Wpisy

Wpisy Racjonalnie

maxresdefault

I rzekł Poncjusz Piłat: „Ecce Homo” – czyli o różnicach między Homo Sapiens a Homo Artifex et Creator.

maxresdefault

Anna Gabriella Lilith Gajda

MOTTO:

„ARS LONGA, VITA BREVIS”

Hipocrates.

I. PROLOG .

W słynnym stwierdzeniu Poncjusza Piłata „Ecce homo”, przytoczonym w tytule tego tekstu, dopatrywać się można by śmiało nawet nieskończenie więcej znaczenia i sensu, aniżeli to owe słowa faktycznie w sobie kryją podług interpretacji biblijnej stricte. A to zaś z tej racji, iż słowa te można by włożyć w usta zupełnie innego przedstawiciela gatunku człowiekowatych, który wypowiadając je w zupełnie innym czasie, sytuacji i okolicznościach, nadał by im elementarnie kardynalne znaczenie dla całej historii ludzkości.

A mianowicie zaś słowa te miał by wyrzec pierwszy z ludzi, z gatunku Homo, jakiego stopa stanęła oto po raz pierwszy na tej planecie i który oto, jako pierwszy z gatunku człowiekowatych, oto po raz pierwszy dokonywał aneksji tejże planety, czyniąc ją całą wraz ze wszystkim co na niej żyje oraz istnieje, sobie odtąd podległą, a którego potomkowie mieli stać się odtąd jej najwyższym, jedynym Panem i Władcą – a czyniąc to rzec winien właśnie: „Ecce Homo!” –A oto Człowiek! – poznaj oto swego Pana Ziemio i odtąd to jemu bądź absolutnie poszłuszną!

I tymi słowami właśnie wówczas to dokonałby zapoczątkowania epoki panowania człowieka nad ziemią, zapoczątkowania całej doczesnej historii ludzkości, jako historii rasy i gatunku najwyższego i najbardziej rozwiniętego, jaki dotychczas kiedykolwiek istniał na Ziemi i który zdołał wspiąć się najwyżej po drabinie darwinowskiej Ewolucji.

A wówczas to również wraz z nastaniem Ery panowania Człowieka i początkiem całej historii ludzkości, narodziła się także wraz z pierwszym Człowiekiem jego nierozłączna towarzyszka Sztuka, a której początki ówczesne możemy do dziś podziwiać chociażby w postaci prastarych malowideł na ścianach jaskiń, dzieł naszych praszczurów, z których wiele przetrwało aż po dzień dzisiejszy, podług reguły o ponadczasowości Sztuki.

Zapewne każdy z drogich Czytelników dostrzegł tę elementarnie kardynalną różnicę znaczeń i sensu owej słynnej frazy, po wyjęciu jej z ust Poncjusza Piłata, a włożeniu w usta pierwszego Człowieka, który rzec je miał w pierwszej chwili swego istnienia, a też istnienia całego rodzaju człowiekowatych (Hominidae) na tej planecie…

Współcześnie żyjącym gatunkiem z rodzaju człowiekowatych jest jedynie gatunek zwany Homo Sapiens (czyli tzw. Człowiek Rozumny), który to występuje obecnie na wszystkich kontynentach. Podług teorii Leakeyów, gatunek ów miał wyewoluować mniej więcej około 190 tysięcy lat temu z uprzedniego gatunku, jakim był Homo Erectus (Człowiek wyprostowany).

5798_nowoczesny-artysta

Czymże jednak byłby Człowiek bez swej odwiecznej, nieodzownej towarzyszki Sztuki, która przecież zresztą była jednym z najistotniejszych, esencjonalnych czynników kulturotwórczych, które wpływały na rozwój i kształt ludzkiej kultury w przeciągu całej historii ludzkości, a więc tym samym także na jej współczesny kształt, jaki przybrała obecnie.

A zatem, zgodnie z regułą obowiązującą dla stylu naukowego wszelkich rozważań czy dysput, należałoby tutaj najsampierw dopełnić wszelkich kwestii definicyjnych, przytaczając pokrótce ogólne definicje najbardziej elementarnych pojęć, które stanowią meritum poniższych roztrząsań.

Jak implikują uprzednio tu poczynione rozważania, do pojęć elementarnych, które stanowią meritum tychże roztrząsań, z pewnością zaliczyć należy pojęcie Człowiek, a nieco bardziej konkretnie pojęcie Homo Sapiens, czyli Człowiek Rozumny, jako gatunek człowieka najbardziej współczesny.

I tak przykładowo, Encyklopedia PWN podaje następującą definicję pojęcia Człowiek (tzn. homo sapiens):

[…] człowiek, Homo sapiens, istota żywa wyróżniająca się wśród innych najwyższym rozwojem psychiki i życia społecznego, jedyna posiadająca kulturę i zdolna do jej tworzenia, pod względem biologicznym gatunek człowiekowatych (Homo sapiens) żyjący od schyłku plejstocenu; […]

A dalej doprecyzuje tę definicję następująco:

[…] Różnice anatomiczne dzielące człowieka od reszty naczelnych dotyczą głównie budowy aparatu ruchu i wielkości mózgu. Szczególnie jaskrawy jest kontrast między człowiekiem a innymi naczelnymi w sferze zachowań i trybu życia; zasadnicze osobliwości człowieka jako gatunku są następujące: 1) systematyczne, na dużą skalę rozwinięte posługiwanie się narzędziami i wytwarzanie narzędzi, praktykowane wprawdzie przez niektóre małpy, zwłaszcza szympansy, ale bez porównania w niższym stopniu; 2) posługiwanie się mową, systemem sygnalizacji głosowej, nie mającej żadnych odpowiedników w świecie zwierzęcym; 3) tworzenie kultury przez człowieka. Do najbardziej istotnych cech ludzkich różniących zasadniczo człowieka od zwierząt i stanowiących niejako istotę człowieczeństwa należą: zdolność do abstrakcyjnego myślenia i związana z nim zdolność do analizy i syntezy, zdolność do rekapitulacji (pamięć), do świadomego decydowania o swoim postępowaniu (wola) i do wyższych uczuć. Cechy te, kształtujące się w społecznym współdziałaniu ludzi, stanowią zespół charakterystyczny dla psychiki ludzkiej; rozwinęły się one w ciągu historycznego procesu tworzenia przez człowieka tej rzeczywistości, którą w przeciwieństwie do przyrody nie przetworzonej (tj. takiej, jaką człowiek zastał) nazywa się kulturą. Tworzenie kultury, form świadomości społecznej i sfery zachowań społecznych z nią związanych decyduje o ludzkim poczuciu głębokiej odrębności i wyjątkowości w stosunku do całego świata organicznego; w niej się przejawia nadzwyczaj wysoka sprawność ludzkiego mózgu i psychiki. Zgodnie z założeniami antropogenezy wszystkie bez wyjątku osobliwości ludzkiego ciała i psychiki wytworzyły się u przodków człowieka stopniowo, w wyniku działania tych samych mechanizmów ewolucyjnych, które sterowały ewolucją innych gatunków biologicznych; człowiekowate stanowiły wyodrębnioną linię ewolucyjną już co najmniej od 3,7 mln lat (australopiteki), jednak swą ogromną przewagę w przyrodzie zdobył człowiek (człowiek kopalny) dopiero w czasach poneolitycznych, tj. w ciągu kilku ostatnich tysiącleci; jeszcze u schyłku paleolitu, 15–20 tysięcy lat temu, był to gatunek stosunkowo nieliczny, o średniej gęstości występowania (na obszarach zamieszkanych) rzędu 1 osobnik na km2, koczujący w małych, kilkudziesięcioosobowych grupach zbieracko-łowieckich, dysponujący ubogim zestawem prymitywnych narzędzi z kamienia, drewna, kości i rogu, stosunkowo słabą techniką eksploatacji zasobów pokarmowych środowiska. Punktem zwrotnym było zapoczątkowanie (ok. 8–10 tysięcy lat temu) przez niektóre populacje ludzkie rolnictwa (neolit); umożliwiło ono szybki wzrost liczby ludzi na Ziemi i wywołało radykalną zmianę całej sytuacji gatunku (przejście do osiadłego trybu życia, wyzyskiwanie pozaludzkich źródeł energii, powstanie społecznego podziału pracy, rozwój kultury). Szczególnie doniosłą rolę w procesie rozwoju człowieka miała praca ludzka, dzięki niej człowiek mógł nie tylko wykorzystywać otaczającą go przyrodę, ale i przekształcać ją stosownie do własnych potrzeb. W miarę doskonalenia się narzędzi praca stawała się coraz bardziej wydajna, a zarazem skomplikowana i zróżnicowana. Jednocześnie różnicowały się i same narzędzia, co doprowadziło z czasem do wytworzenia się specjalizacji pracy i zróżnicowania funkcji społecznych poszczególnych jednostek. Rozwój pracy, przy jednoczesnym rozwoju mowy, stawał się głównym czynnikiem rozwoju społecznych form istnienia ludzi. Życie ludzi zyskało specyficzną obudowę kulturową w postaci społecznie usankcjonowanych obyczajów, norm, zaleceń, zakazów i hierarchii wartości; wytwory kulturowej działalności — nauka i technika, sztuka i normy moralne — stawały się wyrazem zwiększających się sił produkcyjnych i rozwijających się stosunków społecznych, a zarazem czynnikiem ich dalszych przemian. Proces kulturotwórczy był jednocześnie procesem stopniowego przekształcania natury człowieka pod wpływem jego własnych dzieł; był on główną siłą napędową powstawania ludzkiej, bogatej psychiki. Dobór naturalny działał w populacjach istot przedludzkich w kierunku faworyzowania osobników o wyższej wrodzonej inteligencji, oddziałując przez tysiące pokoleń, dał w wyniku stopniową, progresywną ewolucję mózgu ludzkiego, zwłaszcza tych jego części, które są siedliskiem wyższych czynności nerwowych. Doskonalenie psychiki z kolei ułatwiło dalszy postęp kulturowy. Skutkiem tych procesów człowiek stał się jedyną istotą, która kształtuje swoje własne środowisko życia przez pracę i społeczną działalność celową, istotą, która stawia sama sobie wymagania i zadania do spełnienia. To charakterystyczne dla filogenezy człowieka zespolenie czynników biologicznych i społecznych, ściśle ze sobą sprzężonych i warunkujących się wzajemnie, powtarza się również w rozwoju osobniczym. Człowiek jest w przyrodzie jedyną istotą, której do prawidłowego rozwoju psychicznego jest niezbędne wychowanie w społeczeństwie. Jak tego dowodzą nieliczne znane przykłady ludzi wychowanych od wczesnego dzieciństwa poza społeczeństwem, człowiek o zupełnie prawidłowej budowie anatomicznej, ale pozbawiony takich kontaktów, nie wykształca w swym zachowaniu żadnych cech swoiście ludzkich (rozwój społeczny, antropologia społeczna, społeczeństwo, cywilizacja). Ogromny postęp cywilizacji naukowo-technicznej sprawił, że sytuacja człowieka w 2. połowie XX w. i na początku XXI w. została pomimo zewnętrznych znamion sukcesu — obarczona wieloma zagrożeniami, np. zastosowanie technik masowej zagłady, postępujące na wielką skalę niszczenie środowiska naturalnego […][1].

Z tej całej, nieco przydługawej definicji, należy wysupłać kilka kwestii elementarnych dla naszych tu rozważań. A zatem primo, istotna jest tu dla nas trzecia z wymienionych „osobliwości” człowieka jako gatunku, czyli tworzenie kultury przez człowieka. Następnie secundo – wymienione tu najbardziej istotne cechy ludzkie różniące zasadniczo człowieka od zwierząt i stanowiących niejako istotę człowieczeństwa – a więc: zdolność do abstrakcyjnego myślenia i związana z nim zdolność do analizy i syntezy, zdolność do rekapitulacji (pamięć), do świadomego decydowania o swoim postępowaniu (wola) i do wyższych uczuć. Tertio­ – istotny jest dla nas również fakt, iż życie ludzkie zyskało specyficzną obudowę kulturową, a co za tym idzie wzbogacane było o wytwory działalności kulturowej człowieka, takie jak nauka i technika, normy moralne i – w szczególności – właśnie sztuka, która jest kolejnym esencjonalnym pojęciem stanowiącym tu meritum, a którego definicją zajmiemy się nieco później. Wytwory owe z czasem zaś zyskiwały formę wyrazu wzrastających sił produkcyjnych, jak i podlegających rozwojowi stosunków społecznych, a zarazem czynnika, który wpływał na ich dalsze przemiany. I wreszcie quattro – istotny dla nas tu jest fakt, iż ów cały proces kulturoznawczy symultanicznie stanowił także pewien niejako proces gradualnej ewolucji i modyfikacji natury człowieka, jakie to dokonywały się pod wpływem owych jego własnych „dzieł” czy wytworów; a przy czym zarazem proces ów stanowił bez wątpienia także główną siłę napędową procesu formowania się ludzkiej, niezwykle bogatej i wysublimowanej psychiki.

I to by było na tyle względem pojęcia Homo Sapiens.

Pora zatem przejść do kolejnego pojęcia, wspomnianego już tu uprzednio, a jakie stanowi zaś termin sztuka.

Poczynając od definicji terminu sztuka podług Słownika Języka Polskiego red. Szymczaka, otrzymujemy następujące definicje:

[…] sztuka:

  1. «dziedzina działalności artystycznej wyróżniana ze względu na reprezentowane przez nią wartości estetyczne; też: wytwór lub wytwory takiej działalności»
  2. «umiejętność wymagająca talentu, zręczności lub specjalnych kwalifikacji»
  3. «czyn dokonany dzięki takiej umiejętności»
  4. «utwór dramatyczny przeznaczony do wystawiania na scenie»
  5. «przedstawienie skonstruowane na podstawie takiego utworu» […][2].

Z kolei nieco prościej definiuje ów termin Doroszewski, jako:

[…] sztuka ż III: 1. <twórczość artystyczna obejmująca dzieła z zakresu malarstwa, muzyki, literatury, architektury, rzeźby, odpowiadające wymaganiom estetyki, odznaczające się pięknem, harmonią> […][3].

A zatem dokonaliśmy już zdefiniowania pojęcia sztuka, z którym to z kolei związana jest druga część tytułu, jakim opatrzony jest ów artykuł, a mianowicie konkretnie część dotycząca różnic między Homo Sapiens a owym Homo artifex et creator, a który to stanowi właśnie najistotniejszą dla nas frazę. Albowiem owo użyte w tytule pojęcie Homo artifex et creator oznacza po łacinie tyle, co właśnie ‘człowiek artysta i twórca’, a którego tu pozwoliłam sobie tutaj zestawić z gatunkiem głównym człowieka współczesnego Homo Sapiens, jako pewien inny gatunek czy raczej podgatunek człowieka, celem porównania ich obu jako odrębnych i wyłuskania prymarnych między nimi różnic. A zatem warto było by teraz odpowiedzieć Czytelnikowi na dręczące go pytanie – czyli: „Co ma piernik do wiatraka?”

Naturalnie rozchodzi się tu o ów stosunek pojęcia sztuka z pojęciem ’człowieka artysty i twórcy”, a który to jak mniemam dla większości z Czytelników (a być może nawet i wszystkich) jest kwestią absolutnie oczywistą, tym niemniej pozwolę sobie i tak tę oczywistość tutaj nieco przybliżyć – gwoli dopełnienia wszelkich kwestii formalnych najsampierw przed przystąpieniem „Do rzeczy”.

A zatem, a co poniekąd ewidentnie wynika także chociażby z obu uprzednio tu przytoczonych definicji, sztukę jako dziedziną bądź twórczość artystyczną uprawia nie kto inny, jak właśnie ów nasz tytułowy ‘człowiek artysta’ – a więc także i ‘twórca’, co zrozumiałe samo przez się. A zatem nasz odrębny gatunek czy podgatunek, drugi prócz głównego, najbardziej powszechnego gatunku człowiekowatych żyjący współcześnie, a zatem ów Homo artefix et creator – ‘człowiek artysta i twórca’ – to nikt inny jak człowiek parający się Sztuką, człowiek uprawiający Sztuką, bądź to – tworzący tę Sztukę…. Człowiek, którego profesję stanowi Sztuka, czyli twórczość artystyczna z danej dziedziny… Ale nie tylko…

Co więcej, ów człowiek artysta i twórca, to człowiek, dla którego Sztuka stanowi nie tylko profesję czy „fach”, lecz wręcz stanowi jego życie, które całe poświęcone jest Sztuce jedynie tylko i wyłącznie, którego cały sens i cel stanowi Sztuka, a to zaś z tej racji, iż podług mej własnej opinii, każdy artysta, staje przed chyba jednym z najtrudniejszych wyborów i decyzji w życiu człowieka, którego dokonać musi najsampierw jeśli chce zostać artystą i tworzyć Sztukę. A mianowicie jest to wybór pomiędzy takim zwykłym, normalnym życiem, jemu właściwymi rodzajami szczęścia, celami, sensem, radościami i koleją losu, jakim to żyje każdy jeden zwykły Homo Sapiens zawsze normalnie, a życiem zgoła całkiem odmiennym, pozbawionym tychże rodzajów szczęść, celów, sensu, radości i kolei życia jak to normalne, życia ‘człowieka artysty i twórcy’, a które wymaga rezygnacji z tego zwykłego i normalnego, a poświęcenia całego swego życia miast tego tylko i wyłącznie Sztuce, która to odtąd w tym zgoła całkiem odmiennym życiu, ustanawiać będzie również zgoła całkiem odmienne w nim rodzaje szczęść, radości, cele i sens, a też i jego koleje, jakie zwykle są całkiem niepodobne do tych, jakimi toczy się zwykłe, normalne życie, zwykłego Homo Sapiens zazwyczaj…

12706_z-kim-musi-zmagac-sie-artysta

Sztuka ponadto jest także nierozerwalna z pojęciem naszego człowieka Artysty i Twórcy, z racji tego, iż bez niego nie może istnieć, to on jest sprawcą jej istnienia, jako jej autor i stwórca, którego czyn i twórczość konstytuują istnienie Sztuki, jako ich dzieła i wytworu, gdyż póki Artysta nie stworzy Sztuki czy nie powoła do życia danego dzieła, jako wytworu Sztuki, póty ona nie będzie istnieć i jej istnienie pozostanie niemożliwością. To Artysta niczym istny Bóg Wszechmocny, swój najsampierw w myśli powzięty zamysł, ideę czy koncept, tworzy powołując do życia, nadając formę realnego istnienia bytowi stworzonemu w swej wyobraźni i niczym ów Bóg – Stwórca kreuje on swe dzieła, tworząc nowe, nieznane światy i zaludniając je istnieniami na swój wzór stworzonymi…. A dnia siódmego podobnie jak to i Pan Bóg miał ponoć czynić – odpoczywa, patrząc na to, co stworzył i tak samo widzi, że jest to Dobre…

I to tyle w tym względzie ujęte trochę w formie aluzji, naśladującej patetyczny styl biblijnej alegorii…

I tym samym dobrnęliśmy w końcu do ostatniego już z esencjonalnych pojęć, jakie stanowić będą meritum poniższych roztrząsań, a mianowicie do pojęcia artysta.

Najogólniej pojęcie artysta można by ująć skrótowo w definicję słownikową, jako: <twórca lub odtwórca dzieła sztuki, osoba uprawiająca jakąś dziedzinę sztuki bądź to zajmująca się sztuką, tworząca ją>. I to tak najogólniej mówiąc.

Niezwykle interesującą i także nieco szerszą definicję pojęcia artysta podaje z kolei Marian Golka, a mianowicie w której to stwierdza on, iż:

[…] artystą jest człowiek zajmujący się działalnością twórczą o indywidualnym charakterze, znamionującą biegłość, a przy tym wykazującą zaangażowanie talentu, wyobraźni i innych cech osobowości, która to działalność pełni swoistą funkcję społeczną, zaakceptowaną przez zbiorowość w wyniku zapotrzebowania na określone wartości, które artysta może oferować […][4].

A która to definicja myślę, iż stanowi komplementarne dopełnienie wstępnej definicji omawianego tu pojęcia artysta, pozwalając na tym samym zakończyć tutaj część dotyczącą kwestii definicyjnych i przejść powoli do meritum, czyli tego, co najlepsze…. 😉

II.ELEMENTARNE RÓŻNICE CZYLI CREDO OKREŚLAJĄCE BYT ZWANY ARTYSTĄ.

Artysta jest Twórcą w odróżnieniu od rzemieślnika, który to jest już jedynie odtwórcą. Zasadnicza zaś między nimi różnica tkwi w fakcie, iż artysta swe dzieła czyli wytwory działalności twórczej, tworzy w sposób indywidualny, bazując jedynie na własnej, niepowtarzalnej koncepcji, idei czy to zamyśle, a którym to tym sposobem nadaje swoistą, indywidualną i unikatowo niepowtarzalną specyfikę bądź to charakter. Rzemieślnik wytwory swej pracy zaś wytwarza jedynie jako efekt pracy wyłącznie odtwórczej, a co czyni go bliższym maszynie wytwarzającej dane wyroby rzemieślnicze, aniżeli indywidualnej jednostce tworzącej w akcie artystycznej kreacji… Cóż, taka oto smutna prawda bowiem, która zarazem konstytuuje pierwszą z naszych elementarnych różnic między zwykłym Homo Sapiens a Homo Artefix et Creator!

I analogicznie sytuacja wygląda względem odmienności obu tych żyć, jakie te dwa gatunki człowieka wiodą oraz ich specyfiki. A więc życie Artysty bazuje głównie na aktywnościach i czynach twórczych, gdy zaś życie zwykłego Homo Sapiens z kolei w większym stopniu bazuje na czynnościach odtwórczych, deprecjonując przy tym znaczenie i wartość czynności stricte twórczych i kreatywnej, indywidualnej twórczości jednostki oraz jej unikatowo niepowtarzalnego charakteru. W świecie Homo Sapiens większą wartość ma wytwarzanie i produkowanie, towary powstałe w wyniku produkcji, odtwórczo wytwarzane dobra materialne, jakie to dla człowieka rozumnego są najbardziej przydatne, potrzebne czy wręcz niezbędne do życia i egzystencji, i jakie to posiadają największą wartość, a zaś Sztuka i dzieła sztuki, jako jej wytwory spadają na dalszy plan, stanowiąc mniej istotny element życia – fanaberię bogatych kolekcjonerów sztuki, rzadkie urozmaicenie szarej codzienności, odrobinkę estetycznej przyjemności czy rozrywkę sporadycznie i rzadko umilającą człowiekowi prozę życia szarego zjadacza chleba. Ot i tyle…

1350995893_by_Kozzi19_600

Podobnie twórczość i kreatywne czynności twórcze blakną i tracą na znaczeniu w obliczu odtwórczego wytwarzania towarów i dóbr doczesnych niezbędnych do życia zwykłemu człowiekowi. Tak oto szara proza doczesnego życia codziennego deprecjonuje wysokie idee i uczucia zaklęte w indywidualnie unikatowym pięknie niepowtarzalnych dzieł Sztuki i akcie twórczej kreacji, w jakim są one tworzone przez Artystów.

Niestety w obliczu szarych, przyziemnych, pragmatycznych i niskich realiów zwykłej ludzkiej doczesności, definiowanej przez chociażby ludzką fizyczność i płynące z niej potrzeby konieczne czy prozaiczne wymogi życia codziennego, w starciu Twórca versus Odtwórca, to ów pierwszy,  czyli Artysta przegrywa z kretesem. I chyba właśnie dlatego też statystycznie rzecz biorąc, to artyści stanowią w populacji ludzkiej zdecydowaną mniejszość niejako niszową względem większości masy odtwórców czyli rzemieślników i zwykłych wyrobników. I też chyba dlatego między innymi nie każdy może Artystą być i zostać, nie każdy też wyposażony jest w niezbędne do tworzenia sztuki atrybuty, umiejętności, cechy a wreszcie – talenty i uzdolnienia, bez których Artysta nigdy Artystą być nie będzie, a jedynie co najwyżej umiejętnym i zmyślnym rzemieślnikiem, a dzieła jego nigdy być nie będą dziełami sztuki lecz co najwyżej wytworami odtwórczej pracy ich sprytnych rąk – albowiem Sztuka posiada niezwykle wysoki i wyszukane wymagania wobec swych adeptów, czyli tych którym nadaje przywilej jej tworzenia…

I tu dochodzimy do kolejnej z tychże elementarnych różnic między oboma omawianymi tu „gatunkami” człowieka. Mianowicie różnicę tę stanowi pokrótce ogólnie mówiąc fakt, iż dobrym czy umiejętnym rzemieślnikiem, a nawet mistrzem w swym fachu czy wirtuozem, zostać może praktycznie każdy człowiek, przeciętnie uzdolniony bądź inteligentny, po odebraniu odpowiedniej edukacji w swym fachu oraz nabrawszy odpowiedniego doświadczenia praktycznego, a tym samym również biegłości w swym rzemiośle. Natomiast artystą z kolei każdy normalny, przeciętny człowiek z kolei być już nie może.

A to zaś z racji, iż fach artysty, paranie się twórczością artystyczną bądź to tworzenie i zajmowanie się Sztuką, ze względu na całokształt swej specyfiki i natury, wymaga niestety o wiele więcej ponad  tę przeciętną, wymaga pewnej wybitności niejako, otwierając swe podwoje jedynie dla wąskiego grona tych niejako „uprzywilejowanych”, których to Natura w pewnych względach znacznie bardziej hojnie obdarzyła aniżeli większość ludzi, i którzy przez to odznaczają się pewnymi wybitnymi zdolnościami, umiejętnościami, uzdolnieniami, talentami czy potęgą wyobraźni. Sztuka jako chyba jedyna spośród wszystkich fachów jest fachem aż tak elitarnym, a też i wymagającym, który przeznaczony jest tylko dla elitarnego wąskiego grona owych poetycko tak zwanych „wybrańców bogów”, którym niestety prócz wszelkich bezcennych darów owi „bogowie” obdarzyli również cholernie ciężkim, niewdzięcznym i pełnym cierpienia losem zwykle najczęściej, a czego potwierdzenie znaleźć można w niezliczonych biografiach wielu wybitnych artystów z całej dotychczasowej historii ludzkości. Artysta bowiem nie tylko zostaje przez Naturę niezwykle hojnie obdarowany, nie tylko jest jej wybrańcem niejako, który otrzymuje bezcenny rzadki skarby czy raczej skarby, otrzymuje on również coś zgoła odmiennej wartości – otrzymuje niezwykle, wręcz nadludzko ogromny ciężar, który musi całe życie dźwigać, jeśli zdecyduje się być artystą i poświęcić swe życie Sztuce, rezygnując ze zwykłego, doczesnego szczęścia i radości; ciężar, z którym nierozerwalnie związany jest niepojęty ogrom cierpienia i bólu, w tym też cudzego wywołanego nieziemsko wielką zdolnością empatii – ów werterowski Weltschmerz niejako, a też nadludzko ogromny bagaż doświadczeń, jaki ów ciężar jeszcze nieskończenie bardziej potęguje.

talent

Artysta mimo pozornej beztroski, radości i szczęśliwości swego odmiennego losu i bytu, bajecznie imprezowego życia, jakim żyła chyba spora większość z wybitnych artystów, kryje za tą złudną lukrowaną, kolorową fasadą pozorów, faktycznie nieskończony ocean wielkiego ludzkiego nieszczęścia, cierpienia, bólu i krzywdy, bezmiar dramatów i tragedii ludzkich, ogrom trudu tej niespotykanie ciężkiej, trudnej, krętej i wyboistej drogi, na którą jeśli raz się wkroczy, już nie ma z niej absolutnie żadnego odwrotu – jak w tym porzekadle, wkraczając na tę drogę, jest ów „wóz albo przewóz” i reklamacji się tutaj potem nie uwzględnia!

A zatem Artysta to z jednej strony ów „wybraniec bogów”, członek niszowej elity, uprzywilejowana i bardzo hojnie obdarowana, niejako „ekskluzywna” mniejszość, jakiej dany jest ów przywilej i zaszczyt, aby móc parać się sztuką, a swym fachem uczynić twórczość artystyczną, tym samym stając się niejako jednostką wybitną, ponadprzeciętną i wybić się ponad zwykłą, prozaicznie szarą odtwórczość i jedynie wytwarzanie dóbr doczesnych, tworząc coś znacznie więcej aniżeli tylko te dobra doczesne, coś niemierzalnego żadną z fizycznych miar, wyższego i niemal boskiego, co wyraża pewne wysokie, wysublimowane niematerialne byty – pewną efemerycznie ulotną idee fix, niematerialny byt, istniejący jedynie gdzieś w meandrach umysłu i intelektu w formie nierealnych myśli czy wyobrażeń zrodzonych przez bujną, rozbuchaną wyobraźnię ekscentrycznie artystycznego indywiduum. A z drugiej zaś strony – największy męczennik i nieszczęśnik spośród ludzi, człowiek nieskończenie ciężko i boleśnie doświadczony przez perfidnie parszywy los, człowiek, którego życie wypełnia bezlik niewyobrażalnie wielkiego cierpienia, bólu i krzywdy, męczennik, na którego barkach spoczywa największy ciężar i bagaż doświadczeń, jaki to musi on przez calutkie swe nędzne życie dźwigać nieustannie, a który wciąż z każdym krokiem staje się bardziej ciężki…. I wreszcie człowiek, który skazany jest nie tylko na najbardziej niewdzięczny los, ale i ów kolokwialny „kawałek chleba”, albowiem często gęsto cały ów ogromny bezmiar jego ciężkiej pracy i jej wybitnych efektów w postaci stworzonych wielkich dzieł sztuki, cała jego mordęga i krwawica, cały ów gigantyczny wysiłek i trud jakie przez caluteńkie życie musi on nieustannie wkładać w swą twórczość i pracę, za jego doczesnego życia nie tylko nie bywa należycie doceniony czy nawet i dostrzeżony, ale co gorsza nie zostaje on należycie wynagrodzony, skazując często gęsto artystę na życie w biedzie czy wręcz nędzy, nie doczekawszy się za życia należnych mu profitów ze swej twórczości, a też wręcz nie dając mu nawet choć możliwości zarobienia na „chleb” tylko, a czego potwierdzenie również znaleźć można w rozlicznych biografiach wybitnych artystów z całej dotychczasowej historii ludzkości. Dodam tu tylko, iż rewelacyjnym na to przykładem może być chociażby Vincent Van Gogh i jego jakże nieludzko nędzny żywot, a który to za każdym razem jednakowo silnie prowokuje do łez z żalu nad tym biednym nieszczęśnikiem. Ale też i budzi ogromną złość, kategoryczną pogardę i sprzeciw względem tej niegodziwości, jaka to obecnie go nawet po śmierci spotyka, gdy po tejże śmierci już tak wiele wiele długich lat, teraz nagle doceniany jest jego wybitny geniusz i każde z jego dzieł kosztuje dobre miliony dolarów, a zysk z tego jemu żaden, jedynie dla tych pijawek – marszandów i znudzonych bogaczy, którzy na jego krzywdzie, nieszczęściu, niedoli, cierpieniach i bólu nieludzkich bezwstydnie żerują, czerpiąc niebotyczne korzyści, za nic mając Van Gogha i jego jakże tragiczny i straszny los nieludzki!

images (2)

Ów symultaniczny dualizm natury i żywota Artysty zdaje się być relacją czysto antagonistyczną, oksymoronem dwóch skrajnych przeciwieństw, paradoksem wykluczających się wzajemnie sprzeczności, a jednak zarazem tworząc pewną spójną, harmonijną jedność, łącząc ów przysłowiowy „ogień i lód” w komplementarną, jednolitą całość, złożoną z dwóch tak sprzecznych elementów, bez których jednakże obu naraz, owa całość traci swój cały sens, logikę, cel i wszelkie znaczenie, stając się niekompletną i bezużyteczną nicością…

 

I, jak mniemam, już na tym etapie, nie budzi już zapewne żadnych wątpliwości stwierdzenie, iż artysta jest z całą pewnością kimś wyjątkowym, kimś, kto wyróżnia się od innych. A w przekonaniu którym to postaram się dalej jeszcze bardziej Czytelnika utwierdzić.

III. RZECZ O ISTOCIE BYTU – CZYLI KIM JEST ARTYSTA?

Z uprzednio tu sformułowanych definicji oraz późniejszych roztrząsań tu poczynionych przeze mnie w zasadzie posiadamy już pewien ogólny zarys tego, kto to jest artysta. Jednakże mimo wszelkich zawartych tamże już informacji na temat pojęcia artysta, pozostaje pewien niedosyt i pewna wątpliwość w to, czy jednak wiemy faktycznie kim jest ów Artysta? I to esencjonalne, a też kardynalne pytanie postawiła Maria Gołaszewska w swym artykule pt. Kim jest artysta?[5]. I to właśnie refleksji nad tymże tekstem poświęcony będzie ten rozdział, w którym rozważania swe oprę na wspomnianej pracy Gołaszewskiej.

3.1. Artyzm i Etymologia.

Posiadamy już sformułowane tu uprzednio krótkie, ogólne definicje pojęcia artysta, i pewien ogólny zarys tego, kim artysta jest. Bazując na tychże definicjach można by podać jako cechę dystynktywną, która odróżnia artystę od innych ludzi (Zwykłych Homo Sapiens) właśnie artyzm, który podług definicji słownikowej zaś oznacza:

[…] 1. <zdolność, umiejętność tworzenia rzeczy pięknych (i doskonałych przyp. aut.), mistrzowskie wykonanie dzieła sztuki; mistrzostwo, biegłość, talent> […][6].

Uwidacznia się tu wyraźnie podobieństwo pojęcia artyzmu do pojęcia, jakim jest talent.

Idąc za przykładem Gołaszewskiej, pozwolę sobie tutaj podobnie, jak i ona we wspomnianym artykule, uzupełnić nieco omawiane pojęcie artysty, o kwestie etymologii tegoż pojęcia.

byc-artysta-oznacza-widziec-to

Poczynając od samego początku, słowo artysta (łac. Artifex) najsampierw w łacinie posiadało nieco inne znaczenie, a mianowicie oznaczało ono niejako adepta sztuki czyli człowieka, który dopiero pobiera edukację (tzn. uczy się) w dziedzinie sztuk pięknych. Zaś aż do wieku osiemnastego pojęcie artysta było raczej silniej przypisane dobremu rzemieślnikowi, by dopiero następnie stać się później określeniem twórcy dzieła sztuki miast jedynie odtwórcy jak uprzednio.

Przy czym warto tu podkreślić fakt, iż przez długi okres czasu rzemiosło i sztuki piękne nie były sobie przeciwstawiane. Tymczasem dopiero w wieku dziewiętnastym ustanowiło się utożsamienie osoby artysty z twórcą.

Aczkolwiek obecnie sytuacja ta uległa z upływem czasu zmianom a zakres pojęcia twórczość uległ bardzo znacznemu rozszerzeniu. I tak współcześnie twórczość odnosi się do bardzo szerokiego spektrum rozmaitych zjawisk. Poza twórczością stricte artystyczną wyróżnia się także chociażby np. twórcze rozwiązywanie problemów, którego istota opiera się na koncypowaniu rozwiązań nieszablonowych. Poza tym za twórczość uznaje się również dorobek naukowy. A co więcej, mianem twórcy określa się również osoby, które suponują jakieś innowacyjne wartości. Rozchodzi się tutaj zarówno o filozofów i przywódców religijnych, jak i polityków, wynalazców bądź to wszelkich innowatorów w rozmaitych dziedzinach życia.

A to zaś jest przyczyną tego, iż współczesna estetyka rzadko traktuje o takiej twórczości, jaka niegdyś to odnosiła się jedynie do pewnego wąskiego grona ludzi o nadzwyczajnych uzdolnieniach, którzy spożytkowywali swój talent w celu tworzenia rzeczy wzniosłych.

3.2. Estetyka a twórczość.

Co do estetyki warto tu nadmienić o pewnych związanych z nią kwestiach. Zacznijmy od określenia dziedziny jaką się ona zajmuje. A mianowicie dziedzinę tę stanowią zagadnienia, które są uwarunkowane tak zwaną sytuacją estetyczną. Zaś sytuacja estetyczna powiązana jest z pojęciami takimi, jak: twórca, dzieło sztuki, odbiorca a też wartość. Owa wartość natomiast przeobraża sytuację estetyczną w pewien byt spójny.

Funkcję estetyki stanowi diagnozowanie i zgłębianie relacji pomiędzy owymi czynnikami wymienionymi tu uprzednio. Względem tychże relacji można by ująć je w następujący niejako schemat, opisany poniżej.

Co prawda artysta, jako twórca wypracowuje swoistą specyficzną tylko dla niego metodę twórczości (tj. tworzenia). Jednakże mimo tego zróżnicowania indywidualnego każdy proces twórczy złożony jest z dwóch, elementarnych faz zawsze jednako. Pierwsza to tzw. faza przeżyciowa, zaś druga to faza realizacyjna.

I tak rezultat pierwsze fazy, czyli przeżyciowej, stanowi koncept oraz plan dzieła. Cel zaś, do którego dąży faza realizacyjna stanowi ucieleśnienie tejże wizji artystycznej powstałej w wyniku fazy pierwszej, a jej rezultat natomiast to dzieło (sztuki np.).

Tutaj uwidacznia się nierozerwalną więź aktu twórczego z indywidualnością i swoistością osoby twórcy i jego natury, a która często gęsto wywiera silny wpływ na dziele sztuki, pozostawiając na nim swe piętno.

kazdy-artysta-jest-jak-matka

Do cech dystynktywnych osób twórczych zaliczyć bowiem można primo umiejętność niejako „Wsłuchiwania się” w swoje własne koncepcje, a co z kolei rodzi nierzadko nietuzinkowe, oryginalne idee czy pomysły i wizje. I secundo – umiejętność realizacji własnych wizji poprzez tworzenie z nich dzieł, które brylują, odznaczając się na tle innych dzieł.

3.3.O źródłach twórczego geniuszu….

Snując refleksje na temat osoby artysty nie sposób nie zahaczyć o dziedzinę, jaką jest psychologia twórczości.

Za przyczynę i źródło licznych problemów człowieka uznaje się brak umiejętności wyczucia własnych potrzeb, a także rekognicji swych słabych i silnych stron. Analogicznie rzecz się ma również z uzdolnieniami, przez co bywa tak, iż ludzie podejmują wysiłek w dziedzinach, do których nie posiadają należytych predyspozycji.

A zatem co jest niezbędne do tego, aby zostać artystą?

Sam talent niestety nie jest jeszcze do tego wystarczający, niezbędne jest również zapewnienie odpowiednich warunków wzrostu i rozwoju, które zapewnią możliwość realizacji twórczego potencjału. Ale to jeszcze nie wszystko, gdyż same jedynie sprzyjające warunki jeszcze artysty nie czynią. Możemy tu wyróżnić pewne dwa skrajne przypadki. Pierwszy stanowią tzw. talenty pozorne, czyli ludzie którzy chociaż poświęcają temu wiele wysiłku i tak nie są zdolni do tego, aby wzbić się ponad pewną przeciętność.

 

Natomiast drugi, skrajnie odwrotny stanowią twórcy najwięksi, którzy w pełni zasługują na chlubne miano geniusza. Pojęcie geniusz nie zawsze posiadało swe obecnie stosowane znaczenie. Pierwotnie bowiem oznaczało ono ducha opiekuńczego, a dopiero od epoki romantyzmu nabrało ono zgoła odmiennego znaczenia.

Tym niemniej to, co jest, a co nie jest dziełem sztuki podług Schellinga określić można na podstawie następującego kryterium, jakie ujmuje słowami: „Każde prawdziwe dzieło sztuki jest dziełem absolutnie koniecznym”. A zatem co z tego wynika, iż dzieła sztuki nie stanowi dzieło, które mogłoby nie istnieć – a tym samym nie spełnia tegoż warunku, jako że nie jest ono absolutnie konieczne.

Co więcej, można zatem stwierdzić, iż dzieło geniuszu stanowi rzecz konieczną, bez której nie do pomyślenia byłaby kultura czy jej istnienie. A ponad to warunkiem koniecznym jest tu także dla dzieła geniuszu pewna doskonałość. Doskonałość ta czyni co najmniej zbędnym ujęcie bądź dodanie do niego jakiegokolwiek elementu.

Warto tu wspomnieć twierdzenie innego wielkiego idealisty niemieckiego, jakim jest Hegel, autor Fenomenologii ducha. Podług niego to zaś cechę konieczną człowieka genialnego stanowi umiejętność dobrego rozumienia otaczającej rzeczywistości, bazującego na osobistym doświadczeniu.

Przy czym istotne jest tu uwzględnienie tego, iż relacja zachodząca pomiędzy elementarną osobowością człowieka a osobowością twórczą ma charakter różnorodnym.

Warto tu wspomnieć o popularnym podejściu, jakie stanowi biografizm. Pogląd ów upatruje przyczyn powstania dzieła w pewnych konkretnych przeżyciach psychicznych jednostki. A przez to poprzez poznanie dzieła sztuki zostaje poznana jednocześnie również osobowość jego twórcy. Aczkolwiek w rzeczywistości często gęsto twórczość artystyczna i biografia artystyczna są dość rozbieżnymi kwestiami, nie posiadającymi ze sobą zbytnio punktów wspólnych.

Przy czym, istotne jest tu, aby uwzględnić fakt, iż poprzez akt poznania dzieła sztuki dokonywane jest poznanie tych elementów, które w sztuce są najistotniejsze, a zaś przeżycia artysty jako istoty ludzkiej są w tej materii kwestią drugoplanową.

Wzorem Gołaszewskiej, zilustruję to przykładem Stanisława Ignacego Witkiewicza, podług którego to w sztuce nie liczą się „bebechy”, a więc ów nastrój artysty, lecz rzecz zgoła całkiem odmienna, czyli końcowy efekt uzyskany w akcie twórczym przez artystę. A mówiąc prosto, dla Witkacego zupełnie bez znaczenia jest to, czy ten albo owy artysta podcina sobie żyły, czy też „popija herbatkę z mlekiem”, dla niego bowiem najistotniejsze jest samo dzieło, a które to winno być „zapięte na ostatni guzik”.

Kolejną kwestię, którą wymaga tutaj rozpatrzenia, stanowi kwestia motywacji działalności artystycznej.

I tak elementarna kategoryzacja motywów twórczości artystycznej wyróżnia motywy obiektywne oraz subiektywne – a które tkwią zaś w osobie samego twórcy.

Kolejna kategoryzacja wyróżnia zaś motywy, które ulegają podporządkowaniu autoteliczności dzieła sztuki oraz takie, które nie ulegają temu podporządkowaniu wobec tejże autoteliczności. A to z racji tego, iż wolą artysty podczas tworzenia dzieła może być to, aby je utworzyć w formie najdoskonalszej, albowiem dzieło to jest realizacją zamysłu artysty. Ponadto w dziele swym artysta pragnie zawrzeć pewien przekaz, jaki ma wyrażać dane treści istotne podług jego mniemania. Co więcej, pragnieniem artysty jest aby ów przekaz zawarty w tymże dziele natrafił na odbiorcę, który zdolny będzie do odpowiedniego zrozumienia tego dzieła.1352382270_2ucons_600

 

I tym samym omówione zostały już tutaj motywy działalności artystycznej ze względu na ich podporządkowanie autoteliczności twórczości – a więc jako celowi samemu w sobie.

Co do motywacji nie podlegających autoteliczności twórczości, można spośród nich wymienić takie, jak np. pragnienie zdobycia sławy i majątku, prestiż społeczny oraz snobizm, czy też z nieco mniej przyziemnych – dążenie do rozwoju duchowego. Owa ostatnia z wymienionych tu przykładów motywacji z tej grupy uzmysłowić ma nam fakt, iż motywy te nie wykazują uporządkowania, jakie to miało by wskazywać, iż są one jakąś gorszą kategorią i nie powinno się też tak ich traktować. A zresztą przecież nawet takie motywacje jak choćby zła sytuacja materialna czy wręcz urażona ambicja stanowią nierzadko ów „motor napędowy” pchający artystę do włożenia w akt twórczy większego wysiłku, a czego rezultatem nieraz bywa powstanie prawdziwego arcydzieła – n’est-ce pas?

3.4. Specyfika artystycznej percepcji.

Kolejna z różnic między naszym przeciętnym Homo Sapiens a natchnionym Homo Artifex et Creator tkwi w pewnej specyfice ich percepcji czyli sposobu postrzegania rzeczywistości, a i ogólnie spojrzenia na tą rzeczywistość.

Albowiem artysta wyróżnia się również w tym względzie i specyfiką takiej to artystycznej percepcji i „spojrzenia na rzeczywistość”, jaka nie raz zdaje się być zgoła całkiem odmienna aniżeli ta właściwa dla innych „zwykłych” ludzi.

Oczywiście taka specyficzna artystyczna percepcja i spojrzenie na rzeczywistość wykazuje także wewnętrzne zróżnicowane i może przybierać rozmaite formy. Dla przykładu dla części artystów typowa jest percepcja świata jako pełnego wielu „braków” niejako, a które wymagają skorygowania bądź to ich usunięcia. Aczkolwiek nie oznacza to wcale a wcale jakoby art4109877yści z tego rodzaju percepcją (ani też żadną inną) mieli w zwyczaju marudzić, a wręcz całkiem przeciwnie, jako że podług mniemania artysty z owymi brakami, a zatem z niedoskonałością tego świata nie tylko można, ale właściwie też i należy walczyć i zmieniać ten świat na lepsze. Charakterystyczne dla tej formy artystycznej percepcji jest zaś to, w jakim kierunku ona zmierza wówczas twórczość takiego rodzaju artysty. A mianowicie dąży ona wówczas do wytwarzania nowych, innych obiektów czy rzeczy, a które to mają na celu skorygowanie bądź dokonanie likwidacji aktualnego stanu rzeczy, który jest niepożądany.

730..20130924153851_jestes_artysta

Inny przykład formy artystycznej percepcji stanowią zaś artyści, podług mniemania których faktem jest korelacja niedoskonałości tego świata z brakiem adaptacji człowieka. Stąd też u artystów tego pokroju uwidacznia się dążenie ku temu, ażeby zdobyć pogłębioną wiedzę o rzeczywistości bądź to ku wytworzeniu takiej, nowej rzeczywistości, w której to owa adaptacja człowieka byłaby możliwa.

3.5. Dwie role – Twórca a Odbiorca.

Wszelka twórczość artystyczna bądź to Sztuka wymaga z zasady odegrania tu dwóch, odrębnych i zgoła odmiennych ról, a jakimi są role Twórcy – nadawcy i Odbiorcy. A sama w sobie twórczość artystyczna jako jedno ze swych założeń posiada zawartą w sobie intencję żywego kontaktu z odbiorcą, a to z racji, iż bez tego kontaktu nie jest ona żywa i pozostaje martwa. A i ja sama, ze swego już dość bogatego doświadczenia w obrębie twórczości artystycznej, jako pisarka i poetka od wielu, wielu lat, doskonale wiem już i zdaję sobie z tego sprawę, że podobnie jak i wszelkie inne rodzaje twórczości, także i słowo pisane bez owego kontaktu z Czytelnikiem pozostaje martwe, i dopiero ów kontakt z Czytelnikiem sprawia, że tekst czy ogólnie – słowo pisane żyje i jest żywe, a zatem można pokusić się o konkluzję, iż Sztuka żyje jedynie poprzez ów kontakt z Odbiorcom.

Co oczywiste, forma i sposób kontaktu ze Sztuką i twórczością jest zgoła odmienna dla obu z tych ról, realizuje i służy innym celom, pociąga za sobą odmienne rezultaty i efekty (bądź to skutki).

I tak realizacja owej relacji Artysta – Odbiorca dokonuje się na płaszczyźnie pewnych ustalonych kodów kulturowych, a jakie w dużej mierze pozostają zależne od czasu i miejsca, w jakich zachodzi dana relacja. I tak przykładowo, jak wiemy zgoła odmienna jest reakcja na sztukę gotycką człowieka współczesnego, a diametralnie inna była ona dla człowieka, który żył w wieku czternastym.

d6f99df1-d363-4548-9bc9-063c85fa9886

Sztuka z gatunku „Street art” – jedno z dzieł Banksy’ego w Londynie…

W kwestii roli Odbiorcy Sztuki wspominana autorka zwraca uwagę na kontrowersyjne tezy, które są postulowane przez Bogusława Schaeffe r’a, podług którego to w obrębie estetyki zmiany dokonują się z częstością wprost proporcjonalną do częstości zmian estetycznych gustów. Dokonuje on też nieco kontrowersyjnego przyrównania sztuki do luksusowego towaru. A sztuka podług mniemania Schaeffer’a natomiast istnieć może bez jej odbiorców, atoli z tej racji, iż na podobieństwo Natury jest ona zachwycająca sama w sobie, a więc zbędni jej są pochlebcy i schlebianie jej. A zatem co z tej tezy wynika, znaczenie człowieka w roli Odbiorcy sztuki oszacowywane jest jako raczej niewielkie. Co więcej, równie sceptycznie rozprawia się on z zachwytem dla dzieł minionych epok, a które to zjawisko uznaje on za zbędne czy niepotrzebne dla ich twórców. Podług niego bowiem twórca wcale nie tworzy swych dzieł „dla potomności, lecz dla ludzi jemu współczesnych, którzy partycypują z twórczością za życia doczesnego jego autora.

images

Aczkolwiek nie jest nam do końca wiadome to, czy owa sztuka epok minionych wywiązuje się ze swego zadania, jako że brak jest współczesnych jej odbiorców, to w mym mniemaniu i tak ów kontrowersyjny postulat pozostaje sprzeczny z mymi własnymi w tym względzie poglądami, jako Artystki i Twórcy, a też jest on sprzeczny i łamie zasadę zawartą w mym chyba najbardziej głównym życiowym motcie, a które to stanowi następująca łacińska sentencja: „Non omnis moriar!” [‘Nie wszystek umre’, Horatius Carmina III, 30,6].

Relacja zachodząca pomiędzy Artystą i Odbiorcą opiera się na zasadzie niejako sprzężenia zwrotnego. Prócz tego, iż Twórca wpływa na odbiorców, także odbiorcy wywierają pewien wpływ na artystę. O istotności tego wpływu odbiorców na artystę przesądza fakt, iż może on mieć pozytywne rezultaty, jak choćby odkrycie nowych dróg czy też otwarciem owych słynnych nowych „drzwi percepcji”, bądź to innego rodzaju wkład w rozwój i progres twórczości danego artysty i jej efektów (tzn. jego dzieł). Aczkolwiek ów wpływ oczywiście może mieć również i negatywny charakter, a jego rezultaty wcale nie zawsze muszą być pozytywne. Zilustrować to można przykładem artysty, który w skutek takiego to wpływu odbiorców, ugina się i staje uległym wobec panującej mody czy trendów, ślepo podążając wraz z owym kolokwialnym „owczym pędem”, a też wykazuje niepotrzebne dostosowanie się do gustów nie własnych lecz innych ludzi.

Intencje Artysty w owej relacji zilustrować zaś można, wzorem uprzednio wspomnianej autorki, przykładem jednego z polskich artystów, jakim jest Tadeusz Brzozowski. Wyznaje on bowiem, iż jego pragnieniem podczas tworzenia swych obrazów nie jest jedynie tylko to, aby owe obrazy (dzieła) podobały się, zyskując aprobatę czy poklask odbiorców. Pragnienie to stanowi bowiem co więcej to, aby udało mu się tymi dziełami natrafić na takiego odbiorcę, którego poprzez kontakt z owym dziełem udałoby się nakłonić do myślenia, a poniekąd także w rezultacie do czynienia dobra.

Artysta – nadawca zatem wysyła (nadaje) pewien zakodowany w dziele przekaz – komunikat, skierowany do Odbiorcy, który poprzez kontakt z danym dziełem sztuki i partycypację z nim, dokonuje jego interpretacji – oczywiście, podobnie jak Nitzsche uważam, iż interpretacji subiektywnej i indywidualnie zależnej od danego konkretnego odbiorcy – a tym samym rozkodowuje zakodowany przekaz i odczytuje treść nadanego przez Artystę komunikatu, którego treść podobnie jak to w przypadku interpretacji – jest subiektywnie zmienna i zależna od indywidualnego odbioru danego odbiorcy, aczkolwiek prawdą jest po części też i to, że niezależnie od subiektywnej i indywidualnej interpretacji i odbioru, w każdym dziele zawarte są zwykle także pewne elementy stałe, niezmienne i niezależne od tejże interpretacji czy odbioru, odbierane – mniej więcej – jednakowo przez każdego Odbiorcę w każdym czasie czy miejscu.

Względem Odbiorców dzieła artystycznego można dokonać ich kategoryzacji, wyróżniając ich trzy elementarne kategorie. Pierwszą kategorię stanowią odbiorcy należycie wykształceni i kompetentni (np. jak kompetencje użytkownika języka, znawcy sztuki etc.), drugą zaś – odbiorcy amatorzy, i w końcu trzecią tworzą obiorcy „nieprzygotowani”, czyli nie posiadający należytej wiedzy i kompetencji niezbędnych do obcowania ze sztuką, bądź to danym jej wytworem. Zauważyć tu więc należy owe wewnętrzne zróżnicowanie odbiorców sztuki i twórczości artystycznej. Pośród nich występują zarówno odbiorcy kompetentni, którzy odbyli uprzednio w danym kierunku długoletnią i wyczerpującą edukację. A też tacy odbiorcy, którzy są świadomi własnych potrzeb artystycznych, co pcha ich do obcowania ze sztuką i okazjonalnego zdobywania wiedzy o sztuce. Jak i wreszcie odbiorcy, kompletnie pozbawieni jakiegokolwiek przygotowania, kierowani jedynie własną wrażliwością, z racji tego, iż są oni kompletnie pozbawieni wszelkiej wiedzy odnośnie sztuki.

Co się zaś tyczy z koli Artystów, najsampierw można dokonać ich kategoryzacji ze względu na osobowość twórczą. Tutaj zaś wyróżnić należy dwa zasadnicze rodzaje czy typy artystów. Pierwszy z nich stanowią artyści tzw. „ukryci”, czyli tacy, którzy w swych dziełach parają się kwestiami dotyczącymi ich samych w stopniu najwyższym. 6a00e54ef96453883401a5116bfad2970c-640pi Aczkolwiek nie jest to wcale tożsame jakoby z tym, iż ów artysta „ukryty” para się tamże kłopotami dnia codziennego, ale raczej z tym, iż oddaje on w swych dziełach swoje własne, często dość osobiste przeżycia tak, iż odbiorcy mogą z łatwością odnaleźć w tym dziele cząstkę samego siebie. I tym sposobem artysta „ukryty” unika wciskania owej – wielce haniebnej podług mego skromnego mniemania dla każdego rodzaju czy typu artysty – tzw. „prywaty”, wyrażając miast niej uniwersalne sprawy ogólnoludzkie.

Prócz tego drugi rodzaj czy typ artystów stanowią artyści tzw. „wyeksponowani”. Cechą charakterystyczną ich twórczości jest sugerowanie odbiorcy pewnego własnego sposobu percepcji świata, a co z tym związane również eksponowanie swojej osoby, jako osoby realizującej pewien określony konkretnie ideał  artystycznej.

730..20130924153851_jestes_artysta

Analogicznie do wszystkich innych ludzi, również pośród artystów istnieje duże wewnętrzne indywidualne zróżnicowanie, i podobnie jak każdy człowiek, również każdy Artysta stanowi unikatową, niepowtarzalną indywidualność. I tak przykładowo, możemy tu wyróżnić pewne typy artystów, nadrzędne względem tegoż indywidualnego zróżnicowania. Typ chyba najbardziej elitarny, stanowić tu będą tzw. artyści wybitni, parający się twórczością dzieł o wartości uniwersalnej i ponad czasowej. Prócz tego są również i artyści, których twórczość skierowana jest do określonego rodzaju odbiorców a jej celem jest zaspokojenie ich upodobań i dostarczenie im właśnie tego, co odpowiada ich gustom – a zatem tego, co lubią (a więc i chcieliby) oglądać, słuchać bądź czytać etc.

Inną kategoryzację stanowi jeszcze kategoryzacja, której teoretycy sztuki dokonują ze względu na czynniki, które mają największy wpływ na powstanie dzieła. I tak wyróżniamy tu primo twórczość profesjonalną, którą kieruje przede wszystkim refleksja. Zaś ideał takiego rodzaju twórczości (tj. sztuki) stanowi świadomość każdego kroku, jaki zmierza do finalizacji wykonywania danego dzieła. Secundo, zgoła odmienną charakterystyką odznacza się natomiast tzw. sztuka naiwna, która wykazuje z kolei silne nacechowanie ekspresją, poprzez którą artysta niejako „wylewa z b4a2ec7263b0f0e8f61ece6e77c72069siebie” nadmiar buzujących w nim emocji. Twórczość naiwna nawet mimo tego, że wykazuje wiele niedostatków i braków, odznacza się jednak sporym entuzjazmem, a czym często zdobywa sobie aplauz, zwłaszcza młodej publiczności.

Prócz tego wyróżnić możemy jeszcze tertio – twórczość czyli sztukę ludową, w którym decydującą rolę stanowi zaś intuicja. I wreszcie quattro – wyróżniamy też sztukę (twórczość) amatorską, która głównie nastawiana jest na realizację.

To wewnętrzne zróżnicowanie sztuki uwidacznia nam z kolei zróżnicowanie wielości sytuacji artystycznej, a także pewien niejako pluralizm postaw artystycznych, i w końcu zróżnicowanie rozmaitych potrzeb, jakimi kierują się jej odbiorcy.

To zaś stanowi jeartysta_stockden z nielicznych dowodów podważających główną tezę tych roztrząsań o istnieniu dwóch odrębnych gatunków człowieka i wprowadzenia ich rozróżnienia na dwa gatunki Homo Sapiens i Homo Artefix et Creator. A zatem dowodem, który obalając tę tezę, potwierdza fakt, iż twórczość artystyczna w pewnym sensie też nie stanowi wcale czegoś aż tak diametralnie odmiennego od wszelkich innych form ludzkiej działalności. A także, co zatem wynika, iż artyści w pewnym sensie podobnie jak wszyscy inni ci „nie – artyści” żyją w tym samym świcie i rzeczywistości, a prze to są też i zaangażowani czy uwikłani w podobne sprawy tak samo.

Tym niemniej ów sporadyczny dowód nie zmienia wcale a wcale faktu, jakoby Artysta stanowi byt zgoła odmienny diametralnie i różny od bytu, jaki stanowi normalnie każdy zwykły, przeciętny „zjadacz chleba” – typowy przedstawiciel dominującego gatunku Homo Sapiens….

Co jednak odróżnia jeszcze owego Artystę od reszty ludzi rozumnych?

Z pewnością odróżnia go przede wszystkim jego specyficzna, artystyczna wrażliwość – która często gęsto przybiera formę niebotycznej nadwrażliwości, czego i ja sama zresztą stanowię doskonałą egzemplifikację. I to owej specyficznego rodzaju wrażliwości, czy nadwrażliwości, artysta zawdzięcza tę bezcenną umiejętność przyjęcia wobec tych samych spraw co0_0_291182836_Poczatkujacy_artysta_przez_Moostafa_middle inni ludzie postawy odznaczającej się znacznie większą intensywnością, wręcz radykalną, a czego ślad pozostawiany jest właśnie w formie dzieł sztuki. Artysta bowiem, jako największy miłośnik sztuki, umiłował nad życie piękno, które potrafi nie tylko tworzyć, ale i je dostrzegać w każdym istnieniu czy bycie.

 

I tak zilustruje to przykładem cytatu słów Ascanio Condivi, który w Żywocie Michała Anioła takimi słowy opisuje zamiłowanie słynnego artysty Michała Anioła do piękna, piękna natury niejako, z którego czerpał on swe malarskie natchnienie:

[…]Nie tylko kochał on piękno ludzkie, lecz w ogóle każdą rz141013-cytaty-motywacja-inspiracja-niebo-jest-granica-slady-stop-na-ksiezycu-Harlan-Cobenecz piękną; pięknego  konia i pięknego psa, piękny kraj, piękną roślinę, górę czy las, i każdą okolicę, i rzecz piękną i rzadką w swoim rodzaju, uwielbiając to wszystko z przedziwnym uczuciem; w ten sposób zbierał, gdzie mógł, piękno natury, jako pszczoły zbierają miód z kwiatów posługując się nim w swoich pracach; jako to robili zawsze wszyscy, którzy w malarstwie mieli jakiś rozgłos […][7].

IV. EPILOG – CZYLI MIT O ALIENACJI HEROSA PÓŁ – BOGA W ŚWIECIE ZWYKŁYCH ŚMIERTELNIKÓW…

I tak oto dobrnęliśmy aż do samego końca tychże roztrząsań i ostatniego już rozdziału, a w którym to podług reguł i prawideł winno się dać prym podsumowaniu, reasumując uprzednio tu poczynione rozważania. Ale też na samej mecie winna się znaleźć tu jakaś błyskotliwa i najlepiej cięta pointa – którą należy się tekst okrasić, co by dopełnić całości, dodając ową przysłowiową „wisienkę na torcie”…

pytanie-artysty-co-sadzi-o-opinii-krytykow-na-temat-swojego-dziela

A zatem pora na podsumowanie najsampierw.

Reasumując całokształt powyższego wywodu, najsampierw nasuwa mi się na myśl refleksja taka, iż Artysta – Twórca jako ów odrębny gatunek człowiekowatych, może być najtrafniej przyrównany do postaci z mitów, choćby np. greckich, mitycznych Herosów pół bogów, takich jak choćby ów najsłynniejszy Herkules. A zatem Artysta to primo heros – forma nadczłowieka obdarzonego nadludzką mocą, zdolnościami czy talentami. Zaś secundo – Artysta to pół bóg, a więc krzyżówka istoty ludzkiej z istotą boską, czy bogiem, obdarzona boskimi przymiotami i mocą, posiadająca prócz standardowego Człowieczeństwa w sobie także i ów pierwiastek boskości – a przez to ów mieszaniec pół bóg, pół człowiek, skazany jest na swoistą alienację i społeczny ostracyzm; jest on mieszańcem – ni to człowiek, ni to bóg, zawieszony gdzieś pomiędzy tymi światami, gdzieś w pół drogi pomiędzy bogiem a człowiekiem, który w żadnym z tych światów nie jest u siebie, nie pasując ani tu, ani tam, zbyt ludzki dla bogów, zbyt boski dla ludzi – ot samotny wygnaniec, bezdomny outsider ugrzęzły w bagnie swej artystycznej alienacji, bezpański kundel, nie pasujący do żadnej z ras…

Ów Artysta – Heros i Pół Bóg obarczony przeto jest dwoistym ciężarem i sortem obowiązków oraz powinności, jakich dopełnienia się od niego bezwzględnie wymaga. Primo jest to ciężar Człowieczeństwa i wszelkich kwestii z nim powiązanych, ciężar obowiązków i powinności, jakie każdy Człowiek bezwzględnie wypełnić musi, aby udowodnić swe Człowieczeństwo pełne i zasłużyć na miano prawdziwego Człowieka – Humanisty, idealnej formy człowieczej, doskonale perfekcyjnego ludzkiego istnienia… W tym między innymi te obowiązki i powinności Człowiecze, jakie Człowiek posiada względem każdego innego Człowieka – czyli w zasadzie całej ludzkości. I też te względem Człowieczeństwa i jego istoty, obowiązki i powinności ich obrony, walki o nie, troski i dbałości o ich blask, piękno, wartość ale i ogólnie – istnienie i byt. Te jakie na ludzkim świecie od Człowieka wymagać się zwykło i wobec ludzkiego świata, spraw i istot odpowiedzialnością obarczyć można innego Człowieka.

no2a7877-2

I secundo – obarczony jest on też ciężarem, obowiązkami i powinnościami zgoła odmiennymi od tych ludzkich, nadludzko ciężkimi i wymagającymi nadludzkich mocy, zdolności czy umiejętności, a jakie dla zwykłych ludzi są niepojęte ich maluczkim rozumkiem… Ów nadludzki ciężar, obowiązki i powinności to bowiem te „boskie”, a jakich to od bogów się wymagać winno, i jakie bogowie winni bezwzględnie wypełniać i dzierżyć na to, co „boskie” – mówiąc w skrócie obrazowo. Boski ciężar, który tylko boskie barki udźwignąć zdołają; boskie obowiązki i powinności, jakie bogom wypełniać należy zarówno względem bogów i spraw boskich, jak i względem ludzi i ludzkich spraw oraz świata. Ów element boskości bowiem prócz boskich mocy, atrybutów, zdolności czy umiejętności, również i takie, znacznie bardziej nieprzyjemne i ciężkie, konsekwencje za sobą pociąga…

1373378646_by_Violetta_500

I chyba właśnie ów element boskości, a zwłaszcza jego owe negatywne, ciężkie i nieprzyjemne konsekwencje stanowią przyczynę tego, iż Artysta, aby móc być Artystą i przetrwać w tej formie, musi koniecznie być również wystarczająco (nadludzko właściwie) silny, aby zdołać cały ów nadludzki ciężar, obowiązki i powinności, udźwignąć na swych barkach, dzierżąc dzielnie aż po sam kres swej drogi na tym łez padole…

A też, aby zdołać dźwignąć związany z tym nierozerwalnie cały ogrom owego nadludzkiego cierpienia, bólu, krzywdy i nieszczęścia, a jaki chyba każdemu Artyście zawsze w udziale niestety również przypada…

Tym niemniej nie każdy Artysta jest na tyle silny, a czego niepodważalny dowód stanowi choćby owo słynne magiczne dwadzieścia siedem – czyli owiana legendą, niemal mistyczna, feralna granica wieku, której tak wielu spośród wybitnych nie udało się przekroczyć i ich krótkie życie kończyło się właśnie wraz z ukończeniem owych dwudziestu siedmiu lat. Pośród nich można by wymienić na przykład takich jak Jim Morrison, Kurt Cobain, Janis Joplin, czy nie tak dawno zmarłą wokalistkę Amy Winehouse, która zasiliła rzeszę ofiar feralnego dwadzieścia siedem, i wielu innych, o których do dziś świat pamięta, lecz faktycznie jako o tych, którzy nie mieli na tyle siły, aby udźwignąć cały ów nadludzki ciężar, obowiązki i powinności, jakie złożono na ich barki, jako Artysty – Herosa, owego pół człowieka, pół boga, którego element boskości uczynił czymś innym aniżeli zwykłym człowiekiem – czymś, co ni to bogiem, ni to człowiekiem, a co uznać by śmiało można na realizację nietzscheańskiej idei i snu prawdziwego Nadczłowieka, a dla czego aprobatę wyraziłby zapewne i sam Nietzsche, gdyby go o to zapytano za jego życia jeszcze…

1300042635_by_Kwazi12_600

I taka oto nasz Artysta – Heros, Pół – Człowiek, Pół – Bóg, idealny Nadczłowiek Nietzschego, jak każdy przedstawiciel tego gatunku, na samym początku swej twórczej drogi, postawiony zostaje przed chyba najtrudniejszym dylematem człowieczym – oto musi on dokonać wyboru między życiem, istnieniem i wszystkiego co z nim związane, wszystkiego rodzaju szczęścia, radości, przywilejów, korzyści i pozytywnych aspektów, jakie dane są zwykłemu, normalnemu przeciętnemu człowiekowi z gatunku Homo Sapiens, bądź to wyrzeczeniem się ich i tego wszystkiego, na rzecz życia, istnienia i wszystkiego, co tylko z nim związane, jakie dane jest Artyście, składając krwawą ofiarę całopalną z tego wszystkiego ludzkiego na ołtarzu Sztuki i Sztuce, aby zaspokoić tym jej nienasycony apetyt i głód człowieczych spraw, rzeczy, cierpień, bólów, smutków i wszystkiego, co zwykłemu człowiekowi jest właściwe… I to Artysta, niczym ów heroiczny Tytan o nadludzkiej sile musi prócz tego dźwigać na swych barkach, jak mityczny Atlas, cały ten świat i ciężar jego wszystkich smutków, cierpień, bólu, doznań, każdej jednej historii, jaka na tym świecie miała miejsce, każdego jednego doznania, przeżycia, emocji czy nawet myśli, jaka na tym świecie kiedykolwiek istniała… I cierpieć cierpieniem tego całego świata, czuć ból i smutek całej ludzkości – całkiem niczym ów werterowski Weltschmerz, tak ukochany przez Romantyków!

Tak więc oto i ja, naznaczona tym nadludzko ciężkim brzemieniem Artysty – męczennika, cierpię cierpieniem tego całego świata, współodczuwając ból całej ludzkości, pogrążam się w bezdennej głębinie człowieczego smutku… i tylko owej sentencji łacińska melodia mi nadzieje i siły daje, że: „Non omnis moriar!” – i gdy ją tylko na myśl przywołam, znów tę absolutną pewność mam, że choćby nie wiem co, to i tak jednak warto!

 

Fin.

 

By Anna Gabriella Lilith Gajda © All Rights Reserved

9 lipiec A.D. 2016

Artystycznie boski Sosnowiec latem…

Przypisy:

[1] Encyklopedia PWN,  wersja online: http://encyklopedia.pwn.pl  , [dostęp:] 03.07.2016.

[2] Słownik Języka Polskiego, red. Szymczak, Wyd. PWN, wersja online: http://sjp.pwn.pl/, [dostęp:] 03.07.2016.

[3] Słownik Języka Polskiego pod red. W. Doroszewskiego, Wydawnictwo PWN, wersja online: http://sjp.pwn.pl/doroszewski, [dostęp:] 03.07.2016.

[4] Marian Golka, Socjologia sztuki, Warszawa: Difin, 2008, s. 77. Hasło wprowadził(a): Bogna Kietlińska

 

[5] Maria Gołaszewska, Kim jest artysta?, Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne, Warszawa 1986.

[6] SJP pod red. W. Doroszewskiego, Wyd. PWN, wersja online: http://sjp.pwn.pl/doroszewski, [dostęp:] 04.07.2016.

[7] Ascanio Condivi, Żywot Michała Anioła¸ Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1960.

Bóg jest martwy

Nietzsche versus Bóg – czyli rzecz o tym, jak to nietzscheański nadczłowiek w drodze ku boskości potknął się o trupa martwego Boga i wpadł do beczki po same uszy w nihilizm…

bog_jest_martwy_crime_scene

„Crudelius est quam mori semper timere mortem”

(Seneca)

Nietzsche zwykł dość jawnie obnosić się ze swymi poglądami na temat Boga, chrześcijaństwa, jak i religii ogólnie, tak więc w twórczości tego wielkiego filozofa potyczek Nietzsche versus Bóg można znaleźć na pęczki. Tym niemniej w tym wywodzie pragnę skupić się akurat na tej jednej, konkretnej potyczce, a przy tym również chyba i największej oraz wzbudzającej niezmiennie najwięcej kontrowersji. A prócz tego, którą to potyczkę Nietzsche staczał nie raz, a wielokrotnie w swej twórczości – niejako staczając wiele bitew, które składają się na całą tę wielką kampanię, jaką filozof wytoczył przeciw Bogu.

Potyczkę ową zaś stanowi w zasadzie pewna dość krótka, aczkolwiek legendarna już teza, czy też postulat, jaki to ów filozof dość obrazoburczo oraz kontrowersyjnie wysunął i sformułował, zresztą wykazując się wielką odwagą podług mego skromnego mniemania, a zwłaszcza uwzględniając czasy temu współczesne i ówczesną mentalność w kwestiach religii.

Teza ta mianowicie w oryginale, a więc w języku niemieckim, w jakim to sformułowana została pierwotnie, brzmiała: „Gott ist tot” – i choć owe ledwie trzy krótkie niemieckie słowa zdawać by się mogły na pozór dość skromne i oszczędne, to kryją one w sobie tak naprawdę nieskończone bogactwo treści i przesłania, mimo że zawarte ono zostało w tak oszczędnej, wręcz minimalistycznej formie. Cóż, nie sposób tutaj Nietzschemu postawić zarzutu przerostu formy nad treścią….

gott_ist_tot_mur

Nim przejdę jednak do meritum mych rozważań, gwoli dopełnienia kwestii formalnych muszę nadmienić, iż swe dalsze tutaj roztrząsania omawianej kwestii opierać będą się, prócz samej twórczości Nietzschego oczywiście, w pewnym stopniu również na artykule Mirosława Żelaznego o tytule: Nietzsche: śmierć Boga, który to został opublikowany na łamach portalu internetowego Racjonalista.pl, zresztą wyśmienitego trzeba przyznać. Artykuł ów stanowił również po części inspirację dla mych rozważań i natchnął do refleksji, jakie stanowić będą treść następującego wywodu.

Na marginesie dodam, iż artykuł ów podług mego skromnego mniemania jest niezwykle interesujący, zarówno pod względem zawartych w nim refleksji autora, jak i treści merytorycznych, a przy tym ujęła mnie w nim niezwykła zgodność moich własnych poglądów, refleksji i spostrzeżeń z tymi, jakie poczynił tamże sam Żelazny, a jakim również i ja pragnę dać wyraz w niniejszej pracy, dlatego też w sporym stopniu będę się tu opierać na oryginalnej treści owego Artykułu, także parafrazując zawarte w nim myśli Żelaznego, przeto proszę o pewną wyrozumiałość w tym względzie i darowanie mi zarzutów o plagiat.

I to na tyle względem formalności, teraz pora zaś przejść do meritum – czyli  owej tezy w języku niemieckim, a zaś oczywiste jest, iż nie każdy z polskich Czytelników musi władać tymże językiem obcym, zacząć by więc należało ów wywód od kwestii translacji przytoczonej frazy, a która to zdaje mi się być tu kwestią elementarną, jak i prymarną niejako. Tak oto znika odwieczna bolączka chyba każdego człowieka pióra, czyli od czego by tu zacząć.

Zacznę zatem przede wszystkim od kwestii tu elementarnej, a więc od kwestii poprawnej translacji naszej frazy, na co zresztą zwraca uwagę również i Żelazny na samym początku swego artykułu, podkreślając jej elementarne dla reszty znaczenie.

Co do translacji, a raczej poprawnej translacji naszej frazy, to należy najsampierw odmówić racji bytu, często spotykanemu potocznie i w kolokwialnym zastosowaniu, jej tłumaczeniu jako: „Bóg umarł”. Jest ono bowiem całkowicie błędne i nieadekwatne, i to aż z dwóch, a w zasadzie trzech, zasadniczych powodów.

Primo, z powodu już tylko względów filologicznych jest ono ewidentnie mylne i błędne, co zaraz uzasadnię odwołując się do swojej własnej znajomości języka niemieckiego, który to akurat również miałam okazję sobie całkiem nieźle przyswoić podczas swej edukacji. Mianowicie błąd ów uwidacznia się już ze względu semantyki, jako że kryje się on głównie w słowie „tot”, które to wcale a wcale nie stanowi czasownika o znaczeniu „umarł”, lecz jest to przymiotnik o znaczeniu „martwy”. Po drugie jeszcze więcej wnoszą nam względy gramatyczne, jako że fraza „Gott ist tot” nie jest absolutnie wyrażona w stronie czynnej („Bóg umarł” to strona czynna), lecz w stronie biernej, a więc tłumaczyć to wyrażenie winno się raczej jako: „Bóg jest martwy”. Natomiast fraza „Bóg umarł” zgodnie z normą językową w języku niemieckim musiałoby mieć postać zaś taką: „Gott starb” bądź też „Gott ist gestorben.

Reasumując, poprawna translacja frazy ”Gott ist tot” ze względów semantycznych oraz gramatycznych brzmieć winna: „Bóg jest martwy”, co nie budzi myślę już żadnych wątpliwości Czytelnika, naturalnie względem powodów natury filologicznej.

Secundo, powodem jest również fakt, iż owo błędne tłumaczenie „Bóg umarł” ponadto – jak słusznie zauważa Żelazny – nie wykracza zupełnie poza kanony myśli chrześcijańskiej, a co oczywiste nawiązuje do faktu, jaki znany jest doskonale każdemu wyznawcy tejże religii, a mianowicie, iż Bóg umarł na krzyżu dla naszego zbawienia. A to bynajmniej nijak się ma do naszej frazy, jak i całej tej koncepcji zresztą.

I tertio – powód o największej wadze i newralgicznym wręcz znaczeniu, a który stanowi tu nasz główny corpus delicti, który niezbicie dowodzi błędności owego pierwszego, potocznie stosowanego tłumaczenia, oraz poprawności naszej, przyjętej tu za poprawną, translacji, jako Bóg jest martwy. Ponadto powód ów, uzasadnia także mój upór niejako, a jaki wykazuje również sam Żelazny w swym tekście, aby koniecznie zachować w translacji właśnie owo, jakże wielce cenne, „jest”. Zaraz wyjaśniam, dlaczego stanowi ono aż tak cenny element tejże nietzscheańskiej frazy.

O cenności owego „jest” mianowicie przesądza rola, jaką to pełni ono w tejże koncepcji Nietzschego. Słowo „umarł” z kolei rodzi nierozerwalne skojarzenie ze swoistym „ciągiem przyczynowym”, jak to ujmuje Żelazny, indykującym także formę czasu przeszłego, czyli że: Bóg był i już go nie ma – bo przecież umarł i to już minęło, stając się przeszłością.

Tymczasem podług tezy Nietzschego, która kładzie bardzo silny nacisk z kolei na formę czasu teraźniejszego i nadal trwającego wciąż nieprzerwanie, ów Bóg jednak wciąż właśnie „jest”, choć jest on, czy pozostaje martwy. Tak więc pozostaje on martwy, lecz będąc jednakowoż w tejże formie (czyli martwej) zarazem pozostającym czy trwającym. Można by zatem rzec, iż Bóg jest martwy, lecz zarazem wciąż jest obecny – n’est-ce pas?

nagrobek_boga

T spoczywa trup Boha, który jest martwy lecz zarazem nadal wciąż jest… Conquiescat in pace….

Naturalnie pomijając tu całokształt pozornej absurdalności owego martwego tworu, który jednak że wciąż pozostaje obecny, a która to przywodzi na myśl wizje z horrorów o żywych trupach, i owych niby martwych a jednak wciąż obecnych zombie, aczkolwiek tylko w pierwszej chwili, bez głębszej refleksji jakiejkolwiek na ten temat.

Koncepcja martwego Boga wielokrotnie pojawia się w twórczości Nietzschego, jak już wspominałam. Pierwsza wzmianka o śmierci Boga pojawia się w „Wiedzy radosnej”, we fragmencie 125 o tytule „Człowiek szalony” czy „Człowiek oszalały”. Podobnie jak Żelazny, uważam tu za niezbędne przytoczenie dla przypomnienia tego jakże istotnego fragmentu tamże zawartego, a który to brzmi następująco – cytując za Nietzschem:

[…] 125.  C z ł o w i e k o s z a l a ł y . — Czy nie słyszeliście o owym oszalałym człowieku, który w jasne przedpołudnie latarnię zaświecił, wybiegł na targ i wołał bezustannie: »Szukam Boga! Szukam Boga!« — Po nieważ zgromadziło się tam właśnie wielu z tych, którzy nie wierzyli w Boga, więc wzbudził wielki śmiech. Czyliż zginął? spytał jeden. Czyż zabłąkał się jak dziecko ? rzekł drugi. Czy się ukrywa ? Może boi się nas ? Czy nie wsiadł na okręt ? Wywędrował? — tak krzyczeli i śmieli się w zgiełku. Oszalały człowiek wskoczył między nich i przeszywał ich spojrzeniami swemi. »Gdzie się Bóg podział? zawołał, powiem wam! Z a b i l i ś m y go — wy i ja! Wszyscy jesteśmy jego zabójcami! Lecz jakżeż to uczyniliśmy? Jakżeż zdołaliśmy wypić morze ?

Kto dał nam gąbkę, by zetrzeć cały widnokrąg? Cóż uczyniliśmy, odpętując ziemię od jej słońca ? Dokąd zdąża teraz ? Dokąd y zdążamy ? Precz od wszystkich słońc ? Nie spadamyż ustawicznie ? I w tył, i w bok, i w przód, we wszystkich kierunkach ? Jestże jeszcze jakieś na dole i w górze? Czyż nie błądzimy jakby w jakiejś nieskończonej nicości ? Czyż nie owiewa nas pusty przestwór? Czy nie pozimniało ? Czy nie nadchodzi ciągle noc i coraz więcej nocy ? Nie trzebaż zapalać latarni w przedpołudnie? Czy nie słychać jeszcze zgiełku grabarzy, którzy grzebią Boga? Czy nie czuć nic jeszcze boskiego gnicia ? — i bogowie gniją! Bóg umarł! Bóg nie żyje ! Myśmy go zabili! Jakże się pocieszymy, mordercy nad mordercami ?

Najświętsze i najmożniejsze, co świat dotąd posiadał, krwią spłynęło pod naszemi nożami — kto zetrze z nas tę krew ? Jakaż woda obmyć by nas mogła ? Jakież uroczystości pokutne, jakież igrzyska święte będzie musieli wynaleźć ? Nie jestże wielkość tego czynu za wielka dla nas? Czyż nie musimy sami stać się bogami, by tylko zdawać się jego godnymi? Nie było nigdy większego czynu — i ktokolwiek tylko po nas się urodzi, gwoli czynowi temu należeć będzie do historii wyższej, niż wszelka dotąd była historya!« — Tu zamilkł człowiek oszalały i znów spojrzał na swoich słuchaczy: i oni milczeli, patrząc nań w zadziwie.

W końcu cisnął latarnię swą o ziemię, że trzasła w kawały i zgasła »Przyszedłem za wcześnie, rzekł potem, nie jestem jeszcze na czasie. T olbrzymie zdarzenie jest jeszcze w drodze i wędruje — nie doszło jeszcze do uszu ludzi, błyskawica i grzmot potrzebują czasu, światło gwiazd potrzebuje czasu, czyny, nawet skoro już są dokonane, potrzebują czasu, żeby je widziano i słyszano. Czyn ten jest im zawsze jeszcze dalszy niż gwiazdy najdalsze — a  p r z e c i e ż  s a m i  go  d o k o n a l i ! « — Opowiadają też, że człowiek oszalały tego samego dnia jeszcze do różnych się wdzierał kościołów i nucił tam swoje Requiem aeternam deo. Wyprowadzany i zapytywany, odpowiadał wciąż jedno: »Czymże są jeszcze te kościoły, jeśli nie są grobowcami i pomnikami boga ? «[1].

bog_umarl_nowina_friedrich_wielkanoc

„Człowiek Szalony” ogłasza swą nowinę….

Tu odwołam się do artykułu Żelaznego, który w swej pracy wysnuł z powyższego cytatu kilka ciekawych wniosków.

Odnośnie ostatnich słów owego Szalonego Człowieka w powyższym cytacie, można by drogą dedukcji stwierdzić, iż z faktu, że istnieją kościoły zwane domami bożymi oraz z faktu, iż wielu ludzi twierdzi, że słucha w nich słowa Bożego, wynika, iż Bóg jest. I tu rodzi się pytanie: jeśli jest to jaki? Żelazny stawia dalej kolejne pytanie – cytując: „Co oznacza jego obecność, a co nieobecność?”[2].

Ponadto z cytowanego fragmentu można wyciągnąć konkluzje jak następuje.

Najsampierw, warto tu sformułować konkluzję, iż ogłoszenie śmierci Boga przez szalonego człowieka nie oznacza, iż wyraża on sobą po prostu postawę ateistyczną z racji następujących powodów. Po pierwsze, dlatego że: „[…] wielu spośród tam zgromadzonych nie wierzy w Boga […]”, a mimo to nie rozumieją oni wcale, o co chodzi szalonemu człowiekowi.

Podług Żelaznego stanowisko Nietzschego charakteryzuje David Lang, a który nota bene sam również był niejako rzecznikiem owych „ludzi szalonych”. Żelazny przytacza tu cytat Langa, w którym pisze on – cytując:

[…] W wierze w Boga nigdy nie chodziło o „wiarę” w jego istnienie, lecz o ufność w jego obecność, która była doświadczana i uznawana za fakt oczywisty. Natomiast wydaje się, że w naszych czasach o wiele więcej ludzi nie doświadcza ani obecności Boga, ani obecności jego braku, lecz jedynie brak jego obecności”[3].

Ciekawą interpretację powyżej cytowanych słów Langa proponuje sam Żelazny, a którą to z tej racji pozwolę sobie tu za nim przytoczyć:

[…] w społeczeństwie, w którym powszechnie odczuwano obecność Boga, problem ateizmu nie istniał, i to nie dlatego, że niewiara karana była instytucjonalnie, lecz dlatego, że nieprzestrzeganie praw bożych było równoznaczne ze skazaniem się na zagładę w sposób naturalny[4].

Odbywało się to więc w sposób analogiczny, jak to dzieje się przykładowo we współczesnym społeczeństwie industrialnym na skutek nieprzestrzegania praw ekonomicznych. Podług mniemania Żelaznego to, co stanowi obecnie obiekt kultu religijnego w porównaniu do czasów przedchrześcijańskich, stanowi zaledwie – cytując: „[…] godną politowania karykaturę”[5]. A bynajmniej w tym właśnie, dopatrywać się należy sensu oraz znaczenia owej martwoty Boga, zawartej w filozofii Nietzschego.

Sam zaś Nietzsche pisze w tym temacie:

[…] Nie to nas oddziela, że nie odnajdujemy Boga ani w dziejach, ani w przyrodzie, ani poza przyrodą, lecz że tego, co jako Bóg czczone było, nie odczuwamy jako „boskie”, lecz jako politowania godne, jako niedorzeczne, jako szkodliwe, nie tylko jako błąd, lecz jako zbrodnie względem życia… Zaprzeczamy Boga jako Boga…[…][6].

Słowa te są na tyle istotne sądzę, iż warte tego, by je tu przywołać za Żelaznym. Tym niemniej oczywiste jest, iż nie jest możliwe jakiekolwiek przyrównanie owej obecności Boga w społecznościach przedchrześcijańskich do żadnego z porządków, jakie to obecnie determinują Człowieka współczesnego, a co słusznie podkreśla sam autor wspominanego artykułu.

Pozwolę sobie tu następnie odwołać się do poglądów wygłoszonych przez Żelaznego w jego pracy, parafrazując jego myśli tamże zawarte. A mianowicie jako, że w świecie współczesnym podług jego opinii, co się tyczy:

Primo – odnośnie każdej z mocy, jakich obecność stwierdza się w tymże świecie współczesnym, autor ów stwierdza, iż dotyczą one tylko pewnej części „jednostkowej egzystencji ludzkiej”. A mianowicie, mają one dotyczyć tylko bytu społecznego oraz przynależności klasowej i narodowej tejże jednostkowej formie bytu ludzkiego.

Secundo – co dość istotne, zaznaczyć należy ponadto także w społecznościach przedchrześcijańskich, obecność innej, swoistej mocy, która to z kolei dla owego człowieka współczesnego pozostawała – a też i pozostaje nadal – nieodczuwalna, a którą stanowił zaś właśnie ów Bóg, którego ponoć my, ludzie ery chrześcijańskiej uśmierciliśmy zaraz u samego zarania tejże ery.

Albowiem dziś, jak to stwierdza Żelazny: „[…] Bóg obecny jest tylko jako martwa idea”[7].

I tertio – co do kwestii owej martwej idei oraz jej realnego istnienia, Żelazny postuluje, iż owa kwestia została niejako zepchnięta ze sfery doznań empirycznych w sferę czystej transcendencji.

pokemon_god_is_dead

Tu warto poczynić małą dygresję w celu wyklarowania kwestii owej sfery transcendencji.

Owo klarowanie zacznę może od samego pojęcia transcendencji.  Powołując się na definicję słownikową tegoż pojęcia, zamieszczoną w Słowniku Języka Polskiego PWN red. M. Szymczaka (naturalnie tej definicji, opatrzonej kwantyfikatorem pojęcia z zakresu filozofii), czytamy, iż oznacza ono: „[…]istnienie poza granicami bytu lub poza granicami ludzkiego poznania”.

Powyższą definicję słownikową warto by nieco rozszerzyć o definicję encyklopedyczną, zawartą w Encyklopedii PWN. Znajdziemy tamże ponadto informacje, iż termin ów jest pochodzenia łacińskiego, a jego pierwotne znaczenie to: „istnienie na zewnątrz, poza granicami czegoś”. Ponadto zawarto tam także informacje odnośnie pojęcia transcendencji w ujęciu różnych gałęzi filozofii. I tak w ujęciu ontologicznym przybiera ono postać transcendencji Boga wobec świata. W ujęciu poznawczym zaś – transcendencji przedmiotu wobec świadomości. Istnieje jeszcze trzecie ujęcie, takie jak u Kanta, podług którego za owym terminem kryje się kantowska idea „rzeczy samej w sobie”, jednakże to ujęcie nie jest zbytnio istotne dla omawianych problemów, tak więc pozwolę je sobie tu pominąć.

Reasumując powyższe informacje zawarte we wspomnianych definicjach, wysnuć można kilka interesujących konkluzji.

Pierwsza konkluzja, jaka mi się tu nasuwa uporczywie na myśl, tyczy się ogólnego sensu, czy też niejako znaczenia, cytowanego uprzednio poglądu Żelaznego. A mianowicie to, że kwestia owej martwej idei oraz jej realnego istnienia, została zepchnięta ze sfery doznań empirycznych do sfery transcendencji, można by rozumieć jako fakt, iż owa martwa idea, czyli niejako ów nasz martwy Bóg, z owej sfery ludzkiego poznania, opartej na doświadczeniu zmysłowym (czy to zewnętrznym czy wewnętrznym), poznaniu zmysłami – a więc owym sensorycznym, czyli niejako „namacalnym” i fizycznie – a zarazem więc także i  realnie – istniejącym, czy też posiadającym fizyczną formę bytu, został poprzez ów mord dokonany na nim przez nas, ludzi, zepchnięty z kolei do tej sfery istniejącej poza granicami owego bytu, a też i poza granicami ludzkiego poznania.

Ponadto, nasuwa się tu wniosek, iż uwzględniając ujęcie ontologiczne, ów martwy Bóg (a więc owa martwa idea oraz jej realne, czy też materialne istnienie), zostało tym samym zepchnięte do sfery istnienia poza granicami  świata, a więc ów martwy Bóg, jako uosobienie tejże martwej idei, istnieć ma obecnie niejako jedynie na zewnątrz tegoż świata, poza nim, a nie w nim samym.

Kolejna konkluzja wypływa zaś z ujęcia poznawczego omówionego uprzednio. Mianowicie, ów nasz martwy Bóg, jako ta martwa idea, zepchnięty został ponadto, jako przedmiot – to jest obiekt kultu religijnego – do sfery poza ludzką świadomością i choć wciąż istnieje, to jednak już poza naszą – ludzką – świadomością, rzec by można niczym każdy trup – ledwie jako mgliste wspomnienie o praprzodkach, zmarłych jeszcze na długo przed naszym narodzeniem, a których grobowce odwiedzamy tylko w Święto Zmarłych, gdzie jednak prócz martwej, granitowej płyty nagrobnej, skrywającej nędzne resztki ich doczesnych szczątków, nic więcej z nich nie odnajdujemy.

A wszystko, co dla nich nie tylko możemy zrobić, ale i zrobić należy, to ku czci dla owego wątłego o nich wspomnienia, zapalić wówczas raz do roku, symboliczny znicz na zimnym granicie, rzucić kwiatów pęk i uczcić tę mdłą pamięć ich dawnego żywota, chwilą modlitwy czy też bardzo laickiej, ateistycznej zadumy, w milczeniu oddając należny hołd. I podług mej skromnej opinii – nic nadto my, współcześni ludzie dla nich zrobić ani nie możemy, ani się też im zrobić nie należy. A może i wręcz nie wolno absolutnie… bo czyż trupowi lub kupce zmurszałych kości cześć inna niż taka się należy? Czy ma ona prawo bytu chociażby? I czyż ów nietzscheański martwy Bóg nie jest dokładnie tylko tymże, co i te trupy lub kości zmurszałe, jakie to się ostały jedynie po naszych dawnych praprzodkach, z lat jakże odległych naszemu powiciu? Czyż nie jest właśnie tak dokładnie?

I tu zakończę powyższą dygresję, jako że zarówno samo pojęcie transcendencji zostało już myślę należycie wyklarowane, jak i wyliczone zostały najważniejsze konkluzje odnośnie cytowanego uprzednio poglądu Żelaznego nasuwające się w świetle tegoż wyklarowanego tu znaczenia.

Tak więc wróćmy już w tym momencie do meritum tego wywodu.

Żelazny w swym artykule zwraca uwagę ponadto na inny, istotny fakt z powyższym zagadnieniem związany. A mianowicie, na fakt pojawienia się wraz z ową zmianą sfer bytności tejże „martwej idei”, także i nowego sofizmatu – sofizmatu wolnej woli. Sofizmat ów podług Żelaznego, przekreślać miał a priori możliwość empirycznej odczuwalności, czy doznawania, bożej mocy – czyż nie jest bowiem prawdą, iż także i owa moc boża jest martwa, jak i sam Bóg podobnie, i że umarła ona wraz z nim, istniejąc odtąd jedynie w tejże właśnie sferze transcendencji, poza ludzkim światem i świadomością? Czyż nie jest właśnie tak pytam?

I tak oto ów sofizmat choć istotny, to jednak i tak mimo wszystko stanowiący ledwie tylko ten fałszywy dowód, pozornie poprawne rozumowanie, które w istocie jednakże zawiera utajone błędy logiczne – i to do tego rozmyślnie o zgrozo! – przywodzi nas wreszcie do kolejnej nietzscheańskiej idei składowej omawianej tu koncepcji. Podług tejże idei Nietzschego kościoły stanowią miejsca dwojakiego rodzaju.

Primo, stanowią one miejsca, w których to niejako „przechowuje się” martwego Boga – dokładnie tak samo niczym trupy w grobach czy grobowcach na cmentarzu, bądź to prochy w urnie, jak mniemam. I secundo – stanowią one „fetysz pojęciowy” – jak to ujmuje Żelazny – który, co istotne, nie może być uznawany za żadne odniesienie do realnego życia, albowiem fetysz ów nie posiada żadnych kolokacji, które jakkolwiek łączyłyby go z realnym życiem, i to fakt.

portret_post_mortem

Zaś owa przemiana kościołów w grobowiec czy cmentarzysko wspominanej umarłej idei, w ów fetysz pojęciowy, zmieniła tym samym owe minione kultury, dla których ów martwy Bóg jeszcze żył, w ledwie ruiny, na których żyje to Człowiek współczesny aż po dziś dzień…

Jednakże podejmując próbę rekonstrukcji koncepcji śmierci Boga Nietzschego największą trudnością okazuje się nie być wcale pytanie – co zresztą niezwykle słusznie podkreśla również i Żelazny – „co Nietzsche miał na myśli, stwierdzając, że Bóg jest martwy”, lecz o dziwo pytanie o sens słów filozofa, w których stwierdza on, iż Bóg w ogóle kiedyś żył, a których to sens jest nierzadko istnym crux interpretum.

Poszukiwania odpowiedzi na to najtrudniejsze pytanie najlepiej przeprowadzić w twórczości samego filozofa, gdzie to kryje się ona pośród kart licznych tomiszczy i zawartych w nich słów, które spłynęły spod jego pióra.

Rozpocznę swe poszukiwania od dzieła, które zapoczątkowało trzeci okres pisarstwa filozoficznego Nietzschego, a którym było opublikowane w latach 1883 – 1885 (wyd. polskie 1900r.) dzieło o tytule Tako rzecze Zaratustra. A to z racji tego, iż w dziele tym znaleźć można najmniej informacji odnośnie tematu żywego Boga. Zamieszczone zostało tam bowiem jedynie kilka niejasnych wzmianek o tym, i które w zasadzie niewiele wnoszą do naszych poszukiwań.

Z kolei kolejne dzieło Nietzschego, w którym poszukiwać będę odpowiedzi na to najtrudniejsze z pytań, wnosi już o wiele więcej światła do mej próby rekonstrukcji koncepcji martwego Boga tegoż filozofa. Dziełem owym jest wydany w roku 1902 Antychryst (wyd. polskie 1907 r.), w którym zamieszczona jest znacznie obszerniejsza relacja w tym względzie. Pozwolę sobie ją tu zacytować z tekstu źródłowego autorstwa Nietzschego – czyli z jego Antychrysta naturalnie:

[…] 21 Lud, który jeszcze w siebie sam wierzy, ma też jeszcze swego własnego Boga. Czci w nim warunki, dzięki którym jest górą, swoje cnoty, — przerzuca swą radość z siebie, swe poczucie mocy w istotę, której dziękczynić za to można. Kto bogaty, chce oddawać; lud dumny potrzebuje Boga, by s k ł a d a ć o f i a r y . . . Religia, w obrębie takich założeń, jest formą wdzięczności. Jest się wdzięcznym za samego siebie: po to potrzebuje się Boga. Taki Bóg musi umieć pomagać i szkodzić, musi umieć być przyjacielem jak wrogiem, — podziwia się go w dobrem jak w złem. Przeciwnaturalna kastracya Boga na Boga dobra tylko leżałaby tu poza obrębem wszelkiej pożądaności. Potrzebuje się Boga złego tak, jak dobrego: zawdzięcza się przecie istnienie własne chyba nie tolerancyi, nie życzliwości dla ludzi . . . Cóżby zależało na Bogu, który by nie znał gniewu, zemsty, zawiści, szyderstwa, chytrości, gwałtu? Który by nie znał może nawet zachwycających ardeurs zwycięstwa i zniszczenia? […][8].

smierc_na_krzyzach_trup urzekajaca-smierc2Odnośnie cytowanego powyżej fragmentu wspomnę wpierw jeszcze krótko o kwestii samej rzeczonej śmierci Boga. Z powyższego cytatu bowiem jasno wynika w mym mniemaniu, iż primo – owa zbieżność momentu początku ery chrześcijańskiej, a tym samym upadku i końca kultury przedchrześcijańskiej oraz owej śmierci Boga, wcale a wcale nie pozostaje kwestią jedynie przypadku, a nawet powiem więcej – iż jest to zbieżność nie tylko nie przypadkowa, a wręcz konsekwentnie i z premedytacją ściśle ze sobą powiązana oraz wzajemnie uwarunkowana. A to z takiej racji, że przyczyna owej śmierci Boga tkwi właśnie w tymże przełomowym momencie końca dawnej kultury przedchrześcijańskiej i początku nowej epoki.

Zaś my, ludzie dokonaliśmy owego strasznego mordu na Bogu w chwili narodzin chrześcijaństwa, właśnie nie inaczej, jak poprzez urzeczywistnienie istnienia tej nowej religii miłości bliźniego, uśmiercając w ten sposób starotestamentowego Boga, który nie tylko nie nadstawiał nigdy wcale drugiego policzka, nie tylko nie kierował się często gęsto wcale ową nowomodną miłością bliźniego, ale, co więcej, był Bogiem gniewnym, zawistnym, mściwym i nie rzadko nawet zapalczywym, a jego działania nie były zwykle wcale aktstary_bog_despotaem miłości, lecz raczej pełne okrucieństwa, siały zło i zniszczenie, czasem wręcz brutalnie i bez krztyny owej chrześcijańskiej miłosiernej litości.

W pismach Nietzschego zresztą wielokrotnie napotkać można wzmianki o owym okrutnym i bezlitosnym Bogu przedchrześcijańskim, jak też i o jego śmierci. Gdy żył on jeszcze, to wówczas, ante mortem, miał się podług filozofa – „zachłysnąć miłosierdziem” – wraz z narodzinami chrześcijaństwa, gdy oto posłał on z miłości do grzesznych ludzi swego syna na krzyż, by umarł on dla ich zbawienia, a w skutek czego to właśnie następnie umarł i trwał odtąd, lecz pozostając przy tym martwym trupem Boga zaledwie.

Powyżej omówione wzmianki, z kolei imputują konieczność doszukiwania się owego starego, żywego Boga, który umarł, jak i śladów tego zmarłego już Boga, aż w dawnych żydowskich wierzeniach.

Dokończmy więc to, co już uprzednio zaczęłam poniekąd – czyli próbę udzielenia odpowiedzi na to, jaki więc był ów stary, przedchrześcijański Bóg, gdy jeszcze nie umarł i wciąż żył.

zona_lota_sodoma

Żona lota – stary, okrutny Bóg za jej nieposłuszeństwo zsyla na nią karę i zamienia w słup soli…

Wspominałam już, iż z pewnością nie wykazywał się on wcale ani żadnym miłosierdziem, ani też litościwą naturą, albowiem zwykle wykazywał on coś wręcz skrajnie przeciwnego. Jako, że odwołując się chociażby do Starego Testamentu tylko, wyłania nam się obraz Boga okrutnego, bezlitosnego i mściwego, który bezlitośnie pali Sodomę i Gomorę; który zsyła na cały ludzki ród niemalże oraz większość zwierząt, roślin i innych stworzeń żywych srogą karę – potop i śmierć w jego skutek; który to kosztem innych narodów wywyższa naród żydowski jako naród wybrany, a jego wszystkich wrogów topi w morzu; który dalej, zsyła żydom mannę z nieba, a nawet zatrzymuje słońce, tylko po to, by armia żydowska w glorii Victorii miała sposobność, aby brutalnie wymordować nim zapadnie noc, już całkiem bezbronne ledwie niedobitki z wrogiej armii.

Bóg, u którego rzezie, masowe mordy, rabunki i gwałty spotykają się z pełną akceptacją oraz aprobatą, o ile tylko przebiegać one będą zgodnie z jego boskimi prawami, jakie narzucił ludziom, niczym tyran, bez możliwości jakiejkolwiek ich negacji, podważania, a nawet wszelkiej dyskusji. Bóg, który zupełnie się nie liczy i za nic sobie ma miejsce, jakie zajmował uprzednio w hierarchii społecznej winowajca i bez względu na to , zsyła każdemu jednakowo straszną i okrutną karę za choćby najmniejsze przejawy jakiejkolwiek niesubordynacji, względem tych jego praw czy woli: za jeden, mały przejaw małej wiary Mojżesza kara zapowiadając mu śmierć; żonę Lota tylko za to, że okazała niesubordynację jego nakazom, obejrzawszy się, by spojrzeć na konającą w zgliszczach Sodomę, kara okrutnie, zmieniając w słup soli. Zaś sam Nietzsche pisze w Tako rzecze Zaratustra, wkładając w usta Zaratustry następujące słowa:

[…] Za młodu był ów Bóg ze wschodnich krain twardy, mściwy i piekło sobie zbudował ku rozkoszy swych ulubieńców […][9].

A dalej pisze zaś:

[…] Jednakże on – wszak wiesz o tym, stary kapłanie, coś z waszego, kapłańskiego zachowania było w nim – był wieloznaczny. Był też niewyraźny. Jakże gromił on nas za to gniewem pałający, żeśmy go źle pojmowali! Lecz czemuż nie przemawiał dobitniej? […][10].

potop_noe_okrutny_stary_bog
Bóg, którego protekcję można utrzymać jedynie za cenę bezwzględnego posłuszeństwa oraz wiernego trzymania się wszystkich jego wielce rygorystycznych praw, nakazów, rozkazów i zakazów, na podobieństwo systemu totalitarnego i tyrana, który trzymał twardo i bezlitośnie pod butem swych poddanych – niewolników, dzierżąc władzę absolutną nad nimi i ich całym życiem, dysponując w pełni i do woli ową absolutom dominium. A wszystkie owe rygorystyczne prawa, nakazy czy zakazy starego Boga są niestety dla Człowieka współczesnego już niemal całkiem niezrozumiałe, i dawno temu utraciły swój wszelki sens oraz moc, umierając wraz ze starym Bogiem…
cel_stworzenia_religii
Odwołam się jeszcze ściśle do słów przytoczonych w powyższym cytacie. Jako, że wnoszą one niezmiernie wiele światła do mej próby rekonstrukcji całej omawianej tu przeze mnie koncepcji Nietzschego.

Niezaprzeczalnie z cytowanych powyżej słów filozofa, wyłania nam się ów stary Bóg, który był jednocześnie Bogiem niezwykle srogim i okrutnym, jak i też zarazem życzliwym. A co więcej, uwidaczniają nam one, iż, o dziwo, powodem, który stał za możliwością jego prezencji – mówiąc nieco archaicznym językiem – w ludzkim świecie oraz świadomości, było to właśnie, iż nigdy nie składał on żadnej deklaracji swego miłosierdzia, ani tego, że będzie on w ogóle miłosierny! Ówczesny człowiek nie mógł absolutnie tym samym oczekiwać od niego tego miłosierdzia, a jedyne, co było mu wolno, to okazywać swemu Panu wdzięczność za zsyłane łaski, czyli jak to określił Żelazny – za „życiowe powodzenie”.

Co jednak stanowiło sedno upadku i śmierci owego srogiego i okrutnego, starego Boga?

Żelazny podaje tu niezwykle słuszne w mym mniemaniu wyjaśnienie, uzasadnione racjonalnymi i mocnymi argumentami, którymi to z tejże racji pozwolę się podeprzeć w mym dalszym wywodzie.

Najsampierw, warto podkreślić pełną przekąsu ironię, wetkniętą, jak szpila w historię izraelitów, która sprawiła, iż ów „czas wielkości” narodu wybranego, tymczasem okazał się być w rzeczywistości, czasem jego wielkiego upadku. Żelazny źródeł tego upadku dopatruje się, primo w ekspansji znaczenia i wpływów kleru, a co doprowadziło z kolei do zastąpienia tej najświętszej „woli bożej” substytutem, jaki stanowiła wola owego rosnącego w potęgę kleru. A wydarzenia dalej potoczyły się mianowicie jak następuje. Oto Kapłan, pretendujący do rangi równej staremu Bogu i najlepiej, także uzyskania należnej mu dotychczas władzy absolutnej, aby zrealizować swe, dość megalomańskie, jak dla mnie, zapędy i aspiracje, oblekł w formę swe własne, nowe „boskie prawa”, ogłaszając je prawami najwyższymi i niepodważalnymi, na równi z dotychczasowymi, boskimi, które to ponoć miały pochodzić od samego Boga, lecz dla autorki jest to kwestia i wątpliwa, i kontrowersyjna, i sporna, a też i dość mało wiarygodna.

Tym niemniej, nie zagłębiając się w zbędne dywagacje natury ateistycznej, wróćmy do meritum. Tak więc oto, ów Kapłan, sporządza normy i prawa, z wielką surowością, pedantycznie określające z dokładnością od wielkich po małe podatki wszelkie, jakie to należy, a wręcz jest absolutnie konieczne, jemu płacić – a w sumie to raczej „na niego” płacić i łożyć, i to podobnie jak do dziś – zupełnie za nic w zamian oczywiście! Jak to wielce zabawnie wytyka tu Żelazny, za niewybaczalny grzech uznaje się również zapominanie, iż Kapłanowi należą się, tylko te najlepsze kąski od stada swych posłusznych baranów – choćby mięsa, bo – jak to z przekąsem stwierdza Żelazny: „kapłan żre beefsteaki” – o dziwo w tej kwestii akurat, nie zmieniło się absolutnie nic, aż po dzień dzisiejszy, mimo tylu tysiącleci, jakie upłynęły już od początku naszej ery i czasów chrześcijańskich, ku mej najgłębszej rozpaczy, dodać muszę.

Następnie ów Kapłan, sformułował listę wszelkich dóbr, władz czy przywilejów, jakie mu się należą i jakie pragnie posiadać, a co już absolutnie karygodne i oburzające – uznał tę dotychczas panującą „wolę bożą” za nic nie warty stek bzdur, więc miast niej sformułował nową, własną „wolę bożą” – oczywiście podporządkowaną wyłącznie jego dobru, wygodzie, wszelkim jego korzyściom oraz profitom, jak też mającą na celu zapewnienie owemu Kapłanowi możliwie największej władzy i wpływów, jak też bogactwa, dostatków i w służbie tym podobnym odrażająco niskim, płytkim, przyziemnym i niecnym celom, jakie to, a die miały zastąpić wszelkie wartości, cele czy idee zawarte w Starym Testamencie, i stanowiące najwyższe prawo oraz wartość, jako nadane bezpośrednio przez samego starego Boga, nim nadszedł ów wiekopomny moment śmierci Boga.

Ponadto, ów nowy, samozwańczy substytut Boga i boskich praw, jakim był ów Kapłan – a konkretnie mówiąc – przedstawiciele kleru i władz instytucji Kościoła – ustala i określa cały panujący ład życia oraz jego wszelkich spraw, dopasowując ich funkcjonowanie tak, by Kapłan stał się niezbędną personą w zupełnie wszystkich sferach i aspektach ludzkiej  egzystencji oraz naturalnych w życiu człowieka wszelkiej maści wydarzeń, jak choćby narodziny, choroba czy śmierć, a już nie mówiąc o ofierze – a więc podług  Żelaznego „wieczerzy” – gdy to w każdym jednym przypadku musi wedrzeć się tamże, persona świątobliwego Kapłana –  więc współcześnie mówiąc kleryka, jako członka kleru – by je niby w języku kleru i tejże wypaczonej religii: „uświęcać” swą obecnością, czy też w inny, równie irracjonalny, niepojęty i bezzasadny sposób, a zaś mówiąc językiem czy to nauki, czy to choćby i tym potocznym, o ile tylko formułujemy w nim treści logicznie i racjonalnie – znacznie bardziej akuratne, trafne i bliższe rzeczywistości raczej będzie tu, określenie tego celu jako – jak to trafnie ujął Żelazny – ich „wynaturzenie”.

Owe „czasy wielkości” w historii narodu wybranego były czasami wielkiej i donośnej przemiany, nie tylko stosunku do starego Boga, ale i samej jego persony, czy też można by rzec – boskiej personifikacji niejako oraz jej czy jemu wszelkich właściwych przymiotów, cech lub mocy itp., a czego tragicznym skutkiem była podług Nietzschego właśnie owa śmierć Boga, w skutek morderstwa, jakie popełnił na nim Człowiek epoki chrześcijańskiej – jako reprezentacja całej rasy ludzkiej. Przemiana ta bowiem z początku była dwoistej natury, jako że z jednej strony w przypadku pozytywnych efektów działań ludzkich, stopniowo czyniła Boga przedmiotem ludzkiej wdzięczności oraz bazą, dla jego ufności we własne siły.

Jednakże z drugiej strony, powodowała, iż stawał się on zarazem również i bodźcem, wywołującym u człowieka negatywną refleksję nad postępowaniem, jakie dotychczas było przyjęte w przypadku jakiegoś nieszczęścia. Jednak owa niby „racjonalność” niejako, kierująca tą dwoistością, z czasem poczynała się, co raz bardziej zacierać i gubić wprost proporcjonalnie do wzrostu ogólnie kapłanów, jako instytucji kapłaństwa (a obecnie – kleru i kleryków, jako kadry i władz instytucji Kościoła katolickiego).

Doprowadziło to także do narzucenia przez kler nowej, oficjalnie obowiązującej religii, odmiennej aniżeli ta, jaka np. została ustanowiona wcześniej w Starym Testamencie, i która pełniła funkcję oficjalnej religii w epoce przedchrześcijańskiej, nim narodził się chrześcijanizm. Jednakże kapłani, czy też później kler, zdetronizowali ową uprzednią, oficjalną religię, narzucając nową, własną, podług której to, wola Boga nakazuje wiernym przekazywanie dóbr materialnych kapłanom, a co do dziś w większości pozostało bez większych zmian poza pewnymi wyjątkami.

To z kolei powodowało, co raz większe odrealnianie religii, czyli utratę kontaktu z rzeczywistością, mówiąc słowami Żelaznego, jako że taka forma przestrzegania owej nowej „woli boskiej”, oczywiście nie powodowała w żadnym wypadku, jakiejkolwiek realnej poprawy sytuacji, ani też losu posłusznego ofiarodawcy, a wręcz całkiem przeciwnie przeważnie, jak mniemam. Lecz by zagłuszyć tę świadomość u swych wiernych „owieczek”, „chytrzy” kapłani zastosowali z kolei inny, niezwykle cwany fortel, a właściwie formę psychomanipulacji, czym było wprowadzenie przez nich kolejnego, nowego sofizmatu – a który, jak już pisałam, stanowi ogólnie pewne rozumowanie pozornie poprawne, ale w istocie zawierające rozmyślnie utajone błędy logiczne, a tym samym stanowił on po prostu celowy wybieg, mający na celu wprowadzenie w błąd wiernych i przymuszenie ich do posłuszeństwa wobec władzy instytucji kapłaństwa, czy też kleru i Kościoła.

kaplan_chytry_kasa_fiskalna - Kopia

„(Crimine) Ab uno disce omnes”

chytrzy_kaplani_sondaze - Kopia

kaplan_klepiacy_biede - Kopia

 

Sofizmat ów mianowicie, narzucał nowe pojęcie Bkaplan_makler - Kopiaoga, jako istoty, która to miała z kolei objawiać swą moc człowiekowi nie w trakcie życia doczesnego na ziemi, lecz dopiero w zaświatach, a więc po śmierci – jaka to została obarczona wizją wspaniałej nagrody, bądź okrutnej kary, jaka wymierzona po niej zostanie za wszelkie ludzkie postępki, uczynione za całe jego życie doczesne.

A tym samym, udało się kapłanom odroczyć chęć gratyfikacji za ofiarowywane im przez wiernych dobra doczesne i stłumić ją w swych owieczkach skutecznie za ich życia. Owe zaświaty, gdzie to Bóg miał dopiero okazać człowiekowi swą moc, i gdzie czekała nań dopiero nagroda lub kara za swe doczesne uczynki, były zaś przeciwstawiane – jak to pisze Żelazny:

„[…] wszelkim niedoskonałościom świata doczesnego”[11].

I tak oto mija czas panowania owego starego Boga, Boga, który był obecny tu i teraz, i który tu w życiu okazywał swą moc swym wiernym – obdarowując pomyślnymi i niepomyślnymi wydarzeniami. Zaś na jego tronie zasiada następca – jak to określił Żelazny – ów „Bóg – lichwiarz”. Określenie to jest zasadne choćby dlatego, iż okazując swą moc dopiero w zaświatach, niejako podpisuje on in blanco zupełnie dowolną liczbę weksli, za które jednak należnej płatności nie realizuje za życia doczesnego, lecz dopiero właśnie w owych zaświatach – czyli po śmierci. Nie sposób zaprzeczyć, iż wyraźnie trąci to lichwą.

Nowy Bóg – lichwiarz, wraz z objęciem panowania, zabrania ludziom w życiu doczesnym żądania czegokolwiek od niego, a nakazuje im jedynie dawać, tak by w owym „życiu wiecznym” w zaświatach, odebrali oni sobie dopiero wszystko niby z procentem. Zabawne, że to co, dawali w życiu doczesnym, w zaświatach nie ma żadnej adekwatnej wartości, a tam w zamian odbierają ową zapłatę w formie zupełnie innej aniżeli oni sami dawali, i której nie sposób nijak uznać za równowartość tego, co dali.

Nietzsche również w Antychryście, pisze zaś o tymże nowym Bogu tak:

[…]Bóg, który wymaga, — zamiast Boga, który pomaga, który użycza rady, który w gruncie rzeczy jest wyrazem na wszelką szczęśliwą inspiracyę odwagi i ufności w sobie . . . […][12].

Lecz wciąż bez odpowiedzi pozostaje inne pytanie, jako że owszem Bóg umarł, lecz kiedy mianowicie umarł?

W tej kwestii Nietzsche nie ma absolutnie żadnych wątpliwości. Podług jego opinii bowiem jest oczywiste, iż Bóg umarł w momencie, gdy zesłał na ziemię swego syna, by ów umarł dla odkupienia ludzi – i razem ze swym synem skonał on na krzyżu, a co dla filozofa było równoznaczne z kresem ziemskiej bożej mocy.

To doniosłe wydarzenie miało naturalnie równie doniosłe konsekwencje, które odbiły się szerokim echem na dziejach ludzkości, a echo to nie milknie nadal, aż po dzień dzisiejszy.

Jedną z bardziej doniosłych konsekwencji tegoż wydarzenia, stanowi primo sama owa metamorfoza Boga, i secundo – metamorfoza obrazu Boga, czyli tego jak zmienił się sposób, w jaki ilustrowała go historia ludzkości. O ile bowiem doskonale ilustrowała ona nawet moc owego starego Boga – despoty, o tyle po zmianie w ilustrację nowego, litościwego Boga, nieuchronnie stać się ona musiała – jak to wyraził Żelazny – „[…] czystym urągowiskiem”.

Podług Nietzschego jeszcze w finalnej fazie swego żywota, ów Bóg – despota niejako miał się bowiem zestarzeć, a o czym sam filozof pisze następująco:

[…] stał się miękki, kruchy i współczujący, raczej do dziadka podobny, niźli do ojca, zaś najpodobniejszy do starej chwiejącej się babki. I oto siedział na zapiecku, pełen zgryzoty, spowodowanej słabością nóg, światem i wolą własną umęczony i udusił pewnego dnia nadmiarem litości. […] Zbyt wiele nie udało się temu garncarzowi, co wprawy jeszcze nie nabrał! Że jednak mścił się na garnkach i stworzeniach swych za to, że mu się one nie udały, – to było grzechem przeciw dobremu smakowi[13].

Z kolei za ostatnią fazę upadku żydowskiego Boga filozof uważa właśnie religię chrześcijańską – jej pojawienie się i rychłą ekspansję.

Wówczas to bowiem, ów starotestamentowy Bóg, zostaje zdegradowany do rangi ledwie bezwolnego narzędzia w rękach kapłanów, i a die jest to już ledwie – cytując Nietzschego: „[…] Bóg jako posługacz, jako listonosz, jako przestrzegacz kalendarza […]”[14].

Tym niemniej o dziwo, ów litościwy chrześcijański Bóg mimo, iż został w swej marności pozostawiony sam sobie na pastwę losu, to i tak jakimś sposobem, ostał się dłużej w historii ludzkości, która przecież nie jest ze swej Natury wcale a wcale litościwa, niż można by się spodziewać. Co więc ocaliło tę jego bytność?

I tu Nietzsche również nie ma żadnych wątpliwości, iż było to nic innego, jak owa słynna, aczkolwiek paradoksalnie – „pogańska” niejako – metafizyka platońska, która to przyszła mu z odsieczą, niosąc pomoc, ale i ocalenie. Albowiem ona to dała świetne usprawiedliwienie dla jego lichej bezsilności – ideę dobrego świata prawdy absolutnej, który przeciwstawiała nie inaczej, jak właśnie owej pełnej fałszu doczesnej rzeczywistości. Dla Nietzschego, poniekąd to właśnie owa doktryna Platona mimo, że antyczna, a więc niejako „pogańska” można by rzec, stanowi realne źródło, z którego wypływa cała religia chrześcijańska, a nie działalność Jezusa Chrystusa w żadnym wypadku, jak to głosi obiegowa opinia. Sam filozof pisze zaś na ten temat następująco:

[…] W złowrogiej tragedyi chrześciaństwa jest Plato ową »ideałem« zwaną dwuznacznością i fascynacyą, dla której szlachetniejsze natury starożytne przestawały rozumieć siebie i wstępowały na p om o s t, wiodący do »krzyźa« . . . A ileż to Platona tai się jeszcze w pojęciu »kościoła«, w strukturze, systemie i praktyce kościoła! […][15].

Z tym, że doktrynę Platona od religii chrześcijańskiej odróżnia jedna, aczkolwiek esencjonalna i zasadnicza różnica. Albowiem, nawet w doktrynie Platona mimo, że postulowała ona owo – jak to ujmuje Żelazny – „ […] odrzucenie świata empirycznego pozoru i zwrócenia się ku idei najwyższego dobra […]”[16], to wciąż warunek konieczny stanowiło tu, by odbywało się to w całości – na drodze poznania ratio, a więc rozumowego. Chrześcijaństwo zaś, jak wiadomo powszechnie, odrzuca całkowicie także i ów rozum, jako że postuluje w zamian ideę niejako „czystej wiary” – a więc nie pojmowanej rozumowo, poprzez owo ratio, lecz – mówiąc szczerze – po prosu irracjonalnej wiary na słowo – czyli kolokwialnie mówiąc: tylko dlatego, że ktoś tam kiedyś powiedział „bo tak jest i już!”, jakkolwiek wielce by to nie narażało tej religii na śmieszność.

Sam Nietzsche określa to w sposób mniej eufemistyczny, nazywając rzeczy po imieniu stwierdza on, iż jest to po prostu nic innego, jak wyniesienie głupoty ponad rozum, gdyż – cytując za filozofem: „[…]że wiara gór nie przenosi, lecz owszem góry osadza tam, gdzie żadnych niema[…]”[17]. Wspomnę dla dodania nieco pikanterii, iż dalej dodaje on tamże, zresztą jakże wielce sarkastycznie, iż: „[…]o tem poucza nas przelotne przejście się przez dom wariatów”[18]. I jakże tu nie kochać namiętnie genialnej myśli filozoficznej Mistrza Nietzschego? Dla mnie osobiście – absolutnie nie sposób nijak!

Wróćmy jednak do meritum. W tym momencie wywodu bowiem, nasuwa się uporczywie kolejne, równie ważkie pytanie o to, kim według Nietzschego był w takim razie ów Jezus i jaką rolę odegrała ta – skądinąd nieco baśniowa czy mityczna, jak dla mnie osobiście – biblijna postać, nie tylko w całej religii chrześcijańskiej, ale i całej historii ludzkości po urodzeniu Chrystusa.

post_mortem_dusza_na_rozdrozu

„Comedamus et bibamus cras enim moriemur”

Poszukiwania odpowiedzi na powyższe pytanie, jaką udzielił sam Nietzsche w swej twórczości, mogą nastręczyć wiele trudności, a nawet wręcz zdać się być również owym crux interpretum, lecz mimo, to postaram się zgryźć tu nawet i tak twardy orzech.

Kimkolwiek Jezus był, dla Nietzschego pewne jest to, kim Jezus nie był – a mianowicie, dla filozof nie był on z pewnością chrześcijaninem. Co więcej, nawet jeśli by hipotetycznie założyć, iż jednak nim był, to wówczas staje się niemożliwe określenie mianem chrześcijanina jego wyznawców i religii, jakiej ma on być ponoć twórcą i założycielem.

To skądinąd kontrowersyjne i obrazoburcze twierdzenie Nietzschego, sam filozof wyjaśnia następującymi słowami w swym Antychryście:

[…] już słowo »chrześcijaństwo« jest nieporozumieniem —, w gruncie istniał tylko jeden chrześcijanin i ten umarł na krzyżu. »Ewangielia« umarła na krzyżu. Co od tej chwili zwie się »Ewangielią«, było już przeciwieństwem tego, co on przeżył: »złą nowiną«, dysangelium. Jest to fałszywe aż do niedorzeczności, jeśli się znamię chrześcijanina widzi w »wierze«, może w wierze w zbawienie przez Chrystusa: jedynie p r a k t y k a chrześcijańska, życie takie, jakie zmarły na krzyżu przeżyw a ł , jest chrześcijańskie…[…][19].

I o dziwo, znając całokształt stanowiska Nietzschego względem religii chrześcijańskiej oraz Boga, akurat ta postać, w odróżnieniu od samego chrześcijańskiego Boga, spotyka się u niego wyjątkowo z raczej dość pozytywną opinią, oceną czy osądem, a nawet rzec by można, iż z pewną przychylnością filozofa dla tejże postaci, a zwłaszcza działalności Jezusa z Nazaretu, która to spotyka się z bardzo pochlebnymi poglądami, ferowanymi przez Nietzschego, choćby we wspomnianym powyżej Antychryście.

W działalności tejże dopatruje się filozof mianowicie, niejako swoistej próby niwelacji obecności obu tychże Bogów – zarówno starotestamentowego Boga – despoty, jak i tego nowożydowskiego „płodu”, jakim był ów nowy Bóg – sługa, który służyć miał wyłącznie kapłanom i ich interesom. Albowiem ów jedyny chrześcijanin, podług Nietzschego miał zgoła odmienny program, aniżeli te, które dotychczas istniały w religii tak ogólnie. Jak sam filozof pisze, jego programem była bowiem: „[…] Nie wiara, lecz czynienie, przede wszystkiem nie czynienie wielu rzeczy, inne b y c i e . . . […]”[20].

Co więcej, ów nietzscheański Jezus, zyskuje też pewną niezwykle istotną świadomość dwóch, newralgicznych dla religii kwestii. Oto bowiem staje się dla niego jasna i klarowna absurdalność tejże chrześcijańskiej wiary, a więc wiary w tego nowego Boga – lichwiarza, w tego Boga niejako „zaświatowego”, jak to trafnie ujął Żelazny. A tym samym, zyskał on również świadomość innego, równie newralgicznego, faktu. Oto bowiem, symultanicznie równie jasna i klarowana, stała się dla niego także i ta jałowa bezcelowość, podejmowania jakichkolwiek prób powrotu z kolei, do tej starej wiary, a więc prób powrotu do wiary w owego starego Boga – despotę. Zaś Jezus wraz ze swym zstąpieniem na ziemię, przynosi ludziom oraz ludzkości zgoła odmienną, nową „Dobrą Nowinę”.

Obala ona stary ład, głosząc, iż wszyscy ludzie są dziećmi bożymi, a tym samym czyniąc ludzi równymi Bogu, zaś los ich składa w ich własnych rękach, czyniąc odpowiedzialnym za ów los, wyłącznie ludzką istotę – dotychczas tak marną, słabą i lichą, całkowicie zależną od boskich kaprysów – odtąd zaś mianuje Panem własnego Losu. Jezus dokonuje zarazem całkowitej dewaluacji owych lichwiarskich weksli, wystawianych człowiekowi za życia doczesnego, które a die ma być nie jedynie środkiem do osiągnięcia owego „zaświatowego ideału”, jak to określił Żelazny, lecz nabiera wartości właśnie Tu i Teraz.

Z kolei w innym dziele Nietzschego, w jednej z notatek, a której treść pozwolę sobie tu przytoczyć za Żelaznym z uwagi na jej istotność dla tego wywodu, na temat dokonań Nazarejczyka czytamy, iż:

[…] Jezus przeciwstawił zwykłemu życiu życie rzeczywiste, życie w prawdzie – nic nie jest mu dalsze, niż prostacki bezsens „uwiecznionego Piotra”, wiecznego trwania osobowego. To, co zwalcza, to panoszenie się „osoby”, jakże mógłby chcieć ją właśnie uwiecznić? […][21].

Poczynię tu małą dygresję odnośnie powyżej zacytowanych słów, gdyż nasuwają mi one pewne uporczywe skojarzenia, związane właśnie z przesłaniem Jezusa, jakie to zawarte jest między innymi w Nowym Testamencie. Skojarzenie tu niejako prymarne czy nadrzędne, z którego zaś wypływają dalsze, inne me uporczywe skojarzenia, stanowią same słowa Jezusa, w których obala on, nie tylko owo trwanie osobowe i wszelkie personifikacje czy uosobienia postaci boga, bądź też świętych – a tym samym oddawania czci figurom, ikonom czy obrazom tych uosobień, lecz zarazem, także i sam kościół jako ów Dom Boży, ale i po trochu również jako instytucję, oraz bardziej ogólnie – konieczność wznoszenia świątyń, ołtarzy czy innych miejsc kultu religijnego, a więc naturalnie tym samym, także kapłanów pełniących w nich funkcję, że się tak wyrażę – boskiego namiestnika na ziemi, czyli niejako lidera, przywódcy, czy też duchowego guru wyznawców tejże religii, a też w pewnym sensie „boskiego wybrańca”, którego to Bóg uprawnił do odprawiania obrządku religijnego i innych elementów kultu, udzielania sakramentów świętych, oraz sprawowania i wykonywania boskiej władzy, a także egzekwowania boskich praw i przykazań na ziemi w życiu doczesnym.

A mianowicie, chodzi mi o dość słynne słowa Jezusa, w których stwierdza on, iż jego (jako Boga) ludzie znajdą wszędzie – pod każdym kamieniem i w każdym źdźble – a nie jedynie w kościołach, świątyniach czy innych miejscach kultu religijnego, jak to wpajali ludziom interesownie kapłani – on jest bowiem wszędzie, więc człowiek może znaleźć go też wszędzie, w każdym dowolnym miejscu, obiekcie czy sytuacji, gdyż jest on właśnie takowym tworem bezosobowym, co potwierdza zresztą powyższe twierdzenie Nietzschego – czyż w ten sposób Jezus nie chciał zwalczyć właśnie owego panoszenia się „osoby”?

Co oczywiste, w ten sposób zanegował on, również sens istnienia i rację bytu wszelkich kościołów, świątyń i innych miejsc kultu religijnego, wraz z ich kapłanami oraz – że tak bowiem – „bałwochwalczymi cielcami”,  czyli wszelkimi posągami, figurami, ikonami, obrazami itp., które stanowią nic innego, jak właśnie pewną formę uosobienia Boga, boskiej mocy czy też owego Sacrum, tak ogólnie, nadając tym bytom – a przynajmniej podług teorii Nietzschego – miast owego „wiecznego trwania osobowego”, postać o wiele doskonalszą i bliższą owego tzw. Absolutu – bezosobową, a wręcz niematerialną moc boską, która jest wszędzie i we wszystkim, napełniając sobą cały ten świat, wszystkie jego twory i stworzenia, staje się do bólu prawdziwie owym Absolutem, do cna prawdziwą Alfą i Omegą…

klechy_balwochwalstwo_oltarz

Cielce złote i bałwochwalstwo na złotych ołtarzach ofiarnych czynione ….

Lecz dość już snucia dygresji, pora powrócić do tego, co w tym wywodzie stanowi problem najistotniejszy.

Pozwolę sobie więc, jeszcze wrócić na chwilę do dzieła Nietzschego, z którego pochodził uprzednio tu cytowany fragment, dotyczący postaci Jezusa z Nazaretu, jako że możemy się z niego dowiedzieć jeszcze nieco więcej a propos chrystianizmu i jego idei, jakiej krzewienie Nietzsche przypisuje Jezusowi. Albowiem, z kolei w innej tamże notatce czytamy, iż co więcej chrystianizm – a przynajmniej ten postulowany przez Jezusa – zawierał prócz tego, także idee wykraczające poza sferę religii, duchowości czy wiary, obejmujące bardziej świeckie obszary życia, jak choćby państwowości, narodowości, prawa, ustroju, a nawet kwestii społecznych.

A konkretnie, treść tejże notatki  na temat owych idei chrystianizmu dostarcza nam informacji, iż zawarto w nim idee, które postulować miały unieważnienie i likwidację wszelkiej państwowości właśnie. A co naturalne, w tym również likwidacji też takich jej elementów, jak obowiązek służby wojskowej czy prawodawstwo, a z kolei w sferze społecznej państwowości, wraz z nią likwidacji zaś podlegać miały także różnice, zarówno te społeczne, czyli inaczej stanowe, jak i narodowościowe. Co więcej, dalej notatka ta, informuje nas o znacznie bardziej radykalnych ideach Nazarejczyka. Mianowicie, dowiadujemy się, iż domagał się on ponadto likwidacji czy zniesienia, nie tylko państwowości ogółem, lecz nawet owego fenomenu samego w sobie, jaki stanowi elementarna komórka społeczna, czyli społeczeństwo.

Oto bowiem, realizuje on swój cel, budując na miejsce dotychczasowego społeczeństwa, zupełnie nową, chrześcijańską społeczność, w której to otaczać go będą odtąd jej członkowie, o nieco wątpliwej reputacji można by rzec, o niskim statusie społecznym, dotąd wzgardzeni, ci ostatni, lecz teraz oto mają się oni stać pierwszymi – grzesznicy, prostytutki, trędowaci, głupia tłuszcza i pospólstwo, wzgardzeni zostają teraz z kolei ci bogaci, cnotliwi i uczeni, na samo dno hierarchii społecznej strąceni ze szczytu – tak oto pierwsi zaś, stają się ostatnimi, zgodnie z nauką, jaką to ongiś miał ponoć wygłosić Jezus do swych apostołów.

Tak oto Jezus proponuje ludziom całkiem nową praktykę. Niestety tejże, jakże istotnej kwestii, Nietzsche w swych pismach poświęca stosunkowo mało miejsca, jak też uwagi, mimo, iż obfitują one zwykle w drobiazgową krytykę chrześcijaństwa, nawet tę zgoła niezbyt istotną. Aczkolwiek pewne wzmianki odnośnie tejże kwestii istnieją w rozprawach Nietzschego. Jak chociażby, we wspominanym już Antychryście, gdzie w jednym z fragmentów czytamy, iż:

[…] Jeśli cośkolwiek rozumiem z tego wielkiego symbolisty, to to, że tylko wewnętrzną rzeczywistość brał za rzeczywistość, za »prawdę«, — że resztę, wszystko, co naturalne, czasowe, przestrzeniowe, historyczne, rozumiał tylko jako znak, jako sposobność do przenośni […][22].

Jak podkreśla Żelazny to, iż filozof pisze o owej wewnętrznej rzeczywistości, nie jest w żadnym wypadku równoznaczne z naiwną metafizyką, jako że w cytowanym dziele ledwie stronę wcześniej filozof stwierdza, iż:

[…] Nie potrzebował on już żadnych formuł, żadnego obrządku dla obcowania z Bogiem — ani nawet modlitwy. Zerwał z całą żydowską nauką pokuty i pojednania; wie on, że jedynie w p r a k t y c e życiowej czuje się człowiek »boskim«, »szczęśliwym«, »ewangielicznym«, każdego czasu »dzieckiem Boga«. Nie »pokuta«, nie »modlitwa o przebaczenie« jest drogą do Boga: jedynie praktyka e w a n g i e l i c z n a wiedzie do Boga, ona właśnie j e s t »Bogiem« […][23].

Nie jest rzeczą dziwną wcale, finalna konkluzja Nietzschego, jaką wysnuwa on rozprawiając o owych „chrześcijańsko – dostojnych wartościach”, a w której to stwierdza mianowicie, iż to „[…]dopiero my, my duchy oswobodzone przywróciliśmy do dawnego stanu to największe przeciwieństwo wartości, jakie istnieje!”[24].

Natomiast zrealizowanie marzenia Jezusa o Nowym Człowieku, który miał nadejść, okazuje się być niemożliwością. A tym samym on sam – Jezus z Nazaretu – czyli niejako ów „jedyny chrześcijanin” oraz „jedyny nie z tego świata”, zostaje skazany na nieuchronny finał swego życia na krzyżu.

Ponadto sam Nietzsche usiłuje niejako pełnić funkcję rzecznika owej nowej praktyki życiowej. Łatwo zauważyć to, jak wielkim podziwem darzy on Jezusa, a w zasadzie reprezentowaną przez niego postawę, zaś sam filozof aż do swych ostatnich świadomych chwil pokłada głęboką wiarę w to, iż zdoła dokonać to, czemu nie podołał Nazarejczyk – wyhodować Nowego Człowieka.

I dopiero ledwie tuż przed tym, gdy traci on świadomość, uzmysławia sobie ową jakże okrutną prawdę o swym losie, zrozumiawszy, iż jego samego czeka również jedynie droga na krzyż… Nietzsche zaś sam daje temu wyraz na pewnej dość słynnej kartce pocztowej, adresowanej do Georga Brandesa, z dnia 04 stycznia 1889 roku, gdzie to pisze następujące słowa – jak cytuje Żelazny: „Przyjacielu George! Skoro mnie odkryłeś, znaleźć mnie nie było sztuką! Trudnością jest teraz mnie zgubić. – Ukrzyżowany”[25].

Podejmując się próby interpretacji sensu tejże, jednej z ostatnich zresztą, wypowiedzi filozofa, można by go interpretować tak, jak to uczynił Żelazny w swym artykule, a mianowicie stwierdza on, iż:

[…] nie jest sztuką odkryć ukrzyżowanego ani chyba nawet wynieść go na ołtarze, sztuką jest zgubić go, tzn. zmienić sytuację duchową, w której każde pokolenie Europejczyków gotowe jest ukrzyżować go po raz drugi[26].

Uzasadnienie tego stanowić może zaś pewne spostrzeżenie Karla Jaspersa, który stwierdza następującą zależność:

[..] Ponieważ Jezus według Nietzschego nie jest źródłem chrześcijaństwa, lecz tylko środkiem – obok innych – zastosowanym przez chrześcijaństwo, to odwrócenie prawdy Jezusa z góry jest radykalne[27].

A tymczasem sam Nietzsche w chwili utraty świadomości zyskał już wiedzę o tym, iż nie będzie mu dane zostać naocznym świadkiem owych „narodzin człowieka”, a zaś z cytowanej powyżej kartki pocztowej, jasno wynika, iż ponadto przewidywał on również możliwość spożytkowania jego myśli, właśnie „jako środka pomiędzy innymi środkami”.

Czyż jednak sztuką jest sławienie czy wychwalanie samego Nietzschego, jako owego krytyka starego ładu i „proroka” nowego, jak to czynił na przykład Brandes, gdy jako pierwszy prowadził wykłady z filozofii Nietzschego? Na to pytanie odpowiedzieć należy dobitnie „Nie!”, nawet mimo uznania zasług i doniosłości Nietzschego oraz owej odegranej przez niego roli. Albowiem, jak to celnie stwierdza Żelazny, prawdziwą sztukę stanowi coś zgoła odmiennego: dokonanie takiej przemiany świata, by zarówno owa krytyka, jak i wszelkie proroctwa, stały się zupełnie zbędne.

Co się zaś tyczy samego chrześcijaństwa, to warto zauważyć, iż primo jest ono niejako splatonizowaną doktryną, która to od imienia Chrystusa przybrała swą nazwę. A co najistotniejsze, to secundo, bazuje ona na pewnym konkretnym toku rozumowania, a który ująć można by następująco:

– Tak więc najsampierw, Bóg przybiera ludzką postać i jako człowiek ponosi śmierć na krzyżu;

– Następnie zaś, miał on jakoby zmartwychwstać i przenieść się w owe „zaświaty”;

– Stamtąd z kolei, ma on powrócić dopiero w chwili końca świata.

I to tutaj właśnie Nietzsche dopatruje się źródeł owej rzekomej „martwoty Boga” – jak to ujmuje Żelazny – a właściwie to bardziej źródła utrzymania czy trwania nadal w świecie, owego martwego Boga. Tu pojawia się z kolei, konieczność przyjęcia pewnych trzech założeń, z których każde doprowadzić ma nas do istotnej konkluzji, odnośnie istoty Boga.

Mianowicie, przyjmując jako pierwsze założenie, iż pewna istota nieskończenie miłosierna, ma wgląd we wszelkie ludzkie poczynania, czyli „uczynki”, dochodzimy do konkluzji, iż jest to istota bezsilna. Następnie, przyjmując za kolejne założenie, iż takowy wgląd posiadać by miała istota nieskończenie potężna, dochodzimy do wniosku, że owa istota jest zatem okrutna. Z kolei trzecie założenie, na którym to zresztą oparło się właśnie chrześcijaństwo, a podług którego, to owa moc wraz z miłosierdziem, mają niejako stanowić jedność w tychże „zaświatach”, ma wyrażać i stanowić symptom właśnie owej martwoty Boga, a to dlatego, że wówczas zarówno jego moc, jak i miłosierdzi,e mają się mieć do tego świata ludzkiego i empirycznego nijak – pozostają przecież poza nim, jako byt istniejący jedynie w owych „zaświatach”. Zaś utrzymanie bytności owego martwego trupa Boga w tym – to jest ludzkim i empirycznym – świecie, zostało jedynie kupione za cenę, którą stanowił ogromny wysiłek, jakiego dokładała teologia, filozofia oraz instytucjonalne formy religii, by podtrzymać tę bytność, niejako „boskiego trupa”. I zapewne ich wysiłek, nie był ani altruistyczny, ani też pozbawiony celu, a już tym bardziej nie da się ukryć, jak niskie pobudki często gęsto za nim się kryły.

A to wszystko nieuchronnie prowadzić miało do wydarzenia, jakie Nietzsche określa mianem największej tragedii w dziejach Europy. Co zatem stanowiło tak ogromną tragedię, jakiej nie mogła dorównać żadna inna dotychczasowa, a być może i późniejsza, tragedia?

Podług Nietzschego tragedię tę stanowiło, nie samo morderstwo, jakie popełnili ludzie na Bogu, lecz poniekąd, właśnie owo podtrzymanie bytności martwego Boga. Oto bowiem, po dokonaniu mordu, ów stary Bóg żydowski, jaki żył jeszcze w ostatnim okresie upadku kultury Izraela, ów Bóg – bankier, który nakazuje „tu i teraz”, a więc w życiu doczesnym, okazywać mu pokorę i wyrzeczenia, zaś na zapłatę za to, każe czekać aż do samego końca życia doczesnego, wypłacając ekwiwalent dopiero w „zaświatach” – czyli dopiero po śmierci i co istotne – w walucie zgoła odmiennej aniżeli ta, która ma jakąkolwiek wartość za życia człowieka, na „tym” świecie – ów Bóg lichwiarz uzyskuje ogromne wsparcie ze strony metafizyki platońskiej, a jego bytność czy istnienie zostaje podtrzymane i nie przemija, lecz wciąż trwa…

czuwanie_przy_lozu_martwego_trupa

„Contra vim mortis non est medicamen in hortis”

I tu wyłania się cała ohyda i perfidia tego mordu, jakiego dokonaliśmy na Bogu. Albowiem od teraz, nauka Jezusa zostaje ohydnie wypaczona i zaprzęgnięta w służbę celom, które u swego zarania potępiała i którym stawiać miała opór.  Tak haniebne wypaczenie nauki Jezusa, a więc i samego Boga, stanowiło zarazem jego kres – uśmiercając go swym spaczeniem.

Sama ta spaczona idea i nowy Bóg – lichwiarz wystawiający weksle, których spłaty dokonuje dopiero po śmierci, w „zaświatach”, budzi w racjonalnym, rozsądnym umyśle sprzeciw i oburzenie. A tym bardziej w umyśle ateistycznym, dla którego owe „zaświaty” oraz wszelkie życie po śmierci to ledwie mrzonka, twór wyobraźni rodem z bajek dla dzieci. Podobnie zresztą uważał sam Nietzsche, który zresztą nigdy nie krył się ze swoimi ateistycznymi poglądami i jawnie krytykował zarówno samą religię chrześcijańską, jak i jej instytucje takie, jak np. Kościół.  W Antychryście przykładowo filozof wyraża następujący pogląd o tym:

[…] Gdy się punkt ciężkości życia przeniesie n i e w życie, lecz w »zaświat« — w n i c o ś ć — to odbiera się życiu w ogóle wagę. Wielkie kłamstwo o nieśmiertelności osobowej niszczy wszelki rozum, wszelką naturę w instynkcie, — wszystko, co jest w instynktach dobroczynnego, popierającego życie, poręczającego przyszłość, budzi odtąd nieufność […][28].

Czyż można na te słowa nie przytaknąć z uznaniem i nie przyklasnąć prawdziwej mądrości, tak głębokiej myśli? Podług mego mniemania i tym razem również – absolutnie nie sposób bynajmniej!

Tym niemnie,j dla Nietzschego ów „Bóg – poręczyciel”, wcale a wcale nie stanowi jeszcze synonimu ostatecznego końca i upadku religii. Co więcej, w swym dziele Poza dobrem i złem wyraża nawet dość pozytywne opinie na temat religii, a konkretniej możliwości jej użycia, jako środka do podtrzymania łączności władzy z poddanymi, jakie stwarza ona tym „silnym, władczym i dostojnym” – a więc owym możnym, dzierżącym władzę, można by rzec. Poza tym, taki Bóg służy jeszcze jakimś celom, czy jak pisze Żelazny – „jeszcze coś podtrzymuje”. Aczkolwiek, ów cel nie budzi raczej ani uznania, ani poklasku, a bardziej zdaje się dość niski i podły.

Celem tym jest bowiem, stan rzeczy, w którym ów Bóg tych dostojnych ma sowicie obdarzać wszelkimi dobrami w życiu doczesnym, czyli niejako „tu i teraz”, za ich życia ziemskiego, zaś jedyne, na co liczyć może plebs, to obietnice miłosierdzia po śmierci – raczej płonne i bezwartościowe w życiu doczesnym oraz na „tym” świecie…. A tym samym, są to jedynie puste obietnice, a całe to jego miłosierdzie, jakim ma obdarowywać w zaświatach, staje się więc analogicznie zwykłym kłamstwem, z tym że kłamstwo to ma pewne znaczenie – często bowiem, odgrywa ono pewną niezwykle istotną rolę społeczną. Mianowicie, napędza pewien mechanizm społeczny, w którym to heretyków pali się na stosach, aby ofiarą z ich cierpienia (doczesnego naturalnie) wyjednać dla nich owo „wieczne zmiłowanie” – jak pisze Żelazny – a tym czasem kler pomnaża swe majątki „ku chwale bożej” i bogaci się kosztem najbiedniejszych – za cenę ich nędzy.

Uwidacznia się tu ów niesprawiedliwy podział na tych szlachetnych, którzy wierzą jedynie w moc władzy, oraz na plebs – oszukiwany i omamiany tym właśnie złudnym mirażem miłosierdzia w zaświatach – wodzony nim za nos, niczym spragniony wędrowiec na pustyni, iluzją wody przez fatamorganę… Podług Nietzschego, taki niesprawiedliwy podział istniał nadal jeszcze w epoce renesansu, aż do czasu, gdy nadszedł jego definitywny kres wraz z wejściem na scenę historii postaci Marcina Lutra i przybiciem jego tez na drzwiach kościoła w Wittenberdze. O tej postaci Żelazny pisze, iż był to: „<<ciemny mnich> o mentalności niewolnika a aspiracjach arystokraty”.

Działalność Lutra przynosi ze sobą rozpoczęcie protestantyzmu, i to dopiero w nim właśnie upadek chrześcijaństwa sięgnąć miał samego dna.

By wyklarować i rozwinąć powyższą tezę, konieczne jest dokonanie pewnej ewaluacji reformacji, a też i protestantyzmu, zwłaszcza z punktu widzenia filozofii.

Podług opinii Nietzschego, reformacja stanowiła – cytuję za Żelaznym: „[…] wywarzanie otwartych drzwi”. Albowiem jej ojcowie i kreatorzy, wykazali się niejako pewną krótkowzrocznością, dostrzegając jedynie fakt wykorzystania nauki o miłosierdziu bożym przez duchowną arystokrację w celu zabezpieczenia swych materialnych interesów. W swych żądaniach zaś, zupełnie pominęli oni kwestie tak istotne i wręcz newralgiczne, jak przemiany w sferze dotychczas panujących stosunków społecznych w zakresie podziału dóbr materialnych, jak i  zniesienie religii, ograniczając swe postulaty jedynie do żądania rozdzielności „spraw boskich od ziemskich” – czyli religijnych od świeckich, mówiąc bardziej współczesnym językiem.

A tym samym, także i równości wszystkich ludzi wobec miłosierdzia bożego (wobec Boga), a więc niejako swoistego równouprawnienia, które znosiłoby wszelkie różnice stanowe, czyniąc równym wobec Boga każdego, bez względu na stan społeczny, majątek czy zajmowaną pozycję lub posiadaną władzę – po trosze niejako w myśl łacińskiej sentencji: „Actus hominis, non dignitas iudicentur”, którą sformułował Muncius Felix (Octavius 36) . Jakkolwiek taka idea równości stanowej, by nie była wzniosła czy istotna, tym niemniej, wciąż pozostaje niepełna i jedynie szczątkowa względem całokształtu postulatów, jakie należałoby wysunąć.

smiertelnosc_rownosc_wszystkim

„Aequo pulsat pede” (Horatius )

Co gorsza, prekursorzy protestantyzmu przeoczyli przy tym, pewien niezwykle istotny, wręcz newralgiczny fakt. A mianowicie fakt, iż patrząc z szerszej perspektywy po uwzględnieniu całokształtu postulowanych przez nich żądań, okazuje się – o ironio – iż obecność Boga w świecie stała się w zasadzie już całkowicie zbędna! Pociągają one bowiem za sobą, konsekwencje, w których wyniku doszło do całkowitego zdetronizowania tego, co stanowiło dotychczas ów przesąd, który służył możnowładcom jako swoisty bat oraz kajdany, utrzymujące w karbach swych poddanych w feudalnym społeczeństwie, stanowiąc elementarny fundament jego funkcjonowania i ładu. Zaś odtąd panować ma nowy ład, w którym wiara „w litość bożą” obowiązuje wszystkich jednakowo. I także jednakowo wszyscy mają być teraz oszukani tym samym, jako że na tym świecie nie istnieje żadna litość.

W efekcie, jak twierdzi Nietzsche, dochodzi do zlikwidowania owej ostatniej z grup społecznych, która to czerpała jakieś inne profity poza iluzją płonnych obietnic miłosierdzia w zaświatach, przestają więc istnieć owi – cytując: „książęta kościoła […]” – a których to – „[…] władcze piękno było zawsze dla ludu dowodem prawdziwości kościoła”[29].

Wówczas, na ich miejscu staje protestancki pastor, skromna persona prymitywnego plebejusza, która w swej marności, odgrywa zarazem niezwykle doniosłą rolę – ostatecznego zabójcy Boga. Oto ów plebejusz, co prawda, z jednej strony pozornie niby przyczynia się do redukcji różnic stanowych i społecznych w zakresie sfery religijnej na rzecz dominacji równości, jednakże równość ta pozostawiała bardzo wiele do życzenia. Istotę tejże równości bowiem, stanowiło, owszem zrównanie wszystkich członków społeczeństwa na jednym poziomie, z tym, że był to poziom niewolników. I choć odtąd wszyscy równi wobec Boga, to jednak zniewoleni, za cenę równości sprzedani jako niewolnicy – czyż nie kojarzy Wam się to uporczywie ze współczesnymi zniewolonymi umysłami rzeszy wyznawców religii katolickiej w naszym rodzimym tzw. potocznie „katolandzie”? Bądź też, ze zniewolonymi umysłami islamskich fundamentalistów, czy też ogólnie fanatyków religijnych bez względu na religię, jakiej są wyznawcami? N’est-ce pas?

W ferworze mych rozważań nad koncepcją martwego Boga Nietzschego, straciłam nieco umiar, a w efekcie objętość treściowa tego wywodu, urosła już do, aż tak wielkich rozmiarów, pora więc już na finał mych nieco rozwlekłych roztrząsań, aby nie nadwyrężać zbytnio cierpliwości i wytrzymałości Czytelnika.

A ponieważ obowiązujące rygory i normy, określające pewne ramy kompozycyjne dla tego rodzaju tekstów, czy też stylu pisania, wymagają, aby w zakończeniu autor dokonał podsumowania całości swych rozważań, postaram się w tym miejscu podsumować cały ów powyższy wywód, dopełniając swych powinności względem utartych kanonów i tradycji pisarskiej.

W podsumowaniu uznałam za słuszne, odwołać się ponownie do wspominanego artykułu Żelaznego, parafrazując w jego treści finalne konkluzje, jakie ów autor tamże wysnuwa, a to z racji ich niezwykłej istotności i wartości, jaką stanowią, jako podsumowanie, zarówno całości tego wywodu, jak i przede wszystkim – całokształtu omawianej w nim tezy Nietzschego „Gott ist tot” oraz związanych z nią koncepcji i myśli filozofa. Z góry też przepraszam tych Czytelników, dla których takie sparafrazowanie cudzych słów wyda się niesmaczne i proszę o wyrozumiałość – mam bowiem istotne powody, jak i cel, uzasadniający takie odtwórcze parafrazowanie cudzych słów.

Zaś dla ułatwienia sobie nieco kwestii organizacji tekstu, pozwolę sobie wypunktować kolejno wszystkie finalne konkluzje, jakie zawierać będzie owo podsumowanie.

Tak więc reasumując:

1. Pierwsza z finalnych konkluzji tyczy się kwestii wskazania ostatecznych morderców Boga, zgodnie z poglądami głoszonymi przez Nietzschego. Otóż podług jego interpretacji są nimi, jak wynika z powyższych rozważań również, właśnie wyznawcy religii protestanckiej. To zaś filozof uzasadnia dwiema cechami, przynależnymi tej religii. Pierwszą z nich jest sposób rozumienia Boga, który jest pojmowany w niej, jako istota w pełni transcendentna. Z kolei druga cecha to identyfikacja tak pojmowanej istoty Boga z – jak pisze Żelazny: „urojoną ideą <<powszechnego miłosierdzia>>”. A co w efekcie powoduje, odarcie tejże istoty zupełnie z możliwości partycypacji we wszelkich „ideach żywotnych” – jak to ujmuje autor dalej.

2. Druga konkluzja, tyczy się zaś współczesnego chrześcijaństwa, które w tym wymiarze, o jakim mowa w poprzednim punkcie, traci status kontynuacji owej praktyki życiowej Nazarejczyka, ewidentnie kontynuując ideę zgoła odmienną, jaką stanowi nie inaczej, jak właśnie owa platońska metafizyka.

3. Trzecia konkluzja, tyczy się z kolei Człowieka, a raczej jego niejako „statusu” w takimże chrześcijaństwie. Nadaje ono bowiem Człowiekowi, miano istoty godnej miłosierdzia, lecz tylko w tym celu jedynie, by utrzymać stałą potrzebę transcendencji, a w zasadzie bardziej – potrzebę osoby kapłana, pełniącego funkcję pośrednika na drodze ku osiągnięciu tejże transcendencji.

4. Czwarta konkluzja, o jakiej pisze Żelazny, w moim mniemaniu wnosi zaś myśl niemalże bezcenną. Związana jest z ideą wolnej istoty, takiej jaka była marzeniem Nietzschego. Albowiem, podług jego opinii, największą zniewagę dla takiej wolnej istoty, jaką tylko można w ogóle uczynić, stanowi nie inaczej, jak właśnie okazanie jej miłosierdzia.

Tak oto dochodzimy do kolejnej konkluzji – nietzscheańskiej interpretacji tradycyjnego hasła chrześcijaństwa, a które to brzmi: „umarł człowiek, narodził się Bóg”. Zaś w interpretacji Nietzschego traci ono swą pierwotną chrześcijańską symbolikę, zyskując nowe, zgoła odmienne, znaczenie symboliczne. Nietzsche czyni z niego bowiem, symbol pogardy dla człowieczeństwa, a nowym przeciwstawieniem jego egzystencji, jako „godnej politowania” staje się owa „zaświatowa doskonałość”. Analogicznie, hasło to pozostaje w sprzeczności z nauką Nazarejczyka, zaś zgodne jest z platońską metafizyką. Tak więc, w skutek odwrócenia idei Platona na gruncie tradycji chrześcijańskiej, rodzi się zatem również i odwrotne twierdzenie, a mianowicie stwierdzające, iż to: „Bóg jest martwy, rodzi się człowiek”.

Odwołując się z kolei do literatury traktującej o filozofii Nietzschego, zauważyć możemy pewną ogólną tendencję czy trend – negatywną ocenę z jaką spotyka się tam zjawisko owej „śmierci Boga” samej w sobie. Tu Żelazny powołuje się na dwa znamienite opracowania, które stanowi dzieło Karla Jaspersa pt. Nietzsche i chrześcijaństwo oraz rozprawa Martina Heideggera pt. Słowa Nietzschego „Bóg jest martwy”, z racji, iż w obu zawarty jest, właśnie taki sposób interpretacji oraz negatywne nacechowanie owego zjawiska. Dla potwierdzenia autor cytuje tu słowa Jaspersa, który to pisze:

[…] Pyta on (Nietzsche – przyp. aut.) dlaczego Bóg umarł? Tylko jedna z jego odpowiedzi jest wyczerpująco przemyślana i rozwinięta: przyczyną śmierci Boga jest chrześcijaństwo. Ponieważ przez chrześcijaństwo została zniszczona cała prawda, którą człowiek żył przed nim: przede wszystkim tragiczna prawda życia przedsokratejskich Greków […][30].

Jednakże Żelazny wytyka powyższemu twierdzeniu Jaspersa, aż dwa istotne, nieomalże esencjonalne, błędy.

Primo, powyższe stwierdzenie zawiera pewien błąd natury merytorycznej, jako że twierdzenie, iż chrześcijaństwo miałoby niejako zniszczyć kulturę przedsokratejską jest ewidentnie mylne, z racji, iż w chwili rozpoczęcia działalności chrześcijaństwa, które przypada zresztą na drugą połowę I-go wieku naszej ery, niemożliwe było zniszczenie tejże kultury przedsokratjeskiej, jako że wówczas już od dawna ona nie istniała. Zaś kres jej istnienia, na co poniekąd wskazuje sama jej nazwa, jest utożsamiany z momentem śmierci Sokratesa, a który to moment miał mieć miejsce już nieomal pięć wieków wcześniej, przed nastaniem chrześcijaństwa.

I wreszcie secundo – błąd o znacznie większej wadze, wręcz nieomalże newralgiczny i kardynalny dla całej koncepcji Nietzschego, jakiego dopuścił się Jaspers w cytowanym powyżej twierdzeniu. Albowiem, Jaspers stwierdzając tamże, iż śmierć Boga stanowiła zniszczenie myśli przedsokratejskiej, jednocześnie przyjmuje zarazem też założenie, iż to właśnie owa kultura (t.j. przedsokratejska) musiała dla samego filozofa stanowić synonim „żywotności Boga”. Jednak, jak zaznacza Żelazny, Jaspers nie poparł tejże interpretacji żadnymi tekstami źródłowymi, tak więc można ją najprawdopodobniej uznać za zwykłe nieporozumienie.

Tym bardziej, że podług Nietzschego, owego żywego Boga, stanowił przecież  ów „Bóg ze wschodnich krain”, czy też: „Bóg z czasów wielkości Izraela” – a więc ów starotestamentowy Bóg – despota. A  w jednym ze swych dzieł, Nietzsche pisze wręcz następujące słowa:

[…] W »Starym Testamencie« żydowskim, w księdze sprawiedliwości bożej bywają ludzie, rzeczy i mowy w tak wielkim stylu, iż piśmiennictwo greckie i indyjskie niczem dorównać mu nie może. Z czcią staje się i grozą przed tymi olbrzymimi szczętami tego, czem człowiek był ongi, i przychodzą do głowy posępne myśli o starej Azyi i o jej wysuniętym naprzód półostrówku Europie, która w stosunku do Azyi chciałaby koniecznie oznaczać »postęp człowieczy «. Co prawda: kto sam jest jeno nikłem oswojonem zwierzęciem domowem i zna jeno zwierzęcia domowego potrzeby (na podobieństwo naszej dzisiejszej inteligencyi, z dodaniem chrześcian »inteligentne « wyznających chrześciaństwo —), tego w tych ruinach nic nie zadziwi a tem mniej zasmuci — upodobanie do Starego Testamentu jest kamieniem probierczym »wielkości« i »małości« —: snadź Nowy Testament, księga łaski, zawszeć mu snadniej przypadnie do serca (jest w nim wiele rzetelnej czułostkowej dusznej braciszków klasztornych i małych duszyczek woni). Połączenie tego Nowego Testamentu, stanowiącego pod każdym względem rodzaj rokoka smaku, ze Starym Testamentem w jedną całość, w biblię «, w księgę samą w sobie«: jest snadź największem zuchwalstwem i »grzechem przeciw duchowi«, jaki Europa literacka ma na sumieniu […][31].

Można jednak przypuszczać, iż na sposób interpretacji myśli Nietzschego przez Jaspersa, rzutuje jego własna ewaluacja Boga, który stanowił dlań wartość zdecydowanie pozytywną.

Aczkolwiek to nieporozumienie w filozofii Jaspersa, bije na głowę postawa reprezentowana przez wspominanego tu Heidegger’a. Pisze on mianowicie, iż:

[…] Skoro Bóg jako ponadzmysłowa podstawa i jako cel wszystkiego, co rzeczywiste, umarł, skoro ponadzmysłowy świat idei postradał swą wiążącą, a przede wszystkim pobudzającą i budującą siłę, wówczas nie pozostaje nic, na czym człowiek może się utrzymać i ku czemu może się skierować […][32].

Nie da się odmówić słuszności Żelaznemu, iż po lekturze cytowanego powyżej fragmentu, nasuwają się uporczywie pewne pytania odnośnie myśli Heideggera tamże zawartej. Chciałoby się bowiem, zadać tu pytania o ową ponadzmysłową postawę oraz ów ponadzmysłowy świat idei – i o to, jakich tychże konkretnie, tyczy się cytowana powyżej wypowiedź Heideggera? Albowiem, czyż nie jest prawdą, iż w filozofii Nietzschego, ów ponadzmysłowy Bóg podług niej, wcale a wcale nie musiałby umierać z racji tego, że już jest martwy? A zaś każda moc „pobudzająca i budująca siłę” podług tejże filozofii, musi być ze swej natury mocą zmysłową – n’est-ce pas?

Nieuchronność śmierci owego starego Boga – despoty, rozumianego jako swoista homogeniczna moc, która rozpościera się nad całą ludzkością, a którą każda jednostka z tej ludzkości doznaje czy doświadcza, jako swoisty nieubłagany, niechybny przymus, zdaje się być dla filozofa ewidentna, co potwierdzają chociażby cytowane już tu uprzednio słowa, które włożył on w usta Szalonego Człowieka – który mówi, przypomnijmy, tak:

[…] Jakież uroczystości pokutne, jakież igrzyska święte będziem musieli wynaleźć ? Nie jestże wielkość tego czynu za wielka dla nas? Czyż nie musimy sami stać się bogami, by tylko zdawać się jego godnymi? Nie było nigdy większego czynu — i ktokolwiek tylko po nas się urodzi, gwoli czynowi temu należeć będzie do historyi wyższej, niż wszelka dotąd była historya!« […]

Albowiem, tylko dzięki jego śmierci stało się możliwe dla człowieczeństwa, przejście do nowego etapu: od etapu człowieka do etapu nadczłowieka. A więc tym samym przejście od etapu istoty, która jest bezwzględnie podległa owej homogenicznej, zewnętrznej mocy, do etapu istoty, która staje się integralną jednią swej własnej, bezwzględnej mocy.

W śmierci Boga jednakże, jest też zawarty element pewnego tragizmu, a konkretnie tragizm tejże śmierci tkwi w tym, iż umarł on niejako z litości, a także w tym, że po swej śmierci nadal jedynie jako „martwy fetysz” pozostaje wciąż, wegetując w tym ludzkim świecie – a tym samym owe słynne słowa Jezusa, które miał wypowiedzieć na krzyżu: „Consummatum est!”, zyskują zupełnie nowe znaczenie i sens – oto bowiem dokonało się, umarł Bóg i odtąd jest, lecz jest martwy!

Albowiem Jezus, nawet poprzez swe ukrzyżowanie i męczeńską śmierć, nie zdołał tego świata odrzeć z obecności owego martwego Boga. A nawet wręcz całkiem odmiennie, bo czyż wszakże to nie dzięki jego działalności właśnie, człowiek poczuł odczuwać tę obecność o wiele bardziej dotkliwie? I na tej płaszczyźnie te dwa tysiące lat ewolucji, jaką przeszła kultura europejska, zdawać się może właśnie rojeniami owego „szalonego człowieka” – i niczym w słynnym monologu Zygmunta z dramatu Pedro Calderone de la Barca pt. Życie jest snem:

[…] Czym jest życie

Snem szaleńca

Aktem umysłu

Czym jest życie

Cieniem […][33].

I tak oto dochodzi do sytuacji, w której dualistyczna forma istnienia Boga, nie rzadko staje się owym crux interpretum dla niejednego z interpretatorów filozofii Nietzschego. A to, z racji skrajności przeciwstawnych rodzajów bytu, z których zbudowana jest owa dualistyczna forma istnienia. Oto bowiem Bóg umiera, stając się czymś, co śmiało nazwać by można, oksymoronem. Bóg bowiem, z jednej strony wciąż jest, istnieje nadal, a zarazem jednocześnie jest on martwy, pozostaje martwą formą istnienia; jest martwy, lecz mimo to wciąż obecny. A powszechną akceptację takiej właśnie formy istnienia, udaje się podtrzymać jedynie sztucznie – tak jak funkcje życiowe po śmierci mózgu można podtrzymywać za pomocą respiratora, mimo że mózg pacjenta już dawno jest martwy.

Tym nie mniej, ów dualizm tkwi również w samej śmierci Boga i tym, że jest on martwy w jej skutek. Albowiem, śmierć zwykle oznacza pewien kres istnienia czegoś. A stąd wynika wniosek, iż skoro Bóg umarł i jest martwy, to jest to także równoznaczne z końcem jego istnienia, a więc tym, że go zarazem już nie ma, z innej strony patrząc. Albowiem, umarł On, a wraz z jego śmiercią umarły jego prawa, których przestrzeganie utraciło cały sens, ponieważ przestało przynosić jakiekolwiek realnie wymierne efekty, czy skutki.

Tak oto, zbliżając się wreszcie ad finem tego wywodu, docieramy do miejsca, w którym tytuł, jakim opatrzony jest ów tekst przez autorkę, oraz jego cały sens i znaczenie, zyskują pełne uzasadnienie i wyjaśnienie, a jego celowość, jak i trafność stają się wreszcie w pełni klarowne dla Czytelnika.

A mianowicie, wszelkie kwestie czy wątpliwości związane z tytułem, którym opatrzyłam swój artykuł, klaruje całkowicie już w pełni fakt, iż owa śmierć Boga pozornie zdawać by się mogła nową, otwartą furtką, którą człowiek miał oto wkroczyć w wyższą fazę swego rozwoju – właśnie ową „drogą ku boskości” dla nadczłowieka, o której mowa w tytule tej pracy. Przy czym jednocześnie, ta nowa furtka czy droga ku boskości, pozostaje zarazem zamknięta tym samym – zatarasował ją bowiem, ów trup martwego Boga, który choć martwy, to wciąż jest obecny, a o którego to w moim tytule, potyka się ów nadczłowiek na swej drodze ku boskości.

ewolucja_od_czlowieka_do_nadczlowieka

„Conceptus est homo” („Wulgata”, „Księga Hioba 3, 3”)

 

W tytule tejże pracy ów nadczłowiek, potknąwszy się o trupa martwego Boga, następnie wpada zaś „[…] do beczki po uszy w nihilizm”. Ten fragment mego tytułu najlepiej klaruje i uzasadnia z kolei pewien wniosek, jaki tu można by wysnuć z powyższych stwierdzeń. A mianowicie, można by więc, tu sformułować konkluzję, iż następstwem owej śmierci Boga był właśnie nihilizm, w którym to pogrążył się nie tylko sam człowiek, jego cały świat, ale też ogólnie wszystko, codroga_ku_boskosci_1 po tejże śmierci miało miejsce, aż do czasów współczesnych. A to z racji, iż wszystko to, co wydarzyło się od tego newralgicznego momentu śmierci Boga, aż po dzień dzisiejszy, nie stanowi nic jakkolwiek konkretnego, a w zasadzie raczej, to wszystko co było i co wydarza się nadal, stanowi po prostu to NIC – ergo jest niczym, bytem do  cna nihilistycznym, lub właśnie – pogrążonym po uszy w nihilizmie, jak to ujęłam w nihilista_pasta_nicpowyższym tytule. A podług samego Nietzschego, to „NIC” rozszerza się wciąż nieustannie, zaś owo niejako Fatum człowieka, który w nim żyje, stanowić ma nic innego, jak właśnie ów nihilizm. Nihilizm, w który to człowiek wpadł, i w którym ugrzązł w skutek śmierci Boga – gdy oto na drodze ku boskości, potknął się o jego trupa – a który to tym samym, zniweczył wszelkie wysiłki ludzi, na swej drodze ku boskości czynione – odtąd stała się ona bowiem ledwie ślepą uliczką czy zaułkiem, z którego wyjazd zablokowany został przez nihilizm, po tym, jak człowieka zapędziła weń śmierć Boga i martwota jego trupa, który nadal wciąż jest obecny…

I ta, nieco przygnębiająca być może, refleksja będzie tu pełnić rolę finałowej sceny w ostatnim akcie, która prowadzi zawsze nieutylko_nihilizm_nadczlowiekchronnie ad finem­ ­– wieńcząc koniec całych powyższych rozważań, tutaj przeze mnie poczynionych. A całą ich treść uprzednio tu zawartą, pozostawiam Czytelnikowi – jak to się mówi po łacinie – ad deliberandum, licząc na jego przychylną reakcję, a być może również i opinie, na temat owocu mej pracy i wysiłków, jakie tu poczyniłam.

Tak oto, kończę więc w tym miejscu już definitywnie swe roztrząsania, stawiając tu oto, tęprzysłowiową ostatnią kropkę.

 

Anna Gabriella „Lilith” Gajda ®

Nihilistyczny Sosnowiec, 10 listopad 2015 roku.

gott_ist_tot_F_Nietzsche

Portrety ku pamięci genialnego filozofa i mistrza myśli filozoficznej ku czci ogromu jego dokonań i osiągnięć…. „Caecum et terra transibunt, verba autem mea non praeteribunt” („Wulgata, Ewangelia św. Mateusza”)

nietzsche_portret

 

Anna Gabriella „Lilith” Gajda ®

Nihilistyczny Sosnowiec, 10 listopad 2015 roku.

Przypisy:

[1] Fryderyk Nietzsche, Wiedza radosna, tłum. L. Staff, Nietzsche Seminarium, Łódź – Warszawa 2010, s. 167 – 169.

[2] Mirosław Żelazny, Nietzsche: śmierć Boga, Racjonalista.pl.

[3] David Lang, Doświadczenie schizofreniczne, „Literatura na świecie” 1976 nr 11, s. 263.

[4] M. Żelazny, op cit.

[5]Ibidem.

[6] F. Nietzsche, Antychryst, Warszawa 1905, s. 364.

[7] M. Żelazny, op. cit.

[8] F. Nietzsche, Antychryst, tłum. L. Staff, Nietzsche Seminarium, Łódź – Wrocław 2009 – 2010, s. 20 – 21.

[9] F. Nietzsche, Tako rzecze Zaratustra, Warszawa 1905, s. 364 – 365.

[10] Ibidem, s. 365.

[11] M. Żelazny, op. cit.

[12] F. Nietzsche, Antychryst, tłum. L. Staff, Nietzsche Seminarium, Łódź – Wrocław 2009 – 2010, s. 35.

[13] F. Nietzsche, Tako rzecze Zaratustra, Warszawa 1905, s. 364 – 365.

[14] Ibidem, s. 81.

[15] F. Nietzsche, Zmierzch bożyszcz, tłum. S. Wyrzykowski, Nietzsche Seminarium, Łódź – Wrocław 2009 – 2010, s. 121.

[16] M. Żelazny, op. cit.

[17] F. Nietzsche, Antychryst, tłum. L. Staff, Nietzsche Seminarium, Łódź – Wrocław 2009 – 2010, s. 77.

[18] Ibidem.

[19] F. Nietzsche, Antychryst, tłum. L. Staff, Nietzsche Seminarium, Łódź – Wrocław 2009 – 2010, s. 54 – 55.

[20] Ibidem, s. 55.

[21] Idem, Aus dem Nachless der Achtzigerjahre. Werke, Bd. III, München 1956, s. 654.

[22] Idem, Antychryst, s. 49.

[23] Ibidem, s. 48.

[24] Ibidem, s. 52.

[25] Idem, Aus dem Nachless der Achtzigerjahre. Werke, Bd. III, München 1956, s. 1350.

[26] M. Żelazny, op. cit.

[27] K. Jaspers, Nietzsche und Christentum, München 1952, s. 24, [w:] M. Żelazny, op. cit.

[28] F. Nietzsche, Antychryst, tłum. L. Staff, Nietzsche Seminarium, Łódź – Wrocław 2009 – 2010, s. 61.

[29] Idem, Nietzsche contra Wagner, Werke, Bd. II, s. 1051 – 1052.

[30] K. Jaspers, Nietzsche und das Christentum, München 1952, s. 16

[31] F. Nietzsche, Poza dobrem i złem, tłum. S. Wyrzykowski, Wyd. Nietzsche Seminarium, Łódź – Wrocław 2010, s. 77 – 78.

[32] M. Heidegger, Holzwege, Frankfurt am Mein 1972, s. 200. [w:] M. Żelazny, op. cit..

[33] Calderon Pedro de la Barca: Dramaty. Posłowiem opatrzył Zygmunt Czerny. Kraków 1975 (tu: Życie jest snem. Imitował Jarosław Marek Rymkiewicz), s. 545.

Wpisy Kaprawym okiem ateisty.

high-tech-185146_1280

List do papieża Franciszka, który miał być wysłany.

W wywiadzie dla francuskiego dziennika „La Croix”, papież Franciszek stwierdził, że państwa wyznaniowe źle kończą i że muszą być laickie. Po przeczytaniu tej informacji, serce z radości podskoczyło mi do góry, ponieważ jestem zagorzałym zwolennikiem laickości państwa. Słowa te wypowiada zwierzchnik Episkopatu, Tadeusza Rydzyka i każdego katolika w Polsce, a więc kurna jest nadzieja.

Czym jest, według Waszej Świątobliwości, dobrze pojmowana laickość?

Państwo musi być świeckie. Państwa wyznaniowe źle kończą. Są sprzeczne z historią. Sądzę, że świeckość, wsparta przez stabilne prawo, gwarantujące wolność religijną, stwarza pole rozwoju.

Super!

Spoko koleś ten papież Franciszek z pedofilami walczy, za finanse Watykanu się zabiera, biskupom wytyka nadwagę, drogie samochody i na dodatek stał się orędownikiem laickości!

Ha! Dożyję czasów, w których ksiądz będzie głosił swoją wiarę w kościele, a politycy zamiast latać po imprezach kościelnych w godzinach urzędowania, zajmą się pracą na Wiejskiej.

Z tej radości postanowiłem spisać parę myśli na gorąco i pod wpływem komentarza Agnieszki: „Zawsze można napisać list do Franciszka TVN już raz to zrobił” wysłać poleconym do Watykanu…

Niestety życie nie jest takie proste, ponieważ zostałem natychmiast postawiony do pionu przez redakcyjne koleżanki z portalu — moja inicjatywa została stłamszona 😉 , a że pisać na darmo nie lubię, to postanowiłem wpis puścić na blogu.

Muszę przyznać, że koleżanki miały rację, ponieważ w wywiadzie, którego całość przeczytałem dopiero wczoraj – papież Franciszek kręci. Ogólnie opinia o obecnym papieżu jest pozytywna, jawi się jako reformator skostniałego i konserwatywnego katolicyzmu. Trzeba jednak mieć świadomość, że papież jest jezuitą, a głównym zadaniem tego zakonu jest chronienie instytucji papiestwa, które zdeterminowane jest dogmatami wiary. Papież mówi więc to, co inni chcą usłyszeć na czas ciężki dla jego instytucji, która traci wpływy na świecie i od której coraz więcej wiernych się odwraca.

I nie inaczej jest z tym wywiadem, którego przesłanie kierowane jest do francuzów.

Miałbym wobec Francji tylko takie drobne zastrzeżenie, że nieco przesadza ze świeckością.  Bierze się to z traktowania religii jako „subkultury”, a nie kultury w pełnym tego słowa znaczeniu. Francja powinna zrobić krok do przodu i zrozumieć, że otwarcie się na transcendencję jest prawem każdego.

Problem w tym, że ta uwaga nie ma sensu, ponieważ nikt nikomu nie zabrania w państwie laickim otwierać się na transcendencję, więc papież Franciszek tak naprawdę strofuje francuzów za ich podejście do Kościoła, który ma być traktowany bardziej „poważnie”.

Jak w tym kontekście świeckości katolicy mogą bronić swojego stanowiska w zasadniczych kwestiach społecznych, jak eutanazja czy małżeństwa homoseksualne?

Po to jest parlament, by dyskutować, uzasadniać, objaśniać, tłumaczyć. Tak się rozwija społeczeństwo. Ale gdy już prawo zostanie przyjęte, państwo musi szanować sumienie.

No i czar Franciszka prysł jak mydlana bańka. Przywódca Kościoła sam sobie zaprzeczył i potwierdził, że kombinuje jak koń pod górę.

Parlament nie jest od tego, aby objaśniać małżeństwa homoseksualne i eutanazję.

W każdej strukturze prawnej musi być miejsce na klauzulę sumienia, ponieważ jest ona prawem człowieka.

Poziom lubienia Franciszka właśnie spadł do tego samego poziomu, na którym jest episkopat i moja ocena pseudo-edukacji, jaką uprawiają purpuraci. Suminie się abo ma albo go nie ma, wszystko zależy od wychowania i przyswojonych wartości, jak widać, katolikom trzeba stwarzać specjalne klauzule prawne, aby mieli poczucie, że za obrazę ich sumienia winny pójdzie do więzienia.

Włączając w to także urzędników państwowych, którym przysługują prawa osoby ludzkiej. 

Urzędnik państwowy jest od tego, aby stosowała się do prawa, a nie je oceniał z poziomu swojego sumienia, które jest relatywne i wynika z wartości, jakie wyniósł ze swojego środowiska. Z jakiegoż to powodu jako ateista, mam uznawać wartości sumienia katolickiego? Papież kręci.

W wywiadzie przywódca Kościoła katolickiego użył fortelu, którym skutecznie od początku swojego pontyfikatu omamia publiczność. Sztuczka polega na tym, że szef Watykanu mówi to, co gawiedź chce usłyszeć, po czym robi to samo co do tej pory robili jego poprzednicy, tylko bardziej nowocześnie. Walka, którą papież Franciszek wydał betonowym biskupom w Watykanie, to tylko zmiana ekipy trzymającej władzę.

A tu mała zagadka, kto to powiedział?

Brońcie nienarodzonych przed aborcją, nawet jeśli będą was prześladować, oczerniać, zastawiać na was pułapki, ciągać was po sądach czy zabijać was. Żadne dziecko nie powinno być pozbawione prawa do urodzenia, prawa do wykarmienia i posłania do szkoły.

Treść wywiadu wskazuje na to, że papież tak jak i jego urzędnicy, przejawia typową dla hierarchów kościelnych ignorancję, myśląc, że Kościół katolicki jest po to, aby zbawić cały świat, zalewając go swoimi pokręconymi dogmatami.

Z uwagi na to, że Kościół katolicki chce być sumieniem i wyznacznikiem moralności w naszym kraju oraz z uwagi na to, że ingeruje w politykę, to postawa oraz działalność jego urzędników podlega ocenie wszystkich Polaków — bez względu na wyznanie i światopogląd.

więc…

Skoro się powiedziało, że państwa powinny być świeckie, to nie ma co kombinować tylko zalecać we wszystkich krajach, w których są episkopaty, aby te wyszły z inicjatywą, oddzielenia struktur kościelnych od państwa, ponieważ słowa mają swoje znaczenia.

Słownik Języka Polskiego mówi tak: laicki  – świecki, niezwiązany z religią, a Wiki dodaje:

Laicyzm (z fr. laïcisme) – koncepcja rozdziału państwa od Kościoła i braku wpływów religijnych na sprawy państwowe.

Laickość (z fr. laïcité) gwarantuje prawo do swobodnego wyznawania religii i wszystkie wyznania traktuje jako równe. Nie zapewnia jednak specjalnego statusu dla religii: religie powinny podlegać takim samym prawom jak inne sfery życia i nie stać ponad prawem.

List tak sobie, a muzom… 

Nawiązując do Pana wypowiedzi dotyczącej laickości państw, chciałbym zwrócić Pana uwagę na Polskę.

W naszym kraju środowiska racjonalistów w pełni zgadzają się z Pana opinią, wyrażoną w wywiadzie dla francuskiego dziennika „La Croix”, w którym stwierdził pan, że:  „Państwo musi być świeckie. Państwa wyznaniowe źle kończą.” Powiedział Pan również, że państwa laickie są lepszym gwarantem wolności religijnej. Otóż w naszym kraju jest dokładnie na odwrót.

Polska stała się krajem wyznaniowym w którym to religia ogranicza wolność wyboru ludzi niewierzących i tych, którzy nie utożsamiają się z Kościołem katolickim.

Z niepokojem obserwuję zmiany zachodzące w naszym kraju, które powodują ogromną i niebezpieczną polaryzację społeczeństwa. Niestety Kościół katolicki, którego jest Pan zwierzchnikiem, odgrywa w tym procesie kluczową rolę.

W Polsce, Pana urzędnicy usiłują wprowadzić regulacje prawne, których źródłem są ich przekonania religijne. Takie działania, z uwagi na to, że połowa polskich obywateli się z nimi nie zgadza, budzą i będą budzić protesty, ponieważ są ograniczeniem wolności wyboru, a to kolei przekłada się bezpośrednio na negatywny wizerunek Kościoła katolickiego w kraju.

Chrześcijaństwo jest religią świadomego i dobrowolnego wyboru, a nie przymusu rodzinnej czy też narodowej tradycji, a już na pewno taki przymus nie jest zgodny z nauczaniem Jezusa. Wolność sumienia i wyznania, zakłada swobodę wyboru przez człowieka takiego środowiska wiary lub jej odrzucenia, które dobrowolnie wybierze i za którego wybór ponosi własne konsekwencje.

Niestety w naszym kraju, wyznanie katolickie jest narzucane poprzez chrzest niemowląt. W wyniku takiego działania, obywatel nie może świadomie zdecydować czy chce należeć do Pana organizacji. Na domiar złego, gdy ktoś po osiągnięciu pełnoletności usiłuje wypisać się oficjalnie z Kościoła, napotyka na niebotyczne przeszkody prawne. Takie działania nie są zgodne ze standardami państwa świeckiego i są przekroczeniem granic swobody wyboru światopoglądu.

Poprzedni papież Benedykt XVI powiedział, że: „wiary, nie można narzucać, gdyż jest ona darem wolności”. Słowa te wpisują się w Pana ideę aby Polska była krajem laickim.

Niestety Polscy biskupi są jednak zgoła innego zdania:

Polska  demokracja powinna być oparta na katolickim prawie Bożym – Abp. Józef Michalik

Zasady kościelne obowiązują wszystkich – Kard. Stanisław Dziwisz 

Prawo Kościoła rzymskokatolickiego jest ważniejsze od prawa Państwa polskiego- Bp. Wiesław Mering    

Wolność wypowiedzi na temat biskupów zagraża Kościołowi – Abp. Jerzy Stroba 

Rząd powinien uspokoić biskupów, że wszystko będzie zabezpieczone kościołowi – Bp. Alojzy Orszulik

Ateiści mają zdegradowane człowieczeństwo – Ks. Dariusz Oko

Państwo islamskie – wzór dla Polski?

Powyższe cytaty z wypowiedzi polskich biskupów są przykładem, jaką formę tak ważnego dla Pana dialogu w Polsce preferują Pana urzędnicy.

Podczas odbierania nagrody Karola Wielkiego, szóstego maja 2016 roku powiedział Pan:

Jeśli jest jakieś słowo, które powinniśmy niestrudzenie powtarzać to jest to dialog. Jesteśmy zaproszeni do krzewienia kultury dialogu, starając się za pomocą wszelkich środków otworzyć procesy, by stało się to możliwe i pozwalało nam na odbudowę tkanki społecznej.

Dialog między polskimi biskupami, a społeczeństwem nie istnieje. Polski Episkopat w ostatnim czasie utożsamia się z ruchami charyzmatycznymi, które od lat w naszym kraju propagują poglądy, że ludzie niewierzący są odpowiedzialni za wszystkie zbrodnie tego świata.

Ruchy te coraz częściej negatywnie oceniają prowadzoną przez pana politykę i działają niezgodnie ze statusem wyznania chrześcijańskiego. Przykładem takich działań oraz dowodem na to, że Polski Episkopat instrumentalnie traktuje wymogi swojej wiary, są ostatnie działania, które mają na celu obwołanie Jezusa Chrystusa królem Polski.

Intronizacja? Ratuj się, Matko Polsko!

List Episkopatu z 23.11.2012

Myślenie, że wystarczy obwołać Chrystusa Królem Polski a wszystko zmieni się na lepsze, trzeba uznać za iluzoryczne, czy wręcz szkodliwe dla rozumienia i urzeczywistniania Chrystusowego zbawienia w świecie – przekonują polscy biskupi.

Episkopat nie zgadza się z ideą intronizacji i odwołując się do Biblii wyjaśnia na czym polega królowanie Chrystusa. Przypominają, że wprawdzie przed Piłatem Jezus wyznał, iż jest królem, ale wcześniej powiedział, że jego królestwo nie jest z tego świata. 

„Nie trzeba więc Chrystusa ogłaszać królem, wprowadzać Go na tron piszą biskupi.

Ten konkretny program nie potrzebuje jakiejkolwiek formy intronizacji 

List pasterski „O królowaniu Jezusa Chrystusa” Episkopat wydał m.in. w związku z działalnością tzw. ruchów intronizacyjnych, które zabiegają o ogłoszenie Chrystusa królem Polski. Biskupi już wielokrotnie podkreślali, że nie zgadzają się z ideą intronizacji. List zostanie odczytany w kościołach w uroczystość Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata, 25 listopada.

Po paru latach biskupi wycofują się z nauk biblijnych, łamiąc tym samy kodeks, który chcą narzucić wszystkim obywatelom.

Kolejne zwycięstwa modlitwy różańcowej  INTRONIZACJA Na 1050 rocznicę chrztu Polski Episkopat Polski z udziałem władz państwowych odda Polskę Królowi Królów!

W listopadzie (…) w Krakowie-Łagiewnikach nastąpi również oddanie Polski Chrystusowi, Królowi Wszechświata. Intronizacja? Ratuj się, Matko Polsko!

Odbierając nagrodę Karola Wielkiego zadał Pan parę pytania do Europy:

Cóż ci się stało, Europo humanistyczna, obrończyni praw człowieka, demokracji i wolności? Cóż ci się stało, Europo, ojczyzno poetów, filozofów, artystów, muzyków, pisarzy? Cóż ci się stało, Europo, matko ludów i narodów, matko wspaniałych mężczyzn i kobiet, którzy potrafili bronić i dawać swoje życie za godność swoich braci?

Marzę o Europie, która promuje i chroni prawa wszystkich, nie zapominając o obowiązkach wobec wszystkich.

Otóż rząd RP, który jest sterowany przez biskupów, dąży do zerwania więzi z Europą oraz systematycznie łamie standardy państwa demokratycznego i świeckiego, jakim według Konstytucji jest Polska. Działania te nie spotkały się z oficjalną reakcją Episkopatu, który twierdzi, że nie miesza się w świat polityki, co jest kłamstwem.

Polscy biskupi od lat wtrącają się w politykę. Protokół wstydu nie ma.

Nasz kraj podpisał z Kościołem katolickim Konkordat, którego zgodność z Konstytucją jest od samego początku kwestionowana, ale z uwagi na to, że siły polityczne w kraju są uległe wobec Polskiego Episkopatu, umowa ta nie została poddana rzetelnej ocenie przez Trybunał Konstytucyjny.

Konkordat – przepis na toksyczny związek.

Po roku 1998 zabrakło znaczącej siły politycznej, która zdecydowałaby się na zaskarżenie umowy z Watykanem do Trybunału Konstytucyjnego.

Istnieją merytoryczne podstawy do złożenia wniosku do Trybunału Konstytucyjnego o stwierdzenie niezgodności z konstytucją RP niektórych postanowień traktatu ze Stolicą Apostolską oraz trybu jego ratyfikacji.

do książki  załączono 56 dokumentów, w większości niepublikowanych,  po którą powinni sięgnąć nie tylko religioznawcy czy prawnicy. 

Czy mając świadomość, że istnieje możliwość czerpania korzyści przez Kościół katolicki, w wyniku umowy co do której istnieją uzasadnione podejrzenia, że jest niekonstytucyjna, nie budzi w Panu potrzeby poddania jej weryfikacji? Tym bardziej że to dzięki tej umowie nie jest możliwe, aby Polska stała się tak stanowczo popieranym przez Pana państwem laickim.

Kwestia dodana przez Marka Bakalarczuka, blog  „Zamiecione„:

Ponadto Pana urzędnicy coraz częściej utożsamiają się z organizacjami i ruchami, których działania jawnie wskazują na naleciałości faszystowskie i chęć wprowadzenia w Polsce ustroju totalitarnego – Kościół nacjonalistów. A jak wiemy z historii, organizacje takie już były u władzy w Europie, co zakończyło się wieloletnią wojną. Nie trzeba także wspominać, że takie działania nie mają wiele wspólnego z zasadami, którymi kieruje się Kościół katolicki.

Z wyrazami szacunku Maniek.

Niech jasna strona mocy będzie z panem. 🙂

PS: Jak macie pomysły co by można było jeszcze dopisać, to piszcie w komentarzach, a wpis uaktualnię.

man-599299_1280

Wesprzyj projekt wydania książki!

„Świadek Jehowy z przypadku” 

Mariusz Hnatiuk

Blog

„Kaprawym okiem ateisty”

lake-65443_1920

Miejsce Pamięci Ofiar Religii

Od momentu, w którym narodził się pomysł zrealizowania Miejsca Pamięci Ofiar Religi [MPOR], prowadziłem wiele dyskusji na grupach FB i forach zewnętrznych. Większość racjonalistów temat ocenia pozytywnie i widzi w tym sens, natomiast ze strony osób wierzących i niektórych agnostyków jest na odwrót – większość uważa pomysł za poroniony lub zamknięty określeniem „religia”. Najczęściej pada argument, że inicjatywa ma na celu sprowokowanie Kościoła i wynika z wojującego ateizmu. Przewija się też motyw, że w ten sposób to można upamiętniać ofiary totalitaryzmu, pieszych przejechanych przez pijanych kierowców itp.

A co stoi na przeszkodzie, by takowe miejsce zorganizować? Jeżeli pomysłodawcy czują taką potrzebę i spodziewają się, że dzięki tej inicjatywie wzrośnie świadomość ludzka, to czemu nie?

Jeden z moich znajomych zwrócił uwagę, że lepiej by było zmienić nazwę na Miejsce Pamięci Ofiar Fanatyzmu. W pierwszej chwili pomysł wydawał mi się dobry, więc zamieściłem na grupie MPOR post ze zrzutem tej dyskusji. Padały różne argumenty i po jakimś czasie zrozumiałem, że zmiana nazwy i rozszerzenie inicjatywy nie miałoby sensu. Po obejrzeniu filmu „Spotlight” zrozumiałem też postawę osób wierzących oraz wynikający z niej dualizm.

Nikt, kto potrafi obiektywnie i bez emocji ocenić wpływ, jaki wywarła religia na historię rasy ludzkiej, nie zaprzeczy, że w imię bożków zamordowano miliony ludzi. Uważam, że na to trzeba spojrzeć z szerszej perspektywy, bo to nie tylko chrześcijaństwo, czy islam jest odpowiedzialny za miliony ofiar. Na przestrzeni tysięcy lat ludzie stworzyli różne systemy religijne oraz tysiące bożków, którym składano ofiary też w ludziach.

Na przykład Aztekowie w 1487 r w Tenochtitlan ukończyli budowę świątyni ku czci dwóch krwawych bożków Huizilopochtli i Tlalocowi. Aby ten doniosły moment uczcić, w ciągu czterech dni zamordowano blisko dwadzieścia tysięcy jeńców, którym kamiennym nożem wycinano serca, aby pokazać je słońcu. Azteckie bóstwa były tak żądne krwi, że wymyślono wojny kwietne w celu zdobywania jeńców z okolicznych plemion.

Ludzie mordowali pod wpływem religijnych doznań, szczuci przez kapłanów i własne lęki. Religie to nie święte krowy, ponieważ pod płaszczykiem wiary sankcjonowały i sankcjonują patologie w swoich szeregach. Czemu przywódcy Kościołów nie ekskomunikują morderców? Czemu nie grożą ekskomuniką tym, którzy dziś popełniają czyny pedofilskie, czy latają z bombami? Czemu imamowie nie wyklną w imię Allaha wszystkich terrorystów, tylko cienko pierdzą, że się z nimi nie zgadzają?

Uważam, że MPOR to miejsce, które ma pokazać, do czego zdolni potrafią być ludzie, którzy używają religii i jakie z tego wynikają konsekwencje. To wiara w gusła spowodowała palenie czarownic, mordowanie ludzi, dlatego że nie wierzyli lub dlatego, że wierzyli w coś innego. Nikt nie jest w stanie obalić tej prostej prawdy – to religie zorganizowane, instytucjonalne, z kastą kapłańską, manipulują od tysięcy lat właśnie wiarą  – religia bez wiary nie istnieje.

Oczywiście nie wszyscy pod wpływem wiary zabijają lub są Terlikowskimi i to właśnie ci powinni w końcu zrozumieć, że kapłan gadający o grzesznej naturze człowieka ściemnia i rozmywa odpowiedzialność za zbrodnie, pedofilię i tym podobne patologie. Ci co naprawdę wierzą w boga miłości, ci powinni uznać idee powstania MPOR, bo tym samym pokazaliby, że mają świadomość, ile zła wyrządzili ludzie posługujący się właśnie ich wiarą. W ten sposób faktycznie posypaliby głowy popiołem i co więcej – zrobiliby to  w interesie własnej wiary, ponieważ darem ducha świętego, którą nazywają czynną siłą bożą, jest przyznać się do błędów, zadośćuczynić ofiarom i tego samego błędu nie powtarzać. 

Chowanie głowy w piasek i kombinowanie, że to ludzie popełniają zbrodnie na tle religijnym i że wiara z tym nie ma nic wspólnego, to bzdura do kwadratu. Trzeba nazywać rzeczy po imieniu i właśnie tak została dobrana nazwa – Miejsce Pamięci Ofiar Religii.

girl-746430_1280

Wpisy Ale o co chodzi?

connect-20333_1920

Kim jest polski ateista?

darwin-778446_1920Ponad rok temu kilka osób, uważających się za ateistów, spotkało się, wirtualnie rzecz jasna, na fejsbukowej grupie „Ateiści”, założonej przez Zenona Kalafaticza. Wyhaczyły się owe osoby, spośród setek innych tam obecnych i założyły ten oto portal ku uciesze swojej i gawiedzi 🙂 Ale jak wiadomo, społeczeństwo nie tylko z gawiedzi się składa. Zanim poprowadzę Was dalej drodzy Czytacze pokrętnym tokiem mojego rozumowania, dwie malutkie, prościutkie definicje, bez których ani rusz:

Ateizm – odrzucenie teizmu lub pogląd bądź doktryna głosząca, że bogowie nie istnieją. W szerszym znaczeniu brak wiary w istnienie boga, bóstw i sił nadprzyrodzonych, jako sprzecznych z rozumem i nienaukowych, oraz negujących potrzebę religii.

Gawiedź – gromada, tłum.

Założywszy portal, założywszy również, że komuś zachce się do niego zaglądać, taki oto opis dały owe osoby na ów portal:

Polskiateista.pl – prezentuje wizerunek ludzi niewierzących, w każdym możliwym aspekcie: światopogląd, stosunek do państwa, do kościoła, macierzyństwa, równości, polityki jako nieodłącznej części życia społecznego, edukacji, sztuki, rozrywki, świata, kosmosu, nauki, filozofii … itd. Strona jest przygotowana na tworzenie płaszczyzny porozumienia ponad światopoglądem i w tym sensie nie zamyka się na inne środowiska zarówno świeckie, jak i religijne, chcące podać sobie rękę w sprawie kształtowania przyszłości tego kraju, który jest naszym wspólnym dobrem.

Animatorzy portalu polskiateista.pl zachęcają obywateli do większej aktywności społecznej, rozumieją bowiem, że jest to nieodzowny warunek budowania społeczeństwa obywatelskiego. Zapraszamy do współpracy każdego, komu bliskie są idee tej strony.

Nic tylko działać, prawda? Najzabawniejsze jest to, że owe osoby, czyli te, które założyły ów portal i stworzyły ów opis portalu, to ludzi rozrzuceni po kraju, niemające nic wspólnego z dziennikarstwem, pisarstwem, polityką, nauką czy jakąkolwiek dziedziną, która uprawomocniłaby, czy w jakikolwiek sposób usankcjonowałaby ich prawo do wypowiadania się w czyimkolwiek imieniu, tudzież traktowania ich, jako specjalistów, osób nieomylnych czy opiniotwórczych. A dlaczego to jest najzabawniejsze? Bo osoby owe za takie zaczęły być uważane. Wbrew swojej chęci i woli.

Postanowiły więc owe osoby, zmienić cały portal w blogosferę – miejsce dla każdego ateisty, który zechce dzielić się z innymi tym, czym chce się podzielić: hodowlą kwiatów, czy świnek morskich, grą w szachy czy w chińczyka, poglądami politycznymi czy przewidywaniem pogody, wiedzą o Biblii, Koranie, czy o baśniach braci Grimm. Efekt ten sam. Niestety. I zarzuty te same:

„Zbyt infantylne teksty jak na ateistów”

„Szkodzicie środowisku ateistycznemu bo jesteście nieprofesjonalni”

„Brak odpowiedzialności za środowisko ateistyczne”

„Ta osoba pisze bzdury, wyrzućcie ją, bo szkodzi środowisku ateistycznemu”

„Znani ateiści u was nie piszą, nie jesteście wartościowi dla środowiska ateistów”

„U was ktoś napisał nieprawdę. To szkodzi środowisku ateistycznemu”

„Brakuje u was naukowców, ludzi uznanych, poważnych ateistów”

„Nikt was nie bierze na poważnie, zmieńcie coś, bo szkodzicie środowisku ateistów”

A kto to pisze? Oczywiście nie katoliccy hejterzy czy świętojebliwe trolle, tylko ateiści. Nie muszę chyba Szanownym Czytaczom pisać, że skupiam się w tym tekście tylko na negatywnych opiniach oraz Czytelnikom, którzy udają, że nie czytają, iż pozytywnych opinii mamy cały wór i jeszcze trochę. Ale muszę napisać, że te negatywne opinie ateistów najbardziej nas absorbują. Wynika z nich bowiem, że definicja, którą dałam powyżej nijak się ma do rzeczywistości.

Otóż według opinii naszych przyjaciół „po fachu” ateista to koniecznie osoba z minimum magistrem, choć lepiej, gdyby miała tytuł o stopień wyższy, pracująca na „odpowiednim stanowisku” (cokolwiek to oznacza) i używająca takich słów, że po wypowiedzeniu przez nią jednego zdania gawiedź trzy razy będzie musiała zajrzeć do słownika wyrazów obcych. Jak nie osiąga tych standardów, szkodzi środowisku. Jest zbyt niemądra, zbyt niefachowa, zbyt infantylna i zbyt…. chciałam napisać „gówniana”, ale takie słowo nie przystoi wykształciuchom.

Z udawaną przykrością wszystkim tym ateistom krzyknę prosto w twarz: „NIE”! Żaden z was nie ma monopolu na ateizm. Jak nie wierzysz, spójrz na definicję powyżej. Nikt z was mi nie powie, że szkolna woźna, pokojówka hotelowa, pracownik baru, budowlaniec, sprzątaczka czy cieć nie ma prawa być ateistą. Bo to nie wy prawo do ateizmu przydzielacie. I to nie wy dajecie prawo głosu. Przynajmniej nie na naszym portalu.

I tym króciutkim wstępem wprowadziłam Was do nowego opisu naszego portalu autorstwa Mariusza Hnatiuka z delikatnymi moimi modyfikacjami 🙂

Portal PolskiAteista.pl jest strefą blogów dla osób, które chcą się dzielić z innymi swoimi przemyśleniami poglądami i spostrzeżeniami na otaczający nas świat z perspektywy racjonalnego i sceptycznego myślenia.

Prezentujemy wizerunek ludzi niewierzących, w każdym możliwym aspekcie: światopogląd, stosunek do państwa, do kościoła, macierzyństwa, równości, polityki jako nieodłącznej części życia społecznego, edukacji, sztuki, rozrywki, świata, kosmosu, nauki, filozofii. Nie cenzurujemy wpisów, nie prowadzimy polityki publikacji, każdy, kto założy u nas bloga, publikuje samodzielnie i bierze też odpowiedzialność za treści, które publikuje.

Naszym celem jest umożliwianie prezentacji poglądów ludzi, którzy nie są profesjonalnymi dziennikarzami czy pisarzami, (co nie oznacza, że nie chcielibyśmy widzieć takich osób w naszym gronie), ponieważ uważamy, że naturystyczne spojrzenie pokazuje czasami wydarzenia pod zupełnie innym kątem.

Chcemy pokazywać różne punkty widzenia ludzi, którzy świat odbierają zarówno logiką, jak i emocjami. Nie aspirujemy do reprezentowania społeczności ateistów, a tym bardziej do jej kształtowania. Na portalu popieramy każdą pożyteczną inicjatywę, która ma na celu oddzielenie Kościoła od państwa, przestrzeganie i promowanie praw dzieci i kobiet, piętnowanie wpływu jakichkolwiek przekonań religijnych na prawodawstwo państwa, czy też poprawienie jakości debaty ponad światopoglądem.

connect-20333_1920

Ale o co chodzi? Zacznijmy się wszyscy traktować poważnie, a jednocześnie z przymrużeniem oka. Wszyscy bowiem jesteśmy ateistami, ci infantylni i poważni, wykształceni i bez tytułów, uznani i mniej znani, mądrzejsi i głupsi, zabawniejsi i przesadnie rubaszni, działający aktywnie i klikacze. Ateizm to coś, czego nam nikt nie może odebrać. Nawet drugi ateista 🙂

Izabela Jaszczurowska

filmy-tv

black-hole-92358_1280

Ciemna materia, ciemna energia.

W wyprodukowanym w 2012 roku cyklu widzowie zobaczą niesamowite zdjęcia Kosmosu, uzupełnione komentarzem wybitnych naukowców. Film poświęcony jest polowaniu na ciemną materię i ciemną energię. Oba te składniki tworzą 96% masy Wszechświata, jednak nikt nie ma pojęcia, czym one .

Film dokumentalny przedstawiający historię powstania Świata i ludzkości od początku jego powstania do współczesności. Cały dokument z polskim lektorem [pl] … Film poświęcony jest polowaniu na ciemną materię i ciemną energię. Oba te składniki tworzą 96% masy Wszechświata, jednak nikt nie ma pojęcia, czym one …
Co znajduje się za horyzontem zdarzeń? Czym są czarne i białe dziury oraz tunele czasoprzestrzenne?  sorensut 

 

Gołąb

Gołąb przysiadł na gałęzi i rozmyśla o istnieniu

Gołąb przysiadł na gałęzi i rozmyśla o istnieniu

Surrealistyczna komedia szwedzkiego reżysera Roya Anderssona z dwoma jego wcześniejszymi filmami „Pieśń z drugiego piętra” oraz „ Do ciebie, człowieku” stanowi dopełnienie trylogii absurdu o byciu człowiekiem. Autor powstrzymuje się od ocen, gdy jego bohaterowie próbują nadać sens banałom, szukając wzniosłości w szarej codzienności, i zdaje się rozkładać ręce wobec głupoty ludzkiej. Dwóch partnerów biznesowych – smutni  i apatyczni, usiłują rozkręcić swój biznes, jakim jest sprzedaż śmiesznych gadżetów. Tym samym trafiają w kolejne miejsca, zabierając widza w podróż do świata ludzkich losów i emocji, gdzie wzajemnie przeplatają się małe i wielkie tragedie, pojedyncze i zbiorowe dramaty, rozczarowania i wybory.

Recenzja cała na portalu psychologia-społeczna.pl

12

„Bóg i wszechświat”, czyli od kopuły, do kopuły

Filmik daje do myślenia. Świetnie zrealizowany w przystępny sposób podana skomplikowana wiedza. Występują naukowcy i teolog, który pod koniec filmu szczerze mnie rozbawił, ale nie chcę wam psuć zakończenia. Po obejrzeniu, jeżeli ktoś będzie miał ochotę, to zapraszam do dyskusji w komentarzach pod wpisem na portal — zwłaszcza osoby wierzące. Myślę, że będzie o czym pogadać 😀

Jeżeli jakiegoś stwierdzenia nie da się potwierdzić ani obalić poprzez obserwację i doświadczenia to taki twierdzenie nie jest hipotezą naukową. Problemu genezy wszechświata i stwórcy z zasady nie da się zweryfikować, nie jest to więc zagadnienie naukowe.

Opis i film dzięki Ala Makota 😀

„Od zarania dziejów ludzie szukają odpowiedzi na pytanie, co stworzyło Wszechświat lub kto tego dokonał. Religie dostarczyły takiej odpowiedzi w sensie duchowym. Czy najnowsze odkrycia udowadniają istnienie transcendentnej inteligencji, czy raczej potwierdzają, że Wszechświat, w którym żyjemy, powstał wskutek działania praw fizyki? Autorzy filmu zadają pytanie fizykom i teologom, czy jeśli Wszechświat został stworzony tak, by powstało i utrzymało się w nim życie, to jest to dowód na istnienie Boga? Czy teoria strun jest w stanie całkowicie wykluczyć działanie Stwórcy? Dlaczego Stephen Hawking twierdzi, że Wszechświat powstał spontanicznie – sam z siebie? A może nasze istnienie zawdzięczamy jakiejś zaawansowanej cywilizacji spoza Wszechświata, w którym żyjemy?”

03

„Jedna tona bomb na jednego mieszkańca”

Ludzie potrafią szybko zapomnieć historie dramatów z czasów nam znanych, a pamiętają byle pierdoły sprzed setek lat.

Tekst : T.D. Allman:

„W trakcie wojny wietnamskiej Stany Zjednoczone zrzuciły na Laos ponad 2 mln ton bomb: to tak, jakby bombowiec startował co 8 minut przez 9 lat. Jak kraj sobie z tym poradził?

Kilkadziesiąt lat temu, stojąc na brzegu rzeki w Wientianie, próbowałem znaleźć odpowiedź na najtrudniejsze chyba pytanie. Co sprawiło, że Amerykanie, ludzie z pozoru zdroworozsądkowi, uwierzyli, że o wygranej w Wietnamie zadecyduje kampania masowego zniszczenia w Laosie? Mój tekst o tajnej wojnie prowadzonej w tym kraju trafił wówczas na pierwsze strony gazet na całym świecie.

Tymczasem amerykańska interwencja wojskowa w Laosie, która rozpoczęła się w latach 50. XX w. i trwała do 1974 r., nigdy nie była tajemnicą. Każda handlarka kwiatami lotosu na rynku i każdy rikszarz oferujący wszelkie możliwe atrakcje doskonale wiedzieli nie tylko o szlaku Ho Chi Minha, ale też o tajnej armii CIA i tajnych amerykańskich bombardowaniach ludności cywilnej. Wiedzieli też o sekretnym zaangażowaniu USA w handel opium…”  National Geographic Polska”

 

devil-806649_1280

„Szatan krąży nad Polską”

Tekst z Przeglądu Tygodnia:

„Chcecie kolejnego dowodu? Po dziesięciu dniach wyświetlania amerykańskie „Taśmy Watykanu” znalazły się w czołówce najpopularniejszych horrorów tego roku. Opętanie, demon, egzorcyści od papieża, stygmaty, mnóstwo ryku, pisku plus efekty komputerowe. Że było sto razy? Nie szkodzi. Szatan na ekranie od dawna czuje się świetnie…

Bo diabeł – sam w sobie – sukcesu nie gwarantuje. No, może gdy go zagra Al Pacino („Adwokat diabła”, 1997) albo któryś z naszych. Gustaw Holoubek („Mistrz i Małgorzata”, premiera w 1990 r.), a choćby i Marek Kondrat („Igraszki z diabłem”, premiera w 1980 r.). Zresztą nam, w Polsce, szatan czasem sprzyjał. Jerzy Kawalerowicz wzniósł na wysypisku miejskim pod Łodzią karczmę i klasztor, w którym siedem demonów zasiedliło Lucynę Winnicką. Z tym że ten o imieniu Zapaliczka dostał się do niej przez… no, mniejsza z tym. „Matka Joanna od Aniołów” (1961) – o miłości egzorcysty i opętanej – przyjechała z Cannes z Nagrodą Specjalną Jury.”

cały tekst: „Szatan krąży nad Polską”

 

maxresdefault

Amy…

Zwiastun filmu dokumentalnego o życiu Amy Winehouse.

„Arcydzieło” mówią krytycy, zaś ojciec zmarłej w 2011 Amy Winehouse nazywa film „hańbiącym”, a jego autorom każe, by „wstydzili za siebie”. Pokazywany na festiwalu w Cannes dokument „Amy” do polskich kin wejdzie 7 sierpnia.

„Hańbiący” film

Skąd kontrowersje, skoro walka Winehouse z nałogiem była tematem tabloidów przez kilka ostatnich lat jej życia? – Jeśli widz przyjrzy się uważnie, to zauważy, że sporo osób z otoczenia Amy zdawało sobie sprawę z jej problemów z piciem, narkotykami oraz z jej bulimii, ale nikt jej nie pomógł. I o tym tak naprawdę jest ten film. – mówi reżyser Asif Kapadia. I dodaje, że część znajomych Winehouse, która wystąpiła przed kamerami, nie jest w stanie obejrzeć drugiej, dramatyczniejszej połowy „Amy”.

Najbardziej przejęty filmem jest jednak jej ojciec, Mitch Winehouse, początkowo przychylnie nastawiony do ekipy i reżysera. Po pierwszym, zamkniętym pokazie filmu w październiku zeszłego roku nazwał dokument „hańbiącym” i powiedział, że jego twórcy powinni „wstydzić się za siebie”. Dodał, że on sam jest przedstawiony w najgorszym możliwym świetle. Winehouse ma pretensje przede wszystkim o fragment, w którym mówi, że Amy nie potrzebowała odwyku. Uważa, że reżyser zmanipulował jego wypowiedź, a naprawdę chciał powiedzieć, że córka nie potrzebowała odwyku „wówczas”.

źródło TVN 24 

Autobahn_Nach_Poznan_by_masz_rum

Upadek cywilizacji – nasz wybór.

W 2210 roku naukowcy odkrywają ślady wielkiej cywilizacji. Czy są w stanie wyjaśnić, co było przyczyną jej upadku?

Opis Lubimy czytać: Jared Diamond  „Upadek cywilizacji”

Milczące posągi, cmentarzyska, opuszczone świątynie… – oto pozostałości po dawnych wielkich cywilizacjach. Główną przyczyną ich upadku – jak twierdzi Jared Diamond – było niewłaściwe eksploatowanie środowiska naturalnego, a także nieumiejętność przystosowania się do zmiennych warunków.
Autor zabiera nas w fascynującą historyczno-kulturową podróż, podczas której zdradza tajemnice życia Polinezyjczyków z Wysp Wielkanocnych, amerykańskich Majów i Anasazich oraz skazanych na zagładę grenlandzkich wikingów, a jednocześnie przestrzega przed podzieleniem ich losu. Dzieje tych umarłych ludów, a także ich koniec powinny stać się lekcją dla dzisiejszego świata, który stawiając przyrodzie wciąż nowe i trudne wyzwania, staje w obliczu globalnej katastrofy ekologicznej i niebawem będzie musiał walczyć o przetrwanie.

 

Foto-0411

„Jestem Femen”

Opis Kultura Liberalna:

„Jestem Femen – jestem Ukrainą? Recenzja filmu „Jestem Femen” Alaina Margota”

Czy FEMEN można nazwać głosem ukraińskich oburzonych? Film dokumentalny Alaina Margota pokazuje, że aktywistki ruchu stosowały zbyt krzykliwe formy protestu, które nie trafiły na podatny grunt w ospałej Ukrainie sprzed Euromajdanu.

Na ekrany polskich kin trafił niedawno dokumentalny film „Jestem Femen” o zapoczątkowanym na Ukrainie ruchu FEMEN. Europa zobaczyła ten dokument rok temu, ale historia grupy aktywistek stanowiąca podstawę filmu dobiegła końca latem 2013 r.

Ruch FEMEN, mianujący siebie feministycznym, wywoływał dużo kontrowersji na Ukrainie. Do dziś nie wiadomo, jaki był prawdziwy cel tej grupy. Według samych jej członków – walka przeciwko autorytaryzmowi, religii, niskiej pozycji kobiet w ukraińskim społeczeństwie oraz przeciwko odbieraniu za granicą Ukrainy jako „burdelu” – kraju, który dostarcza całemu światu tanich i pięknych kobiet świadczących usługi o charakterze seksualnym.

Całość tekstu: Kultura Liberalna 

Tekst nietuzinkowy atmosfera dusznej zadymionej komuny.

Desktop10

Film o małżeństwach mieszanych :)

Opis Gutek Film

Największy francuski przebój tego roku: 12 milionów widzów nad Sekwaną i kolejne miliony w reszcie Europy! A sale kinowe pękają w szwach i zanoszą się śmiechem. O co chodzi?  O cztery piękne córki na wydaniu i jedno marzenie ich poukładanych, konserwatywnych rodziców – żeby dobrze wyszły za mąż.

Ale co zrobić, gdy czterech zakochanych mężczyzn to Żyd, Arab, Chińczyk i wesoły chłopak z serca Czarnej Afryki? Każdy z nich pochodzi z innej kultury, ma swoje obyczaje, wierzenia, religię. Jak nie zwariować, próbując wszystkich pogodzić ze sobą? Czy to wszystko może skończyć się na ślubnym kobiercu, czy raczej wywoła totalną wojnę domową?

Przebojowa komedia, która jest remedium na nasze uprzedzenia i napięcia współczesnego świata – nie próbuje go zmienić, ale rozbroić śmiechem.

film.org.pl_party-girl

„Party Girl” Film oparty na faktach.

Ciekawa pozycja z genialną muzyką w tle Chinawoman – Party Girl

Opis „Kultura Liberalna” 

Życie intymne osób starszych długo stanowiło zmarginalizowany obszar w sferze dyskusji i artystycznych reprezentacji. O tym, w jaki sposób stereotypy przezwycięża filmowa historia starzejącej się striptizerki, pisze edukatorka seksualna z grupy Ponton.

Tytułowa rozrywkowa dziewczyna to 60-letnia hostessa (jak sama o sobie mówi) Angélique Litzenburger, która całe życie pracuje w podrzędnych klubach ze striptizem. Uwielbia nocny świat zabaw z mężczyznami, alkohol i beztroskę. Nie ma emerytury ani oszczędności, mieszka w pokoju nad barem i spędza dnie z koleżankami. Mimo że urodziła czworo dzieci i została babcią, zawsze stawiała na pierwszym miejscu raczej swoje potrzeby.

Jednego syna nie widuje prawie wcale, starszą córkę rzadko, a młodszą dziesięć lat wcześniej opieka społeczna przekazała rodzinie zastępczej. Z żadnym z ojców swoich dzieci nie związała się na stałe i nie wydaje się, żeby tego żałowała. Postać Angélique zaprzecza społecznym wyobrażeniom dotyczącym życia seniorki – nie pieli ogrodu, nie zajmuje się wnukami, nie czyści grobu męża. Najchętniej pracowałaby jeszcze długo, klub stanowi jednocześnie jej dom i rodzinę. Jest przywiązana do swojego wizerunku tygrysicy. Kamera naturalistycznie, ale z ciepłem pokazuje jej kiczowate ubrania, biżuterię i mocny makijaż – pieczołowicie pielęgnowane atrybuty kobiecości. Nie sposób jednak zatrzymać upływającego czasu: do Angélique przychodzi coraz mniej klientów, co skłania ją do zastanowienia się nad swoją przyszłością. Czy będzie zmuszona dostosować się do typowego wzorca życia na emeryturze?

Przednia muzyka 🙂