnie jak ateizm, stoi na stanowisku naturalizmu, tzn. przyjmuje w praktyce, że istnieje tylko przyroda i jej pochodne. Nie bierze pod uwagę rzeczywistości nadprzyrodzonej. Dlaczego? Bo nigdzie nie znajduje przyczyn nadprzyrodzonych, duchów, boga. Naturalizm nauki harmonizuje z ateizmem, natomiast kłoci się zdecydowanie z teizmem.

Wbrew poglądom teistów, naturalizm nauki nie jest założeniem czy rezultatem światopoglądu naukowców, ale wynikiem naukowej działalności, faktu, że badania naukowe nie wskazywały i nie wskazują na istnienie bytów i przyczyn nadprzyrodzonych. Byty nadprzyrodzone nie dają o sobie znać. Naukowiec może wierzyć, że bóg czy boska transcendencja istnieją. W wywiadach dla mediów może mówić, że jest o tym przekonany. Są to jednak wyłącznie jego osobiste przekonania nie mające nic wspólnego z nauką, podobnie jak sympatyzowanie z tym lub innym klubem piłki nożnej. Religijni naukowcy nie potrafią przytoczyć żadnych dowodów czy uzasadnień przemawiających za istnieniem rzeczywistości nadnaturalnej. Nic dziwnego, że religijnych naukowców jest niewielu. Np. wśród członków amerykańskiej Narodowej Akademii Nauk wiarę w boga zadeklarowało 7% (link poniżej).

Różnica między nauką a religią polega m.in. na tym, że nauka uznaje za prawdziwe tylko te twierdzenia, które przeszły procedury sprawdzania. Jeżeli nie znajdują dostatecznego uzasadnienia, mają status hipotez, przypuszczeń. Hipoteza naukowa nie jest jednakowoż dowolnym przypuszczeniem, musi znajdować oparcie w analizach i badaniach.

Twierdzenie głoszące, że bóg istnieje, nie jest w żaden sposób potwierdzone i nie może być uznane za prawdziwe. Nie ma nawet powodów, by uznawać je za hipotezę.

Na gruncie religii tzw. prawdy wiary uzasadniane są na podstawie fantastycznych opowieści, które nie wytrzymują żadnych racjonalnych prób sprawdzenia. Np. chrześcijaństwo i judaizm opierają się na przypuszczeniu, pozbawionym jakichkolwiek podstaw, że Biblia zawiera objawienie boże. Także uznając nawet historyczność Jezusa, nie da się potwierdzić czy uzasadnić, że był on synem bożym poczętym z Ducha Świętego, zesłanym by odkupić świat. Nie można uznać, że to prawda albo hipoteza – to wyłącznie fantastyczna mitologia.

Nauka współczesna nie potwierdza żadnych przypuszczeń, że istnieje bóg, który stworzył świat i życie, kieruje ewolucją, ustanowił prawa przyrody, ingeruje na poziomie kwantów, przenika wszystko i jest obecny wszędzie. Przypuszczenia te nie mogą być uznane za prawdziwe.

W żaden sposób nie jest potwierdzone stanowisko tych religijnych filozofów, którzy uważają, że prawdziwe poznanie – w tym naukowe – człowiek zawdzięcza bogu. Nieuprawnione jest przekonanie, że pojęcie prawdy wymaga istnienia boga czy transcendencji. Założenie, że istnieje boska skarbnica wiedzy, którą człowiek odsłania, jest wyłącznie literacką fikcją. Teistyczna teoria poznania ma cechy sofistyki, tj. filozoficznego krętactwa. Nauka i poznanie nie mają teistycznych podstaw

Nauka czyni olbrzymie postępy, ale nie wyjaśnia wszystkiego – przede wszystkim nie wiemy, jak przyroda powstała, czy może w jakiejś formie była wieczna. Trzeba jednak powiedzieć wyraźnie, że religia nic nie wyjaśnia, nie odpowiada na te pytania, podaje co najwyżej wyjaśnienia fikcyjne, podtrzymuje archaiczne wyobrażenia i mity.

Etyka praw człowieka

Ateizm stoi na gruncie etyki świeckiej. Współcześnie najdonioślejszą świecką etykę i aksjologię prezentują prawa człowieka. Nie są one tylko przepisami prawnymi – są to zasady etyczne przekładane na język przepisów prawa.

U podstaw etyki praw człowieka leży idea ograniczenia przemocy i krzywd doświadczanych przez ludzi w życiu społecznym. Prawa człowieka regulują w pożądany etycznie sposób stosunki między ludźmi, przede wszystkim ograniczają władzę państwową i mają chronić przed jej nadużywaniem, ale mają chronić człowieka także przed kościołami, wspólnotami, organizacjami, przed społecznością lokalną, rodziną i innymi grupami, także tymi, do których należy się dobrowolnie. Można powiedzieć, że mają chronić człowieka przed człowiekiem.

Nie sposób tu przedstawiać szerzej aksjologii zawartej w prawach człowieka. Wspomnijmy tylko o wolności słowa i przekonań, prawach socjalnych oraz zasadzie równego traktowania bez względu na narodowość, rasę, religię, światopogląd, płeć, orientację seksualną itp.

Kościół katolicki przeciwstawiał się zdecydowanie prawom człowieka aż do drugiego soboru watykańskiego (1962-1965 ). Zmienił stanowisko z konieczności. Od zakończenia drugiej wojny światowej znaczenie praw człowieka we współczesnym świecie wzrosło na tyle, że ich otwarte negowanie groziło Kościołowi marginalizacją. Przedtem w encyklikach papieskich roiło się od zdecydowanego sprzeciwu wobec tych praw. Ciekawy przykład to papież Pius IX, który w encyklice „Quanta cura” z 1864 r. wymienił osiemdziesiąt dokładnie ponumerowanych błędnych – jego zdaniem – poglądów, których wierni nie mogą uznawać. Odrzucał prawa człowieka, uważał, że religia katolicka powinna mieć status religii państwowej, odrzucał wprost wolność słowa, wyznania, sumienia.

Kościół przyjmuje wsteczną, konserwatywną interpretację praw człowieka. Nadal przeciwstawia prawom człowieka tzw. prawo boże (nazywane też prawem naturalnym). Konflikt jest głębszy niż na pierwszy rzut oka może się wydawać. „Prawo boże” ustalają kościelni hierarchowie zgodnie z własną wolą, powołując się dowolnie na objawienie boże i święte księgi. Prawa człowieka ustalane są w dyskursie publicznym niepoddanym kontroli kościołów, w państwach o liberalno-demokratycznych ustrojach są one podstawą prawa stanowionego, stoją wyżej niż rzekome prawo boże. Kościół próbuje stawiać tzw. prawo boże ponad prawem stanowionym. Widać tu dążenie Kościoła do klerykalizacji państwa.

Warto podkreślać, że chociaż prawa człowieka są wynalazkiem zachodnim, zyskują uniwersalny charakter. Ich rola we współczesnym świecie jest olbrzymia, są atrakcyjne także dla bardzo wielu muzułmanów i obywateli państw niedemokratycznych. Nie jest oczywiście łatwą sprawą wcielanie praw człowieka w życie, budzą one też wiele szczegółowych kontrowersji, ale stanowią najbardziej dynamiczną ideę moralną i polityczną współczesnego świata. – Alvert Jann

……………………………………………………………………

Alvert Jann: Blog „Ćwiczenia z ateizmu” – http://polskiateista.pl/aktualnosci/blogi/cwiczenia-z-ateizmu / :

Zapraszam licealistów, studentów i wszystkich zainteresowanych na ćwiczenia z ateizmu. Co miesiąc <pierwszego>, czasami częściej, będę zamieszczał krótki tekst, poważny ale pisany z odrobiną luzu. Nie widzę siebie w roli mentora czy wykładowcy, mam na myśli wspólne zastanawianie się. – Nauka nie wyjaśnia wszystkiego, religia nic nie wyjaśnia.

Na blogu znajduje się w tej chwili 16 artykułów, m.in.:

Dowód na nieistnienie. Kogo? – http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/dowod-na-nieistnienie-kogo-2/

Bóg przed trybunałem nauki” – http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/bog-przed-trybunalem-nauki/

Jan Paweł II bez taryfy ulgowej” – http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/jan-pawel-ii-bez-taryfy-ulgowej/

Ilu naukowców wierzy w boga?” – http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/ilu-naukowcow-wierzy-w-boga/

pope-309611_640

Jan Paweł II bez taryfy ulgowej

Jaki najgłębszy problem nasuwa encyklika Jana Pawła II pt. Wiara i rozum (1998)? Papież pisze, że nie ma rozbieżności między wiarą religijną a rozumem. Czyżby? A może trzeba powiedzieć wprost, że wiara religijna jest nie do pogodzenia z godnością istoty rozumnej jaką jest człowiek. Dlaczego? Bo w „prawdy wiary”, których prawdziwości w żadnej mierze nie dowiedziono, rozumnej istocie nie godzi się wierzyć.

W encyklice czytamy: „ludzki rozum nie musi zaprzeczyć samemu sobie ani się upokorzyć, aby przyjąć treści wiary” (43). „Jeżeli człowiek mimo swej inteligencji nie potrafi rozpoznać Boga jako Stwórcy wszystkiego, to przyczyną … … przeszkody wzniesione przez jego wolną wolę i grzech” (19).

A czy bez upokorzenia własnego rozumu można wierzyć w to, co kościoły do wierzenia podają? Dlaczego mamy wierzyć w biblijne opowieści, mity, cuda, duchy i boga, który ma być duchem doskonałym? Sprzeczności między wiarą religijną a rozumem nie da się załatać sofistycznymi argumentami, ani w jakikolwiek inny sposób.

Chciałbym, nie stosując taryfy ulgowej wobec autora, który jest już katolickim świętym, pokazać błędy kryjące się w jego encyklice. A może więcej – chciałbym pokazać manowce ludzkiej psychiki, myśli i kultury; powikłania, z którymi ludzie nie mogą się uporać. Religia i inne irracjonalne wierzenia to właśnie takie manowce, pokrętne ścieżki ludzkiego umysłu, gdzie rozum wytwarza – jak w narkotycznym śnie – urojenia i zwidy, oszustwa i samooszustwa, intelektualne matactwa, wszystko z zadziwiającą inwencją. Dodam, że encyklika JP II jest tu tylko szczegółowym materiałem, problem dotyczy religii i umysłu człowieka. Żeby artykuł nie był zbyt długi, piszę tylko o kilku kwestiach.

*

Dwa czy jeden rodzaj poznania?

JP II stwierdza, że istnieją dwa rodzaje poznania: obok poznania właściwego ludzkiemu rozumowi … istnieje poznanie właściwe wierze” (idzie o wiarę religijną); „w pierwszym przypadku poznajemy przy pomocy naturalnego rozumu, a w drugim przy pomocy wiary” (8-9).

Nie ma problemu ze zrozumieniem, czym jest ten pierwszy rodzaj poznania. Odbywa się ono za pomocą rozumu i zmysłów, posługujemy się nim na co dzień. Udoskonaloną jego wersją jest poznanie naukowe, nauka. Dzięki zastosowanym metodom badawczym i instrumentom służącym obserwacji, poznanie naukowe reprezentuje znacznie wyższy poziom niż to wykorzystywane przez nas na co dzień. Pojęcie rozumu, używane w encyklice, odnosi się do ludzkiej zdolności myślenia, którego efektem jest m.in. filozofia i nauka. 

Ale co to jest poznanie właściwe wierze, poznanie religijne? JP II powołuje się na autorytet pierwszego soboru watykańskiego (1869-1870). To poznanie – pisze – które zawdzięczamy łasce bożej, dzięki niemu odkrywamy tajemnice boże zawarte w objawieniu bożym. Efektem są tzw. prawdy wiary podawane przez Kościół.

Trzeba zapytać, czy rzeczywiście można tu mówić o poznawaniu czegokolwiek? I, powiedzmy wyraźnie, rozum staje w cichej lub głośnej opozycji do tych odkryć. Podpowiada, że nie ma czegoś takiego jak poznanie religijne, odkrywanie bożych tajemnic. To tworzenie religijnych fantazji, a nie poznanie, które człowiek rzekomo zawdzięcza łasce bożej. Także przekonanie, że Pismo Święte zawiera boże objawienie nie ma żadnego uzasadnienia. Każdy może powiedzieć o swojej religii lub nawet o swoich fantastycznych opowieściach, że objawił mu je bóg i są prawdziwe. Również opowieści o Harrym Potterze mogłyby być ogłoszone jako boże objawienie.

Ktoś może twierdzić, że ateiści nie są w stanie zrozumieć, na czym polega poznanie religijne, bo nie jest im dane. To żaden argument. Równie dobrze wierzący we wróżby tarota mogą twierdzić, że teolodzy katoliccy i ateiści nie są w stanie zrozumieć, że tarot to prawda. Mamy tu do czynienia z całkowicie dowolnymi przekonaniami i roszczeniami do prawdy. A jeżeli ktoś ma na myśli tzw. przeżycia mistyczne (poczucie kontaktu z bogiem), to są one niczym więcej niż szczególnymi stanami psychicznymi, możne je wywołać środkami farmakologicznymi lub doświadczać jako szczególne poczucie piękna, wielkości czy dziwności otaczającego nas świata, a nie kontaktu z bogiem.

Pojęcia poznania religijnego, poznania za pomocą wiary religijnej, to sofistyczny pomysł mający kościelnemu nauczaniu nadać status podobny do poznania racjonalnego i właściwego nauce.

Sofistyka to pokrętne rozumowanie, z pozoru poprawne, a w istocie pozbawione podstaw. Nazwa pochodzi od starogreckich wędrownych filozofów, zwanych sofistami, którzy nie stronili od filozoficznego kuglarstwa. Teologia od wieków tym wzorem stoi.

*

Sofistyczne rozwiązanie

Problem relacji między wiarą religijną a rozumem i nauką papież rozwiązuje na sposób sofistyczny, tzn. fikcyjny, niemerytoryczny, manipulując pojęciami, przyjmując dowolne założenia. Czytamy w encyklice: „Chociaż jednak wiara jest ponad rozumem, nigdy nie może zaistnieć prawdziwa rozbieżność między wiarą a rozumem: ten sam Bóg, który objawia tajemnice i udziela wiary, rozniecił też w ludzkim umyśle światło rozumu, nie może zatem tenże Bóg wyprzeć się samego siebie ani też prawda nie może zaprzeczać prawdzie” (55).

Po pierwsze, wbrew temu, co pisze papież, wiara religijna (o niej mowa) nie jest i nie powinna być ponad rozumem. Nie ma żadnych merytorycznych powodów, by uznać papieską tezę. Wierzenia religijne w praktyce tylko w niewielkim zakresie decydują o działaniach i myśli ludzkiej. A jak powinno być? To rozum powinien stać wyżej niż wierzenia religijne.

Wprawdzie rozum nie gwarantuje trafności decyzji i prawdy, ale wierzenia religijne dają po temu jeszcze mniej podstaw. Lepiej polegać na rozumie niż na religijnych wierzeniach, które w praktyce obarczone są większym ryzykiem błędu. Wywyższając wiarę religijną papież dał wyraz partykularnemu interesowi Kościoła, jego dążeniu do przywilejów i władzy. Można to zrozumieć, ale nie ma to nic wspólnego z prawdą i JP II nie powinien był tego napisać. Kościołowi przydałoby się czasami trochę pokory.

Po drugie, nie jest trafne twierdzenie papieża, że „nie może zaistnieć prawdziwa rozbieżność między wiarą a rozumem”, bo jedno i drugie pochodzi od boga, a bóg nie może zaprzeczać sam sobie. Takie rozwiązanie problemu to pokrętna sofistyka. To tak samo jakby powiedzieć, że nigdy nie może zaistnieć prawdziwa rozbieżność między poglądami Kasi i Marysi z V b, bo prawda jest jedna i pochodzi od boga. Albo że nie było prawdziwej rozbieżności między Ptolemeuszem a Kopernikiem.

Między wiarą religijną a rozumem, między nauczaniem kościelnym a nauką, istnieje mnóstwo rozbieżności. Papież powołuje się w swoim rozumowaniu na hipotezę boga, który stworzył wszystko, i twierdzi na tej podstawie, że prawdziwych rozbieżności być nie może. Ale rozbieżności są i hipoteza boga niczego tu nie zmienia. Np. Kościół głosi jako prawdę, że istnieje bóg, aniołowie, dusza nieśmiertelna itd. Nauka tego – najdelikatniej mówiąc – nie potwierdza, co oznacza, że nie uznaje tych twierdzeń za prawdę, a nawet za uzasadnione badaniami hipotezy. Czy to rozbieżność? Tak, bardzo poważna. Teiści pocieszają się, że nauka nie zaprzecza istnieniu boga. Jest gorzej. Z punktu widzenia nauki bóg i inne byty, o których mówi religia, to fantazje podobnego rodzaju jak krasnoludki, duchy leśne, wilkołaki, magia, czary i wróżby.

Można się zgodzić, że prawda jest jedna, ale Kościół nie zna prawdy. Sprzeczność między tzw. prawdami wiary a tym, co rozum i nauka mogą za prawdę uznać, występuje rzeczywiście. A jeżeli Kościół i papież mówią, że prawdy wiary, które głoszą, pochodzą od boga, jest to pogląd nieuzasadniony, a może grzech pychy.

Po trzecie, papież przyjmuje, że skoro bóg dał człowiekowi zarówno rozum, jak i wiarę, wyklucza to prawdziwą rozbieżność w tym względzie. Jest to bardzo wątpliwe założenie. Zdolności te ukształtowały się w procesie ewolucji, ostatnio nawet Kościół skłania się powoli, „jak żółw ociężale”, do uznania ewolucji. A ewolucja wytwarza także sprzeczności, zawdzięczają jej ludzie zarówno skłonność do irracjonalizmu (efektem tego jest częsta wiara w tzw. zabobony, w nieszczęśliwą trzynastkę, w złe duchy hasające po lasach, a także w boga i religię), jak i umiejętność myślenia racjonalnego, dzięki któremu nastąpił rozwój nauki. Tymczasem papież mówi, że wszystko zawdzięczamy bogu, a bóg wykluczył prawdziwą rozbieżność między rozumem a wiarą. Polegałbym na wiedzy o ewolucji, a nie na wierze religijnej.

*

Co to jest prawda?

JP II wyróżnia trzy formy prawdy: „Warto może teraz przyjrzeć się pokrótce tym różnym formom prawdy. Najliczniejsze są te, które opierają się na dowodach bezpośrednio dostępnych lub które można potwierdzić eksperymentalnie. Jest to rząd prawd występujących w życiu codziennym i w sferze badań naukowych. Na innej płaszczyźnie usytuowane są prawdy natury filozoficznej, do których człowiek dociera dzięki zdolności spekulatywnej rozumu. Istnieją wreszcie prawdy religijne, które w pewnej mierze sięgają korzeniami także do filozofii. Są one zawarte w odpowiedziach, jakich różne tradycje religijne udzielają na fundamentalne pytania” (30).

Na jakiej jednak podstawie mamy uznać, że wierzenia religijne są prawdziwe? Że są prawdami, a nie fantazjami?

Teolodzy katoliccy i JP II (por. 82) uznają tzw. klasyczną definicję prawdy, arystotelesowską, przyjętą także przez św. Tomasza z Akwinu. W tym rozumieniu prawda to zgodność myśli/twierdzenia z faktycznym stanem rzeczy, z rzeczywistością (adaequatio intellectus et rei). Otóż w żaden sposób nie stwierdzono, że zdanie „Bóg istnieje”, jest zgodne z rzeczywistością. Nie ma więc podstaw, by zdanie to uznawać za prawdziwe. No i sprawę można by zamknąć. Nie wiadomo też, jak można by istnienie boga stwierdzić.

Kościół przyjmuje, że to, co głosi, opiera się na prawdziwym objawieniu bożym. Skąd wiadomo, że to prawda? Sam papież stwierdza, że to „przeświadczenie” (7). Czy prawda i przeświadczenie to to samo? Nie. Rozum musi buntować się przeciw głosowi Kościoła, bo nie ma żadnych rozumnych podstaw, by uznać, że teksty Pisma Świętego zawierają boże objawienie. Jeżeli ktoś w to wierzy, może co najwyżej powiedzieć: wierzę, bo wierzę, wierzę chociaż jest to pozbawione jakichkolwiek podstaw. Sprzeczność między rozumem a wiarą religijną ujawnia się w pełnej krasie.

W historii Kościoła wielu zwolenników miało stanowisko, nazywane fideizmem, według którego wierzy się wbrew rozumowi (idzie o wiarę religijną). Ujęto to w formule: „Wierzę, bo jest to niedorzeczność” – Credo quia absurdum. Kościół odrzuca to stanowisko, chociaż trafnie ujmuje ono, na czym polega wiara religijna.

*

Depozytariusz archaicznych mitów

„U podstaw wszelkiej refleksji, jaką podejmuje Kościół – czytamy w encyklice – leży jego przeświadczenie, że zostało mu powierzone orędzie, które bierze początek z samego Boga (por. 2 Kor 4, 1-2). Wiedzy, którą pragnie przekazać człowiekowi, Kościół nie uzyskał w drodze samodzielnych przemyśleń, choćby najwznioślejszych, ale dzięki przyjęciu z wiarą słowa Bożego” (7).

Kościół – jak czytamy – ma przeświadczenie, że jest depozytariuszem prawdziwej wiary. Skąd ta pewność? Skąd to wiadomo? Wyłącznie z oświadczeń tegoż Kościoła. Rozum zgłasza sprzeciw, wszak wielu było takich, którzy oświadczali, że posiedli prawdę. Skąd ma być wiadomo, że to Kościół katolicki, a nie muzułmanie, żydzi czy mormoni głoszą prawdziwe słowo boże? Straszny galimatias jest z tymi religiami. Co ma zrobić człowiek stojący wobec tych niejasności? Nie wiadomo, które są prawdziwe. Najlepiej gdyby uwierzył we wszystkie religie jednocześnie albo stworzył sobie własną. A jeszcze lepiej, gdyby nie wierzył w żadną.

A czego depozytariuszem jest Kościół? Archaicznych biblijnych mitów, przetwarzanych od wieków przez kapłanów, teologów i religijnych filozofów.

*

Fałszywy akord

JP II jest ostrym krytykiem współczesnego świata, skrytykował także współczesną demokrację. Można jej wiele zarzucić, ale w tym przypadku krytyka grzeszy kościelnym partykularyzmem i intelektualną ślepotą.

W encyklice czytamy, że obecnie doszło „do ukształtowania się pewnej koncepcji demokracji, w której nie ma miejsca na jakiekolwiek odniesienie do zasad o charakterze aksjologicznym, a więc niezmiennych: o dopuszczalności lub niedopuszczalności określonego postępowania decyduje tu głosowanie większości parlamentarnej. Konsekwencje takiego założenia są oczywiste: najważniejsze wybory moralne człowieka zostają w rzeczywistości uzależnione od decyzji podejmowanych doraźnie przez organy instytucjonalne” (89). Parlamenty z pewnością nie są nieomylne, ale przeczytajcie jeszcze raz ten cytat. Znacie ten głos? To głos przeciw demokracji, „fałszywy akord jak syk węża, jak zgrzyt żelaza po szkle”. Papież pisał w 1998 r., fałszywy akord słyszymy do dziś, struna złowróżąca jeszcze nie pękła.

JP II nie dostrzegł, że demokracja współczesna opiera się na prawach człowieka, które są w równej mierze koncepcją polityczną, jak aksjologiczną, etyczną. Dokumenty mówiące o prawach człowieka zostały ratyfikowane przez państwa demokratyczne i odgrywają zdecydowanie pozytywną rolę. Natomiast Kościół i jego aksjologiczne idee w wielu krajach Ameryki Łacińskiej oraz Hiszpanii i Portugalii do niedawna służyły karygodnym dyktaturom. Kościół akceptuje prawa człowieka pod naciskiem, do drugiego soboru watykańskiego (1962-1965) programowo był przeciw. Dziś wszelkimi sposobami broni się przed demokratyczną kontrolą nad swoimi poczynaniami, także finansami. Na pewno dzisiejszy Kościół nie jest lepszy od współczesnej demokracji.

Papież twierdzi, że w krytykowanej przez niego koncepcji demokracji brak jakichkolwiek odniesień do zasad aksjologicznych, „a więc niezmiennych”. To bardzo poważne oskarżenie, w istocie odsądzenie od czci, od uznawania jakichkolwiek wartości etycznych, bo aksjologia to wartości. Powiedzmy więc wyraźnie, że papież manipuluje pojęciami, uprawia sofistykę. Utożsamił aksjologię z zasadami niezmiennymi, czyli w jego rozumieniu ustanowionymi przez boga i głoszonymi przez Kościół. Pozwoliło mu to oskarżyć współczesną demokrację o brak jakichkolwiek zasad aksjologicznych. Inaczej mówiąc, skoro rzekomo boże zasady aksjologiczne ustalają kościelni hierarchowie, to jak ktoś nie uznaje aksjologii ustalonej w Watykanie, to według papieża nie uznaje jakiejkolwiek aksjologii. Sprytne rozumowanie, ale nie fair.

JP II ujawnia kościelne dążenie do monopolu na ustalanie zasad moralnych, do negowania etyki świeckiej, do ustalania standardów w demokratycznym państwie, bo Kościół rzekomo reprezentuje niezmienne i boskie zasady aksjologiczne. Trzeba powiedzieć zdecydowanie, Kościół nie ma moralnego tytułu do ustalania standardów aksjologicznych stojących ponad etyką świecką, świeckimi prawami człowieka oraz demokracją opartą na tych prawach. Dlaczego? Bo Kościół jest instytucją grzeszną, nie jest nieomylny, to co głosi nie jest głosem boga, tylko głosem hierarchów naginających rzekomo niezmienne zasady do własnych doraźnych dążeń. Jak chcą, to zmieniają aksjologię, jak nie chcą to nie zmieniają. Wbrew temu, co hierarchowie mówią, nie reprezentują niezmiennej aksjologii lecz swoje partykularne interesy.

Wiele jeszcze można by złego powiedzieć o tej encyklice. Ale obiecałem, że tekst nie będzie zbyt długi, więc tylko 

słowo na zakończenie.

Według badań sondażowych 20-23% Polaków nie wierzy w duszę nieśmiertelną, niebo, sąd ostateczny, cuda. 7-9% nie ma zdania w tych sprawach (CBOS, 2015). W Europie zachodniej niedowiarków jest dużo więcej, a około 50% Holendrów i Szwedów nie wierzy w boga, 34% Niemców, 23% Hiszpanów (World Values Survey, 2010-2014). Skąd ta laicyzacja?

W encyklice JP II czytamy: „ludzki rozum nie musi zaprzeczyć samemu sobie ani się upokorzyć, aby przyjąć treści wiary” (43). Kościół każe wierzyć w duchy, anioły, szatana i boga jako ducha doskonałego, w duszę nieśmiertelną, zbawienie, niebo, piekło, potępienie, sąd ostateczny, w boskie pochodzenie Pisma Świętego. Kościół każe w to wszystko wierzyć, a jednocześnie nie chce przyznać, że człowiek, przyjmując religijne treści, których prawdziwości nie dowiedziono, sam się poniża, pozbywa się godności istoty rozumnej, upokarza. I że to poniżenie musi się kiedyś skończyć. Rozum ludzki buntuje się przeciw zaprzeczającej mu wierze religijnej. Mamy dramat niezgody między wiarą religijną a rozumem, Kościołem a ludzką godnością.  –  Alvert Jann

*Blog „Ćwiczenia z ateizmu” – http://polskiateista.pl/aktualnosci/blogi/cwiczenia-z-ateizmu/: Zapraszam licealistów, studentów i wszystkich zainteresowanych na ćwiczenia z ateizmu. Co miesiąc <pierwszego>, czasami częściej, będę zamieszczał krótki tekst, poważny ale pisany z odrobiną luzu. Nie widzę siebie w roli mentora czy wykładowcy, mam na myśli wspólne zastanawianie się. – Nauka nie wyjaśnia wszystkiego, religia nic nie wyjaśnia.

Na blogu znajduje się w tej chwili 15 artykułów, m.in.:

Ewolucja i moralność” – http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/ewolucja-i-moralnosc/

Bóg przed trybunałem nauki” – http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/bog-przed-trybunalem-nauki/

Dowód na nieistnienie. Kogo? – http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/dowod-na-nieistnienie-kogo-2/

Sens według teologów i nie tylko” – http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/sens-wedlug-teologow-i-nie-tylko/

** Link do encykliki „Wiara i rozum” – http://www.opoka.org.pl/biblioteka/W/WP/jan_pawel_ii/encykliki/fides_ratio_0.html

bible-185372_640

Bóg przed trybunałem nauki

Na czym polega największy wkład nauki w zaprzeczenie istnieniu boga? Nauka zakwestionowała i odrzuciła podział na rzeczywistość naturalną i nadnaturalną. Dokonała tego w praktyce badawczej. Naukowcy, prowadząc badania, konstruując teorie naukowe, przestali brać pod uwagę przyczyny i byty nadprzyrodzone. W praktyce przyjęli, że istnieje tylko jeden rodzaj rzeczywistości – przyroda, rzeczywistość naturalna. Postępowali tak nie dlatego, że nakazywał im to ich światopogląd lub że przyjęli takie założenie. Raczej przeciwnie, wielu naukowców było ludźmi religijnymi. Rezygnowali z uwzględniania bytów nadprzyrodzonych, bowiem – podkreślmy mocno – nic nie przemawiało za ich istnieniem. Bóg, najznamienitszy z bytów nadnaturalnych, odszedł w niebyt, wraz z innymi nadprzyrodzonymi istotami i wierzeniami – duchami, bóstwami, aniołami, szatanem, niebem, piekłem, sądem ostatecznym, reinkarnacją, magią, przeznaczeniem, wróżbami. Na gruncie nauki nastąpiła głęboka zmiana obrazu świata. Wykreślona została cała rzeczywistość nadnaturalna, pozostała tylko natura (przyroda) i jej pochodne, np. przeżycia psychiczne i pojęcia, które nie istnieją samodzielnie, a są pochodnymi funkcjonowania układu nerwowego i mózgu.

*

Naturalizm nauki

Nauka współczesna stoi na gruncie naturalizmu. Odrzucono dualizm ontologiczny, tj. stanowisko zakładające istnienie dwóch rodzajów rzeczywistości – naturalnej i nadnaturalnej (nadprzyrodzonej). Dlaczego? Bo nic nie świadczy o istnieniu rzeczywistości nadnaturalnej, boga, transcendencji itp. Istnieje tylko jeden rodzaj rzeczywistości, rzeczywistość naturalna, tj. przyroda i jej pochodne.

Często rozróżnia się naturalizm ontologiczny i metodologiczny. Ten drugi, to metodologiczna zasada, zgodnie z którą w badaniach i teoriach naukowych nie należy brać pod uwagę przyczyn i bytów nadnaturalnych. Zasada ta ma sens tylko dlatego, że byty i przyczyny nadnaturalne nie istnieją. Gdyby istniały, zasada byłaby pozbawiona podstaw. Dlatego naturalizm metodologiczny współwystępuje z naturalizmem ontologicznym.

Są jednak naukowcy, którzy w badaniach stosują się do zasady naturalizmu metodologicznego, ale jednocześnie wierzą w istnienie rzeczywistości nadnaturalnej. Jest to brak konsekwencji zadziwiający, ale zrozumiały. Naukowcy zajmują się zwykle szczegółową dziedziną i mogą wierzyć, że gdzieś tam poza sferą ich badań bóg występuje, chociaż nie daje o sobie znać w ich badaniach. Wskazuje to też, że nasz mózg, ukształtowany w toku dość chaotycznej ewolucji, pozwala myśleć logicznie i nielogicznie zarazem. Odsetek naukowców religijnych jest niewielki („Ilu naukowców wierzy w Boga?” – http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/ilu-naukowcow-wierzy-w-boga/ ).

Bóg znikł nie tylko z nauk o przyrodzie, ale także z nauk społecznych, historycznych i humanistycznych. Przekonanie, że bóg kieruje zdarzeniami historycznymi i życiem społecznym, należy szczęśliwie do przeszłości, podobnie jak domniemanie, że jest sprawcą reakcji chemicznych i ruchu gwiazd. Wskazuje to na istotną jedność nauki nowożytnej.

Naturalizm nauki wywiera znaczny wpływ na sposób myślenia i światopogląd współczesnych ludzi. Bo skoro nauka zrezygnowała z pojęcia przyczyn i bytów nadprzyrodzonych, to może wiara w ich istnienie jest bezpodstawna? Naturalizm nauki podrywa zaufanie do „prawd” religijnych, przekształca religię, sprzyja sekularyzacji i przekonaniom ateistycznym. Można powiedzieć, posługując się retoryką Oświecenia, że bóg stanął przed trybunałem nauki i przegrywa proces.

Oskarżyciele boga zwracają uwagę, że współczesna nauka odkrywa zadziwiający mikro i makrokosmos, trudną do wyobrażenia fascynującą rzeczywistość. Ale wszystko okazuje się przyrodą, rzeczywistością naturalną. Tylko w przenośni nazywa się czasami jakiś obiekt boskim, np. boską cząstką. Nie odkryto jednak niczego, co byłoby prawdziwie boskie. To poważny argument – mówią oskarżyciele – że bóg to fikcja, pojęcie bez pokrycia. Gdyby istniał, dałby się metodami naukowymi zauważyć. Tymczasem na jego rzecz przytacza się jedynie argumenty spekulatywne, powtarzane od czasów św. Tomasza z Akwinu, zdecydowanie nieprzekonujące. Tak naprawdę pozostaje tylko argument wiary pozbawionej podstaw – przekonanie, że bóg jest, bo jest, chociaż brak na to dowodów.

*

Fałszywe prawdy społeczne”

Oskarżyciele wskazują, że ludzie potrafią wierzyć w najdziwniejsze nieprawdziwe historie. Nie zawsze są to tylko indywidualne złudzenia. Niektóre fantazyjne wyobrażenia podlegają instytucjonalizacji, tzn. stają się przekonaniami kultywowanymi w pewnej społeczności, uznaje się je za prawdziwe, przekazuje z pokolenia na pokolenie, naucza. Obrastają w rytuały, obrzędy, zwyczaje. W ten sposób powstają „fałszywe prawdy społeczne”. Są to przekonania, które dzięki ciągłemu powtarzaniu, nauczaniu i kultywowaniu, uchodzą za „prawdziwe”, chociaż nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Tak powstają mity, legendy i „prawdy plemienne”, właściwe zarówno ludom archaicznym, jak i współczesnym. Taka „prawda” nie jest już indywidualnym złudzeniem, urojeniem, halucynacją. To mitologia. Oskarżyciele mówią, że „bóg” to właśnie mit plemienny, fałszywa prawda społeczna.

Największy absurd może stać się fałszywą prawdą społeczną, mitem plemiennym. Jest to istotna różnica w porównaniu z nauką. W nauce istnieje obowiązek konfrontowania tez i teorii z rzeczywistością, respektowania zasad logiki, krytycznej analizy. Nie każda niedorzeczność może być uznana za prawdę, są granice fantazji i absurdu. Natomiast w religii i teologii nie ma granic absurdu. Dlatego teolodzy lubią mówić o granicach nauki i przenosić się poza te granice, gdzie za „prawdę” może uchodzić wszelka niedorzeczność. Teologia brnie w absurdy. Nie przesadzam. Np. w poważnym tekście rozważa się skutki grzechu pierworodnego i stwierdza, że przez ten grzech „wszyscy ludzie utracili łaskę uświęcającą, a tym samym prawo do nieba (…) odtąd musieli ciężko pracować, cierpieć, chorować i umierać”.

Dzisiejsze pojęcia boga, transcendencji, absolutu itp. nie zawierają żadnej wiedzy o świecie. To wyłącznie kontynuacja archaicznych mitów kulturowych, pierwotnych wyobrażeń o sił tajemnych rządzących światem i bóstwach, które te siły ucieleśniały. Wskutek nawyku sądzi się nierzadko, że pojęcia te zachowały ważność. Warto spojrzeć krytycznie. Otóż wyobrażenie boga czy transcendencji wnosi do naszej wiedzy tyle samo, co wiara w duchy krążące po lasach. Podkreślmy, pojęcia takie jak bóg, transcendencja, idee platońskie, to mity kulturowe, a nie wiedza o rzeczywistości, mająca jakiekolwiek walory poznawcze.

Nauki społeczne i przyrodnicze dostarczają wystarczająco dużo informacji, by powiedzieć w zarysie, jak powstało wyobrażenie dwóch rzeczywistości – naturalnej oraz nadnaturalnej, boskiej. To ciekawa legenda. Równie ciekawe, że kilku fizyków i kosmologów legendę tę opowiada dziś, ubierając w nowe szaty, mieszając z naukowymi teoriami. To tak, jakby biolog-genetyk podtrzymywał na poważnie opowieści o wilkołakach, ludziach przemienionych w krwiożercze wilki.

*

U źródeł legendy o bogu

Nauki historyczne i społeczne wskazują, że pojęcie boga, jakie znamy z naszego kręgu kulturowego, pojawiło się stosunkowo późno. Przytaczany czasami pogląd, że w boga wierzono od zarania dziejów człowieka, jest pozbawiony podstaw. Bóg znany jest co najwyżej od kilku tysięcy lat.

Pojęcie boga ma charakter partykularny, a nie uniwersalny, także w tym znaczeniu, że pojawiło się tylko w niektórych, chociaż bardzo wpływowych, kulturach. W kulturze chińskiej nigdy chyba nie zakorzeniło się na dobre. Matecznikiem bogów/boga był w szczególności region dzisiejszego Bliskiego Wschodu. Przed trybunałem nauki wytknięto bogu, że gdyby nie inwencja rosnących w siłę korporacji kapłanów, chyba by o nim dziś w ogóle nie mówiono. Jest więc bóg pojęciem swojego czasu i swojego ludu, a nie uniwersalną postacią, za jaką chciałby uchodzić.

Badania sugerują natomiast, że dużo starsza i powszechniejsza była wiara w różne istoty, siły, byty i zdarzenia, które łączyło jedno: były nadzwyczajne, zasadniczo odmienne od tej rzeczywistości, której ludzie doświadczali zmysłami na co dzień. Czy to religia? Niekoniecznie, co najwyżej quasi-religia. Była to niejasna wiara w moce tajemne oraz w duchy, szczególnie w duchy ludzi zmarłych i przodków. Znalezione przez archeologów groby neandertalczyków świadczą o ceremoniach pogrzebowych i chyba także o wierze w życie po śmierci, chociaż na podstawie wykopalisk trudno powiedzieć coś więcej. Na pewno nie świadczy to o wierze w boga/bogów, zbyt pochopnie mówi się o religii i religijności. Wiara w życie pozagrobowe mogła powstać np. pod wpływem snów i należy do najbardziej elementarnych wyobrażeń protoreligijnych, ale nie oznacza wiary w bogów czy boga. Tego rodzaju powszechnie występujące imaginacje przypominają bardzo ludowe wierzenia w duchy, czary itp. Sam słyszałem, jak skądinąd normalna kobieta opowiadała, że przyszedł do niej w nocy zmarły niedawno mąż, stał w drzwiach, następnie powiedział: „Spotkamy się tam przed Wielkanocą”. Kobieta była przerażona. W dawnych społeczeństwach wierzenia te zostały zinstytucjonalizowane, stały się ważnymi składnikami ich kultury, a nie tylko pokątnymi opowieściami.

Badania etnologiczne prowadzone od połowy XIX w. w egzotycznych społecznościach tubylców, pozostających na prymitywnym poziomie rozwoju gospodarki i techniki, wskazywały – poza wiarą w duchy – na ważną rolę wiary w magię, w siły tajemne, które przenikają wszystko (Melanezyjczycy nazywali je „mana”), w tabu, totemizm, legendy. Czasami, np. wśród Indian Ameryki Płn., pojawiało się wyobrażenie istot duchowych, przypominających bóstwa.

Czy te dalece niejednorodne wierzenia miały jakiś wspólny mianownik? Jeżeli tak, to jest nim niejasne wyobrażenie rzeczywistości nadnaturalnej. Skłonność ku tego rodzaju fantazjom jest rzeczywiście pierwotna i szeroko rozpowszechniona. Wykazują ją też – na szczęście nieliczni – współcześni profesorowie fizyki i kosmolodzy.

Wyobrażenia i kulty bogów pojawiły się lokalnie przed kilkoma tysiącami lat w kulturach Bliskiego Wschodu. Stamtąd pochodzi znany nam bóg, w Biblii występujący często pod imieniem Jahwe.

Bogowie są postaciami antropomorficznymi, ale jednocześnie ucieleśniają moce nadnaturalne, nadprzyrodzoną rzeczywistość. Już w starożytności wyobrażeniom bogów i rzeczywistości nadnaturalnej zaczęto nadawać bardziej abstrakcyjny kształt, a z powstaniem filozofii przekształcać i opowiadać za pomocą pojęć filozoficznych. Bóg w tych filozoficznych opowieściach zamienia się np. w transcendencję lub absolut. Pojawia się bóg filozofów, deistów, panteistów. Ale nawet w najbardziej abstrakcyjnej postaci zachowuje on cechy ludzkie, jest np. tym, który jak rzemieślnik stworzył świat i nadał mu ruch. Albo jest najwyższą inteligencją, umysłem na kształt ludzki, tylko nieskończenie doskonalszym. Ten abstrakcyjny bóg, pozornie obdarty z ludzkich szat, pozostaje – jak bóg z archaicznych religii – głęboko antropomorficzny.

Trybunał nauki ogłosił, że bóg – także ten abstrakcyjny, transcendencja – to jedno z wielu wyobrażeń istoty nadnaturalnej, jakie pojawiały się i pojawiają w różnych religiach. Bóg jest dzieckiem swojego czasu i ludu. Bóg chrześcijan jest postacią mitologiczną tak samo jak Zeus, Ozyrys i inni. Czy stanie się kiedyś bogiem „martwym”, jak ci dwaj? Tacy bogowie przypominają nieużywane „martwe” języki.

W żadnym wypadku bóg nie jest istotą nadnaturalną, bo – jak twierdzi trybunał – istnienia rzeczywistości nadnaturalnej, nadnaturalnych sił i przyczyn nie stwierdzono. Bóg i transcendencja to tylko pojęcia, wytwory ludzkiego umysłu i kultury, a nie jakakolwiek rzeczywistość nadprzyrodzona, bo ta nie istnieje.

Nauka – twierdzi trybunał – odebrała pojęciu boga i transcendencji jakąkolwiek wartość poznawczą. Zaliczyła do kategorii archaicznych mitów, a nie pojęć z dziedziny wiedzy o świecie i nauki. Trybunałowi nie zabrakło poczucia humoru. Zwrócił uwagę, że nazywanie boga transcendencją może przynieść zaskakujące efekty. Niebawem ksiądz, pasjonujący się fizyką, powie do wiernych, że po śmierci będzie ich sądzić transcendencja. Kogo trybunał miał na myśli?

*

Boski eksperyment?

Nauka wymaga, by twierdzenia, które uznajemy za prawdziwe, były należycie uzasadnione. By spełniały wymogi logiki i metodologii badań naukowych. Czy twierdzenie, że bóg istnieje, jest wystarczająco uzasadnione? Czy opiera się jedynie na bezpodstawnej wierze i równie bezpodstawnych spekulacjach?

W naukach dedukcyjnych, formalnych, takich jak logika i matematyka, twierdzenia uzasadniamy przez poprawne wyprowadzenie z innych twierdzeń i aksjomatów. W naukach o rzeczywistości, tj. w naukach indukcyjnych, uzasadnianie opiera się na wynikach bezpośredniej lub pośredniej obserwacji, którą można wielokrotnie powtarzać, poddawać krytycznej analizie, sprawdzać, czy została prawidłowo wykonana (obserwacja pośrednia polega na badaniu objawów czy wskaźników dotyczących badanego obiektu, chociaż sam obiekt może być niedostępny obserwacji).

Na tej podstawie uznajemy dziś kulistość Ziemi, promieniowanie rentgenowskie, istnienie bakterii itp. Ale skąd wiemy, że Rzym istniał już w odległej starożytności? Wiemy pośrednio, na podstawie zabytków, wykopalisk, różnych dokumentów analizowanych krytycznie przez historyków. Mimo to, jeżeli ktoś bardzo chce, może wątpić w starożytność Rzymu. Może też nie wierzyć w istnienie bakterii. Rozmawiałem kiedyś z chrześcijańskim fundamentalistą, który twierdził powołując się na Biblię, że ludzkość liczy zaledwie kilka tysięcy lat. Powiedziałem, że badania naukowe wskazują na dużo dłuższą historię. Odpowiedział, że naukowcy popełniają błąd w datowaniu. Dla niego autorytetem było Pismo Święte, nie wyniki naukowych obserwacji i analiz.

Najlepszą metodą, stwierdzającą rzeczywiste istnienie boga, byłby eksperyment. Eksperymentalnie potwierdzono np. rzeczywiste istnienie takich cząstek, jak neutrino i cząstka Higgsa. Ich występowanie przewidywano na podstawie teorii i analiz, ale uznano dopiero na podstawie doświadczeń.

Nikt, jak dotąd, nie przedstawił możliwości eksperymentalnego potwierdzenia istnienia boga. Sfinansowaniem takiego eksperymentu powinna być zainteresowana wspierająca religię fundacja Templetona. Dotyczy to także takich pojęć, jak transcendencja, absolut czy platońskie idee, które pod względem istotnych treści utożsamiane są z bogiem. Czy projekt takiego doświadczenia, spełniającego wymogi przyjęte w nauce, pojawi się? Trybunał sądzi, że nie. Stanowi to poważny argument na rzecz tezy, że bóg to wyłącznie pojęcie, a nie rzeczywista istota.

*

Argumenty obrońców

Wszystkie argumenty, przytaczane na rzecz istnienia boga, to spekulacje, w których operuje się tzw. „bogiem luk”. Kto to taki? Jeżeli nauka czegoś nie wyjaśnia (luka w wiedzy), teolodzy i osoby wierzące przypisują sprawstwo bogu, wstawiają w lukę boga, „boga luk”. A istnienie luk w wiedzy miałoby dowodzić istnienia boga.

Łatwo zauważyć, że takie wyjaśnienia nic nie wyjaśniają. Np. zamiast uczciwie przyznać, że nie wiemy, jak świat powstał, mówi się, że to bóg go stworzył. To pozorne wyjaśnienie. To tak, jakby na pytanie, kto stworzył piramidy w Egipcie, odpowiedzieć, że stworzyciel. A dlaczego żelazo rdzewieje? Bóg to sprawia.

Nauka nie wyjaśnia wszystkiego, ale religia nic nie wyjaśnia. Na gruncie nauki dokonuje się jednak postęp wiedzy o świecie, teologia nic nie wnosi, oferuje mitologię.

Obrońcy boga mówią, że świat musiał mieć stwórcę, ale pomijają pytanie, kto w takim razie stworzył boga? Twierdzą, że bóg to rzeczywistość ostateczna, nie musiał być już stworzony. To manipulowanie definicjami, a nie merytoryczne wyjaśnienie. Nie ma powodu, by uznawać taką definicję boga. Co więcej, skoro mielibyśmy przyjąć, że bóg nie musiał być już stworzony, to dlaczego nie uznać, że świat nie musiał być stworzony przez kogokolwiek? Równie dobrze świat, przyroda, może być rzeczywistością samoistną i ostateczną.

Ostatnio obrońcy boga szczególnie dużo mówią o prawach przyrody. Według nich o istnieniu boga świadczy istnienie praw przyrody, oraz to, że te prawa poznajemy. Prawa i zdolności poznawcze człowieka muszą – jak twierdzą – pochodzić od boga. Są to, powiedzmy wyraźnie, tylko spekulacje, za którymi nic nie przemawia. Prawa przyrody są nieodłącznym atrybutem przyrody, ich istnienie w żaden sposób nie świadczy o istnieniu boga czy transcendencji. Bez tych praw przyroda nie mogłaby istnieć.

Niektórzy obrońcy boga, używając frazy „prawa rządzące przyrodą”, dokonują przy tym intelektualnego nadużycia. Sugerują, że „prawa” są bytami istniejącymi poza przyrodą i realnie „rządzą” przyrodą. Takie prawa, to ma być boska rzeczywistość. Otóż nie ma praw jako odrębnych bytów. To, co często nazywa się prawami, to pewne właściwości przyrody. Rozróżnijmy, istnieje np. grawitacja jako właściwość przyrody, oraz – po drugie – prawo grawitacji (prawo przyrody), które jest twierdzeniem sformułowanym przez naukowców, czyli przez ludzi.

Nie świadczy o istnieniu boga także tzw. matematyczność świata. Prawa przyrody są często ujmowane w matematyczne formuły/wzory, ale z tego w żaden sposób nie wynika istnienie boga. A co wynika? Niestety, tylko to, że naukowcy pewne właściwości przyrody odkrywają i zapisują w formie matematycznej. Podobnie jak w matematyczny sposób, za pomocą liczb, określamy temperaturę powietrza. Nie ma czegoś takiego, jak „matematyczność” świata w postaci istniejących niezależnie od przyrody praw matematycznych rządzących przyrodą.

Czasami mówi się, że w przyrodzie panuje zadziwiający ład. Ma to dowodzić istnienia boga, który ten ład zaprojektował. Ale – zauważmy – zachwyt nad ładem wynika z niedostrzegania nieładu. Tyle kosmicznych kolizji, zderzeń, wybuchów, żywiołowości, ile mamy w przyrodzie, nie świadczy o ładzie, ale co najwyżej o współwystępowaniu ładu i bezładu. Być może świat jest systemem otwartym, a to znaczyłoby, że ład ma charakter względny, częściowy, zaś cały system charakteryzuje się czymś w rodzaju bezładu.

A może nie jesteśmy w stanie zrozumieć ładu i doskonałości wszechświata (księża mówią, że „niezbadane są wyroki boże” lub „bóg ma swój plan zbawienia”)? Wszelki absurd można uzasadniać tą równie absurdalną metodą argumentacji.

Nie jest żadnym argumentem na rzecz istnienia boga to, że świat poznajemy. Mamy zdolność poznawania świata, bowiem jesteśmy jego częścią, z niego wyewoluowaliśmy i jesteśmy z nim „z natury” kompatybilni. Bez zdolności poznawczych nie moglibyśmy powstać i istnieć. Wszelkie zwierzęta, a w pewien sposób nawet rośliny, poznają swoje otoczenie. W żaden sposób nie dowodzi to istnienia boga. Można śledzić, jak ewolucyjnie zmieniał się układ nerwowy i mózg, jak rozwijało się życie psychiczne, świadomość i zdolności poznawcze. Teoria ewolucji, a nie bóg, to najlepsze wyjaśnienie, jakie znamy.

Przyroda, świat, jest skomplikowaną rzeczywistością. Może urzekać i zadziwiać. Nauka odsłania coraz to bardziej zaskakujące zjawiska. Czy są jakiekolwiek podstawy, by sądzić, że wszechświat rozwija się zgodnie z kosmicznym „planem”, wielkim „projektem”? Jak ktoś bardzo chce, może w to wierzyć, ale nic nie wskazuje, żeby istniał nadnaturalny umysł, który wszystko zaprojektował. Nie ma „inteligentnego projektu”. Nie wiemy, czy i jak świat powstał, ale twierdzenie, że taki „projekt” istnieje, jest niczym więcej niż kolejną wersją archaicznego mitu o stworzeniu świata przez boga.

*

Summa summarum

Bóg przed trybunałem nauki wypada fatalnie. Podsumujmy, pamiętając, że dotyczy to nie tylko boga, ale także pokrewnych mu wyobrażeń, takich jak transcendencja i absolut.

Po pierwsze, nic nie przemawia za istnieniem boga. Dlatego zarówno na gruncie nauki, jak i w praktyce w życiu codziennym, nie bierze się pod uwagę jego istnienia, nawet jeżeli bez dowodów w niego się wierzy.

Po drugie, pojęcie boga jest celowo przedstawiane niejasno, by można było powiedzieć, że może jednak w nieokreślonej postaci i nieokreślonym miejscu bóg istnieje.

Po trzecie, pojęcie boga to absurd, obciążone jest wewnętrzną sprzecznością, ma wszelkie cechy sofizmatu (triku, sprytnej kuglarskiej sztuczki). Według teologów bóg istnieje obiektywnie, ale nie ma żadnych właściwości obserwowalnych bezpośrednio lub pośrednio, jest niewykrywalny, jest niepojętą rzeczywistością nadnaturalną. Cóż to takiego? Mamy tu do czynienia z rozumowaniem niedorzecznym, a zarazem chytrym wybiegiem, w którym można dostrzec chęć oszustwa. Taka istota nie może istnieć, tak jak nie istnieje kwadratowe koło. Bóg to tzw. pojęcie puste, pozbawione desygnatów, tj. obiektów istniejących realnie.

I po czwarte, badania historyczne i religioznawcze wskazują, że bóg to pojęcie mitologiczne, postać fikcyjna. Zostało wykreowane w kulturach Bliskiego Wschodu, tak samo jak Ozyrys, Zeus i inni, a następnie przetworzone przez wieki w toku sofistycznych zabiegów. Nie ma żadnych dowodów i uzasadnień wskazujących, że te mitologiczne postacie istniały lub istnieją w rzeczywistości.

Trybunał nauki uznaje, że przedstawione zarzuty stanowią wystarczający dowód na nieistnienie boga. Półżartem trybunał dodaje, że według tzw. logiki religijnej, bóg istnieje, nawet jeżeli go nie ma.

*

Epitafium

Istnieje tylko jedna rzeczywistość. Jest to rzeczywistość naturalna, przyroda i jej pochodne, np. właściwe rozwiniętym organizmom biologicznym przeżycia psychiczne i świadomość. Nie ma rzeczywistości nadprzyrodzonej. To dlatego nauka nie może odkryć boga, ani nie można zaplanować doświadczeń, które by jego istnienie potwierdziły. Nie można odkryć czegoś, czego nie ma. To dlatego wszystko, co nauka odkrywa, okazuje się przyrodą, formą natury, a nie boską transcendencją. Rzeczywistość nadnaturalna w jakiejkolwiek postaci – bóg, transcendencja, absolut, idee platońskie, pierwszy poruszyciel – nie istnieje. To wyłącznie kulturowe mity i ludzkie złudzenia, które nie mają żadnej wartości poznawczej.

Z pewnością oczom nauki ukażą się niewyobrażalne dziś formy istnienia przyrody. Np. badania astrofizyczne wskazują na istnienie tzw. ciemnej energii, o której niewiele jeszcze wiadomo. Nie słyszałem, by teolodzy na poważnie uznali, że idzie tu o byt nadprzyrodzony. Zawsze okazuje się, że nowo odkryta forma rzeczywistości to postać przyrody, a nie coś boskiego. Dlaczego? Bo rzeczywistość nadprzyrodzona, bóg, transcendencja, to starodawne byty mitologiczne, co najwyżej unacześnione. Mają to do siebie, że nie istnieją realnie, podobnie jak duchy leśne, wilkołaki i krasnale.

Nauka odsłania zdumiewającą budowę naszego świata i nas samych, fascynującą rzeczywistość przyrody i jej pochodnych, ludzkiej psychiki i umysłu. To bez porównania ciekawsze niż religijne fantazje, nawet w filozoficznych wariantach. Czasami z nostalgią mówi się, że racjonalne myślenie i nauka odczarowują świat, niszczą wyobrażenia zakorzenione w religii i magii. Nie ma czego żałować. Lepiej mówić o odfałszowaniu, i nie żałować odczarowania. Obraz świata, który kreśli nauka, jest bardziej ekscytujący, ciekawszy i ma walor prawdy.

Strofy poetyckie czasami ujmują problem lepiej niż jakakolwiek analiza. Dlatego naukowcom, skłonnym dziś jeszcze wierzyć w boga lub transcendencję, polecam alegoryczny wiersz Juliana Tuwima (skróty i tytuł pochodzą od A. Janna):

SEN O TRANSCENDENCJI

Pomnę dzieciństwa sny niewysłowne

Baśń lat minionych wstaje jak żywa

Bajki czarowne, bajki cudowne

Opowiadała mi niania siwa

              O złotym smoku, śpiącej królewnie

              O tym jak walczył rycerzy huf

              A gdy skończyła, płakałem rzewnie

              Prosząc, nianiusiu, mów dalej mów

Mów dalej, mów dalej, mów jeszcze

Aż usnę i dalej śnić będę

Niech we śnie spokojnym wypieszczę

Złocistą tajemną legendę

               Złóż z marzeń wzorzystą mozaikę

               Niech przyjdą rycerze tu do mnie

               Mów dalej czarowną swą bajkę

               Ja bajki tak lubię ogromnie

Alvert Jann

* Blog „Ćwiczenia z ateizmu” – http://polskiateista.pl/aktualnosci/blogi/cwiczenia-z-ateizmu/: „Zapraszam licealistów, studentów i wszystkich zainteresowanych na ćwiczenia z ateizmu. Co miesiąc <pierwszego>, czasami częściej, będę zamieszczał krótki tekst, poważny ale pisany z odrobiną luzu. Nie widzę siebie w roli mentora czy wykładowcy, mam na myśli wspólne zastanawianie się. – Nauka nie wyjaśnia wszystkiego, religia nic nie wyjaśnia”.

Polecam pierwszy tekst z cyklu ćwiczeń z ateizmu pt. „Dowód na nieistnienie. Kogo?” – http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/dowod-na-nieistnienie-kogo-2/

O sobie piszę w: „Jak zostałem ateistą. Część 1”: http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/jak-zostalem-ateista-czesc-1/

brick-83696_640

Bóg Luk i bogini Luka

Nauka nie wyjaśnia wszystkiego – to popularny argument na rzecz istnienia boga. Czy uprawniony? Czy można przypisać sprawstwo bogu, jeżeli nauka nie wyjaśnia, jak powstało życie, jak powstała ludzka świadomość? Metodę argumentowania wykorzystującą luki w wiedzy, by wskazywać na istnienie i działalność boga, nazwano alegorycznie argumentem „boga luk” lub „boga zapchajdziury”.

Jest to metoda błędna. Jeżeli nauka nie wyjaśnia danego zjawiska, to wniosek, że mamy do czynienia z działaniem sił boskich, jest nieuprawniony. Po pierwsze, w grę mogą wchodzić inne przyczyny, jak najbardziej naturalne. Po drugie, nauka czyni postępy, z czasem wyjaśnia to, co było niewyjaśnione. Po trzecie, hipotezy teistyczne, wskazujące na rolę sił nadprzyrodzonych, są zawsze gołosłowne, brak im uzasadnienia poza jednym, niewystarczającym argumentem– że nauka nie daje odpowiedzi.

Sensowna hipoteza wymaga poważnego uzasadnienia. Tak nie jest w przypadku hipotez teistycznych. Nie wystarczy powiedzieć, że być może mamy w danym przypadku do czynienia z działaniem boga. To nie żart, ale równie dobrze można by twierdzić, że to dzieło krasnoludków, szatana lub innych nieuchwytnych istot. Formułowanie niczym nie popartych przypuszczeń nie ma wartości poznawczej.

Co więcej, wskazanie na sprawstwo boga to wyjaśnienie pozorne. To tak jakby na pytanie, kto zbudował piramidy egipskie, odpowiedzieć, że stworzyciel. Nadal nic nie wiemy, otrzymujemy odpowiedź gołosłowną, która nic nie wyjaśnia. Nauka nie wyjaśnia wielu zjawisk, ale religia nic nie wyjaśnia.

Przykład z życia

Z faktu, że biochemia nie podaje obecnie dokładnego opisu powstania życia, nie można wnioskować, że jest ono dziełem boga. Nie jest to też argument na rzecz istnienia boga.

Wiedza biochemiczna pozwala na poważną hipotezę, że życie powstało w drodze naturalnego procesu. Natomiast wskazywanie na sprawstwo sił nadprzyrodzonych, to odwoływanie się do mitologicznych wyjaśnień, do „boga luk”.

Żeby uwiarygodnić swoje stanowisko teiści – osoby wierzące w boga – powołują się nierzadko na autorytet nauki. Możemy przeczytać, że współczesna nauka potwierdza, że życie nie mogło powstać z materii nieożywionej. Tymczasem jest to co najwyżej osobiste przekonanie niektórych badaczy. Zwolenników hipotez teistycznych jest wśród naukowców niewielu. Wystarczy wspomnieć, że wśród członków amerykańskiej Narodowej Akademii Nauk, zrzeszającej najwybitniejszych naukowców, wiarę w boga deklarowało tylko 7 %, w tym wśród biologów 5.5 % (por. http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/ilu-naukowcow-wierzy-w-boga/).

Dziś teolodzy stali się nieco ostrożniejsi w korzystaniu z argumentu „boga luk”, niektórzy krytykują jej nadużywanie. Wiadomo dlaczego. Bo co będzie, jeżeli biochemicy dowiodą możliwości powstania życia w drodze procesu naturalnego? Będzie kompromitacja kościelnego stanowiska. Kościół wielokrotnie się mylił. Jednak argument „boga luk” ciągle jest w użyciu.

Katalog zjawisk, w których osoby wierzące i Kościół dopatrują się interwencji boskiej, rozciąga się od rzekomych cudów medycznych po powstanie świata. Poziom wypowiedzi bywa bardzo różny. Pozostańmy na polskim podwórku i sięgnijmy do górnej półki.

Bóg Luk według ks. prof. Hellera:

Na stronie Copernicus Center (nie mylić z Centrum Nauki Kopernik), instytucji działającej pod patronatem ks. prof. Michała Hellera, można było przeczytać: „Zdaniem profesora Hellera, istnieją jedynie trzy ‚dziury’, które ostatecznie muszą być ‚wypełnione’ Bogiem”: dziura ontologiczna, epistemologiczna i aksjologiczna. Można powiedzieć, że Bóg Luk istnieje w trzech osobach

 Bóg luki ontologicznej

Na czym ma polegać luka ontologiczna? Wiemy, że świat istnieje, ale nie wiemy dlaczego, wielu rzeczy nie wiemy. Według Hellera odpowiedź wymaga uwzględnienia boga. Świat zawdzięcza istnienie bogu i jest przez niego kierowany. Luka w wiedzy zostaje wypełniona bogiem. Teraz już wiemy.

Czy to zadowalająca odpowiedź? Jak wielu teologów Heller przyjmuje, że bóg istnieje i nie musiał być stworzony. Jest rzeczywistością ostateczną, samoistną, absolutną. Teolodzy uznają to na mocy definicji, założenia, aksjomatu. Czy jest to uzasadnione? Nie, nie ma powodu, by takie wydumane definicje i założenia przyjmować.

Jak najbardziej zasadne pozostaje pytanie, które teolodzy chcą odrzucić na mocy definicji: Kto w taki razie stworzył boga? Co więcej, skoro teolodzy uznają, że bóg już nie musiał być stworzony, to równie dobrze można przyjąć założenie, że także natura, przyroda, nie musiała być stworzona, jest rzeczywistością samoistną. Wtedy hipoteza istnienia boga okazuje się niepotrzebna, bo tak jak ostateczną i nie wymagającą uzasadnień rzeczywistością według teistów jest bóg, tak samo według ateistów samoistną, przez nikogo nie stworzoną rzeczywistością może być świat, przyroda/natura.

To jednak spekulacje, co innego jest ważniejsze. Lepiej uczciwie powiedzieć, że nie wiemy czy i jak świat powstał, niż głosić, że został wytworzony przez boga. Nie jest prawdą, że ludzie koniecznie pragną odpowiedzi na pytanie, jak świat powstał. Nie słyszałem, by cierpieli z powodu tej niewiedzy. Nie ma potrzeby upierać się przy iluzji z epoki brązu, nieco tylko unacześnionej. Powiem mocniej. Wierzyć w ten mit, to żyć w kłamstwie. Jeżeli mamy obowiązek wierności rozumowi, to rozum nie pozwala wierzyć w archaiczne mity, tak jak nie pozwala wierzyć w duchy krążące po lasach.

Bóg luki epistemologicznej

Luka epistemologiczna ma być związana z pytaniem, dlaczego możemy poznawać świat, dlaczego możemy go badać metodami matematycznymi.

Heller odpowiada, powiedzmy w skrócie, że świat został stworzony przez boga według matematycznych zasad i dlatego może być badany przez naukowców metodami matematycznymi.

Zauważmy, że kwestię tę znacznie lepiej można zrozumieć bez przyjmowania hipotezy o stworzeniu świata przez boga. Jak? Przyroda posiada właściwości, które naukowcy starają się przedstawić za pomocą matematycznych formuł/wzorów. Wiele zjawisk daje się opisać za pomocą liczb, np. temperatura powietrza. Nie ma potrzeby zakładać, że bóg stworzył przyrodę według matematycznych wzorów, które ma w swoim umyśle. Formuły te, zwane prawami przyrody, są tworzone przez naukowców w efekcie badań. Nie ma żadnych uzasadnień, by twierdzić, jak chce Heller, że istnieją w boskim umyśle.

Posłużmy się przykładem. Istnieje grawitacja, która jest właściwością przyrody. Naukowcy tę właściwość badają i przedstawiają w postaci matematycznego wzoru. W ten sposób powstaje prawo grawitacji, które jest twierdzeniem sformułowanym przez badaczy. Nie ma potrzeby zakładać, że prawo to istnieje w boskim umyśle.

A ks. prof. Heller zakłada dużo więcej. Przyjmuje, że matematyka i twierdzenia matematyczne istnieją niezależnie od człowieka, a matematycy jedynie odkrywają istniejącą obiektywnie matematyczną rzeczywistość. Gdzie ona istnieje? Nie jest jasne, ale teolodzy chrześcijańscy przyjmują, że w boskim umyśle. Podobne stanowisko, nazywane matematycznym platonizmem, było w starożytności, w czasach Pitagorasa i Platona dość rozpowszechnione wśród filozofów, ale bynajmniej nie powszechne. Dziś to kuriozum kultywowane przez niektórych matematyków.

Trzeba zwrócić uwagę, że nauka starożytna różni się bardzo od współczesnej nie tylko zakresem wiedzy, ale przede wszystkim standardami metodologicznymi. Aż do tzw. rewolucji naukowej, która rozpoczęła się na dobre w XVII w., nauka nie była wyraźnie odróżniana do wiedzy magicznej i ezoterycznej, astrologii, wróżbiarstwa, alchemii. Pitagoras był, jak byśmy dziś powiedzieli, szalonym sekciarzem. Nie on jeden uprawniał – nie rozróżniając – matematykę, wiedzę magiczną i ezoterykę. Głęboką zmianę przyniosło dopiero Oświecenie. Dzisiejsza skłonność do wstawiania boga w luki w wiedzy o świecie, do kreowania teistycznych wyjaśnień, jest reliktem zaprzeszłych czasów. Teologiczne i filozoficzne dociekania dotyczące spraw nadprzyrodzonych, a także platonizm matematyczny, są ryzykownie bliskie dawnej wiedzy tajemnej.

Dlaczego możemy poznawać świat? Wyjaśnienie naturalistyczne jest nie tylko możliwe, ale i lepiej uzasadnione niż teistyczne. Mamy zdolność poznawania świata, bo jesteśmy jego częścią, powstaliśmy w drodze ewolucji, jesteśmy z nim „z natury” kompatybilni. Wszelkie zwierzęta, a w pewien sposób nawet rośliny, poznają swoje otoczenie. Można śledzić, jak ewolucyjnie zmieniał się układ nerwowy i mózg, jak rozwijało się życie psychiczne, świadomość i zdolności poznawcze. Teoria ewolucji, a nie bóg, to najlepsze wyjaśnienie, jakie znamy.

Podsumowując, nie na żadnej luki/dziury epistemologicznej w rozumieniu przyjętym przez Hellera. Nie ma po co przywoływać boga luk.

Bóg luki aksjologicznej

Teiści twierdzą często, że nauka nie wyjaśnia, skąd się biorą wartości uniwersalne, właściwe wszystkim ludziom. Także Heller sądzi, że nauka nie ma nic do powiedzenia o ich pochodzeniu i o naturze dobra i zła. Tylko wskazując na boga można wyjaśnić istnienie uniwersalnych wartości.

Trzeba powiedzieć, że luki aksjologicznej – wbrew temu, co mówi Heller – nie ma, nie trzeba przywoływać boga, by wyjaśnić pochodzenie i treść wartości uniwersalnych. Odpowiedzi dostarczają współczesne badania socjobiologiczne i teoria ewolucji. Wskazują one, że wśród zwierząt żyjących w grupach ma miejsce współpraca, pomoc i opieka wzajemna, poczucie solidarności. Zwierzęta społeczne walczą z wrogiem zewnętrznym, potrafią za grupę poświęcić życie. Jednocześnie zwierzęta społeczne walczą o pozycję w stadzie, tak jak ludzie walczą o pozycję społeczną i wpływy nawet w rodzinie. Osobnik, który jest nadmiernie agresywny w stosunku do członków grupy własnej, jest przywoływany do porządku, karany.

Wszystkie te zachowania kształtowały się wśród zwierząt ewolucyjnie i są wręcz niezbędne dla życia grupowego. Można je zauważyć nawet bez prowadzenia badań. Nasz ludzki uniwersalny system wartości wyrasta z naszej odległej ewolucyjnej przeszłości. Podstawę ludzkiej moralności stanowi biologiczne, ewolucyjne wyposażenie.

Czy nasza moralność czymś się wyróżnia? Ludzie, mając rozwiniętą zdolność abstrakcyjnego myślenia, ujmują zasady moralne w kodeksy, w systemy wierzeń, w niejasne maksymy. Dają o sobie znać kulturowe uwarunkowania. Ale praktyka wygląda zasadniczo podobnie jak wśród wielu innych gatunków zwierząt społecznych, chociaż kulturowe modyfikacje są znaczne.

Przekonanie, że ludzka moralność ma wyższe, boskie pochodzenie jest dziś nie do obrony. Ma pochodzenie ewolucyjne, zwierzęce. Teoria ewolucji jest genialnym wynalazkiem, zaś wyjaśnienia religijne – archaiczną ściemą. Że mają zwolenników także wśród naukowców? Tak, ale niewielu. Przypomnijmy, wśród członków amerykańskiej Narodowej Akademii Nauk wiarę w boga deklarowało 7 %, w tym wśród biologów 5.5 %.

Słowo na zakończenie

Postęp nauki sprawia, że powstają nowe problemy, nowe pytania, na które nie ma jeszcze odpowiedzi. Zawsze będą istniały luki w wiedzy. Taka jest właściwość współczesnej nauki. I powiedzmy wyraźnie, dzięki temu dokonuje się postęp nauki.

Alvert Jann

Blog „Ćwiczenia z ateizmu” – http://polskiateista.pl/aktualnosci/blogi/cwiczenia-z-ateizmu/:  Zapraszam licealistów, studentów i wszystkich zainteresowanych na ćwiczenia z ateizmu. Co miesiąc <pierwszego>, czasami częściej, będę zamieszczał krótki tekst, poważny ale pisany z odrobiną luzu. Nie widzę siebie w roli mentora czy wykładowcy, mam na myśli wspólne zastanawianie się. – Nauka nie wyjaśnia wszystkiego, religia nic nie wyjaśnia”. „Bóg Luk i bogini Luka” to drugi tekst z cyklu ćwiczeń z ateizmu.

Pierwszy tekst z cyklu ćwiczeń z ateizmu to „Dowód na nieistnienie. Kogo?” – http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/dowod-na-nieistnienie-kogo-2/

* O sobie piszę w: „Jak zostałem ateistą. Część 1” – http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/jak-zostalem-ateista-czesc-1/

** Z okazji rozpoczęcia roku akademickiego polecam artykuł o ekspansji Kościoła w szkolnictwie wyższym pt. „Lekcje religii w szkołach wyższych”: http://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/lekcje-religii-w-szkolach-wyzszych/

back-to-the-future-pamietnik-3_byu78

Ilu naukowców wierzy w Boga?

Autor: Alvert Jann.

Pojawiają się na forach różne, często rozbieżne informacje dotyczące odsetka amerykańskich naukowców wierzących w Boga. Głównym problemem jest oczywiście to, jaką populację/zbiorowość bierzemy pod uwagę w badaniach, czy np. wszystkich wykonujących prace badawcze w instytucjach naukowych, czy też legitymujących się wysokiej rangi osiągnięciami. Ponadto ważne jest, jakie dziedziny nauki uwzględniamy, np. czy tylko nauki przyrodnicze, „ścisłe”, czy także społeczne i humanistyczne. Ważne jest też, jakie przyjmujemy kryteria wiary/niewiary w Boga. Uznaje się, że podstawowe znaczenie ma deklarowanie osobistej wiary w Boga.

Wyniki badań wskazują na wyraźną zależność: im grupa naukowców charakteryzuje się wyższymi osiągnięciami naukowymi, tym odsetek deklarujących brak wiary w Boga jest wyższy. Wśród członków amerykańskiej National Academy of Sciences, zrzeszającej najwybitniejszych naukowców amerykańskich, wierzący w Boga stanowią tylko kilka procent. Wyniki badań opublikowano w „Nature” w 1998 r. (vol. 394, No 6691). Podaję dane dotyczące wiary w Boga osobowego. Oto one:

 – Wierzący w Boga – 7.0 %

– Niewierzący w Boga 72.2 %

– Nie mający pewności lub agnostycy – 20.8 %

Wyniki te dotyczą członków amerykańskiej Narodowej Akademii Nauk (National Academy of Sciences) z dziedziny nauk przyrodniczych i matematycznych. Dodajmy, że wśród biologów wierzy w Boga 5.5 %, wśród fizyków i astronomów 7.5 %). Akademia liczy około 2000 członków, ok. 200 nagrodzonych Noblem.

Jeżeli uwzględnia się bardzo szeroką kategorię naukowców, tj. wszystkich prowadzących prace badawcze, a nie tylko tych, którzy są członkami National Academy of Sciences, to według badań Pew Research Center z 2009 r. (to wysoko ceniony ośrodek badawczy), naukowcy wierzący w Boga stanowią 33 %. Mamy tu bardzo duży kontrast w stosunku do ogółu Amerykanów: 83 % dorosłych Amerykanów deklaruje wiarę w Boga.

Informacje powyższe wzbudziły znaczne zainteresowanie i pytania na fb, podaję linki i kilka uwag w uzupełnieniu:

Badanie dotyczące wiary w boga i religijności napotykają znaczne trudności powodowane np. tym, że w krajach zachodnich obecnie znaczny odsetek pytanych deklaruje wiarę w bezosobową siłę wyższą lub bezosobowego ducha, odrzucając zdecydowanie wiarę w boga osobowego. W chrześcijaństwie, islamie, hinduizmie i judaizmie, a więc w religiach liczących współcześnie najwięcej wyznawców, występuje wyraźnie pojęcie boga osobowego. Deklarowanie wiary w bezosobową siłę wyższą lub bezosobowego ducha, a wyraźne odrzucanie wiary w boga osobowego, jest wskaźnikiem odchodzenia od wierzeń religijnych, przynajmniej w ich tradycyjnym rozumieniu (bezosobowa siła wyższa lub bezosobowy duch nie jest „Bogiem”)

W buddyzmie pojęcie boga nie odgrywa istotnej roli, ale trzeba wziąć pod uwagę, że w USA buddyści stanowią bardzo mały odsetek. Według amerykańskiego sondażu identyfikacji religijnej z 2008 r., buddystów było w USA ok. 0,5 % , a wśród naukowców przypuszczalnie znacznie mniej (chociaż nie mam danych). Kwestia buddyzmu komplikuje badania nad religijnością, ale w odniesieniu do USA nie wpływa w istotny sposób na podane wyżej wyniki badań.

Artykuł w „Nature” dostępny jest odpłatnie, ale można przeczytać dość obszerny skrót zrobiony w przez autorów (Edward J. Larsen i Larry Witham): http://www.stephenjaygould.org/ctrl/news/file002.html . Artykuł z Pew Research Center: http://www.pewforum.org/2009/11/05/scientists-and-belief/  

Alvert Jann

Blog „Ćwiczenia z ateizmu” – http://polskiateista.pl/aktualnosci/blogi/cwiczenia-z-ateizmu/ Zapraszam licealistów, studentów i wszystkich zainteresowanych na ćwiczenia z ateizmu. Co miesiąc <pierwszego>, czasami częściej, będę zamieszczał krótki tekst, poważny ale pisany z odrobiną luzu. Nie widzę siebie w roli mentora czy wykładowcy, mam na myśli wspólne zastanawianie się. – Nauka nie wyjaśnia wszystkiego, religia nic nie wyjaśnia.

Wpisy Racjonalnie

maxresdefault

I rzekł Poncjusz Piłat: „Ecce Homo” – czyli o różnicach między Homo Sapiens a Homo Artifex et Creator.

maxresdefault

Anna Gabriella Lilith Gajda

MOTTO:

„ARS LONGA, VITA BREVIS”

Hipocrates.

I. PROLOG .

W słynnym stwierdzeniu Poncjusza Piłata „Ecce homo”, przytoczonym w tytule tego tekstu, dopatrywać się można by śmiało nawet nieskończenie więcej znaczenia i sensu, aniżeli to owe słowa faktycznie w sobie kryją podług interpretacji biblijnej stricte. A to zaś z tej racji, iż słowa te można by włożyć w usta zupełnie innego przedstawiciela gatunku człowiekowatych, który wypowiadając je w zupełnie innym czasie, sytuacji i okolicznościach, nadał by im elementarnie kardynalne znaczenie dla całej historii ludzkości.

A mianowicie zaś słowa te miał by wyrzec pierwszy z ludzi, z gatunku Homo, jakiego stopa stanęła oto po raz pierwszy na tej planecie i który oto, jako pierwszy z gatunku człowiekowatych, oto po raz pierwszy dokonywał aneksji tejże planety, czyniąc ją całą wraz ze wszystkim co na niej żyje oraz istnieje, sobie odtąd podległą, a którego potomkowie mieli stać się odtąd jej najwyższym, jedynym Panem i Władcą – a czyniąc to rzec winien właśnie: „Ecce Homo!” –A oto Człowiek! – poznaj oto swego Pana Ziemio i odtąd to jemu bądź absolutnie poszłuszną!

I tymi słowami właśnie wówczas to dokonałby zapoczątkowania epoki panowania człowieka nad ziemią, zapoczątkowania całej doczesnej historii ludzkości, jako historii rasy i gatunku najwyższego i najbardziej rozwiniętego, jaki dotychczas kiedykolwiek istniał na Ziemi i który zdołał wspiąć się najwyżej po drabinie darwinowskiej Ewolucji.

A wówczas to również wraz z nastaniem Ery panowania Człowieka i początkiem całej historii ludzkości, narodziła się także wraz z pierwszym Człowiekiem jego nierozłączna towarzyszka Sztuka, a której początki ówczesne możemy do dziś podziwiać chociażby w postaci prastarych malowideł na ścianach jaskiń, dzieł naszych praszczurów, z których wiele przetrwało aż po dzień dzisiejszy, podług reguły o ponadczasowości Sztuki.

Zapewne każdy z drogich Czytelników dostrzegł tę elementarnie kardynalną różnicę znaczeń i sensu owej słynnej frazy, po wyjęciu jej z ust Poncjusza Piłata, a włożeniu w usta pierwszego Człowieka, który rzec je miał w pierwszej chwili swego istnienia, a też istnienia całego rodzaju człowiekowatych (Hominidae) na tej planecie…

Współcześnie żyjącym gatunkiem z rodzaju człowiekowatych jest jedynie gatunek zwany Homo Sapiens (czyli tzw. Człowiek Rozumny), który to występuje obecnie na wszystkich kontynentach. Podług teorii Leakeyów, gatunek ów miał wyewoluować mniej więcej około 190 tysięcy lat temu z uprzedniego gatunku, jakim był Homo Erectus (Człowiek wyprostowany).

5798_nowoczesny-artysta

Czymże jednak byłby Człowiek bez swej odwiecznej, nieodzownej towarzyszki Sztuki, która przecież zresztą była jednym z najistotniejszych, esencjonalnych czynników kulturotwórczych, które wpływały na rozwój i kształt ludzkiej kultury w przeciągu całej historii ludzkości, a więc tym samym także na jej współczesny kształt, jaki przybrała obecnie.

A zatem, zgodnie z regułą obowiązującą dla stylu naukowego wszelkich rozważań czy dysput, należałoby tutaj najsampierw dopełnić wszelkich kwestii definicyjnych, przytaczając pokrótce ogólne definicje najbardziej elementarnych pojęć, które stanowią meritum poniższych roztrząsań.

Jak implikują uprzednio tu poczynione rozważania, do pojęć elementarnych, które stanowią meritum tychże roztrząsań, z pewnością zaliczyć należy pojęcie Człowiek, a nieco bardziej konkretnie pojęcie Homo Sapiens, czyli Człowiek Rozumny, jako gatunek człowieka najbardziej współczesny.

I tak przykładowo, Encyklopedia PWN podaje następującą definicję pojęcia Człowiek (tzn. homo sapiens):

[…] człowiek, Homo sapiens, istota żywa wyróżniająca się wśród innych najwyższym rozwojem psychiki i życia społecznego, jedyna posiadająca kulturę i zdolna do jej tworzenia, pod względem biologicznym gatunek człowiekowatych (Homo sapiens) żyjący od schyłku plejstocenu; […]

A dalej doprecyzuje tę definicję następująco:

[…] Różnice anatomiczne dzielące człowieka od reszty naczelnych dotyczą głównie budowy aparatu ruchu i wielkości mózgu. Szczególnie jaskrawy jest kontrast między człowiekiem a innymi naczelnymi w sferze zachowań i trybu życia; zasadnicze osobliwości człowieka jako gatunku są następujące: 1) systematyczne, na dużą skalę rozwinięte posługiwanie się narzędziami i wytwarzanie narzędzi, praktykowane wprawdzie przez niektóre małpy, zwłaszcza szympansy, ale bez porównania w niższym stopniu; 2) posługiwanie się mową, systemem sygnalizacji głosowej, nie mającej żadnych odpowiedników w świecie zwierzęcym; 3) tworzenie kultury przez człowieka. Do najbardziej istotnych cech ludzkich różniących zasadniczo człowieka od zwierząt i stanowiących niejako istotę człowieczeństwa należą: zdolność do abstrakcyjnego myślenia i związana z nim zdolność do analizy i syntezy, zdolność do rekapitulacji (pamięć), do świadomego decydowania o swoim postępowaniu (wola) i do wyższych uczuć. Cechy te, kształtujące się w społecznym współdziałaniu ludzi, stanowią zespół charakterystyczny dla psychiki ludzkiej; rozwinęły się one w ciągu historycznego procesu tworzenia przez człowieka tej rzeczywistości, którą w przeciwieństwie do przyrody nie przetworzonej (tj. takiej, jaką człowiek zastał) nazywa się kulturą. Tworzenie kultury, form świadomości społecznej i sfery zachowań społecznych z nią związanych decyduje o ludzkim poczuciu głębokiej odrębności i wyjątkowości w stosunku do całego świata organicznego; w niej się przejawia nadzwyczaj wysoka sprawność ludzkiego mózgu i psychiki. Zgodnie z założeniami antropogenezy wszystkie bez wyjątku osobliwości ludzkiego ciała i psychiki wytworzyły się u przodków człowieka stopniowo, w wyniku działania tych samych mechanizmów ewolucyjnych, które sterowały ewolucją innych gatunków biologicznych; człowiekowate stanowiły wyodrębnioną linię ewolucyjną już co najmniej od 3,7 mln lat (australopiteki), jednak swą ogromną przewagę w przyrodzie zdobył człowiek (człowiek kopalny) dopiero w czasach poneolitycznych, tj. w ciągu kilku ostatnich tysiącleci; jeszcze u schyłku paleolitu, 15–20 tysięcy lat temu, był to gatunek stosunkowo nieliczny, o średniej gęstości występowania (na obszarach zamieszkanych) rzędu 1 osobnik na km2, koczujący w małych, kilkudziesięcioosobowych grupach zbieracko-łowieckich, dysponujący ubogim zestawem prymitywnych narzędzi z kamienia, drewna, kości i rogu, stosunkowo słabą techniką eksploatacji zasobów pokarmowych środowiska. Punktem zwrotnym było zapoczątkowanie (ok. 8–10 tysięcy lat temu) przez niektóre populacje ludzkie rolnictwa (neolit); umożliwiło ono szybki wzrost liczby ludzi na Ziemi i wywołało radykalną zmianę całej sytuacji gatunku (przejście do osiadłego trybu życia, wyzyskiwanie pozaludzkich źródeł energii, powstanie społecznego podziału pracy, rozwój kultury). Szczególnie doniosłą rolę w procesie rozwoju człowieka miała praca ludzka, dzięki niej człowiek mógł nie tylko wykorzystywać otaczającą go przyrodę, ale i przekształcać ją stosownie do własnych potrzeb. W miarę doskonalenia się narzędzi praca stawała się coraz bardziej wydajna, a zarazem skomplikowana i zróżnicowana. Jednocześnie różnicowały się i same narzędzia, co doprowadziło z czasem do wytworzenia się specjalizacji pracy i zróżnicowania funkcji społecznych poszczególnych jednostek. Rozwój pracy, przy jednoczesnym rozwoju mowy, stawał się głównym czynnikiem rozwoju społecznych form istnienia ludzi. Życie ludzi zyskało specyficzną obudowę kulturową w postaci społecznie usankcjonowanych obyczajów, norm, zaleceń, zakazów i hierarchii wartości; wytwory kulturowej działalności — nauka i technika, sztuka i normy moralne — stawały się wyrazem zwiększających się sił produkcyjnych i rozwijających się stosunków społecznych, a zarazem czynnikiem ich dalszych przemian. Proces kulturotwórczy był jednocześnie procesem stopniowego przekształcania natury człowieka pod wpływem jego własnych dzieł; był on główną siłą napędową powstawania ludzkiej, bogatej psychiki. Dobór naturalny działał w populacjach istot przedludzkich w kierunku faworyzowania osobników o wyższej wrodzonej inteligencji, oddziałując przez tysiące pokoleń, dał w wyniku stopniową, progresywną ewolucję mózgu ludzkiego, zwłaszcza tych jego części, które są siedliskiem wyższych czynności nerwowych. Doskonalenie psychiki z kolei ułatwiło dalszy postęp kulturowy. Skutkiem tych procesów człowiek stał się jedyną istotą, która kształtuje swoje własne środowisko życia przez pracę i społeczną działalność celową, istotą, która stawia sama sobie wymagania i zadania do spełnienia. To charakterystyczne dla filogenezy człowieka zespolenie czynników biologicznych i społecznych, ściśle ze sobą sprzężonych i warunkujących się wzajemnie, powtarza się również w rozwoju osobniczym. Człowiek jest w przyrodzie jedyną istotą, której do prawidłowego rozwoju psychicznego jest niezbędne wychowanie w społeczeństwie. Jak tego dowodzą nieliczne znane przykłady ludzi wychowanych od wczesnego dzieciństwa poza społeczeństwem, człowiek o zupełnie prawidłowej budowie anatomicznej, ale pozbawiony takich kontaktów, nie wykształca w swym zachowaniu żadnych cech swoiście ludzkich (rozwój społeczny, antropologia społeczna, społeczeństwo, cywilizacja). Ogromny postęp cywilizacji naukowo-technicznej sprawił, że sytuacja człowieka w 2. połowie XX w. i na początku XXI w. została pomimo zewnętrznych znamion sukcesu — obarczona wieloma zagrożeniami, np. zastosowanie technik masowej zagłady, postępujące na wielką skalę niszczenie środowiska naturalnego […][1].

Z tej całej, nieco przydługawej definicji, należy wysupłać kilka kwestii elementarnych dla naszych tu rozważań. A zatem primo, istotna jest tu dla nas trzecia z wymienionych „osobliwości” człowieka jako gatunku, czyli tworzenie kultury przez człowieka. Następnie secundo – wymienione tu najbardziej istotne cechy ludzkie różniące zasadniczo człowieka od zwierząt i stanowiących niejako istotę człowieczeństwa – a więc: zdolność do abstrakcyjnego myślenia i związana z nim zdolność do analizy i syntezy, zdolność do rekapitulacji (pamięć), do świadomego decydowania o swoim postępowaniu (wola) i do wyższych uczuć. Tertio­ – istotny jest dla nas również fakt, iż życie ludzkie zyskało specyficzną obudowę kulturową, a co za tym idzie wzbogacane było o wytwory działalności kulturowej człowieka, takie jak nauka i technika, normy moralne i – w szczególności – właśnie sztuka, która jest kolejnym esencjonalnym pojęciem stanowiącym tu meritum, a którego definicją zajmiemy się nieco później. Wytwory owe z czasem zaś zyskiwały formę wyrazu wzrastających sił produkcyjnych, jak i podlegających rozwojowi stosunków społecznych, a zarazem czynnika, który wpływał na ich dalsze przemiany. I wreszcie quattro – istotny dla nas tu jest fakt, iż ów cały proces kulturoznawczy symultanicznie stanowił także pewien niejako proces gradualnej ewolucji i modyfikacji natury człowieka, jakie to dokonywały się pod wpływem owych jego własnych „dzieł” czy wytworów; a przy czym zarazem proces ów stanowił bez wątpienia także główną siłę napędową procesu formowania się ludzkiej, niezwykle bogatej i wysublimowanej psychiki.

I to by było na tyle względem pojęcia Homo Sapiens.

Pora zatem przejść do kolejnego pojęcia, wspomnianego już tu uprzednio, a jakie stanowi zaś termin sztuka.

Poczynając od definicji terminu sztuka podług Słownika Języka Polskiego red. Szymczaka, otrzymujemy następujące definicje:

[…] sztuka:

  1. «dziedzina działalności artystycznej wyróżniana ze względu na reprezentowane przez nią wartości estetyczne; też: wytwór lub wytwory takiej działalności»
  2. «umiejętność wymagająca talentu, zręczności lub specjalnych kwalifikacji»
  3. «czyn dokonany dzięki takiej umiejętności»
  4. «utwór dramatyczny przeznaczony do wystawiania na scenie»
  5. «przedstawienie skonstruowane na podstawie takiego utworu» […][2].

Z kolei nieco prościej definiuje ów termin Doroszewski, jako:

[…] sztuka ż III: 1. <twórczość artystyczna obejmująca dzieła z zakresu malarstwa, muzyki, literatury, architektury, rzeźby, odpowiadające wymaganiom estetyki, odznaczające się pięknem, harmonią> […][3].

A zatem dokonaliśmy już zdefiniowania pojęcia sztuka, z którym to z kolei związana jest druga część tytułu, jakim opatrzony jest ów artykuł, a mianowicie konkretnie część dotycząca różnic między Homo Sapiens a owym Homo artifex et creator, a który to stanowi właśnie najistotniejszą dla nas frazę. Albowiem owo użyte w tytule pojęcie Homo artifex et creator oznacza po łacinie tyle, co właśnie ‘człowiek artysta i twórca’, a którego tu pozwoliłam sobie tutaj zestawić z gatunkiem głównym człowieka współczesnego Homo Sapiens, jako pewien inny gatunek czy raczej podgatunek człowieka, celem porównania ich obu jako odrębnych i wyłuskania prymarnych między nimi różnic. A zatem warto było by teraz odpowiedzieć Czytelnikowi na dręczące go pytanie – czyli: „Co ma piernik do wiatraka?”

Naturalnie rozchodzi się tu o ów stosunek pojęcia sztuka z pojęciem ’człowieka artysty i twórcy”, a który to jak mniemam dla większości z Czytelników (a być może nawet i wszystkich) jest kwestią absolutnie oczywistą, tym niemniej pozwolę sobie i tak tę oczywistość tutaj nieco przybliżyć – gwoli dopełnienia wszelkich kwestii formalnych najsampierw przed przystąpieniem „Do rzeczy”.

A zatem, a co poniekąd ewidentnie wynika także chociażby z obu uprzednio tu przytoczonych definicji, sztukę jako dziedziną bądź twórczość artystyczną uprawia nie kto inny, jak właśnie ów nasz tytułowy ‘człowiek artysta’ – a więc także i ‘twórca’, co zrozumiałe samo przez się. A zatem nasz odrębny gatunek czy podgatunek, drugi prócz głównego, najbardziej powszechnego gatunku człowiekowatych żyjący współcześnie, a zatem ów Homo artefix et creator – ‘człowiek artysta i twórca’ – to nikt inny jak człowiek parający się Sztuką, człowiek uprawiający Sztuką, bądź to – tworzący tę Sztukę…. Człowiek, którego profesję stanowi Sztuka, czyli twórczość artystyczna z danej dziedziny… Ale nie tylko…

Co więcej, ów człowiek artysta i twórca, to człowiek, dla którego Sztuka stanowi nie tylko profesję czy „fach”, lecz wręcz stanowi jego życie, które całe poświęcone jest Sztuce jedynie tylko i wyłącznie, którego cały sens i cel stanowi Sztuka, a to zaś z tej racji, iż podług mej własnej opinii, każdy artysta, staje przed chyba jednym z najtrudniejszych wyborów i decyzji w życiu człowieka, którego dokonać musi najsampierw jeśli chce zostać artystą i tworzyć Sztukę. A mianowicie jest to wybór pomiędzy takim zwykłym, normalnym życiem, jemu właściwymi rodzajami szczęścia, celami, sensem, radościami i koleją losu, jakim to żyje każdy jeden zwykły Homo Sapiens zawsze normalnie, a życiem zgoła całkiem odmiennym, pozbawionym tychże rodzajów szczęść, celów, sensu, radości i kolei życia jak to normalne, życia ‘człowieka artysty i twórcy’, a które wymaga rezygnacji z tego zwykłego i normalnego, a poświęcenia całego swego życia miast tego tylko i wyłącznie Sztuce, która to odtąd w tym zgoła całkiem odmiennym życiu, ustanawiać będzie również zgoła całkiem odmienne w nim rodzaje szczęść, radości, cele i sens, a też i jego koleje, jakie zwykle są całkiem niepodobne do tych, jakimi toczy się zwykłe, normalne życie, zwykłego Homo Sapiens zazwyczaj…

12706_z-kim-musi-zmagac-sie-artysta

Sztuka ponadto jest także nierozerwalna z pojęciem naszego człowieka Artysty i Twórcy, z racji tego, iż bez niego nie może istnieć, to on jest sprawcą jej istnienia, jako jej autor i stwórca, którego czyn i twórczość konstytuują istnienie Sztuki, jako ich dzieła i wytworu, gdyż póki Artysta nie stworzy Sztuki czy nie powoła do życia danego dzieła, jako wytworu Sztuki, póty ona nie będzie istnieć i jej istnienie pozostanie niemożliwością. To Artysta niczym istny Bóg Wszechmocny, swój najsampierw w myśli powzięty zamysł, ideę czy koncept, tworzy powołując do życia, nadając formę realnego istnienia bytowi stworzonemu w swej wyobraźni i niczym ów Bóg – Stwórca kreuje on swe dzieła, tworząc nowe, nieznane światy i zaludniając je istnieniami na swój wzór stworzonymi…. A dnia siódmego podobnie jak to i Pan Bóg miał ponoć czynić – odpoczywa, patrząc na to, co stworzył i tak samo widzi, że jest to Dobre…

I to tyle w tym względzie ujęte trochę w formie aluzji, naśladującej patetyczny styl biblijnej alegorii…

I tym samym dobrnęliśmy w końcu do ostatniego już z esencjonalnych pojęć, jakie stanowić będą meritum poniższych roztrząsań, a mianowicie do pojęcia artysta.

Najogólniej pojęcie artysta można by ująć skrótowo w definicję słownikową, jako: <twórca lub odtwórca dzieła sztuki, osoba uprawiająca jakąś dziedzinę sztuki bądź to zajmująca się sztuką, tworząca ją>. I to tak najogólniej mówiąc.

Niezwykle interesującą i także nieco szerszą definicję pojęcia artysta podaje z kolei Marian Golka, a mianowicie w której to stwierdza on, iż:

[…] artystą jest człowiek zajmujący się działalnością twórczą o indywidualnym charakterze, znamionującą biegłość, a przy tym wykazującą zaangażowanie talentu, wyobraźni i innych cech osobowości, która to działalność pełni swoistą funkcję społeczną, zaakceptowaną przez zbiorowość w wyniku zapotrzebowania na określone wartości, które artysta może oferować […][4].

A która to definicja myślę, iż stanowi komplementarne dopełnienie wstępnej definicji omawianego tu pojęcia artysta, pozwalając na tym samym zakończyć tutaj część dotyczącą kwestii definicyjnych i przejść powoli do meritum, czyli tego, co najlepsze…. 😉

II.ELEMENTARNE RÓŻNICE CZYLI CREDO OKREŚLAJĄCE BYT ZWANY ARTYSTĄ.

Artysta jest Twórcą w odróżnieniu od rzemieślnika, który to jest już jedynie odtwórcą. Zasadnicza zaś między nimi różnica tkwi w fakcie, iż artysta swe dzieła czyli wytwory działalności twórczej, tworzy w sposób indywidualny, bazując jedynie na własnej, niepowtarzalnej koncepcji, idei czy to zamyśle, a którym to tym sposobem nadaje swoistą, indywidualną i unikatowo niepowtarzalną specyfikę bądź to charakter. Rzemieślnik wytwory swej pracy zaś wytwarza jedynie jako efekt pracy wyłącznie odtwórczej, a co czyni go bliższym maszynie wytwarzającej dane wyroby rzemieślnicze, aniżeli indywidualnej jednostce tworzącej w akcie artystycznej kreacji… Cóż, taka oto smutna prawda bowiem, która zarazem konstytuuje pierwszą z naszych elementarnych różnic między zwykłym Homo Sapiens a Homo Artefix et Creator!

I analogicznie sytuacja wygląda względem odmienności obu tych żyć, jakie te dwa gatunki człowieka wiodą oraz ich specyfiki. A więc życie Artysty bazuje głównie na aktywnościach i czynach twórczych, gdy zaś życie zwykłego Homo Sapiens z kolei w większym stopniu bazuje na czynnościach odtwórczych, deprecjonując przy tym znaczenie i wartość czynności stricte twórczych i kreatywnej, indywidualnej twórczości jednostki oraz jej unikatowo niepowtarzalnego charakteru. W świecie Homo Sapiens większą wartość ma wytwarzanie i produkowanie, towary powstałe w wyniku produkcji, odtwórczo wytwarzane dobra materialne, jakie to dla człowieka rozumnego są najbardziej przydatne, potrzebne czy wręcz niezbędne do życia i egzystencji, i jakie to posiadają największą wartość, a zaś Sztuka i dzieła sztuki, jako jej wytwory spadają na dalszy plan, stanowiąc mniej istotny element życia – fanaberię bogatych kolekcjonerów sztuki, rzadkie urozmaicenie szarej codzienności, odrobinkę estetycznej przyjemności czy rozrywkę sporadycznie i rzadko umilającą człowiekowi prozę życia szarego zjadacza chleba. Ot i tyle…

1350995893_by_Kozzi19_600

Podobnie twórczość i kreatywne czynności twórcze blakną i tracą na znaczeniu w obliczu odtwórczego wytwarzania towarów i dóbr doczesnych niezbędnych do życia zwykłemu człowiekowi. Tak oto szara proza doczesnego życia codziennego deprecjonuje wysokie idee i uczucia zaklęte w indywidualnie unikatowym pięknie niepowtarzalnych dzieł Sztuki i akcie twórczej kreacji, w jakim są one tworzone przez Artystów.

Niestety w obliczu szarych, przyziemnych, pragmatycznych i niskich realiów zwykłej ludzkiej doczesności, definiowanej przez chociażby ludzką fizyczność i płynące z niej potrzeby konieczne czy prozaiczne wymogi życia codziennego, w starciu Twórca versus Odtwórca, to ów pierwszy,  czyli Artysta przegrywa z kretesem. I chyba właśnie dlatego też statystycznie rzecz biorąc, to artyści stanowią w populacji ludzkiej zdecydowaną mniejszość niejako niszową względem większości masy odtwórców czyli rzemieślników i zwykłych wyrobników. I też chyba dlatego między innymi nie każdy może Artystą być i zostać, nie każdy też wyposażony jest w niezbędne do tworzenia sztuki atrybuty, umiejętności, cechy a wreszcie – talenty i uzdolnienia, bez których Artysta nigdy Artystą być nie będzie, a jedynie co najwyżej umiejętnym i zmyślnym rzemieślnikiem, a dzieła jego nigdy być nie będą dziełami sztuki lecz co najwyżej wytworami odtwórczej pracy ich sprytnych rąk – albowiem Sztuka posiada niezwykle wysoki i wyszukane wymagania wobec swych adeptów, czyli tych którym nadaje przywilej jej tworzenia…

I tu dochodzimy do kolejnej z tychże elementarnych różnic między oboma omawianymi tu „gatunkami” człowieka. Mianowicie różnicę tę stanowi pokrótce ogólnie mówiąc fakt, iż dobrym czy umiejętnym rzemieślnikiem, a nawet mistrzem w swym fachu czy wirtuozem, zostać może praktycznie każdy człowiek, przeciętnie uzdolniony bądź inteligentny, po odebraniu odpowiedniej edukacji w swym fachu oraz nabrawszy odpowiedniego doświadczenia praktycznego, a tym samym również biegłości w swym rzemiośle. Natomiast artystą z kolei każdy normalny, przeciętny człowiek z kolei być już nie może.

A to zaś z racji, iż fach artysty, paranie się twórczością artystyczną bądź to tworzenie i zajmowanie się Sztuką, ze względu na całokształt swej specyfiki i natury, wymaga niestety o wiele więcej ponad  tę przeciętną, wymaga pewnej wybitności niejako, otwierając swe podwoje jedynie dla wąskiego grona tych niejako „uprzywilejowanych”, których to Natura w pewnych względach znacznie bardziej hojnie obdarzyła aniżeli większość ludzi, i którzy przez to odznaczają się pewnymi wybitnymi zdolnościami, umiejętnościami, uzdolnieniami, talentami czy potęgą wyobraźni. Sztuka jako chyba jedyna spośród wszystkich fachów jest fachem aż tak elitarnym, a też i wymagającym, który przeznaczony jest tylko dla elitarnego wąskiego grona owych poetycko tak zwanych „wybrańców bogów”, którym niestety prócz wszelkich bezcennych darów owi „bogowie” obdarzyli również cholernie ciężkim, niewdzięcznym i pełnym cierpienia losem zwykle najczęściej, a czego potwierdzenie znaleźć można w niezliczonych biografiach wielu wybitnych artystów z całej dotychczasowej historii ludzkości. Artysta bowiem nie tylko zostaje przez Naturę niezwykle hojnie obdarowany, nie tylko jest jej wybrańcem niejako, który otrzymuje bezcenny rzadki skarby czy raczej skarby, otrzymuje on również coś zgoła odmiennej wartości – otrzymuje niezwykle, wręcz nadludzko ogromny ciężar, który musi całe życie dźwigać, jeśli zdecyduje się być artystą i poświęcić swe życie Sztuce, rezygnując ze zwykłego, doczesnego szczęścia i radości; ciężar, z którym nierozerwalnie związany jest niepojęty ogrom cierpienia i bólu, w tym też cudzego wywołanego nieziemsko wielką zdolnością empatii – ów werterowski Weltschmerz niejako, a też nadludzko ogromny bagaż doświadczeń, jaki ów ciężar jeszcze nieskończenie bardziej potęguje.

talent

Artysta mimo pozornej beztroski, radości i szczęśliwości swego odmiennego losu i bytu, bajecznie imprezowego życia, jakim żyła chyba spora większość z wybitnych artystów, kryje za tą złudną lukrowaną, kolorową fasadą pozorów, faktycznie nieskończony ocean wielkiego ludzkiego nieszczęścia, cierpienia, bólu i krzywdy, bezmiar dramatów i tragedii ludzkich, ogrom trudu tej niespotykanie ciężkiej, trudnej, krętej i wyboistej drogi, na którą jeśli raz się wkroczy, już nie ma z niej absolutnie żadnego odwrotu – jak w tym porzekadle, wkraczając na tę drogę, jest ów „wóz albo przewóz” i reklamacji się tutaj potem nie uwzględnia!

A zatem Artysta to z jednej strony ów „wybraniec bogów”, członek niszowej elity, uprzywilejowana i bardzo hojnie obdarowana, niejako „ekskluzywna” mniejszość, jakiej dany jest ów przywilej i zaszczyt, aby móc parać się sztuką, a swym fachem uczynić twórczość artystyczną, tym samym stając się niejako jednostką wybitną, ponadprzeciętną i wybić się ponad zwykłą, prozaicznie szarą odtwórczość i jedynie wytwarzanie dóbr doczesnych, tworząc coś znacznie więcej aniżeli tylko te dobra doczesne, coś niemierzalnego żadną z fizycznych miar, wyższego i niemal boskiego, co wyraża pewne wysokie, wysublimowane niematerialne byty – pewną efemerycznie ulotną idee fix, niematerialny byt, istniejący jedynie gdzieś w meandrach umysłu i intelektu w formie nierealnych myśli czy wyobrażeń zrodzonych przez bujną, rozbuchaną wyobraźnię ekscentrycznie artystycznego indywiduum. A z drugiej zaś strony – największy męczennik i nieszczęśnik spośród ludzi, człowiek nieskończenie ciężko i boleśnie doświadczony przez perfidnie parszywy los, człowiek, którego życie wypełnia bezlik niewyobrażalnie wielkiego cierpienia, bólu i krzywdy, męczennik, na którego barkach spoczywa największy ciężar i bagaż doświadczeń, jaki to musi on przez calutkie swe nędzne życie dźwigać nieustannie, a który wciąż z każdym krokiem staje się bardziej ciężki…. I wreszcie człowiek, który skazany jest nie tylko na najbardziej niewdzięczny los, ale i ów kolokwialny „kawałek chleba”, albowiem często gęsto cały ów ogromny bezmiar jego ciężkiej pracy i jej wybitnych efektów w postaci stworzonych wielkich dzieł sztuki, cała jego mordęga i krwawica, cały ów gigantyczny wysiłek i trud jakie przez caluteńkie życie musi on nieustannie wkładać w swą twórczość i pracę, za jego doczesnego życia nie tylko nie bywa należycie doceniony czy nawet i dostrzeżony, ale co gorsza nie zostaje on należycie wynagrodzony, skazując często gęsto artystę na życie w biedzie czy wręcz nędzy, nie doczekawszy się za życia należnych mu profitów ze swej twórczości, a też wręcz nie dając mu nawet choć możliwości zarobienia na „chleb” tylko, a czego potwierdzenie również znaleźć można w rozlicznych biografiach wybitnych artystów z całej dotychczasowej historii ludzkości. Dodam tu tylko, iż rewelacyjnym na to przykładem może być chociażby Vincent Van Gogh i jego jakże nieludzko nędzny żywot, a który to za każdym razem jednakowo silnie prowokuje do łez z żalu nad tym biednym nieszczęśnikiem. Ale też i budzi ogromną złość, kategoryczną pogardę i sprzeciw względem tej niegodziwości, jaka to obecnie go nawet po śmierci spotyka, gdy po tejże śmierci już tak wiele wiele długich lat, teraz nagle doceniany jest jego wybitny geniusz i każde z jego dzieł kosztuje dobre miliony dolarów, a zysk z tego jemu żaden, jedynie dla tych pijawek – marszandów i znudzonych bogaczy, którzy na jego krzywdzie, nieszczęściu, niedoli, cierpieniach i bólu nieludzkich bezwstydnie żerują, czerpiąc niebotyczne korzyści, za nic mając Van Gogha i jego jakże tragiczny i straszny los nieludzki!

images (2)

Ów symultaniczny dualizm natury i żywota Artysty zdaje się być relacją czysto antagonistyczną, oksymoronem dwóch skrajnych przeciwieństw, paradoksem wykluczających się wzajemnie sprzeczności, a jednak zarazem tworząc pewną spójną, harmonijną jedność, łącząc ów przysłowiowy „ogień i lód” w komplementarną, jednolitą całość, złożoną z dwóch tak sprzecznych elementów, bez których jednakże obu naraz, owa całość traci swój cały sens, logikę, cel i wszelkie znaczenie, stając się niekompletną i bezużyteczną nicością…

 

I, jak mniemam, już na tym etapie, nie budzi już zapewne żadnych wątpliwości stwierdzenie, iż artysta jest z całą pewnością kimś wyjątkowym, kimś, kto wyróżnia się od innych. A w przekonaniu którym to postaram się dalej jeszcze bardziej Czytelnika utwierdzić.

III. RZECZ O ISTOCIE BYTU – CZYLI KIM JEST ARTYSTA?

Z uprzednio tu sformułowanych definicji oraz późniejszych roztrząsań tu poczynionych przeze mnie w zasadzie posiadamy już pewien ogólny zarys tego, kto to jest artysta. Jednakże mimo wszelkich zawartych tamże już informacji na temat pojęcia artysta, pozostaje pewien niedosyt i pewna wątpliwość w to, czy jednak wiemy faktycznie kim jest ów Artysta? I to esencjonalne, a też kardynalne pytanie postawiła Maria Gołaszewska w swym artykule pt. Kim jest artysta?[5]. I to właśnie refleksji nad tymże tekstem poświęcony będzie ten rozdział, w którym rozważania swe oprę na wspomnianej pracy Gołaszewskiej.

3.1. Artyzm i Etymologia.

Posiadamy już sformułowane tu uprzednio krótkie, ogólne definicje pojęcia artysta, i pewien ogólny zarys tego, kim artysta jest. Bazując na tychże definicjach można by podać jako cechę dystynktywną, która odróżnia artystę od innych ludzi (Zwykłych Homo Sapiens) właśnie artyzm, który podług definicji słownikowej zaś oznacza:

[…] 1. <zdolność, umiejętność tworzenia rzeczy pięknych (i doskonałych przyp. aut.), mistrzowskie wykonanie dzieła sztuki; mistrzostwo, biegłość, talent> […][6].

Uwidacznia się tu wyraźnie podobieństwo pojęcia artyzmu do pojęcia, jakim jest talent.

Idąc za przykładem Gołaszewskiej, pozwolę sobie tutaj podobnie, jak i ona we wspomnianym artykule, uzupełnić nieco omawiane pojęcie artysty, o kwestie etymologii tegoż pojęcia.

byc-artysta-oznacza-widziec-to

Poczynając od samego początku, słowo artysta (łac. Artifex) najsampierw w łacinie posiadało nieco inne znaczenie, a mianowicie oznaczało ono niejako adepta sztuki czyli człowieka, który dopiero pobiera edukację (tzn. uczy się) w dziedzinie sztuk pięknych. Zaś aż do wieku osiemnastego pojęcie artysta było raczej silniej przypisane dobremu rzemieślnikowi, by dopiero następnie stać się później określeniem twórcy dzieła sztuki miast jedynie odtwórcy jak uprzednio.

Przy czym warto tu podkreślić fakt, iż przez długi okres czasu rzemiosło i sztuki piękne nie były sobie przeciwstawiane. Tymczasem dopiero w wieku dziewiętnastym ustanowiło się utożsamienie osoby artysty z twórcą.

Aczkolwiek obecnie sytuacja ta uległa z upływem czasu zmianom a zakres pojęcia twórczość uległ bardzo znacznemu rozszerzeniu. I tak współcześnie twórczość odnosi się do bardzo szerokiego spektrum rozmaitych zjawisk. Poza twórczością stricte artystyczną wyróżnia się także chociażby np. twórcze rozwiązywanie problemów, którego istota opiera się na koncypowaniu rozwiązań nieszablonowych. Poza tym za twórczość uznaje się również dorobek naukowy. A co więcej, mianem twórcy określa się również osoby, które suponują jakieś innowacyjne wartości. Rozchodzi się tutaj zarówno o filozofów i przywódców religijnych, jak i polityków, wynalazców bądź to wszelkich innowatorów w rozmaitych dziedzinach życia.

A to zaś jest przyczyną tego, iż współczesna estetyka rzadko traktuje o takiej twórczości, jaka niegdyś to odnosiła się jedynie do pewnego wąskiego grona ludzi o nadzwyczajnych uzdolnieniach, którzy spożytkowywali swój talent w celu tworzenia rzeczy wzniosłych.

3.2. Estetyka a twórczość.

Co do estetyki warto tu nadmienić o pewnych związanych z nią kwestiach. Zacznijmy od określenia dziedziny jaką się ona zajmuje. A mianowicie dziedzinę tę stanowią zagadnienia, które są uwarunkowane tak zwaną sytuacją estetyczną. Zaś sytuacja estetyczna powiązana jest z pojęciami takimi, jak: twórca, dzieło sztuki, odbiorca a też wartość. Owa wartość natomiast przeobraża sytuację estetyczną w pewien byt spójny.

Funkcję estetyki stanowi diagnozowanie i zgłębianie relacji pomiędzy owymi czynnikami wymienionymi tu uprzednio. Względem tychże relacji można by ująć je w następujący niejako schemat, opisany poniżej.

Co prawda artysta, jako twórca wypracowuje swoistą specyficzną tylko dla niego metodę twórczości (tj. tworzenia). Jednakże mimo tego zróżnicowania indywidualnego każdy proces twórczy złożony jest z dwóch, elementarnych faz zawsze jednako. Pierwsza to tzw. faza przeżyciowa, zaś druga to faza realizacyjna.

I tak rezultat pierwsze fazy, czyli przeżyciowej, stanowi koncept oraz plan dzieła. Cel zaś, do którego dąży faza realizacyjna stanowi ucieleśnienie tejże wizji artystycznej powstałej w wyniku fazy pierwszej, a jej rezultat natomiast to dzieło (sztuki np.).

Tutaj uwidacznia się nierozerwalną więź aktu twórczego z indywidualnością i swoistością osoby twórcy i jego natury, a która często gęsto wywiera silny wpływ na dziele sztuki, pozostawiając na nim swe piętno.

kazdy-artysta-jest-jak-matka

Do cech dystynktywnych osób twórczych zaliczyć bowiem można primo umiejętność niejako „Wsłuchiwania się” w swoje własne koncepcje, a co z kolei rodzi nierzadko nietuzinkowe, oryginalne idee czy pomysły i wizje. I secundo – umiejętność realizacji własnych wizji poprzez tworzenie z nich dzieł, które brylują, odznaczając się na tle innych dzieł.

3.3.O źródłach twórczego geniuszu….

Snując refleksje na temat osoby artysty nie sposób nie zahaczyć o dziedzinę, jaką jest psychologia twórczości.

Za przyczynę i źródło licznych problemów człowieka uznaje się brak umiejętności wyczucia własnych potrzeb, a także rekognicji swych słabych i silnych stron. Analogicznie rzecz się ma również z uzdolnieniami, przez co bywa tak, iż ludzie podejmują wysiłek w dziedzinach, do których nie posiadają należytych predyspozycji.

A zatem co jest niezbędne do tego, aby zostać artystą?

Sam talent niestety nie jest jeszcze do tego wystarczający, niezbędne jest również zapewnienie odpowiednich warunków wzrostu i rozwoju, które zapewnią możliwość realizacji twórczego potencjału. Ale to jeszcze nie wszystko, gdyż same jedynie sprzyjające warunki jeszcze artysty nie czynią. Możemy tu wyróżnić pewne dwa skrajne przypadki. Pierwszy stanowią tzw. talenty pozorne, czyli ludzie którzy chociaż poświęcają temu wiele wysiłku i tak nie są zdolni do tego, aby wzbić się ponad pewną przeciętność.

 

Natomiast drugi, skrajnie odwrotny stanowią twórcy najwięksi, którzy w pełni zasługują na chlubne miano geniusza. Pojęcie geniusz nie zawsze posiadało swe obecnie stosowane znaczenie. Pierwotnie bowiem oznaczało ono ducha opiekuńczego, a dopiero od epoki romantyzmu nabrało ono zgoła odmiennego znaczenia.

Tym niemniej to, co jest, a co nie jest dziełem sztuki podług Schellinga określić można na podstawie następującego kryterium, jakie ujmuje słowami: „Każde prawdziwe dzieło sztuki jest dziełem absolutnie koniecznym”. A zatem co z tego wynika, iż dzieła sztuki nie stanowi dzieło, które mogłoby nie istnieć – a tym samym nie spełnia tegoż warunku, jako że nie jest ono absolutnie konieczne.

Co więcej, można zatem stwierdzić, iż dzieło geniuszu stanowi rzecz konieczną, bez której nie do pomyślenia byłaby kultura czy jej istnienie. A ponad to warunkiem koniecznym jest tu także dla dzieła geniuszu pewna doskonałość. Doskonałość ta czyni co najmniej zbędnym ujęcie bądź dodanie do niego jakiegokolwiek elementu.

Warto tu wspomnieć twierdzenie innego wielkiego idealisty niemieckiego, jakim jest Hegel, autor Fenomenologii ducha. Podług niego to zaś cechę konieczną człowieka genialnego stanowi umiejętność dobrego rozumienia otaczającej rzeczywistości, bazującego na osobistym doświadczeniu.

Przy czym istotne jest tu uwzględnienie tego, iż relacja zachodząca pomiędzy elementarną osobowością człowieka a osobowością twórczą ma charakter różnorodnym.

Warto tu wspomnieć o popularnym podejściu, jakie stanowi biografizm. Pogląd ów upatruje przyczyn powstania dzieła w pewnych konkretnych przeżyciach psychicznych jednostki. A przez to poprzez poznanie dzieła sztuki zostaje poznana jednocześnie również osobowość jego twórcy. Aczkolwiek w rzeczywistości często gęsto twórczość artystyczna i biografia artystyczna są dość rozbieżnymi kwestiami, nie posiadającymi ze sobą zbytnio punktów wspólnych.

Przy czym, istotne jest tu, aby uwzględnić fakt, iż poprzez akt poznania dzieła sztuki dokonywane jest poznanie tych elementów, które w sztuce są najistotniejsze, a zaś przeżycia artysty jako istoty ludzkiej są w tej materii kwestią drugoplanową.

Wzorem Gołaszewskiej, zilustruję to przykładem Stanisława Ignacego Witkiewicza, podług którego to w sztuce nie liczą się „bebechy”, a więc ów nastrój artysty, lecz rzecz zgoła całkiem odmienna, czyli końcowy efekt uzyskany w akcie twórczym przez artystę. A mówiąc prosto, dla Witkacego zupełnie bez znaczenia jest to, czy ten albo owy artysta podcina sobie żyły, czy też „popija herbatkę z mlekiem”, dla niego bowiem najistotniejsze jest samo dzieło, a które to winno być „zapięte na ostatni guzik”.

Kolejną kwestię, którą wymaga tutaj rozpatrzenia, stanowi kwestia motywacji działalności artystycznej.

I tak elementarna kategoryzacja motywów twórczości artystycznej wyróżnia motywy obiektywne oraz subiektywne – a które tkwią zaś w osobie samego twórcy.

Kolejna kategoryzacja wyróżnia zaś motywy, które ulegają podporządkowaniu autoteliczności dzieła sztuki oraz takie, które nie ulegają temu podporządkowaniu wobec tejże autoteliczności. A to z racji tego, iż wolą artysty podczas tworzenia dzieła może być to, aby je utworzyć w formie najdoskonalszej, albowiem dzieło to jest realizacją zamysłu artysty. Ponadto w dziele swym artysta pragnie zawrzeć pewien przekaz, jaki ma wyrażać dane treści istotne podług jego mniemania. Co więcej, pragnieniem artysty jest aby ów przekaz zawarty w tymże dziele natrafił na odbiorcę, który zdolny będzie do odpowiedniego zrozumienia tego dzieła.1352382270_2ucons_600

 

I tym samym omówione zostały już tutaj motywy działalności artystycznej ze względu na ich podporządkowanie autoteliczności twórczości – a więc jako celowi samemu w sobie.

Co do motywacji nie podlegających autoteliczności twórczości, można spośród nich wymienić takie, jak np. pragnienie zdobycia sławy i majątku, prestiż społeczny oraz snobizm, czy też z nieco mniej przyziemnych – dążenie do rozwoju duchowego. Owa ostatnia z wymienionych tu przykładów motywacji z tej grupy uzmysłowić ma nam fakt, iż motywy te nie wykazują uporządkowania, jakie to miało by wskazywać, iż są one jakąś gorszą kategorią i nie powinno się też tak ich traktować. A zresztą przecież nawet takie motywacje jak choćby zła sytuacja materialna czy wręcz urażona ambicja stanowią nierzadko ów „motor napędowy” pchający artystę do włożenia w akt twórczy większego wysiłku, a czego rezultatem nieraz bywa powstanie prawdziwego arcydzieła – n’est-ce pas?

3.4. Specyfika artystycznej percepcji.

Kolejna z różnic między naszym przeciętnym Homo Sapiens a natchnionym Homo Artifex et Creator tkwi w pewnej specyfice ich percepcji czyli sposobu postrzegania rzeczywistości, a i ogólnie spojrzenia na tą rzeczywistość.

Albowiem artysta wyróżnia się również w tym względzie i specyfiką takiej to artystycznej percepcji i „spojrzenia na rzeczywistość”, jaka nie raz zdaje się być zgoła całkiem odmienna aniżeli ta właściwa dla innych „zwykłych” ludzi.

Oczywiście taka specyficzna artystyczna percepcja i spojrzenie na rzeczywistość wykazuje także wewnętrzne zróżnicowane i może przybierać rozmaite formy. Dla przykładu dla części artystów typowa jest percepcja świata jako pełnego wielu „braków” niejako, a które wymagają skorygowania bądź to ich usunięcia. Aczkolwiek nie oznacza to wcale a wcale jakoby art4109877yści z tego rodzaju percepcją (ani też żadną inną) mieli w zwyczaju marudzić, a wręcz całkiem przeciwnie, jako że podług mniemania artysty z owymi brakami, a zatem z niedoskonałością tego świata nie tylko można, ale właściwie też i należy walczyć i zmieniać ten świat na lepsze. Charakterystyczne dla tej formy artystycznej percepcji jest zaś to, w jakim kierunku ona zmierza wówczas twórczość takiego rodzaju artysty. A mianowicie dąży ona wówczas do wytwarzania nowych, innych obiektów czy rzeczy, a które to mają na celu skorygowanie bądź dokonanie likwidacji aktualnego stanu rzeczy, który jest niepożądany.

730..20130924153851_jestes_artysta

Inny przykład formy artystycznej percepcji stanowią zaś artyści, podług mniemania których faktem jest korelacja niedoskonałości tego świata z brakiem adaptacji człowieka. Stąd też u artystów tego pokroju uwidacznia się dążenie ku temu, ażeby zdobyć pogłębioną wiedzę o rzeczywistości bądź to ku wytworzeniu takiej, nowej rzeczywistości, w której to owa adaptacja człowieka byłaby możliwa.

3.5. Dwie role – Twórca a Odbiorca.

Wszelka twórczość artystyczna bądź to Sztuka wymaga z zasady odegrania tu dwóch, odrębnych i zgoła odmiennych ról, a jakimi są role Twórcy – nadawcy i Odbiorcy. A sama w sobie twórczość artystyczna jako jedno ze swych założeń posiada zawartą w sobie intencję żywego kontaktu z odbiorcą, a to z racji, iż bez tego kontaktu nie jest ona żywa i pozostaje martwa. A i ja sama, ze swego już dość bogatego doświadczenia w obrębie twórczości artystycznej, jako pisarka i poetka od wielu, wielu lat, doskonale wiem już i zdaję sobie z tego sprawę, że podobnie jak i wszelkie inne rodzaje twórczości, także i słowo pisane bez owego kontaktu z Czytelnikiem pozostaje martwe, i dopiero ów kontakt z Czytelnikiem sprawia, że tekst czy ogólnie – słowo pisane żyje i jest żywe, a zatem można pokusić się o konkluzję, iż Sztuka żyje jedynie poprzez ów kontakt z Odbiorcom.

Co oczywiste, forma i sposób kontaktu ze Sztuką i twórczością jest zgoła odmienna dla obu z tych ról, realizuje i służy innym celom, pociąga za sobą odmienne rezultaty i efekty (bądź to skutki).

I tak realizacja owej relacji Artysta – Odbiorca dokonuje się na płaszczyźnie pewnych ustalonych kodów kulturowych, a jakie w dużej mierze pozostają zależne od czasu i miejsca, w jakich zachodzi dana relacja. I tak przykładowo, jak wiemy zgoła odmienna jest reakcja na sztukę gotycką człowieka współczesnego, a diametralnie inna była ona dla człowieka, który żył w wieku czternastym.

d6f99df1-d363-4548-9bc9-063c85fa9886

Sztuka z gatunku „Street art” – jedno z dzieł Banksy’ego w Londynie…

W kwestii roli Odbiorcy Sztuki wspominana autorka zwraca uwagę na kontrowersyjne tezy, które są postulowane przez Bogusława Schaeffe r’a, podług którego to w obrębie estetyki zmiany dokonują się z częstością wprost proporcjonalną do częstości zmian estetycznych gustów. Dokonuje on też nieco kontrowersyjnego przyrównania sztuki do luksusowego towaru. A sztuka podług mniemania Schaeffer’a natomiast istnieć może bez jej odbiorców, atoli z tej racji, iż na podobieństwo Natury jest ona zachwycająca sama w sobie, a więc zbędni jej są pochlebcy i schlebianie jej. A zatem co z tej tezy wynika, znaczenie człowieka w roli Odbiorcy sztuki oszacowywane jest jako raczej niewielkie. Co więcej, równie sceptycznie rozprawia się on z zachwytem dla dzieł minionych epok, a które to zjawisko uznaje on za zbędne czy niepotrzebne dla ich twórców. Podług niego bowiem twórca wcale nie tworzy swych dzieł „dla potomności, lecz dla ludzi jemu współczesnych, którzy partycypują z twórczością za życia doczesnego jego autora.

images

Aczkolwiek nie jest nam do końca wiadome to, czy owa sztuka epok minionych wywiązuje się ze swego zadania, jako że brak jest współczesnych jej odbiorców, to w mym mniemaniu i tak ów kontrowersyjny postulat pozostaje sprzeczny z mymi własnymi w tym względzie poglądami, jako Artystki i Twórcy, a też jest on sprzeczny i łamie zasadę zawartą w mym chyba najbardziej głównym życiowym motcie, a które to stanowi następująca łacińska sentencja: „Non omnis moriar!” [‘Nie wszystek umre’, Horatius Carmina III, 30,6].

Relacja zachodząca pomiędzy Artystą i Odbiorcą opiera się na zasadzie niejako sprzężenia zwrotnego. Prócz tego, iż Twórca wpływa na odbiorców, także odbiorcy wywierają pewien wpływ na artystę. O istotności tego wpływu odbiorców na artystę przesądza fakt, iż może on mieć pozytywne rezultaty, jak choćby odkrycie nowych dróg czy też otwarciem owych słynnych nowych „drzwi percepcji”, bądź to innego rodzaju wkład w rozwój i progres twórczości danego artysty i jej efektów (tzn. jego dzieł). Aczkolwiek ów wpływ oczywiście może mieć również i negatywny charakter, a jego rezultaty wcale nie zawsze muszą być pozytywne. Zilustrować to można przykładem artysty, który w skutek takiego to wpływu odbiorców, ugina się i staje uległym wobec panującej mody czy trendów, ślepo podążając wraz z owym kolokwialnym „owczym pędem”, a też wykazuje niepotrzebne dostosowanie się do gustów nie własnych lecz innych ludzi.

Intencje Artysty w owej relacji zilustrować zaś można, wzorem uprzednio wspomnianej autorki, przykładem jednego z polskich artystów, jakim jest Tadeusz Brzozowski. Wyznaje on bowiem, iż jego pragnieniem podczas tworzenia swych obrazów nie jest jedynie tylko to, aby owe obrazy (dzieła) podobały się, zyskując aprobatę czy poklask odbiorców. Pragnienie to stanowi bowiem co więcej to, aby udało mu się tymi dziełami natrafić na takiego odbiorcę, którego poprzez kontakt z owym dziełem udałoby się nakłonić do myślenia, a poniekąd także w rezultacie do czynienia dobra.

Artysta – nadawca zatem wysyła (nadaje) pewien zakodowany w dziele przekaz – komunikat, skierowany do Odbiorcy, który poprzez kontakt z danym dziełem sztuki i partycypację z nim, dokonuje jego interpretacji – oczywiście, podobnie jak Nitzsche uważam, iż interpretacji subiektywnej i indywidualnie zależnej od danego konkretnego odbiorcy – a tym samym rozkodowuje zakodowany przekaz i odczytuje treść nadanego przez Artystę komunikatu, którego treść podobnie jak to w przypadku interpretacji – jest subiektywnie zmienna i zależna od indywidualnego odbioru danego odbiorcy, aczkolwiek prawdą jest po części też i to, że niezależnie od subiektywnej i indywidualnej interpretacji i odbioru, w każdym dziele zawarte są zwykle także pewne elementy stałe, niezmienne i niezależne od tejże interpretacji czy odbioru, odbierane – mniej więcej – jednakowo przez każdego Odbiorcę w każdym czasie czy miejscu.

Względem Odbiorców dzieła artystycznego można dokonać ich kategoryzacji, wyróżniając ich trzy elementarne kategorie. Pierwszą kategorię stanowią odbiorcy należycie wykształceni i kompetentni (np. jak kompetencje użytkownika języka, znawcy sztuki etc.), drugą zaś – odbiorcy amatorzy, i w końcu trzecią tworzą obiorcy „nieprzygotowani”, czyli nie posiadający należytej wiedzy i kompetencji niezbędnych do obcowania ze sztuką, bądź to danym jej wytworem. Zauważyć tu więc należy owe wewnętrzne zróżnicowanie odbiorców sztuki i twórczości artystycznej. Pośród nich występują zarówno odbiorcy kompetentni, którzy odbyli uprzednio w danym kierunku długoletnią i wyczerpującą edukację. A też tacy odbiorcy, którzy są świadomi własnych potrzeb artystycznych, co pcha ich do obcowania ze sztuką i okazjonalnego zdobywania wiedzy o sztuce. Jak i wreszcie odbiorcy, kompletnie pozbawieni jakiegokolwiek przygotowania, kierowani jedynie własną wrażliwością, z racji tego, iż są oni kompletnie pozbawieni wszelkiej wiedzy odnośnie sztuki.

Co się zaś tyczy z koli Artystów, najsampierw można dokonać ich kategoryzacji ze względu na osobowość twórczą. Tutaj zaś wyróżnić należy dwa zasadnicze rodzaje czy typy artystów. Pierwszy z nich stanowią artyści tzw. „ukryci”, czyli tacy, którzy w swych dziełach parają się kwestiami dotyczącymi ich samych w stopniu najwyższym. 6a00e54ef96453883401a5116bfad2970c-640pi Aczkolwiek nie jest to wcale tożsame jakoby z tym, iż ów artysta „ukryty” para się tamże kłopotami dnia codziennego, ale raczej z tym, iż oddaje on w swych dziełach swoje własne, często dość osobiste przeżycia tak, iż odbiorcy mogą z łatwością odnaleźć w tym dziele cząstkę samego siebie. I tym sposobem artysta „ukryty” unika wciskania owej – wielce haniebnej podług mego skromnego mniemania dla każdego rodzaju czy typu artysty – tzw. „prywaty”, wyrażając miast niej uniwersalne sprawy ogólnoludzkie.

Prócz tego drugi rodzaj czy typ artystów stanowią artyści tzw. „wyeksponowani”. Cechą charakterystyczną ich twórczości jest sugerowanie odbiorcy pewnego własnego sposobu percepcji świata, a co z tym związane również eksponowanie swojej osoby, jako osoby realizującej pewien określony konkretnie ideał  artystycznej.

730..20130924153851_jestes_artysta

Analogicznie do wszystkich innych ludzi, również pośród artystów istnieje duże wewnętrzne indywidualne zróżnicowanie, i podobnie jak każdy człowiek, również każdy Artysta stanowi unikatową, niepowtarzalną indywidualność. I tak przykładowo, możemy tu wyróżnić pewne typy artystów, nadrzędne względem tegoż indywidualnego zróżnicowania. Typ chyba najbardziej elitarny, stanowić tu będą tzw. artyści wybitni, parający się twórczością dzieł o wartości uniwersalnej i ponad czasowej. Prócz tego są również i artyści, których twórczość skierowana jest do określonego rodzaju odbiorców a jej celem jest zaspokojenie ich upodobań i dostarczenie im właśnie tego, co odpowiada ich gustom – a zatem tego, co lubią (a więc i chcieliby) oglądać, słuchać bądź czytać etc.

Inną kategoryzację stanowi jeszcze kategoryzacja, której teoretycy sztuki dokonują ze względu na czynniki, które mają największy wpływ na powstanie dzieła. I tak wyróżniamy tu primo twórczość profesjonalną, którą kieruje przede wszystkim refleksja. Zaś ideał takiego rodzaju twórczości (tj. sztuki) stanowi świadomość każdego kroku, jaki zmierza do finalizacji wykonywania danego dzieła. Secundo, zgoła odmienną charakterystyką odznacza się natomiast tzw. sztuka naiwna, która wykazuje z kolei silne nacechowanie ekspresją, poprzez którą artysta niejako „wylewa z b4a2ec7263b0f0e8f61ece6e77c72069siebie” nadmiar buzujących w nim emocji. Twórczość naiwna nawet mimo tego, że wykazuje wiele niedostatków i braków, odznacza się jednak sporym entuzjazmem, a czym często zdobywa sobie aplauz, zwłaszcza młodej publiczności.

Prócz tego wyróżnić możemy jeszcze tertio – twórczość czyli sztukę ludową, w którym decydującą rolę stanowi zaś intuicja. I wreszcie quattro – wyróżniamy też sztukę (twórczość) amatorską, która głównie nastawiana jest na realizację.

To wewnętrzne zróżnicowanie sztuki uwidacznia nam z kolei zróżnicowanie wielości sytuacji artystycznej, a także pewien niejako pluralizm postaw artystycznych, i w końcu zróżnicowanie rozmaitych potrzeb, jakimi kierują się jej odbiorcy.

To zaś stanowi jeartysta_stockden z nielicznych dowodów podważających główną tezę tych roztrząsań o istnieniu dwóch odrębnych gatunków człowieka i wprowadzenia ich rozróżnienia na dwa gatunki Homo Sapiens i Homo Artefix et Creator. A zatem dowodem, który obalając tę tezę, potwierdza fakt, iż twórczość artystyczna w pewnym sensie też nie stanowi wcale czegoś aż tak diametralnie odmiennego od wszelkich innych form ludzkiej działalności. A także, co zatem wynika, iż artyści w pewnym sensie podobnie jak wszyscy inni ci „nie – artyści” żyją w tym samym świcie i rzeczywistości, a prze to są też i zaangażowani czy uwikłani w podobne sprawy tak samo.

Tym niemniej ów sporadyczny dowód nie zmienia wcale a wcale faktu, jakoby Artysta stanowi byt zgoła odmienny diametralnie i różny od bytu, jaki stanowi normalnie każdy zwykły, przeciętny „zjadacz chleba” – typowy przedstawiciel dominującego gatunku Homo Sapiens….

Co jednak odróżnia jeszcze owego Artystę od reszty ludzi rozumnych?

Z pewnością odróżnia go przede wszystkim jego specyficzna, artystyczna wrażliwość – która często gęsto przybiera formę niebotycznej nadwrażliwości, czego i ja sama zresztą stanowię doskonałą egzemplifikację. I to owej specyficznego rodzaju wrażliwości, czy nadwrażliwości, artysta zawdzięcza tę bezcenną umiejętność przyjęcia wobec tych samych spraw co0_0_291182836_Poczatkujacy_artysta_przez_Moostafa_middle inni ludzie postawy odznaczającej się znacznie większą intensywnością, wręcz radykalną, a czego ślad pozostawiany jest właśnie w formie dzieł sztuki. Artysta bowiem, jako największy miłośnik sztuki, umiłował nad życie piękno, które potrafi nie tylko tworzyć, ale i je dostrzegać w każdym istnieniu czy bycie.

 

I tak zilustruje to przykładem cytatu słów Ascanio Condivi, który w Żywocie Michała Anioła takimi słowy opisuje zamiłowanie słynnego artysty Michała Anioła do piękna, piękna natury niejako, z którego czerpał on swe malarskie natchnienie:

[…]Nie tylko kochał on piękno ludzkie, lecz w ogóle każdą rz141013-cytaty-motywacja-inspiracja-niebo-jest-granica-slady-stop-na-ksiezycu-Harlan-Cobenecz piękną; pięknego  konia i pięknego psa, piękny kraj, piękną roślinę, górę czy las, i każdą okolicę, i rzecz piękną i rzadką w swoim rodzaju, uwielbiając to wszystko z przedziwnym uczuciem; w ten sposób zbierał, gdzie mógł, piękno natury, jako pszczoły zbierają miód z kwiatów posługując się nim w swoich pracach; jako to robili zawsze wszyscy, którzy w malarstwie mieli jakiś rozgłos […][7].

IV. EPILOG – CZYLI MIT O ALIENACJI HEROSA PÓŁ – BOGA W ŚWIECIE ZWYKŁYCH ŚMIERTELNIKÓW…

I tak oto dobrnęliśmy aż do samego końca tychże roztrząsań i ostatniego już rozdziału, a w którym to podług reguł i prawideł winno się dać prym podsumowaniu, reasumując uprzednio tu poczynione rozważania. Ale też na samej mecie winna się znaleźć tu jakaś błyskotliwa i najlepiej cięta pointa – którą należy się tekst okrasić, co by dopełnić całości, dodając ową przysłowiową „wisienkę na torcie”…

pytanie-artysty-co-sadzi-o-opinii-krytykow-na-temat-swojego-dziela

A zatem pora na podsumowanie najsampierw.

Reasumując całokształt powyższego wywodu, najsampierw nasuwa mi się na myśl refleksja taka, iż Artysta – Twórca jako ów odrębny gatunek człowiekowatych, może być najtrafniej przyrównany do postaci z mitów, choćby np. greckich, mitycznych Herosów pół bogów, takich jak choćby ów najsłynniejszy Herkules. A zatem Artysta to primo heros – forma nadczłowieka obdarzonego nadludzką mocą, zdolnościami czy talentami. Zaś secundo – Artysta to pół bóg, a więc krzyżówka istoty ludzkiej z istotą boską, czy bogiem, obdarzona boskimi przymiotami i mocą, posiadająca prócz standardowego Człowieczeństwa w sobie także i ów pierwiastek boskości – a przez to ów mieszaniec pół bóg, pół człowiek, skazany jest na swoistą alienację i społeczny ostracyzm; jest on mieszańcem – ni to człowiek, ni to bóg, zawieszony gdzieś pomiędzy tymi światami, gdzieś w pół drogi pomiędzy bogiem a człowiekiem, który w żadnym z tych światów nie jest u siebie, nie pasując ani tu, ani tam, zbyt ludzki dla bogów, zbyt boski dla ludzi – ot samotny wygnaniec, bezdomny outsider ugrzęzły w bagnie swej artystycznej alienacji, bezpański kundel, nie pasujący do żadnej z ras…

Ów Artysta – Heros i Pół Bóg obarczony przeto jest dwoistym ciężarem i sortem obowiązków oraz powinności, jakich dopełnienia się od niego bezwzględnie wymaga. Primo jest to ciężar Człowieczeństwa i wszelkich kwestii z nim powiązanych, ciężar obowiązków i powinności, jakie każdy Człowiek bezwzględnie wypełnić musi, aby udowodnić swe Człowieczeństwo pełne i zasłużyć na miano prawdziwego Człowieka – Humanisty, idealnej formy człowieczej, doskonale perfekcyjnego ludzkiego istnienia… W tym między innymi te obowiązki i powinności Człowiecze, jakie Człowiek posiada względem każdego innego Człowieka – czyli w zasadzie całej ludzkości. I też te względem Człowieczeństwa i jego istoty, obowiązki i powinności ich obrony, walki o nie, troski i dbałości o ich blask, piękno, wartość ale i ogólnie – istnienie i byt. Te jakie na ludzkim świecie od Człowieka wymagać się zwykło i wobec ludzkiego świata, spraw i istot odpowiedzialnością obarczyć można innego Człowieka.

no2a7877-2

I secundo – obarczony jest on też ciężarem, obowiązkami i powinnościami zgoła odmiennymi od tych ludzkich, nadludzko ciężkimi i wymagającymi nadludzkich mocy, zdolności czy umiejętności, a jakie dla zwykłych ludzi są niepojęte ich maluczkim rozumkiem… Ów nadludzki ciężar, obowiązki i powinności to bowiem te „boskie”, a jakich to od bogów się wymagać winno, i jakie bogowie winni bezwzględnie wypełniać i dzierżyć na to, co „boskie” – mówiąc w skrócie obrazowo. Boski ciężar, który tylko boskie barki udźwignąć zdołają; boskie obowiązki i powinności, jakie bogom wypełniać należy zarówno względem bogów i spraw boskich, jak i względem ludzi i ludzkich spraw oraz świata. Ów element boskości bowiem prócz boskich mocy, atrybutów, zdolności czy umiejętności, również i takie, znacznie bardziej nieprzyjemne i ciężkie, konsekwencje za sobą pociąga…

1373378646_by_Violetta_500

I chyba właśnie ów element boskości, a zwłaszcza jego owe negatywne, ciężkie i nieprzyjemne konsekwencje stanowią przyczynę tego, iż Artysta, aby móc być Artystą i przetrwać w tej formie, musi koniecznie być również wystarczająco (nadludzko właściwie) silny, aby zdołać cały ów nadludzki ciężar, obowiązki i powinności, udźwignąć na swych barkach, dzierżąc dzielnie aż po sam kres swej drogi na tym łez padole…

A też, aby zdołać dźwignąć związany z tym nierozerwalnie cały ogrom owego nadludzkiego cierpienia, bólu, krzywdy i nieszczęścia, a jaki chyba każdemu Artyście zawsze w udziale niestety również przypada…

Tym niemniej nie każdy Artysta jest na tyle silny, a czego niepodważalny dowód stanowi choćby owo słynne magiczne dwadzieścia siedem – czyli owiana legendą, niemal mistyczna, feralna granica wieku, której tak wielu spośród wybitnych nie udało się przekroczyć i ich krótkie życie kończyło się właśnie wraz z ukończeniem owych dwudziestu siedmiu lat. Pośród nich można by wymienić na przykład takich jak Jim Morrison, Kurt Cobain, Janis Joplin, czy nie tak dawno zmarłą wokalistkę Amy Winehouse, która zasiliła rzeszę ofiar feralnego dwadzieścia siedem, i wielu innych, o których do dziś świat pamięta, lecz faktycznie jako o tych, którzy nie mieli na tyle siły, aby udźwignąć cały ów nadludzki ciężar, obowiązki i powinności, jakie złożono na ich barki, jako Artysty – Herosa, owego pół człowieka, pół boga, którego element boskości uczynił czymś innym aniżeli zwykłym człowiekiem – czymś, co ni to bogiem, ni to człowiekiem, a co uznać by śmiało można na realizację nietzscheańskiej idei i snu prawdziwego Nadczłowieka, a dla czego aprobatę wyraziłby zapewne i sam Nietzsche, gdyby go o to zapytano za jego życia jeszcze…

1300042635_by_Kwazi12_600

I taka oto nasz Artysta – Heros, Pół – Człowiek, Pół – Bóg, idealny Nadczłowiek Nietzschego, jak każdy przedstawiciel tego gatunku, na samym początku swej twórczej drogi, postawiony zostaje przed chyba najtrudniejszym dylematem człowieczym – oto musi on dokonać wyboru między życiem, istnieniem i wszystkiego co z nim związane, wszystkiego rodzaju szczęścia, radości, przywilejów, korzyści i pozytywnych aspektów, jakie dane są zwykłemu, normalnemu przeciętnemu człowiekowi z gatunku Homo Sapiens, bądź to wyrzeczeniem się ich i tego wszystkiego, na rzecz życia, istnienia i wszystkiego, co tylko z nim związane, jakie dane jest Artyście, składając krwawą ofiarę całopalną z tego wszystkiego ludzkiego na ołtarzu Sztuki i Sztuce, aby zaspokoić tym jej nienasycony apetyt i głód człowieczych spraw, rzeczy, cierpień, bólów, smutków i wszystkiego, co zwykłemu człowiekowi jest właściwe… I to Artysta, niczym ów heroiczny Tytan o nadludzkiej sile musi prócz tego dźwigać na swych barkach, jak mityczny Atlas, cały ten świat i ciężar jego wszystkich smutków, cierpień, bólu, doznań, każdej jednej historii, jaka na tym świecie miała miejsce, każdego jednego doznania, przeżycia, emocji czy nawet myśli, jaka na tym świecie kiedykolwiek istniała… I cierpieć cierpieniem tego całego świata, czuć ból i smutek całej ludzkości – całkiem niczym ów werterowski Weltschmerz, tak ukochany przez Romantyków!

Tak więc oto i ja, naznaczona tym nadludzko ciężkim brzemieniem Artysty – męczennika, cierpię cierpieniem tego całego świata, współodczuwając ból całej ludzkości, pogrążam się w bezdennej głębinie człowieczego smutku… i tylko owej sentencji łacińska melodia mi nadzieje i siły daje, że: „Non omnis moriar!” – i gdy ją tylko na myśl przywołam, znów tę absolutną pewność mam, że choćby nie wiem co, to i tak jednak warto!

 

Fin.

 

By Anna Gabriella Lilith Gajda © All Rights Reserved

9 lipiec A.D. 2016

Artystycznie boski Sosnowiec latem…

Przypisy:

[1] Encyklopedia PWN,  wersja online: http://encyklopedia.pwn.pl  , [dostęp:] 03.07.2016.

[2] Słownik Języka Polskiego, red. Szymczak, Wyd. PWN, wersja online: http://sjp.pwn.pl/, [dostęp:] 03.07.2016.

[3] Słownik Języka Polskiego pod red. W. Doroszewskiego, Wydawnictwo PWN, wersja online: http://sjp.pwn.pl/doroszewski, [dostęp:] 03.07.2016.

[4] Marian Golka, Socjologia sztuki, Warszawa: Difin, 2008, s. 77. Hasło wprowadził(a): Bogna Kietlińska

 

[5] Maria Gołaszewska, Kim jest artysta?, Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne, Warszawa 1986.

[6] SJP pod red. W. Doroszewskiego, Wyd. PWN, wersja online: http://sjp.pwn.pl/doroszewski, [dostęp:] 04.07.2016.

[7] Ascanio Condivi, Żywot Michała Anioła¸ Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1960.

z12849069IF

O współczesnych trollach gnębiących wirtualny świat Globalnej Wioski – czyli rzecz o trollingu internetowym….

z12849069IF

By Anna Gabriella Lilith Gajda®

I. PROLOG – CZYLI KILKA SŁÓW PRO FORMA…

My, ludzie współcześni, żyjący teraz obecnie w XXI wieku, jesteśmy szczególni i niejako „wybrani”, nie tylko ze względu na to, iż to nam właśnie przyszło stać się naocznymi świadkami tak doniosłego i przełomowego momentu w dziejach ludzkości, jakim było nastanie Nowego Millenium, a też i żyć w tym Nowym Millenium, pławiąc się w luksusie tej całej jego „nowoczesności”, ale też i z zupełnie innej, lecz nie mniej doniosłej ani przełomowej przyczyny…

Albowiem oto my, ludzie współcześni staliśmy się również naocznymi świadkami nastania zupełnie nowej, odmiennej i nieznanej Nowej Ery czy Epoki – Epoki Globalnej Wioski i w której to właśnie nam, jako pierwszym „pionierom” przyszło odtąd żyć, a która odmieniła dotychczas znany nam świat tak absolutnie całkowicie, że wręcz wywróciła go do góry nogami, burząc doszczętnie uprzedni ład…

I oto w tym zupełnie nowym, innym świecie Globalnej Wioski przyszło nam żyć prócz tej dawnej, znanej ludzkości od zarania dziejów rzeczywistości realnej i realnym świecie, istniejącej tak faktycznie i fizycznie, niejako namacalnej wręcz, również i w drugiej, nowej i tak diametralnie zgoła odmiennej, innej rzeczywistości, jaką jest rzeczywistość wirtualna i wirtualny świat, twór Internetu i Ery Globalnej Wioski, jakiego nigdy ludzkość jeszcze nie znała i nie widziała – rzeczywistość wirtualna, istniejąca jedynie jako bezcielesny, nienamacalny i nie fizyczny twór – idea w Internetowej, przepastnej i ponoć dosłownie nieskończonej przestrzeni, biegnącej światłowodami sieci, a która to już teraz stała się dla nas równie istotna i prawdziwa, „realna” wręcz jak ta faktycznie istniejąca rzeczywistość, a życie w „virtualu” równie prawdziwe jak to w „realu”.

Ta zupełnie nowa, wirtualna rzeczywistość – tak zgoła diametralnie i absolutnie odmienna, inna od tej realnej, otworzyła przed nami niejako kolejne, zupełnie nowe „drzwi percepcji”, prowadzące do kolejnego zupełnie nowego, nieznanego Świata, jakim jest ów świat wirtualny Internetu.

I też wszystko, co w tym świecie istniało, istnieje, bądź zaistnieje kiedyś jest również podobnie całkiem nowe i diametralnie całkiem odmienne, inne, aniżeli to, co było nam uprzednio znane z życia w „realu” (i wcale nie chodzi tu o jeden z popularnych hipermarketów! J)

Pora więc już najwyższa, aby dokonać eksploracji i poznać lepiej ów nasz nowy, nieznany wirtualny świat, oraz tę nową rzeczywistość drugą, w jakiej to nam właśnie przyszło jako pierwszym żyć i być w niej pionierami, przecierającymi szlak dla potomności i eksplorujących wnętrze tego nowego, nieznanego interioru oraz mnogości zjawisk i form, jakie on w sobie kryje – nauczyć się tej nowej rzeczywistości wirtualnej i nowego, wirtualnego życia w niej – jego zasad, reguł, prawideł i biegu, jego formy bytu i istnienia, jakie tylko będzie nam tam dane napotkać czy doświadczyć, a też w którym to żyjemy już obecnie, chyba bez przesady, już równie mocno, głęboko i „prawdziwie”, co w tym realnym, namacalnym fizycznie – w tym starym, dobrym „realu”….

A ową eksplorację świata wirtualnego i naukę oraz poznawanie jego realiów oraz wirtualnego życia w Globalnej Wiosce, można rozpocząć już teraz, chociażby od lektury niniejszego artykułu i zapoznania się nieco bliżej z jednym z bardziej charakterystycznych, częstych i istotnych zjawisk w Internecie, jakim jest trolling i trolle internetowe, o których to traktuje tenże artykuł.

A zatem… zapraszam Was Drodzy Czytelnicy w podróż do wirtualnej krainy czarów Internetu i niezwykłą przygodę w tej wirtualnej krainie pełnej złośliwych trolli – Enjoy the trip! 😉

II. WSTĘP.

Internet to chyba jeden z najgenialniejszych wynalazków w historii ludzkości, za pomocą którego ludzie z całego świata zyskali możliwość przesyłania niezliczonej ilości nawet bardzo zróżnicowanych danych oraz globalnego komunikowania się. A który to ów nasz współczesny świat i ludzi w nim obecnie żyjących przeniósł w ten zupełnie nowy, odmienny wirtualny świat Globalnej Wioski, zmieniając doszczętnie absolutnie wszystko, i który nagle oto pozbawiony został wszelkich dotychczasowych ograniczeń, w którym granice i odległości dzielące dotychczas ludzi nagle znikły zupełnie, przestając stanowić barierę czy przeszkodę a cały świat legł u stóp absolutnie każdego, kto tylko posiadał połączenie z siecią i dostęp do Internetu – Globalna Wioska przywitała ludzkość w swej wirtualnej Krainie Czarów bez granic….

I oto odtąd rzeczy jakie dotychczas zdawały się absolutną niemożliwością, urzeczywistniły się stając możliwe, a też i równie łatwe jak mrugnięcie okiem. Chcesz pochwalić się znajomym fotkami z urodzin? Nie ma problemu, wystarczy jedno kliknięcie! Masz ochotę napisać bardzo długi list do serdecznej przyjaciółki w Nowej Zelandii i szybko otrzymać na niego odpowiedź? „Mały pikuś”! A może potrzebujesz porady i rozeznać się zapytując ludzi z całego świata o to, jakie posiadają oni sposoby na najlepsze naleśniki czy połów ryb „na muchę”? Cóż, chwilka pracy i gotowe – voila! A może doskwiera ci brak zagranicznych znajomych? To też da się bardzo prosto i szybko załatwić w Internecie, bez obaw!

Oto drogi Czytelniku, witamy bowiem w Globalnej Wiosce, w miejscu, w którym każdy ma prawo do woli korzystać z ograniczonej anonimowości i szerokiego grona potencjalnych odbiorców, w którym może komunikować się bez żadnych przeszkód i ograniczeń z całym światem, a jakie dawniej stanowiły chociażby np. granice państwowe czy odległości dzielące ludzi od siebie…

Jednakże mimo tego całego, nieskończonego ogromu dobrodziejstw, jakie przyniósł ludzkości ów wynalazek, jakim jest Internet obecnie, niestety również i na jego negatywne efekty nie przyszło nam długo czekać, cóż – c’est la vie!

Atoli dlatego, iż jak powszechnie wiadomo, każdy wynalazek w historii ludzkości został choć raz wykorzystany w złym celu – poczynając od koła aż po technologię rozszczepiania atomów. A to zaś stąd, iż żaden wynalazek sam w sobie nie jest jeszcze ani dobry, ani też zły, a dopiero to, w jaki sposób zostanie on wykorzystany, może być dobre lub złe, a też cele do jakich będzie używany są dopiero dobre lub złe, a nie on sam w sobie….

Lecz niestety i w przypadku Internetu również znalazło się bardzo wielu ludzi, którzy z wielką chęcią wykorzystali i tenże genialny wynalazek w zły sposób, i którym posłużył on do złych celów. A to choćby takich jak uprzykrzanie innym użytkownikom korzystanie z niego, łamanie obowiązujących zasad, agresję czy tzw. „cyberprzemoc”, siejąc zamęt, wzniecając kłótnie, wrogość i dezorganizując normalne funkcjonowanie i niejako „życie” w danych zakątkach Globalnej Wioski.

A w kwestii form takich działań i zachowania, jak mniemam, chyba niemalże każdy jeden z internautów, słyszał bądź miał do czynienia – aczkolwiek zapewne nie zawsze był tego w pełni świadom – z jakimś trollem internetowym

trolling-is-a-art

Strolllowany żart o trollingu ;)

A właśnie owe trolle internetowe są sprawcami zjawiska zwanego trollingiem bądź inaczej trollowaniem, jakie tutaj stanowić będzie meritum poniższych roztrząsań.

III. TROLLE I TROLLOWANIE – WPROWADZENIE DO ZAGADNIENIA.

Z racji szacunku dla obowiązującej normy i utartej tradycji, obowiązującej dla tego rodzaju tekstów, a zwłaszcza stylu naukowego, jaki tutaj usilnie staram się naśladować, należałoby najsampierw „dopełnić formalności”, a więc zająć się kwestiami definicji głównych pojęć strategicznych dla tychże rozważań – czyli stanowiących tu owo meritum.

Kwestie definicyjne, jak wszelkie kwestie formalne, podobnie jak formalności dopełnić się należy, mimo że nudne, żmudne i w ogóle pragmatycznie prozaiczne i „odtwórcze” do tego jedynie tam bla bla bla.. – ale obowiązek wypełnić swój trzeba jednak i basta! A zatem i ja, obowiązku dopełnić swego tu muszę należycie – i poświęcić tu chwilę i trochę miejsca na wyklarowanie i dopełnienie wszelkich należnych „formalności”, jakie stanowią kwestie definicyjne i podjąć próbę wstępnego zdefiniowania głównych pojęć dla niniejszego wywodu i roztrząsań w nim poczynionych.

A zatem definiowanie czas zacząć!

  1. Trolling, trollowanie i trolle – czyli definicje głównych pojęć.

Trolling czy inaczej trollowanie stanowi jedno z aspołecznych zachowań w Internecie, jakie poniekąd zalicza się także do form tzw. cyberprzemocy, czyli form zachowania agresywnego i przemocy stosowanej w sieci.

Pojęcie trollingu, najprościej można by zdefiniować jako pewien rodzaj niestosownego zachowania, spotykanego m.in. na forach internetowych i czatach, a także w przypadku wszelkich innych form internetowych dyskusji i komunikowania. Polega zaś ono na świadomym, celowym i niejako „z premedytacją” prowokowaniu innych użytkowników do reakcji i partycypacji w danej dyskusji, poprzez zamieszczanie agresywnych, kontrowersyjnych (a również często niezwiązanych z tematem forum czy grupy), bądź też obraźliwych (często o charakterze osobistym – np. argumenty ad personam) wypowiedzi, np. komentarzy, postów etc., których cel stanowi rozbudzenie czy wszczęcie nowej dyskusji oraz skupienie uwagi na trollu, jak nazywana jest osoba uprawiająca tenże proceder. A to wszystko po to, by siać zamęt, dezorganizację i oczywiście – sprowokować kłótnie, czy też tzw. flame war lub flaming inaczej mówiąc.

Efekty trollingu zwykle stanowi owa dezorganizacja forum czy grupy oraz ich funkcjonowania, bądź też potęgujące się zirytowanie pozostałych użytkowników, a poniekąd też zaognienie konfliktu, a nawet sięganie po co raz to ostrzejszą „broń” przez jego partycypantów, a więc eskalację form agresji i przemocy przezeń używanych.

A za najprostszą i najskuteczniejszą „broń” w walce z trollem uważane jest zaś jego całkowite zignorowanie – co ostudzi do cna jego zapał po pewnym czasie i oznaczając poniesienie przezeń klęski, zmusi do „odwrotu” i dezercji z tego akurat pola bitwy w poszukiwaniu nowych, bardziej podatnych na jego prowokację ofiar w innych miejscach tego rodzaju…

Trolling+is+a+art+not+mine+i+just+screencapped+all_d35a9f_3097535

Trolling o trollingu – typowe…. ;)

I tyle względem tej „najprostszej” definicji, a więc najbardziej uproszczonej i skrótowej, która jednakże nie wyczerpuje jeszcze tematu, ani też kwestii definicyjnych i pełnej definicji rozważanego tutaj pojęcia.

Względem zdefiniowania wstępnie pojęcia, stanowiącego meritum niniejszych roztrząsań, posłużę się źródłem być może nie godnym miana źródła rzetelnej wiedzy i do jakiego kategorycznie bezwzględnie nie należy nigdy sięgać, czyli tzw. wszystkowiedzącej cioci Wikipedii, aczkolwiek jedynie nieznacznie się o to źródło podpierając tylko, aniżeli czerpiąc z niego wiedzę czy się na nie powołując w pełni.

Tak oto trolling czy też inaczej trollowanie, jak już napomknęłam uprzednio, stanowi swoiste zachowanie antyspołeczne[1], które jest charakterystyczne dla miejsc w Internecie takich jak fora internetowe czy grupy dyskusyjne, oraz innych miejsc w Internecie, gdzie prowadzone są dyskusje, umożliwiających interaktywną partycypację jej członkom.

Osoby, parające się procederem, jakim jest trolling, nazywane zaś są trollami internetowymi.

Trolling polega zaś na zamierzonym, celowym – i niejako dokonywanym „z premedytacją” – wpływaniu za pomocą prowokacji na innych użytkowników, które często ma na celu ich ośmieszenie czy wręcz obrażenie, a czego zaś efekt stanowi zwykle sprowokowanie i zainicjowanie kłótni – bądź też tzw. falme war czy flaming inaczej mówiąc. Zwykle realizuje się to za pomocą primo wysyłania, zamieszczania czy publikowania pewnych mocno kontrowersyjnych, ofensywnych i napastliwych, często też niezgodnych z prawdą, fikcyjnych czy zmyślonych po prostu, przekazów, jak np. wiadomości, komentarze, posty, itp. I secundo za pomocą różnego typu zabiegów erystycznych, używanych w tym celu przez trolle.  Takie działanie zaś bazuje na upublicznianiu tego typu wiadomości w roli niejako przynęty, która byłaby w stanie doprowadzić do zainicjowania zagorzałej dyskusji, a finalnie też zwykle kłótni czy inaczej flame war’u lub flame’u.

Więcej światła w tym względzie wniesie nam kwestia etymologii pojęcia, jaką rozważę nieco później, a następnie późniejsze roztrząsania odnośnie jego genezy. A póki co zostawię tę kwestię na razie i pozwolę sobie kontynuować definiowanie.

efc1e0629e4c070942eb07ebc2abfce6

Typowy przykład trollingu…

Za typowe miejsca bytowania trolli uznaje się np. grupy i listy dyskusyjne, fora internetowe, czaty i inne, gdzie tylko istnieje możliwość partycypacji w interaktywnej dyskusji, jak choćby na portalu Onet.pl, gdzie można dodawać komentarze pod rozmaitymi wiadomościami, newsami czy informacjami tam zamieszczanymi, a co umożliwia także takowe prowadzenie dyskusji tamże.

Uogólniając trolling obecnie uznawany jest za zachowanie nieakceptowalne, które stanowi bowiem poważne naruszenie jednej (bądź nawet i więcej) z podstawowych zasad tzw. netetykiety. Ponadto efekt tego zachowania stanowi m.in. dezorganizacja danego miejsca w Internecie, gdzie prowadzona jest dyskusja i skupienie uwagi na osobie trolla, a którem zresztą o to też się głównie rozchodzi…

I to tyle względem głównej części naszej definicji. Teraz, w ramach definicji, dodam jeszcze krótko tylko kilka słów względem etymologii pojęcia trolling, a też i trolla internetowego poniekąd.

Etymologicznie termin trolling wywodzi się od angielskiego terminu trolling for fish, a które oznacza metodę łowienia ryb na tzw. haczyk, czy błystkę, a to zaś wyjaśnia nam nieco samo nasze pojęcie, uzupełniając jego uprzednio tu stworzoną ogólną definicję. Jako że ów nasz troll, uprawiając trolling, działa podobnie – niejako „zarzuca haczyk” czy „przynętę”, poruszając np. kontrowersyjny temat, zresztą często bez potrzeby, ot by tylko jakoś sprowokować tę kłótnie, wywołać flame war – cel jego działania…

10134710357451d09

W tym miejscu dodam jeszcze odnośnie etymologii pojęcia trolling, iż w skutek niejako wstecznej etymologii, osoby uprawiające trolling, zostały nazwane właśnie trollami – poniekąd też od owych legendarno – baśniowych stworów z mitologii nordyckich, do czego postaram się jeszcze wrócić na moment w dalszych częściach niniejszego wywodu, jako że względem definicji, te informacje są tu absolutnie całkowicie wystarczające i w pełni wyczerpują wszelkie kwestie definicyjne w tymże zakresie.

I tak oto zakończyliśmy już definiowanie pierwszego z terminów stanowiących meritum późniejszych tu roztrząsań, jakim jest trolling lub inaczej trollowanie, sformułowawszy już tu uprzednio jego pełną definicję ogólną.

W kwestii definiowania elementarnych pojęć, warto by było w tym miejscu pokusić się o zdefiniowanie pokrótce jeszcze jednego, pokrewnego co prawda terminu, ograniczając się oczywiście także tylko do ogólnej jego definicji tutaj.

Pojęcie owo zaś stanowi termin pochodzący bezpośrednio od pojęcia trollingu,  jakim jest pojęcie troll internetowy, jego słowotwórczy derywat, który oznacza osobę uprawiającą tenże proceder, czy która uprawia trolling (tzw. nazwa sprawcy/wykonawcy czynności w słowotwórstwie, abstrahując nieco od meritum wspomnę tylko na marginesie…).

A więc wiemy już z powyższych wynurzeń, iż ów definiowany tu troll (internetowy), to osoba uprawiająca trolling, który zdefiniowaliśmy uprzednio co i jego znaczenie jest nam już znane.

Co z niego zaś wynika, troll to osoba, która za pośrednictwem rozmaitych narzędzi oferowanych przez Internet usiłuje wywołać negatywne reakcje (zwłaszcza emocjonalne) współużytkowników, za pomocą „haczyka – przynęty”, jaką jest prowokacja – najczęściej rozchodzi się tu o sprowokowanie kłótni, a inaczej mówiąc flame war czy flame’u.

Miejsc bytowania czy działalności trolla może być bardzo wiele różnego rodzaju, jako że zasadniczo trolling można uprawiać w każdym miejscu w sieci, które tylko umożliwia pisanie czy zamieszczanie wypowiedzi, komentarzy, postów, bądź też jakimkolwiek serwisie, który tylko daje możliwość interakcji z innymi użytkownikami, takich jak np. fora internetowe, grupy czy listy dyskusyjne, czaty czy portale społecznościowe, a nawet informacyjne, gazety internetowe, blogi, itp.

Przyczynę trudności w dokonaniu identyfikacji trolla w danym miejscu, stanowi kwestia jego odróżnienia od zwykłego idioty – ograniczonego chama czy chuligana, bądź też od osoby posiadającej faktycznie niezwykle oryginalne poglądy, które także mogą czasem wzbudzać wiele kontrowersji lub uchodzić za kontrowersyjne, a nawet bulwersujące czy obrazoburcze. I tu po części niezbędna jest i pewna wiedza, i pewne doświadczenie oraz „obycie”, jak też i pewna intuicja, na którą też czasem konieczne jest się zdać częściowo, próbując zidentyfikować trolla.

W kwestii definiowania omawianego tu pojęcia należy nadmienić jeszcze tylko o jednej rzeczy, a jaka to związana jest z dość częstym myleniem pojęć.

Najprościej można by to wyrazić za pomocą następującego równania:

Trolling ≠ robienie komuś kawałów!!

Albowiem pojęcie trolling absolutnie nie jest tożsame w żadnym wypadku ze znaczeniem „robienie komuś kawałów” i tychże dwóch odrębnych zupełnie pojęcie bezwzględnie nie należy mylić ani też utożsamiać ze sobą! Co prawda etymologia tejże błędnej mody na utożsamianie wykręcania komuś kawałów z pojęciem trolling nie jest bliżej znana – a co istotne jest w świetle faktu, iż pojawiają się ludzie, którzy zaczynają rozszerzać zastosowanie pojęcia trollingu także poza świat wirtualny. I w zasadzie mogłoby się zdawać, iż to nic takiego…

A bynajmniej dopóty dopóki nie wyobrazimy sobie, tak przykładowo, sytuacji, w której jakiś dziesięciolatek nie zastępuje trollowaniem co drugi użyty czasownik – trzeba przyznać, iż to iście sic!

Naturalnie w tym momencie zapewne znajdzie się wielu takich, którzy z wyrzutem zakrzykną tutaj, że przecież „[…] słowa zmieniają z czasem swe znaczenie”, i owszem prawdą jest, iż z czasem pierwotne znaczenie słów ulegać może najrozmaitszym transformacjom, mniej lub bardziej abstrahując od owego ich pierwotnego znaczenia. Z tym, że owe transformacje jednakże nie powodują aż tak donośnych zmian – aż o 180°…

A jakby nie było to owo robienie komuś kawałów, czy mówiąc kolokwialnie „robienie sobie jaj” budzi przecież głównie emocje pozytywne, gdy zaś trolling ma konotacje głównie z emocjami negatywnymi.

I to by było na tyle względem kwestii definicyjnych i definiowania elementarnych pojęć. Czas teraz przejść powoli do meritum i wgryźć się w temat nieco głębiej…

IV. TROLLOWANIE – GENEZA, ZNACZENIE I PORTET TROLLA.

  1. Geneza zjawiska trollingu i trolli

Sam czasownik troll etymologicznie wywodzi się od starofrancuskiego troller, terminu myśliwskiego. Z kolei rzeczownik troll wywodzi się z mitologii i jest określeniem pewnego rodzaju potwora. Trolle są ponad to również bohaterami skandynawskich bajek, a w których to ukazywane są jako stwory niezwykle podstępne i skore do psot.

O ile obecnie trollowanie jest postrzegane głównie jako zjawisko patologiczne i chuligańskie, to ma ono swoje źródła w zjawisku o wiele bardziej pozytywnym, jakie stanowiły działania podejmowane w Usenecie wobec nowych użytkowników (czyli tzw. newbees lub newfags), a którego cel stanowiło ich zdyskredytowanie (jako laików, nowicjuszy etc.) w oczach użytkowników konkretnej grupy dyskusyjnej.

W światku Usenetu ceniono tego typu trollowanie, a jego ofiarom czasem wysyłano akronim YHBT („you have been trolled”, czyli zostałeś strollowany), a co stanowiło formę powiadomienia o tym, iż osoba ta dała się podpuścić. Jednakże z czasem zachowania te straciły swe pierwotne znaczenie, a też i przestały one być akceptowane, zaś osoby nadmiernie te zachowania stosujące, zaczęto piętnować. Piętnowanie to odbywało się zarówno poprzez określanie ich terminem troll, który zakłóca merytoryczny tok dyskusji, jak też poprzez ostrzeżenia kierowane do innych użytkowników, zwłaszcza nowych, przed trollami oraz polecenie im niewdawania się w żadną dyskusję z tymi to trollami.

Z kolei co się zaś tyczy samego pojęcia trollowanie (trolling) ma ono jeszcze nieco inną genezę, aniżeli wspomniana tu uprzednio. Albowiem pojęcie to, jak już wspominałam, stanowi angielski termin wędkarski, który oznacza pewną metodę połowu ryb, jaką jest ciągnięcie przynęty za łodzią.

A w korelacji do terminu internetowego, jakim jest trolling, owa esencjonalna tu „przynęta”, przybiera postać na przykład pewnej mocno kontrowersyjnej, a nawet bulwersującej nieraz, wypowiedzi, jakiej treść zwykle abstrahuje mocno od meritum danej dyskusji.

Tymczasem współczesne rozumienie trollowania czyli trollingu inaczej, ujmuje je jako zachowanie, które czynione jest z premedytacją (a więc umyślnie) i celowo, a które to działanie zmierza do skłócenia pewnej grupy – społeczności czy cyberspołeczności, dezorganizacji tejże grupy oraz dyskusji tamże prowadzonej, a też co się z tym wiąże – wszczęcia kłótni, czy też tzw. fame war’u lub flame’u.

Typowe działanie trolla polega na tym, iż usiłuje on poprzez prowokacje, sprowokować innych użytkowników Internetu do podjęcia z nim dyskusji, a co często przybiera postać niezwykle nachalną i wulgarną wręcz.

Troll ów zarzuca swą przynętę, a więc ową prowokacje, poprzez wysyłanie i upublicznienie wiadomości czy postów, których treść zwykle pozostaje całkowicie niezgodna z faktami i prawdą. A ulubione miejsca bytowania trolla stanowią rozmaite fora, grupy dyskusyjne, czaty bądź też portale społecznościowe oraz wszelkie inne miejsca, w których to odbywają się spotkania i prowadzone są dyskusje.

Niestety działania trolla i jego partycypacja we wszelkich dyskusjach, zwykle nacechowane jest silnie deficytami względem zasad tzw. „Netetykiety”[2], czego konsekwencje stanowi zaś doprowadzanie do niekorzystnego zamętu, rozgardiaszu, bałaganu i dezorganizacji.

  1. Współczesne znaczenie i semantyka terminu trolling – portret współczesnego

Termin został sformułowany w Internecie w późnych latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, z tym, że pierwszy znany przykład pochodzi z roku 1992.

Pierwsze udokumentowane, aczkolwiek nie związane z Internetem, zastosowanie trollingu, w kontekście działalności prowokacyjnej, dokonywanej z premedytacją i umyślne działanie, zostało udokumentowane w roku 1972, w Wietnamie, w lotnictwie armii amerykańskiej.

Z kolei praktyczne zastosowanie trollingu po raz pierwszy zostało udokumentowane w roku 1999 w literaturze akademickiej przez Judith Donath[3]. W swej pracy opisuje ona pewną niejako dwuznaczną tożsamość, przybieraną w pozbawionej wymiaru fizycznego, czyli „ciała” wirtualnej społeczności, jak choćby przykładowo w sieci Usenet. W tym kontekście trolling jest traktowany jako swoista gra w oszukiwanie tejże tożsamości, poprzez fałszywe tożsamości przybierane przez trolla, służące tak samo jak sama wypowiedź przez nie publikowana, wyłącznie celom prowokacyjnym i w tym celu są one tworzone.

Jak pisze Daniel Jachyra, w swym artykule pt. Trollowanie – antyspołeczne zachowania w Internecie, sposoby wykrywania i obrony, do którego abstrahuję w tej części mego wywodu,  Susan Herring w Searching for Safety Online: Managing Trolling in a Feminist Forum zwraca uwagę na trudności, jakie mają miejsce w trakcie monitorowania trollingu, przy jednoczesnym utrzymaniu wolności słowa w obrębie społeczności internetowych. A to stąd, iż ciesząca się powszechną akceptacją wolność słowa i wypowiedzi, może skutkować zaistnieniem zachowania sygnalizujące trolling. To zaś w konsekwencji okazuje się kolidować z interesem osób, których cel stanowi utrzymanie otwartego charakteru dyskusji. A co w szczególności uwidacznia się w obrębie tematów „wrażliwych” czy drażliwych, takich jak kwestie np. płci, rasy, orientacji seksualnej czy seksu[4]. Stąd na wielu stronach czy serwisach, jak np. nasza-klasa.pl czy facebook.pl, pojawia się wymaganie od użytkowników podania ich (prawdziwych) danych osobowych oraz adresów e – mail, a co ma z kolei na celu obarczeniem użytkowników poczuciem odpowiedzialności za swe wypowiedzi tamże publikowane, a w efekcie także zminimalizowanie zachowania nacechowanego brakiem kultury.

I tak oto obecnie, w epoce Globalnej Wioski, trollowanie semantycznie napiętnowane jest jako zachowanie o zdecydowanie negatywnym znaczeniu, czy wręcz nawet chuligańskie, i straciło wszelką akceptację.

  1. Portret współczesnego trolla – czyli charakterystyka trolla i trollowania.

Tu jednak rodzi się pytanie o to, kim więc właściwie jest ów troll internetowy? Postaram się zatem udzielić tu wyczerpującej odpowiedzi na to pytanie, tak by nie pozostały już żadne wątpliwości odnośnie tego, kim jest ów nasz troll.

Trolla można określić, jako osobę, która to poprzez wykorzystanie narzędzi, jakie oferuje Internet, usilnie dąży do tego, aby wywołać negatywne reakcje (zwłaszcza te silnie emocjonalne) innych współużytkowników – najczęściej rozchodzi się tu o zażartą kłótnię, bądź też tzw. falme war czy flame. Terytorium trolla, na którym to on prowadzi swe działania, w zasadzie może stanowić każde jedno miejsce w Internecie, które tylko daje możliwość interaktywnej partycypacji użytkownikom czy, w którym odbywają się jakiekolwiek dysputy pomiędzy użytkownikami, lub istnieje możliwość publikowania własnych wypowiedzi, komentarzy czy postów, etc. Wszędzie tam, gdzie toczy się jakakolwiek dyskusja, prędzej czy później zjawia się i troll – będąc niejako nieodzownym wręcz elementem każdej internetowej dysputy.

Nakreślenie portretu współczesnego trolla pozwolę sobie rozpocząć od pewnej kategoryzacji ogólnej typologii trolli, bazującej na obserwacjach Internautów, podług której to wyróżnia się trzy podstawowe typy oraz dodatkowy czwarty podtyp trolli internetowych, a które to są następujące:

  • Troll kategorii C:

Ten typ stanowi osoba, podług mniemania której to zupełnie wystarczające jest „zgwałcenie” ojczystej ornamentyki i reguł ortograficznych, do tego, ażeby przykuć uwagę do swej persony. Zazwyczaj jego działania nie wykraczają poza jedynie wulgarne „bluzgi”, obelżywe wyzwiska i zniewagi, o iście żenującym poziomie. Ten najbardziej żałosny z typów trolli, zwykle cechuje się tendencją do nagminnego nadużywania Caps Lock’a (czyli dużych liter, a co oznacza krzyk i jest kategorycznie potępiane przez netetykietę). Na jego nędzne prowokacje najniższych lotów, nabrać dają się niemal wyłącznie jedynie tylko osoby zupełnie nieobeznane z wirtualnym światem Internetu, jak choćby tzw. newbees czy newfags – „świeżaki”, dla których realia wirtualnych światów są jeszcze zupełnie nieznane i obce… Zaś cała pozostała reszta użytkowników reaguje na te żałosne wysiłki zwykle po prostu zgłaszając takowe komentarze czy wypowiedzi do moderacji i ignoruje je całkowicie, przeglądając dalej ową stronę, jak gdyby nigdy nic…

  • Troll kategorii B:

Ten typ cechuje się równą nieuprzejmością, jak ów omawiany tu uprzednio, z tym, że jest już nieco bardziej wprawionym retorem – kolokwialnie mówiąc, jest on nieco bardziej „wyszczekany”. Cechy dystynktywne takiego trolla to wypowiedzi czy komentarze, odznaczające się znacznie większą już obszernością czy długością. Również prowokowanie w celu wywoływania negatywnych reakcji w jego wydaniu jest już znacznie bardziej skuteczne, aniżeli w przypadku omawianym powyżej. Aczkolwiek warto dodać, iż pewność, co do tego, iż napotkany w sieci troll, należy właśnie do tego typu, najprędzej dać może fakt, iż jest on notorycznym chamem!

  • Troll kategorii A:

To niejako „najbardziej wyrafinowany” typ spośród trolli internetowych, a zarazem najskuteczniejszy i nastręczający najwięcej trudności w jego identyfikacji, jako że identyfikacji tejże dokonać udaje się zwykle dopiero po odbyciu z nim dłuższej zdecydowanie dyskusji. W konfrontacji ze standardami obowiązującymi w Internecie, można rzec, iż dba on „jako tako” przynajmniej o formę, jaką nadaje swym wypowiedziom. Cechę dystynktywną tego typu trolla, stanowi primo częste posługiwanie się argumentami, jakie zostały przez niego zasłyszane od innych użytkowników (kalki myślowe), przy czym odznaczające się ewidentnym brakiem jakiejkolwiek samodzielnej refleksji – powiela on jedynie, jak kalka, cudze poglądy czy argumenty, niczym zwykłe „ksero”….

To, iż mamy do czynienia z takim całkiem dość umiejętnym trollem, rozpoznać można na podstawie faktu, iż  owa osoba napotkana w sieci odznacza się silną i ewidentną tendencją do uporczywego powtarzania jak automat, treści brzmiących dość znajomo – jak choćby pewne kalki myślowe, utarte stereotypy czy mity, itp. Przykładem takich treści mogą być często spotykane, sztampowe poglądy, takie jak np.:

„[…] Owsiak  to wspaniały człowiek ale głupie polaczki nie mogą żyć bez opluwania lepszych od siebie”, bądź pogląd, iż – aczkolwiek zgodny z prawdą tak właściwie – „Marihuana jest mniej szkodliwa od alkoholu”.

Te powielane, niejako kserowane, sztampowe „kalki”, gdy się je czyta sprawiają, iż „cholera bierze człowieka i szlag trafia” – tak kolokwialnie mówiąc. Ale o to tu przecież właśnie chodzi!

Prócz powyższych trzech, głównych typów trolli, można wyróżnić jeszcze jeden dodatkowy, czwarty podtyp niejako, jak następuje poniżej.

  • Troll kategorii AA:

O osobach tego typu zwykło się mówić, iż stanowią one prawdopodobnie najbardziej nieszczęśliwych ludzi w Internecie. To tzw. trollołaki, jak też ochrzczona została grupa ludzi odznaczających się brakiem świadomości tego, iż przekroczyli oni barierę między fanatyzmem a zwykłym internetowym trollingiem. W zasadzie ich zachowanie charakteryzuje się cechami podobnymi do zachowania trolla typu A, z tą jednakże różnicą, iż ich celu nie stanowi wcale a wcale rozpętywanie kłótni czy flame war’u, lecz jest to najzwyczajniej po prostu sposób, w jaki zwykli oni normalnie prowadzić dyskusję. I tak oto w celu zapewnienia spokoju innym Internautom, niestety nie pozostaje tu nic innego, jak i ten podtyp traktować jednakowoż, jak każdego innego, pełnoprawnego trolla.

Kolejny element naszego portretu współczesnego trolla, jaki usiłuję tu naszkicować, stanowić z kolei będzie niejako charakterystyka zachowania trolla i cech specyficznych jemu właściwych, jakie postaram się tutaj następnie omówić, przybliżając nieco realia „życia” i osobowości współczesnych trolli.

A zatem, zacznijmy od tego, o czym już tu była mowa, czyli faktu, iż trolling, stanowi jedno z zachowań antyspołecznych w Internecie, a więc osoba trolla, który trolluje, dopuszcza się co za tym idzie zachowania antyspołecznego, czyli również on sam stanowi zatem jednostkę antyspołeczną.

Pierwsza z cech charakteryzujących trolla i jego zachowanie, wynika już niejako z samej tylko definicji pojęcia zachowanie antyspołeczne. A która to definiuje to pojęcie, jako formę nieadekwatnego funkcjonowania w obrębie ról społecznych, które to cechują agresywne formy niedostosowania z przewagą aktywności, pobudzenia, wyraźnej agresji oraz wrogości działań. Zaś do symptomów zachowań aspołecznych zalicza się silne dążenia do działania na szkodę innych osób, skłonność do bezinteresownego okrucieństwa, brak wrażliwości moralnej oraz częste lub nagminne stosowanie przemocy w stosunkach interpersonalnych. I stąd oto wynikają pierwsze z omawianych tu cech specyficznych dla trolla  i jego zachowania.

26376702

A mianowicie, pierwszą z tychże cech stanowi primo, owa ewidentna agresja i wrogość jego działań, a zaś secundo – agresja i stosowanie przemocy w stosunkach interpersonalnych, jakie stają się przedmiotem jego partycypacji. Ponadto, jak z owej definicji wynika również, tertio cechę takową stanowi działanie na szkodę innych osób – troll bowiem z zasady nigdy nie działa w celu innym, aniżeli wyrządzanie szkód i nie sposób jest zarzucić mu, iż przyczynia się jakkolwiek do czegokolwiek prócz tejże szkody, dla innych współużytkowników – jako że jest on typowym przykładem internetowego „szkodnika”, pasożytującego na innych Internautach! ‘

I finalnie quarto – troll zasadniczo przejawia totalny brak wszelkiej wrażliwości moralnej, a poniekąd także jakiejkolwiek moralności – kwestie moralne ma on bowiem głęboko w czterech literach, a liczy się tylko i wyłącznie skuteczność dokonywanej prowokacji i wzbudzonych przez nią negatywnych reakcji – i pal lich moralność, byle tylko udało się wszcząć jak najostrzejszą kłótnię i jatkę!

images

Trolling to też swego rodzaju „Sztuka”…

Troll poza tym moralność wykorzystuje dla własnych celów i korzyści jedynie, manipulując nią absolutnie dowolnie, byle tylko uzyskać swój zamierzony cel i wywołać pożądany efekt, bez najmniejszego poważania dla powszechnie uznanych zasad, reguł czy praw moralnych oraz panującej moralności – niczym w myśl idei, jaką jest machiavellizm – wszystkie chwyty dozwolone i każda droga dobra, choćby po trupach, jeśli tylko prowadzi do upragnionego celu!

I tak też troll, dopuszczający się trollowania zwykle reaguje w sposób wrogi zarówno na próby pacyfikacji i uspokojenia „pieniacza”, jak też na agresywne reakcje innych na jego „zaczepki”. Co też specyficzne dla trolla, wszelka merytoryczna treść – czyli „Zawartość” – dyskusji zwykle ma dla niego znaczenie tylko o tyle, o ile rozpala ona w innych dyskutantach jakieś negatywne emocje i prowadzi do kontynuacji wszczętego sporu, bądź też jego zaostrzenia czy intensyfikacji. Czasem można przeto odnieść wrażenie, jak gdyby troll sycił się nimi.

Zadowolenie trolla zaś wzrasta wprost proporcjonalnie do wzrostu ilości osób, które wpadną w jego „sidła” – pozwolą mu się podpuścić – oraz do wzrostu ilości odpowiedzi i reakcji na jego prowokację – czyli post…

Jako fakt odniesienia zwycięstwa, interpretuje on sytuację, w której znużenie jej uczestników realizowane jest poprzez zakończenie danej dyskusji bądź wątku etc. , bądź też sytuację, w której osoba trolla zostaje finalnie wrzucona do tzw. killfile’a.

Inną formę, jaką przyjmować może trollowanie stanowi z kolei zamieszczanie w treści publikowanych wypowiedzi czy postów, ukrytych linków do stron z obrzydliwą, obsceniczną bądź odrażającą zawartością, które zostają zamaskowane w taki sposób, iż niczego nieświadomy użytkownik niespodziewanie nagle zostaje brutalnie zderzony z np. widokiem zmasakrowanych zwłok bądź też ludzi w trakcie wypróżniania się, itp. Z kolei inną jeszcze formę trollowania stanowi także podawanie – również zamaskowanych jak uprzednio – linków do tzw. screamerów[5] – bez ostrzeżenia i niespodziewanie.

f552eb213f69b3b22cb519e9e17d44d7

Trolling to jedynie prowokacja i tylko tyle….

Spośród innych takich cech dystynktywnych wykazywanych przez trolle, warto również wspomnieć o tych dotyczących kwestii ich fałszywych tożsamości. I tak oto cechę typową stanowi tu częstsze lub rzadsze zmienianie swoich danych, podanych dla pewnej jednej z przyjmowanych przez trolla tożsamości (jak np. adresy e – mail), a co ma na celu między innymi znalezienie się poza tzw. killfile’ami innych użytkowników.

Innym rodzajem trollowania jest to, które podjęte zostaje przez tzw. lamera – to jest osobę, która usilnie podkreślając swe obeznanie i doświadczenie, a też i posiadaną wiedzę na dany temat – a w praktyce natomiast pozostają one całkiem niewielkie lub wręcz znikome – zob. Efekt Krugera – Dunninga[6]. Taki troll – lamer zwykle usilnie stara się wypowiedzieć np. odnośnie wad czegoś/kogoś, próbując niejako „na siłę” pomóc komuś w danym problemie etc. Aczkolwiek, gdy dochodzi do konfrontacji i polemiki z użytkownikami znacznie bardziej doświadczonymi, bądź też posiadającymi znacznie większą wiedzę czy kwalifikacje w danym względzie, reakcję lamera mogą stanowić nieraz śmieszne czy bezsensowne, wręcz nawet absurdalne argumenty. Finał takiej sytuacji często gęsto stanowi interwencja administratora, czyli „admina”, bądź też moderatorów danego serwisu.

I to w zasadzie wszystko już w tej części przynajmniej odnośnie trolli –  więcej potrollujemy w następnym rozdziale!

V. SYMPTOMY I ZNAKI – CZYLI IDENTYFIKUJEMY TROLLA!

W slangu internetowym pod pojęciem troll funkcjonuje określenie osoby, która dokonuje publikacji w sieci wiadomości, które są podburzające, zwykle nieistotne i abstrahujące od meritum danej grupy, forum lub wątku, czatu czy portalu społecznościowego bądź bloga.

Dla kwestii identyfikacji istotny jest również cel, jaki zwykle przyświeca wypowiedziom trolla, a który stanowi wywołanie wśród innych użytkowników reakcji, przeważnie nacechowanych negatywnie i silnie emocjonalnych, bądź też najzwyklejsze w świecie zakłócenie i spowodowanie zamieszania oraz dezorganizacji w dyskusji, ale też i ogólnym funkcjonowaniu forum, czatu czy portalu etc.

Typowym zachowaniem, po jakim łatwo „wyczuć” trolla, jest również agresywna reakcja na próby uspokojenia dyskusji przez innych użytkowników bądź też na agresywne reakcje innych użytkowników na zaczepki czy prowokacje trolla.

Typowy dla trolla jest również wzrost jego satysfakcji i zadowolenia wprost proporcjonalny do wzrostu rozmiaru, jaki osiąga wszczęty przez niego spór, a także do wzrostu ilości partycypujących w nim osób. Troll bowiem świętuje swą Victorię wówczas, gdy „admin” (tj. administrator) dokonuje zamknięcia danego tematu dyskusji – czyli EOT z ang. „End of Topic” – a on sam zostaje umieszczony w tzw. killfile’u, czyli po prostu na liście zablokowanych („zbanowanych”) użytkowników, tematów bądź też słów etc.

3abdaf667e9b1f5f08dbd66a16102f35dd074ed5

Kolejny z dowcipów o trollingu.. :)

Jak już wspominałam uprzednio, trollem może również być tzw. lamer, czyli użytkownik, który nie zna się zbytnio na temacie, jest laikiem, jednakże dokłada starań, aby zdołać za wszelką cenę dowieść, iż jest zgoła inaczej. Tak osobnik zwykle bardzo często wdaje się w dyskusje i równie wiele dyskutuje, udając i pozując na profesjonalistę i fachowca w danej dziedzinie, przy czym używa zwrotów bardzo oczywistych, co dość charakterystyczne. Konsekwencje tego są takie zwykle, iż w skutek konfrontacji z użytkownikami bardziej doświadczonymi, z większą wiedzą czy bardziej wykwalifikowanymi, dochodzi do zdemaskowania lamera, a w rezultacie również często także jego zablokowania przez moderatora danego serwisu.

Tutaj wspomnę krótko o tym, iż w takim kontekście trollowanie może posiadać również znaczenie nieco bardziej pozytywne, a to w przypadku gdy trollowanie jest stosowane w celu zniechęcania do kontynuacji dyskusji bądź to zdyskredytowania właśnie osoby takiego lamera, a tym samym umożliwienie innym użytkownikom partycypacji w normalnej, merytorycznej dyskusji bez zakłóceń i zatruwania atmosfery przez animozje takiego trolla.

Troll zwykle odróżnia się od otoczenia pewnym zestawem cech dystynktywnych, jakimi opisać można specyfikę jego osobowości oraz zachowania, bądź to podejmowanych przez niego działań. Owe cechy dystynktywne wyróżniające go od otoczenia, stanowią jednocześnie zarazem pewne niejako „symptomy trollowania”, jakie pozwalają na identyfikację trolla czy jego zdemaskowanie, a tym samym ukrócenie jego prowokacji i działalności w danym przypadku.

Wśród takowych cech dystynktywnych trolla, stanowiących zarazem owe „symptomy trollowania”, wyróżnić można przede wszystkim następujące:

  • Typowe dla trolla jest bezgraniczne podporządkowanie się jakiejś idei (np. „ten system operacyjny jest najlepszy!”) oraz jej obrona – do samego końca bez względu na wszystko – także bez względu na prawdziwość danego stwierdzenia;
  • Wyróżnia go też łatwa do zauważenia sztuczna nieznajomość elementarnych podstaw danego tematu czy zagadnienia poruszanego na forum, jak też związane z tym zadawanie notorycznie pytań zupełnie nie związanych nijak z meritum określonej grupy dyskusyjnej – przykładowo na forum prawniczym troll będzie zadawał pytania odnośnie swych fikcyjnych problemów ze sprzętem komputerowym;
  • Typowym symptomem jest również częste i wielokrotne stawianie tych samych pytań w koło, a na które to została już uprzednio udzielona odpowiedź, a które to działanie ma na celu sianie zamętu i sprowokowanie zamieszania na forum;
  • Typowy jest także brak umiejętności trolla do przyznania się do własnego błędu; zwykle troll uparcie będzie się go wypierał, bagatelizował bądź też reagował agresją;
  • Kolejny symptom stanowi ewidentny brak umiejętności prowadzenia dyskusji, jaki wyraża się poprzez zaprzeczanie własnym tezom postawionym uprzednio oraz brak spójności wypowiedzi trolla;
  • Typowe jest również celowe wyrażanie opinii czy poglądów skrajnie odmiennych aniżeli te wyrażane przez daną grupę, a w której to troll owo mniemanie postuluje, nawet jeśli są one tak faktycznie identyczne z jego własnymi. To z kolei prowadzi do zaistnienia dyskusji, z której wyłapuje on i „wyciąga” osoby przejawiające „słabość” w postaci braku zdolności argumentowania własnego zdania – z czego czerpie on zaś satysfakcję, jaką daje mu poczucie wyższości nad innymi;
  • Symptom zdradzający trolla stanowi również typowe stosowanie argumentów ad personam miast ad rem[7] – jak na przykład następujące:
  • „Doprawdy pojąć nie mogę, jak mogą państwo dawać wiarę temu idiocie?”
  • „Jak może pan wypowiadać się na temat stanu wojennego? Przecież miał pan wtedy 5 lat!”
  • „Przewodniczący Komisji Europejskiej nie jest Polakiem, nie może zatem wiedzieć, co jest dobre dla Polski”[8];
  • Nieprawidłowości względem przestrzegania zasad netykiety bądź też innych zasad, norm czy reguł obowiązujących w obrębie danej cyber – społeczności, lub też ewidentne ich łamanie, a które to wyraża się z jednej strony nachalnym upominaniem wszystkich innych użytkowników z powodu jakichś droebnych i zwykle mało istotnych, błahych błędów np. literówek, z drugiej zaś poprzez prowokacyjne łamanie elementarnych zasad.
  • Troll zwykle dość widocznie przejawia swe cechy narcystyczne i megalomanię, a także nagminne poniżanie drugiego człowieka, z którego czerpie on satysfakcję, a co ułatwia często jego identyfikację; jego skrajna megalomania i pogardliwy stosunek do innych to bardzo charakterystyczna cecha, a która prędzej czy później prowadzi do wyalienowania trolla i ostracyzm, jako że nawet osoby, które pierwotnie z nim sympatyzowały lub też miały do niego stosunek neutralny, zrażają się tymi cechami jego zachowania, przejawianymi wobec nich;
  • Typowy troll zwykle na lewo i prawo szasta na potęgę wobec innych użytkowników określeniem troll internetowy, nazywając tak kogo popadnie i przeważnie – całkowicie bezpodstawnie;
  • Typową cechę trolla stanowi też usilne zwracanie uwagi na własną osobę i stawianie jej w centrum uwagi innych, a to zaś poprzez primo ukazywanie siebie w roli ofiary w celu wzbudzenia współczucia, i secundo poprzez kreowanie wizerunku własnej osoby, jako specjalisty, posiadającego duże doświadczenie, a co zaś ma na celu nadanie większego znaczenia publikowanym przez siebie treściom; ponadto pozwala to na wprowadzanie zamieszania wokół własnej osoby;
  • Zwykle troll wybitnie odznacza się stosowaniem wszelkich dostępnych sposobów (jak np. techniczne, które udostępniane są przez dane forum) w celu przeszkadzania innym w prowadzeniu merytorycznej dyskusji i perturbacji w jej toku;
  • Charakterystyczne jest też zaczynanie i finalizacja dyskusji poprzez użycie tego samego zwrotu, który często ma charakter obraźliwy bądź też wulgarny;
  • Nagminne stosowanie filtru killfile, zwykle w sposób pompatyczny, ceremonialny i sztucznie udawany dla kreowania pozorów;
  • Dość typowa jest również dla trolla konfabulacja – np. odnośnie swojego wykształcenia, pracy, pozycji społecznej bądź to posiadanych doświadczeń życiowych – cel tutaj stanowi dla trolla nadanie swym wypowiedziom możliwie jak największego znaczenia, jako opinii ferowanych przez specjalistę i osobę znawcy, któremu jest coś znane z tzw. „autopsji”;
  • Symptomem, który pozwala na łatwą identyfikację trolla, jest nagminne ostentacyjne ogłaszanie przez niego swego odejścia czy opuszczenia definitywnie danego forum, grupy dyskusyjnej czy czatu – naturalnie publicznie, doniośle, głośno i pompatycznie – aczkolwiek ta decyzja niby faktycznie stanowi tylko kolejny wybieg, mający na celu postawienie swej osoby w centrum uwagi i zainteresowania pozostałych użytkowników; przeważnie też nie doczekuje się ona wcale realizacji ani urzeczywistnienia, a troll fakt swego pozostania dalej w grupie czy na forum, mimo uprzednich deklaracji swego definitywnego odejścia, tłumaczy zwykle np. faktem otrzymania dużej ilości rzekomych próśb o jego pozostanie od innych współużytkowników;
  • Nagminne jest też dla trolli częste zmienianie swoich danych osobowych (dla danej fikcyjnej tożsamości konkretnie) bądź to nazwy użytkownika; dokonuje on tego albo w stopniu tylko niewielkim, jak np. zmiana nazwy użytkownika z „User82” na „User82_”; albo też w stopniu większym, jak np. zmiana z „User82” na „editor”; a działanie które to zwykle ma na celu pełnić rolę maskującą przed filtrami (blokowaniem wypowiedzi) przez innych użytkowników i zapobieganiu ignorowania swych i pomijania ich bez czytania;
  • Charakterystyczne jest również klonowanie, czyli występowanie trolla pod różnymi nazwami użytkownika symultanicznie na tym samym forum, grupie czy wątku etc., a co daje trollowi możliwość np. wyrażania poparcia dla postulowanych przez siebie poglądów, a też i skuteczniejsze zwalczanie swych oponentów; przybiera to formę tworzenia tzw. „klonów” bądź „pacynek”, których wypowiedzi zawierają wyrazy gorącego poparcia dla poglądów postulowanych przez trolla pod swym własnym nickiem i danymi, oraz wyrazy dezaprobaty i negację wypowiedzi jego oponentów, czym pragnie on wykazać, iż w swych poglądach nie jest on izolowany i cieszy się dużym poparciem czy też nawet – swoistą popularnością nieraz;

Względem owych cech dystynktywnych, które to stanowią główne symptomy umożliwiające identyfikację i zdemaskowanie trolla, uprzednio tu wymienione zostały wszystkie te najistotniejsze, jakich znajomość jest niezbędna dla każdego Internauty, a zwłaszcza wypowiadającego się na forum grupy i partycypującego we wszelakich formach dyskusji w Internecie, w celu identyfikacji napotykanych tamże trolli, a co zatem idzie – również i skutecznej przed nimi obrony, o której wspomnę jeszcze tutaj nieco później, w dalszej części mego wywodu.

W tym rozdziale wspomnę może jeszcze tylko krótko, iż terminem troll, bywa ponad to określana też czasem jest dodatkowo pojedyncza, prowokacyjna wiadomość, z potwierdzeniem w postaci sformułowania „wysłałeś niezłego trolla”.

Istotny tu jest również fakt, iż jakkolwiek pojęcia troll i trolling związane są stricte z Internetem i cyberspołecznościami, to mimo to, ostatnio ich użycie zostaje rozciągnięte również na inne sfery, na co zaś uwagę zwracają ostatnio media, wskazując na co raz częstsze przypadki intencjonalnego i prowokacyjnego zachowania poza obrębem kontekstu online. I tak oto przykładowo mianem trolla, została nazwana również osoba, która dopuszcza się oczerniania innych i szerzenia oszczerstw czy pomówień na ich temat, poprzez tworzenie im fałszywych, fikcyjnych stron internetowych bądź też profili, a czego konsekwencje mogą stanowić faktyczne, realne problemy, jak choćby ich aresztowanie etc.

VI. TROLLOWANIE I TROLLE W PRAKTYCE – CZYLI ILUSTRACJA PRZYKŁADOWA NA DESER.

Czymże byłyby wszelkie rozważania natury teoretycznej oraz wszelka sucha teoria bez komplementarnego dopełnienia ich ową szczyptą praktyki i praktycznej tychże realizacji, w formie tej niezbędnej „wisienki na torcie”, a jaką stanowi właśnie zwykle również owa ilustracja przykładowa, dodająca koloru i życia suchej, nieco jakby „martwej” teorii.

A zatem i tenże cały powyższy wywód i poczynione w nim tu uprzednio wszelkie roztrząsania natury teoretycznej, nie mogą obejść się bez tej nieodzownej i komplementarnej suplementacji – czyli praktycznej realizacji ujętej w formie zamieszczonej tu poniżej ilustracji przykładowej, wyselekcjonowanej przez autorkę, z zamiarem ukontentowania Czytelnika i zaspokojenia jego ciekawości.

Na poniższą ilustrację przykładową składają się zaś dwie, odrębne części, z których każda zawierać będzie nieco innego rodzaju ilustrację przykładową i przykłady praktycznej realizacji teoretycznych wynurzeń względem trollowania i trolli, jakie tu uprzednio zostały poczynione.

I tak pierwszą z owych dwóch części stanowić będą przykładowe niejako „typy” trolli internetowych, jakie są najczęściej spotykane w Internecie, zaczerpnięte zaś z Wielkiej Ilustrowanej Encyklopedii Internetowej: Trolle Internetowe Mike’a Reeda [trolle.joemonster.org] i ich niezwykle humorystyczne, dowcipne a też i pełne ironii, nieraz też dość ciętej, opisy oraz ilustracje satyryczne do tychże dołączone przez autora.

Druga zaś z tychże dwóch części zawierać będzie przykłady praktyczne konkretnego zastosowania trollingu przez konkretne osoby trolli, zaczerpnięte z historii Internetu i jakie zyskały dotychczas największy rozgłos bądź to sławę czy popularność pośród Internautów.

A zatem – pora na „coś konkretnego”!

  1. Słynne trolle i ich typy podług Encyklopedii Trolli Mike’a Reeda.

Przytoczę tu oryginalną treść opisów, wybranych przypadkowo przykładowych dziesięciu typów trolli, jakie figurują w owej Encyklopedii Trolli Mike’a Reeda, a której polska wersja jest zamieszczona w ramach serwisu JoeMonster.org. Do oryginalnej treści owych zacytowanych tu opisów różnego rodzaju trolli, dołączam karykaturalne, satyryczne ilustracje, jakie zawarto tamże w oryginale. A więc przejdźmy już może do meritum – Panie i Panowie poznajcie oto te dziesięć spośród najpowszechniejszych w Internecie trolli!

1. CICHOCIEMNY:

„ […] (stealth) – woli ruszać do bitwy przebrany albo bardzo mocno zakamuflowany. Często używa różnych pseudonimów oraz dużej ilości adresów e-mailowych. Działając z ukrycia przeprowadza krwawe ataki bez strachu o kontratak. Jednak z powodu działania w cieniu nie wielu bojowników przejmuje się tymi atakami i z reguły ma to gdzieś… [..]”.

2. JAJOGŁOWY:

„[…] (proppeler head) – on po prostu wie o wszystkim co dotyczy komputera, Internetu i nowinek technicznych. Będzie bardzo zdziwiony, jeśli się okaże, że ty ich nie znasz… pomimo niezgrabnych wypowiedzi i antytalencia do walki na słowa jest on jednym z najgroźniejszych przeciwników. Wystarczy kilka odpowiednich kliknięć i zamieni twój komputer w małą, dymiącą kupkę popiołu… a przynajmniej tak twierdzi […]”.

3. ARYSTOKRATA:

„[…]ARYSTOKRACI – znani przez swą cnotę, przynależność, siłę charakteru, niektórzy bojownicy forumowi są niczym wysoko urodzeni. Tedy tajemnicyją to jest, aczkolwiek przez wszystkich znaną. Na ten czas dużo wielmoży rządzi litościwie i ze wspaniałomyślnością dla poddanych swych. Nie zdzierżą oni tedy niegodnych ich uwag. To ichnim przymiotem jest, by ponad ten zgiełk plebsu wznosić się i tylko na wielką wojnę jakąś ruszać raczą…”.

Royals

4. ULICZNICA:

„[…](strumpet) – nie może się oprzeć rozmowie o seksie i nieustannie żartuje nieśmiesznymi dowcipami o tej tematyce. Zawsze udaje jej się w dyskusji nawiązać do prywatnego życia bojowników i NIGDY nie pozostawi bez komentarza takich słów jak: „dać”, „wkładać”, „dochodzić”, „wchodzić” itp. Woli rozmawiać z mężczyznami często przechwalając się swoim mężem lub chłopakiem, który zaspokaja ją w każdy możliwy sposób. Jednak stali członkowie.. ekhm… uczestnicy forum szybko spostrzegą, że żaden taki partner nie istnieje. Każdy bojownik, który będzie walczył z ULICZNICĽ będzie miał do czynienia z atakami na swoją orientację seksualną i wielkością penisa. UWAGA! ULICZNICA równie dobrze może być facetem! […]„.

5. CHRZĄKACZ:

„[…] zawsze odpowiada na forum używając pojedynczych słów lub fraz oraz NIGDY nie edytuje cytowanego materiału. WIELKI ZNAWCA, FILOZOF, NIEZMORDOWANY ODPOWIADACZ oraz inni dobrze wysławiający się bojownicy uznają CHRZĄKACZA za bardzo irytującego, ponieważ na ich długie wypowiedzi odpowie on: „Yeah!”, „Wrzuć se na luz!”, E tam.” „Zgadzam się”, „Źle!” itp. Bardzo trudno się z nim walczy, gdyż ciężko jest go sprowokować do bezpośredniej walki. Tylko, jeśli przez bardzo długi czas nie widać jego obecności na forum, można uznać go za pokonanego […]”.

Grunter6. KRZYKACZ:

„[…]ma zwyczaj wspomagać swoje ograniczone wywody używaniem dużych liter (Caps Locka’a). Oczywiście, że kilka słów napisanych dużymi literami może nadać wypowiedzi ostrzejszy ton, ale nadużywanie ich to przesada. Ma to także zły wpływ z taktycznego punktu widzenia, ponieważ pozostali bojownicy szybko zorientują się, że taka osoba jest ograniczona werbalnie oraz nadpobudliwa, czego nie omieszkają wykorzystać […]”.

ALLCAPS

7. BEKSALALA:

„[…]rzadko zdarza się by był to facet. Z reguły jest to kobieta sprzymierzona z NIEWINNOŚCIĽ WCIELONĽ. Zdenerwowana lub zaatakowana będzie wrzeszczeć, płakać i tupać. Jeśli to nie pomoże to pobiegnie do NIANI na skargę […]”.

Crybaby

8. PAŁAS – ZAKUTAS:

„[…]jest obojętny na perswazję, zalecenia i doświadczenia innych. Nawet jeśli jest uwikłany w walkę, to też nie drgnie ani na centymetr, pomimo swojej stratnej pozycji. Pomimo, że jego argumenty zostały zbite co do najmniejszego detalu i nikt się z nim nie zgadza, on będzie dalej ponawiał swoje ataki kosmetycznie zmieniając ich formę. Czasem z czystej frustracji, FILOZOF będzie próbował wytłumaczyć mu, że powtarzanie tego samego nie ma sensu lub też TERAPEUTA będzie starał się dociec przyczyn takiego postępowania. Jednak nic i nikt nie jest w stanie przekonać PAŁASA ZAKUTASA, aby zmienił swój punkt widzenia […]”.

Ferrous9. WIELKI ZNAWCA:

„[…] (profondus maximus) – zawsze wie najlepiej niezależnie od tematu. Jednak jego wiedza nie wspomoże forum, bo jej po prostu nie ma. WIELKI ZNAWCA będzie używał wielkich słów, naukowych terminów i czasem nawet… ekhm… łaciny, żeby tylko wydawać się kompetentnym”.

10. TERAPEUTA:

„[…](therapist) – może być bardzo wkurzający i dzięki temu skuteczny w walce. Zamiast przeprowadzać atak frontalny, zacznie się skupiać na problemach i osobowości trolla. Często będzie nawiązywał do poczucia niepewności i innych odczuciach u trolla, ale nigdy nie nazwie tego atakiem. UWAGA! ZŁY KLAUN, SZARLATAN oraz WĘDKARZ często podszywają się pod TERAPEUTĘ [..]”.

I to na tyle względem części pierwszej niniejszej ilustracji przykładowej, tak więc pora oto przejść już dalej – do części drugiej!

  1. Przykłady trollingu, jakie zyskały sławę i zapisały się w historii Internetu… – Czyli troll w praktyce i czynie!

Na niniejszą drugą z dwóch części tejże ilustracji przykładowej składają się przykłady praktycznej realizacji trollingu i działalności trolli, jakie zostały zaczerpnięte z rzeczywistości świata wirtualnego i dotychczasowej historii Internetu. W ramach tejże części postaram się nieco bliżej ukazać owych sześć zawartych tu poniżej przykładów praktycznej realizacji pojęcia trollingu i trolla internetowego, mając nadzieję, iż owe przykłady pozwolą wyczerpująco i satysfakcjonująco dopełnić całokształtu omawianego w tym wywodzie zagadnienia i esencjonalnych pojęć, nie pozostawiając u Czytelnika poczucia niedosytu…

A więc przejdźmy do meritum – pora na konkrety!

  • Afera tak zwanego rzekomo „Złotego Członkostwa”:

Pierwszy z praktycznych przykładów trollingu, jaki tutaj omówię, stanowi sprawa związana z rzekomym tzw. „Złotym Członkostwem” (ang. Golden Membership) z roku dość niedawnego, bo 2007, a której sedno pokrótce bazowało na tym, iż opublikowane zostały w rozmaitych działach serwisu 4chan, posty zawierające fałszywe zdjęcia, które oferowały niejako rzekomo ulepszoną wersję (upgrade’owaną) konta użytkownika, a jaka to podobnie rzekomo miała posiadać większe przywileje.

I taka owo rzekome konto Gold¸ miało dawać szczęśliwym nabywcom m.in. dostęp do pełnej zawartości serwisu. Tym niemniej cała ta heca okazała się być faktycznie, jedynie celowym, intencjonalnym działaniem autorstwa „stałych członków” (oldfags), jakich celem było to, aby w ten sposób zażartować sobie i zakpić z nowych członków, czyli „nowicjuszy” – tzw. newbees.

Co również ciekawe, ten typ trollowania, w pewnych przypadkach zyskał zastosowanie jako tzw. slam, czyli więc forma działania, która polega na tym, iż dochodzi do wprowadzenia w błąd pewnych osób poprzez sugestię posiadania pewnego określonego przywileju, jak choć np. właśnie owego złotego członkostwa w danym serwisie.

Na największą skalę owo działanie występowało nagminnie np. na portalu Facebook, gdzie to mnożyło się na potęgę (a i nadal jest to dość częsty tamże proceder). Tamże przybrało to postać fałszywych profili, które oferowały rzekome konta „Gold”, faktycznie zaś przekierowując nieświadomych użytkowników na różne stronny z odmienną zgoła zawartością, aniżeli to miały zawierać.

  • Przypadek trollingu opisany w artykule z dnia 8 kwietnia 1999 roku:

W tymże artykule z dnia 8 kwietnia 1999 roku, jaki został zamieszczony na łamach „International Review of Law, Computers & Technology, została opublikowana niecodzienna informacja o inwestorach, którzy to stali się ofiarą trollingu w skutek dyskusji online, której meritum dotyczyło kwestii finansów firmy Pair Glain, trudniącej się produkcją sprzętu telefonicznego, a której siedziba zaś mieści się w Kalifornii.

Tak oto na serwerze firmy Yahoo, ma specjalnym czacie finansowym rozgorzała dyskusją, za którą stały w całokształcie właśnie trolle i które tamże  opublikowały pewien całkowicie sfabrykowany artykuł – mistyfikację, którego treść informowała, jakoby rzekomo możliwe miało być nabycie przez izraelską firmę telekomunikacyjną wspominanej firmy PairGain. W rezultacie całej mistyfikacji trolli, doszło do podskoczenia akcji firmy aż o całe 31% i momentalnego ich spadku zaraz, gdy to doszło do identyfikacji owej fałszywej informacji, opublikowanej w skutek działania trolli. Jak zapewne można się domyślać, był to nie lada wstrząs na giełdzie papierów wartościowych, którego reperkusje raczej z pewnością obijały się szerokim echem jeszcze przez dłuższy czas…

  • Przykład z głośnej rozprawy, do jakiej doszło w skutek trollingu w roku 1997:

Wówczas to miała miejsce owa głośna rozprawa – Kenneth M. Zeran przeciw firmie American Online, a do której doszło właśnie w konsekwencji zachowań trollingowych, jakich się wtedy dopuszczono. A mianowicie w tym przypadku, działanie trolli polegało na zamieszczeniu na stronach AOL, ledwie sześć dni po zamachu dokonanego na miasto Oklahoma, fikcyjnych reklam koszulek z nadrukami nawiązującymi do tejże tragedii, jaka to miała miejsce ledwie dopiero co kilka dni wcześniej. Dodatkowo w treści tychże fikcyjnych reklam zawarta została również informacja o rzekomym sprzedawcy tychże koszulek, a którym podług niej miał być niejako ów powód – czyli Kenneth M. Zeran.

W treści tejże informacji zawarto adres oraz telefon domowy rzekomego sprzedawcy, a co było przyczyną uporczywego nękania pana Kennetha Zerana[9] w konsekwencji owych poczynań trolli.

  • Przykład antyscjentologicznych protestów:

Kolejny, dość frapujący przykład stanowią z kolei głośne protesty antyscjentologiczne, jakim nadano miano Projektu Chanologia (ang. Project Chanology lub Operation Chanology)[10]. Były one zaś głoszone przez członków społeczności dwóch portali – 4chan i Encyklopedia Dramatica. Wymierzone natomiast były przeciwko praktykom Kościoła Scjentologicznego, stanowiącego największą organizację zajmującą się promowaniem scjentologii na świecie, a któremu zarzuca się, iż dopuszcza się działań, które mają ewidentnie charakter trollingu, zaś jego wyznawców utożsamia się z trollami.  

  • Przykłady zaistnienia trollingu w Polsce:

Również i Polski nie ominęła fala szerzącego się w Internecie co raz bardziej trollingu i ataki rosnących w liczebność zastępów trolli. I w Polsce również doszło do przypadków zaistnienia trollingu, a które to odbiły się szerokim echem w Internecie, zyskując rozgłos.

Tutaj z kolei pojawia się nam kolejne, nowe pojęcie, a mianowicie pojęcie dzieci Neostrady, jakie to bardzo długo funkcjonowało – a poniekąd wciąż w pewnym sensie funkcjonuje nadal – w wirtualnym świecie Internetu. Było ono zaś (i jest) przypisane do pewnego rodzaju osób, które to odznaczają się zachowaniem, jakie jest charakterystyczne także i dla trolli i trollowania, bądź też inne nieakceptowane zachowania, jak choćby np. spamowanie, bądź to żądanie od innych uczestników danego forum czy grupy etc., aby ci na przykład rozwiązywali w zamian za tę osobą zadania domowe itp., wynikające z braku wiedzy tejże osoby, takiej jak np. nieznajomość zasad netykiety, nieumiejętność poprawnego skonfigurowania oprogramowania czy też nieznajomość elementarnych zasad ortografii i tym podobnym, bardzo lamerskim zachowaniem. A też przy jednoczesnym braku woli, aby takową wiedzę zdobyć…

Ponadto zachowania te zwykle charakteryzuje jednoczesne reakcje silnie agresywne na wszelkie próby upominania, a nawet tylko odmowy bądź nie spełnienia postulowanych żądań.

I to właśnie owa agresywność jest m.in. przyczyną tego, iż Dzieci Neostrady  często gęsto finalnie tracą dostęp do danego forum czy nawet i łącza, a to zaś z tej racji, iż z powodu nieznajomości obowiązujących tamże regulaminów dopuszczają się zachowań, które stanowią ewidentne naruszenie bądź pogwałcenie tychże regulaminów.

Co się tyczy natomiast samego pojęcia Dzieci Neostrady, to ma ono swoje źródło w czasach, gdy pojawiło się ono tuż po wprowadzeniu szerokopasmowego dostępu do Internetu w Polsce (Neostrada oferowana pierwotnie przez TP S.A.)¸a zarazem jego „boom’u” i masowego kupowania tejże usługi – często niestety jako prezentu na pierwszą komunię, rozpoczęcie szkoły podstawowej, czy uzyskania w tejże promocji do następnej klasy – a tym samym również nagły, gwałtowny przyrost liczby nowych i niedoświadczonych użytkowników, nieobytych wcale i „nieopierzonych”, jacy dali podstawy do ugruntowania się negatywnego znaczenia tegoż terminu w Internecie.

Po pewnym czasie termin ów uległ skróceniu do formy dziecka Neo, często stosowanej później miast pełnej formy.

Oczywiście opisywane tu zachowania mogą dotyczyć użytkowników w różnym wieku, a nie tylko owych małoletnich, smarkatych „protoplastów” terminu czy też posiadających różnego rodzaju łącza internetowe, prócz owej słynnej Neostrady ponad to również.

Co istotne, nadanie owego statusu dziecka Neostrady, nie skreśla użytkownika jeszcze permanentnie definitywnie, albowiem status ów, stanowi status niejako przejściowy, a to z tej racji, iż osoby te z czasem albo nabywają określoną wiedzę i zmniejszają swą uciążliwość wobec innych użytkowników, bądź to nabierają umiejętności respektowania niektórych wymogów netykiety i regulaminów, bądź też z powodu swego nieakceptowanego, aspołecznego zachowania tracą dostęp do danego forum, czy nawet łącza.

  • „Fripolboks”:

Nazwa Fripolboks wywodzi się od nazwy firmy Polbox, która to jako pierwsza uruchomiła ongiś usługę darmowych kont poczty e – mail (e – mail login@free.polbox.pl). Zaś związek tejże usługi z trollingiem polega na tym, iż jej popularność oraz chęć korzystania z oferowanych darmowych kont, spowodowała napływ bardzo wielu nowych użytkowników, nieobeznanych zupełnie z zasadami netykiety, a więc przejawiających często zachowania nieakceptowalne, w tym także noszące znamiona trollingu.

I to już koniec tejże drugiej części ilustracji przykładowej w niniejszym wywodzie, a powyższa egzemplifikacja liczę, iż wyczerpuje wszelkie kwestie praktycznej realizacji uprzednio tutaj roztrząsanych kwestii teoretycznych, a też zdoła zaspokoić ciekawość i głód wiedzy szanownych Czytelników. A więc tym samym tenże rozdział został zakończony definitywnie w tym miejscu, a tym samym umożliwiło to nam przejście do następnego, kolejnego rozdziału, niemal już finałowego – po którym tylko jeszcze nastąpi krótki niejako „epilog” – miejsce na reasumpcję uprzednio poczynionych tu roztrząsań i małe podsumowania całokształtu mych tu wynurzeń.

A zatem – do dzieła!

VII. REWIRY TROLLI I SPOSOBY PRZED NIMI OCHRONY – CZYLI RZECZ O TYM, JAK TROLLA WYSTRYCHNĄĆ NA DUDKA….

Wpierw omówię tutaj nieco kolejną istotną kwestię, o której warto wspomnieć, a którą to stanowią rewiry trolli – czyli miejsca ich bytowania oraz działalności.

Większość trolli swe działania prowadzi w pewnych wybranych przez siebie obszarach i rewirach, podług własnego mniemania czy np. określonych potrzeb własnych trolla.

W najbardziej ogólnym ujęciu, rewir trolla, jak zresztą już uprzednio wspominałam, stanowić może w zasadzie każde miejsce w Internecie, które tylko umożliwia interaktywną partycypację i prowadzenie dyskusji użytkownikom, i każde w których takowe dyskusje są tylko prowadzone – od forum internetowego ,wszelakie grupy dyskusyjne, czaty aż po wszelkiego rodzaju portale społecznościowe, blogi czy portale bądź serwisy informacyjne, umożliwiające komentowanie zamieszczanych tamże „newsów”.

I tak oto trolle mogą się niejako zagnieździć i „przyczepić” do miejsc takich jak:

  • Obszar całej danej strony internetowej – wówczas to zakres ich działalności, obejmuje wstawianie prowokacyjnych treści absolutnie WSZĘDZIE w obrębie całej tejże strony. A więc pewność, iż mamy do czynienia z trollem, można mieć wówczas, gdy oto napotkamy pod postem traktującym o przetworach owocowych z domowej spiżarni – np. zamieszczony na łamach jednej ze stron bądź portali kulinarnych czy z przepisami – zjadliwy, ziejący nienawiścią czy wręcz agresywny komentarz oskarżający o całe zło świata np. księży, wszystkich dotychczasowych premierów Polski bądź to graczy konsolowych, co też powinno stanowić już teraz dla nas, po przyswojeniu sobie całej wiedzy i informacji odnośnie trollingu i trolli zawartych w niniejszym artykule, ewidentnie oczywisty przypadek trollingu i bez wątpienia dla nas jest fakt, iż mamy tu do czynienia z trollem bądź to trollołakiem.
  • Obszarów w obrębie konkretnego tematu (bądź też zagadnienia). Tak zagnieżdżający się troll, uderza z całą mocą, jeśli tylko dostrzeże gdzieś możliwość wszczęcia dyskusji dotyczącej jego „specjalizacji”. Wtedy to usilnie dąży on do wszczęcia dyskusji odznaczającej się brutalnością, agresją, a także absorbującej i angażującej do podjęcia partycypacji w niej możliwie dużą liczbę osób.

I tak oto przykładem takiej sytuacji, w której z całą pewnością mamy do czynienia z tego rodzaju trollem, działającym w takim rewirze, może być sytuacja, w której napotykamy np. pod postami  dotyczącymi pewnego określonego konkretnie tematu całe mnóstwo „komentów”, autorstwa jednego tego samego Internauty, którego cechuje umiarkowana raczej uprzejmość, a za to niemożebnie przeogromna odporność na wszelką argumentację i kontrargumenty – to niezawodnie wskazuje nam, iż mamy do czynienia z trollami  zaliczanymi do omówionych tu uprzednio kategorii.

  • I wreszcie – obszar o najmniejszym zasięgu, ograniczający rewir działania trolla jedynie do pewnej konkretnej osoby. Takiego trolla stanowi troll – prześladowca, a który to stanowi wyjątkowo nieprzyjemną sprawę, jaka niebezpiecznie oscyluje na granicy zjawiska ewidentnego cyberstalkingu, a więc formy cyber – przestępstwa. Tutaj jako przykład należy wyobrazić sobie trolla, który uporczywie i niezmordowanie niezwykle złośliwie i jadowicie, czy wręcz agresywnie, komentuje każdy jeden przejaw aktywności w Internecie danego jednego tylko ,konkretnego użytkownika i niczym maniak żadnego z choćby najmniejszych śladów jego cyber – aktywności bądź istnienia w wirtualnej rzeczywistości nie pozostawia bez reakcji czy odzewu, obsesyjnie prześladując takiego nieszczęśnika i fanatycznie tocząc z nim ciągłą, nieustającą polemikę – taki cyberstalker niestety nie wiele różni się od tego realnego stalkera i jest równie przykrym i uciążliwym prześladowcą, a jego działalność może mieć dla ofiary równie przykre, nieprzyjemne, a nawet bardzo groźne rezultaty, tak więc lepiej unikać takich trolli jak ognia i możliwie jak najszybciej, definitywnie ucinać z nimi wszelką polemikę!

No tak, a co jeśli już w trakcie naszych wirtualnych aktywności w Internecie natkniemy się na któregoś z tych rodzajów trolli i padniemy ofiarą opisywanych tu praktyk, czyli po prostu trollowania?

Warto więc jeszcze tutaj na sam koniec wspomnieć też choć krótko o sposobach walki i ochrony przed trollami i trollingiem, jako że te akurat umiejętności bez wątpienia nieraz okażą się przydatne bądź to wręcz nieodzowne dla każdego jednego Internauty, który podejmuje jakąkolwiek tylko w ogóle partycypację w dyskusjach toczonych w sieci bądź formę interaktywnej komunikacji z innymi użytkownikami – i zaiste okazują się one nie jednokrotnie iście bezcenne, uwierzcie mi!

Tak najogólniej i po krótce, owe sposoby walki i ochrony przed trollami, można by ująć w formie pewnego niejako „algorytmu”, określającego sposób postępowania w przypadku zetknięcia się z tym zjawiskiem bądź to, gdy padnie się ofiarą trollingu. A ów algorytm ma następującą postać:

  • Najsampierw należy upewnić się całkowicie, iż ma się do czynienia z trollem i
  • Następnie należy owo swoje odkrycie i zidentyfikowanie trolla ogłosić wszem i wobec publicznie możliwie wszystkim – a co ma na celu zaś uprzedzenie ogółu internautów przed wykrytym trollem oraz do partycypacji i wspieraniu naszej osoby w realizacji następnego, trzeciego punktu, kończącego nasz mini – algorytm anty – trollowi.
  • I wreszcie finalnie – zastosuj najlepszą broń walki z trollami czyli zignoruj zupełnie trolla i totalnie wszelką jego działalność, formy prowokacji bądź to wypowiedzi publikowane przez tę „mendę społeczną” – ignorując go albowiem skazujemy go niechybnie na fiasko i kompletną porażkę w swym procederze trollowania – jak to głosi jeden ze słynnych w Internecie sloganów i będący bohaterem niezliczonych już memów – „Nie karm trolla!!”, a troll karmi si twój uwag i wszelką reakcją na jego prowokacje, więc jedynie ignorując całkowicie jego osobę i działania możesz z nim skutecznie walczyć.
troll1x1

Słynne już internetowe hasło „Nie karm trolla!!”

A to z racji, iż taki troll, oddając się uprawianiu swego niecnego procederu, przede wszystkim i najbardziej łaknie właśnie uwagi innych oraz ich możliwie najbardziej gwałtownych i emocjonalnych reakcji, wzbudzonych w skutek jego działalności czy prowokacji. I też dlatego, jak pisałam już, właśnie ignorowanie okazuje się tu być najbardziej skuteczną „bronią”, zniechęcając trolle do dalszego „wkurzania” ludzi i zmuszając do zaniechania swego podłego procederu, aż finalnie opuszczają dany rewir i udają się w inne rejony Internetu w poszukiwaniu bardziej podatnych ofiar na swe działania, czy nawiedzać inne serwisy z nadzieją na lepsze efekty swego trollowania.

Ponad to w kwestii ochrony przed trollami¸ istotna jest też znajomość cech specyficznych czy szczególnych danego trolla, z którym mamy akurat do czynienia w danym przypadku – ich znajomość bowiem umożliwia wówczas wczesne wykrycie i identyfikację trolla i podjęcie skutecznej przed nim obrony.

Trolls

„Nie karm trolla!!”

Tym niemniej również i tu, niezmiennie najskuteczniejszą z takowych form obrony pozostaje wciąż owo całkowite ignorowanie trolla i wszelkich działań przez niego podejmowanych oraz brak jakiejkolwiek reakcji na jego prowokacje bądź „zaczepki” – wystarczy trolla totalnie olać, by szybko i skutecznie się pozbyć problemu – ot i cały sekret ha!

Aczkolwiek na tym nie koniec względem walki i ochrony przed trollami. Albowiem najważniejsze w tym względzie zadanie i jego cały ciężar, spada natomiast na barki administratora (czyli „admina”) bądź to moderatora danego serwisu, forum etc., do którego obowiązków w takim przypadku należy zaś podjęcie następujących kroków i działań: primo winien on w sposób umiejętny skutecznie filtrować wszelkie publikowane wypowiedzi, posty czy tzw. „komenty”, w tym poprzez blokowanie („banowanie”) treści trollowanych, jak też wykorzystując możliwości odpowiadania czy ingerencji w już istniejące, uprzednio opublikowane wiadomości bądź treści tego typu.

Niestety taka ingerencja, jak choćby usunięcie już opublikowanej uprzednio przez trolla wiadomości i wykasowanie jej treści z danego forum, grupy czy wątku, etc., w konsekwencji może powodować wręczeniu mu do ręki, dodatkowego argumentu w toczonym sporze bądź kłótni, przykładowo dotyczącego cenzurowania oraz wolności słowa i wypowiedzi.

Prócz adminów i moderatorów swój wkład w utrzymanie porządku powinni mieć również i zwykli jego użytkownicy partycypujący czynnie w jego życiu, funkcjonowaniu i toczonych w jego ramach dyskusjach. A to chociażby pomagając w tymże poprzez skrupulatne i natychmiastowe informowanie administratorów bądź moderatorów o każdym jednym podejrzanym zachowaniu czy aktywności na forum, w grupie bądź wątku, czy na portalu etc.

Rolą administratora jest z kolei nie tylko skrupulatna weryfikacja otrzymywanych od użytkownika tego rodzaju wiadomości, ale także i osoby, od której takowa wiadomość została przysłana (tj, jej nadawcy).

Tym niemniej ignorowanie trolla króluje, jako niepodzielnie najlepsza i najskuteczniejsza metoda walki, jak i obrony czy ochrony przed trollami – ignorowanie oznacza bowiem druzgocące fiasko i porażkę trolla oraz jego prowokacji!

I tak oto w społeczności internetowej powstał ów słynny zwrot, o którym napomknęłam już uprzedni, czyli „Nie karm trolla!”, a który ma na celu ostrzegać użytkowników Internetu przed podejmowaniem jakiejkolwiek interakcji z osobą trollującą. A to po to, aby swoją reakcją nie „karmić” trolli, bo ich pokarm stanowi właśnie reakcja i uwaga innych użytkowników, o jakie zabiegają swymi prowokacyjnymi działaniami.

05724457fb8a902ae6dbda86d5c4766c

Niestety ze względu na bardzo dużą liczbę użytkowników, zrealizowanie w praktyce takiego całkowitego zignorowania i brak jakiejkolwiek reakcji na trolla i jego działania jest dość trudne i karkołomne.

Istotny jest tu również fakt, iż to troll zwykle znajduje swą ofiarę – starannie wyszukując ją spośród nieskończenie wielu innych użytkowników, upatrując ją sobie obiera za cel…

Poza tym, niektóre trolle doskonale i umiejętnie potrafią skutecznie zwiększyć grono sił swych aliantów – czyli liczbę „sprzymierzeńców” i sojuszników, którzy mu sprzyjają i wspierają w boju..

Aczkolwiek i tak, jego skrajnie egoistyczne zachowanie, nieuchronnie zmierza do rozbicia i rozpadu danej grupy czy cyberspołeczności oraz jej wewnętrznego skonfliktowania i skłócenia, a co zaś stanowi pożywkę dla trolla.

A tymczasem z kolei ignorowany zupełnie troll, pozbawiony karmiącej go uwagi i reakcji innych użytkowników, w końcu zniechęca się całkiem takim pisaniem tylko do siebie samego i najprawdopodobniej wówczas szybko czmychnie z danego miejsca, przenosząc się  na inne, w poszukiwaniu nowego audytorium i ofiar bardziej podatnych na jego prowokacje i inne matactwa.

I to tyle w tym względzie – myślę, iż kwestię omawianą tu uprzednio mamy już wszyscy „w małym paluszku”!

VIII. EPILOG – CZAS REASUMPCJI I FINALNEGO PODSUMOWANIA….

W tym współczesnym świecie i realiach obecnego XXI wieku, w erze Globalnej Wioski i absolutnego panowania wszechobecnego, wszechmocnego i nieskończenie wielkiego Internetu, wszystko zyskuje zupełnie nowy, dodatkowy i zgoła odmienny od tych, znanych nam uprzednio – kolejny wymiar i formę swego istnienia, a my ludzie żyjący w tymże współczesnym świecie – kolejną nową, całkiem inną i zgoła odmienną, dodatkową rzeczywistość, w której istniejemy zarówno my jak i owo „Wszystko” i realia w jakich jest ona osadzona – rzeczywistość wirtualną i realia cyberświata Internetu pozbawione fizycznej formy bytu, całkowicie bezcielesne, które są zarazem jednocześnie nigdzie, jak i wszędzie…

I tak też dzieje się właśnie dokładnie również i w przypadku kwestii, jaką stanowią zachowania aspołeczne, o jakich była tu mowa już uprzednio. Oto można wyraźnie zaobserwować obecnie przejawy i przypadki występowania rozmaitych form zachowań antyspołecznych, już nie tylko w tych codziennych sytuacjach i rzeczywistych, istniejących faktycznie i realnie miejscach czy okolicznościach, jak np. praca, ulica, dom, szkoła, grupa rówieśników bądź inna wspólnota etc. – a więc tych istniejących w tzw. „realu”, czyli inaczej in real life, lecz oto teraz także i w tym nowym wirtualnym świecie i realiach internetowych spotkań, dyskusji i interpersonalnych relacji oraz form komunikowania się.

I samo owo komunikowanie się oraz formy tychże relacji interpersonalnych, również zyskują zupełnie nowy, zgoła odmienny wymiar czy formę….

W tej naszej codzienności w wirtualnym świecie i realiach współczesnej ery Globalnej Wioski, rzeczą zwyczajną, codzienną i powszednią stała się ciągła, nieustanna różnoraka partycypacja i interaktywne relacje oraz komunikacja interpersonalne na wszelkiego rodzaju forach internetowych, grupach dyskusyjnych, czatach, bądź też najrozmaitszych portalach społecznościowych i innego rodzaju czy blogach, oraz wszelkich innych miejscach w sieci, umożliwiających jakąkolwiek w ogóle interaktywną partycypację i prowadzenie dyskusji użytkownikom.

I w tych wszystkich, najrozmaitszych, nieskończenie wielu miejscach naszej partycypacji w wirtualnym życiu i rzeczywistości, naszych wszelkich tamże aktywności, działań i przejawów istnienia, zwykle znajduje się zawsze jakiś osobnik, określany mianem trolla, który z lubością oddaje się procederowi przeszkadzania i dezorganizacji w prowadzeniu merytorycznej dyskusji, siejąc w niej zamęt i zamieszanie, bądź to w efekcie wznieca tzw. flame war (lub in. Flame) – siejąc niejako Chaos, destrukcyjnie niszczący ład i porządek oraz powodujący całkowitą dezorganizację funkcjonowania i całokształtu istnienia danej cyberspołeczności….

I któż z nas współczesnych, XXI-wiecznych Internautów, nigdy nie spotkał ani razu na swej drodze żadnego, choćby jednego tylko trolla czy sam nigdy ani raz nie padł ofiarą trollingu, nawet choćby nieświadomie?

Chyba ciężko by było takowego znaleźć, lub wręcz nawet graniczyć by to mogło z niemożliwością, podług mego skromnego mniemania….

Tym niemniej, pomimo faktu, iż współczesne, nowoczesne możliwości techniczne, umożliwiają stosowanie restrykcji i ograniczeń zarówno dostępu, jak i publikowanych wypowiedzi oraz treści, i tak okazuje się jednakże, iż tę najskuteczniejszą metodę na trolla internetowego, stanowi wciąż niezmiennie owe jego całkowite ignorowanie – równoznaczne dla trolla z kompletnym i doszczętnym fiaskiem oraz sromotną porażką, odniesioną w tej bitwie i próbie prowokacji!

Tym niemniej trolling internetowy, nabiera jednak jeszcze znacznie większego znaczenia i doniosłości, wówczas gdy ingeruje on także w życie codzienne człowieka realnie i skutkuje ponoszeniem w nim faktycznych strat moralnych bądź materialnych, wykraczając tym samym już bardzo daleko poza tylko tę wirtualną rzeczywistość Internetu i realiów cyberświata, wkraczając brutalnie w świat rzeczywisty i jego realia istniejące faktycznie także i w „realu”…

A wówczas, w takiej sytuacji absolutnie karygodne i niedopuszczalne jest milczenie dobitna i właściwa reakcja, stanowiąca elementarny obowiązek i powinność każdego współczesnego człowieka!

A wszelkie trolle, od których roi się wszędzie w calutkim Internecie, i których na pęczki wciąż pojawia się w każdej jednej cyberspołeczności i miejscach w sieci, gdzie toczone są jakiekolwiek w ogóle dyskusje, i jakie mnożą się wciąż na potęgę, zwiększając liczebność swych zastępów – nie powinny jednakże nas wcale jakkolwiek ani przerażać, ani deprymować czy też zbytnio martwić, ponieważ to my tylko tak w istocie decydujemy o ich istnieniu – i tym, czy je karmić czy też nie karmić i najskuteczniejszą bronią kompletnej ignorancji ukrócić definitywnie ich poczynią, przeganiając z naszej cyberspołeczności w cholerę, przywróciwszy jej ład, spokój i wolną od trolli, pełną harmonii sielankową idyllę…

Troll to tylko troll  jedyne, co można z nim zrobić sensownego, to go totalnie „olać”, tak kolokwialnie mówiąc – albowiem tym sposobem możemy go właśnie najskuteczniej i definitywnie zgnieść, jak robaka, którym w zasadzie jest ten pasożytniczy robak, żerujący na innych internautach i siejący szkody szkodnik internetowych miejsc merytorycznej dyskusji i dysput, oraz wirtualnych spotkań Internautów…. A szkodniki wiadomo – należy bez względnie i bez litości tępić, jak choćby np. taką stonkę ziemniaczaną czy tasiemca – ot i tyle…. 😉

I jak rzadko kiedy, pasuje tu jak ulał, jako że trolle  to w zasadzie tacy internetowi idioci. ta mądra zasada w myśl, której to zaś należy …

13179049_1162071243823600_8454548547130077203_n

 

I takie również postępowanie sugeruje, a nawet zalecam w przypadku natknięcia się gdzieś w Internecie na jakiegokolwiek trolla czy usiłowanie dokonania aktu trollingu ot co!!

 

THE END.

 

[By Anna Gabriella „Lilith” Gajda®]

Przypisy:

[1]. Czyli nieadekwatne funkcjonowanie w rolach społecznych charakteryzujące się agresywnymi formami niedostosowania z przewagą aktywności, pobudzenia, wyraźnej agresji i wrogości. Do symptomów takiego zachowania zalicza się: silne dążenia do szkodzenia innym osobom; bezinteresowne okrucieństwo; brak wrażliwości moralnej; stosowanie różnych form przemocy w stosunkach interpersonalnych. [Źródło: Wikipedia.org].

[2] RFC 1855: Netiquette Guidelines, http://tools.ietf.org/html/rfc1855.

[3] J.S. Donath, Identity and Deception in the Virtual Community, [w:] Communities in Cyberspace, M.A. Smith, P. Kollock, 1999, s. 29 – 59.

[4] S. Herring, K. Job-Sluder, R. Scheckler, S.Barab, Searching for Safety Online: Managing Trolling” in a Feminist Forum, Center for Social Informatics – Indiana University.

[5] Screamer (także: jump scare): rodzaj animacji, filmu bądź aplikacji stworzonej specjalnie po to, aby przestraszyć widza. Pierwsze scream’ery pojawiły się około roku 2002.

[6] Efekt Krugera – Dunninga: jest to w psychologii zjawisko, które polega na tym, iż osoby niewykwalifikowane w jakiejś dziedzinie życia mają tendencje do przeceniania swoich umiejętności w tej dziedzinie, podczas gdy osoby wykwalifikowane mają tendencję do zaniżania oceny swych umiejętności. Zjawisko to zostało opisane i udokumentowane przez Justina Krugera i Davida Dunninga z Uniwersytetu Kornella.

[7] (argumentum) ad personam: <<argument odnoszący się do osoby, zarzut natury osobistej, nie związany z przedmiotem sporu>> [przeciwieństwo:] (argumentum) ad rem: <<argument do rzeczy, rzeczowy, dotyczący meritum sprawy>> [w:] W. Kopaliński, Słownik wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych, wydanie XVI rozszerzone, Państwowe Wydawnictwo Wiedza Powszechna, Warszawa 1989.

[8] D. Jachyra, Trollowanie – antyspołeczne zachowania w Internecie, sposoby wykrywania i obrony, Zeszyty Naukowe Uniwersytetu Szczecińskiego Nr 656, „Studia Informatica” Nr 28, 2011, s. 256.

 

[9] The Opinion of the Fourth Circuit, http:// pacer.ca4.uscourts.gov/opinion.pdf/971523.P.pdf.

[10] C. Landers, The Internets Are Going to War, Baltimore City Paper 2008.

Szymborska o pamięci o tych którzy odeszli....

Idealna wizja doskonałego Pomnika Ofiar Religii uduchowionej perfekcjonistki – część I

 

Szymborska o pamięci o tych którzy odeszli....

Póki pamięci żyje póty człowiek żywy

CZĘŚĆ I:

  1. WSTĘP.

Jako owa tytułowa perfekcjonistka również w kwestii organizacji pisanego tekstu, jak też zachowania wszelkich norm, prawideł i zasad przyjętych dla danego rodzaju i typu tekstu oraz danego stylu pisania, dążę jak zawsze do owego niedoścignionego ideału i pragnę aby tworzony tekst był jak najbardziej się da doskonały, także i tym razem nie mogłam się oprzeć temu swojemu pędowi ku perfekcji i musiałam zacząć oczywiście od owego najbardziej należytego i doskonałego początku każdej porządnej rozprawy, jakim jest właśnie Wstęp.

Albowiem rozważania i kreowaniu tu mej idealnej wizji doskonałego Pomnika Ofiar Religii, jaki się wyłania z mej nieco przerośniętej i zbyt rozbuchanej wyobraźni artysty, należy koniecznie zacząć od paru słów wstępu, wprowadzając nieco społeczno – politycznej demagogii do późniejszych i wizji nieskrępowanej mej wyobraźni, okraszonych odrobiną wiedzy i merytorycznych treści z kilku dziedzin wiedzy i zagadnień, jakie tu będą mi niezbędne do wykreowania w pełni mej idealnej wizji.

Tak więc oto słowem wstępu, a propos naszego tu meritum, czyli Pomnika Ofiar Religii, warto rzec nieco też i o innych pomnikach i pewnym obecnym, typowym dla owego naszego tzw. „katolandu” zjawisku z pomnikami związanym.

A więc do rzeczy!!

Zacznę od stwierdzenia, iż zwykle inicjatorem wielkich, donośnych ruchów, inicjatyw czy rewolucji lub przewrotów społecznych, bądź to politycznych, staje się ledwie jedna, mała iskierka – małe, liche zarzewie, które jednak wznieca ogromne pożary i potężne eksplozje, często rozpętujące się nawet na skalę globalną.

Tak właśnie było w bardzo wielu przypadkach w całej historii ludzkości, a czego przykładem może być choćby ruch emancypantek ongiś, który obecnie stał się ruchem feministycznym, ruch abolicyjny, a też Greenpeace praz inne duże ruchy ekologiczne, czy też, tak słynny i na topie obecnie, ruch internetowy i virtualny, kryjący się pod kryptonimem Anonymous.

images (4)

I liczę, że taki sam los czy prawidłowość powtórzy się z powodzeniem, również i w przypadku tej dopiero rodzącej się idei, koncepcji i inicjatywy czy akcji społecznej, jaką ma być ów Pomnik Ofiar Religii, inicjowany przez stowarzyszenie Poza Stadem. I że, tak samo podobnie i tu, ta pierwsza, mała ledwie iskierka, wykrzesana przez inicjatorów akcji i jej propagatorów, również zdoła wzniecić taki gigantyczny pożar, który ogarnie cały kraj, a może nawet i świat, a jego niebotyczną, jasną łunę będzie można zobaczyć nawet z przestrzeni kosmicznej, o czym skrycie marze w związku z tą inicjatywą, przyznam szczerze!

Lecz wróćmy tymczasem do owych pomników i wspomnianego zjawiska z nimi związanego.

Tak oto wraz ze śmiercią dawnej komuny i socrealizmu w Polsce, runęły wraz ze starym ustrojem także i pomniki dawnych, także komunistycznych bohaterów i czynów. Na ich miejsce wraz ze wzrostem demokracji, wyrastały jak grzyby po deszczu nowe pomniki niechlubnej i wzgardzonej przeszłości oraz zabronionego koloru czerwonego…

Ale kapitalizm i jego neo-konformistczne rozpasanie, także i w kwestii pomników wkrótce siegnął ekstremum; i to nie tylko względem ilości ich stawiania, ale co gorsza również względem obiektów czy rzeczy, jakim miały one oddawać cześć i hołd upamiętniając je swymi monumentalnymi cielskami, a też i w kwestii ich fizycznych rozmiarów podobnie zresztą.

Tu kapitalistyczna kato-pomniko-mania sięgnęła swego extremum!!

Tu kapitalistyczna kato-pomniko-mania sięgnęła swego extremum!!

Swiebodzin i jejgo gigantyczny Jezus

The crowned head of a statue of Jesus being built stands in Swiebodzin, 110 km (68 miles) west of Poznan, western Poland, November 4, 2010. The statue, whose body is 33 metres (108 ft) tall, is expected to be completed in November. REUTERS/Kacper Pempel (POLAND - Tags: RELIGION SOCIETY)

Jak widać, nawet i sam Jezus czasem „traci głowę” hehe ;)

Polska oto została demokratycznie naszpikowana czcigodnymi i w ogromnej większość – świątobliwymi olbrzymami z betonu, stali, spiżu, granitu bądź ołowiu; najeżona calutka gorzej niż jeż ostrymi szpikulcami niezliczonych krzyży i krucyfiksów wszelkiej maści; upstrzona pstrokato cała kaplicami, kapliczkami i monumentalnym bądź kameralnie małymi obiektami oraz miejscami kultu religijnego, kiczowato napchanych bez umiaru wszelkimi dewocjonaliami, świętymi malowidłami, rzeźbami, ikonami i tandetnie pozłacanych z jarmarcznym przepychem i barokową, iście groteskową przesadą.

Także i mojego miasta rodzimego, nie ominęła ta megalomańska pomnikowa „gigamania”. Przykładów na to nie trzeba szukać wcale daleko, bowiem już nieopodal mojego osiedla, na sąsiednim, prawie że osiedlu oddalonym kawałek zaledwie tylko, zwanym nieco ciut egzotycznie – Pekinem – starszy i sieje grozę, monumentalny pomnik o imponująco wielkich gabarytach „naszego” legendarnego, byłego papieża – Polaka, który to został namolnie i bezwzględnie ustawiony w centralnym miejscu dużego placu wewnątrz wielkiego blokowiska, gdzie to uprzednio odbywała się ongiś wizyta papieska Jana Pawła II, i który swymi szeroko rozpostartymi ramionami zdaje się niejako ojcowsko i czule obejmować całą tę betonową szpetotę wielkiej pustyni tego blokowiska, typowego dla śląska i zagłębia osiedla – sypialni, jeszcze rodem z PRL-u, jakie budowano dla napływowej siły roboczej z całego kraju, zwabionej tu przez bezlik kopalni, hut, fabryk i zakładów przemysłowych, oferujących miliony nowych miejsc zatrudnienia i definitywnie likwidujących straszną wizję bezrobocia, wiszącą nad wieloma obywatelami z innych, mniej zindustrializowanych regionów kraju, gdzie niemal nie istniał jeszcze żaden przemysł wówczas, a już w ogóle ciężki, i brak było drastycznie jakichkolwiek miejsc pracy dla klasy robotniczej.

PlacPapieski Sosnowiecki "Pekin"

„Mój rodzimy” Papież – Polak z Sosnowieckiego „Pekinu” na Placu Papieskim

2.04.2007 SOSNOWIEC ZAGORZE PLAC PAPIESKI LUDZIE MODLA SIE UCZNIOWIE ZE SP 38 Z KLASY 6B FOT. GRZEGORZ CELEJEWSKI / AGENCJA GAZETA 11 ROCZNICA SMIERCI PAPIEZA

SOSNOWIEC ZAGORZE PLAC PAPIESKI

12.04.201012.04.2010 SOSNOWIEC , TRWA ZALOBA PO KATASTROFIE SAMOLOTU RZADOWEGO W SMOLENSKU W KTOREJ ZGINAL PREZYDENT LECH KACZYNSKI Z MALZONKA MARIA I PRZEDSTAWICIELE WLADZ PANSTWOWYCH . FOT.DAWID CHALIMONIUK / AGENCJA GAZETA

„Mój” Sosnowiecki „Papież – Polak” w dzielnicy Zagórze – obejmuje ojcowsko w rozłożonych ramionach szarego betonowego molocha wielkiej pustyni blokowiska… ;)

Nad moim z kolei osiedlem górowały zaś dominując apodyktycznie i pysznie, strzeliste i niebotycznie wysokie wierze zabytkowego, gotyckiego kościoła – ostre niczym szpikulce bagnetu i groźne w swej majestatycznej, śmiertelnie zimnej, kamiennej powadze. A cień jaki rzucały zdawał się padać niemal na całe osiedle, spowijając je swym surowo lodowatym zimnem, aż nieprzyjemny dreszcz przeszywał całe ciało, jakby coś obślizgłego przepełzło po kręgosłupie….

Te wyrastające, jak grzyby po deszczu co raz to nowe pomniki i inne postumenty, w nowej, kapitalistycznej i już „zachodniej” Polsce, o dziwo co raz to rzadziej z każdą chwilą, stawiane były ku czci tych naprawdę wybitnych, zasłużonych, wielkich ludzi, wydarzeń, czynów, bitew, czy też ogólnie, ku czci i pamięci doniosłych historycznych prawdziwych „pereł” wszelkich. A za to co raz to częściej i częściej zaczęły one oddawać hołd i cześć pamięci wszelkim wartościom, postaciom, wydarzeniom, świętościom i bóstwom głównie w większości religijnym – a przede wszystkim najczęściej – katolickim i chrześcijańskim, oraz politycznym ściśle powiązanych, a w sumie wręcz podległym tejże religii bądź jej władzom, np. Kościołowi; będąc nie tyle pomnikiem oddającym hołd czemuś/komuś czy upamiętniającym coś/kogoś, co raczej bardziej miejscem lub obiektem kultu religijnego i manifestacją religijnego absolutyzmu graniczącego niemal z totalitarną dyktaturą wymuszającą bezwzględne posłuszeństwo, pod twardym butem „boskich” nakazów, rozkazów i zakazów, niepodlegających absolutnie żadnej dyskusji ani negocjacji, i czyniąc też w ten sposób z tego kraju jakby jeden wielki ołtarz naszpikowany gęsto cały odpustowym kiczem świątobliwych dewocjonaliów; i tym samym zmuszając siłą każdego obywatela, bez względu na jego wolę, by uklęknął, padł na kolana, mijając każdy jeden z tych pomników – obiektów kultu religijnego, pokornie pochylając głowę i czoło, przed choćby i nie swoim, obcym ale jedynym i wszechwładnym Bogiem – lichwiarzem, a który, co  zabawne, mimo chrześcijańskiej jego, morderczej co prawda, metamorfozie, i tak wciąż zachowuje nadal w sporym stopniu, to starotestamentowe oblicze tyrana – despoty zarazem jednocześnie, zwłaszcza tu obecnie, w tzw. kolokwialnie „katolandzie”.

Zaś ostatnimi czasy, a już szczególnie po niedawnej rotacji władz państwowych i rządowych, to ekstremum sięgnęło jeszcze wyższego i już skrajnie ekstremalnego pułapu, urastając już wręcz do miana fenomenalnego curiosum, a też wybryku natury niejako – i to wcale a wcale w żadnym pozytywnym jakkolwiek, tego określenia znaczeniu.

pomnik_malego_powstanca_fot.w.hansen-267x212

Teraz to powiem prócz nie tak dawnego w sumie pochowania Ś.P. świątobliwych szczątków stricte katolickiego prezydenta Lecha K. na Wawelu, pośród najznamienitszych i największych królów – a jak! – Polski, i otoczeniem go nabożną czcią niemalże całkiem niczym świętego – albo i nawet samego Faraona egipskiego, syna boga i jego namiestnika na ziemi – ten cały chory, szalony obłęd przybrał jeszcze o wiele ostrzejszą formę i stadium. Teraz to bowiem, planowany jest przez radykalnie katolickie władze państwa, jakie sięgnęły po ostatnich wyborach po najwyższą władzę i stanowiska, również monumentalny pomnik – gigant upamiętniający „świętą” katastrofę smoleńską i jej równie „święte” ofiary, a których beatyfikacji zaczęto niemal głośno też się już domagać, nieszczęsnego Tupolewa, a co gorsza o zgrozo! – nawet także i owej słynnej, „diabelskiej” smoleńskiej brzozy do tego, jako nikczemnego narzędzia szatana, które niecnie a pozbawiło życia „ich świątobliwe eminencje” w tej do obrzydzenia już nieustannie wałkowanej, wywlekanej na forum publicznym jako symbolu męczeństwa, dowodu niby „świętości” jej ofiar i otaczanej iście nabożną czcią przez – głównie – pissowskich kato – oszołomów, i pod wodzą prezesa Kaczyńskiego oraz mości prezydenta – elekta Dudy – marionetki na tronie, jaka wodzom PIS-U włożyła w ręce berło władzy absolutnej, umożliwiając im rozpoczęcie wdrażania swej fanatycznie religijnej dyktatury i kato – terroru bezlitosnego dla wszelkich heretyków, bluźnierców i innych wrogów Jedynej Religii i Boga – a tak naprawdę Jedynego Kościoła oraz kleru i ich interesom w większości mająca służyć – ot i taka brzydka prawda!

Co więcej rzec tu trzeba, przykładowo pomniki Jana Pawła II posiada już każde jedno miasto w Polsce (w liczbie co najmniej sztuk jeden lub więcej), każde miasteczko i prowincjonalna mieścina, a nawet i sporo wsi oraz wiosek, i to nierzadko w liczbie sztuk większej aniżeli tylko jeden. A o innych obiektach kultu religijnego, jak wszelkie krzyże, kapliczki, pomniki Jezusów, świętych itp. nawet nie wspominając, jako że tymi caluteńki kraj jest najeżony bardziej nawet niż jeż igłami, a człowiek chcąc nie chcąc nieustannie się o nie potyka na każdym kroku, gdziekolwiek by się nie ruszył – i czy chce, czy nie, bez względu na jego wolę, musi i tak nieustannie obcować z brutalnie napierającą zewsząd religią oraz jej pomnikową, namolną i wszechobecną manifestacją.

Kolejną typową tendencją w tym pomnikowym szale, stanowi tendencja do wypierania dawnych obiektów hołdu – wydarzeń historycznych, czynów, ludzi, ruchów rewolucyjnych, wielkich przywódców, twórców, odkrywców i naukowców, a też wartości czy idei – przez nowe obiekty hołdu, cechujące się agresywną i zatrważająco wielką ekspansywnością, a wśród których zdecydowany prym wiedzie oczywiście religia i religijne obiekty hołdu, upamiętniane przez post-komunistyczne pomniki. A już wybitnie tępione są wszelkie stare pomniki, upamiętniające cokolwiek związanego jakoś z uprzednim ustrojem oraz komunizmem, jak choćby np. czynu ludowego, ruchów rewolucyjnych i powstań czy np. wielkich przywódców rewolucji – „a bo to komuchy przecież! Won!” – nie mówiąc już nawet nic, o tych jeszcze bardziej „czerwonych”, bądź to „sowieckich”, jakich samo ledwie wspomnienie godzi sromotnie i śmiertelnie w godność, a raczej dumę, naszej kapitalistycznej demokracji.

I tak oto znikły wszystkie całkiem „[…] głowy Lenina znad pianina […]”, znikły wszystkie portrety towarzysza Stalina, a co gorsza znikły także i te upamiętniające choćby np. powstanie listopadowe. Przykładowo, jak ów słynny, nieistniejący już obecnie monument ongiś w Warszawie stojący, tzw. „Pomnik oficerów – lojalistów poległych w Noc Listopadową” a także „Pomnik Polaków poległych za wierność swojemu monarsze”, który został zniszczony jeszcze na długo przed erą kapitalizmu, bo w roku 1917 już. Tak oto z Placu Saskiego w Warszawie zniknął ów „Pomnik siedmiu Generałów”, jak też był on nazywany. I to mimo tego nawet, iż upamiętniał on sobą, oddawał cześć i hołd tak doniosłemu wydarzeniu oraz postaciom historycznym, a także mimo tak dalece wielkiego znaczenia i wartości dla naszego kraju oraz narodu – zarówno nas samych Polaków, jak i naszej tożsamości narodowej, a też i dla budowania zdrowej, patriotycznej postawy i wspólnoty celów.

Inkwizycja zebrała imponujące krwawe żniwo

Inkwizycja zebrała imponujące krwawe żniwo

Pierwsze z ofiar religii o których czytamy w Biblii

Już w samej Biblii niemal od początku czytamy o ofiarach religii

I tak właśnie, w podobny sposób, zniknęły i dalej znikają w zatrważającym tempie, wszelkie echa narodowej historii, manifesty patriotycznych idei i wartości, postaci wielkich, wybitnych wodzów i ludzi, oraz ogromu wielkości ich dokonań, czynów, bądź też ich geniuszu. Podobny los spotyka również postumenty oraz inne formy, oddające hołd wielu, bardzo pięknym, wzniosłym i wysokim wartościom czy ideom, jak choćby np. tak modna dziś Tolerancja. Hołd tejże ma również oddawać owa nieszczęsna, aczkolwiek słynna, warszawska tęcza na Placu Zbawiciela, a o którą to rozchodził się cały ów niedawny wielki raban, gdy to moherowe zastępy „św.” ojca Tadeusza wraz z innymi fanatykami i kato – oszołomami, wespół z radykalnymi zastępami nacjonalistów i neo – nazistów, zarzucały jej rzekomą obrazę św. Krzyża, ustawionego tuż obok i generalnie świętokradztwo oraz jak zawsze, standardowo – obrazę uczuć religijnych. Co prawda do definitywnego usunięcia nieszczęsnej tęczy póki co – gdyż teraz staje się to co raz bardziej prawdopodobne – nie doszło jeszcze, lecz jak dotąd została ona spalona przez jej wrogów (patrz powyżej) już co najmniej kilkukrotnie jak dotąd. Jakkolwiek by nie nazywali się autorzy tych aktów nienawiści i nietolerancji, to wciąż łączy ich zawsze wspólny mianownik, jaki stanowi fanatyczna nienawiść do wszystkiego co inne, co nie pasuje do ciasnych ram sztywnego schematu, do wszystkiego co się wyłamuje i próbuje iść swoją własną drogą, a nie trzymać się sztywno tylko tej wyznaczonej przez religię czy ideologię, jak większość – a więc tym samym także i dla każdej mniejszości, której już samo tylko istnienie godzi w ów twardo ustalony religijny czy ideologiczny paradygmat i podważa jego dyktaturę czy władzę absolutną, co budzi ferment w stadzie absolutnie posłusznych, ślepych i bezwolnych „owieczek” – choć ciśnie mi się tu na usta raczej epitet „baranów”.

Lecz o to dzieje się rzecz wręcz nie pojęta – gdyż w całym tym pomnikowym szale i przepychu, pozostały jakoś całkowicie zapomniane, pominięte i zignorowane pomniki, które powinny przede wszystkim być postawione i upamiętniać to, co esencjonalne, to, co stanowi prawdziwy obiekt hołdu, zasługujący na oddawanie nabożnej wręcz czci, i czemu tak naprawdę powinno się najsampierw oddawać ów hołd. A mowa mianowicie tu właśnie o tych całych miliardach niezliczonych niewinnych ofiar religii, których krwią jakże obficie spływa niemalże cała historia, nie tylko katolicyzmu, chrześcijaństwa, judaizmu czy innych religii – ale także i całej ludzkości niemal od samego jej zarania. Przykładów takich ofiar religii w historii znaleźć można by nieskończenie wiele. Poczynając od naszej kultury i chrystianizacji pogan słowiańskich, przez wyprawy krzyżowe, świętą inkwizycję, kontrreformację, aż po wszelkie wojny religijne, dżihad itp., jak też i ofiary anormalnego celibatu, w tym pedofilii w Kościele katolickim oraz wszelkie inne ofiary, jakie poniosły śmierć z ręki jakiejkolwiek reigii. A wszystkie te przykłady stanowią historię mniejszej lub większej rzezi oraz ludobójstwa, masowych bestialskich mordów, kryjących się obłudnie pod płaszczykiem religii. A jednakże o dziwo – wśród tej powodzi nieskończenie wielu pomników, wciąż rosnącej w siłę, nie sposób odnaleźć pomników właśnie tych wszystkich ofiar, upamiętniających ich męczeństwo, mękę, cierpienie i mord na nich popełniony – każdego jednego niewinnego skrzywdzonego dziecka i dorosłego – dlatego pytam tu oburzona i zdumiona: gdzie są dla nich pomniki, gdzie pamięć, cześć i hołd im należne? Gdzie?

Słowiańszczyzna-po-walce

Wojna Trzydziestoletnia i obfite krwawe żniwo jakie podczas niej zebrała religia…

spot052_margrate_cemetery_4

Cmentarz amerykański poległych żołnierzy w Holandii

Tym wielce wymownym i dobitnym pytaniem pozwolę sobie zakończyć tu cały ów powyższy Wstęp. Pora teraz bowiem już przejść do meritum tych dywagacji! A zatem to tyle w ramach wstępu.

2.  PRO MEMORIA – NIEMY KRZYK CIERPIENIA.

Zacznę może od wyklarowania pokrótce znaczenia i sensu, jaki kryje się za tytułem, którym opatrzyłam tenże rozdział.

Znaczenia utartego, łacińskiego zwrotu pro memoria, raczej nikomu nie trzeba tłumaczyć, z racji sławy oraz częstotliwości jego stosowania na całym świecie, stosowany nie tylko w stylu naukowym czy artystycznym, ale również i w stylu potocznym, gdzie nagminnie przewija się w kolokwialnej mowie i języku stosowanym na co dzień. Zatem translację tejże łacińskiej frazy, jakiej tu dokonam traktuję tylko i wyłącznie, jako czysto oficjalną formalność, gwoli doprecyzowania, napomknąwszy jedynie, iż oznacza ów zwrot, tyle, co: „Dla pamięci”.

427pamiec_o_zmarlych_stronka-agusi

Wspomnienie – iskra życia w tych co odeszli…

eabbdd8e8f3d6655180071808f4b1349

Ci którzy umarli – odeszli dawno w cień i została po nich – ot kupka kości jedynie nic więcej prócz pamięci co ich przy życiu jedynie utrzymać może….

Dla czyjej zaś pamięci wyjaśnia nam z kolei ów drugi, polskojęzyczny człon owego tytułu. Wywodzi się on natomiast stąd, iż temat owych ofiar religii, ich cierpienia, zbrodni i mordu, jakich się na nich dopuszczono etc. – od niemal samego zarania, spowijany jest w gruby niejako kir niemej ciszy, poprzez swego rodzaju „zmowę milczenia”, która nakazuje milczeć na ten temat, a nawet ignorować, udając jak gdyby ich nigdy wcale nie było… A wszelkie ślady tychże zbrodni i mordów, wszelkie ślady tychże ofiar i ich cierpienia są pieczołowicie tuszowane i jak się to mówi kolokwialnie – zamiatane pod dywan, tak by nie wyciekły w żadnym wypadku nigdy do mediów czy ogólnie do wiadomości opinii publicznej, pozostając ledwie skrzętnie skrywanymi, wstydliwymi sekretami danej religii, a w zasadzie bardziej jej władz i propagatorów, jakich celom zwykle ta religia służy tak naprawdę.

Tak więc nasze niewinne ofiary religii milczą, a ich krzyki pozostają nieme, stłamszone obłudnym kneblem religii. I giną gdzieś, znikając w nieprzebytych mrokach zapomnienia… Pozostają w ukryciu, nikt nie daje świadectwa i męki, cierpienia i śmierci – i dlatego jest konieczne wreszcie zrobić coś Dla Pamięci – o nich, o tych których niewinną krew przelała religia, przelano w imię religii…. Ofiary religii zasługują w końcu na głos! Zasługują na pamięć, na dobitnie napiętnowane i potępione, ujawnione całemu światu i podane do publicznej wiadomości; upamiętnione z oddaniem im należnej czci oraz hołdu – i rozpamiętywania ciągle i ciągle od nowa, tak aby pamięć o nich i to rozpamiętywanie, było nam przestrogą, ostrzeżeniem na przyszłość, które pozwoli nam uniknąć popełnienie znowu tych samych błędów, i które uzmysławiało i uświadamiałoby nam, jak wiele zła religia wyrządziła w historii ludzkości, jak wiele zła kryje się i niesie ze sobą religia, i jak wiele zła może być skutkiem religii – przypominając nam o tym nieustannie, poprzez cierpienie i śmierć jej ofiar.

A to stanowi właśnie ogółem – meritum całej inicjatywy „Pomnik Ofiar Religii – Poza Stadem”. I oto w tym przedsięwzięciu chodzi właśnie – by upamiętnić to wszystko, oddać należną cześć i hołd, napiętnować i potępić, nadać rozgłos i upublicznić, a tym samym poprzez tę pamięć – uczynić wiecznie żywymi, póki ta pamięć trwa…

Ale dość już o tym, bo nie o sam ów tytuł się tutaj rzecz rozchodzi.

Albowiem meritum tych dywagacji stanowią w zasadzie dwie zasadnicze rzeczy. Primo, cała ta inicjatywa i przedsięwzięcie wspomniane tu uprzednio, a secundo, same ofiary religii, ich cierpienie i śmierć, ich upamiętnienie, cześć i hołd im należny, a także wszelkie inne kwestie czy aspekty z tymże zagadnieniem związane.

Zacznijmy może od końca – czyli od owych ofiar i punktu drugiego.

Wielu osobom, zwłaszcza bardziej religijnym oraz mniej zaznajomionym z tą tematyką, ciśnie się tutaj uporczywie na usta pytanie: „No dobrze, ale właściwie te ofiary i ta cała pamięć oraz reszta, są aż takie niby ważne czy istotne?”, albo kolejne: „A jakie to ma w ogóle znaczenie?” – i choć te pytania można by uznać za przejaw ignorancji, niedouczeniu, czy nawet zaślepieniu osoby, która je stawia, to i tak jednak mimo to, konieczne jest tutaj podjęcie próby udzielenia na nie pokrótce wyczerpującej odpowiedzi. Takiej, która będzie satysfakcjonująca zarówno dla zwykłego laika, czy też ignoranta nie znającego tematu, jak i dla obytego, wytrawnego znawcy i badacza tego zagadnienia, bądź innej persony wielce uczonej etc. Odpowiedzi, która stanowi uzasadnienie i rację bytu całej inicjatywy, i która symultanicznie stanowi źródło, z którego wypływa cały jej sens, cel i znaczenie, oraz wszystko to, co determinuje o całokształcie jej zasadności, istotności, wagi, doniosłości i znaczeniu. Co nadaje tej koncepcji wszelką racje bytu…

20081201-QZE04074_RCP05049-14-106b_107Heart-cut

Ofiary religii składali już Inkowie czy Aztekowie

s_jarmark_198

Wojna trzydziestoletnia – krwawe i obfite żniwo ofiar zebranych przez Religię

1345291241588

Święta Inkwizycja też przysporzyła religii nie mało ofiar…. tortury palenie na stosach i inne formy zadawania okrutnej śmierci były standardem na porządku dziennym i widok płonących na stosie czy masowych szubienic nikogo zupełnie nie dziwił…

Zdaję sobie sprawę, iż taka odpowiedź winna tu niejako, przybrać formę nieskończenie długiej wyliczanki, wyliczającej nieskończenie wiele powodów, argumentów, epitetów etc., jakie się na tę odpowiedź składają. I z tego, że nie sposób nijak tej mnogości zawrzeć w tej pracy, ani też w żadnej skończonej postaci, dlatego też ograniczę się tutaj w tym względzie jedynie do tego tzw. niezbędnie koniecznego minimum, jakie znaleźć się tutaj absolutnie musi i nic ponad to – nie rozwlekając nadmiernie tego i tak już rozwlekłego wywodu

36bde1d2f686f19d9137413f59fce440,2,0.

Odpowiedzi zaś tej nadam formę listy numerowanej, dla uzyskania bardziej przejrzystej organizacji tekstu. Tak więc oto, dlatego, że:

  • Ofiary te były to w zasadzie ofiary, które niczym nie zawiniły nikomu, nie dopuściły się żadnej znaczniejszej chociażby zbrodni ani zła; była to generalnie niewinnie przelana krew niewinnych ludzi, niesprawiedliwie, w imię jakiegoś tam boga, jakiejś tam religii, jakichś tam przykazań i nakazów, zasad czy praw tejże religii. A w istocie, jak najczęściej – tak naprawdę w imię jej kapłanów, władz, jak choćby np. Kościoła katolickiego i kleru, i celów, które skrywając się tylko pod płaszczykiem tejże religii i pozornej „boskości”, w istocie wcale nie Bogu ani religii służyły czy służą, lecz celom ludzi, i to wyjątkowo perfidnie niskim, płytkim, maluczkim, niecnym i plugawym… Np. zwykłej chciwości, żądzy władzy i wpływów, a nawet zaspokojenia prymitywnych chuci i popędów jedynie, jak dzieje się to w przypadku pedofilii przykładowo, gdzie do tego owe chucie i popędy nie są nawet naturalne, lecz chore, zwyrodniałe i stanowią patologiczną dewiacje niezgodną z Naturą. Celom, jakie obierał sobie nie żaden bóg, lecz zwykli ludzie – mali, podli, małostkowi i nikczemni, jak choćby np. kler obecnie, albo też władze kościelne, Kościół, inni przywódcy religijni oraz powiązani z nimi politycy i władze państwowe czy świeckie, a co widać ewidentnie zwłaszcza obecnie na polskiej scenie politycznej.
  • Ponadto, kolejny kardynalny powód stanowi tu sposób w jaki ta cała pomniko – mania traktuje ofiary religii i pamięć o nich, ale i sama religia również. A mianowicie to, jak całkowicie je ignoruje i pomija, zbywa milczeniem, a nawet wręcz hańbi, depta, oczernia i obrzuca oszczerstwami i fałszywymi oskarżeniami, tak by ukazać je w jak najgorszym świetle, a tym samym – manipulując rzeczywistość i fakty, tak aby służyły ich celom i świadczyły na ich korzyść, wybielając ich złe postępki i haniebne czyny w oczach ludzkości. W ten sposób czynią z tychże ofiar religii, bezbożnych wrogów Boga i religii, czy też „prawdziwego Polaka – katolika”, jak to się propagandowo obecnie określa pewien typ Polaczków; czyni z nich heretyków bluźniących przeciwko jedynemu Bogu, pogański czarci pomiot, warto co najwyżej oplucia czy rozdeptania ich „świątobliwymi” buciorami – bezlitośnie i z obrzydzeniem, niczym robaka.
  • A tymczasem ich cierpienie, ich krzywda i ból, zło i niesprawiedliwość im wyrządzona przez religię, ginie w nieprzebytych mrokach zmowy milczenia i religijnej propagandy, a która steruje zwykle niestety niemal całą ogromną większością społeczeństw, mass – mediów, jak i opinii publicznej; i dzierży największą władzę nad światem oraz wpływy, budując największe potęgi. A też i ogólnie nad masami, sterując całymi ogromnymi większościami licznych społeczeństw i narodów. A co widoczne jest zwłaszcza w przypadku wielkich religii monoteistycznych.
  • Pamięć o ofiarach religii, służy nie tylko upamiętnieniu ich, aby żyli nadal w pamięci ludzkiej, nie tylko oddaniu im należytej czci i hołdu, ale o wiele bardziej istotnemu celowi czy celom, na znacznie większą skalę, nawet globalną, który służy całemu społeczeństwu czy społeczeństwom, i to nie tylko współcześnie istniejącym, ale nawet i w całej przyszłej historii ludzkości. Cel ów można zatem śmiało nazwać celem społecznym; ponadto jest to też cel edukacyjny i uświadamiający. A mianowicie poprzez tę pamięć o ofiarach religii i ich tragicznym losie, społeczeństwo jest zarazem edukowane w zakresie historii ludzkości, a ucząc się na błędach jakie ongiś popełnili nasi pra – przodkowie, może wyciągać wnioski z nich i unikać ponownego popełniania ich w przyszłości – aczkolwiek co prawda mawiają, iż historia kołem się toczy, lecz i tak mimo to liczę, iż taka edukacja społeczna będzie jednak sukcesywna, przynosząc będzie realnie wymierne efekty. Pamięć ta przyczynia się również do znacznego wzrostu świadomości, zarówno społecznej, jak i tej indywidualnej, co również ma liczne korzystne konsekwencje oraz przynosi wiele wymiernych korzyści.
  • I przyczyna czy powód finalny już tutaj – a jaki związany jest stricte z obecnymi realiami świata współczesnego i jaki szczególnie czyni koniecznie niezbędną takową pamięć, jak i naszą inicjatywę, zwiększając drastycznie jej istotność oraz potrzebę jej propagowania. A to z racji, iż to właśnie obecnie, we współczesnym świecie XXI wieku, właśnie te obecne, współczesne tego świata wszelkie realia, czynią tę potrzebę i istotność, aż tak wielką i palącą, zmuszając nas niemal wręcz do zwrócenia się w tym kierunku, a też do czerpania stąd wiedzy i mądrości, by móc rozwiązywać drastyczne problemy i zło współczesnego świata, ocalić go niejako, zapewniając dalszą bytność i ciągłość ludzkości i ludzkiemu światu, i tak właśnie ocalić, gdyż obecnie świat znajduje się tylko o włos od wielu różnorakich katastrof i kataklizmów – ekologicznych, braku elementarnych surowców, jak woda pitna, niezbędnych do życia, czy też militarnych, a nawet nuklearnej – zwłaszcza teraz, gdy nad światem zawisła złowieszcza groźba globalnego konfliktu militarnego i być może nawet III Wojny Światowej, w której karty rozdawać będą potęgi i mocarstwa, dysponujące nie tylko największą siłą militarną, ale co najgorsze – również największą siłą broni jądrowej i nuklearnej, z których ledwie najmniejszego kalibru parę pocisków, jest w stanie zdmuchnąć całą planetę z powierzchni ziemi, urzeczywistniając apokaliptyczne wizje Armagedonu z filmów katastroficznych czy literatury science – fiction…. Sytuacja zwłaszcza obecnie sięgnęła zenitu, stając się naprawdę alarmująco drastyczna i tragiczna. Tak oto bowiem patrząc na najbliższą nam historię współczesną, natrafiamy na całą masę różnorakich konfliktów, wydarzeń i problemów, u których podłoża niezmiennie leży jedna przyczyna i źródło – a jest nim nie inaczej jak właśnie owa religia. I też w konsekwencji których, przybywały całe rzesze coraz to nowych ofiar religii, oraz morze przelanej za religię niewinnej krwi… Największy wkład w to mają oczywiście te największe obecnie religie wiodące prym na świecie. Tu przede wszystkim przodują trzy największe religie monoteistyczne, czyli chrześcijanizm, judaizm oraz islam. Z tych trzech, najbardziej zajadłą, agresywną i patogenną stanowi bez wątpienia islam, ze swym dżihadem, a więc świętą wojną wymierzoną w innowierców i postulującą ich anihilację oraz zabijanie na wszelkie sposoby, a co uwypuklone jest najsilniej pośród fundamentalistów oraz innych radykalnych i fanatycznych wyznawców tejże wiary (co zresztą analogicznie tyczy się każdej z religii). Jednakże moc, potęga, zakres władzy i wpływów, a także bogactwo pozostałych dwu również bez wątpienia jest wielce istotny i odgrywa równie istotną rolę na arenie świata współczesnego i sytuacji na nim. Na drastyczne pogorszenie i zaostrzenie się tejże sytuacji obecnej miały wpływ liczne, bardzo tragiczne oraz drastyczne wydarzenia na świecie. Wiele z nich stanowiły akty terroru i przemocy, takie jak choćby atak terrorystyczny na World Trade Center, ostatni atak terrorystyczny w Paryżu i inne podobne, których konsekwencje stanowiły najbardziej bezpośrednio masowe mordy na mniejszą bądź większą skalę, jakich dopuszczano się na tak wielkiej liczbie nowych, niewinnych ofiarach religii, przelewając ponownie kolejne morza niewinnej krwi. Do mniej bezpośrednich konsekwencji tego rodzaju aktów przemocy i ataków terrorystycznych, zaliczyć należy przede wszystkim np. zaostrzenie i pogorszenie się stosunków międzynarodowych na świecie, liczne restrykcje i embarga państw ościennych bądź współpracujących, negatywne skutki ekonomiczno – gospodarcze, pogorszenie się sytuacji politycznej zarówno wewnętrznej, jak i na scenie polityki międzynarodowej, zarzewia nowych konfliktów, nie tylko państwowych czy narodowych, ale także międzynarodowych, drastyczne nasilenie się emigracji z zakątków świata najbardziej dotkniętych kryzysem politycznym, militarnym czy ekonomiczno – gospodarczym, a też napływ ogromnych fal imigrantów z tych państwo zwłaszcza do krajów zachodnich wysokorozwiniętych, o największej prosperity. Ponadto w skutek uprzednich tragicznych wydarzeń takowa sytuacja na świecie pogarszała się nieustannie z czasem, a jakże ogromnie tragiczne wydarzenia, które miały miejsce w ostatnim okresie czasu, zwłaszcza zaś tak donośny i ogromny atak terrorystyczny i mord, jakiego dokonano w Paryżu, doprowadziły do skrajnej oscylacji i zaostrzeniu tej sytuacji, która sięgnęła obecnie niejako pewnego ekstremum – jakiego przejawy to m.in. choćby owa wspomniana groźba międzynarodowego konfliktu zbrojnego (a może i III Wojny Światowej), czy też np. pakty militarno – polityczne jakie zostały zawarte, lub jakich stworzenie jest postulowane, bądź żądane przez państwa członkowskie w obrębie UE czy NATO, a jakich celem ma być nawet i zbrojna, militarna interwencja w odpowiedzi na owe ataki terrorystyczne, lub użycie siły wobec wrogich ugrupowań, organizacji terrorystycznych, a nawet całych nacji, państw czy generalnie – danej religii i jej wyznawców. Co istotne, drastycznie narasta, zwłaszcza w Europie i na Zachodzie, niechęć, wrogość a nawet wręcz nienawiść do islamu, jako religii, jego wyznawców, czy też uchodźców (imigrantów) pochodzących z krajów muzułmańskich, arabskich, tureckich czy też ogólnie. krajów Bliskiego Wschodu przykładowo. To zaś rodzi kolejne akty nienawiści i przemocy, tym razem wymierzone z kolei przeciw ludności etnicznie tak samo przynależnej, jak sprawcy bądź domniemani sprawcy uprzednio omawianych aktów terrorystycznych, czy stron konfliktów na tle religijnym, a których dokonują tym razem odwrotnie – nie napływowa ludność Europy i krajów zachodnich, stanowiąca autochtoniczną grupę etniczną tychże terenów – a więc My niejako, prawowici i rodowici Europejczycy czy np. amerykanie, z dziada pradziada zamieszkujący Zachód i stanowiący rdzennych członków zachodniej cywilizacji, w odróżnieniu do imigrantów, powodujących etniczne i kulturowe rozbicie i urozmaicenie zamieszkałej tam uprzednio pewnej niejako jednorodnej i jednolitej jedności kulturowej, etnicznej, i w pewnym stopniu – także rasowej. A to z kolei prowadzi nieuchronnie do powstawania społeczeństw multikulturowych, niejednolitych i w których granice państwowe i narodowe, ulegają zatarciu oraz stają się płynne i ruchome, co sprzyja np. procesowi globalizacji, unifikacji narodowościowej i kulturowej, kosmopolityzmowi, a też zjawiskom znacznie bardziej ewidentnie negatywnym, jak np. utrata tożsamości narodowej, kulturowej czy etnicznej, niszczenie i zanikanie folkloru, sztuki i kultury etnicznej, grup etnicznych i ich odrębności kulturowo – obyczajowej, a też przyczynia się do ekspansji i wzrostu potęgi wielkich, międzynarodowych multi-korporacji, jak i związanych z ich funkcjonowaniem oraz prowadzoną polityką ekonomiczną i strategiami marketingowymi, negatywnych zjawisk (np. wyzysk i ucisk państw i społeczeństw najbiedniejszych, żerowanie i czerpanie korzyści ze społeczeństw o niskim stopniu edukacji czy świadomości -np. prymitywnych czy z krajów trzeciego świata – zmuszanie do pracy niewolniczej, w tym także dzieci, i wiele, wiele innych…). Ale dość już o tym!

Nieco odbiegłam od naszego meritum w poczynionych tu uprzednio dygresjach, ale pora już wrócić do sedna sprawy, a które stanowi właśnie sam Pomnik Ofiar Religii – zarówno jako inicjatywa oraz przedsięwzięcie, jak i wizja ich realizacji w praktyce, koncepcja realnej formy, jaką ta inicjatywa czy przedsięwzięcie przybiorą w rzeczywistości finalnie, a i też ogólnie – wszelkich innych detali czy aspektów formy istnienia tego pomnika oraz jej funkcjonowania, czy bytności, oraz realizacji całej koncepcji w praktyce. A w szczególności tyczy się to wizji prywatnej niejako, autorskiej, jaką siłą swej imaginacji i kreatywnej mocy twórczej wykreowała sobie szanowna autorka tego wywodu, i którą to tu następnie ma zamiar podzielić się z szacownym Czytelnikiem – pozostawiając w jego gestii zarówno interpretację, ujrzenie oczyma wyobraźni jej wizualizacji, jak i ocenę, licząc iż znajdzie u swych Czytelników zrozumienie i nieco wyrozumiałości dla wykreowanej przez siebie wizji i koncepcji Pomnika Ofiar Religii…

Ale o tym więcej w kolejnej części tego tryptyku!

images (4)

Zapalenie znicza, świeczki, pomnik czy położenie pod nim kwiatów a nawet zwykły kamień – symbolika jest różna jednak jedna idea – pamięci o tych którzy odeszli, umarli o tych którzy zginęli, zostali pomordowani lub inaczej zabrała ich Śmierć…. oni pozostaną jednak żywi póki żyć będzie pamięć o nich!

 

Przypisy:

[1] A. Strzelczyk: Pogańska religia Słowian [online]. [Dostęp: 01.06.2009]. Dokument dostępny w Internecie: http://www.slawistyka.ath.bielsko.pl/historia/slowianie01.html.

Bóg jest martwy

Nietzsche versus Bóg – czyli rzecz o tym, jak to nietzscheański nadczłowiek w drodze ku boskości potknął się o trupa martwego Boga i wpadł do beczki po same uszy w nihilizm…

bog_jest_martwy_crime_scene

„Crudelius est quam mori semper timere mortem”

(Seneca)

Nietzsche zwykł dość jawnie obnosić się ze swymi poglądami na temat Boga, chrześcijaństwa, jak i religii ogólnie, tak więc w twórczości tego wielkiego filozofa potyczek Nietzsche versus Bóg można znaleźć na pęczki. Tym niemniej w tym wywodzie pragnę skupić się akurat na tej jednej, konkretnej potyczce, a przy tym również chyba i największej oraz wzbudzającej niezmiennie najwięcej kontrowersji. A prócz tego, którą to potyczkę Nietzsche staczał nie raz, a wielokrotnie w swej twórczości – niejako staczając wiele bitew, które składają się na całą tę wielką kampanię, jaką filozof wytoczył przeciw Bogu.

Potyczkę ową zaś stanowi w zasadzie pewna dość krótka, aczkolwiek legendarna już teza, czy też postulat, jaki to ów filozof dość obrazoburczo oraz kontrowersyjnie wysunął i sformułował, zresztą wykazując się wielką odwagą podług mego skromnego mniemania, a zwłaszcza uwzględniając czasy temu współczesne i ówczesną mentalność w kwestiach religii.

Teza ta mianowicie w oryginale, a więc w języku niemieckim, w jakim to sformułowana została pierwotnie, brzmiała: „Gott ist tot” – i choć owe ledwie trzy krótkie niemieckie słowa zdawać by się mogły na pozór dość skromne i oszczędne, to kryją one w sobie tak naprawdę nieskończone bogactwo treści i przesłania, mimo że zawarte ono zostało w tak oszczędnej, wręcz minimalistycznej formie. Cóż, nie sposób tutaj Nietzschemu postawić zarzutu przerostu formy nad treścią….

gott_ist_tot_mur

Nim przejdę jednak do meritum mych rozważań, gwoli dopełnienia kwestii formalnych muszę nadmienić, iż swe dalsze tutaj roztrząsania omawianej kwestii opierać będą się, prócz samej twórczości Nietzschego oczywiście, w pewnym stopniu również na artykule Mirosława Żelaznego o tytule: Nietzsche: śmierć Boga, który to został opublikowany na łamach portalu internetowego Racjonalista.pl, zresztą wyśmienitego trzeba przyznać. Artykuł ów stanowił również po części inspirację dla mych rozważań i natchnął do refleksji, jakie stanowić będą treść następującego wywodu.

Na marginesie dodam, iż artykuł ów podług mego skromnego mniemania jest niezwykle interesujący, zarówno pod względem zawartych w nim refleksji autora, jak i treści merytorycznych, a przy tym ujęła mnie w nim niezwykła zgodność moich własnych poglądów, refleksji i spostrzeżeń z tymi, jakie poczynił tamże sam Żelazny, a jakim również i ja pragnę dać wyraz w niniejszej pracy, dlatego też w sporym stopniu będę się tu opierać na oryginalnej treści owego Artykułu, także parafrazując zawarte w nim myśli Żelaznego, przeto proszę o pewną wyrozumiałość w tym względzie i darowanie mi zarzutów o plagiat.

I to na tyle względem formalności, teraz pora zaś przejść do meritum – czyli  owej tezy w języku niemieckim, a zaś oczywiste jest, iż nie każdy z polskich Czytelników musi władać tymże językiem obcym, zacząć by więc należało ów wywód od kwestii translacji przytoczonej frazy, a która to zdaje mi się być tu kwestią elementarną, jak i prymarną niejako. Tak oto znika odwieczna bolączka chyba każdego człowieka pióra, czyli od czego by tu zacząć.

Zacznę zatem przede wszystkim od kwestii tu elementarnej, a więc od kwestii poprawnej translacji naszej frazy, na co zresztą zwraca uwagę również i Żelazny na samym początku swego artykułu, podkreślając jej elementarne dla reszty znaczenie.

Co do translacji, a raczej poprawnej translacji naszej frazy, to należy najsampierw odmówić racji bytu, często spotykanemu potocznie i w kolokwialnym zastosowaniu, jej tłumaczeniu jako: „Bóg umarł”. Jest ono bowiem całkowicie błędne i nieadekwatne, i to aż z dwóch, a w zasadzie trzech, zasadniczych powodów.

Primo, z powodu już tylko względów filologicznych jest ono ewidentnie mylne i błędne, co zaraz uzasadnię odwołując się do swojej własnej znajomości języka niemieckiego, który to akurat również miałam okazję sobie całkiem nieźle przyswoić podczas swej edukacji. Mianowicie błąd ów uwidacznia się już ze względu semantyki, jako że kryje się on głównie w słowie „tot”, które to wcale a wcale nie stanowi czasownika o znaczeniu „umarł”, lecz jest to przymiotnik o znaczeniu „martwy”. Po drugie jeszcze więcej wnoszą nam względy gramatyczne, jako że fraza „Gott ist tot” nie jest absolutnie wyrażona w stronie czynnej („Bóg umarł” to strona czynna), lecz w stronie biernej, a więc tłumaczyć to wyrażenie winno się raczej jako: „Bóg jest martwy”. Natomiast fraza „Bóg umarł” zgodnie z normą językową w języku niemieckim musiałoby mieć postać zaś taką: „Gott starb” bądź też „Gott ist gestorben.

Reasumując, poprawna translacja frazy ”Gott ist tot” ze względów semantycznych oraz gramatycznych brzmieć winna: „Bóg jest martwy”, co nie budzi myślę już żadnych wątpliwości Czytelnika, naturalnie względem powodów natury filologicznej.

Secundo, powodem jest również fakt, iż owo błędne tłumaczenie „Bóg umarł” ponadto – jak słusznie zauważa Żelazny – nie wykracza zupełnie poza kanony myśli chrześcijańskiej, a co oczywiste nawiązuje do faktu, jaki znany jest doskonale każdemu wyznawcy tejże religii, a mianowicie, iż Bóg umarł na krzyżu dla naszego zbawienia. A to bynajmniej nijak się ma do naszej frazy, jak i całej tej koncepcji zresztą.

I tertio – powód o największej wadze i newralgicznym wręcz znaczeniu, a który stanowi tu nasz główny corpus delicti, który niezbicie dowodzi błędności owego pierwszego, potocznie stosowanego tłumaczenia, oraz poprawności naszej, przyjętej tu za poprawną, translacji, jako Bóg jest martwy. Ponadto powód ów, uzasadnia także mój upór niejako, a jaki wykazuje również sam Żelazny w swym tekście, aby koniecznie zachować w translacji właśnie owo, jakże wielce cenne, „jest”. Zaraz wyjaśniam, dlaczego stanowi ono aż tak cenny element tejże nietzscheańskiej frazy.

O cenności owego „jest” mianowicie przesądza rola, jaką to pełni ono w tejże koncepcji Nietzschego. Słowo „umarł” z kolei rodzi nierozerwalne skojarzenie ze swoistym „ciągiem przyczynowym”, jak to ujmuje Żelazny, indykującym także formę czasu przeszłego, czyli że: Bóg był i już go nie ma – bo przecież umarł i to już minęło, stając się przeszłością.

Tymczasem podług tezy Nietzschego, która kładzie bardzo silny nacisk z kolei na formę czasu teraźniejszego i nadal trwającego wciąż nieprzerwanie, ów Bóg jednak wciąż właśnie „jest”, choć jest on, czy pozostaje martwy. Tak więc pozostaje on martwy, lecz będąc jednakowoż w tejże formie (czyli martwej) zarazem pozostającym czy trwającym. Można by zatem rzec, iż Bóg jest martwy, lecz zarazem wciąż jest obecny – n’est-ce pas?

nagrobek_boga

T spoczywa trup Boha, który jest martwy lecz zarazem nadal wciąż jest… Conquiescat in pace….

Naturalnie pomijając tu całokształt pozornej absurdalności owego martwego tworu, który jednak że wciąż pozostaje obecny, a która to przywodzi na myśl wizje z horrorów o żywych trupach, i owych niby martwych a jednak wciąż obecnych zombie, aczkolwiek tylko w pierwszej chwili, bez głębszej refleksji jakiejkolwiek na ten temat.

Koncepcja martwego Boga wielokrotnie pojawia się w twórczości Nietzschego, jak już wspominałam. Pierwsza wzmianka o śmierci Boga pojawia się w „Wiedzy radosnej”, we fragmencie 125 o tytule „Człowiek szalony” czy „Człowiek oszalały”. Podobnie jak Żelazny, uważam tu za niezbędne przytoczenie dla przypomnienia tego jakże istotnego fragmentu tamże zawartego, a który to brzmi następująco – cytując za Nietzschem:

[…] 125.  C z ł o w i e k o s z a l a ł y . — Czy nie słyszeliście o owym oszalałym człowieku, który w jasne przedpołudnie latarnię zaświecił, wybiegł na targ i wołał bezustannie: »Szukam Boga! Szukam Boga!« — Po nieważ zgromadziło się tam właśnie wielu z tych, którzy nie wierzyli w Boga, więc wzbudził wielki śmiech. Czyliż zginął? spytał jeden. Czyż zabłąkał się jak dziecko ? rzekł drugi. Czy się ukrywa ? Może boi się nas ? Czy nie wsiadł na okręt ? Wywędrował? — tak krzyczeli i śmieli się w zgiełku. Oszalały człowiek wskoczył między nich i przeszywał ich spojrzeniami swemi. »Gdzie się Bóg podział? zawołał, powiem wam! Z a b i l i ś m y go — wy i ja! Wszyscy jesteśmy jego zabójcami! Lecz jakżeż to uczyniliśmy? Jakżeż zdołaliśmy wypić morze ?

Kto dał nam gąbkę, by zetrzeć cały widnokrąg? Cóż uczyniliśmy, odpętując ziemię od jej słońca ? Dokąd zdąża teraz ? Dokąd y zdążamy ? Precz od wszystkich słońc ? Nie spadamyż ustawicznie ? I w tył, i w bok, i w przód, we wszystkich kierunkach ? Jestże jeszcze jakieś na dole i w górze? Czyż nie błądzimy jakby w jakiejś nieskończonej nicości ? Czyż nie owiewa nas pusty przestwór? Czy nie pozimniało ? Czy nie nadchodzi ciągle noc i coraz więcej nocy ? Nie trzebaż zapalać latarni w przedpołudnie? Czy nie słychać jeszcze zgiełku grabarzy, którzy grzebią Boga? Czy nie czuć nic jeszcze boskiego gnicia ? — i bogowie gniją! Bóg umarł! Bóg nie żyje ! Myśmy go zabili! Jakże się pocieszymy, mordercy nad mordercami ?

Najświętsze i najmożniejsze, co świat dotąd posiadał, krwią spłynęło pod naszemi nożami — kto zetrze z nas tę krew ? Jakaż woda obmyć by nas mogła ? Jakież uroczystości pokutne, jakież igrzyska święte będzie musieli wynaleźć ? Nie jestże wielkość tego czynu za wielka dla nas? Czyż nie musimy sami stać się bogami, by tylko zdawać się jego godnymi? Nie było nigdy większego czynu — i ktokolwiek tylko po nas się urodzi, gwoli czynowi temu należeć będzie do historii wyższej, niż wszelka dotąd była historya!« — Tu zamilkł człowiek oszalały i znów spojrzał na swoich słuchaczy: i oni milczeli, patrząc nań w zadziwie.

W końcu cisnął latarnię swą o ziemię, że trzasła w kawały i zgasła »Przyszedłem za wcześnie, rzekł potem, nie jestem jeszcze na czasie. T olbrzymie zdarzenie jest jeszcze w drodze i wędruje — nie doszło jeszcze do uszu ludzi, błyskawica i grzmot potrzebują czasu, światło gwiazd potrzebuje czasu, czyny, nawet skoro już są dokonane, potrzebują czasu, żeby je widziano i słyszano. Czyn ten jest im zawsze jeszcze dalszy niż gwiazdy najdalsze — a  p r z e c i e ż  s a m i  go  d o k o n a l i ! « — Opowiadają też, że człowiek oszalały tego samego dnia jeszcze do różnych się wdzierał kościołów i nucił tam swoje Requiem aeternam deo. Wyprowadzany i zapytywany, odpowiadał wciąż jedno: »Czymże są jeszcze te kościoły, jeśli nie są grobowcami i pomnikami boga ? «[1].

bog_umarl_nowina_friedrich_wielkanoc

„Człowiek Szalony” ogłasza swą nowinę….

Tu odwołam się do artykułu Żelaznego, który w swej pracy wysnuł z powyższego cytatu kilka ciekawych wniosków.

Odnośnie ostatnich słów owego Szalonego Człowieka w powyższym cytacie, można by drogą dedukcji stwierdzić, iż z faktu, że istnieją kościoły zwane domami bożymi oraz z faktu, iż wielu ludzi twierdzi, że słucha w nich słowa Bożego, wynika, iż Bóg jest. I tu rodzi się pytanie: jeśli jest to jaki? Żelazny stawia dalej kolejne pytanie – cytując: „Co oznacza jego obecność, a co nieobecność?”[2].

Ponadto z cytowanego fragmentu można wyciągnąć konkluzje jak następuje.

Najsampierw, warto tu sformułować konkluzję, iż ogłoszenie śmierci Boga przez szalonego człowieka nie oznacza, iż wyraża on sobą po prostu postawę ateistyczną z racji następujących powodów. Po pierwsze, dlatego że: „[…] wielu spośród tam zgromadzonych nie wierzy w Boga […]”, a mimo to nie rozumieją oni wcale, o co chodzi szalonemu człowiekowi.

Podług Żelaznego stanowisko Nietzschego charakteryzuje David Lang, a który nota bene sam również był niejako rzecznikiem owych „ludzi szalonych”. Żelazny przytacza tu cytat Langa, w którym pisze on – cytując:

[…] W wierze w Boga nigdy nie chodziło o „wiarę” w jego istnienie, lecz o ufność w jego obecność, która była doświadczana i uznawana za fakt oczywisty. Natomiast wydaje się, że w naszych czasach o wiele więcej ludzi nie doświadcza ani obecności Boga, ani obecności jego braku, lecz jedynie brak jego obecności”[3].

Ciekawą interpretację powyżej cytowanych słów Langa proponuje sam Żelazny, a którą to z tej racji pozwolę sobie tu za nim przytoczyć:

[…] w społeczeństwie, w którym powszechnie odczuwano obecność Boga, problem ateizmu nie istniał, i to nie dlatego, że niewiara karana była instytucjonalnie, lecz dlatego, że nieprzestrzeganie praw bożych było równoznaczne ze skazaniem się na zagładę w sposób naturalny[4].

Odbywało się to więc w sposób analogiczny, jak to dzieje się przykładowo we współczesnym społeczeństwie industrialnym na skutek nieprzestrzegania praw ekonomicznych. Podług mniemania Żelaznego to, co stanowi obecnie obiekt kultu religijnego w porównaniu do czasów przedchrześcijańskich, stanowi zaledwie – cytując: „[…] godną politowania karykaturę”[5]. A bynajmniej w tym właśnie, dopatrywać się należy sensu oraz znaczenia owej martwoty Boga, zawartej w filozofii Nietzschego.

Sam zaś Nietzsche pisze w tym temacie:

[…] Nie to nas oddziela, że nie odnajdujemy Boga ani w dziejach, ani w przyrodzie, ani poza przyrodą, lecz że tego, co jako Bóg czczone było, nie odczuwamy jako „boskie”, lecz jako politowania godne, jako niedorzeczne, jako szkodliwe, nie tylko jako błąd, lecz jako zbrodnie względem życia… Zaprzeczamy Boga jako Boga…[…][6].

Słowa te są na tyle istotne sądzę, iż warte tego, by je tu przywołać za Żelaznym. Tym niemniej oczywiste jest, iż nie jest możliwe jakiekolwiek przyrównanie owej obecności Boga w społecznościach przedchrześcijańskich do żadnego z porządków, jakie to obecnie determinują Człowieka współczesnego, a co słusznie podkreśla sam autor wspominanego artykułu.

Pozwolę sobie tu następnie odwołać się do poglądów wygłoszonych przez Żelaznego w jego pracy, parafrazując jego myśli tamże zawarte. A mianowicie jako, że w świecie współczesnym podług jego opinii, co się tyczy:

Primo – odnośnie każdej z mocy, jakich obecność stwierdza się w tymże świecie współczesnym, autor ów stwierdza, iż dotyczą one tylko pewnej części „jednostkowej egzystencji ludzkiej”. A mianowicie, mają one dotyczyć tylko bytu społecznego oraz przynależności klasowej i narodowej tejże jednostkowej formie bytu ludzkiego.

Secundo – co dość istotne, zaznaczyć należy ponadto także w społecznościach przedchrześcijańskich, obecność innej, swoistej mocy, która to z kolei dla owego człowieka współczesnego pozostawała – a też i pozostaje nadal – nieodczuwalna, a którą stanowił zaś właśnie ów Bóg, którego ponoć my, ludzie ery chrześcijańskiej uśmierciliśmy zaraz u samego zarania tejże ery.

Albowiem dziś, jak to stwierdza Żelazny: „[…] Bóg obecny jest tylko jako martwa idea”[7].

I tertio – co do kwestii owej martwej idei oraz jej realnego istnienia, Żelazny postuluje, iż owa kwestia została niejako zepchnięta ze sfery doznań empirycznych w sferę czystej transcendencji.

pokemon_god_is_dead

Tu warto poczynić małą dygresję w celu wyklarowania kwestii owej sfery transcendencji.

Owo klarowanie zacznę może od samego pojęcia transcendencji.  Powołując się na definicję słownikową tegoż pojęcia, zamieszczoną w Słowniku Języka Polskiego PWN red. M. Szymczaka (naturalnie tej definicji, opatrzonej kwantyfikatorem pojęcia z zakresu filozofii), czytamy, iż oznacza ono: „[…]istnienie poza granicami bytu lub poza granicami ludzkiego poznania”.

Powyższą definicję słownikową warto by nieco rozszerzyć o definicję encyklopedyczną, zawartą w Encyklopedii PWN. Znajdziemy tamże ponadto informacje, iż termin ów jest pochodzenia łacińskiego, a jego pierwotne znaczenie to: „istnienie na zewnątrz, poza granicami czegoś”. Ponadto zawarto tam także informacje odnośnie pojęcia transcendencji w ujęciu różnych gałęzi filozofii. I tak w ujęciu ontologicznym przybiera ono postać transcendencji Boga wobec świata. W ujęciu poznawczym zaś – transcendencji przedmiotu wobec świadomości. Istnieje jeszcze trzecie ujęcie, takie jak u Kanta, podług którego za owym terminem kryje się kantowska idea „rzeczy samej w sobie”, jednakże to ujęcie nie jest zbytnio istotne dla omawianych problemów, tak więc pozwolę je sobie tu pominąć.

Reasumując powyższe informacje zawarte we wspomnianych definicjach, wysnuć można kilka interesujących konkluzji.

Pierwsza konkluzja, jaka mi się tu nasuwa uporczywie na myśl, tyczy się ogólnego sensu, czy też niejako znaczenia, cytowanego uprzednio poglądu Żelaznego. A mianowicie to, że kwestia owej martwej idei oraz jej realnego istnienia, została zepchnięta ze sfery doznań empirycznych do sfery transcendencji, można by rozumieć jako fakt, iż owa martwa idea, czyli niejako ów nasz martwy Bóg, z owej sfery ludzkiego poznania, opartej na doświadczeniu zmysłowym (czy to zewnętrznym czy wewnętrznym), poznaniu zmysłami – a więc owym sensorycznym, czyli niejako „namacalnym” i fizycznie – a zarazem więc także i  realnie – istniejącym, czy też posiadającym fizyczną formę bytu, został poprzez ów mord dokonany na nim przez nas, ludzi, zepchnięty z kolei do tej sfery istniejącej poza granicami owego bytu, a też i poza granicami ludzkiego poznania.

Ponadto, nasuwa się tu wniosek, iż uwzględniając ujęcie ontologiczne, ów martwy Bóg (a więc owa martwa idea oraz jej realne, czy też materialne istnienie), zostało tym samym zepchnięte do sfery istnienia poza granicami  świata, a więc ów martwy Bóg, jako uosobienie tejże martwej idei, istnieć ma obecnie niejako jedynie na zewnątrz tegoż świata, poza nim, a nie w nim samym.

Kolejna konkluzja wypływa zaś z ujęcia poznawczego omówionego uprzednio. Mianowicie, ów nasz martwy Bóg, jako ta martwa idea, zepchnięty został ponadto, jako przedmiot – to jest obiekt kultu religijnego – do sfery poza ludzką świadomością i choć wciąż istnieje, to jednak już poza naszą – ludzką – świadomością, rzec by można niczym każdy trup – ledwie jako mgliste wspomnienie o praprzodkach, zmarłych jeszcze na długo przed naszym narodzeniem, a których grobowce odwiedzamy tylko w Święto Zmarłych, gdzie jednak prócz martwej, granitowej płyty nagrobnej, skrywającej nędzne resztki ich doczesnych szczątków, nic więcej z nich nie odnajdujemy.

A wszystko, co dla nich nie tylko możemy zrobić, ale i zrobić należy, to ku czci dla owego wątłego o nich wspomnienia, zapalić wówczas raz do roku, symboliczny znicz na zimnym granicie, rzucić kwiatów pęk i uczcić tę mdłą pamięć ich dawnego żywota, chwilą modlitwy czy też bardzo laickiej, ateistycznej zadumy, w milczeniu oddając należny hołd. I podług mej skromnej opinii – nic nadto my, współcześni ludzie dla nich zrobić ani nie możemy, ani się też im zrobić nie należy. A może i wręcz nie wolno absolutnie… bo czyż trupowi lub kupce zmurszałych kości cześć inna niż taka się należy? Czy ma ona prawo bytu chociażby? I czyż ów nietzscheański martwy Bóg nie jest dokładnie tylko tymże, co i te trupy lub kości zmurszałe, jakie to się ostały jedynie po naszych dawnych praprzodkach, z lat jakże odległych naszemu powiciu? Czyż nie jest właśnie tak dokładnie?

I tu zakończę powyższą dygresję, jako że zarówno samo pojęcie transcendencji zostało już myślę należycie wyklarowane, jak i wyliczone zostały najważniejsze konkluzje odnośnie cytowanego uprzednio poglądu Żelaznego nasuwające się w świetle tegoż wyklarowanego tu znaczenia.

Tak więc wróćmy już w tym momencie do meritum tego wywodu.

Żelazny w swym artykule zwraca uwagę ponadto na inny, istotny fakt z powyższym zagadnieniem związany. A mianowicie, na fakt pojawienia się wraz z ową zmianą sfer bytności tejże „martwej idei”, także i nowego sofizmatu – sofizmatu wolnej woli. Sofizmat ów podług Żelaznego, przekreślać miał a priori możliwość empirycznej odczuwalności, czy doznawania, bożej mocy – czyż nie jest bowiem prawdą, iż także i owa moc boża jest martwa, jak i sam Bóg podobnie, i że umarła ona wraz z nim, istniejąc odtąd jedynie w tejże właśnie sferze transcendencji, poza ludzkim światem i świadomością? Czyż nie jest właśnie tak pytam?

I tak oto ów sofizmat choć istotny, to jednak i tak mimo wszystko stanowiący ledwie tylko ten fałszywy dowód, pozornie poprawne rozumowanie, które w istocie jednakże zawiera utajone błędy logiczne – i to do tego rozmyślnie o zgrozo! – przywodzi nas wreszcie do kolejnej nietzscheańskiej idei składowej omawianej tu koncepcji. Podług tejże idei Nietzschego kościoły stanowią miejsca dwojakiego rodzaju.

Primo, stanowią one miejsca, w których to niejako „przechowuje się” martwego Boga – dokładnie tak samo niczym trupy w grobach czy grobowcach na cmentarzu, bądź to prochy w urnie, jak mniemam. I secundo – stanowią one „fetysz pojęciowy” – jak to ujmuje Żelazny – który, co istotne, nie może być uznawany za żadne odniesienie do realnego życia, albowiem fetysz ów nie posiada żadnych kolokacji, które jakkolwiek łączyłyby go z realnym życiem, i to fakt.

portret_post_mortem

Zaś owa przemiana kościołów w grobowiec czy cmentarzysko wspominanej umarłej idei, w ów fetysz pojęciowy, zmieniła tym samym owe minione kultury, dla których ów martwy Bóg jeszcze żył, w ledwie ruiny, na których żyje to Człowiek współczesny aż po dziś dzień…

Jednakże podejmując próbę rekonstrukcji koncepcji śmierci Boga Nietzschego największą trudnością okazuje się nie być wcale pytanie – co zresztą niezwykle słusznie podkreśla również i Żelazny – „co Nietzsche miał na myśli, stwierdzając, że Bóg jest martwy”, lecz o dziwo pytanie o sens słów filozofa, w których stwierdza on, iż Bóg w ogóle kiedyś żył, a których to sens jest nierzadko istnym crux interpretum.

Poszukiwania odpowiedzi na to najtrudniejsze pytanie najlepiej przeprowadzić w twórczości samego filozofa, gdzie to kryje się ona pośród kart licznych tomiszczy i zawartych w nich słów, które spłynęły spod jego pióra.

Rozpocznę swe poszukiwania od dzieła, które zapoczątkowało trzeci okres pisarstwa filozoficznego Nietzschego, a którym było opublikowane w latach 1883 – 1885 (wyd. polskie 1900r.) dzieło o tytule Tako rzecze Zaratustra. A to z racji tego, iż w dziele tym znaleźć można najmniej informacji odnośnie tematu żywego Boga. Zamieszczone zostało tam bowiem jedynie kilka niejasnych wzmianek o tym, i które w zasadzie niewiele wnoszą do naszych poszukiwań.

Z kolei kolejne dzieło Nietzschego, w którym poszukiwać będę odpowiedzi na to najtrudniejsze z pytań, wnosi już o wiele więcej światła do mej próby rekonstrukcji koncepcji martwego Boga tegoż filozofa. Dziełem owym jest wydany w roku 1902 Antychryst (wyd. polskie 1907 r.), w którym zamieszczona jest znacznie obszerniejsza relacja w tym względzie. Pozwolę sobie ją tu zacytować z tekstu źródłowego autorstwa Nietzschego – czyli z jego Antychrysta naturalnie:

[…] 21 Lud, który jeszcze w siebie sam wierzy, ma też jeszcze swego własnego Boga. Czci w nim warunki, dzięki którym jest górą, swoje cnoty, — przerzuca swą radość z siebie, swe poczucie mocy w istotę, której dziękczynić za to można. Kto bogaty, chce oddawać; lud dumny potrzebuje Boga, by s k ł a d a ć o f i a r y . . . Religia, w obrębie takich założeń, jest formą wdzięczności. Jest się wdzięcznym za samego siebie: po to potrzebuje się Boga. Taki Bóg musi umieć pomagać i szkodzić, musi umieć być przyjacielem jak wrogiem, — podziwia się go w dobrem jak w złem. Przeciwnaturalna kastracya Boga na Boga dobra tylko leżałaby tu poza obrębem wszelkiej pożądaności. Potrzebuje się Boga złego tak, jak dobrego: zawdzięcza się przecie istnienie własne chyba nie tolerancyi, nie życzliwości dla ludzi . . . Cóżby zależało na Bogu, który by nie znał gniewu, zemsty, zawiści, szyderstwa, chytrości, gwałtu? Który by nie znał może nawet zachwycających ardeurs zwycięstwa i zniszczenia? […][8].

smierc_na_krzyzach_trup urzekajaca-smierc2Odnośnie cytowanego powyżej fragmentu wspomnę wpierw jeszcze krótko o kwestii samej rzeczonej śmierci Boga. Z powyższego cytatu bowiem jasno wynika w mym mniemaniu, iż primo – owa zbieżność momentu początku ery chrześcijańskiej, a tym samym upadku i końca kultury przedchrześcijańskiej oraz owej śmierci Boga, wcale a wcale nie pozostaje kwestią jedynie przypadku, a nawet powiem więcej – iż jest to zbieżność nie tylko nie przypadkowa, a wręcz konsekwentnie i z premedytacją ściśle ze sobą powiązana oraz wzajemnie uwarunkowana. A to z takiej racji, że przyczyna owej śmierci Boga tkwi właśnie w tymże przełomowym momencie końca dawnej kultury przedchrześcijańskiej i początku nowej epoki.

Zaś my, ludzie dokonaliśmy owego strasznego mordu na Bogu w chwili narodzin chrześcijaństwa, właśnie nie inaczej, jak poprzez urzeczywistnienie istnienia tej nowej religii miłości bliźniego, uśmiercając w ten sposób starotestamentowego Boga, który nie tylko nie nadstawiał nigdy wcale drugiego policzka, nie tylko nie kierował się często gęsto wcale ową nowomodną miłością bliźniego, ale, co więcej, był Bogiem gniewnym, zawistnym, mściwym i nie rzadko nawet zapalczywym, a jego działania nie były zwykle wcale aktstary_bog_despotaem miłości, lecz raczej pełne okrucieństwa, siały zło i zniszczenie, czasem wręcz brutalnie i bez krztyny owej chrześcijańskiej miłosiernej litości.

W pismach Nietzschego zresztą wielokrotnie napotkać można wzmianki o owym okrutnym i bezlitosnym Bogu przedchrześcijańskim, jak też i o jego śmierci. Gdy żył on jeszcze, to wówczas, ante mortem, miał się podług filozofa – „zachłysnąć miłosierdziem” – wraz z narodzinami chrześcijaństwa, gdy oto posłał on z miłości do grzesznych ludzi swego syna na krzyż, by umarł on dla ich zbawienia, a w skutek czego to właśnie następnie umarł i trwał odtąd, lecz pozostając przy tym martwym trupem Boga zaledwie.

Powyżej omówione wzmianki, z kolei imputują konieczność doszukiwania się owego starego, żywego Boga, który umarł, jak i śladów tego zmarłego już Boga, aż w dawnych żydowskich wierzeniach.

Dokończmy więc to, co już uprzednio zaczęłam poniekąd – czyli próbę udzielenia odpowiedzi na to, jaki więc był ów stary, przedchrześcijański Bóg, gdy jeszcze nie umarł i wciąż żył.

zona_lota_sodoma

Żona lota – stary, okrutny Bóg za jej nieposłuszeństwo zsyla na nią karę i zamienia w słup soli…

Wspominałam już, iż z pewnością nie wykazywał się on wcale ani żadnym miłosierdziem, ani też litościwą naturą, albowiem zwykle wykazywał on coś wręcz skrajnie przeciwnego. Jako, że odwołując się chociażby do Starego Testamentu tylko, wyłania nam się obraz Boga okrutnego, bezlitosnego i mściwego, który bezlitośnie pali Sodomę i Gomorę; który zsyła na cały ludzki ród niemalże oraz większość zwierząt, roślin i innych stworzeń żywych srogą karę – potop i śmierć w jego skutek; który to kosztem innych narodów wywyższa naród żydowski jako naród wybrany, a jego wszystkich wrogów topi w morzu; który dalej, zsyła żydom mannę z nieba, a nawet zatrzymuje słońce, tylko po to, by armia żydowska w glorii Victorii miała sposobność, aby brutalnie wymordować nim zapadnie noc, już całkiem bezbronne ledwie niedobitki z wrogiej armii.

Bóg, u którego rzezie, masowe mordy, rabunki i gwałty spotykają się z pełną akceptacją oraz aprobatą, o ile tylko przebiegać one będą zgodnie z jego boskimi prawami, jakie narzucił ludziom, niczym tyran, bez możliwości jakiejkolwiek ich negacji, podważania, a nawet wszelkiej dyskusji. Bóg, który zupełnie się nie liczy i za nic sobie ma miejsce, jakie zajmował uprzednio w hierarchii społecznej winowajca i bez względu na to , zsyła każdemu jednakowo straszną i okrutną karę za choćby najmniejsze przejawy jakiejkolwiek niesubordynacji, względem tych jego praw czy woli: za jeden, mały przejaw małej wiary Mojżesza kara zapowiadając mu śmierć; żonę Lota tylko za to, że okazała niesubordynację jego nakazom, obejrzawszy się, by spojrzeć na konającą w zgliszczach Sodomę, kara okrutnie, zmieniając w słup soli. Zaś sam Nietzsche pisze w Tako rzecze Zaratustra, wkładając w usta Zaratustry następujące słowa:

[…] Za młodu był ów Bóg ze wschodnich krain twardy, mściwy i piekło sobie zbudował ku rozkoszy swych ulubieńców […][9].

A dalej pisze zaś:

[…] Jednakże on – wszak wiesz o tym, stary kapłanie, coś z waszego, kapłańskiego zachowania było w nim – był wieloznaczny. Był też niewyraźny. Jakże gromił on nas za to gniewem pałający, żeśmy go źle pojmowali! Lecz czemuż nie przemawiał dobitniej? […][10].

potop_noe_okrutny_stary_bog
Bóg, którego protekcję można utrzymać jedynie za cenę bezwzględnego posłuszeństwa oraz wiernego trzymania się wszystkich jego wielce rygorystycznych praw, nakazów, rozkazów i zakazów, na podobieństwo systemu totalitarnego i tyrana, który trzymał twardo i bezlitośnie pod butem swych poddanych – niewolników, dzierżąc władzę absolutną nad nimi i ich całym życiem, dysponując w pełni i do woli ową absolutom dominium. A wszystkie owe rygorystyczne prawa, nakazy czy zakazy starego Boga są niestety dla Człowieka współczesnego już niemal całkiem niezrozumiałe, i dawno temu utraciły swój wszelki sens oraz moc, umierając wraz ze starym Bogiem…
cel_stworzenia_religii
Odwołam się jeszcze ściśle do słów przytoczonych w powyższym cytacie. Jako, że wnoszą one niezmiernie wiele światła do mej próby rekonstrukcji całej omawianej tu przeze mnie koncepcji Nietzschego.

Niezaprzeczalnie z cytowanych powyżej słów filozofa, wyłania nam się ów stary Bóg, który był jednocześnie Bogiem niezwykle srogim i okrutnym, jak i też zarazem życzliwym. A co więcej, uwidaczniają nam one, iż, o dziwo, powodem, który stał za możliwością jego prezencji – mówiąc nieco archaicznym językiem – w ludzkim świecie oraz świadomości, było to właśnie, iż nigdy nie składał on żadnej deklaracji swego miłosierdzia, ani tego, że będzie on w ogóle miłosierny! Ówczesny człowiek nie mógł absolutnie tym samym oczekiwać od niego tego miłosierdzia, a jedyne, co było mu wolno, to okazywać swemu Panu wdzięczność za zsyłane łaski, czyli jak to określił Żelazny – za „życiowe powodzenie”.

Co jednak stanowiło sedno upadku i śmierci owego srogiego i okrutnego, starego Boga?

Żelazny podaje tu niezwykle słuszne w mym mniemaniu wyjaśnienie, uzasadnione racjonalnymi i mocnymi argumentami, którymi to z tejże racji pozwolę się podeprzeć w mym dalszym wywodzie.

Najsampierw, warto podkreślić pełną przekąsu ironię, wetkniętą, jak szpila w historię izraelitów, która sprawiła, iż ów „czas wielkości” narodu wybranego, tymczasem okazał się być w rzeczywistości, czasem jego wielkiego upadku. Żelazny źródeł tego upadku dopatruje się, primo w ekspansji znaczenia i wpływów kleru, a co doprowadziło z kolei do zastąpienia tej najświętszej „woli bożej” substytutem, jaki stanowiła wola owego rosnącego w potęgę kleru. A wydarzenia dalej potoczyły się mianowicie jak następuje. Oto Kapłan, pretendujący do rangi równej staremu Bogu i najlepiej, także uzyskania należnej mu dotychczas władzy absolutnej, aby zrealizować swe, dość megalomańskie, jak dla mnie, zapędy i aspiracje, oblekł w formę swe własne, nowe „boskie prawa”, ogłaszając je prawami najwyższymi i niepodważalnymi, na równi z dotychczasowymi, boskimi, które to ponoć miały pochodzić od samego Boga, lecz dla autorki jest to kwestia i wątpliwa, i kontrowersyjna, i sporna, a też i dość mało wiarygodna.

Tym niemniej, nie zagłębiając się w zbędne dywagacje natury ateistycznej, wróćmy do meritum. Tak więc oto, ów Kapłan, sporządza normy i prawa, z wielką surowością, pedantycznie określające z dokładnością od wielkich po małe podatki wszelkie, jakie to należy, a wręcz jest absolutnie konieczne, jemu płacić – a w sumie to raczej „na niego” płacić i łożyć, i to podobnie jak do dziś – zupełnie za nic w zamian oczywiście! Jak to wielce zabawnie wytyka tu Żelazny, za niewybaczalny grzech uznaje się również zapominanie, iż Kapłanowi należą się, tylko te najlepsze kąski od stada swych posłusznych baranów – choćby mięsa, bo – jak to z przekąsem stwierdza Żelazny: „kapłan żre beefsteaki” – o dziwo w tej kwestii akurat, nie zmieniło się absolutnie nic, aż po dzień dzisiejszy, mimo tylu tysiącleci, jakie upłynęły już od początku naszej ery i czasów chrześcijańskich, ku mej najgłębszej rozpaczy, dodać muszę.

Następnie ów Kapłan, sformułował listę wszelkich dóbr, władz czy przywilejów, jakie mu się należą i jakie pragnie posiadać, a co już absolutnie karygodne i oburzające – uznał tę dotychczas panującą „wolę bożą” za nic nie warty stek bzdur, więc miast niej sformułował nową, własną „wolę bożą” – oczywiście podporządkowaną wyłącznie jego dobru, wygodzie, wszelkim jego korzyściom oraz profitom, jak też mającą na celu zapewnienie owemu Kapłanowi możliwie największej władzy i wpływów, jak też bogactwa, dostatków i w służbie tym podobnym odrażająco niskim, płytkim, przyziemnym i niecnym celom, jakie to, a die miały zastąpić wszelkie wartości, cele czy idee zawarte w Starym Testamencie, i stanowiące najwyższe prawo oraz wartość, jako nadane bezpośrednio przez samego starego Boga, nim nadszedł ów wiekopomny moment śmierci Boga.

Ponadto, ów nowy, samozwańczy substytut Boga i boskich praw, jakim był ów Kapłan – a konkretnie mówiąc – przedstawiciele kleru i władz instytucji Kościoła – ustala i określa cały panujący ład życia oraz jego wszelkich spraw, dopasowując ich funkcjonowanie tak, by Kapłan stał się niezbędną personą w zupełnie wszystkich sferach i aspektach ludzkiej  egzystencji oraz naturalnych w życiu człowieka wszelkiej maści wydarzeń, jak choćby narodziny, choroba czy śmierć, a już nie mówiąc o ofierze – a więc podług  Żelaznego „wieczerzy” – gdy to w każdym jednym przypadku musi wedrzeć się tamże, persona świątobliwego Kapłana –  więc współcześnie mówiąc kleryka, jako członka kleru – by je niby w języku kleru i tejże wypaczonej religii: „uświęcać” swą obecnością, czy też w inny, równie irracjonalny, niepojęty i bezzasadny sposób, a zaś mówiąc językiem czy to nauki, czy to choćby i tym potocznym, o ile tylko formułujemy w nim treści logicznie i racjonalnie – znacznie bardziej akuratne, trafne i bliższe rzeczywistości raczej będzie tu, określenie tego celu jako – jak to trafnie ujął Żelazny – ich „wynaturzenie”.

Owe „czasy wielkości” w historii narodu wybranego były czasami wielkiej i donośnej przemiany, nie tylko stosunku do starego Boga, ale i samej jego persony, czy też można by rzec – boskiej personifikacji niejako oraz jej czy jemu wszelkich właściwych przymiotów, cech lub mocy itp., a czego tragicznym skutkiem była podług Nietzschego właśnie owa śmierć Boga, w skutek morderstwa, jakie popełnił na nim Człowiek epoki chrześcijańskiej – jako reprezentacja całej rasy ludzkiej. Przemiana ta bowiem z początku była dwoistej natury, jako że z jednej strony w przypadku pozytywnych efektów działań ludzkich, stopniowo czyniła Boga przedmiotem ludzkiej wdzięczności oraz bazą, dla jego ufności we własne siły.

Jednakże z drugiej strony, powodowała, iż stawał się on zarazem również i bodźcem, wywołującym u człowieka negatywną refleksję nad postępowaniem, jakie dotychczas było przyjęte w przypadku jakiegoś nieszczęścia. Jednak owa niby „racjonalność” niejako, kierująca tą dwoistością, z czasem poczynała się, co raz bardziej zacierać i gubić wprost proporcjonalnie do wzrostu ogólnie kapłanów, jako instytucji kapłaństwa (a obecnie – kleru i kleryków, jako kadry i władz instytucji Kościoła katolickiego).

Doprowadziło to także do narzucenia przez kler nowej, oficjalnie obowiązującej religii, odmiennej aniżeli ta, jaka np. została ustanowiona wcześniej w Starym Testamencie, i która pełniła funkcję oficjalnej religii w epoce przedchrześcijańskiej, nim narodził się chrześcijanizm. Jednakże kapłani, czy też później kler, zdetronizowali ową uprzednią, oficjalną religię, narzucając nową, własną, podług której to, wola Boga nakazuje wiernym przekazywanie dóbr materialnych kapłanom, a co do dziś w większości pozostało bez większych zmian poza pewnymi wyjątkami.

To z kolei powodowało, co raz większe odrealnianie religii, czyli utratę kontaktu z rzeczywistością, mówiąc słowami Żelaznego, jako że taka forma przestrzegania owej nowej „woli boskiej”, oczywiście nie powodowała w żadnym wypadku, jakiejkolwiek realnej poprawy sytuacji, ani też losu posłusznego ofiarodawcy, a wręcz całkiem przeciwnie przeważnie, jak mniemam. Lecz by zagłuszyć tę świadomość u swych wiernych „owieczek”, „chytrzy” kapłani zastosowali z kolei inny, niezwykle cwany fortel, a właściwie formę psychomanipulacji, czym było wprowadzenie przez nich kolejnego, nowego sofizmatu – a który, jak już pisałam, stanowi ogólnie pewne rozumowanie pozornie poprawne, ale w istocie zawierające rozmyślnie utajone błędy logiczne, a tym samym stanowił on po prostu celowy wybieg, mający na celu wprowadzenie w błąd wiernych i przymuszenie ich do posłuszeństwa wobec władzy instytucji kapłaństwa, czy też kleru i Kościoła.

kaplan_chytry_kasa_fiskalna - Kopia

„(Crimine) Ab uno disce omnes”

chytrzy_kaplani_sondaze - Kopia

kaplan_klepiacy_biede - Kopia

 

Sofizmat ów mianowicie, narzucał nowe pojęcie Bkaplan_makler - Kopiaoga, jako istoty, która to miała z kolei objawiać swą moc człowiekowi nie w trakcie życia doczesnego na ziemi, lecz dopiero w zaświatach, a więc po śmierci – jaka to została obarczona wizją wspaniałej nagrody, bądź okrutnej kary, jaka wymierzona po niej zostanie za wszelkie ludzkie postępki, uczynione za całe jego życie doczesne.

A tym samym, udało się kapłanom odroczyć chęć gratyfikacji za ofiarowywane im przez wiernych dobra doczesne i stłumić ją w swych owieczkach skutecznie za ich życia. Owe zaświaty, gdzie to Bóg miał dopiero okazać człowiekowi swą moc, i gdzie czekała nań dopiero nagroda lub kara za swe doczesne uczynki, były zaś przeciwstawiane – jak to pisze Żelazny:

„[…] wszelkim niedoskonałościom świata doczesnego”[11].

I tak oto mija czas panowania owego starego Boga, Boga, który był obecny tu i teraz, i który tu w życiu okazywał swą moc swym wiernym – obdarowując pomyślnymi i niepomyślnymi wydarzeniami. Zaś na jego tronie zasiada następca – jak to określił Żelazny – ów „Bóg – lichwiarz”. Określenie to jest zasadne choćby dlatego, iż okazując swą moc dopiero w zaświatach, niejako podpisuje on in blanco zupełnie dowolną liczbę weksli, za które jednak należnej płatności nie realizuje za życia doczesnego, lecz dopiero właśnie w owych zaświatach – czyli po śmierci. Nie sposób zaprzeczyć, iż wyraźnie trąci to lichwą.

Nowy Bóg – lichwiarz, wraz z objęciem panowania, zabrania ludziom w życiu doczesnym żądania czegokolwiek od niego, a nakazuje im jedynie dawać, tak by w owym „życiu wiecznym” w zaświatach, odebrali oni sobie dopiero wszystko niby z procentem. Zabawne, że to co, dawali w życiu doczesnym, w zaświatach nie ma żadnej adekwatnej wartości, a tam w zamian odbierają ową zapłatę w formie zupełnie innej aniżeli oni sami dawali, i której nie sposób nijak uznać za równowartość tego, co dali.

Nietzsche również w Antychryście, pisze zaś o tymże nowym Bogu tak:

[…]Bóg, który wymaga, — zamiast Boga, który pomaga, który użycza rady, który w gruncie rzeczy jest wyrazem na wszelką szczęśliwą inspiracyę odwagi i ufności w sobie . . . […][12].

Lecz wciąż bez odpowiedzi pozostaje inne pytanie, jako że owszem Bóg umarł, lecz kiedy mianowicie umarł?

W tej kwestii Nietzsche nie ma absolutnie żadnych wątpliwości. Podług jego opinii bowiem jest oczywiste, iż Bóg umarł w momencie, gdy zesłał na ziemię swego syna, by ów umarł dla odkupienia ludzi – i razem ze swym synem skonał on na krzyżu, a co dla filozofa było równoznaczne z kresem ziemskiej bożej mocy.

To doniosłe wydarzenie miało naturalnie równie doniosłe konsekwencje, które odbiły się szerokim echem na dziejach ludzkości, a echo to nie milknie nadal, aż po dzień dzisiejszy.

Jedną z bardziej doniosłych konsekwencji tegoż wydarzenia, stanowi primo sama owa metamorfoza Boga, i secundo – metamorfoza obrazu Boga, czyli tego jak zmienił się sposób, w jaki ilustrowała go historia ludzkości. O ile bowiem doskonale ilustrowała ona nawet moc owego starego Boga – despoty, o tyle po zmianie w ilustrację nowego, litościwego Boga, nieuchronnie stać się ona musiała – jak to wyraził Żelazny – „[…] czystym urągowiskiem”.

Podług Nietzschego jeszcze w finalnej fazie swego żywota, ów Bóg – despota niejako miał się bowiem zestarzeć, a o czym sam filozof pisze następująco:

[…] stał się miękki, kruchy i współczujący, raczej do dziadka podobny, niźli do ojca, zaś najpodobniejszy do starej chwiejącej się babki. I oto siedział na zapiecku, pełen zgryzoty, spowodowanej słabością nóg, światem i wolą własną umęczony i udusił pewnego dnia nadmiarem litości. […] Zbyt wiele nie udało się temu garncarzowi, co wprawy jeszcze nie nabrał! Że jednak mścił się na garnkach i stworzeniach swych za to, że mu się one nie udały, – to było grzechem przeciw dobremu smakowi[13].

Z kolei za ostatnią fazę upadku żydowskiego Boga filozof uważa właśnie religię chrześcijańską – jej pojawienie się i rychłą ekspansję.

Wówczas to bowiem, ów starotestamentowy Bóg, zostaje zdegradowany do rangi ledwie bezwolnego narzędzia w rękach kapłanów, i a die jest to już ledwie – cytując Nietzschego: „[…] Bóg jako posługacz, jako listonosz, jako przestrzegacz kalendarza […]”[14].

Tym niemniej o dziwo, ów litościwy chrześcijański Bóg mimo, iż został w swej marności pozostawiony sam sobie na pastwę losu, to i tak jakimś sposobem, ostał się dłużej w historii ludzkości, która przecież nie jest ze swej Natury wcale a wcale litościwa, niż można by się spodziewać. Co więc ocaliło tę jego bytność?

I tu Nietzsche również nie ma żadnych wątpliwości, iż było to nic innego, jak owa słynna, aczkolwiek paradoksalnie – „pogańska” niejako – metafizyka platońska, która to przyszła mu z odsieczą, niosąc pomoc, ale i ocalenie. Albowiem ona to dała świetne usprawiedliwienie dla jego lichej bezsilności – ideę dobrego świata prawdy absolutnej, który przeciwstawiała nie inaczej, jak właśnie owej pełnej fałszu doczesnej rzeczywistości. Dla Nietzschego, poniekąd to właśnie owa doktryna Platona mimo, że antyczna, a więc niejako „pogańska” można by rzec, stanowi realne źródło, z którego wypływa cała religia chrześcijańska, a nie działalność Jezusa Chrystusa w żadnym wypadku, jak to głosi obiegowa opinia. Sam filozof pisze zaś na ten temat następująco:

[…] W złowrogiej tragedyi chrześciaństwa jest Plato ową »ideałem« zwaną dwuznacznością i fascynacyą, dla której szlachetniejsze natury starożytne przestawały rozumieć siebie i wstępowały na p om o s t, wiodący do »krzyźa« . . . A ileż to Platona tai się jeszcze w pojęciu »kościoła«, w strukturze, systemie i praktyce kościoła! […][15].

Z tym, że doktrynę Platona od religii chrześcijańskiej odróżnia jedna, aczkolwiek esencjonalna i zasadnicza różnica. Albowiem, nawet w doktrynie Platona mimo, że postulowała ona owo – jak to ujmuje Żelazny – „ […] odrzucenie świata empirycznego pozoru i zwrócenia się ku idei najwyższego dobra […]”[16], to wciąż warunek konieczny stanowiło tu, by odbywało się to w całości – na drodze poznania ratio, a więc rozumowego. Chrześcijaństwo zaś, jak wiadomo powszechnie, odrzuca całkowicie także i ów rozum, jako że postuluje w zamian ideę niejako „czystej wiary” – a więc nie pojmowanej rozumowo, poprzez owo ratio, lecz – mówiąc szczerze – po prosu irracjonalnej wiary na słowo – czyli kolokwialnie mówiąc: tylko dlatego, że ktoś tam kiedyś powiedział „bo tak jest i już!”, jakkolwiek wielce by to nie narażało tej religii na śmieszność.

Sam Nietzsche określa to w sposób mniej eufemistyczny, nazywając rzeczy po imieniu stwierdza on, iż jest to po prostu nic innego, jak wyniesienie głupoty ponad rozum, gdyż – cytując za filozofem: „[…]że wiara gór nie przenosi, lecz owszem góry osadza tam, gdzie żadnych niema[…]”[17]. Wspomnę dla dodania nieco pikanterii, iż dalej dodaje on tamże, zresztą jakże wielce sarkastycznie, iż: „[…]o tem poucza nas przelotne przejście się przez dom wariatów”[18]. I jakże tu nie kochać namiętnie genialnej myśli filozoficznej Mistrza Nietzschego? Dla mnie osobiście – absolutnie nie sposób nijak!

Wróćmy jednak do meritum. W tym momencie wywodu bowiem, nasuwa się uporczywie kolejne, równie ważkie pytanie o to, kim według Nietzschego był w takim razie ów Jezus i jaką rolę odegrała ta – skądinąd nieco baśniowa czy mityczna, jak dla mnie osobiście – biblijna postać, nie tylko w całej religii chrześcijańskiej, ale i całej historii ludzkości po urodzeniu Chrystusa.

post_mortem_dusza_na_rozdrozu

„Comedamus et bibamus cras enim moriemur”

Poszukiwania odpowiedzi na powyższe pytanie, jaką udzielił sam Nietzsche w swej twórczości, mogą nastręczyć wiele trudności, a nawet wręcz zdać się być również owym crux interpretum, lecz mimo, to postaram się zgryźć tu nawet i tak twardy orzech.

Kimkolwiek Jezus był, dla Nietzschego pewne jest to, kim Jezus nie był – a mianowicie, dla filozof nie był on z pewnością chrześcijaninem. Co więcej, nawet jeśli by hipotetycznie założyć, iż jednak nim był, to wówczas staje się niemożliwe określenie mianem chrześcijanina jego wyznawców i religii, jakiej ma on być ponoć twórcą i założycielem.

To skądinąd kontrowersyjne i obrazoburcze twierdzenie Nietzschego, sam filozof wyjaśnia następującymi słowami w swym Antychryście:

[…] już słowo »chrześcijaństwo« jest nieporozumieniem —, w gruncie istniał tylko jeden chrześcijanin i ten umarł na krzyżu. »Ewangielia« umarła na krzyżu. Co od tej chwili zwie się »Ewangielią«, było już przeciwieństwem tego, co on przeżył: »złą nowiną«, dysangelium. Jest to fałszywe aż do niedorzeczności, jeśli się znamię chrześcijanina widzi w »wierze«, może w wierze w zbawienie przez Chrystusa: jedynie p r a k t y k a chrześcijańska, życie takie, jakie zmarły na krzyżu przeżyw a ł , jest chrześcijańskie…[…][19].

I o dziwo, znając całokształt stanowiska Nietzschego względem religii chrześcijańskiej oraz Boga, akurat ta postać, w odróżnieniu od samego chrześcijańskiego Boga, spotyka się u niego wyjątkowo z raczej dość pozytywną opinią, oceną czy osądem, a nawet rzec by można, iż z pewną przychylnością filozofa dla tejże postaci, a zwłaszcza działalności Jezusa z Nazaretu, która to spotyka się z bardzo pochlebnymi poglądami, ferowanymi przez Nietzschego, choćby we wspomnianym powyżej Antychryście.

W działalności tejże dopatruje się filozof mianowicie, niejako swoistej próby niwelacji obecności obu tychże Bogów – zarówno starotestamentowego Boga – despoty, jak i tego nowożydowskiego „płodu”, jakim był ów nowy Bóg – sługa, który służyć miał wyłącznie kapłanom i ich interesom. Albowiem ów jedyny chrześcijanin, podług Nietzschego miał zgoła odmienny program, aniżeli te, które dotychczas istniały w religii tak ogólnie. Jak sam filozof pisze, jego programem była bowiem: „[…] Nie wiara, lecz czynienie, przede wszystkiem nie czynienie wielu rzeczy, inne b y c i e . . . […]”[20].

Co więcej, ów nietzscheański Jezus, zyskuje też pewną niezwykle istotną świadomość dwóch, newralgicznych dla religii kwestii. Oto bowiem staje się dla niego jasna i klarowna absurdalność tejże chrześcijańskiej wiary, a więc wiary w tego nowego Boga – lichwiarza, w tego Boga niejako „zaświatowego”, jak to trafnie ujął Żelazny. A tym samym, zyskał on również świadomość innego, równie newralgicznego, faktu. Oto bowiem, symultanicznie równie jasna i klarowana, stała się dla niego także i ta jałowa bezcelowość, podejmowania jakichkolwiek prób powrotu z kolei, do tej starej wiary, a więc prób powrotu do wiary w owego starego Boga – despotę. Zaś Jezus wraz ze swym zstąpieniem na ziemię, przynosi ludziom oraz ludzkości zgoła odmienną, nową „Dobrą Nowinę”.

Obala ona stary ład, głosząc, iż wszyscy ludzie są dziećmi bożymi, a tym samym czyniąc ludzi równymi Bogu, zaś los ich składa w ich własnych rękach, czyniąc odpowiedzialnym za ów los, wyłącznie ludzką istotę – dotychczas tak marną, słabą i lichą, całkowicie zależną od boskich kaprysów – odtąd zaś mianuje Panem własnego Losu. Jezus dokonuje zarazem całkowitej dewaluacji owych lichwiarskich weksli, wystawianych człowiekowi za życia doczesnego, które a die ma być nie jedynie środkiem do osiągnięcia owego „zaświatowego ideału”, jak to określił Żelazny, lecz nabiera wartości właśnie Tu i Teraz.

Z kolei w innym dziele Nietzschego, w jednej z notatek, a której treść pozwolę sobie tu przytoczyć za Żelaznym z uwagi na jej istotność dla tego wywodu, na temat dokonań Nazarejczyka czytamy, iż:

[…] Jezus przeciwstawił zwykłemu życiu życie rzeczywiste, życie w prawdzie – nic nie jest mu dalsze, niż prostacki bezsens „uwiecznionego Piotra”, wiecznego trwania osobowego. To, co zwalcza, to panoszenie się „osoby”, jakże mógłby chcieć ją właśnie uwiecznić? […][21].

Poczynię tu małą dygresję odnośnie powyżej zacytowanych słów, gdyż nasuwają mi one pewne uporczywe skojarzenia, związane właśnie z przesłaniem Jezusa, jakie to zawarte jest między innymi w Nowym Testamencie. Skojarzenie tu niejako prymarne czy nadrzędne, z którego zaś wypływają dalsze, inne me uporczywe skojarzenia, stanowią same słowa Jezusa, w których obala on, nie tylko owo trwanie osobowe i wszelkie personifikacje czy uosobienia postaci boga, bądź też świętych – a tym samym oddawania czci figurom, ikonom czy obrazom tych uosobień, lecz zarazem, także i sam kościół jako ów Dom Boży, ale i po trochu również jako instytucję, oraz bardziej ogólnie – konieczność wznoszenia świątyń, ołtarzy czy innych miejsc kultu religijnego, a więc naturalnie tym samym, także kapłanów pełniących w nich funkcję, że się tak wyrażę – boskiego namiestnika na ziemi, czyli niejako lidera, przywódcy, czy też duchowego guru wyznawców tejże religii, a też w pewnym sensie „boskiego wybrańca”, którego to Bóg uprawnił do odprawiania obrządku religijnego i innych elementów kultu, udzielania sakramentów świętych, oraz sprawowania i wykonywania boskiej władzy, a także egzekwowania boskich praw i przykazań na ziemi w życiu doczesnym.

A mianowicie, chodzi mi o dość słynne słowa Jezusa, w których stwierdza on, iż jego (jako Boga) ludzie znajdą wszędzie – pod każdym kamieniem i w każdym źdźble – a nie jedynie w kościołach, świątyniach czy innych miejscach kultu religijnego, jak to wpajali ludziom interesownie kapłani – on jest bowiem wszędzie, więc człowiek może znaleźć go też wszędzie, w każdym dowolnym miejscu, obiekcie czy sytuacji, gdyż jest on właśnie takowym tworem bezosobowym, co potwierdza zresztą powyższe twierdzenie Nietzschego – czyż w ten sposób Jezus nie chciał zwalczyć właśnie owego panoszenia się „osoby”?

Co oczywiste, w ten sposób zanegował on, również sens istnienia i rację bytu wszelkich kościołów, świątyń i innych miejsc kultu religijnego, wraz z ich kapłanami oraz – że tak bowiem – „bałwochwalczymi cielcami”,  czyli wszelkimi posągami, figurami, ikonami, obrazami itp., które stanowią nic innego, jak właśnie pewną formę uosobienia Boga, boskiej mocy czy też owego Sacrum, tak ogólnie, nadając tym bytom – a przynajmniej podług teorii Nietzschego – miast owego „wiecznego trwania osobowego”, postać o wiele doskonalszą i bliższą owego tzw. Absolutu – bezosobową, a wręcz niematerialną moc boską, która jest wszędzie i we wszystkim, napełniając sobą cały ten świat, wszystkie jego twory i stworzenia, staje się do bólu prawdziwie owym Absolutem, do cna prawdziwą Alfą i Omegą…

klechy_balwochwalstwo_oltarz

Cielce złote i bałwochwalstwo na złotych ołtarzach ofiarnych czynione ….

Lecz dość już snucia dygresji, pora powrócić do tego, co w tym wywodzie stanowi problem najistotniejszy.

Pozwolę sobie więc, jeszcze wrócić na chwilę do dzieła Nietzschego, z którego pochodził uprzednio tu cytowany fragment, dotyczący postaci Jezusa z Nazaretu, jako że możemy się z niego dowiedzieć jeszcze nieco więcej a propos chrystianizmu i jego idei, jakiej krzewienie Nietzsche przypisuje Jezusowi. Albowiem, z kolei w innej tamże notatce czytamy, iż co więcej chrystianizm – a przynajmniej ten postulowany przez Jezusa – zawierał prócz tego, także idee wykraczające poza sferę religii, duchowości czy wiary, obejmujące bardziej świeckie obszary życia, jak choćby państwowości, narodowości, prawa, ustroju, a nawet kwestii społecznych.

A konkretnie, treść tejże notatki  na temat owych idei chrystianizmu dostarcza nam informacji, iż zawarto w nim idee, które postulować miały unieważnienie i likwidację wszelkiej państwowości właśnie. A co naturalne, w tym również likwidacji też takich jej elementów, jak obowiązek służby wojskowej czy prawodawstwo, a z kolei w sferze społecznej państwowości, wraz z nią likwidacji zaś podlegać miały także różnice, zarówno te społeczne, czyli inaczej stanowe, jak i narodowościowe. Co więcej, dalej notatka ta, informuje nas o znacznie bardziej radykalnych ideach Nazarejczyka. Mianowicie, dowiadujemy się, iż domagał się on ponadto likwidacji czy zniesienia, nie tylko państwowości ogółem, lecz nawet owego fenomenu samego w sobie, jaki stanowi elementarna komórka społeczna, czyli społeczeństwo.

Oto bowiem, realizuje on swój cel, budując na miejsce dotychczasowego społeczeństwa, zupełnie nową, chrześcijańską społeczność, w której to otaczać go będą odtąd jej członkowie, o nieco wątpliwej reputacji można by rzec, o niskim statusie społecznym, dotąd wzgardzeni, ci ostatni, lecz teraz oto mają się oni stać pierwszymi – grzesznicy, prostytutki, trędowaci, głupia tłuszcza i pospólstwo, wzgardzeni zostają teraz z kolei ci bogaci, cnotliwi i uczeni, na samo dno hierarchii społecznej strąceni ze szczytu – tak oto pierwsi zaś, stają się ostatnimi, zgodnie z nauką, jaką to ongiś miał ponoć wygłosić Jezus do swych apostołów.

Tak oto Jezus proponuje ludziom całkiem nową praktykę. Niestety tejże, jakże istotnej kwestii, Nietzsche w swych pismach poświęca stosunkowo mało miejsca, jak też uwagi, mimo, iż obfitują one zwykle w drobiazgową krytykę chrześcijaństwa, nawet tę zgoła niezbyt istotną. Aczkolwiek pewne wzmianki odnośnie tejże kwestii istnieją w rozprawach Nietzschego. Jak chociażby, we wspominanym już Antychryście, gdzie w jednym z fragmentów czytamy, iż:

[…] Jeśli cośkolwiek rozumiem z tego wielkiego symbolisty, to to, że tylko wewnętrzną rzeczywistość brał za rzeczywistość, za »prawdę«, — że resztę, wszystko, co naturalne, czasowe, przestrzeniowe, historyczne, rozumiał tylko jako znak, jako sposobność do przenośni […][22].

Jak podkreśla Żelazny to, iż filozof pisze o owej wewnętrznej rzeczywistości, nie jest w żadnym wypadku równoznaczne z naiwną metafizyką, jako że w cytowanym dziele ledwie stronę wcześniej filozof stwierdza, iż:

[…] Nie potrzebował on już żadnych formuł, żadnego obrządku dla obcowania z Bogiem — ani nawet modlitwy. Zerwał z całą żydowską nauką pokuty i pojednania; wie on, że jedynie w p r a k t y c e życiowej czuje się człowiek »boskim«, »szczęśliwym«, »ewangielicznym«, każdego czasu »dzieckiem Boga«. Nie »pokuta«, nie »modlitwa o przebaczenie« jest drogą do Boga: jedynie praktyka e w a n g i e l i c z n a wiedzie do Boga, ona właśnie j e s t »Bogiem« […][23].

Nie jest rzeczą dziwną wcale, finalna konkluzja Nietzschego, jaką wysnuwa on rozprawiając o owych „chrześcijańsko – dostojnych wartościach”, a w której to stwierdza mianowicie, iż to „[…]dopiero my, my duchy oswobodzone przywróciliśmy do dawnego stanu to największe przeciwieństwo wartości, jakie istnieje!”[24].

Natomiast zrealizowanie marzenia Jezusa o Nowym Człowieku, który miał nadejść, okazuje się być niemożliwością. A tym samym on sam – Jezus z Nazaretu – czyli niejako ów „jedyny chrześcijanin” oraz „jedyny nie z tego świata”, zostaje skazany na nieuchronny finał swego życia na krzyżu.

Ponadto sam Nietzsche usiłuje niejako pełnić funkcję rzecznika owej nowej praktyki życiowej. Łatwo zauważyć to, jak wielkim podziwem darzy on Jezusa, a w zasadzie reprezentowaną przez niego postawę, zaś sam filozof aż do swych ostatnich świadomych chwil pokłada głęboką wiarę w to, iż zdoła dokonać to, czemu nie podołał Nazarejczyk – wyhodować Nowego Człowieka.

I dopiero ledwie tuż przed tym, gdy traci on świadomość, uzmysławia sobie ową jakże okrutną prawdę o swym losie, zrozumiawszy, iż jego samego czeka również jedynie droga na krzyż… Nietzsche zaś sam daje temu wyraz na pewnej dość słynnej kartce pocztowej, adresowanej do Georga Brandesa, z dnia 04 stycznia 1889 roku, gdzie to pisze następujące słowa – jak cytuje Żelazny: „Przyjacielu George! Skoro mnie odkryłeś, znaleźć mnie nie było sztuką! Trudnością jest teraz mnie zgubić. – Ukrzyżowany”[25].

Podejmując się próby interpretacji sensu tejże, jednej z ostatnich zresztą, wypowiedzi filozofa, można by go interpretować tak, jak to uczynił Żelazny w swym artykule, a mianowicie stwierdza on, iż:

[…] nie jest sztuką odkryć ukrzyżowanego ani chyba nawet wynieść go na ołtarze, sztuką jest zgubić go, tzn. zmienić sytuację duchową, w której każde pokolenie Europejczyków gotowe jest ukrzyżować go po raz drugi[26].

Uzasadnienie tego stanowić może zaś pewne spostrzeżenie Karla Jaspersa, który stwierdza następującą zależność:

[..] Ponieważ Jezus według Nietzschego nie jest źródłem chrześcijaństwa, lecz tylko środkiem – obok innych – zastosowanym przez chrześcijaństwo, to odwrócenie prawdy Jezusa z góry jest radykalne[27].

A tymczasem sam Nietzsche w chwili utraty świadomości zyskał już wiedzę o tym, iż nie będzie mu dane zostać naocznym świadkiem owych „narodzin człowieka”, a zaś z cytowanej powyżej kartki pocztowej, jasno wynika, iż ponadto przewidywał on również możliwość spożytkowania jego myśli, właśnie „jako środka pomiędzy innymi środkami”.

Czyż jednak sztuką jest sławienie czy wychwalanie samego Nietzschego, jako owego krytyka starego ładu i „proroka” nowego, jak to czynił na przykład Brandes, gdy jako pierwszy prowadził wykłady z filozofii Nietzschego? Na to pytanie odpowiedzieć należy dobitnie „Nie!”, nawet mimo uznania zasług i doniosłości Nietzschego oraz owej odegranej przez niego roli. Albowiem, jak to celnie stwierdza Żelazny, prawdziwą sztukę stanowi coś zgoła odmiennego: dokonanie takiej przemiany świata, by zarówno owa krytyka, jak i wszelkie proroctwa, stały się zupełnie zbędne.

Co się zaś tyczy samego chrześcijaństwa, to warto zauważyć, iż primo jest ono niejako splatonizowaną doktryną, która to od imienia Chrystusa przybrała swą nazwę. A co najistotniejsze, to secundo, bazuje ona na pewnym konkretnym toku rozumowania, a który ująć można by następująco:

– Tak więc najsampierw, Bóg przybiera ludzką postać i jako człowiek ponosi śmierć na krzyżu;

– Następnie zaś, miał on jakoby zmartwychwstać i przenieść się w owe „zaświaty”;

– Stamtąd z kolei, ma on powrócić dopiero w chwili końca świata.

I to tutaj właśnie Nietzsche dopatruje się źródeł owej rzekomej „martwoty Boga” – jak to ujmuje Żelazny – a właściwie to bardziej źródła utrzymania czy trwania nadal w świecie, owego martwego Boga. Tu pojawia się z kolei, konieczność przyjęcia pewnych trzech założeń, z których każde doprowadzić ma nas do istotnej konkluzji, odnośnie istoty Boga.

Mianowicie, przyjmując jako pierwsze założenie, iż pewna istota nieskończenie miłosierna, ma wgląd we wszelkie ludzkie poczynania, czyli „uczynki”, dochodzimy do konkluzji, iż jest to istota bezsilna. Następnie, przyjmując za kolejne założenie, iż takowy wgląd posiadać by miała istota nieskończenie potężna, dochodzimy do wniosku, że owa istota jest zatem okrutna. Z kolei trzecie założenie, na którym to zresztą oparło się właśnie chrześcijaństwo, a podług którego, to owa moc wraz z miłosierdziem, mają niejako stanowić jedność w tychże „zaświatach”, ma wyrażać i stanowić symptom właśnie owej martwoty Boga, a to dlatego, że wówczas zarówno jego moc, jak i miłosierdzi,e mają się mieć do tego świata ludzkiego i empirycznego nijak – pozostają przecież poza nim, jako byt istniejący jedynie w owych „zaświatach”. Zaś utrzymanie bytności owego martwego trupa Boga w tym – to jest ludzkim i empirycznym – świecie, zostało jedynie kupione za cenę, którą stanowił ogromny wysiłek, jakiego dokładała teologia, filozofia oraz instytucjonalne formy religii, by podtrzymać tę bytność, niejako „boskiego trupa”. I zapewne ich wysiłek, nie był ani altruistyczny, ani też pozbawiony celu, a już tym bardziej nie da się ukryć, jak niskie pobudki często gęsto za nim się kryły.

A to wszystko nieuchronnie prowadzić miało do wydarzenia, jakie Nietzsche określa mianem największej tragedii w dziejach Europy. Co zatem stanowiło tak ogromną tragedię, jakiej nie mogła dorównać żadna inna dotychczasowa, a być może i późniejsza, tragedia?

Podług Nietzschego tragedię tę stanowiło, nie samo morderstwo, jakie popełnili ludzie na Bogu, lecz poniekąd, właśnie owo podtrzymanie bytności martwego Boga. Oto bowiem, po dokonaniu mordu, ów stary Bóg żydowski, jaki żył jeszcze w ostatnim okresie upadku kultury Izraela, ów Bóg – bankier, który nakazuje „tu i teraz”, a więc w życiu doczesnym, okazywać mu pokorę i wyrzeczenia, zaś na zapłatę za to, każe czekać aż do samego końca życia doczesnego, wypłacając ekwiwalent dopiero w „zaświatach” – czyli dopiero po śmierci i co istotne – w walucie zgoła odmiennej aniżeli ta, która ma jakąkolwiek wartość za życia człowieka, na „tym” świecie – ów Bóg lichwiarz uzyskuje ogromne wsparcie ze strony metafizyki platońskiej, a jego bytność czy istnienie zostaje podtrzymane i nie przemija, lecz wciąż trwa…

czuwanie_przy_lozu_martwego_trupa

„Contra vim mortis non est medicamen in hortis”

I tu wyłania się cała ohyda i perfidia tego mordu, jakiego dokonaliśmy na Bogu. Albowiem od teraz, nauka Jezusa zostaje ohydnie wypaczona i zaprzęgnięta w służbę celom, które u swego zarania potępiała i którym stawiać miała opór.  Tak haniebne wypaczenie nauki Jezusa, a więc i samego Boga, stanowiło zarazem jego kres – uśmiercając go swym spaczeniem.

Sama ta spaczona idea i nowy Bóg – lichwiarz wystawiający weksle, których spłaty dokonuje dopiero po śmierci, w „zaświatach”, budzi w racjonalnym, rozsądnym umyśle sprzeciw i oburzenie. A tym bardziej w umyśle ateistycznym, dla którego owe „zaświaty” oraz wszelkie życie po śmierci to ledwie mrzonka, twór wyobraźni rodem z bajek dla dzieci. Podobnie zresztą uważał sam Nietzsche, który zresztą nigdy nie krył się ze swoimi ateistycznymi poglądami i jawnie krytykował zarówno samą religię chrześcijańską, jak i jej instytucje takie, jak np. Kościół.  W Antychryście przykładowo filozof wyraża następujący pogląd o tym:

[…] Gdy się punkt ciężkości życia przeniesie n i e w życie, lecz w »zaświat« — w n i c o ś ć — to odbiera się życiu w ogóle wagę. Wielkie kłamstwo o nieśmiertelności osobowej niszczy wszelki rozum, wszelką naturę w instynkcie, — wszystko, co jest w instynktach dobroczynnego, popierającego życie, poręczającego przyszłość, budzi odtąd nieufność […][28].

Czyż można na te słowa nie przytaknąć z uznaniem i nie przyklasnąć prawdziwej mądrości, tak głębokiej myśli? Podług mego mniemania i tym razem również – absolutnie nie sposób bynajmniej!

Tym niemnie,j dla Nietzschego ów „Bóg – poręczyciel”, wcale a wcale nie stanowi jeszcze synonimu ostatecznego końca i upadku religii. Co więcej, w swym dziele Poza dobrem i złem wyraża nawet dość pozytywne opinie na temat religii, a konkretniej możliwości jej użycia, jako środka do podtrzymania łączności władzy z poddanymi, jakie stwarza ona tym „silnym, władczym i dostojnym” – a więc owym możnym, dzierżącym władzę, można by rzec. Poza tym, taki Bóg służy jeszcze jakimś celom, czy jak pisze Żelazny – „jeszcze coś podtrzymuje”. Aczkolwiek, ów cel nie budzi raczej ani uznania, ani poklasku, a bardziej zdaje się dość niski i podły.

Celem tym jest bowiem, stan rzeczy, w którym ów Bóg tych dostojnych ma sowicie obdarzać wszelkimi dobrami w życiu doczesnym, czyli niejako „tu i teraz”, za ich życia ziemskiego, zaś jedyne, na co liczyć może plebs, to obietnice miłosierdzia po śmierci – raczej płonne i bezwartościowe w życiu doczesnym oraz na „tym” świecie…. A tym samym, są to jedynie puste obietnice, a całe to jego miłosierdzie, jakim ma obdarowywać w zaświatach, staje się więc analogicznie zwykłym kłamstwem, z tym że kłamstwo to ma pewne znaczenie – często bowiem, odgrywa ono pewną niezwykle istotną rolę społeczną. Mianowicie, napędza pewien mechanizm społeczny, w którym to heretyków pali się na stosach, aby ofiarą z ich cierpienia (doczesnego naturalnie) wyjednać dla nich owo „wieczne zmiłowanie” – jak pisze Żelazny – a tym czasem kler pomnaża swe majątki „ku chwale bożej” i bogaci się kosztem najbiedniejszych – za cenę ich nędzy.

Uwidacznia się tu ów niesprawiedliwy podział na tych szlachetnych, którzy wierzą jedynie w moc władzy, oraz na plebs – oszukiwany i omamiany tym właśnie złudnym mirażem miłosierdzia w zaświatach – wodzony nim za nos, niczym spragniony wędrowiec na pustyni, iluzją wody przez fatamorganę… Podług Nietzschego, taki niesprawiedliwy podział istniał nadal jeszcze w epoce renesansu, aż do czasu, gdy nadszedł jego definitywny kres wraz z wejściem na scenę historii postaci Marcina Lutra i przybiciem jego tez na drzwiach kościoła w Wittenberdze. O tej postaci Żelazny pisze, iż był to: „<<ciemny mnich> o mentalności niewolnika a aspiracjach arystokraty”.

Działalność Lutra przynosi ze sobą rozpoczęcie protestantyzmu, i to dopiero w nim właśnie upadek chrześcijaństwa sięgnąć miał samego dna.

By wyklarować i rozwinąć powyższą tezę, konieczne jest dokonanie pewnej ewaluacji reformacji, a też i protestantyzmu, zwłaszcza z punktu widzenia filozofii.

Podług opinii Nietzschego, reformacja stanowiła – cytuję za Żelaznym: „[…] wywarzanie otwartych drzwi”. Albowiem jej ojcowie i kreatorzy, wykazali się niejako pewną krótkowzrocznością, dostrzegając jedynie fakt wykorzystania nauki o miłosierdziu bożym przez duchowną arystokrację w celu zabezpieczenia swych materialnych interesów. W swych żądaniach zaś, zupełnie pominęli oni kwestie tak istotne i wręcz newralgiczne, jak przemiany w sferze dotychczas panujących stosunków społecznych w zakresie podziału dóbr materialnych, jak i  zniesienie religii, ograniczając swe postulaty jedynie do żądania rozdzielności „spraw boskich od ziemskich” – czyli religijnych od świeckich, mówiąc bardziej współczesnym językiem.

A tym samym, także i równości wszystkich ludzi wobec miłosierdzia bożego (wobec Boga), a więc niejako swoistego równouprawnienia, które znosiłoby wszelkie różnice stanowe, czyniąc równym wobec Boga każdego, bez względu na stan społeczny, majątek czy zajmowaną pozycję lub posiadaną władzę – po trosze niejako w myśl łacińskiej sentencji: „Actus hominis, non dignitas iudicentur”, którą sformułował Muncius Felix (Octavius 36) . Jakkolwiek taka idea równości stanowej, by nie była wzniosła czy istotna, tym niemniej, wciąż pozostaje niepełna i jedynie szczątkowa względem całokształtu postulatów, jakie należałoby wysunąć.

smiertelnosc_rownosc_wszystkim

„Aequo pulsat pede” (Horatius )

Co gorsza, prekursorzy protestantyzmu przeoczyli przy tym, pewien niezwykle istotny, wręcz newralgiczny fakt. A mianowicie fakt, iż patrząc z szerszej perspektywy po uwzględnieniu całokształtu postulowanych przez nich żądań, okazuje się – o ironio – iż obecność Boga w świecie stała się w zasadzie już całkowicie zbędna! Pociągają one bowiem za sobą, konsekwencje, w których wyniku doszło do całkowitego zdetronizowania tego, co stanowiło dotychczas ów przesąd, który służył możnowładcom jako swoisty bat oraz kajdany, utrzymujące w karbach swych poddanych w feudalnym społeczeństwie, stanowiąc elementarny fundament jego funkcjonowania i ładu. Zaś odtąd panować ma nowy ład, w którym wiara „w litość bożą” obowiązuje wszystkich jednakowo. I także jednakowo wszyscy mają być teraz oszukani tym samym, jako że na tym świecie nie istnieje żadna litość.

W efekcie, jak twierdzi Nietzsche, dochodzi do zlikwidowania owej ostatniej z grup społecznych, która to czerpała jakieś inne profity poza iluzją płonnych obietnic miłosierdzia w zaświatach, przestają więc istnieć owi – cytując: „książęta kościoła […]” – a których to – „[…] władcze piękno było zawsze dla ludu dowodem prawdziwości kościoła”[29].

Wówczas, na ich miejscu staje protestancki pastor, skromna persona prymitywnego plebejusza, która w swej marności, odgrywa zarazem niezwykle doniosłą rolę – ostatecznego zabójcy Boga. Oto ów plebejusz, co prawda, z jednej strony pozornie niby przyczynia się do redukcji różnic stanowych i społecznych w zakresie sfery religijnej na rzecz dominacji równości, jednakże równość ta pozostawiała bardzo wiele do życzenia. Istotę tejże równości bowiem, stanowiło, owszem zrównanie wszystkich członków społeczeństwa na jednym poziomie, z tym, że był to poziom niewolników. I choć odtąd wszyscy równi wobec Boga, to jednak zniewoleni, za cenę równości sprzedani jako niewolnicy – czyż nie kojarzy Wam się to uporczywie ze współczesnymi zniewolonymi umysłami rzeszy wyznawców religii katolickiej w naszym rodzimym tzw. potocznie „katolandzie”? Bądź też, ze zniewolonymi umysłami islamskich fundamentalistów, czy też ogólnie fanatyków religijnych bez względu na religię, jakiej są wyznawcami? N’est-ce pas?

W ferworze mych rozważań nad koncepcją martwego Boga Nietzschego, straciłam nieco umiar, a w efekcie objętość treściowa tego wywodu, urosła już do, aż tak wielkich rozmiarów, pora więc już na finał mych nieco rozwlekłych roztrząsań, aby nie nadwyrężać zbytnio cierpliwości i wytrzymałości Czytelnika.

A ponieważ obowiązujące rygory i normy, określające pewne ramy kompozycyjne dla tego rodzaju tekstów, czy też stylu pisania, wymagają, aby w zakończeniu autor dokonał podsumowania całości swych rozważań, postaram się w tym miejscu podsumować cały ów powyższy wywód, dopełniając swych powinności względem utartych kanonów i tradycji pisarskiej.

W podsumowaniu uznałam za słuszne, odwołać się ponownie do wspominanego artykułu Żelaznego, parafrazując w jego treści finalne konkluzje, jakie ów autor tamże wysnuwa, a to z racji ich niezwykłej istotności i wartości, jaką stanowią, jako podsumowanie, zarówno całości tego wywodu, jak i przede wszystkim – całokształtu omawianej w nim tezy Nietzschego „Gott ist tot” oraz związanych z nią koncepcji i myśli filozofa. Z góry też przepraszam tych Czytelników, dla których takie sparafrazowanie cudzych słów wyda się niesmaczne i proszę o wyrozumiałość – mam bowiem istotne powody, jak i cel, uzasadniający takie odtwórcze parafrazowanie cudzych słów.

Zaś dla ułatwienia sobie nieco kwestii organizacji tekstu, pozwolę sobie wypunktować kolejno wszystkie finalne konkluzje, jakie zawierać będzie owo podsumowanie.

Tak więc reasumując:

1. Pierwsza z finalnych konkluzji tyczy się kwestii wskazania ostatecznych morderców Boga, zgodnie z poglądami głoszonymi przez Nietzschego. Otóż podług jego interpretacji są nimi, jak wynika z powyższych rozważań również, właśnie wyznawcy religii protestanckiej. To zaś filozof uzasadnia dwiema cechami, przynależnymi tej religii. Pierwszą z nich jest sposób rozumienia Boga, który jest pojmowany w niej, jako istota w pełni transcendentna. Z kolei druga cecha to identyfikacja tak pojmowanej istoty Boga z – jak pisze Żelazny: „urojoną ideą <<powszechnego miłosierdzia>>”. A co w efekcie powoduje, odarcie tejże istoty zupełnie z możliwości partycypacji we wszelkich „ideach żywotnych” – jak to ujmuje autor dalej.

2. Druga konkluzja, tyczy się zaś współczesnego chrześcijaństwa, które w tym wymiarze, o jakim mowa w poprzednim punkcie, traci status kontynuacji owej praktyki życiowej Nazarejczyka, ewidentnie kontynuując ideę zgoła odmienną, jaką stanowi nie inaczej, jak właśnie owa platońska metafizyka.

3. Trzecia konkluzja, tyczy się z kolei Człowieka, a raczej jego niejako „statusu” w takimże chrześcijaństwie. Nadaje ono bowiem Człowiekowi, miano istoty godnej miłosierdzia, lecz tylko w tym celu jedynie, by utrzymać stałą potrzebę transcendencji, a w zasadzie bardziej – potrzebę osoby kapłana, pełniącego funkcję pośrednika na drodze ku osiągnięciu tejże transcendencji.

4. Czwarta konkluzja, o jakiej pisze Żelazny, w moim mniemaniu wnosi zaś myśl niemalże bezcenną. Związana jest z ideą wolnej istoty, takiej jaka była marzeniem Nietzschego. Albowiem, podług jego opinii, największą zniewagę dla takiej wolnej istoty, jaką tylko można w ogóle uczynić, stanowi nie inaczej, jak właśnie okazanie jej miłosierdzia.

Tak oto dochodzimy do kolejnej konkluzji – nietzscheańskiej interpretacji tradycyjnego hasła chrześcijaństwa, a które to brzmi: „umarł człowiek, narodził się Bóg”. Zaś w interpretacji Nietzschego traci ono swą pierwotną chrześcijańską symbolikę, zyskując nowe, zgoła odmienne, znaczenie symboliczne. Nietzsche czyni z niego bowiem, symbol pogardy dla człowieczeństwa, a nowym przeciwstawieniem jego egzystencji, jako „godnej politowania” staje się owa „zaświatowa doskonałość”. Analogicznie, hasło to pozostaje w sprzeczności z nauką Nazarejczyka, zaś zgodne jest z platońską metafizyką. Tak więc, w skutek odwrócenia idei Platona na gruncie tradycji chrześcijańskiej, rodzi się zatem również i odwrotne twierdzenie, a mianowicie stwierdzające, iż to: „Bóg jest martwy, rodzi się człowiek”.

Odwołując się z kolei do literatury traktującej o filozofii Nietzschego, zauważyć możemy pewną ogólną tendencję czy trend – negatywną ocenę z jaką spotyka się tam zjawisko owej „śmierci Boga” samej w sobie. Tu Żelazny powołuje się na dwa znamienite opracowania, które stanowi dzieło Karla Jaspersa pt. Nietzsche i chrześcijaństwo oraz rozprawa Martina Heideggera pt. Słowa Nietzschego „Bóg jest martwy”, z racji, iż w obu zawarty jest, właśnie taki sposób interpretacji oraz negatywne nacechowanie owego zjawiska. Dla potwierdzenia autor cytuje tu słowa Jaspersa, który to pisze:

[…] Pyta on (Nietzsche – przyp. aut.) dlaczego Bóg umarł? Tylko jedna z jego odpowiedzi jest wyczerpująco przemyślana i rozwinięta: przyczyną śmierci Boga jest chrześcijaństwo. Ponieważ przez chrześcijaństwo została zniszczona cała prawda, którą człowiek żył przed nim: przede wszystkim tragiczna prawda życia przedsokratejskich Greków […][30].

Jednakże Żelazny wytyka powyższemu twierdzeniu Jaspersa, aż dwa istotne, nieomalże esencjonalne, błędy.

Primo, powyższe stwierdzenie zawiera pewien błąd natury merytorycznej, jako że twierdzenie, iż chrześcijaństwo miałoby niejako zniszczyć kulturę przedsokratejską jest ewidentnie mylne, z racji, iż w chwili rozpoczęcia działalności chrześcijaństwa, które przypada zresztą na drugą połowę I-go wieku naszej ery, niemożliwe było zniszczenie tejże kultury przedsokratjeskiej, jako że wówczas już od dawna ona nie istniała. Zaś kres jej istnienia, na co poniekąd wskazuje sama jej nazwa, jest utożsamiany z momentem śmierci Sokratesa, a który to moment miał mieć miejsce już nieomal pięć wieków wcześniej, przed nastaniem chrześcijaństwa.

I wreszcie secundo – błąd o znacznie większej wadze, wręcz nieomalże newralgiczny i kardynalny dla całej koncepcji Nietzschego, jakiego dopuścił się Jaspers w cytowanym powyżej twierdzeniu. Albowiem, Jaspers stwierdzając tamże, iż śmierć Boga stanowiła zniszczenie myśli przedsokratejskiej, jednocześnie przyjmuje zarazem też założenie, iż to właśnie owa kultura (t.j. przedsokratejska) musiała dla samego filozofa stanowić synonim „żywotności Boga”. Jednak, jak zaznacza Żelazny, Jaspers nie poparł tejże interpretacji żadnymi tekstami źródłowymi, tak więc można ją najprawdopodobniej uznać za zwykłe nieporozumienie.

Tym bardziej, że podług Nietzschego, owego żywego Boga, stanowił przecież  ów „Bóg ze wschodnich krain”, czy też: „Bóg z czasów wielkości Izraela” – a więc ów starotestamentowy Bóg – despota. A  w jednym ze swych dzieł, Nietzsche pisze wręcz następujące słowa:

[…] W »Starym Testamencie« żydowskim, w księdze sprawiedliwości bożej bywają ludzie, rzeczy i mowy w tak wielkim stylu, iż piśmiennictwo greckie i indyjskie niczem dorównać mu nie może. Z czcią staje się i grozą przed tymi olbrzymimi szczętami tego, czem człowiek był ongi, i przychodzą do głowy posępne myśli o starej Azyi i o jej wysuniętym naprzód półostrówku Europie, która w stosunku do Azyi chciałaby koniecznie oznaczać »postęp człowieczy «. Co prawda: kto sam jest jeno nikłem oswojonem zwierzęciem domowem i zna jeno zwierzęcia domowego potrzeby (na podobieństwo naszej dzisiejszej inteligencyi, z dodaniem chrześcian »inteligentne « wyznających chrześciaństwo —), tego w tych ruinach nic nie zadziwi a tem mniej zasmuci — upodobanie do Starego Testamentu jest kamieniem probierczym »wielkości« i »małości« —: snadź Nowy Testament, księga łaski, zawszeć mu snadniej przypadnie do serca (jest w nim wiele rzetelnej czułostkowej dusznej braciszków klasztornych i małych duszyczek woni). Połączenie tego Nowego Testamentu, stanowiącego pod każdym względem rodzaj rokoka smaku, ze Starym Testamentem w jedną całość, w biblię «, w księgę samą w sobie«: jest snadź największem zuchwalstwem i »grzechem przeciw duchowi«, jaki Europa literacka ma na sumieniu […][31].

Można jednak przypuszczać, iż na sposób interpretacji myśli Nietzschego przez Jaspersa, rzutuje jego własna ewaluacja Boga, który stanowił dlań wartość zdecydowanie pozytywną.

Aczkolwiek to nieporozumienie w filozofii Jaspersa, bije na głowę postawa reprezentowana przez wspominanego tu Heidegger’a. Pisze on mianowicie, iż:

[…] Skoro Bóg jako ponadzmysłowa podstawa i jako cel wszystkiego, co rzeczywiste, umarł, skoro ponadzmysłowy świat idei postradał swą wiążącą, a przede wszystkim pobudzającą i budującą siłę, wówczas nie pozostaje nic, na czym człowiek może się utrzymać i ku czemu może się skierować […][32].

Nie da się odmówić słuszności Żelaznemu, iż po lekturze cytowanego powyżej fragmentu, nasuwają się uporczywie pewne pytania odnośnie myśli Heideggera tamże zawartej. Chciałoby się bowiem, zadać tu pytania o ową ponadzmysłową postawę oraz ów ponadzmysłowy świat idei – i o to, jakich tychże konkretnie, tyczy się cytowana powyżej wypowiedź Heideggera? Albowiem, czyż nie jest prawdą, iż w filozofii Nietzschego, ów ponadzmysłowy Bóg podług niej, wcale a wcale nie musiałby umierać z racji tego, że już jest martwy? A zaś każda moc „pobudzająca i budująca siłę” podług tejże filozofii, musi być ze swej natury mocą zmysłową – n’est-ce pas?

Nieuchronność śmierci owego starego Boga – despoty, rozumianego jako swoista homogeniczna moc, która rozpościera się nad całą ludzkością, a którą każda jednostka z tej ludzkości doznaje czy doświadcza, jako swoisty nieubłagany, niechybny przymus, zdaje się być dla filozofa ewidentna, co potwierdzają chociażby cytowane już tu uprzednio słowa, które włożył on w usta Szalonego Człowieka – który mówi, przypomnijmy, tak:

[…] Jakież uroczystości pokutne, jakież igrzyska święte będziem musieli wynaleźć ? Nie jestże wielkość tego czynu za wielka dla nas? Czyż nie musimy sami stać się bogami, by tylko zdawać się jego godnymi? Nie było nigdy większego czynu — i ktokolwiek tylko po nas się urodzi, gwoli czynowi temu należeć będzie do historyi wyższej, niż wszelka dotąd była historya!« […]

Albowiem, tylko dzięki jego śmierci stało się możliwe dla człowieczeństwa, przejście do nowego etapu: od etapu człowieka do etapu nadczłowieka. A więc tym samym przejście od etapu istoty, która jest bezwzględnie podległa owej homogenicznej, zewnętrznej mocy, do etapu istoty, która staje się integralną jednią swej własnej, bezwzględnej mocy.

W śmierci Boga jednakże, jest też zawarty element pewnego tragizmu, a konkretnie tragizm tejże śmierci tkwi w tym, iż umarł on niejako z litości, a także w tym, że po swej śmierci nadal jedynie jako „martwy fetysz” pozostaje wciąż, wegetując w tym ludzkim świecie – a tym samym owe słynne słowa Jezusa, które miał wypowiedzieć na krzyżu: „Consummatum est!”, zyskują zupełnie nowe znaczenie i sens – oto bowiem dokonało się, umarł Bóg i odtąd jest, lecz jest martwy!

Albowiem Jezus, nawet poprzez swe ukrzyżowanie i męczeńską śmierć, nie zdołał tego świata odrzeć z obecności owego martwego Boga. A nawet wręcz całkiem odmiennie, bo czyż wszakże to nie dzięki jego działalności właśnie, człowiek poczuł odczuwać tę obecność o wiele bardziej dotkliwie? I na tej płaszczyźnie te dwa tysiące lat ewolucji, jaką przeszła kultura europejska, zdawać się może właśnie rojeniami owego „szalonego człowieka” – i niczym w słynnym monologu Zygmunta z dramatu Pedro Calderone de la Barca pt. Życie jest snem:

[…] Czym jest życie

Snem szaleńca

Aktem umysłu

Czym jest życie

Cieniem […][33].

I tak oto dochodzi do sytuacji, w której dualistyczna forma istnienia Boga, nie rzadko staje się owym crux interpretum dla niejednego z interpretatorów filozofii Nietzschego. A to, z racji skrajności przeciwstawnych rodzajów bytu, z których zbudowana jest owa dualistyczna forma istnienia. Oto bowiem Bóg umiera, stając się czymś, co śmiało nazwać by można, oksymoronem. Bóg bowiem, z jednej strony wciąż jest, istnieje nadal, a zarazem jednocześnie jest on martwy, pozostaje martwą formą istnienia; jest martwy, lecz mimo to wciąż obecny. A powszechną akceptację takiej właśnie formy istnienia, udaje się podtrzymać jedynie sztucznie – tak jak funkcje życiowe po śmierci mózgu można podtrzymywać za pomocą respiratora, mimo że mózg pacjenta już dawno jest martwy.

Tym nie mniej, ów dualizm tkwi również w samej śmierci Boga i tym, że jest on martwy w jej skutek. Albowiem, śmierć zwykle oznacza pewien kres istnienia czegoś. A stąd wynika wniosek, iż skoro Bóg umarł i jest martwy, to jest to także równoznaczne z końcem jego istnienia, a więc tym, że go zarazem już nie ma, z innej strony patrząc. Albowiem, umarł On, a wraz z jego śmiercią umarły jego prawa, których przestrzeganie utraciło cały sens, ponieważ przestało przynosić jakiekolwiek realnie wymierne efekty, czy skutki.

Tak oto, zbliżając się wreszcie ad finem tego wywodu, docieramy do miejsca, w którym tytuł, jakim opatrzony jest ów tekst przez autorkę, oraz jego cały sens i znaczenie, zyskują pełne uzasadnienie i wyjaśnienie, a jego celowość, jak i trafność stają się wreszcie w pełni klarowne dla Czytelnika.

A mianowicie, wszelkie kwestie czy wątpliwości związane z tytułem, którym opatrzyłam swój artykuł, klaruje całkowicie już w pełni fakt, iż owa śmierć Boga pozornie zdawać by się mogła nową, otwartą furtką, którą człowiek miał oto wkroczyć w wyższą fazę swego rozwoju – właśnie ową „drogą ku boskości” dla nadczłowieka, o której mowa w tytule tej pracy. Przy czym jednocześnie, ta nowa furtka czy droga ku boskości, pozostaje zarazem zamknięta tym samym – zatarasował ją bowiem, ów trup martwego Boga, który choć martwy, to wciąż jest obecny, a o którego to w moim tytule, potyka się ów nadczłowiek na swej drodze ku boskości.

ewolucja_od_czlowieka_do_nadczlowieka

„Conceptus est homo” („Wulgata”, „Księga Hioba 3, 3”)

 

W tytule tejże pracy ów nadczłowiek, potknąwszy się o trupa martwego Boga, następnie wpada zaś „[…] do beczki po uszy w nihilizm”. Ten fragment mego tytułu najlepiej klaruje i uzasadnia z kolei pewien wniosek, jaki tu można by wysnuć z powyższych stwierdzeń. A mianowicie, można by więc, tu sformułować konkluzję, iż następstwem owej śmierci Boga był właśnie nihilizm, w którym to pogrążył się nie tylko sam człowiek, jego cały świat, ale też ogólnie wszystko, codroga_ku_boskosci_1 po tejże śmierci miało miejsce, aż do czasów współczesnych. A to z racji, iż wszystko to, co wydarzyło się od tego newralgicznego momentu śmierci Boga, aż po dzień dzisiejszy, nie stanowi nic jakkolwiek konkretnego, a w zasadzie raczej, to wszystko co było i co wydarza się nadal, stanowi po prostu to NIC – ergo jest niczym, bytem do  cna nihilistycznym, lub właśnie – pogrążonym po uszy w nihilizmie, jak to ujęłam w nihilista_pasta_nicpowyższym tytule. A podług samego Nietzschego, to „NIC” rozszerza się wciąż nieustannie, zaś owo niejako Fatum człowieka, który w nim żyje, stanowić ma nic innego, jak właśnie ów nihilizm. Nihilizm, w który to człowiek wpadł, i w którym ugrzązł w skutek śmierci Boga – gdy oto na drodze ku boskości, potknął się o jego trupa – a który to tym samym, zniweczył wszelkie wysiłki ludzi, na swej drodze ku boskości czynione – odtąd stała się ona bowiem ledwie ślepą uliczką czy zaułkiem, z którego wyjazd zablokowany został przez nihilizm, po tym, jak człowieka zapędziła weń śmierć Boga i martwota jego trupa, który nadal wciąż jest obecny…

I ta, nieco przygnębiająca być może, refleksja będzie tu pełnić rolę finałowej sceny w ostatnim akcie, która prowadzi zawsze nieutylko_nihilizm_nadczlowiekchronnie ad finem­ ­– wieńcząc koniec całych powyższych rozważań, tutaj przeze mnie poczynionych. A całą ich treść uprzednio tu zawartą, pozostawiam Czytelnikowi – jak to się mówi po łacinie – ad deliberandum, licząc na jego przychylną reakcję, a być może również i opinie, na temat owocu mej pracy i wysiłków, jakie tu poczyniłam.

Tak oto, kończę więc w tym miejscu już definitywnie swe roztrząsania, stawiając tu oto, tęprzysłowiową ostatnią kropkę.

 

Anna Gabriella „Lilith” Gajda ®

Nihilistyczny Sosnowiec, 10 listopad 2015 roku.

gott_ist_tot_F_Nietzsche

Portrety ku pamięci genialnego filozofa i mistrza myśli filozoficznej ku czci ogromu jego dokonań i osiągnięć…. „Caecum et terra transibunt, verba autem mea non praeteribunt” („Wulgata, Ewangelia św. Mateusza”)

nietzsche_portret

 

Anna Gabriella „Lilith” Gajda ®

Nihilistyczny Sosnowiec, 10 listopad 2015 roku.

Przypisy:

[1] Fryderyk Nietzsche, Wiedza radosna, tłum. L. Staff, Nietzsche Seminarium, Łódź – Warszawa 2010, s. 167 – 169.

[2] Mirosław Żelazny, Nietzsche: śmierć Boga, Racjonalista.pl.

[3] David Lang, Doświadczenie schizofreniczne, „Literatura na świecie” 1976 nr 11, s. 263.

[4] M. Żelazny, op cit.

[5]Ibidem.

[6] F. Nietzsche, Antychryst, Warszawa 1905, s. 364.

[7] M. Żelazny, op. cit.

[8] F. Nietzsche, Antychryst, tłum. L. Staff, Nietzsche Seminarium, Łódź – Wrocław 2009 – 2010, s. 20 – 21.

[9] F. Nietzsche, Tako rzecze Zaratustra, Warszawa 1905, s. 364 – 365.

[10] Ibidem, s. 365.

[11] M. Żelazny, op. cit.

[12] F. Nietzsche, Antychryst, tłum. L. Staff, Nietzsche Seminarium, Łódź – Wrocław 2009 – 2010, s. 35.

[13] F. Nietzsche, Tako rzecze Zaratustra, Warszawa 1905, s. 364 – 365.

[14] Ibidem, s. 81.

[15] F. Nietzsche, Zmierzch bożyszcz, tłum. S. Wyrzykowski, Nietzsche Seminarium, Łódź – Wrocław 2009 – 2010, s. 121.

[16] M. Żelazny, op. cit.

[17] F. Nietzsche, Antychryst, tłum. L. Staff, Nietzsche Seminarium, Łódź – Wrocław 2009 – 2010, s. 77.

[18] Ibidem.

[19] F. Nietzsche, Antychryst, tłum. L. Staff, Nietzsche Seminarium, Łódź – Wrocław 2009 – 2010, s. 54 – 55.

[20] Ibidem, s. 55.

[21] Idem, Aus dem Nachless der Achtzigerjahre. Werke, Bd. III, München 1956, s. 654.

[22] Idem, Antychryst, s. 49.

[23] Ibidem, s. 48.

[24] Ibidem, s. 52.

[25] Idem, Aus dem Nachless der Achtzigerjahre. Werke, Bd. III, München 1956, s. 1350.

[26] M. Żelazny, op. cit.

[27] K. Jaspers, Nietzsche und Christentum, München 1952, s. 24, [w:] M. Żelazny, op. cit.

[28] F. Nietzsche, Antychryst, tłum. L. Staff, Nietzsche Seminarium, Łódź – Wrocław 2009 – 2010, s. 61.

[29] Idem, Nietzsche contra Wagner, Werke, Bd. II, s. 1051 – 1052.

[30] K. Jaspers, Nietzsche und das Christentum, München 1952, s. 16

[31] F. Nietzsche, Poza dobrem i złem, tłum. S. Wyrzykowski, Wyd. Nietzsche Seminarium, Łódź – Wrocław 2010, s. 77 – 78.

[32] M. Heidegger, Holzwege, Frankfurt am Mein 1972, s. 200. [w:] M. Żelazny, op. cit..

[33] Calderon Pedro de la Barca: Dramaty. Posłowiem opatrzył Zygmunt Czerny. Kraków 1975 (tu: Życie jest snem. Imitował Jarosław Marek Rymkiewicz), s. 545.