Bóg zawsze stoi po stronie zwycięzców. Oto dylemat Papieża…

Abstrahując od realiów wojny w Ukrainie, publikatory z każdej opcji politycznej, analizują od kilku tygodni każde słowo i każdy gest naczelnych głów kościołów – prawosławnego i katolickiego. Poświęciłam kilka godzin na czytanie analiz i omówień na ten temat. Wprawiły mnie w rosnące zdumienie.  Nigdy bym nie pomyślała, że dziennikarze, politolodzy i analitycy są po to, by dorabiać filozofię do faktów. Że przemilczają – tak; że są powierzchowni – tak; że z faktów banalnych robią afery – tak, ale żeby robili pijar papieżowi? A jednak. 

Uderza szczególnie to, że usiłuje się tłumaczyć neutralność papieża Franciszka, jako właściwą postawę przywódcy religijnego, który nie może potępiać żadnej ze stron konfliktu, jeśli pragnie prowadzić dialog pokojowy… Szkoda tylko, że nikt Franciszka nie zamierza zapraszać do Moskwy, a w Kijowie się go nie doczekają, bo

„ Jak przysłużyłoby się to, gdyby papież pojechał do Kijowa,

a wojna byłaby kontynuowana następnego dnia?”

Nie wiadomo, skoro się nie zdarzy, ale można przypuszczać, że samemu papieżowi nie przysłużyłoby się najlepiej- mógłby taki Putin się zezłościć albo co? Na co to komu! Panie! Na co to komu! Poza tym Franciszek serdecznie się już ściskał i z Cyrylem, patriarchą Moskwy, i z prezydentem Władymirem Władymirowiczem – po co to psuć!

Ale zostawmy ten sarkazm.

Wracając do rzeczywistości…

Jeśli faktycznie zaskakująco dziecinne zachowanie Franciszka motywowane jest w taki sposób jak to sugerują jego obrońcy, to nadal jest to rozczarowujące i niezrozumiałe dla opinii publicznej świata zwłaszcza w zestawieniu z faktami wojny w Ukrainie. No cóż, powie ktoś – nie jest rzeczą papieża dogadzać gawiedzi i spełniać jej oczekiwania. Służy przede wszystkim Trójcy świętej i tylko wobec niej ma obowiązki.Kropka.

No dobrze, ale ta neutralność jest dziwna zważywszy, że w każdej sprawie Watykan ma swoje zdanie i nie ukrywa się za neutralnością gdy potępia miłość ludzi LGBTQ, gdy niszczy życie kobiety, gdy odmawia jej prawa do posiadania potomstwa z in-vitro, gdy nie chce słyszeć o polepszeniu warunków życia dzieciom w sierocińcach, które mogłyby zostać adoptowane przez pary jednopłciowe, bardzo głośno i wyraźnie oporuje w sprawie konwencji antyprzemocowej, a nawet od wielu lat kontestuje prawa człowieka itd. itp.  W sprawie napaści wielkiego mocarstwa na dużo mniejszą i słabszą Ukrainę nie potrafi precyzyjnie odróżnić agresora od jego ofiary? Skąd taki paraliż intelektualny i emocjonalne wyzerowanie u przywódcy religijnego? Trudno nagle przyjąć i poważnie traktować zachowanie papieża Franciszka wobec zbrodni wojennych FR, popełnionych w Ukrainie, tak samo jak swego czasu trudno było zgodzić się na milczenie JP2 w obliczu masakry w Rwandzie…

 

Od publicystów, dziennikarzy i politologów

oczekuję rzetelnej oceny na gruncie

racjonalnego postrzegania rzeczywistości,

nie zaś zabawy w adwokata diabła.

 

A odpowiedź nie jest znowu tak trudna jakby można sądzić po lekturze publikatorów …

Wiele razy władze kościelne milczały w sytuacjach, które powodowały najwyższy niepokój wśród ludzi i tych wierzących i niewierzących. Taka postawa, to nic nowego w historii KK. Zawsze zachowuje on „neutralność”, ale tylko do momentu, gdy zaczyna się klarować, kto kogo dociśnie do gleby. Mogę zaryzykować twierdzenie, że śledząc wypowiedzi Franciszka, będziemy mogli odczytać z nich kto to będzie tym razem.

 

Bo pomijając fantazje o kontaktach papieża z samym bogiem,

zachowuje się on jak przystało na szefa szefów

i prawdopodobnie dba w tej chwili wyłącznie

o interes własnej korporacji.

 

Ma wiele do stracenia, może też coś do ugrania, a chyba sam nie wierzy, że zwalanie problemu na barki N.M.P. jakkolwiek przesądzi o wyniku wojny w Ukrainie. Zatem przyjmuje postawę „chciałbym, ale boję się”, bo nie wie do kogo ma się bardziej przytulić. Kiedy obserwatorzy z Watykanu nabiorą pewności, że konflikt dobiega kresu – z pewnością nabierze wigoru, a jego stanowisko zdecydowania.

Poza tym – te czasy zamierzchłe, gdy głos papieża o wszystkim rozstrzygał – dawno minęły i nie może on sobie pozwolić na mówienie tego co myśli. On musi teraz myśleć co mówi. I najwyraźniej bardziej przejmuje się Putinem w pakiecie z Cyrylem, niż milionami wyznawców na całym katolickim świecie. Tak się sprawy z grubsza mają. Nie sądzę, żeby katolicy mieli mu to za złe, więc nie trzeba ich czarować i tłumaczyć papieża tak pokrętnie, jak to miałam sposobność dostrzec w zalinkowanych periodykach i gazetach codziennych – kto nie wierzy może sprawdzić.

 

 

To co powinno niepokoić wierzących, a przynajmniej zastanowić, to że pośrednicy w kontaktach z bogiem, ci w habitach, otrzymują najwyraźniej sprzeczne przekazy tam, z góry. To szczególnie wydaje się być groźne w kontekście wojny, bo gdy jest wojna to giną ludzie, tragedie i traumy pozostają na lata, a czas pokoju jest często zbyt krótki, by odbudować państwo czy społeczeństwo. Zatem, nawet jeśli życie doczesne jest niczym wobec wieczności, to jednak tu mają zasłużyć na zbawienie lub potępienie. To tu rozstrzygnie się ich status po śmierci. Jak więc wierzący w tego samego Boga mają rozumieć rozjazd między tym co mówi Cyryl- patriarcha Moskwy, prawosławny kościół autokefaliczny Ukrainy i katolicki papież Franciszek?

Pozostając w kręgu religii i wiary trzeba by stanowczo zadać pośrednikom pytanie – co się u licha dzieje w świętej rodzinie? Bo Cyryl twierdzi, że:

  • to NATO specjalnie wywołało konflikt. Motywem ma być chęć skłócenia Ukrainy z jej macierzą czyli Rosją, a następnie reedukacja i mentalne przerobienie Ukraińców i Rosjan, zamieszkujących Ukrainę na wrogów wielkiej Rosji. Ostatecznym celem geopolityki zachodu ma być przede wszystkim osłabienie Rosji.

Wtóruje mu lojalnie Franciszek i oskarża NATO o „szczekanie” na granicy…

Takie omówienie sytuacji przez Cyryla, to plasterek na ewentualne wątpliwości  obywateli FR. No i taki przekaz podoba się Rosjanom, nawykłym do traktowania swojego kraju jak wielkiego mocarza, którego wszyscy muszą się bać. Nie pierwsze to pokolenie uczone jest niechęci do zmian, do integracji z resztą świata i do życia w warunkach bezpieczeństwa i pokoju. Jakże by mogli w ogóle zauważyć, że przez 30 lat, odkąd upadł Związek Radziecki, zachód dwoi i się i troi żeby Rosja raczyła przyjąć zaproszenie do wspólnoty krajów cywilizowanych, a na dowód zaufania nawet uzależnił się od rosyjskiego gazu…

Ci sami prawosławni, tyle że ukraińscy, już w 2013 roku apelowali do Cyryla patriarchy Moskwy, by wpłynął na Putina i zapobiegł rozlewowi krwi – jak pamiętamy, apel zbyło milczenie owiec po obu stronach granicy, a krew lała się zgodnie z planem.

Złote usta Franciszka tymczasem uraczyły świat mrzonką o zaniechaniu przemocy…

W obliczu niebezpieczeństwa samounicestwienia ludzkość musi zrozumieć, że nadszedł czas zniesienia wojny, wymazania jej z historii ludzkości, zanim ona wymaże człowieka z historii. Proszę wszystkich przywódców politycznych, aby się nad tym zastanowili i zobowiązali się do tego; aby spoglądając na umęczoną Ukrainę zrozumieli, że każdy dzień wojny pogarsza sytuację wszystkich”

Nikt nie może, proszę papieża, gwarantować, że od patrzenia na „umęczoną Ukrainę” cokolwiek zrozumie, a już na pewno psy wojny nie wzruszą się tym, że się „ pogarsza sytuację wszystkich” , bo po pierwsze nie wszystkich, a po drugie niektórych sytuacja się znacznie polepszy, jak to podczas ruchawki wojennej, nieprawdaż?

Koniec końców jednak Franciszek postanawia zrzucić problem na barki kobiety – Najświętszej Panienki zwanej Marią :

,Niestrudzenie błagajmy Królową Pokoju, której poświęciliśmy ludzkość, a szczególnie Rosję i Ukrainę, przy wielkim intensywnym współuczestnictwie, za co dziękuję wam wszystkim. Módlmy się wspólnie: «Zdrowaś Maryjo»…”

Bóg ojciec i Syn boży, jak rozumiem, wypowiedzieli się, cicha Maria, zawsze Dziewica dostała zlecenie od Franciszka, a co na to sam Duch święty?

Jeszcze się chyba nie wypowiadał, albo życie duchowe tak nisko upadło, że nie ma biedak z kim pogadać. Może poszedł zniesmaczony upić się w niebiańskiej knajpie. To nawet ateista zrozumie i wybaczy.

 

https://www.rp.pl/konflikty-zbrojne/art35846071-patriarcha-cyryl-to-nie-rosja-i-ukraina-rozpoczely-ten-konflikt-to-nato

https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/swiat/2159285,1,uniki-franciszka-dlaczego-kluczy-w-sprawie-wojny-w-ukrainie.read

https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/swiat/2165093,1,franciszek-szokuje-gdy-mowi-o-wojnie-o-co-mu-chodzi.read

https://www.gazetaprawna.pl/wiadomosci/swiat/artykuly/8411993,ukraina-papiez-wojna-spowodowana-przez-nato-rosja.html

https://wiadomosci.dziennik.pl/swiat/artykuly/8405719,wojna-rosja-wladimir-putin-papiez-franciszek-ukraina-wolodymyr-zelenski.html

https://www.vaticannews.va/pl/papiez/news/2022-03/papiez-o-wojnie-na-ukrainie-dosc-zatrzymajcie-sie.html

https://wyborcza.pl/7,75399,28410067,czy-papiez-franciszek-bladzi-w-sprawie-rosji-i-ukrainy-a-moze.html

 

kuna2022kraków

 

Ćwiczenia z ateizmu. Część 47 ”Ideologia katolickich talibów (część 2)

Przedstawiam tu krytykę głównych punktów ideologii głoszonej przez katolickich radykałów. Pisałem już o międzynarodowym porozumieniu „Agenda Europe” (Program dla Europy) oraz o instytucie Ordo Iuris, głośnym z forsowania projektu ustawy o całkowitym zakazie aborcji i karaniu kobiet więzieniem (link na końcu).

Dziś możliwie krótko o innych sprawach.

1. Prawo do rozwodów

Katoliccy radykałowie i Kościół negują prawo do rozwodów małżeńskich, uznają je wyłącznie za zło. Prawo to wprowadzano wbrew stanowisku Kościoła, np. we Włoszech w drodze referendum dopiero w 1970 r.

Radykałowie zdają sobie sprawę, że likwidacja prawa do rozwodów jest obecnie praktycznie niemożliwa. Zakaz stawiają jako cel dalekosiężny, na dziś Agenda Europy zaleca utrudnienia w uzyskaniu rozwodu, komplikowanie procedur, podnoszenie opłat itp.

Czy prawo do rozwodów jest słuszne?

Etyka świecka i ustawodawcy nie namawiają do rozwodów. Jeżeli małżeństwo zgodnie chce, może się nie rozwodzić w żadnej sytuacji. Natomiast zdroworozsądkowe podejście i etyka świecka mówią, że jeżeli w małżeństwie bardzo źle się dzieje, lub praktycznie doszło do jego rozpadu, to uzasadniony jest rozwód. Wbrew temu Kościół i religijni radykałowie chcą utrzymywać praktycznie nieistniejące małżeństwa, lub utrzymywać złe małżeństwa, w których małżonkowie i dzieci doznają wielu szkód, zamiast korzyści. Trwanie w chorym małżeństwie nie pozwala ułożyć sobie życia w nowy sposób, korzystniejszy także dla dzieci (trzeba to podkreślić, bo przeciwnicy rozwodów powołują się zawsze na dobro dzieci).

Stanowisko Kościoła i katolickich radykałów w sprawie rozwodów grzeszy skrajnym dogmatyzmem, bezdusznością i bezrozumnym traktowaniem ludzkich spraw. Zapisy w Piśmie Świętym, pochodzące sprzed blisko dwóch tysięcy lat, lub wyimaginowane prawo boże, są dla nich ważniejsze niż dobro ludzi.

2. Prawo do antykoncepcji

W Kościele katolickim wiernych obowiązuje zakaz stosowania jakichkolwiek środków antykoncepcyjnych, nawet prezerwatyw. Encyklika Pawła VI Humanae Vitae z 1968 r., wyrażająca obowiązujące do dziś stanowisko Kościoła, dopuszcza jedynie – jako metodę regulacji poczęć – korzystanie z naturalnych rytmów płodności (cyklów miesiączkowych). Katolicy, w szczególności w Europie Zachodniej, a także w Polsce, masowo nie przestrzegają zakazu.

Nieskrywanym marzeniem biskupów, Agendy Europy i innych radykałów jest wprowadzenie ustawowego zakazu sprzedaży środków antykoncepcyjnych. Nie łudźcie się, nie idzie tylko o środki poronne, ale o wszystkie (także Jan Paweł II z wielką mocą potępiał używanie prezerwatyw).

Ponieważ nie jest realne wprowadzenie tego zakazu jedną ustawą, radykałowie dążą do wprowadzenia tzw. klauzuli sumienia, to znaczy regulacji prawnych pozwalających lekarzom odmawiać przepisywania środków antykoncepcyjnych, a aptekarzom – odmawiać ich sprzedaży, powołując się na „sprzeciw sumienia”. W Polsce możliwość odmowy dają ustawy o zawodach lekarza oraz pielęgniarki i położnej. Otwiera to księżom i katolickim aktywistom pole do działania. Mogą wywierać nacisk na lekarzy, by nie przepisywali środków antykoncepcyjnych.

Kościoły protestanckie już w latach 1930. zaczęły powszechnie traktować stosowanie środków antykoncepcyjnych jako sprawę osobistą wyznawców (wyjąwszy środki poronne). Także na oficjalnej stronie świadków Jehowy można przeczytać:Decyzja o stosowaniu antykoncepcji — pod warunkiem że wybrana metoda nie prowadzi do poronienia — jest osobistą sprawą małżonków. Nikt nie powinien krytykować ich decyzji” (1). Kościół katolicki tkwi w sprzeciwie.

Zwraca uwagę, że w papieskich encyklikach i wypowiedziach kościelnych hierarchów ujawnia się wyjątkowo prymitywne spojrzenie na antykoncepcję. Widzą w niej przede wszystkim rozpustę oraz niszczenie miłości małżeńskiej. Doskonałego przykładu dostarczył niedawno arcybiskup Henryk Hoser.

W Kościele katolickim obchodzono właśnie pięćdziesiątą rocznicę ogłoszenia encykliki Pawła VI Humanae Vitae z 1968 r. Encyklika ta rozwiała nadzieje wielu katolików, że Kościół pozostawi antykoncepcję osobistym decyzjom wiernych. Ale rocznica nie stała się dla biskupów w Polsce okazją do zastanowienia się, tylko wyłącznie do zademonstrowania prymitywnych ocen. Arcybiskup Hoser powiedział: Profetyczny okazał się głos encykliki co do skutków działania antykoncepcji. Paweł VI trafnie przewidywał, że jej stosowanie otworzy szeroką i łatwą drogę zarówno niewierności małżeńskiej, jak i ogólnemu upadkowi obyczajów” (2).

Kościelni hierarchowie widzą w antykoncepcji wyłącznie zło i rozpustę. Nie zauważają pozytywnego wpływu antykoncepcji na życie seksualne, na redukcję lęku przed niepożądaną ciążą, na poprawę uczuciowych relacji w parach małżeńskich i pozamałżeńskich, na wzrost zadowolenia z seksu.

Trzeba powiedzieć biskupom zdecydowanie: Każdy człowiek ma moralne prawo regulować swoją płodność zgodnie z możliwościami, jakie dają współczesne środki antykoncepcyjne. Kościół i katoliccy radykałowie chcą Polaków tego prawa pozbawić.

3. Prawa osób homoseksualnych i LGBT

Maniacki wręcz sprzeciw religijnych radykałów budzą związki i małżeństwa homoseksualne, a szerzej – prawa osób LGBT (lesbijki, geje, biseksualiści, transseksualiści). W wielu krajach radykałowie doznali w tej dziedzinie druzgocących klęsk, ale liczą jeszcze, że uda im się to i owo w prawach osób LGBT pokomplikować, utrudnić, utrzymać zakazy tam gdzie one są.

Obecnie małżeństwa homoseksualne można zawierać legalnie we wszystkich krajach zachodnich, z wyjątkiem Włoch (w Szwajcarii będzie to możliwe od 1 lipca 2022 r. w efekcie referendum z 2021 r.). W USA  od 2015 r. można je zawierać we wszystkich  stanach. W Irlandii od 2015 r. po referendum konstytucyjnym, przegranym przez katolickich klerykałów.

Badania sondażowe wskazują, że prawo do zawierania małżeństw homoseksualnych jest w tych krajach akceptowane przez zdecydowaną większość obywateli. Według badań amerykańskiego renomowanego ośrodka Pew Research Center (3), w 2017 r. legalizację małżeństw homoseksualnych akceptowało (podam tylko dane dla największych krajów): 77 % Hiszpanów; 77 % Brytyjczyków; 75 % Niemców; 73 % Francuzów; 62 % Amerykanów.

We Włoszech, gdzie prawo nie dopuszcza małżeństw homoseksualnych, akceptacja wynosi 59 %. W Szwajcarii, gdzie będzie to możliwe od 1 lipca 2022 r. – 75 %.

A w Polsce? Legalizację małżeństw homoseksualnych popiera 32 % Polaków. Nie jest tak źle, jak można by przypuszczać.

Zdecydowanie negatywne nastawienie dominuje w Rosji, gdzie legalizacji małżeństw homoseksualnych sprzeciwia się 90 %; na Ukrainie 85 %; na Litwie 85 %; na Białorusi 81 %; w Mołdowie 92 %.

Można powiedzieć, że mamy w Europie dwa światy: zachodni i wschodni – i Polskę pomiędzy nimi.

Dlaczego doszło w tak wielu krajach do legalizacji małżeństw homoseksualnych i ich akceptacji przez obywateli? Mimo że także w krajach zachodnich stosunki homoseksualne były karane, czasami aż do połowy XX wieku.

W dziedzinie prawa w Europie od czasów Oświecenia (XVIII w.) torowała sobie drogę zasada, że czyny, które nie przynoszą szkody, nie powinny być karane ani zabronione, nawet jeżeli zakazuje ich Pismo Święte. Tak ujmuje to na przykład francuska Deklaracja Praw Człowieka i Obywatela z 1789 r. (to być może najważniejszy dokument w nowożytnej historii Europy).

Stosunki homoseksualne między osobami dojrzałymi nie przynoszą szkody ani im, ani społeczeństwu. Konsekwencją tego jest znoszenie karalności stosunków homoseksualnych i zgoda na legalizacją małżeństw homoseksualnych. Nie można wiarygodnie twierdzić, że stosunki i małżeństwa homoseksualne są szkodliwe.

Władze Kościoła katolickiego w swoim sprzeciwie powołują się na Pismo Święte, ale dziś interpretacja Pisma Świętego nie może decydować o treści stanowionego prawa. Liczą się argumenty rozumne, a nie autorytet ksiąg sprzed około 2-3 tysięcy lat.

Biskupi i katoliccy radykałowie jak mantrę powtarzają, że legalizacja małżeństw homoseksualnych zagraża rodzinie. W jaki sposób? Nie wyjaśniają tego, tylko gardłują. Jeżeli osoby homoseksualne chcą zawierać małżeństwa i zakładać rodzinę, umacnia to instytucję małżeństwa i rodziny, a nie osłabia. Ponadto brak zgody na zawieranie takich małżeństw jest pozbawionym podstaw działaniem na szkodę osób homoseksualnych. Nie ma powodu, by szkodzić.

A co z adopcją dzieci przez małżeństwa homoseksualne?

W USA od kilku dziesięcioleci sporo dzieci wychowało się w nieformalnych lub formalnych małżeństwach homoseksualnych. Nie można powiedzieć, że działo się tam gorzej niż w małżeństwach heteroseksualnych i spowodowało negatywne skutki. Dodajmy, że chłopiec może być bardziej narażony na wykorzystanie seksualne w kontaktach z księżmi, niż w rodzinie gejowskiej (seksualne wykorzystywanie dzieci przez księży, jak wskazują ciągle ujawniane w USA materiały, miało bardzo szeroki zasięg).

4. Prawo do aborcji

Wbrew temu, co sugerują katoliccy radykałowie, dziecko w okresie płodowym jest chronione prawem. Prawo powszechnie nie dopuszcza aborcji w późniejszych okresach ciąży, a szczególne sytuacje regulowane są dodatkowymi postanowieniami. Trzeba natomiast powiedzieć wyraźnie, że zygota czy zarodek to nie jest jeszcze dziecko, nie posiada właściwości pozwalających mówić o dziecku (do kwestii tej jeszcze wrócę).

Żądaniem Kościoła i organizacji antyaborcyjnych jest całkowity zakaz aborcji od chwili poczęcia, również w tak trudnych przypadkach, kiedy ciąża zagraża życiu matki lub dziecko urodzi się nawet bez mózgu. W Polsce biskupi co jakiś czas występują z głośnymi żądaniami całkowitego i bezwarunkowego zakazu aborcji. Powołują się na prawo boże i ewangelię, które – ich zdaniem – stoją wyżej niż prawo stanowione w demokratycznych państwach (np. abp Gądecki w 2016 r., niedawno abp Depo). Otóż tak było w średniowieczu, arcybiskupom mylą się epoki. Dziś prawo stanowione w demokratyczny sposób stoi wyżej niż tzw. prawo boże.

Trzeba bowiem podkreślić, że władze Kościoła nie głoszą żadnego rzeczywistego prawa bożego, tylko zasady, które same dowolnie ustalają, manipulując wersetami z Pisma Świętego i innych starożytnych ksiąg. Wiadomo też, że Pismo Święte zawiera zapisy ogólnikowe i niejasne, ponadto dotyczyło zupełnie innych społeczeństw i kultur. Z tych powodów Pismo Święte nie może być dziś źródłem prawa. I nie jest.

Dlaczego kobieta powinna mieć prawo do aborcji we wczesnym okresie ciąży?

Wbrew temu, co twierdzą katoliccy radykałowie, aborcja we wczesnym okresie ciąży nie jest „zabiciem dziecka”. Zygota, zarodek, płód we wczesnym okresie nie jest jeszcze dzieckiem. Nie ma właściwości, które pozwalają mówić o dziecku. Zygota/zarodek dopiero może stać się dzieckiem, ale nim nie jest. Analogicznie jajko nie jest kurczakiem, chociaż zawiera często zapłodniony zarodek.

Można w rozważny sposób ustalić, do kiedy dopuszczalna jest aborcja na mocy osobistej decyzji kobiety (tzw. aborcja „na życzenie”). Można też ustalić, w jakich szczególnych okolicznościach jest dopuszczalna i niedopuszczalna w późniejszym okresie. Z radykalnymi biskupami i działaczami nie ma jednak możliwości uzgodnienia czegokolwiek.

Nie ma dostatecznych argumentów, by zakazywać aborcji „na życzenie” we wczesnym okresie ciąży. Zakaz taki oznacza w praktyce zmuszanie kobiety do rodzenia dzieci. Ze względu na wagę sprawy, jaką jest urodzenie i wychowywanie dziecka, jest to złe zarówno z punktu kobiety, jak i społeczeństwa.

5. Prawo do eutanazji

Z katolickimi talibami i biskupami niemożliwa jest rzeczowa dyskusja na temat tak trudnego problemu, jak prawo do eutanazji. Idzie tu o prawo osób nieuleczalnie chorych i cierpiących do świadomego i dobrowolnego podjęcia decyzji o zakończeniu życia. Zamiast dyskusji, radykałowie mówią o mordowaniu staruszków i chorych, przywołują zbrodnie hitlerowców.

Głoszą też, że śmierć powinna zależeć tylko od Boga. Jest to – powiedzmy jasno – religijna demagogia, religijne kłamstwo. Życie chorego człowieka nie zależy od Boga, tylko od postępów choroby powodowanej infekcjami, nowotworami itp. Mieszanie do tego Boga jest nonsensem i kłamstwem właśnie.

Warto docenić, że są kraje, w których cierpiącym przyznano w określonych warunkach prawo do podjęcia decyzji o zakończeniu życia. W Kościele potrafią tylko rzucać na te kraje oskarżenia. Biskupi w Polsce, mówiąc o eutanazji, zajmują stanowisko skrajnie dogmatyczne, bezduszne i nieludzkie. Cierpiący człowiek, wybierający śmierć, wymaga szacunku. Prawo do eutanazji oznacza poszanowanie ludzkiej godności.

6. Na zakończenie szczypta satyry

Talibscy teolodzy i prawnicy głoszą, ni mniej ni więcej, że za tym, co proponują, stoi Bóg i stworzone przez niego tzw. prawo naturalne, czyli racje nadprzyrodzone. Oto jak na przykład wygląda w skrócie wyznanie wiary jednego z profesorów prawa: „Będąc młodym profesorem UJ uważam, że rozum ludzki może być racjonalny tylko jeśli stoi za nim racjonalność idealna, tj. Boga. A konstytucjonalizm bez założenia prawa naturalnego, stworzonego przez Boga, to śmierć człowieczeństwa” (4).

Powstaje pytanie: Czy jak ktoś powie, że istnieje boska racjonalność i boskie prawo naturalne, to znaczy, że tak jest naprawdę? Szanowni teolodzy i prawnicy mylą rzeczywistość z religijnymi imaginacjami i urojeniami na jej temat.

Profesor, wycierając sobie buzię Bogiem, ośmiesza prawo i zespół ekspertów sejmowych, w skład którego wchodził. Bo okazuje się, że byli tam prawnicy nie tylko inteligentni, ale także nawiedzeni, którzy wiedzą, co chce Bóg. Alvert Jann

PS. Link do pierwszej części artykułu https://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/ideologia-katolickich-talibow-czesc-1/

Alvert Jann: Blog „Ćwiczenia z ateizmu” https://polskiateista.pl/aktualnosci/blogi-2/cwiczenia-z-ateizmu/ : Zapraszam licealistów, studentów i wszystkich zainteresowanych na ćwiczenia z ateizmu. Co miesiąc „pierwszego”, czasami częściej, będę zamieszczał krótki tekst, poważny ale pisany z odrobiną luzu. Nie widzę siebie w roli mentora czy wykładowcy, mam na myśli wspólne zastanawianie się. 

– Nauka nie wyjaśnia wszystkiego, religia nic nie wyjaśnia.

Na blogu znajduje się kilkadziesiąt artykułów.

Zachęcam do przeczytania:

Co to jest płeć kulturowa (gender)?” https://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/co-to-jest-plec-kulturowa/

Władze Kościoła kontra wierni: Małżeństwa homoseksualne”https://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/wladze-kosciola-kontra-wierni-malzenstwa-homoseksualne/

Rozwody kościelne” https://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/rozwody-koscielne/

Teoria Boga krótko wyłożona” https://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/teoria-boga-krotko-wylozona/ 

……………………………………………………………………………

Przypisy

1 Świadkowie Jehowy o antykoncepcji – https://www.jw.org/pl/nauki-biblijne/pytania/antykoncepcja-pogl%C4%85d-biblijny/

2 Abp Hoser o antykoncepcji – https://ekai.pl/profetyczne-znaczenie-humanae-vitae-sesja-w-50-rocznice-dokumentu/

3 Sondaże Pew Research Center – http://assets.pewresearch.org/wp-content/uploads/sites/11/2018/05/14165352/Being-Christian-in-Western-Europe-FOR-WEB1.pdf

; http://www.pewforum.org/2017/05/10/religious-belief-and-national-belonging-in-central-and-eastern-europe/

4 Andrzej Bryk w: „Rzeczpospolita” z 10.09.2016 r. – https://www.rp.pl/Rzecz-o-prawie/309109991-Prawa-czlowieka-to-religia-swiata-liberalno-demokratycznego—pisze-prof-Andrzej-Bryk.html#ap-1

……………………………………………………………………………….

Alvert Jann: Kontrowersyjna inicjatywa Uniwersytetu Papieskiego w Krakowie

Od kilku lat w Bazylice Mariackiej w Krakowie pojawiały się, nie wiedzieć jak i skąd, dziwne zawiniątka. Skręcone kawałki papieru, czasami mała karteczka. Leżało sobie takie niby nic dzień, dwa, czasami dłużej. Ksiądz kanonik zbierał te świstki jakby to były relikwie. W zakrystii wypełnione są już dwa duże kosze.

Gdy ktoś, gnany ciekawością, przyjrzał się bliżej tym dziwnym skrawkom papieru, mógł przeczytać niewyraźnie napisane słowa: Santo subito. Święty natychmiast.

Kto? O kogo idzie? W wąskich uliczkach od Barbakanu po Wawel, na Plantach i w całym Krakowie, krążyły przeróżne wieści roznoszone jakby przez wiatr. Chciano wiedzieć. No ale jak zwykle, jak w przypadku pięknych kobiet, wielu chciało, lecz nielicznym było dane.

*

Nagle gruchnęło. Senat Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie podjął uchwałę: „Żądamy kanonizacji Naszego Metropolity: Santo subito. Święty natychmiast”. Uchwałę przyjęto przez aklamację.

Jak mówiono później, nad salą pojawił się anioł z transparentem: „Arcybiskup Jędraszewski Santo Subito”. Inni widzieli nawet, jak chóry anielskie wielbiły arcybiskupa w słowach pełnych wzniosłości.

Ale nie brakowało takich, którzy nic nie widzieli. Nie mówili tego głośno, nie chcieli psuć atmosfery.

Na uroczyste posiedzenie senatu przybył także gość specjalny z Czeskich Budziejowic. Był to przedstawiciel tamtejszego komitetu lokalnego, działającego na rzecz odrodzenia religijnego w Czechach.

Budziejowice to miasto dobrego wojaka Szwejka. Tam się objawił światu. Niedawno pod pozaziemskim patronatem Szwejka odbył się w Budziejowicach głośny spektakl. Żądano powrotu wiary religijnej i rechrystianizacji Europy. Sceptycy twierdzili, że nic z tego nie będzie, ale organizatorzy, wielbiciele Szwejka, byli dobrej myśli.

No i najważniejsze. To podczas budziejowickiego spektaklu pojawił się po raz pierwszy transparent i pomysł: „Arcybiskup Jędraszewski Santo Subito”. Relację z tego wydarzenia zamieściłem nie tak dawno.

Teraz gość specjalny nie mógł wyjść z podziwu. Widząc transparent rozpostarty nad salą senatu, szeptał sam sobie do ucha: „My tak dla jaj, a oni tu naprawdę”.

*

Ale wróćmy do początku posiedzenia senatu uczelnianego. Obszerne uzasadnienie uchwały przedstawił rektor papieskiej uczelni. W gorących słowach wychwalał chrześcijańskie cnoty kandydata na ołtarze. „Któż jak On – powiedział – dzielniej walczył z =tęczową zarazą= i ideologią gender. Od dawna też był przedmiotem kultu w Bazylice Mariackiej”.

Nie obyło się jednak bez niepotrzebnej dyskusji. Zazdrość ludzka – jak mówiono w kuluarach – nie zna granic przyzwoitości.

„Jak to, jeszcze przecież nie umarł! Poczekajmy. Nie ma tradycji, by kanonizować żywcem. To nie palenie na stosie” – perorował jeden z opornych duchownych. Domyślano się, że to konkurent do wyniesienia na ołtarze za te same heroiczne cnoty, ale jednak znacznie niższy rangą. Wszyscy wiedzieli, że ci dwaj duchowni od lat konkurują w kibolskich ekscesach.

Ku zaskoczeniu wszystkich, w obronie „kanonizacji żywcem” wystąpił znany teolog o liberalnych skłonnościach. „Przynajmniej – mówił – taki kanonizowany będzie wiedział, że został świętym. A tak to biedak umrze i nigdy się nie dowie, że został świętym … Któż by tam wierzył w życie po śmierci” – dodał, żeby nie było wątpliwości, co ma na myśli. Z tym akurat zgadzali się wszyscy. „No i pamiętajmy – dorzucił kończąc swoje wystąpienie – Jan Paweł II pozwolił stawiać sobie pomniki za życia. Idźmy dalej tą drogą, kanonizujmy żywych”.

Wszyscy w mig rozszyfrowali intencje liberała. Spodziewa się – mówiono – że sprawa kanonizacji arcybiskupa rypnie. I wtedy on, znany liberał, zostanie wyniesiony na ołtarze. „Z całą pewnością dołoży starań – mówiono – by Duch Święty odpowiednio natchnął watykańską Kongregację Spraw Kanonizacyjnych”.

Mimo tych podejrzeń, argumentacja liberała wydała się wszystkim przekonująca. Aklamacja, z jaką podjęto uchwałę, rozwiała wszelkie wątpliwości i uciszyła wątpiących. Nie do końca, jak się wkrótce okazało.

*

Kilka dni później szef watykańskiej Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych, leciwy kardynał, miał ciężką noc. Najpierw nie mógł zasnąć, potem coś mu dokuczało w członku, jakby wspomnienie czasów młodości. Rzeczywista przyczyna niepokoju była jednak inna. Jaka?

Oto w Krakowie nieznany mu duchowny nakłuwał właśnie szpilką portret tamtejszego arcybiskupa. To stara praktyka magiczna. Duchownego tego, kościelnego liberała, poznaliśmy już na posiedzeniu senatu papieskiej uczelni. Teraz to on właśnie nakłuwa szpilką portret arcybiskupa. Wie, że jest to metoda skuteczna i zaszkodzi delikwentowi.

Duchowny ten nie wierzył w żadną religię, w żadne mity i zabobony. Ale jak przystało na prawdziwego kościelnego liberała, coś z dawnych wierzeń nosił w sobie jak piętno. Nasz kościelny liberał do dziś nie pozbył się pierwotnej wiary w magię. Tkwiła w nim głęboko, bardziej w emocjach niż w rozumie. Nie dziwota więc, że w chwilach trudnych uciekał się do praktyk magicznych. Tak było teraz.

Magia działała. To z jej powodu szef watykańskiej Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych cierpi dzisiejszej nocy, sen ma niezdrowy, ale – co najważniejsze – bezwolnie nabiera negatywnego nastawienia do nakłuwanego arcybiskupa. Sprawę jego kanonizacji ma szef niebawem otrzymać do rozpatrzenia, chociaż jeszcze o tym nie wie. OK! Wszystko dzieje się tu z wyprzedzeniem.

*

Minęło trochę czasu. Arcybiskup siedział w swoim mieszkaniu i zastanawiał się, czy ten numer z kanonizacją przejdzie. Miał poważne obawy. Wtedy usłyszał dzwonek domofonu i po chwili dwaj postawni księża weszli do jego gabinetu. Byli to profesorowie z Uniwersytetu Papieskiego.

– Księże arcybiskupie, proszę wybaczyć, ale mamy ważną sprawę, przychodzimy z misją dobrej woli.

– Napijmy się – powiedział arcybiskup sięgając po sporą butelkę przedniego koniaku i trzy małe kieliszki. – Kieliszeczek nie zaszkodzi – dodał.

Atmosfera nieco się ociepliła.

– Czas chyba przystąpić do rzeczy – powiedział po chwili starszy z gości.

– Mówcie, księże profesorze – odrzekł arcybiskup.

– Są problemy, zawiść ludzka działa jak podszepty szatana. Z Watykanu dochodzą głosy, że cnót ma ksiądz arcybiskup za mało. Niektórzy mówią, że to w ogóle nie są cnoty, tylko kibolstwo …

Arcybiskup nie zdziwił się.

– Bardzo nam zależy na kanonizacji księdza arcybiskupa. Wiemy, co można by zrobić – powiedział starszy księżulo, ale urwał nieco zakłopotany. Wskazał na młodszego, wyraźnie odważniejszego.

– To dość proste. Może by tak ksiądz arcybiskup oblał się benzyną i spalił na Rynku Głównym? Za grzechy tego miasta, za grzechy kleru, o których ostatnio tak głośno. No i nasz uniwersytet na tym zyska. I Kościół. Przybędzie nowych powołań, jak za Jana Pawła.

– Ale czy to nie przesada? Spalić się? – Arcybiskupowi wyraźnie nie przypadł do gustu ten pomysł.

– To byłby mocny numer. Zamkniemy usta krytykom w kraju i w Watykanie. To byłaby śmierć męczeńska, kanonizacja łatwa i pewna – nalegał gość.

– Odpada też argument, że ksiądz arcybiskup jeszcze żyje – dorzucił drugi.

– No ale może są godniejsi ode mnie? – kluczył arcybiskup.

– Nie ma. To musi być ktoś wielki. Żeby wstrząsnąć sumieniem Kościoła i Watykanu. Ksiądz arcybiskup jest tu największy.

– A oni mają jakieś sumienie? – powątpiewał arcybiskup.

Przekomarzano się tak dość długo, ubywało koniaku, atmosfera stawał się coraz cieplejsza, aż stała się zupełnie ciepła. Arcybiskup był o krok od pozytywnej decyzji.

– Zamkniemy usta tym chujom – powiedział na odchodne młodszy ksiądz profesor.

– Chujom – potwierdził arcybiskup, podobno używając pierwszy raz w życiu tego epitetu, nie wiedzieć czemu uchodzącego za obraźliwy, chociaż oznacza przedmiot dumy każdego prawdziwego mężczyzny.

*

Finał całego przedsięwzięcia znacie już, drodzy czytelnicy, z pierwszych stron gazet. Z samospalenia i kanonizacji nic nie wyszło. Zadziałał przysłowiowy palec boży. Kiedy już wszystko było gotowe, arcybiskupowi nie zapaliła się zapalniczka. Oświeceni w Duchu Świętym widzieli, jak anioł Gabriel zdmuchnął płomień, zanim ten się pojawił. – Alvert Jann

Prima aprilis anno MMXXIV

Alvert Jann: Blog „Ćwiczenia z ateizmu” https://polskiateista.pl/aktualnosci/blogi-2/cwiczenia-z-ateizmu/

Nauka nie wyjaśnia wszystkiego, religia nic nie wyjaśnia.

Sprawozdanie z uroczystości w Czeskich Budziejowicach: „Odrodzenie religijne w Czechach” https://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/odrodzenie-religijne-w-czechach/

Artykuł o kościelnym szkolnictwie wyższym: „Lekcje religii w szkołach wyższych” https://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/lekcje-religii-w-szkolach-wyzszych/

Polecam też:

Teoria Boga krótko wyłożona” https://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/teoria-boga-krotko-wylozona/

PS. Na obrazku logo Uniwersytetu Papieskiego w Krakowie, postawione „z głowy na nogi”.

……………………………………………………………..

Ruso…cośtam

Często czytam aby nie utożsamiać Rosjan z polityką Putina, że Putin to nie Rosja i nie wolno stawiać pomiędzy narodem i ich wodzem znaku równości, bo podobno źle świadczy o człowieku i łatwo otrzymać etykietę rusofoba, erytofoba, ksenofoba i cholera wie co jeszcze. To zachodnie liberalne ucywilizowanie doprowadziło nas właśnie do punktu, w którym teraz stoimy bezsilni, zastanawiając się co dalej.

Czuję rozsadzająca mnie złość, ale nie potrafię tego wykrzyczeć tak by było politycznie poprawnym i nie do podważenia przez “komisarzy” stojących na straży społecznościowych zasad współżycia na fejsie. Tak by nie zarobić bana za hejtowanie.

Nie stawiam więc znaku równości, choć 70-75% Rosjan popiera Putina, ponad 40% popiera jego agresywną politykę mocarstwową, a ponad 30% życzy sobie jeszcze bardziej zdecydowanych działań wobec zachodu. Dodatkowo 33% Rosjan pragnie powrotu ZSSR w dawnej formie i granicach. Jak tu ich nie lubić. Wiem, wyklepano im bereciki. Chyba musiały być z ołowiu, bo niespodziewanie łatwo dawały się klepać.

Niestety nie potrafię w sobie wykrzesać aż takich pokładów kultury by teoretyzować i relatywizować, pisać ładnie i “mądrze”. Czuję wielką złość i jest to delikatne i bardzo ostrożne (w emocjonalnym stopniowaniu) określenie.

Jednakowoż “niechęć” do Rosjan stała się faktem społecznym, tylko nie potrafimy na razie tego po ludzku nazwać. Długo wychowywano nas na ludzi cywilizowanych, więc wstydzimy się swoich negatywnych uczuć. Zastanawiałem się zatem skąd ich taki nagły wybuch, że Ukraina nie może być jedynym powodem. To co czuje wielu Polaków nie jest też rusofobią, terminem tak chętnie stosowanym przez emocjonalnych manipulantów. Nie jest z prostej przyczyny, gdyż fobia to przesadna reakcja trwogi, pomimo świadomości o irracjonalności własnego lęku oraz zapewnień, że obiekt strachu nie stanowi realnego zagrożenia.

Nie stanowi?

Przez całe dzieciństwo i młodość czytałem o tym, że to Niemcy (za wyjątkiem NRD-owców) wywołali drugą wojnę światową i nikt nie próbował wtedy relatywizować tego faktu statystykami. Dopiero jak dorosły człowiek “dowiedziałem” się, że to nie byli Niemcy, tylko naziole. Obecnie w Niemczech część elit uważa, że należy skończyć z tym pokrętnym nazewnictwem, że naziści nie spadli Niemcom z nieba, a Hitler nie wygrał wyborów głosami Marsjan. Historię wszyscy znamy. Niemcy zaczęli wojnę z całą ludzkością, dostali w dupę, zrobiono im procesy i słusznie nazwano bandytami, przestępcami i ludobójcami.

Po wojnie zafundowano niemieckiemu społeczeństwu denazyfikację, która miała bardzo turbulentny przebieg, gdyż z czasem przyjęła fasadową formę. Odpowiedzią były rozruchy studenckie z 1968 roku. Odbywały się pod hasłem “Tatusiu, co robiłeś w czasie wojny?”. Był to protest młodzieży przeciwko relatywizowaniu wstydliwej historii dla aktualnych potrzeb politycznych, protest przeciwko zatrudnianiu na stanowiskach urzędniczych byłych nazistów, protest przeciwko ich uczestnictwu w życiu społecznym i politycznym. Te rozruchy zmusiły Niemcy do całkowitego rozliczenia się z przeszłością. Było to bolesne, ale sprawiedliwe moralnie. Po latach świat nie zapomniał, ale przebaczył. I tutaj jest pies pogrzebany z tą tak zwaną “rusofobią”.

Robert Conquest ocenia liczbę ofiar terroru komunistycznego w ZSRR na 40 milionów, w tym 20 milionów ofiar śmiertelnych. Sołżenicyn zaś podaje, że od początku rewolucji do 1956 roku uśmiercono w gułagach około 60 milionów ludzi.

Przez 45 powojennych lat ZSRR eksportowała komunizm na skalę masową. Liczbę ofiar w Chinach ocenia się na 65 milionów, Kambodża 2 miliony, Korea 2 mln, Afryka 1,7 miliona, Wietnam 1 milion, itd…

Polska także ma swoje tragiczne doświadczenia w tej materii, ale to nie jest bezpośrednim powodem owej “niechęci”, która pojawiła się tak intensywnie właśnie teraz. Myślę, że napaść na Ukrainę była jedynie zapalnikiem tego co odczuwaliśmy jako niedosyt sprawiedliwości.

Nigdy nie potępiono radzieckiego komunizmu tak konsekwentnie jak zrobiono to z niemieckim nazizmem. Nikt nigdy nie zażądał od Rosji rozliczenia się przed światem z tych lat terroru. Nikt nie przeprowadził sowieckiej Norymbergi. Nikt nie powiedział, nie chcemy mieć z wami nic do czynienia dopóki tego nie załatwicie.

Nie zrobiono tego, gdyż nagle cały świat ucieszył się na widok najśliczniejszego Genseka w historii, nawet przyznał Gorbaczowowi pokojową nagrodę Nobla ciesząc się, że Rottweiler na razie nie będzie gryzł.

Mało tego, dano im miliardowe pożyczki na odbudowę zdewastowanego uzębienia. A potem już poszło. Jak grzyby po deszczu pojawili się w Rosji milionerzy, potem miliarderzy. Dawni aparatczycy i “czekiści” przebrali się w garnitury Armaniego i pojechali na podbój świata. Rosyjski plankton też wylał się na kanikułę w Turcji, na Kanarach, w Egipcie i gdzie tylko się da. Stawali się coraz bardziej aroganccy, chamscy i nie do zatrzymania. Byli wszędzie i wszędzie tacy sami.

I tu nagle wojna, jak przebicie wrzodu, który ropiał całymi latami. To co nami miota, to nie jest nienawiść do Rosjan. To poczucie niesprawiedliwości, że nie zostali za nic rozliczeni, więc zaczęli się arogancko śmiać nam w twarz. Nam i historii, sześćdziesięciu milionom ofiar systemu, za którym nadal tęsknią i który pragną narzucić wszystkim dookoła. Putin jest tylko twarzą Rosji, ale jakże charakterystyczną.

Wiem, nienawiść jest bardzo negatywnym uczuciem, więc nie chcemy naszych uczuć nazywać po imieniu i jesteśmy w jakimś sensie emocjonalnie okaleczeni, niedopowiedziani. Może dopiero gdy nazwiemy będziemy mogli budować jakieś pozytywne uczucia.

Włodek Kostorz

Ćwiczenia z ateizmu. Część 46”Ideologia katolickich talibów (część 1)”

W Europie nasila się aktywność radykalnych ugrupowań katolickich. Ich celem jest wprowadzenie daleko idących zmian w prawie. W programowych dokumentach mówią o zakazie rozwodów, antykoncepcji, praw osób homoseksualnych i LGBT, aborcji, zapłodnienia in vitro, eutanazji. Chcą z programów edukacyjnych i szkolnych usunąć świeckie wychowanie seksualne, zastępując je kościelnym. Przeciwstawiają się europejskiej polityce równego traktowania kobiet i mężczyzn, a szerzej – europejskiej polityce antydyskryminacyjnej. Patronują im i wspierają radykalni biskupi i hierarchowie w Kościele katolickim.

W Europie Zachodniej radykałowie ponoszą dotkliwe porażki, ale tym bardziej skupiają uwagę na naszym regionie Europy. W Polsce spodziewają się, że w sojuszu z rządzącym PiS uda im się wiele osiągnąć. Jeżeli Polacy nie przeciwstawią się ich zamiarom, pozbawią nas wielu praw. Polska stanie się republiką katolicką. Stracą na tym także katolicy. Mówiąc potocznie, księża dobiorą się im do skóry i do portfela. Nie przesadzam.

1. Działalność kościelnych radykałów

Kluczową formą aktywności dzisiejszych religijnych radykałów nie jest oszołomstwo w rodzaju frondy, ale działalność instytutów zatrudniających prawników i lobbystów. Przykładem w Polsce jest instytut Ordo Iuris, głośny z forsowania – na szczęście bezskutecznie – ustawy o całkowitym zakazie aborcji, wprowadzającej karę więzienia dla kobiet dokonujących aborcji.

Tę „prawniczą” formę działalności propaguje zwłaszcza tzw. „Agenda Europe” (Program dla Europy). Jest to międzynarodowe porozumienie zrzeszające religijnych radykałów (przypis 1). Ich szczególne zainteresowanie budzą konwencje międzynarodowe oraz prawo i dyrektywy Unii Europejskiej. Ponadto Agenda inspiruje i wspomaga działalność krajowych instytutów i stowarzyszeń. W Polsce współpracuje m.in. z instytutem Ordo Iuris i Polską Federacją Ruchów Obrony Życia. Wspierają ich radykalni hierarchowie Kościoła katolickiego.

Radykałowie zdają sobie sprawę, że ambitnych celów, jakie kreślą, nie osiągną łatwo i szybko. Dlatego często proponują zmiany częściowe, albo też reinterpretację istniejących już dokumentów prawnych i politycznych, obowiązujących w Unii Europejskiej i w poszczególnych krajach.

Ich celem głębszym jest – piszą to wprost – cofnięcie zmian, jakie zaszły w prawie, a także w przekonaniach Europejczyków i w kulturze europejskiej od połowy XX wieku. Nie ma w ich planach żadnych propozycji pozytywnych, jest tylko negacja dokonujących się przemian i powrót do dawnych praw i dawnych dobrych czasów. Europa miałaby wrócić może nie do średniowiecza, ale do czasów dwudziestolecia międzywojennego. Wtedy to w wielu krajach nie było prawa do rozwodów, za stosunki homoseksualne wsadzano do więzienia, uznaną zasadą było nierówne traktowanie kobiet i mężczyzn, a także mniejszości religijnych i narodowościowych. Kościół nie uznawał praw człowieka, propagowanych w Europie od XVIII w. (dziś często próbuje się ukryć, że Kościół sprzeciwiał się prawom człowieka aż do drugiego soboru watykańskiego, 1962-1965 r.). 

Czy radykałowie katoliccy mają szansę? Czy mogą odmienić Europę?

W historii nie ma powrotu do „dawnych dobrych czasów”. Wobec kryzysu kościołów chrześcijańskich i religii w krajach zachodnich, skazani są tam na porażkę. Agenda Europy jest tam czymś w rodzaju szaleńczej próby przeciwstawienia się zachodzącym zmianom. Ale w Polsce, w niektórych krajach Europy Wschodniej i Ameryki Łacińskiej,  działalność katolickich talibów może spowodować wiele złego.

Jeżeli nie zdobędziemy się na ostry sprzeciw, obudzimy się niebawem w katolickim zadupiu, gdzie nie będzie można legalnie kupić prezerwatywy, ani przeprowadzić badań USG we wczesnym okresie ciąży.

Można zauważyć, że biskupi w Polsce bywają bardziej radykalni niż Agenda Europy, naznaczona porażkami Kościoła w Europie Zachodniej. Biskupi uważają, że w Polsce pod rządami PiS wolno im więcej.

2. Złe i dobre ideologie

Przedstawię tu jak najkrócej kilka zagadnień, stanowiących rdzeń ideologii katolickich radykałów, katolickich talibów, jak ich się czasami nazywa.

Ideologia to cele i poglądy właściwe danemu ruchowi, ugrupowaniu lub organizacji (tak ideologię definiuje się najprościej w naukach społecznych). Ideologie mogą być dobre lub złe – w różnym stopniu. Ideologia katolickich talibów należy do tych złych. Spróbuję to pokazać. Są oczywiście ideologie jeszcze gorsze, ale to nie może być jej usprawiedliwieniem.

Nazwy talibowie używam jako w pełni uzasadnionej metafory. Katolickich radykałów łączy z muzułmańskimi talibami to, że jedni i drudzy chcą przywracać dawne zasady prawne (oczywiście nie zawsze idzie o takie same prawa, ale pamiętajmy, że chrześcijaństwo i islam mają wspólne korzenie). Ponadto ruch talibów składał się z wojowniczych mułłów i ich najbardziej oddanych uczniów. Ruch katolickich radykałów tworzą najbardziej wojowniczy arcybiskupi i oddani im absolwenci. Różnice są oczywiście istotne: mułłowie walczyli zbrojnie, arcybiskupi pracują głosem.

Krytykę ideologii i zamierzeń katolickich talibów zacznę od projektu zmian w ustawach dotyczących wolności sumienia i wyznania oraz zawodów medycznych, przedstawionego przez instytut Ordo Iuris. W drugiej części artykułu (za miesiąc) zajmę się zamierzeniami radykałów dotyczącymi rozwodów, antykoncepcji, praw osób homoseksualnych i LGBT, aborcji i eutanazji.

3. Ordo Iuris na haju

Radykałowie nie są w stanie wprowadzać zakazów wprost i w pełni (np. w Polsce ich projekt całkowitego zakazu aborcji i karania kobiet więzieniem przepadł w Sejmie w efekcie wielotysięcznych protestów na ulicach). Do realizacji swoich celów wykorzystują pojęcie prawne i moralne, jakim jest sprzeciw sumienia. Czynią to niezgodnie z moralnym i prawnym sensem tego pojęcia, a radykalizm ich propozycji przekracza wszelkie granice. 

Katoliccy radykałowie wywalczyli, że od 1996 r. lekarz może – zgodnie z ustawą o zawodzie lekarza – odmówić „wykonania świadczeń zdrowotnych niezgodnych z jego sumieniem”. Również pielęgniarki i położne „mogą odmówić wykonania zlecenia lekarskiego oraz wykonania innego świadczenia zdrowotnego niezgodnego z ich sumieniem”.

Nawet w przybliżeniu nie określa się tam, jakich świadczeń można odmówić. Jest to wada dyskwalifikujące ustawy. Ale mimo to instytut Ordo Iuris przygotował projekt  zmian w ustawach o innych zawodach medycznych oraz o gwarancjach wolności sumienia i wyznania, zawierający ten sam błąd.

Obecnie obowiązująca ustawa o gwarancjach wolności sumienia i wyznania stanowi: „Korzystanie z wolności sumienia i wyznania nie może prowadzić do uchylania się od wykonywania obowiązków publicznych nałożonych przez ustawy” (Dz. U. 2017 r. poz. 1153, art.3.2).

Ordo Iuris proponuje zastąpić ten artykuł następującym: „Wolność sumienia obejmuje w szczególności prawo każdego do odmowy wykonania obowiązku nałożonego zgodnie z prawem, jeżeli powołuje się na sprzeciw sumienia, czyli racjonalnie uzasadniony osąd moralny lub naukowy, który kwalifikuje wykonanie obowiązku jako etycznie niegodziwe (…). Ograniczenia w korzystaniu z prawa do sprzeciwu sumienia mogą zostać ustanowione wyłącznie w drodze ustawy” (2). 

Tak szeroko sformułowany zapis otwierałby drogę do powoływania się na „sprzeciw sumienia” każdemu i we wszystkim. Projekt proponuje coś w rodzaju powszechnego „liberum veto” (powszechnego „nie zgadzam się”), a nie klauzulę mówiącą o sprzeciwie sumienia. Klauzula sumienia jest instytucją zasadną, ale wymaga precyzyjnego określenia, kogo, czego i w jakich warunkach może dotyczyć. Może być stosowana tylko wyjątkowo, a nie powszechnie. Projekt Ordo Iuris nie spełnia tych elementarnych wymogów, co dyskwalifikuje go całkowicie.

Skutki przyjęcia projektu Ordo Iuris byłyby opłakane, włącznie z postępującą dezorganizacją prawa i życia społecznego. Mogłoby też dojść do powstania dwóch równoległych społeczeństw w Polsce: kościelnego i świeckiego. Trudno powiedzieć, czy Kościół i PiS są gotowi na taki eksperyment. Ale zapędy Ordo Iuris są faktem.

Ordo Iuris proponuje ponadto poprawki w ustawach dotyczących zawodów i usług medycznych. Prawo do odmowy świadczeń ze względu na sprzeciw sumienia mieliby zyskać także farmaceuci, diagności medyczni i felczerzy (obecnie mają je lekarze, pielęgniarki  i położne). Ewidentnym celem jest utrudnianie korzystania z należnych każdemu świadczeń medycznych i farmaceutycznych.

Jak widać, ludzie z Ordo Iuris mają nieograniczone apetyty. Nie wystarcza im to, że lekarze, pielęgniarki i położne mogą odmawiać świadczeń. Żądają dalszych zmian. Mój znajomy, artysta kabaretowy, mówi że będą żądać więcej i więcej, aż do uchwalenia ustawy o przymusowym zapładnianiu kobiet. Ale i to może nie być koniec. W średniowieczu palono ludzi żywcem na stosach za rzekome konszachty z diabłami, herezję itp.

Obowiązujące dziś prawo farmaceutyczne nie daje farmaceutom możliwości odmawiania sprzedaży leków i środków farmakologicznych ze względu na sprzeciw sumienia. I co? Ordo Iuris oczywiście chce to zmienić. Według ich projektu apteka mogłaby zgodnie z prawem odmówić wydania farmaceutyków, jeżeli wydanie produktu leczniczego jest niezgodne z sumieniem farmaceuty”. Nie określa się, o jakiego rodzaju produkty lecznicze może chodzić (w grę mógłby wchodzić każdy). Już ta wada prawna dyskwalifikuje projekt.

A co, jeśli dziś w aptece odmówią nam wydania środka farmakologicznego, powołując się na sprzeciw sumienia? Jest to złamanie prawa, trzeba ten fakt zgłosić na policję, a także złożyć skargę do Rzecznika Praw Obywatelskich.

Ordo Iuris chce też, by prawo do odmowy świadczeń objęło laborantów: „Diagnosta laboratoryjny może – czytamy w projekcie – odmówić zabiegów i czynności diagnostyki laboratoryjnej niezgodnych z jego sumieniem”. Nie określa się, o jakiego rodzaju zabiegi i usługi może chodzić.

Prawo do odmowy świadczeń ze względu na sprzeciw sumienia mieliby zyskać także felczerzy. Ordo Iuris proponuje odpowiednią poprawkę w ustawie o zawodzie felczera.

Podsumujmy: Projekty Ordo Iuris, a także obowiązujące ustawy o zawodach lekarza, pielęgniarki i położnej, mają dyskwalifikujące je wady:

1. W projekcie zmiany ustawy o wolności sumienia i wyznania proponuje się – pod nazwą „sprzeciwu sumienia” – zasadę powszechnego „liberum veto” (powszechnego „nie zgadzam się”). Jest to nieliczenie się z interesem publicznym, jakim jest obowiązek przestrzegania prawa.

2. W aktualnych ustawach o zawodach lekarza, pielęgniarki i położnej, oraz w projektach zmian, nie określa się, czego sprzeciw sumienia może dotyczyć. Mógłby dotyczyć wszystkiego, co komu przyjdzie do głowy. Warto pamiętać, że katolickich i innych radykałów nie brakuje. Przesadzam? Niekoniecznie.

3. Obecne ustawy o zawodach lekarza, pielęgniarki i położnej, a także projekt Ordo Iuris, wprowadzając klauzulę sumienia nie liczą się dostatecznie z prawami pacjenta i nie zawierają gwarancji, że pacjent będzie miał realny dostęp do należnych mu świadczeń i usług (np. jeżeli pacjent z powodu sprzeciwu sumienia medyków będzie zmuszony szukać placówki medycznej zbyt daleko, to jest to sprzeczne z jego prawami).

Wady te dyskwalifikują projekt Ordo Iuris, a także obowiązujace obecnie ustawy o zawodach lekarza, pielęgniarki i położnej. – Alvert Jann

PS. W drugiej części artykułu (za miesiąc) zajmę się zamierzeniami katolickich talibów dotyczącymi rozwodów, antykoncepcji, praw osób homoseksualnych i LGBT, aborcji i eutanazji: –

Ideologia katolickich talibów (cz. 2)” – https://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/ideologia-katolickich-talibow-czesc-2/

………………………………………………………………..

Alvert Jann: Blog „Ćwiczenia z ateizmu” https://polskiateista.pl/aktualnosci/blogi-2/cwiczenia-z-ateizmu/ : Zapraszam licealistów, studentów i wszystkich zainteresowanych na ćwiczenia z ateizmu. Co miesiąc  „pierwszego”, czasami częściej, będę zamieszczał krótki tekst, poważny ale pisany z odrobiną luzu. Nie widzę siebie w roli mentora czy wykładowcy, mam na myśli wspólne zastanawianie się. – Nauka nie wyjaśnia wszystkiego, religia nic nie wyjaśnia.

Na blogu znajduje się w tej kilkadziesiąt artykułów.

Zachęcam do przeczytania:  

„Teoria Boga krótko wyłożona”  https://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/teoria-boga-krotko-wylozona/

Co to jest płeć kulturowa (gender)?” https://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/co-to-jest-plec-kulturowa/

„Złe skutki lekcji religii”https://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/zle-skutki-lekcji-religii/

Chrześcijaństwo obłędu”https://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/chrzescijanstwo-obledu/

…………………………………………………………………..

Przypisy

1 Agenda Europe – https://agendaeurope.wordpress.com/ . Publikacje krytyczne: Klementyna Suchanow „Religijni radykałowie ćwiczą w Polsce” – https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/spoleczenstwo/1756232,1,religijni-radykalowie-cwicza-w-polsce.read ; Neil Datta (o programie Agendy Europy) – https://www.epfweb.org/sites/epfweb.org/files/rtno_epf_book_lores.pdf

2 Ordo Iuris: Projekt zmiany ustaw – https://ordoiuris.pl/sites/default/files/inline-files/ORDO_IURIS_PROJEKT_USTAWY_O_ZM_UST_O_GWARANCJACH_WOLNOSCI_SUMIENIA.pdf

……………………………………………………………………….

Warszawa – notatnik pedofilii. Część 9 i 10

PEDOFILIA PO WARSZAWSKU –część IX.

Pamiętacie Państwo jak abp Henryk Hoser powoływał się na fakt, że w wypadku grzechu pedofilii ks. Grzegorza Kocięckiego nie mamy do czynienia z recydywą. Pisał o tym nawet w specjalnym komunikacie. Otóż, zaledwie w kilka dni po tym komunikacie arcybiskupa, do biura Prokuratury Rejonowej w Wołominie zgłosił się inny dawny ministrant ks. Grzegorza Kocięckiego, wówczas już dorosły mężczyzna, który opowiedział, co robił z nim dawny wikary z parafii w Radzyminie, a potem proboszcz w Otwocku Wielkim. Mężczyzna zgłosił się, gdy przeczytał o procesie i skazaniu ks. Grzegorza Kocięckiego. Chodziło tutaj o wyrok skazujący z dnia 28 marca 2013 roku, gdzie kościelny dewiant dostał rok pozbawienia wolności w zawieszeniu na cztery lata. Tak więc, ordynariusz warszawsko-praski sam jakby wywołał demony z przeszłości.

W październiku 2013 roku ruszyło drobiazgowe śledztwo w wyniku którego stwierdzono, że dawny ministrant został wtedy wielokrotnie zgwałcony przez swojego księdza. Tym razem, gdyż ksiądz miał już jeden wyrok w „zawiasach”, zastosowano na wniosek prokuratora areszt pedofila. Zatrzymanie księdza obiło się szerokim echem po diecezji, już trudno było sprawę tuszować, gdyż śledziły ją lokalne media. W dniu zatrzymania rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Warszawie-Pradze stwierdziła, że: „Został zatrzymany na polecenie prokuratora. Jutro będą prowadzone z nim czynności”. Tyle suchy komunikat urzędu prokuratorskiego.

Śledztwo zakończyło się aktem oskarżenia w którym czytamy między innymi: że miało dojść do „współżycia z nieletnim” i że odbywało się „w sposób ciągły od dnia 1 stycznia 2000 roku do dnia 7 stycznia 2003 roku w parafii w Radzyminie i w Otwocku Wielkim”.

Ale jest już wtedy 2013 rok, to nie czasy naszego świętego rodaka czy jego niemieckiego następcy, gdy tylko wykonywano w całym Kościele Powszechnym pozorne działania, a tak naprawdę wykorzystywano każdą okazję, aby jedynie ratować wizerunek instytucji i kościelnych sprawców, jednak zawsze kosztem ofiar. Na tronie św. Piotra zasiada od marca 2013 roku papież Franciszek. W wielu krajach na świecie lecą głowy hierarchów. Po raz pierwszy na taka skalę.

W diecezji warszawsko-praskiej jej ordynariusz, abp Henryk Hoser też dokonał pewnych zmian, nie jakościowych, a jedynie wizerunkowych. Rzecznikiem diecezji zostaje osoba świecka, Mateusz Dzieduszycki, co wielu mydli oczy, gdyż nowy rzecznik diecezji, jak wielu rzeczników w strukturach politycznych umie zadbać o wizerunek instytucji, która reprezentuje.

Nikt z władz diecezji nie myśli poważnie o rozliczeniu i ukaraniu ks. Grzegorza Kocięckiego, tym bardziej o losie jego ofiar, ale rzecznik diecezji wydaje komunikaty, które zmierzają do stwarzania pozorów istotnych zmian w diecezji. W jednym z nich, z dnia 20 marca 2014 roku, gdy sprawa była już bardzo medialna, czytamy między innymi: „Jesteśmy w kontakcie z osobą poszkodowaną, której zaoferowaliśmy pomoc duszpasterską i psychologiczną”. Takiego komunikatu nie było jeszcze przed rokiem, gdy ruszał pierwszy proces karny ks. Grzegorza Kocięckiego. Na szczęście ten wykorzystany seksualnie dawny jego ministrant, szybko zorientował się w prawdziwych intencjach władz diecezji warszawsko-praskiej i zareagował we właściwy sposób. Wydał komunikat w którym stwierdził: „Nie oczekuję pomocy psychologicznej od ludzi Kościoła, oczekuję odsunięcia pedofilów od pracy z dziećmi, przeprosin i sprawiedliwości”.

To co nastąpiło później najlepiej obrazuje poziom hipokryzji i stopnia zakłamania władz tej diecezji, ale wydawane w 2014 roku komunikaty, niejednego jednak wprowadziły w błąd. Szczegóły już wkrótce.

Ciąg dalszy nastąpi…

PEDOFILIA PO WARSZAWSKU –część X.

Ta druga sprawa karna ks. Grzegorza Kocięckiego, o której pisałem w ostatniej odsłonie tego cyklu, zakończyła się decyzją sądu o umorzeniu postępowania. Kilku prawników z którymi o tym rozmawiałem jest oburzonych taka decyzją sądu. Trudno jest mi także dotrzeć do ustaleń sądu i do uzasadnienia tej decyzji, gdyż toczyła się ona za zamkniętymi drzwiami. Według jednego z moich informatorów sąd ten doszedł do wniosku, że: „argumenty zgromadzone przez prokuraturę w tej sprawie okazały się niewystarczające”. Mój drugi informator stwierdził, że: „Z powodu przedawnienia umorzono to postępowanie”. Obaj jednak zgodnie sądzą, że „sąd był sparaliżowany tym, że sądzi duchownego”. Tym bardziej takiego, który ma już wyrok więzienia w zawieszeniu na cztery lata. W wypadku uznania go winnym, a była wiosna 2014 roku, sąd musiałby orzec więzienie dla pedofila. Komentarz w tej sprawie pozostawiam już samym czytelnikom, a ja z obowiązku sprawozdawcy tych wydarzeń, jedynie cytuję te dokumenty do których mam dostęp.

 

 

Ale ks. Grzegorz Kocięcki, mimo iż skutecznie uniknął kary więzienia w 2013 i w 2014 roku, miał wtedy nadal „pod górkę” z naszym wymiarem sprawiedliwości. Pojawiły się bowiem kolejne ofiary z dawnej parafii w Otwocku Wielkim. Proces w tej sprawie toczył się w Sądzie Rejonowym w Otwocku, a właściwie ślimaczył się i wydawało się już, że nigdy się nie zakończy. Ksiądz kluczył, nie zjawiał się w sądzie, nie można było go przesłuchać całymi miesiącami. Zwolnienia lekarskie, matactwa, zmiany obrońcy, żądania aby rozpocząć proces na nowo…

Ale w dniu 29 grudnia 2015 roku zapadł wreszcie wyrok. Ksiądz „został uznany winnym i skazany za czyn z artykułu 200, paragraf 1, Kodeksu Karnego na karę jednego roku pozbawienia wolności z warunkowym zawieszeniem jej wykonania na okres dwóch lat oraz karę grzywny w wysokości 3 tysięcy złotych”. Doszło do apelacji, ale Sąd Okręgowy w Warszawie-Pradze wyrok utrzymał w mocy.

Jesteście Państwo w szoku, twierdzicie, że to skandal. Jak to możliwe, że ten sam facet, postawiony przed sądem z tego samego paragrafu, wieloletni pedofil wobec 10-11 letnich chłopców, zostaje w marcu 2013 roku skazany na zawiasy na cztery lata, w 2014 postępowanie wobec niego umorzono, a w grudniu 2015 roku, gdy obowiązywały jeszcze „zawiasy” z pierwszego wyroku, dostaje ponownie zawiasy? Cuda, proszę państwa, cuda…

Pewien zaprzyjaźniony ze mną prawnik, gdy konsultowałem z nim te wyroki i zapytałem dlaczego prokuratura w grudniu 2015 roku nie zwróciła uwagi, że oskarżony ma już „zawiasy” i jest w trakcie trzeciego procesu o pedofilię, zaśmiał się głośno i powiedział do mnie, że chyba zapomniałem o tym kto w 2015 roku był pierwszym prokuratorem w tym kraju i decydował o karierze każdego prokuratora w tym kraju. I co Państwo na to?

No i ta grzywna w wysokości 3 tysięcy złotych. Honorarium obrońcy kościelnego pedofila było wtedy nieporównywalnie wyższe. I to niech będzie cały mój komentarz do tego rozstrzygnięcia sądu.

Jedna z osób zarzuciła mi, że uwziąłem się na tego kapłana. Otóż nie chodzi mi o tego konkretnego księdza. Nie ma tu żadnego znaczenia, że to działo się w tej czy innej diecezji. Od pierwszego odcinka cyklu tłumaczę, że ten przykład, tak dokładnie opisywany z cytatami z wielu dokumentów, ma na celu opisanie i przybliżenie czytelnikom pewnego skutecznego schematu działania polskiego Kościoła i jego hierarchii w kwestii pedofilii i stosunku do nieletnich ofiar. Tylko tyle i aż tyle.

A skoro już o polskiej hierarchii kościelnej tutaj mowa, to odsłonię w kolejnych odcinkach tego cyklu wszystkie znane mi szczegóły działań ordynariuszy warszawsko-praskich, po skazaniu ich podwładnego. Będzie to najlepszą ilustracją tego w jakim miejscu w walce z kościelną pedofilią jesteśmy, jako naród i wspólnota wiernych, i ile jeszcze drogi przed nami.

Ciąg dalszy nastąpi…

Andrzej Gerlach

Ćwiczenia z ateizmu. Część 45 „Dziewicze narodziny Jezusa”

Teolodzy kościelni całkowicie pomijają bajkowy i mitologiczny charakter Starego i Nowego Testamentu. Przyznają chętnie, że Biblia zawiera przenośnie i nie wszystko należy rozumieć dosłownie. Pozwala im to dowolnie interpretować święte księgi. Ale nie chcą przyznać, że Pismo Święte jest takim samym utworem literackim zrodzonym w bajkowych umysłach ówczesnych ludzi, jak na przykład mity i eposy greckie.

Podobieństwa – nie idzie o szczegóły – są głębokie i podstawowe. Zarówno w biblijnych księgach, jak i w eposach greckich, nad wszystkim góruje świat bogów, cudów, przedziwnych nieziemskich postaci, bajkowa fantazja. Zdarzenia przedstawiane realistycznie mieszają się z magią i cudami. Mamy tu do czynienia z wyobraźnią i literaturą bajkową, pełną czarodziei różnej maści – od bogów i boskich postaci, aniołów, złych duchów, nadludzkich herosów, po ludzi czyniących cuda i proroków. Gdzieś w zakamarkach kryją się rzeczywiste wydarzenia, ale dominuje fantastyka. Posługując się swobodnie frazą z jednego z wierszy Juliana Tuwima, można powiedzieć, że są to 

bajki czarowne, bajki cudowne.

1. Koń Achillesa, „Cud nad Wisłą” i Jezus

W Iliadzie Homera koń, wiozący Achillesa do kolejnej bitwy pod murami Troi, ostrzega go ludzkim głosem: Niebawem zginiesz, bo takie są wyroki bogów zapisane w księdze losu. Achilles nie rezygnuje z walki. Już jadąc na wojnę wiedział, że zginie, ale za to zdobędzie wielką sławę. Mógł nie jechać i żyć spokojnie, ale wtedy nie zdobyłby sławy. Achilles wybrał śmierć za cenę sławy. Taki jest morał mitu o Achillesie według Homera.

W mitach i eposach poetów greckich o wszystkim decydują bogowie. Walki ludzi są walkami bogów. Pieśni poetów przepojone są cudownościami. Koń Achillesa przemówił ludzkim głosem, bo pozwoliła mu na to bogini Hera. Achilles jest synem boginki Tetydy i Peleusa, króla jednego z greckich państewek. Zbroję wykuł mu bóg Hefajstos itd. itp.

Mity mogą powstawać niemal w tym samym czasie co wydarzenia, których dotyczą. Oto przykład. W 1920 r. wojsko polskie odniosło zwycięstwo nad armią bolszewicką. Natychmiast powstały opowieści o „Cudzie nad Wisłą”, o Matce Bożej, która ukazała się atakującym żołnierzom bolszewickim i spowodowała wśród nich takie przerażenie, że rzucali broń i uciekali w popłochu. Do dziś ukazują się publikacje i książki na ten temat (to jakby narodowe ewangelie ukazujące bożą moc).

Jezus jest postacią równie przedziwną i bajkową jak bohaterowie mitów greckich. Według ewangelii jest synem Boga-Ojca, został przez niego posłany z misją odkupienia ludzkich grzechów, a następnie osądzenia ludzi i ustanowienia wiecznego królestwa bożego pod swoim panowaniem. Jego przyjście zapowiadały proroctwa zamieszczone w Starym Testamencie, przekazane przez samego Boga za pośrednictwem proroków. Żydzi oczekiwali przyjścia tego boskiego zbawiciela, nazywali go mesjaszem, chrystusem (słowo chrystus to grecki odpowiednik hebrajskiego słowa mesjasz).

Według ewangelistów w osobie Jezusa starotestamentowe proroctwa właśnie się spełniają. Jezus z Nazaretu jest zapowiedzianym w proroctwach mesjaszem.

Starotestamentowy mit mesjasza powstał, przybierając różne postaci, w V-VIII w. p.n.e. Wiara w tego rodzaju mity nie odpowiada umysłowości  ludzi żyjących w innej epoce i w kulturze odmienionej przez wiedzę naukową, której wówczas nie było. Mity biblijne są jednakowoż kultywowane w kościołach chrześcijańskich do dziś, bowiem dostarczają kościołom racji bytu. Bez tych mitów kościoły chrześcijańskie odeszłyby w niebyt. Liczny aparat kapłanów, pastorów, teologów, katechetów, ludzi żyjących z religii straciłby środki do życia. Nie można się dziwić, że starają się biblijne mity kultywować, nauczać w szkołach i kościołach, wtłaczać w głowy wiernych wszelkimi dostępnymi metodami.

2. Źródła mitu

Jedna z przedziwnych opowieści o Jezusie mówi o jego dziewiczym poczęciu. Jezus miał być poczęty w ciele matki nie w drodze normalnego ludzkiego stosunku seksualnego, ale w sposób cudowny. Tak naucza się w Kościele również dziś. Np. w podręczniku religii dla szkoł średnich, wydanym przez jezuitów, czytamy: „poczęcie Jezusa nastąpiło poza normalnym, fizjologicznym aktem seksualnym kobiety i mężczyzny” („Drogi świadków Chrystusa w Kościele”, s. 69, 2013 r.).

Skąd się wziął ten mit?

Starożytne pierwowzory

Dziewicze poczęcie było czymś znanym w mitach krążących na Bliskim Wschodzie od zamierzchłych czasów. A wedle wyobrażeń ewangelistów i wyznawców Jezusa nie godzi się, by syn Boga-Ojca został poczęty w normalny ludzki sposób przez jakiegokolwiek mężczyznę. Nic prostszego niż wyobrazić sobie, że matka Jezusa została zapłodniona w cudowny sposób i pozostała dziewicą. Tak widział to również św. Tomasz z Akwinu (XIII w.), największy do dziś autorytet teologii chrześcijańskiej.

Proroctwo Izajasza

W powstaniu mitu o dziewiczym poczęciu Jezusa ważną rolę odegrało błędnie rozumiane proroctwo Izajasza. Pochodzi ono z VIII w. p.n.e., prorok wygłosił je poetyckim językiem wobec króla jerozolimskiego Achaza, walczącego właśnie z licznymi wrogami. W proroctwie tym znajduje się zdanie, które w Biblii Tysiąclecia przetłumaczono następująco: „Oto Panna pocznie i porodzi Syna, i nazwie Go imieniem Emmanuel” (Iz 7,14).

Z kontekstu wynika, że prorok Izajasz mówił o synu króla Achaza, którego niebawem urodzić miała jego młoda małżonka. Miało to być jej pierwsze dziecko, więc prorok użył w odniesieniu do niej słowa alma, co na polski przełożono jako panna. Bibliści są zgodni, że w hebrajskim słowo to oznaczało młodą kobietę lub młodą mężatkę, która jeszcze nie urodziła dziecka. Nie oznaczało panny lub dziewicy w dzisiejszym rozumieniu.

Prorok mówił też we wzniosłych poetyckich słowach, że ten oczekiwany następca tronu, syn króla Achaza, wybawi kraj z ciężkiego położenia.

Z czasem powyższe proroctwo zaczęto rozumieć – niezgodnie z jego pierwotnym znaczeniem – jako zapowiedź przyjścia mesjasza, wybawiciela, którego urodzi dziewica. W greckim tłumaczeniu Biblii, dokonanym przez Izraelitów pięć wieków po ogłoszeniu proroctwa, a około 200 lat przed narodzinami Jezusa (tzw. Septuaginta), słowo alma zostało przetłumaczone jako parthenos, dziewica. Świadczy to, że już wówczas proroctwo rozumiano błędnie, tj. jako mówiące o dziewicy, która urodzi syna. Tak rozumieli je też, zgodnie z greckim tekstem, ewangeliści. Miało to duże konsekwencje dla chrześcijaństwa. Jakie?

Ewangeliści uznali, że skoro Jezus jest mesjaszem, to zgodnie z proroctwem Izajasza narodził się z dziewicy. Na kanwie tego proroctwa dwóch z nich, Mateusz i Łukasz, stworzyło bajkowe opowieści o dziewiczym poczęciu Jezusa.

Bibliści i teolodzy zdają sobie na ogół sprawę z horrendalnej pomyłki, z którą tu mamy do czynienia. Także w przypisie w Biblii Tysiąclecia czytamy, że interpretacja proroctwa Izajasza ma dwie formy. Według nowszej, odnosi się ono do młodej małżonki króla Achaza i jej syna. W Kościele kultywuje się jednak tradycyjną wersję.

Ściąganie z Biblii

Ewangeliści stosowali dość szokującą dla nas metodę pisania. O wydarzeniach z życia Jezusa wnioskowali na podstawie starotestamentowych proroctw. Jeżeli w proroctwach znajdowali, że mesjasz miał się urodzić z dziewicy i w Betlejem, to wnioskowali, że tak właśnie było. Dzieje Jezusa uzupełniano o treści zaczerpnięte wprost z biblijnych proroctw. Przedstawiano tak, by zgadzały się z proroctwami zapisanymi w Starym Testamencie.

Pisząc w ten sposób ewangeliści mieli dość konkretny cel. Stwarzali zbieżność między życiorysem Jezusa a starotestamentowymi proroctwami, Miało to przekonywać, że Jezus jest rzeczywiście mesjaszem, zapowiedzianym w tych proroctwach. Np. według proroctwa mesjasz miał się narodzić z dziewicy – no i ewangeliści piszą, że narodził się z dziewicy. Czytelnicy mogą w ten sposób zobaczyć jak na dłoni, że proroctwa się spełniają, a Jezus jest niewątpliwie prawdziwym mesjaszem. Proste? Aż za bardzo.

Nie sposób nie dostrzec, że ewangeliści preparowali życiorys Jezusa. Uprawiali znany dawniej i dziś proceder pisania życiorysów ważnych osób tak, by pasowały do pożądanego wizerunku.

Metodę pisania dziejów Jezusa, polegającą na tym, że na podstawie proroctw Starego Testamentu przedstawia się wydarzenia z jego życia, nazwać można ściąganiem z proroctw. Co ciekawsze, ewangeliści ściągali z proroctw, a następnie twierdzili, że opisane przez nich wydarzenia miały miejsce dlatego, by wypełniło się proroctwo, czyli słowo boże i wola boża. Koło się zamyka.

Zauważmy, że sama postać mesjasza, którym miał być Jezus, została „ściągnięta” z proroctw Starego Testamentu. To w proroctwach mówiono o mesjaszu. Co więcej, na podstawie starotestamentowych proroctw sam Jezus uroił sobie, że jest zapowiedzianym w tych proroctwach mesjaszem (o urojeniach Jezusa pisałem przed miesiącem w artykule „Kim był Jezus?” – link na końcu).

Mit mesjasza powstał, jak pisałem, w V-VIII w. p.n.e. Był metaforycznym wyrazem cierpień doznawanych przez Izraelitów i ich nadziei na lepszą przyszłość. Mesjasz miał ustanowić wieczne królestwo Izraela pod swoim panowaniem. W czasach Jezusa i ewangelistów, tj. w czasach rzymskiej okupacji, mit mesjasza pozostawał żywy, koił cierpienia, zaspokajał potrzebę nadziei. Był czymś w rodzaju opium dla Izraelitów, westchnieniem uciśnionego stworzenia”, jak można powiedzieć wykorzystując znany aforyzm jednego z dawniejszych filozofów.

A teraz podam małą zagadkę na inteligencję. W proroctwie Zachariasza (VII/VIII w. p.n.e) mamy następującą strofę: „Raduj się wielce, Córo Syjonu, wołaj radośnie, Córo Jeruzalem! Oto Król twój idzie do ciebie, sprawiedliwy i zwycięski. Pokorny – jedzie na osiołku, na oślątku, źrebięciu oślicy. On … pokój ludom obwieści. Jego władztwo sięgać będzie od morza do morza, od brzegów Rzeki aż po krańce ziemi” (Za 9,9-10).

A w ewangelii Łukasza znajduje się znana scena: Jezus triumfalnie wjeżdża na osiołku do Jerozolimy (Łk 19,29-40).

Pytanie na inteligencję brzmi: Czy scena ta oznacza, że spełniło się starotestamentowe proroctwo, czy też Łukasz napisał tak, bo tak mówiło proroctwo?? Jeśli chrześcijanie powiedzą, że jest to dowód spełniania się proroctw, to chyba coś jest nie tak z ich powszechnie znaną inteligencją.

Mity a piśmiennictwo historyczne i filozofia

W starożytności dość często przedstawiano wszelkie wydarzenia jako realizację woli bogów i proroctw (co na jedno wychodzi). Ale starożytność znała piśmiennictwo historyczne w dzisiejszym rozumieniu, będące czymś innym niż mity religijne. Już w V w. p.n.e. Tukidydes przedstawiał wydarzenia historyczne bez cudów i ingerencji bogów.

Starożytność znała też filozofię grecką. Filozofia ta opierała się na spekulacjach, nie była wiedzą w dzisiejszym rozumieniu, ale była pod wieloma względami bardziej wartościowa niż mity i opowieści religijne.

Natomiast Stary Testament i ewangelie są przez religijne mity zdominowane. Ewangelie stanowią prostą kontynuację mitów i wyobrażeń starotestamentowych. Mit boga i mit mesjasza/chrystusa to główne tematy Starego i Nowego Testamentu. Ewangelie mówią o realizacji starotestamentowego mitu mesjasza. W obu dziełach jest mnóstwo bożych ingerencji, cudów i cudowności, aniołów i złych duchów. W Nowym Testamencie jest aż około 350 cytatów, odwołań i parafraz odnoszących się do Starego Testamentu. Postać i działalność Jezusa jest przedstawiona przez pryzmat Starego Testamentu. W opowieści o Jezusie wplatano zdania i obrazy zaczerpnięte wprost ze starotestamentowych proroctw. Katolicy często nie zdają sobie z tego sprawy.

Biblia źródłem prawdy?

Dziewicze poczęcie już w starożytności było często traktowane jako mit i nonsens. Na domiar złego opowieści, które stworzyli ewangeliści, są w istotnych punktach ze sobą całkowicie sprzeczne (o tym za chwilę). Wszystko to nie świadczy dobrze o wiarygodności ewangelii. Można by do tego nie przywiązywać wagi, gdyby nie fakt, że kościoły chrześcijańskie uważają ewangelie i Biblię za aktualne, ponadczasowe źródło mądrości i prawdy. Ciągle się na Pismo Święte powołują, nawet wtedy, gdy dyskutuje się, jak ma wyglądać obowiązujące nas dziś prawo. Traktują Biblię ahistorycznie, gdy tymczasem jest ona dziełem swojej epoki i zawiera ewidentne błędy, przeinaczenia i zmyślenia. Powoływanie się na Pismo Święte, jak czynią to władze kościołów chrześcijańskich, jest nonsensem.

3. Zwiastowanie według Mateusza i Łukasza

Dwóch ewangelistów opisało dokładniej, jak to było z dziewiczym poczęciem i narodzinami Jezusa.

Według Mateusza

Józef, mąż matki Jezusa Marii, zauważył, że jego żona jest w ciąży, chociaż małżeństwo nie zostało jeszcze skonsumowane. Na szczęście we śnie ukazał mu się anioł i powiedział, że Maria poczęła za sprawą Ducha Świętego i porodzi syna, któremu Józef ma dać na imię Jezus. Zbawi on – powiedział anioł – „swój lud od jego grzechów”. Józef przestał podejrzewać żonę i nie porzucił jej.

Mateusz pisze, że w ten sposób spełniły się słowa Boga przekazane w proroctwie Izajasza. I cytuje proroctwo wyraźnie z greckiego tłumaczenia Septuaginty, gdzie jednoznacznie mówi się o dziewicy: „A stało się to wszystko, aby się wypełniło słowo Pańskie powiedziane przez Proroka: Oto Dziewica pocznie i porodzi Syna, któremu nadadzą imię Emmanuel” (Mt 1,18-24).

Przypomnijmy, w hebrajskim oryginale proroctwa użyte jest słowo alma.Oznaczać ono mogło także młodą mężatkę, która jeszcze nie urodziła dziecka, ale nie była dziewicą. Proroctwo mówiło o synu króla Achaza, którego miała właśnie urodzić jego młoda żona. Ale Mateusz rozumiał proroctwo inaczej: że mówi ono o Jezusie, którego w dziewiczy sposób poczęła i ma urodzić Maria.

Według Łukasza

W ewangelii Łukasza opowieść ta jest bardziej rozbudowana. Zacytujmy, co najważniejsze: „Posłał Bóg anioła Gabriela (…) do Dziewicy poślubionej mężowi, imieniem Józef, z rodu Dawida; a Dziewicy było na imię Maryja. Anioł wszedł do Niej i rzekł: =Bądź pozdrowiona, pełna łaski, Pan z Tobą=. Ona zmieszała się na te słowa (…) Lecz anioł rzekł do Niej: =Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga. Oto poczniesz i porodzisz Syna, któremu nadasz imię Jezus. Będzie On wielki i będzie nazwany Synem Najwyższego, a Pan Bóg da Mu tron Jego praojca Dawida. (…) Jego panowaniu nie będzie końca=. Na to Maryja rzekła do anioła: =Jakże się to stanie, skoro nie znam męża?= Anioł Jej odpowiedział: =Duch Święty zstąpi na Ciebie (…) Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego=” (Łk 1,26-38).

Jak widać, jest to opowieść skrojona na miarę starożytnej fantastyki, na miarę bajki czarownej, bajki cudownej. Opowieść ta nie służyła – jak często bajki i pieśni greckich poetów – zabawianiu słuchaczy; nie ma też przesłania moralnego. Ma za to inny, bardzo konkretny cel: ma pokazać, że Jezus został poczęty tak, jak mówi starotestamentowe proroctwo (tj. w sposób dziewiczy). Tym samym ma przekonać, że jest on rzeczywiście boskim mesjaszem. Ma uwiarygodnić kult Jezusa, który ewangeliści propagowali.

Niejasna sprawa Emmanuela

W proroctwie Izajasza mówi się, że narodzony z dziewicy syn ma nosić imię Emmanuel. Anioł zaś mówi Józefowi i Marii, by nadali mu imię Jezus. Mamy niezgodność. Chrześcijańscy teolodzy próbują tłumaczyć, że nie ma w tej rozbieżności nic dziwnego. Tekstu proroctwa – mówią – nie należy rozumieć dosłownie, a Emmanuel to imię symboliczne.

Nie jest to dobre wytłumaczenie niezgodności imion. Raczej jest dość oczywiste, że ewangeliści – a wcześniej inni wyznawcy Jezusa – na siłę podpięli Jezusa pod proroctwo Izajasza i wymyślili, że anioł kazał Józefowi i Marii nazwać dziecię Jezusem, a nie Emmanuelem. Mamy tu dobry przykład, jak działa metoda ściągania z proroctw.

Spory

Sprawa dziewiczego poczęcia Jezusa budziła i budzi spory.

Po pierwsze, nie wszyscy chrześcijanie uznawali, że Jezus narodził się z dziewicy. Było to przedmiotem głębokich sporów teologicznych. Także dziś w kościołach chrześcijańskich są głosy, by dziewicze poczęcie Jezusa przedstawiać jako przenośnię. Dogmat o dziewiczym poczęciu Jezusa to nonsens, ale jest tak głęboko zakorzeniony w dokumentach kościelnych, że władze kościelne wolą obstawać przy jego dosłownym rozumieniu.

Po drugie, przedmiotem sporu jest ciągle omawiane wyżej proroctwo Izajasza. Jak pisałem, dotyczyło ono syna króla Achaza, a nie Jezusa – i nie chodziło tam o dziewicze narodziny. Władze kościelne wolą jednak trzymać się wersji zaprezentowanej w ewangelii Mateusza, zaś teolodzy wyszukują pokrętną argumentację, by uzasadnić kościelne stanowisko.

Propozycja Celestyny

Moja dobra znajoma, niepokorna teolożka Celestyna dziwi się, dlaczego ewangelistom nie przyszła do głowy lepsza opowieść o poczęciu Jezusa. Po co opowiadać o poczęciu w ciele dziewicy? Mogli spokojnie przyjąć – jak w tradycji polskiego katolicyzmu – że wszystkie dzieci przynosi do domu bocian. Wszystko odbywa się bez żadnego wstydliwego poczęcia w drodze stosunku seksualnego. A o to przecież idzie! O ten stosunek!

Celestyna mówi, że opowieść o bocianie to tradycja wiary, którą katolicy polscy powinni szeroko propagować. Mógłby to być ważny element kampanii rechrystianizacji Europy, którą polscy aktywiści katoliccy uznają dziś za swoją misję.

4. Mesjasz z rodu króla Dawida

Według proroctw mesjasz ma narodzić się z rodu króla Dawida. Dlaczego? Bo to największy król Izraelitów. Prorocy uznawali na zasadzie poetyckich skojarzeń, że mesjasz, który ma ustanowić wieczne królestwo Izraelitów, będzie oczywiście wywodzić się z tego wielkiego rodu.

Co więcej, ponieważ ród króla Dawida pochodził z miasteczka Betlejem, prorok Micheasz poetycko obwieścił, że mesjasz wyjdzie właśnie z Betlejem.

Mateusz i Łukasz, chcąc by ich opowieść o Jezusie zgadzała się z proroctwami, starali się pokazać, że Jezus rzeczywiście z rodu króla Dawida pochodzi i urodził się w Betlejem. Najpierw powiem o pochodzeniu Jezusa.

Rodowód Jezusa

Mateusz i Łukasz przedstawiają dokładnie listę przodków Jezusa, wśród których jest też król Dawid. A właściwie wymieniają przodków Józefa, który według ewangelii był ojcem Jezusa prawnie, a nie biologicznie. Mateusz podaje listę przodków Józefa i Jezusa poczynając od Abrahama, zaś Łukasz od samego Adama, pierwszego człowieka (wymienia 75 pokoleń przodków). Wskazuje to na niewątpliwie legendarny charakter tych wywodów.

Panuje opinia, że Izraelici przywiązywali wielką wagę do wyliczania swoich przodków. Tymczasem podane przez Łukasza i Mateusza rodowody Jezusa w sposób kompromitujący nie zgadzają się nawet w przypadku przodków najbliższych.

Według Łukasza, ojciec Jezusa Józef był synem Helego, ten Mattata, a ten Lewiego. Według Mateusza Józef był synem Jakuba, ten Mattana, a ten Eleazara. Nic się tu nie zgadza. Wskazuje to, że wśród wyznawców Jezusa krążyły różne legendarne wersje rodowodu Jezusa, mające udowodnić jego pochodzenie z rodu króla Dawida.

Można zasadnie przyjąć, że wobec tego pochodzenie Józefa z rodu Dawida jest wyłącznie legendą. Rodowód wymyślano, by fikcyjnie wykazać, że zgodnie z proroctwami Jezus pochodzi z rodu króla Dawida.

Kościelni teolodzy próbują w pokrętny sposób wyjaśniać wskazane rozbieżności. Nic im się jednak nie klei. Najpewniejsze wyjaśnienie: wyznawcy Jezusa w różnych środowiskach wymyślali rożne rodowody i nie uzgadniali ich. Do ewangelistów dotarły różne wersje, albo też sami je z różnych wersji komponowali. Stąd u Mateusza i Łukasza rodowody są tak karykaturalnie różne. Nawet najbliżsi przodkowie się nie zgadzają (Mt 1,11-16; Łk 3, 23-38).

Wiek ludzkości

Powiem coś jeszcze bardzo ważnego. Rodowody, przedstawione w Biblii, służyły żydom i chrześcijanom do obliczenia wieku ludzkości od stworzenia pierwszego człowieka po czasy im współczesne. Na tej podstawie chrześcijanie przyjmowali, że od stworzenia świata i człowieka do narodzin Jezusa upłynęło zaledwie około 4 tys. lat. To dlatego w znanej kolędzie tradycyjnie śpiewa się: „Ach, witaj Zbawco z dawna żądany, cztery tysiące lat wyglądany”. Aż do XIX w. przyjmowano, że ludzkość liczy sobie nieco ponad 6 tys. lat.

Fundamentaliści chrześcijańscy wierzą w to do dziś, liczą wiek ludzkości i świata na kilka tysięcy. Dopiero w XIX w. przekonanie to zostało skutecznie podważone, a wiara w prawdziwość Pisma Świętego doznała poważnego uszczerbku.

Ortodoksyjni żydzi przyjmują, że świat został stworzony przed około 5700 laty. Według kalendarza żydowskiego obecnie (tj. w 2021 r.) mamy rok 5781/5782. I tyle miało upłynąć od stworzenia świata.

A teraz sprawa Betlejem.

5. Narodziny Jezusa w Betlejem?

Ewangelie mówią jednoznacznie, że Jezus wychował się i mieszkał z rodziną w Nazarecie. Przypuszczalnie tak mówiono powszechnie w opowieściach krążących wśród wyznawców Jezusa przed spisaniem ewangelii.

Skąd się wzięło przekonanie, że urodził się w Betlejem?

W bardzo ważnym proroctwie Micheasza, dotyczącym mesjasza, mówi się wyraźnie, że mesjasz „wyjdzie” z Betlejem: „A ty, Betlejem (…) Z ciebie mi wyjdzie Ten, który będzie władał w Izraelu” (Mi 5,1). Dlaczego z Betlejem? Bo Betlejem to miejsce pochodzenie rodu Dawida, największego króla Izraelitów. W proroctwach głoszono na zasadzie poetyckich skojarzeń, że mesjasz, który ma ustanowić wieczne królestwo Izraelitów, będzie się oczywiście wywodził z tego wielkiego rodu, a więc z Betlejem.

Ponieważ w mniemaniu ewangelistów dzieje Jezusa musiały być zgodne z proroctwami, trzeba było wytłumaczyć, jak to się stało, że Jezus wychowywał się i mieszkał w Nazarecie, ale urodził się w Betlejem .

W ewangeliach mamy dwie całkowicie rozbieżne opowieści na ten temat. Inaczej przedstawia to Mateusz, a inaczej Łukasz. W obu ewangeliach Jezus rodzi się w Betlejem, ale poza tym opowieści różnią się całkowicie i w żaden sposób nie dadzą się pogodzić. Wskazuje to, że na temat narodzin Jezusa krążyły różne legendy, lub że wszystko od podstaw zmyślili ewangeliści.

Pozostałe dwie ewangelie o narodzinach Jezusa nic nie mówią.

Opisy narodzin Jezusa, pozostawione przez ewangelistów, to urocze opowieści, typem wyobraźni przypominające bajki. Sprawy ludzkie i boskie mieszają się ze sobą, pełno tam cudowności, nad realizmem góruje bajkowa wyobraźnia. Gdzieś w tle być może dają o sobie znać wydarzenia rzeczywiste, ale zatopione w fantastycznych opowieściach o bogach i przedziwnych postaciach, o cudach i dziwach.

6. Mateusz o narodzinach Jezusa

Według Mateusza rodzice Jezusa, Józef i Maria, mieszkali na stałe w Betlejem i Jezus narodził się w Betlejem w ich domu. Zaś według Łukasza mieszkali w Nazarecie, a w Betlejem znaleźli się przelotnie i Jezus urodził się w przypadkowo znalezionej stajence. Najpierw powiem o wersji Mateusza (Mt 1,18-24; 2,1-23).

Magowie

Mateusz pisze, że kiedy Maria urodziła Jezusa, do Jerozolimy przybyli magowie „ze Wschodu”. Chcieli – jak mówili – pokłonić się królowi żydowskiemu, który właśnie się narodził. Drogę wskazywała im niezwykła gwiazda, którą dostrzegli na niebie. Warto o tej wizycie powiedzieć kilka zdań, bowiem dobrze pokazuje, czym są ewangelie i jak je tworzono.

Magami nazywano wówczas kapłanów perskich (tj. „ze Wschodu”) słynących z wróżenia z gwiazd. Późniejszym teologom chrześcijańskim musiało się nie podobać, że tacy podejrzani osobnicy pierwsi odkryli narodziny Jezusa i przybyli go uczcić. W tłumaczeniach ewangelii słowo magowie zastąpiono słowem mędrcy(niewątpliwie brzmi lepiej!). Tak jest też w Biblii przetłumaczonej przez ks. Wujka w 1599 r., oraz w dzisiejszej Biblii Tysiąclecia. Może warto zaznaczyć na marginesie, że zastąpienie magów mędrcami to niewątpliwa nieuprawniona ingerencja w tekst ewangelii.

Dlaczego Mateusz napisał o magach?

Magowie byli kapłanami religii perskich i kultu boga Mitry, rozprzestrzeniającego się na Bliskim Wschodzie w tamtych czasach. Mateusz przypuszczalnie chciał pokazać, że nawet kapłani tej konkurencyjnej dla chrześcijaństwa religii składają hołd Jezusowi.

Z czasem, przypuszczalnie od VIII w., w kościelnej katechezie magów zastąpiono trzema królami. Nadało to wydarzeniu najwyższego dostojeństwa i miało wskazywać, że nawet królowie składają hołd Jezusowi. Mateusz nie podawał, ilu magów przybyło, ani jakie nosili imiona. Uzupełniono te braki narracji i królom wymyślono imiona (Kacper, Melchior i Baltazar). Ustanowiono też święto trzech króli, obchodzone w Kościele katolickim 6 stycznia. Oficjalnie nazywa się je świętem objawienia pańskiego. Teolodzy kościelni mówią, że idzie o objawienie się Jezusa całemu światu.

Król Herod

Mateusz pisze, że magowie nieroztropnie dopytywali się w Jerozolimie o nowo narodzonego króla żydowskiego, któremu chcieli się pokłonić. Dowiedział się o tym rządzący krajem król Herod i poczuł się zagrożony, że oto wyrośnie mu konkurent do władzy. Herod postanowił zgładzić noworodka. Wezwał do siebie magów i nie mówiąc o swoich zamiarach kazał im dowiedzieć się, gdzie przebywa ten król żydowski.

Magowie ruszają i w cudowny sposób odnajdują dom Józefa i Marii w Betlejem. Drogę wskazuje im jaśniejąca na niebie gwiazda: „A oto gwiazda, którą widzieli na Wschodzie, szła przed nimi, aż przyszła i zatrzymała się nad miejscem, gdzie było Dziecię … Weszli do domu (nie do stajenki!!) i zobaczyli Dziecię z Matką Jego, Maryją; upadli na twarz i oddali Mu pokłon. I otworzywszy swe skarby, ofiarowali Mu dary: złoto, kadzidło i mirrę” (Mt 2,9-11).

Co było dalej?

Magowie we śnie otrzymali nakaz, by nie wracać do Heroda. Potajemnie opuścili jego królestwo. Wściekły król Herod kazał wymordować w Betlejem i całej okolicy wszystkie dzieci w wieku do lat dwóch.

Na szczęście anioł we śnie ostrzegł Józefa o niebezpieczeństwie i kazał mu z Marią i Jezusem uciekać do Egiptu. Jezus ocalał. A kiedy Herod umarł, anioł we śnie kazał Józefowi wracać. Józef obawiał się, że również następca Heroda będzie chciał zabić dzieciątko mające być królem żydowskim. Dlatego wrócił z rodziną nie do Betlejem, a do Nazaretu, miasteczka leżącego poza królestwem Heroda.

W ten sposób Mateusz pokazał, że zgodnie z proroctwem Jezus narodził się Betlejem. Wyjaśnił też, dlaczego później mieszkał z rodziną w Nazarecie. To jednak nie wszystko w tym temacie.

Jezus a Mojżesz

Badacze Biblii wskazują, że Mateusz tworzył na siłę analogię między Jezusem a Mojżeszem, który był dla Izraelitów najwyższym autorytetem. Żeby tę analogię wzmocnić, wymyśla i wprowadza do opowieści o Jezusie wydarzenia wzorowane na dziejach Mojżesza. Mamy tu przykład ściągania ze Starego Testamentu.

Oto w Starym Testamencie znajduje się następująca opowieść o Mojżeszu: Faraon dowiaduje się, że wśród przebywających w Egipcie Izraelitów narodził się chłopiec, który zagrozi jego władzy (idzie o Mojżesza). Każe więc wymordować wszystkich żydowskich noworodków w jego królestwie. Mojżeszowi cudem udało się uniknąć śmierci.

W ewangelii Mateusza król Herod z tych samych pobudek zarządził rzeź dzieci. Analogia jest oczywista. Tym bardziej, że żadne źródła dotyczące ówczesnego Izraela (a jest ich sporo) nie wspominają o tak istotnym wydarzeniu, jak rzeź dzieci opisana przez Mateusza. Najpewniej Mateusz, ogarnięty pasją tworzenia analogii między Mojżeszem a Jezusem, wymyślił tę opowieść.

Zwraca uwagę, że Mateusz powołuje się na starotestamentowe proroctwo, w którym Bóg mówi ustami proroka Ozeasza: „Miłowałem Izraela … i syna swego (tj. Mojżesza) wezwałem z Egiptu” (Oz 11,1). Słowa proroka dotyczą Mojżesza, którego Bóg miał wezwać do powrotu z Egiptu. Mateusz uznał, że również Jezus powinien wrócić z Egiptu. Przypuszczalnie dlatego wymyślił ucieczkę do Egiptu, by móc powiedzieć, że Jezus jak Mojżesz wraca z Egiptu wezwany przez Boga. Mateusz pisze, że anioł każe Józefowi wracać z Jezusem i Marią do ziemi izraelskiej. Jezus wraca, a Mateusz ogłasza: „Tak miało się spełnić słowo, które Pan powiedział przez Proroka: Z Egiptu wezwałem Syna mego” (Mt 2,15).

Mateuszowi nie przeszkadza, że zacytowane słowa Boga dotyczą Mojżesza, a nie Jezusa.

Inne ewangelie nawet nie wspominają o pobycie Jezusa w Egipcie.

Można się zastanawiać nad psychicznym mechanizmem powstania tej opowieści. Czy Mateusz świadomie zmyślał? A może po prostu głęboko wierzył, że skoro Mojżesz wracał wezwany przez Boga z Egiptu, to także Jezus, który jest jakby drugim Mojżeszem, z całą pewnością musiał przebywać w Egipcie i stamtąd był wezwany? A może Mateusz świadomie tworzył dla chrześcijańskiego ludu opowieści, w które sam nie wierzył?

Ta ostatnia hipoteza jest, jak sądzę, najbliższa prawdy. Czytając ewangelię odnosi się wrażenie, że Mateusz był inteligentnym i przebiegłym człowiekiem. Pisał tak jaki pisał, bowiem zdawał sobie sprawę z mentalności i oczekiwań chrześcijańskiego ludu. Lud ten gotów był wierzyć w cuda i cudowności, w najdziwniejsze bajki o Jezusie, w proroctwa zawarte w starych księgach. Mateusz wiedział, czego oczekują wyznawcy Jezusa i na te oczekiwania odpowiadał.

Nazaret

Mateusz wszystko na siłę uzasadnia proroctwami. Dzieje Jezusa mają być spełnieniem bożych proroctw. Jak się okazuje, Mateusz potrafił nie tylko naginać proroctwa, ale także odnajdywać nieistniejące.

Mateusz pisze o Józefie, który z Jezusem i Marią wrócił z Egiptu: „Przybył do miasta, zwanego Nazaret, i tam osiadł. Tak miało się spełnić słowo Proroków: Nazwany będzie Nazarejczykiem” (Mt 2,23). Jezusa nazywano Nazarejczykiem, Jezusem z Nazaretu.

Otóż proroctwa mówiącego, że mesjasz będzie nazwany Nazarejczykiem, nie ma. Mateusz dokonuje tu dowolnej interpretacji nie wiadomo jakiego proroctwa. Bibliści próbują bez skutku dociec, jakie proroctwo mógł mieć na myśli. Nie ma wiarygodnej odpowiedzi.

Np. przypuszcza się, że Mateusz mógł mieć na myśli słowa z proroctwa Izajasza: „I wyrośnie różdżka z pnia Jessego, wypuści się odrośl z jego korzeni” (Iz 11,1). Prorok metaforycznie mówi tu, że mesjasz wyjdzie z rodu króla Dawida. Jesse to ojciec Dawida i „pień Jessego” to jedna z nazw rodu Dawida. Odrośl z tego pnia to przyszły mesjasz.

Być może – dociekają bibliści – Mateusz sugerował się tym, że „odrośl” to po hebrajsku neser i Mateusz sądził, że od tego słowa pochodzi nazwa Nazaret. Na tej kruchej podstawie mógł uznać, że według proroctwa mesjasz będzie nazwany Nazarejczykiem.

W każdym razie Mateusz musiał dokonać fantazyjnej interpretacji jakiegoś proroctwa. Z pewnością na wszystko potrafiłby znaleźć jakieś proroctwo. Proroctwa mówiącego, że Jezus „nazwany będzie Nazarejczykiem”, nie ma. Poświęciłem tej sprawie nieco uwagi, by na tym przykładzie pokazać, jak dalece potrafią sięgać fantazje Mateusza.

7. Łukasz o narodzinach Jezusa

Łukasz podaje całkowicie odmienną opowieść. Według niego Józef i Maria mieszkali w Nazarecie, a nie – jak u Mateusza – w Betlejem. Jakim więc sposobem narodziny Jezusa nastąpiły w Betlejem?

Spis powszechny

Jak pisze Łukasz, niedługo przed oczekiwanymi narodzinami Jezusa cesarz rzymski zarządził przeprowadzenie spisu powszechnego. Każdy musiał się udać do miejsca swego pochodzenia. Ponieważ Józef miał pochodzić z Betlejem, udał się tam z Marią. Droga z Nazaretu do Betlejem wynosi około 200 km i z pewnością nie należała wówczas do łatwych. W Betlejem Józef i Maria nie mogli znaleźć noclegu. Zatrzymali się w jakiejś stajence i tam Maria porodziła syna, „owinęła Go w pieluszki i położyła w żłobie” (Łk 2,7).

Łukasz nie wspomina o królu Herodzie i rzezi dzieci zarządzonej przez niego, ani o ucieczce do Egiptu. Mateusz zaś nie wspomina o żadnym spisie powszechnym. Trzeba jednak powiedzieć, że o ile żadne źródła historyczne nie mówią o rzezi dzieci, to spisy w tamtych czasach miały miejsce (przeprowadzano je dla celów podatkowych, niektóre są udokumentowane źródłami historycznymi). Historycy dyskutują wiele szczegółowych kwestii związanych z tymi spisami. Problemem jest na przykład, o jaki spis idzie, kiedy miał być przeprowadzony. Niejasności i hipotez jest tak wiele, że nie sposób tu o nich mówić.

Najpewniej opowieść o podróży Józefa i Marii z Nazaretu do Betlejem została przez wyznawców Jezusa wymyślona, bowiem mesjasz według proroctw miał się narodzić w Betlejem. Aby przedstawić powód tej podróży, Łukasz – a może i dawniejsi wyznawcy Jezusa – uznali, że tym powodem był spis. Do takiej wersji skłania się wielu historyków.

Opowieści Łukasza o narodzinach Jezusa są całkowicie sprzeczne z Mateuszowymi. Widać wyraźnie, że ewangelie nie są wiarygodnym źródłem historycznym. Ewangeliści fantazjowali i zmyślali, nagminnie wprowadzali do swoich opowieści wątki zaczerpnięte ze starotestamentowych proroctw (ściągali z proroctw), korzystali z różnych opowieści krążących wśród wyznawców Jezusa. Gdzieś w głębi mogły kryć się wspomnienia prawdziwych wydarzeń, ale z pewnością zostały przetworzone przez ludzką fantazję.

Objawienie Jezusa pasterzom

Łukasz przedstawia zupełnie inną opowieść o objawieniu Jezusa światu, niż Mateusz. Wygląda ona tak, jakby została specjalnie stworzona w opozycji do Mateuszowej. Najpewniej jednak ten ewangelista, który pisał później, nie znał dzieła poprzednika.

Łukasz nie wspomina o żadnych magach czy mędrcach, którzy przybyli do domu Józefa, by pokłonić się Jezusowi. Według Łukasza Jezus urodził się w stajence w Betlejem, a o jego narodzinach anioł obwieścił pasterzom, którzy strzegli nocą owiec. Jest to jedna z najbardziej bajkowych scen w ewangeliach: „Naraz stanął przy nich anioł Pański i chwała Pańska zewsząd ich oświeciła, tak że bardzo się przestraszyli. Lecz anioł rzekł do nich: =Nie bójcie się! Oto zwiastuję wam radość wielką, która będzie udziałem całego narodu: dziś w mieście Dawida narodził się wam Zbawiciel, którym jest Mesjasz, Pan. A to będzie znakiem dla was: Znajdziecie Niemowlę, owinięte w pieluszki i leżące w żłobie=. I nagle przyłączyło się do anioła mnóstwo zastępów niebieskich, które wielbiły Boga słowami: =Chwała Bogu na wysokościach, a na ziemi pokój ludziom Jego upodobania=” (Łk 2,9-14).

Powstają pytania: Komu tedy pierwszemu miał się objawić Jezus? Magom, mędrcom, trzem królom, czy pasterzom owiec? Ponadto Łukasz nic nie wspomina o Herodzie i rzezi dzieci, ani o ucieczce do Egiptu. Mateusz nic nie wspomina o spisie powszechnym, ani o stajence. Co zatem jest prawdą? Odpowiedź jest prosta. Nic nie jest prawdą. Mamy bajki czarowne, bajki cudowne.

Moja znajoma, niepokorna teolożka Celestyna twierdzi, że tak poważne rozbieżności w opisie wydarzeń można wyjaśnić tylko w jeden sposób: Ewangeliści pisali pod natchnieniem wina, a nie Ducha Świętego.

Wół i osioł

Metoda ściągania z biblijnych proroctw stosowana była w Kościele także wieki później. Wykorzystywali ją również autorzy ewangelii apokryficznych, tzn. nieuznawanych przez Kościół.

Skąd wzięły się w bożonarodzeniowych szopkach dwa sympatyczne zwierzaki, wół i osioł? Nie mówią o nich ewangelie. Ale oto w proroctwie Izajasza sam Bóg ustami proroka mówi: „Wół rozpoznaje swego pana i osioł żłób swego właściciela. Izrael na niczym się nie zna, lud mój niczego nie rozumie” (Iz 1,3). To z tego proroctwa wziął się wół i osiołek.

A dlaczego Izajasz mówi o tych zwierzakach? Wół i osi były wówczas zwierzętami symbolizującymi wierność. I Bóg, narzekając ustami proroka, że Izraelici są mu nie dość wierni, wskazuje im te dwa symbole wierności.

Do kościelnych szopek zwierzęta te trafiły najpewniej za pośrednictwem apokryficznej ewangelii Pseudo-Mateusza (nie uznawanej w Kościele), pochodzącej z VI/VII w. n.e. Jej autor pisze, że wół i osioł złożyły pokłon dzieciątku Jezus, by spełniło się proroctwo boże:„wół i osioł przyklękając oddali Mu pokłon. I wypełniło się to, co zostało powiedziane przez proroka Izajasza: =Poznał wół Pana swego i osioł żłób Pana swego=” (PsMt 14,1).

8. Słowo na zakończenie

W ewangeliach jest dużo sprzeczności, naginania proroctw, bajkowych opowieści, fantazji, zmyśleń, nonsensów takich jak rodowód Jezusa wymieniający jego przodków począwszy od Adama, pierwszego człowieka. Nie da się tych fantazji zbyć stwierdzeniem, że przecież Pisma Świętego nie można rozumieć dosłownie, są tam przenośnie i symbole. Nie wystarczy powiedzieć, że spisujący je autorzy używali istniejących w tamtych czasach sposobów przekazywania treści, pojęć, obrazów i mogli być omylni.

Właśnie uwzględniając to wszystko trzeba stwierdzić, że Pismo Święte jest niewiarygodne, zawiera mity, fantazje i zmyślenia. Jest dziełem swojej epoki i ówczesnych ludzi. Nie ma żadnych podstaw, by twierdzić, że zawiera prawdy objawione przez Boga.

W encyklice „Wiara i rozum” Jan Paweł II napisał: ludzki rozum nie musi zaprzeczyć samemu sobie ani się upokorzyć, aby przyjąć treści wiary” (43). To nieprawda. Żeby uwierzyć, że Pismo Święte zawiera prawdy pochodzące od Boga, trzeba wyrzec się rozumu.  Alvert Jann

Poniżej zamieszczam artykuł ks. prof. Jacka Salija o dziewiczym poczęciu Jezusa. Artykuł Salija jest niezamierzoną karykaturą kościelnej teologii.

*

Alvert Jann: Blog „Ćwiczenia z ateizmu” https://polskiateista.pl/aktualnosci/blogi-2/cwiczenia-z-ateizmu/: Zapraszam licealistów, studentów i wszystkich zainteresowanych na ćwiczenia z ateizmu. Co miesiąc <pierwszego>, czasami częściej, będę zamieszczał krótki tekst, poważny ale pisany z odrobiną luzu. Nie widzę siebie w roli mentora czy wykładowcy, mam na myśli wspólne zastanawianie się. – Nauka nie wyjaśnia wszystkiego, religia nic nie wyjaśnia.

Na blogu znajduje się kilkadziesiąt artykułów, m.in.:

Teoria Boga krótko wyłożona” – https://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/teoria-boga-krotko-wylozona/

Kim był Jezus?” – https://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/kim-byl-jezus/

Przenośnie w Biblii: 12 przykładów” – https://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/przenosnie-biblii-12-przykladow/

Sprzeczności między nauką a religią: 10 przykładów” – https://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/sprzecznosci-miedzy-nauka-a-religia-10-przykladow/

Argumenty przeciw istnieniu Boga” – https://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/argumenty-przeciw-istnieniu-boga-komentarz-podrecznikow-religii/

Pismo Święte jakiego nie znacie” – https://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/pismo-swiete-jakiego-nie-znacie/.

……………………………………………………………………………..

Linki do cytowanych tekstów

Stary i Nowy Testament cytuję za Biblią Tysiąclecia (wydawnictwo Pallottinum) – http://biblia.deon.pl/

Jan Paweł II, Encyklika „Wiara i rozum” – http://www.opoka.org.pl/biblioteka/W/WP/jan_pawel_ii/encykliki/fides_ratio_0.html

Ewangelia Pseudo-Mateusza (na oficjalnej stronie katolickiej Opoka.org.pl) – https://opoka.org.pl/biblioteka/T/TB/apokryfy-05.html

……………………………………………………………………………………………..

Ks. Jacek Salij OP: Dziewicze poczęcie Syna Bożego

I. Narodzenie Syna Bożego z Dziewicy

Obowiązek przyjęcia prawd wiary?

Ktoś zapytał mnie kiedyś, czy musi się wierzyć w to, że Syn Boży urodził się z Dziewicy. Warto się zastanowić, czy w ogóle do prawd wiary wolno stosować słowo „musi się”? Problem ten dotyczy zresztą również zachowania przykazań.

Jest w takim podejściu do prawd wiary i zachowania przykazań coś obraźliwego dla Pana Boga. Przecież traktujemy Go w ten sposób, jakby był jakimś potężnym despotą, którego stać na przeprowadzenie swojej woli i który potrafi mocno ukarać tych, co nie chcą Go słuchać.

Bo przypatrzmy się takim na przykład zdaniom: „Musisz wierzyć w Trójcę Świętą, jeśli chcesz być zbawiony”, albo „Musisz uszanować cudzą żonę, bo inaczej czeka cię potępienie wieczne”. Owszem, są to zdania prawdziwe, a przecież bezduszne i zimne. Przeziera z nich przeświadczenie, że do spraw duchowych najskuteczniej można przekonać człowieka groźbą. Jakby nieważne było to, że prawda i dobro mają wartość same w sobie, a im większa prawda, tym większa jej wartość i moc bogacenia. Zdania te jakby sugerują, że o prawdzie i dobru decyduje arbitralna decyzja Pana Boga. I aż się tu prosi o zarzut, że Pan Bóg – mając w swym ręku decyzję o wiecznym losie człowieka – ograbia nas z wolności. A przecież Bóg jest Miłością, jakżeż więc tak można o Nim myśleć i mówić?

Owszem, miłość zna słowo „musisz”, ale jest ono pełne życia i ciepła, bo wcale nie ogranicza naszej wolności, a wręcz przeciwnie. Oczywiście, że musisz uszanować cudzą żonę, bo nie tylko twoje małżeństwo, lecz również małżeństwo twojego bliźniego otoczone jest świętością i duchową godnością, których nie wolno ci podeptać. Bo nakazuje ci to Bóg, który cię kocha i chce twojego dobra. Bo jeśli nie posłuchasz tego przykazania, skrzywdzisz ją, jej męża i dzieci, a na siebie sprowadzisz wewnętrzne rozbicie, które może się zakończyć twoją wieczną niezdolnością do szczęścia.

Oczywiście, że musisz wierzyć w Trójcę Świętą, bo tak wierzy nasza Matka Kościół – najlepsza, natchniona przez Ducha Świętego czytelniczka Ewangelii. Bo bez tej prawdy zupełnie się wypacza nowina o Chrystusie Odkupicielu i o naszym Bożym synostwie. Słowem, bez tej prawdy zagubilibyśmy samą istotę chrześcijaństwa.

Ojcem Jezusa jest sam Ojciec Przedwieczny

Czy musi się wierzyć w to, że Syn Boży urodził się z Dziewicy?” Spróbujmy przede wszystkim zobaczyć, jak wiele Bożej treści zawiera w sobie ten dogmat wiary. Że zaś nie jest to prawda dla chrześcijaństwa drugorzędna, niech świadczy fakt, że umieszczono ją w wyznaniu wiary, a więc wśród najbardziej istotnych prawd wiary.

Cóż więc wyraża ta prawda, że Zbawiciel ludzi przyszedł na świat z dziewiczej Matki, bez udziału mężczyzny? Najlepiej przeczytać o tym wprost z Ewangelii. Otwórzmy pierwszy rozdział Ewangelii św. Łukasza, opis zwiastowania. We fragmencie tym bardzo uwypuklono fakt, że Pan Jezus nie miał ludzkiego ojca. I wyjaśniono duchowe znaczenie tego faktu: Dziecko Maryi „będzie Synem Najwyższego… to, co się narodzi, Święte, będzie Synem Bożym”.

Zatem sprawa jest jasna: Pan Jezus nie miał ludzkiego ojca, bo Jego ojcem jest Ojciec Przedwieczny. Narodził się z Dziewicy, bo nie był zwykłym człowiekiem. Jego istnienie nie zaczęło się – tak jak istnienie każdego z nas – w chwili poczęcia. On jest przedwiecznym Synem Bożym, który dla naszego zbawienia stał się człowiekiem.

Opis zwiastowania pokazuje inny jeszcze sens dziewiczego poczęcia naszego Zbawiciela. Zauważmy, że Ewangelista zestawia okoliczności przyjścia na ten świat Pana Jezusa z takimiż okolicznościami, dotyczącymi Jana Chrzciciela. Otóż Jan Chrzciciel urodził się z niepłodnych i starych rodziców, którzy utracili już nadzieję, że mogą mieć dziecko. W podobnych okolicznościach urodziło się wielu wielkich mężów Bożych Starego Testamentu. Izaak urodził się z niepłodnej Sary; Jakub, protoplasta Izraela – z niepłodnej Rebeki; sprawiedliwy Józef – z niepłodnej Racheli; z niepłodnych matek urodzili się Samson, pogromca Filistynów, i wielki sędzia Samuel.

W Starym Testamencie fakty te wyrażały sens duchowy. Mianowicie Pan Bóg przypominał w ten sposób swojemu ludowi, że wielcy przewodnicy narodu, wielcy obrońcy czy wielcy prorocy są Jego szczególnym darem dla narodu. Oni narodzili się z ludzi, ale w pierwszym rzędzie są darem Bożym.

Otóż spodobało się Bogu, aby w podobnych okolicznościach przyszedł na świat Jan Chrzciciel. Bo ten człowiek był naprawdę wielkim darem dla ludu Bożego, większym nawet niż tamci mężowie ze Starego Testamentu: „Między narodzonymi z niewiast nie powstał większy nad Jana Chrzciciela” (Mt 11,11).

I okazuje się, że narodzenie Jana jest zaledwie tłem dla wyjaśnienia wspaniałości narodzin Pana Jezusa. Narodzenie z rodziców niepłodnych przekracza nadzieje natury, ale dokonuje się w sposób zgodny z naturą. Tymczasem Syn Boży narodził się z Dziewicy! Bóg raczył posłużyć się tym znakiem, aby pouczyć nas, że Jego Syn jest najszczególniejszym Jego Darem dla ludzi. „Z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło” – jak wyjaśnia inny fragment Ewangelii, w którym też szczególnie podkreślono dziewiczość poczęcia Pana Jezusa (Mt 1,20).

(Pomijam fragment rozważań dotyczących braci Jezusa)

III. Maryja zawsze Dziewica

Jest coś bardzo intrygującego w tym, że Kościół przywiązuje taką wagę do prawdy o dziewictwie Matki Najświętszej. Po raz pierwszy uświadomiłem to sobie, kiedy zorientowałem się, jak mocno drwili sobie z tej prawdy starożytni przeciwnicy chrześcijaństwa. Gdyby dziewictwo Maryi było dla orędzia ewangelicznego tylko jakimś drugorzędnym szczegółem, prawda ta roztopiłaby się w czyśćcowym ogniu kpin i szyderstw, jakie na jej temat wypowiadano. Tymczasem chrześcijanie, odpierając te zarzuty, tym więcej uświadamiali sobie, że wiara w dziewiczość Maryi jest sprawdzianem autentyczności naszej wiary w Chrystusa.

Szyderstwa starożytnych z dziewiczych narodzin Pana Jezusa

Zarzuty szły w dwóch kierunkach. Jedni, dopatrując się podobieństwa do pogańskich opowieści o dziewiczych narodzinach takiej czy innej postaci mitycznej, szydzili sobie: Czym Maryja, przecież zwyczajna i uboga dziewczyna, mogła zachwycić Boga, że chciał mieć z nią dziecko?[1] Kiedyś znów święty Justyn (+166) usłyszał „dobrą radę” pod adresem chrześcijan: Przecież opowieść o dziewiczym urodzeniu Jezusa przypomina mit o dziewicy Danae, która miała dziecko z Zeusem, zatem mądrze zrobicie, jeśli uznacie, że wasz Jezus miał rodziców jak każdy inny człowiek i „przestańcie zmyślać cudowne opowieści, bo się narażacie na zarzut, że błaznujecie tak jak Grecy”[2].

Drugi zarzut sprowadzał się do oszczerczego „wyjaśnienia”, że chrześcijanie dlatego wierzą w dziewicze narodzenie Jezusa, bo próbują w ten sposób zatuszować cudzołóstwo, jakiego miała się dopuścić Maryja, a którego owocem byłby Jezus. „Mąż jej, cieśla – z największą przykrością powtarzam ten zarzut, sformułowany w ewidentnie złej woli – wypędził ją, gdy jej dowiódł cudzołóstwa, a ona, wygnana przez męża i zhańbiona tułała się po świecie, aż potajemnie urodziła Jezusa”[3].

W odpowiedzi na pierwszy zarzut chrześcijanie zwracali uwagę na radykalne niepodobieństwo pogańskich mitów o dziewiczych narodzinach w stosunku do prawdy ewangelicznej o przyjściu na ten świat naszego Zbawiciela. W przekazie ewangelicznym nie ma nawet śladu bluźnierczych pomysłów o seksualnym pożądaniu kobiety przez jakiegoś boga ani o seksualnym złączeniu boga z dziewicą. Dziewicze narodziny Zbawiciela wyrażają natomiast prawdę, której nawet przeczucia nie znajdziemy w mitach pogańskich: że Jezus, prawdziwy człowiek, nie jest zwyczajnym człowiekiem, ale jest Synem samego Boga, a Jego przyjście do nas jest dziełem miłosiernego pochylenia się Boga nad nami, aby nas ratować na życie wieczne.

Z kolei drugi zarzut był szyty tak grubymi nićmi, że wystarczyło zwrócić uwagę na to, że wszystkie bez wyjątku ewangeliczne wzmianki o małżonkach Maryi i Józefie wskazują na idealną wręcz między nimi harmonię (por. Mt 1,18-25; 2,13-15. 19-23; Łk 2,4-7. 16. 33. 39-51). Ponadto, autorzy tego oszczerstwa albo nie wiedzieli, albo z nienawiści o tym zapomnieli, że przed Sanhedryn nigdy nie dopuszczano osób nieprawego łoża (por. Pwt 23,3), zaś Jezus został osądzony również przez ten religijny trybunał, nie tylko przez Piłata.

Maryja pozostała Dziewicą również po urodzeniu Jezusa

Kościół naucza nie tylko tego, że małżeństwo Maryi z Józefem było do końca dziewicze, ale ponadto że rodząc Jezusa, nie utraciła Ona zewnętrznych znamion dziewictwa. Ludzie pytają niekiedy zażenowani taką szczegółowością nauki Kościoła, czy naprawdę musimy w to wierzyć. Zresztą jak to możliwe, skoro urodziła Go jak każda kobieta? I dlaczego Kościół przywiązuje wagę do tego szczegółu?

Otóż faktycznie, tak właśnie Kościół wierzy. Potwierdzamy w ten sposób naszą absolutną pewność, że przez Maryję stała się rzecz jedyna w dziejach, której do końca nie pojmą nawet aniołowie: oto Syn Boży, Bóg prawdziwy, stał się człowiekiem! I to nie jest żaden symboliczny przekaz ani szyfr transcendentalny. Po prostu naprawdę Bóg prawdziwy przyjął ludzką naturę, naprawdę stał się jednym z nas! A stało się to w Maryi i przez Maryję!

Przynajmniej od czasu do czasu warto odnowić w sobie zdumienie, że wejście Syna Bożego do naszej ludzkiej rodziny to coś poniekąd niemożliwego, a przecież stało się to naprawdę! Poetycki wyraz temu zdumieniu dał kiedyś święty Efrem Syryjczyk (+373): „Ogień był w łonie Panny, a nie spłonęła od jego płomienia. Obejmowała rozpalony Ogień, nosiła go bez szwanku. Płomień stał się ciałem i dał się Jej pieścić w rękach”[4].

Już prawie dwieście lat przed Efremem dawał wyraz temu zdumieniu święty Ireneusz (+202), zwracając uwagę na to, że nie ludzie, ale sam Bóg tak chciał, żeby macierzyństwo Maryi było dziewicze: „Ponieważ miało przyjść do ludzi zbawienie, jakiego się nie spodziewali, dlatego za sprawą Boga stało się to przez narodzenie z Dziewicy, jakiego się nie spodziewano. Bóg znak dał w ten sposób i nie człowiek to sprawił”[5].

Żyjący więcej niż tysiąc lat po Ireneuszu święty Tomasz z Akwinu (+1274) – jakby podsumowując naukę setek i tysięcy nauczycieli Kościoła, którzy żyli przed nim, napisze: Chrystus Pan chciał w taki sposób się narodzić, aby „ujawnić zarówno prawdę swego ciała, jak swoją boskość. Aby prawdę swego ciała ujawnić, rodzi się z Kobiety. Lecz aby ujawnić swoją boskość, rodzi się z Dziewicy”[6].

Czy są jakieś teksty biblijne, które by sugerowały, że Maryja, rodząc Jezusa, pozostała dziewicą? Ojcowie Kościoła odwoływali się tu do słów: „Oto Dziewica pocznie i porodzi Syna” (Mt 1,23). Zgodnie z porządkiem natury, jeżeli poczęła, to znaczy, że nie jest już dziewicą; tym bardziej nie jest dziewicą ta, która urodziła. Tylko w macierzyństwie Maryi miał miejsce ten cud, że jako Dziewica poczęła i jako Dziewica urodziła.

Jeszcze co najmniej trzy inne teksty biblijne dawały Ojcom okazję do kontemplowania tej prawdy, że rodząc się z Maryi, Syn Boży nie naruszył w niej nawet cielesnych znamion dziewictwa. Bardzo tylko proszę o powstrzymanie się od reakcji typu „to mnie nie przekonuje”. Wypowiedzi Ojców, jakie teraz przytoczę, są przecież owocem kontemplowania przez nich tej niepojętej prawdy, że Syn Boży raczył stać się jednym z nas.

Pierwszym z tych tekstów jest proroctwo Izajasza: „Zanim odczuła skurcze porodu, powiła dziecię, zanim nadeszły jej bóle, urodziła chłopca. Kto słyszał coś podobnego?” (Iz 66,7).

Jak wiadomo, duchowe znaczenie tego typu wypowiedzi jest zazwyczaj wielopiętrowe. Fakt faktem, że już święty Ireneusz widzi w tym proroctwie zapowiedź niezwykłych narodzin Emmanuela[7]. Nawet sposobem swojego narodzenia zapowiedział On początek świata nowego, świata wolnego od grzechu i jego następstw (por. Rdz 3,16).

Drugim tekstem (a raczej całym biblijnym tematem), który dawał Ojcom okazję do kontemplowania dziewiczego macierzyństwa Maryi, było postrzeganie w Chrystusie nowego Adama, założyciela nowej ludzkości (m.in. Rz 5,12-21; 1 Kor 15,21n. 45-49). Otóż już narodziny tego nowego Adama – powie święty Grzegorz z Nyssy (+394) – powinny się istotnie różnić od narodzin zwyczajnych grzeszników: „Ponieważ ta, która przez grzech wprowadziła do natury śmierć, została skazana na rodzenie w smutku i boleściach, ze wszech miar słuszną było rzeczą, żeby Matka Życia w radości poczęła i w radości wydała na świat”[8].

Urodziła Tego, który miał zmartwychwstać!

Natomiast zupełnie niezwykłą medytację zostawił nam święty Hieronim (+419), który proroctwo z Ez 44,1-3 o skierowanej na Wschód bramie Świątyni, zamkniętej, bo przeznaczonej dla jednego tylko Pana, odnosi zarówno do Maryi, jak do Grobu, z którego On zmartwychwstał, nie naruszając jego pieczęci:

Słowa: Oto Dziewica pocznie i porodzi, wskazują na to, co się stało. Natomiast słowa: Urodzenie Jego któż wypowie? (Iz 53,8 LXX), podkreślają, że nie pojmiemy sposobu Jego urodzenia. Święta Maryja, Matka i Dziewica – Dziewica przed urodzeniem i Dziewica po urodzeniu. Zdumiewam się, jak to możliwe, że Dziewiczy urodził się z Dziewicy, a po urodzeniu Dziewiczego Matka pozostała Dziewicą. Chcecie wiedzieć, jak to możliwe? Zamknięta była brama (Ez 44,2), a wszedł przez nią Jezus. Nie ma wątpliwości, dlaczego była zamknięta. Ten, który przeszedł przez zamkniętą bramę, nie był zjawą, nie był duchem, prawdziwie był ciałem. Sam powiedział: Dotknijcie i przekonajcie się, bo duch nie ma ciała ani kości, jak widzicie, że Ja mam (Łk 24,39). Miał ciało, miał kości, a brama była zamknięta. Jak przez drzwi zamknięte przeszły kości i ciało? Jak wszedł Ten, którego nie widzimy, ani że wchodzi ani skąd wszedł? Nie wiesz, jak się to stało, zatem przypisz to mocy Bożej. Mocy Bożej to przypisz, że urodził się z Dziewicy, która również po porodzie pozostała Dziewicą”[9].

Myślę, że w świetle tej medytacji nawet nietaktem wobec Matki Najświętszej byłoby przekonywanie kogokolwiek, że wytrwała ona w dziewictwie aż do końca życia. „W dramacie zbawienia nie jest tak – napisał kiedyś kard. Ratzinger – że Maryja miałaby jakąś rolę do odegrania, aby potem zejść ze sceny, jak ktoś, kogo występ się skończył”. Dokładnie tak widział rolę Maryi zwalczający jej kult cesarz Konstantyn V (740-775), znany niszczyciel świętych obrazów. Porównywał on wulgarnie Matkę Bożą do mieszka, który jest cenny tylko wtedy, kiedy jest w nim złoto. Jej znaczenie – zdaniem tego bluźniercy – skończyło się z chwilą urodzenia Syna i podobnie jak mieszek, w którym nie ma złota, stała się ona bezwartościowa. Jasno widać, że niczego ten człowiek nie rozumiał na temat miłości Boga do człowieka.

Zatem to nie przypadek, że prawdę o wiecznym dziewictwie Maryi Kościół musiał przypominać zwłaszcza w okresach zagrożenia prawdy o Chrystusie – w czasach zmagań z nestorianizmem, monofizytyzmem, monoteletyzmem oraz ikonoklazmem. Święty papież Leon Wielki takie oto zdanie umieścił w swoim liście chrystologicznym do patriarchy Konstantynopola Flawiana, jaki napisał w roku 449 w obliczu zagrożenia monofizyckiego: „Poczęty zaś został [Pan nasz Jezus Chrystus] z Ducha Świętego w łonie Dziewicy-Matki, która tak Go wydała na świat bez naruszenia swego dziewictwa, jak Go w nienaruszonym dziewictwie niegdyś poczęła”. A warto wiedzieć, że Sobór Chalcedoński uznał ten list za swój własny dokument[10].

Odrzucając boskość Jezusa, nie da się wierzyć w dziewictwo Jego Matki

W historii upominania się Stolicy Apostolskiej o prawdę maryjną nie zabrakło nawet polskiego akcentu. Mianowicie papież Paweł IV w bulli dogmatycznej z 7 sierpnia 1555 przestrzega wiernych przed nauką szerzącego się w Polsce i Czechach socynianizmu: „[W trosce o wiernych upominamy] tych, którzy twierdzą, że nasz Zbawiciel nie został poczęty według ciała za sprawą Ducha Świętego w łonie świętej i zawsze Dziewicy Maryi, lecz jak inni ludzie i z nasienia Józefa, albo że Najświętsza Maryja Panna nie jest prawdziwą matką Boga i nie pozostała w nienaruszonym dziewictwie przed narodzeniem, przy narodzeniu i po narodzeniu”.

Trudno zaś się dziwić, że socynianie odrzucali kult Maryi, skoro zwątpili w boskość Chrystusa Pana. Przy okazji warto przypomnieć, że gorąca dyskusja o Skład Apostolski, jaka miała miejsce w protestanckiej teologii niemieckiej w roku 1892, a która dotyczyła pytania, czy można być chrześcijaninem, nie wierząc w dziewictwo Matki Najświętszej, ogromnie wzmocniła tzw. teologię liberalną, która już wkrótce zaczęła szerzyć w tamtym środowisku zwątpienie w samego Chrystusa.

Zmierzajmy do końca. Niekiedy prawda dziewictwa Maryi budzi następującą trudność: Przecież współżycie małżeńskie zostało pomyślane przez samego Stwórcę jako znak i sposób okazywania wzajemnej miłości, i dotyczy to każdego zwyczajnego małżeństwa.

W odpowiedzi na ten argument zauważmy: Związek Maryi i Józefa nie był zwyczajnym małżeństwem. Tym Dwojgu sam Ojciec Przedwieczny powierzył swojego Syna. Nie podrzucił, tylko powierzył, tzn. i Maryja i Józef świadomie podjęli posługę rodzicielską wobec Syna Bożego, kiedy raczył stać się dla nas wszystkich Synem Człowieczym. Nie da się nawet wyobrazić, że tak niepojęte powołanie było tylko jednym z wielu ich obowiązków małżeńskich. Posługa rodzicielska wobec Jezusa stała się niewątpliwie całym sensem małżeństwa Maryi i Józefa. Znakiem tego była dozgonna dziewiczość ich związku.

Święty Tomasz z Akwinu podaje cztery wielkie argumenty, dlaczego powinniśmy odrzucić wszelkie pomysły, jakoby po urodzeniu Syna Maryja podjęła współżycie małżeńskie:

  1. Uwłaczałoby to Chrystusowi, gdyby On, Jednorodzony Syn Ojca, nie był jedynym Synem Maryi jako najdoskonalszy jej Owoc”.

  2. Błąd ten wyrządza krzywdę Duchowi Świętemu, którego przybytkiem było to dziewicze łono, w którym ukształtowało się ciało Chrystusa; nie godziło się, żeby później zostało ono znieważone przez współżycie z mężem”.

  3. Uwłaczałoby to godności i świętości Matki Bożej. Okazałaby się ona największą niewdzięcznicą, gdyby nie zadowoliła się takim Synem i gdyby zdecydowała się utracić przez współżycie małżeńskie to dziewictwo, które zostało w niej cudownie zachowane”

  4. Byłoby to przypisywaniem Józefowi wielkiej zuchwałości, gdyby usiłował sprofanować tę, o której od anioła wiedział, że z Ducha Świętego poczęła Boga”[11].

    Ks. Jacek Salij OP

Przypisy

[1] Tak szydził, w swojej opublikowanej w roku 177 książce, niejaki Celsus z Aleksandrii, por. Orygenes, Przeciw Celsusowi, 1,39.

[2] Święty Justyn, Dialog z Żydem Tryfonem, 1,67,2.

[3] Por. Orygenes, Przeciw Celsusowi, 1,28.

[4] Ojcowie Kościoła greccy i syryjscy, Teksty o Matce Bożej, tłum. Wojciech Kania, „Beatam me dicent” t.1, Niepokalanów 1981 s. 44.

[5] Święty Ireneusz, Zdemaskowanie i zbicie fałszywej wiedzy, 3,21,6. Obszerne rozdziały 21 i 22 trzeciej księgi tego dzieła poświęcone są w całości tematowi dziewiczego macierzyństwa Maryi.

[6] Święty Tomasz z Akwinu, Suma teologiczna, 3 q. 28 a. 2 ad 2.

[7] Święty Ireneusz, Wykład nauki apostolskiej, 54.

[8] Święty Grzegorz z Nyssy, Homilia 13 do Pieśni nad pieśniami.

[9] Święty Hieronim, Homilia na Jana Ewangelistę, 1,1-14.

[10] Lista oficjalnych przypomnień Kościoła, że wierzymy w wieczne dziewictwo Matki Bożej jest długa: list papieża Hormizdasa z 26 marca 521 do cesarza Justyna, Kanon 3 Soboru Konstantynopolskiego II (553), list papieża Pelagiusza I z 3 lutego 557 do króla Childeberta, Kanon 3 Synodu Laterańskiego z roku 649 odbytego pod przewodnictwem świętego papieża Marcina I, symbol wiary Synodu Toletańskiego XVI z roku 693, itd.

[11] Święty Tomasz z Akwinu, Suma teologiczna, 3 q. 28 a. 3.

(Źródło: http://teologia.jezuici.pl/dziewicze-poczecie-syna-bozego/ )

……………………………………………………………………

Warszawa – notatnik pedofilii. Część 7 i 8

PEDOFILIA PO WARSZAWSKU –część VII.

Zapewne wielu czytelników, tak jak i warszawskich wiernych, nie zna szczegółów działań kościelnej hierarchii, dotyczącej ochrony swoich zdemoralizowanych podwładnych. Warto więc przypomnieć kilka istotnych faktów w sprawie warszawskiego pedofila, ks. Grzegorza Kocięckiego.

Ostatecznie po długim procesie karnym, w marcu 2013 roku, zapadł w tej sprawie pierwszy wyrok w Sądzie Rejonowym w Otwocku. Sąd nie miał wówczas wątpliwości co do winy księdza proboszcza z Otwocka, a przewodnicząca składu sądowego, w ustnym uzasadnieniu podkreśliła, że nawet gdyby obrona oskarżonego księdza tutaj udowodniła, że do takiego postępowania doszło za rzekomą zgodą ofiar, to sprawca był dorosłym mężczyzna, a ofiarą 11-letni chłopiec. Niestety wyrok był niezwykle łagodny. Kościelny pedofil został skazany zaledwie na rok pozbawienia wolności, a wykonanie wyroku zawieszono mu na cztery lata. Oskarżony ksiądz nawet nie pofatygował się podczas ogłaszania wyroku do sądu, występował z wolnej stopy, a w sądzie reprezentował go jedynie adwokat.

 

 

Od czasów otwockich skazany kapłan był stale przenoszony na różne parafie w charakterze proboszcza, nigdy nie był zdegradowany przez żadnego swojego ordynariusza, a od 2010 roku był proboszczem na niezwykle dochodowej parafii pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny, Matki Pięknej Miłości na warszawskim Tarchominie. To okolica warszawskiej Białołęki, gdzie znajduje się najsłynniejszy areszt śledczy w stolicy, a w nim pedofile i kryminaliści wszelkiej maści. Już sama nazwa parafii ks. Grzegorza Kocięckiego brzmi niemal jak prowokacja. Kto o tym zdecydował? Ordynariusz warszawsko-praski, abp Henryk Hoser (1942-2021). Bez komentarza.

 

 

 

Czy wyrok sądu zrobił wrażenie na jego przełożonych? Odpowiedzią mogą być jedynie fakty. W dwa miesiące po wyroku skazany ksiądz proboszcz zorganizował wyjazd z dziećmi pierwszokomunijnymi do Sanktuarium Św. Faustyny. Pominę rzeczy które wówczas mówił o potrzebie ochrony naszych dzieci przed demoralizacją. Organizował procesje z najświętszym sakramentem, wygłaszał do dzieci kazania i konferencje, spowiadał i udzielał komunii. Towarzyszyły mu panie katechetki i były zachwycone… Zdjęcia z tych wyjazdów dołączam do tego wpisu.

 

 

W dniu 4 września 2013 roku, o godzinie 10:00, pół roku po wyroku (!!!), skazany ksiądz pedofil poświęcił nowy budynek szkolny przy ulicy Brzeskiej 12 w Warszawie. To znana Medyczna Szkoła Policealna nr 3 w Warszawie, przeniesiona z wcześniejszej lokalizacji z ulicy Hożej w Warszawie. Zdjęcie z tej uroczystości też dołączam do tego wpisu. Warszawska szkoła na Hożej istniała od 1946 roku, miała wówczas aż ponad 5 tysięcy absolwentów, a jednym z nich był właśnie Grzegorz Kocięcki. I tu jedna uwaga, pedofilowi machającemu po nowej szkole kropidłem ze święconą wodą towarzyszył zachwycony jego obecnością Marszałek Województwa Mazowieckiego, Adam Struzik z PSL, co warto przypomnieć tym politykom, którzy nie grzeszą nadmierną pamięcią. Nie wszystko bowiem co dotyczy ochrony kościelnych pedofilów nosi symbole PIS-u. No chyba, że mnie ktoś tutaj zacznie przekonywać, że marszałek województwa nie wiedział wtedy o marcowym wyroku sądu i dewiacyjnych wyczynach (już od co najmniej 12 lat!!!) proboszcza od Najświętszej Maryi Panny Matki Pięknej Miłości w Warszawie.

Jednym słowem nic się nie zmieniło od 2001 roku w życiu kościelnego dewianta. Przez kolejne 12 lat!!! Awansował, zarabiał coraz więcej i był pupilem władzy, zarówno swojej kościelnej jak i tej politycznej. Nawet wyrok sądu tego nie zmienił. I nie wiadomo jak długo taka sytuacja trwałaby nadal, gdyby do całej sprawy nie wkroczyli dziennikarze. Ci wredni, bo liberalni, czyli oczywiście ci z TVN24.

Ciąg dalszy nastąpi…

 

PEDOFILIA PO WARSZAWSKU –część VIII.

W dzisiejszej odsłonie poznacie Państwu kulisy postępowania władz diecezji warszawsko-praskiej, pół roku po skazaniu pedofila z Otwocka i proboszcza z warszawskiego Tarchomina, w stosunku do niego, jego ofiar i parafian.

Otóż do czasu emisji słynnego materiału stacji TVN24, która ujawniła kompromitujące fakty dotyczące ks. Grzegorza Kocięckiego oraz kulisy jego skazania przez sąd, kuria warszawsko-praska nie podjęła wobec niego żadnych działań prawnych czy kanonicznych, nie mówiąc o ewentualnym pozbawieniu go stanowiska proboszcza i umieszczeniu w miejscu, gdzie nie miałby kontaktu z małymi dziećmi. Oczywiście także w stosunku do ministrantów-ofiar tego księdza nie podjęto żadnych działań zmierzających do jakiegokolwiek zadośćuczynienia. Tym bardziej wierni z parafii otwockiej czy tarchomińskiej nie mogli liczyć na jakiekolwiek wyjaśnienia.

Po emisji materiału z dziennikarskiego śledztwa w TVN24, ruszyła w naszym kraju burza medialna. Kuria warszawsko-praska w osobie swojego kanclerza i rzecznika, ks. Wojciecha Lipki, podjęła nieudolne próby tłumaczenia całej sytuacji.

W dniu 27 wrześniu 2013 roku ks. Wojciech Lipka na zwołanej przez siebie specjalnej konferencji prasowej powiedział tam między innymi, próbując tłumaczyć dotychczasową bierność władz swojej diecezji, że: „Wyrok nie jest prawomocny”. Po pierwsze był on prawomocny, więc kanclerz warszawsko-praski „cudownie mijał się z prawdą”, żeby nie powiedzieć, że łgał jak pies. Ale załóżmy, że wyrok na księdza nie był prawomocny i zapadł pół roku temu, więc co… Już w dniu kiedy padło samo podejrzenie, że tarchomiński proboszcz jest tym potencjalnym pedofilem z Otwocka, to powinien zostać już odwołany i ewentualnie przywrócony do duszpasterstwa po ewentualnym uniewinnieniu i to w dwóch postępowaniach: karnym i kanonicznym. A kuria od 2001-2002 roku go kilkakrotnie przenosiła i wiedziała dlaczego to robi. Kiedy ks. Grzegorz Kocięcki został objęty śledztwem organów ścigania kuria nie wiedziała? Gdy postawiono mu w prokuraturze zarzut i skierowano sprawę do sądu nie wiedziała? Gdy przez tyle miesięcy trwał proces nie wiedziała? Pół roku po wyroku też nie wiedziała? Jak więc dobrze, że mamy TVN24!!!

Na tej samej konferencji kanclerz warszawsko-praski stwierdził także, że: „W sprawie księdza jednej z warszawskich parafii (bał się publicznie przyznać o której warszawskiej parafii wówczas mówi!!!) oskarżonego o pedofilię nie ma jeszcze prawomocnego wyroku sądu. Od wyniku postępowania sądowego będzie dalej zależało dalsze postępowanie kanoniczne i wynikające z niego konsekwencje”. O znowu tutaj mała poprawka. Postępowanie kanoniczne wobec pedofilów w sutannach i habitach winno toczyć się w sadach biskupich niezależnie od sądów państwowych. Nie ma watykańskiego zarządzenia, że należy z tym czekać do wyroków sądów państwowych. W innych bowiem krajach, a kościelna pedofilia występuje we wszystkich krajach na świecie gdzie pracują księża i zakonnicy, niekiedy takie sprawy kanoniczne kończą się jeszcze przed karnymi, a pedofile są usuwani ze stanu kapłańskiego bez względu na tempo prac świeckich organów ścigania, prokuratury czy sądów państwowych. A te słowa padły publicznie, aż pół roku po ogłoszeniu wyroku!!! Znowu przez ten okropny TVN24!!!

Ale ks. Wojciech Lipka (tutaj na dołączonym do wpisu zdjęciu), brnął w szaleństwo nadal i na pytanie o powody braku reakcji władz diecezji stwierdził także, że: „Księdza nie odwołano z urzędu, bo były to czyny dawne, z 2001 roku, zatem nieaktualne. Gdyby były aktualne, reakcja byłaby natychmiastowa”. Czyli ksiądz sprawca został za swoje czyny pedofilskie skazany pół roku wcześniej przez sąd karny, ale dla władz diecezji warszawsko-praskiej te czyny były zbyt mało aktualne, aby zasługiwały na ich reakcje. Dopiero po emisji w TVN24 jednak księdza odwołano z warszawskiego Tarchomina. Siła sprawcza TVN24!!!

Ks. Wojciech Lipka podejmował też głupawe próby lekceważenia tego co naprawdę zaszło w wyniku zachowania ks. Grzegorza Kocięckiego w stosunku do 11-letnich ministrantów z Otwocka, gdy powiedział, że: „Inne czynności seksualne wobec nieletniego to kwestia podlegająca interpretacji”. Jakiej interpretacji? Pół roku po wyroku sądu? Kto ma jej wtedy dokonywać w tej sprawie? Ordynariusz warszawsko-praski, abp Henryk Hoser? Jego kanclerz ks. Wojciech Lipka? A może obaj razem? To jeszcze niech zaproszą do tego ofiary i sprawcę.

A pamiętacie Państwo jak zachowywał się ks. Wojciech Lipka w słynnej sprawie ks. Wojciecha Lemańskiego? Gdy ten ostatni popadł w ostry konflikt właśnie z abp Henrykiem Hoserem i poniósł wówczas daleko idące konsekwencje kanoniczne? Porównajmy „winy” tych dwóch kapłanów: ks. Wojciecha Lemańskiego i ks. Grzegorza Kocięckiego, obaj z jednej diecezji i podlegający jednemu ordynariuszowi. Widać tutaj różnicę?

Kiedy kanclerz warszawsko-praski brnął coraz bardziej w kłamstwa i kompromitował zarówno swoją diecezję jak i swojego ordynariusza, arcybiskup Henryk Hoser niespodziewanie go odwołał z zajmowanego stanowiska. Ale sam też wkrótce wypadł dramatycznie, gdy próbował sam bronić swoich decyzji, albo wręcz ich braku, w sprawie skazanego pedofila z Otwocka. Powiedział jednej z gazet: „Usuwanie z urzędu w tej fazie procesowej jest środkiem zapobiegawczym. Przełożony jest zobowiązany ocenić, czy osoba jest zagrożeniem dla otoczenia. Sąd nie zakazał mu kontaktu z dziećmi i młodzieżą, nie zastosował nawet aresztowania. Nasza analiza wykazała, że nie mamy do czynienia z przypadkiem recydywy”. Najpierw się wykorzystuje wszystkie możliwe kontakty władz diecezji, także z politykami oraz prawnikami, aby dany ksiądz-pedofil odpowiadał przed sądem z wolnej stopy i broń Boże nie trafił wcześniej do aresztu śledczego, a potem wykorzystuje się właśnie ten fakt do usprawiedliwienia swojej bezczynności, aby wiele miesięcy po skazaniu nadal twierdzić, że nie należy go usunąć ze stanowiska proboszcza, gdyż ksiądz nie jest recydywistą. Dzięki Bogu już nie upijał swoich nieletnich ministrantów, już nie molestował ich w zakrystii i w swoim mieszkaniu. To może dać mu z wdzięczności godność prałata i kanonika!!!

Ale kolejne skandale z udziałem ks. Grzegorza Kocięckiego, a także jego przełożonych miały nadejść już wkrótce. Gdy cały kurz opadnie, widzowie i wierni już zapomną, a materiał z TVN24 trafi do archiwów redakcji.

Ciąg dalszy nastąpi…

Andrzej Gerlach

Ćwiczenia z ateizmu. Część 44 „Dlaczego religijność słabnie?”

W wielu krajach świata religijność słabnie. W Europie Zachodniej kościoły doznały wręcz katastrofalnej porażki, o czym pisałem przed miesiącem. Niedawno głośna stała się informacja, że Polska należy do krajów, w których religijność słabnie najbardziej.

Spróbuję dziś powiedzieć, dlaczego religijność traci na znaczeniu. Na koniec powiem o kuriozalnej wypowiedzi arcybiskupa Gądeckiego, który podał własną interpretację przyczyn kryzysu religii.

Najpierw jednak o religijności w świecie na podstawie raportu z badań sondażowych przeprowadzonych przez renomowany ośrodek amerykański Pew Research Center (link na końcu).

Podstawowe zależności

Badania międzynarodowe nie pozostawiają wątpliwości. Religia straciła na znaczeniu w krajach rozwiniętych gospodarczo, natomiast odgrywa wielką rolę w krajach słabo rozwiniętych. Inna zależność: Zdecydowanie bardziej religijne są kraje, w których poziom wykształcenia ludności jest niski. Natomiast wzrost poziomu wykształcenia ludności sprzyja osłabieniu religijności.

Podobne zależności występują wewnątrz poszczególnych krajów: Z reguły ludzie zamożniejsi i o wyższym poziomie wykształcenia są mniej religijni. Bardziej religijni są biedniejsi oraz o niższym poziomie wykształcenia.

Zależności te nie mają charakteru bezwzględnego. Są od nich wyjątki, a religijność jest bez wątpienia uwarunkowana także przez wiele innych czynników. W przypadku pojedynczych osób istotne są indywidualne cechy osobowości i „historia życia”. W przypadku całych krajów religijność uwarunkowana jest w znacznej mierze sytuacją polityczną kraju, jego historią i kulturą. Jednak poziom rozwoju gospodarczego i edukacji „przebija się” przez te różne uwarunkowania.

Wyjątkiem są na przykład Chiny. Według wielu badań jest to kraj najmniej religijny w skali świata, ale znajduje się na znacznie niższym poziomie rozwoju gospodarczego niż niereligijne kraje zachodnie. Z kolei USA należą do niewątpliwej czołówki rozwoju gospodarczego, ale są stosunkowo religijne. Trzeba jednak podkreślić, że USA nie są liderem religijności. Są znacznie mniej religijne niż kraje Afryki Subsaharyjskiej i kraje muzułmańskie. Ciekawa jest też bardzo duża różnica między Czechami a Polską. Do tych anomalii jeszcze wrócę.

Jak badano?

W przedstawianych tu badaniach religijność oceniano biorac pod uwagę odpowiedzi na pytania dotyczące następujących kwestii:

1. Identyfikacja religijna: Pytano, jaka jest obecnie twoja religia (ang. What is your present religion, if any?). Przedstawiano listę religii znanych w badanym kraju, z możliwością wymienienia także innej. Można było też wskazać, że jest się ateistą, agnostykiem lub wybrać odpowiedź „żadna szczególna” (ang. nothing in particular) – osoby te są kwalifikowane jako nie identyfikujące się z żadną religią, czyli bezwyznaniowe (ang. unaffiliated).

2. Częstotliwość praktyk: Pytano, jak często – poza ślubami i pogrzebami – chodzisz do kościoła/meczetu/świątyni itp.

3. Modlitwa: Jak często modlisz się?

4. Ważność religii: Jak ważna jest religia w twoim życiu?

W większości krajów pytano też o wiarę w Boga, jednak ze względów metodologicznych w prezentowanym tu raporcie Pew Research Center zrezygnowano z uwzględniania tego wymiaru religijności. Odpowiedzi na pytanie o wiarę w Boga przedstawiłem w innych artykułach (linki na końcu).

Przedstawione poniżej wyniki badań pochodzą z sondaży przeprowadzonych w 106 krajach przez amerykański ośrodek badawczy Pew Research Center (link na końcu). Sondaże zrealizowano na reprezentatywnych próbach mieszkańców badanych krajów (osoby pytane wybierano losowo). Oznacza to, że wyniki informują ze znaczną dokładnością o całej badanej zbiorowości. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że każdy sondaż zawiera błąd pomiaru, w przypadku prezentowanych sondaży wynoszący około 3 punktów procentowych. Ze względu na ten błąd, do małych różnic nie należy przywiązywać wagi. Porównując sondaże trzeba uwzględnić, że nawet w podobnych sondażach pytania bywają odmiennie formułowane. Ponadto sondaże pochodzące z różnych lat mogą odzwierciedlać zmiany zachodzące w poglądach badanych. Wyniki sondaży „mają prawo” różnić się o kilka punktów procentowych.

Świat w pigułce

Kraje niereligijne. Świat jest bardzo zróżnicowany pod względem religijności. Kraje niereligijne skupione są w trzech regionach kulturowo-politycznych (kraje wymieniam w kolejności alfabetycznej):

Daleki Wschód: Chiny, Japonia, Korea Południowa (w Korei Północnej nie ma możliwości prowadzenia badań), Wietnam.

Europa Zachodnia/Zachód: Austria, Belgia, Dania, Finlandia, Francja, Hiszpania, Holandia, Irlandia, Kanada, Niemcy, Szwajcaria, Szwecja, Wielka Brytania, Włochy, także Australia, która jest krajem o kulturze zachodniej.

Europa Wschodnia: Albania, Białoruś, Bułgaria, Czechy, Estonia, Litwa, Łotwa, Rosja, Węgry.

A oto 11 najmniej religijnych krajów świata: Chiny, Austria, Belgia, Czechy, Dania, Estonia, Francja, Niemcy, Szwajcaria, Szwecja, Wielka Brytania.

Bezkonkurencyjne są Chiny. Tylko 3 % pytanych uważa religię za bardzo ważną w ich życiu; 1 % modli się codziennie; 1 % bywa w świątyni co najmniej raz w tygodniu; tylko 13 % identyfikuje się z określoną religią.

Za kraj typowy w grupie krajów najmniej religijnych można uznać Wielką Brytanię: religia jest ważna dla 10 %; modli się codziennie 6 %; uczęszcza do kościoła co tydzień 8 %. Natomiast aż 77 % odpowiedziało pozytywnie na pytanie, jaka jest twoja religia, wskazując z reguły jedno z wyznań chrześcijańskich. Są to jednak – jak widać – w większości osoby niepraktykujące, a duża część mówi też, że nie wierzy w Boga. Identyfikacja religijna ma więc charakter nawykowy, nie oznacza wiary religijnej, ani praktykowania. Są to – można powiedzieć – w większości chrześcijanie niewierzący i niepraktykujący.

Zwraca uwagę, że bardzo niską identyfikacją wyznaniową wyróżniają się Czesi: tylko 28 % identyfikuje się z jakąkolwiek religią. Ponadto Estończycy 55 % i Szwedzi 58 %.

Najbardziej religijne są kraje Afryki Subsaharyjskiej, nieco mniej muzułmańskie kraje Azji i Afryki Północnej. Indie, które ze względu na liczbę ludności (1,2 miliarda) można porównać do kontynentu, są na poziomie zbliżonym do krajów muzułmańskich.

Średnia dla krajów Afryki Subsaharyjskiej przedstawia się następująco: 89 % uważa religię za bardzo ważną w ich życiu; 75 % modli się codziennie; 79 % uczęszcza do kościoła/meczetu itp. przynajmniej raz w tygodniu; 98 % identyfikuje się z jednym z wyznań religijnych. Dominują w tych krajach wyznania chrześcijańskie i muzułmańskie.

Wśród krajów muzułmańskich, leżących w Azji i Afryce Północnej, za typowy pod względem religijności można uznać Pakistan (około 200 mln. ludności): 94 % uważa religię za bardzo ważną w ich życiu; 67 % modli się codziennie; 59 % uczęszcza do meczetu/świątyni przynajmniej raz w tygodniu; 100 % identyfikuje się z jednym z wyznań religijnych (96 % stanowią muzułmanie).

Polska na tym tle sytuuje się gdzieś pośrodku. 30 % uważa religię za bardzo ważną w ich życiu (ale w młodszej grupie wiekowej, tj. w wieku 18-39 lat, tylko 16 %); 29 % modli się codziennie (młodsi tylko 14 %); 42 % uczęszcza do kościoła przynajmniej raz w tygodniu (młodsi tylko 26 %); 93 % identyfikuje się z jednym z wyznań religijnych (młodsi 89 %). Jak widać, różnice międzypokoleniowe są bardzo duże; tylko w większości nawykowa identyfikacja z Kościołem katolickim stopniała niewiele. Ponadto dokładniejsze badania wskazują, że odsetek chodzących co tydzień do kościoła jest zawyżony. Oddaje on intencje, ale nie rzeczywistość. Jak podaje portal Świecka Polska, z analizy badań prowadzonych przez Kościół wynika, że odsetek Polaków uczęszczających co tydzień do kościoła wynosi około 23 % (link na końcu).

Różnice międzypokoleniowe. Referowane tu badania wskazują, że w bardzo wielu krajach młodsi (w wieku 18-39 lat) są znacznie mniej religijni od starszych, tj. w wieku 40 lat i więcej.

Np. na 106 badanych krajów, w 46 młodsi znacznie rzadziej niż starsi mówią, że religia jest w ich życiu bardzo ważna (tylko w dwóch krajach, w Ghanie i Gruzji, jest odwrotnie; w pozostałych krajach nie zanotowano istotnej różnicy między badanymi grupami wiekowymi). Największa różnica (23 punkty procentowe) występuje w Polsce!!

W 71 krajach młodsi znacznie rzadziej niż starsi modlą się (tylko w dwóch krajach jest odwrotnie: Czad i Liberia). W 53 krajach młodsi znacznie rzadziej chodzą co tydzień do kościoła/meczetu itp. (tylko w trzech krajach jest odwrotnie: Armenia, Rwanda i Liberia). Polska jest pod tym względem zdecydowanym liderem. Różnica między młodszymi a starszymi grupami wiekowymi wynosi w Polsce aż 29 punktów procentowych.

Zwraca uwagę, że znaczny spadek religijności wśród młodszych zanotowano w wielu krajach muzułmańskich (w Tunezji, Iranie, Jordanii, Senegalu, Egipcie, Indonezji, Palestynie). Wbrew potocznym wyobrażeniom, wiele badań wskazuje, że także w krajach muzułmańskich religijność powoli słabnie, co wywołuje z kolei agresję ze strony religijnych radykałów.

Rola nauki i edukacji

Religijność spada przede wszystkim wskutek wzrostu wiedzy naukowej i jej upowszechnienia. W krajach najbardziej religijnych nauka i szkolnictwo są rozwinięte słabo, a często znaczny procent ludności stanowią analfabeci. Rozwój wiedzy naukowej i jej upowszechnienie powoli ale nieubłaganie powoduje erozję religijnych wierzeń i spadek religijności.

W Europie szybki rozwój nauki ma miejsce od XVII w. Historycy mówią o „rewolucji naukowej”. Za jej początek można uznać odkrycia i działalność Galileusza (1564-1642). Od XIX w. mamy szybki rozwój szkolnictwa wszystkich szczebli. W XX w. miała miejsce „rewolucja oświatowa”, tj. upowszechnienie wiedzy naukowej przez system szkolny obejmujący całą młodzież.

W średniowieczu Biblię traktowano jako niezawodne źródło wiedzy o świecie i człowieku. Np. teolodzy ustalali na podstawie Biblii, że Bóg stworzył świat i człowieka około 6 tys. lat temu. Głoszono, że choroby i śmierć to skutek nieposłuszeństwa Bogu, jakiego mieli dopuścić się pierwsi ludzie (Kościół katolicki głosi to także dziś, nawet w szkolnych podręcznikach religii). Nauczano, że człowiek posiada duszę nieśmiertelną i po śmierci będzie zbawiony, potępiony lub poddany karze w czyśćcu. Głoszono, że obecny świat zakończy istnienie wraz z powtórnym przyjściem Jezusa na ziemię, zmartwychwstaniem wszystkich ludzi i sądem ostatecznym. Dodajmy, że kościoły chrześcijańskie głoszą te starożytne wierzenia do dziś, co najwyżej niektóre szczegóły interpretują jako przenośnie.

W średniowieczu nieliczni ludzie, którzy zajmowali się filozofią i nauką, byli najczęściej księżmi i zakonnikami. Powstające wówczas uniwersytety i szkoły znajdowały się pod kontrolą Kościoła. Teologia był uważana za „królową nauk”, chociaż nie jest nauką.

W czasach nowożytnych Kościół traci stopniowo kontrolę nad uniwersytetami i szkolnictwem. Powstają niezależne od kościołów środowiska ludzi zajmujących się nauką i kulturą, oraz świeckie stowarzyszenia i akademie naukowe. Wzrasta liczba ludzi wykształconych, którzy nie są uzależnieni od Kościoła. Jest to skutek rozwoju miast i władzy państwowej/królewskiej, a głębiej – skutek rozwoju gospodarczego. Kościół nie był w stanie podporządkować sobie miast i państwa. W konsekwencji nie był w stanie utrzymać dominacji w dziedzinie nauki, szkolnictwa i kultury.

Olbrzymiego wyłomu w tradycyjnych wierzeniach religijnych dokonało Oświecenie (XVIII w.). Dlatego jest do dziś bardzo ostro potępiane w Kościele.

W czasach Oświecenia Kościół nie był już w stanie stosować najostrzejszych represji, np. palić ludzi żywcem na stosach za rzekome czary i herezję. Nie był też w stanie egzekwować zakazu upowszechniania książek umieszczanych na indeksie ksiąg zakazanych (był to spis dzieł, których nie wolno było rozpowszechniać bez zgody władz kościelnych).

W sytuacji osłabienia kościelnych represji dają o sobie znać ateiści, a na znaczeniu wśród ludzi wykształconych zyskuje deizm. Deiści akceptują wiarę w istnienie Boga, czy raczej Istoty Najwyższej, ale odrzucają kościelne „prawdy wiary”. Krytycznie myślącym, wykształconym ludziom w XVIII w. trudno było uwierzyć w prawdziwość cudów opisanych w Starym i Nowym Testamencie, w piekło i niebo, w anioły i szatany, w zmartwychwstanie Jezusa, jego powtórne przyjście i sąd ostateczny. Z tego bogatego zestawu wierzeń pozostawała jedynie wiara w istnienie bezosobowego Boga, nadnaturalnej Istoty Najwyższej, która stworzyła świat, ale nie ingeruje w jego sprawy i nie zajmuje się ludźmi. Kościół zdecydowanie potępia deizm.

Od czasów Oświecenia „prawdy”, podawane do wierzenia przez kościoły, są coraz powszechniej traktowane jako mity, urojenia i oszustwa. Trudno się dziwić, że myślącym krytycznie ludziom przestają odpowiadać starożytne i średniowieczne wyobrażenia religijne.

W XIX i XX w. sprzeczności między nauką a religią ujawniają się coraz wyraźniej. Rzekomo niepodważalny autorytet Biblii padał, kiedy okazywało się, że zawiera rzeczy ewidentnie nieprawdziwe. Podam jeden przykład: W Kościele ustalono – na podstawie zawartej w Biblii listy pokoleń od Adama i Ewy do Jezusa – że świat i człowiek istnieją około 6 tys. lat (religijni radykałowie uznają to do dziś). Ale już w XIX w. w efekcie badań naukowych stało się oczywiste, że świat i ludzkość istnieją dużo dłużej, a lista pokoleń od Adama i Ewy do Jezusa nie może być prawdziwa.

Upowszechniało się trafne przekonanie, że Stary i Nowy Testament zawiera mity religijne i opowieści „dla ciemnego ludu”, a nie prawdziwą wiedzę o świecie, człowieku i Bogu. Kościelni teolodzy mówią na to, że Pisma Świętego nie można rozumieć dosłownie, bo zawiera przenośnie i symbole. Ale zauważmy, że w ten sposób w istocie potwierdzają niewiarygodny charakter Pisma Świętego. Potwierdzają, że jest ono zapisem starożytnych mitów, urojeń i bajkowych opowieści.

Narastający kryzys religii można porównać do kryzysu magii. Pod wpływem wiedzy naukowej i oświaty wiara w skuteczność magii (a także w prawdziwość wróżb) stopniowo traciła na znaczeniu, chociaż do dziś nie zanikła całkowicie. Podobnie religia traci na znaczeniu, ale trwa. Magia straciła prestiż i znaczenie dość dawno, religia traci znacznie wolniej.

Rola bezpieczeństwa ekonomicznego i fizycznego

Prowadzone w ostatnim półwieczu badania wskazują, że bardzo ważnym czynnikiem powodującym osłabienie religijności, jest poczucie bezpieczeństwa ekonomicznego i fizycznego. W społeczeństwach, w których ludzie cieszą się większym poczuciem bezpieczeństwa, religijność słabnie. Zaś tam, gdzie ludzie żyją w poczuciu zagrożenia, religijność zyskuje na znaczeniu. Potwierdza się znane przysłowie: Jak trwoga to do Boga.

Teorię, wskazującą na olbrzymie znaczenie poczucia bezpieczeństwa, najszerzej rozwinął i uzasadnił w kilku książkach Ronald Inglehart, inicjator i długoletni dyrektor programu międzynarodowych badań sondażowych World Values Survey (Światowy Sondaż Wartości). W marcu 2018 r. ukazała się jego najnowsza książka pt. „Ewolucja kultury” (Cultural Evolution).

Według Ingleharta tym, co wywiera szczególny wpływ na ludzkie myśli i czyny, jest brak poczucia bezpieczeństwa ekonomicznego i fizycznego, niepewność jutra, bezradność wobec zagrożeń i niewiedza. Jednym ze skutków tego stanu rzeczy jest religijność. 

Religia tłumaczy świat i często daje psychiczne wsparcie, ale – dodajmy – jest to tłumaczenie i wsparcie fałszywe, złudne, nonsensowne w swej treści. Tak jest dziś i tak było w przeszłości.

Dawne społeczeństwa żyły w stanie niewyobrażalnego dla nas braku poczucia bezpieczeństwa, niepewnej przyszłości, zagrożenia głodem, wysokiej śmiertelności w młodym wieku, zagrożenia rabunkiem i wojną. Niewyobrażany dla nas jest zakres niewiedzy, jakiego wówczas doświadczano. Stan ten owocował powszechnością i siłą wierzeń religijnych. Natomiast wzrost poczucia bezpieczeństwa i wiedzy skutkuje spadkiem religijności.

Religia uległa wyraźnemu osłabieniu w krajach wyżej rozwiniętych gospodarczo, w których mieszkańcy zyskali większe poczucie bezpieczeństwa ekonomicznego i fizycznego, lepsze materialne warunki życia, są lepiej wykształceni, nauka osiągnęła wysoki poziom.

Na podstawie badań i analiz Inglehart stwierdza zdecydowanie: Wzrost bezpieczeństwa ekonomicznego i fizycznego sprzyja sekularyzacji (tj. wzrostowi świeckości), powoduje erozję religijnych praktyk, wierzeń i przekonań. Sekularyzacja – pisze – ma miejsce w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat we wszystkich społeczeństwach o wysokim poziomie rozwoju gospodarczego.

„Cicha rewolucja”. W swej najnowszej książce Inglehart tak pisze o przyczynach fali sekularyzacji, która miała miejsce w krajach zachodnich w drugiej połowie XX w.: „W dekadach następujących po II wojnie światowej coś bezprecedensowego zdarzyło się w krajach rozwiniętych ekonomicznie: duża część powojennego pokolenia dorastała przyjmując utrzymanie się przy życiu za oczywistość. Było to odzwierciedleniem: (1) bezprecedensowego wzrostu ekonomicznego w powojennej erze w Europie Zachodniej, Ameryce Północnej, Japonii i Australii; (2) powstania systemu zabezpieczenia społecznego w ramach państwa opiekuńczego, gwarantującego, że prawie nikt nie umrze z głodu; (3) braku wojen między wielkimi mocarstwami”.

Bezprecedensowy wzrost gospodarczy, wraz ze wzrostem ekonomicznego i fizycznego bezpieczeństwa, spowodował nie tylko wzrost sekularyzacji (świeckości). Spowodował także wzrost znaczenia przekonań wolnościowych, indywidualizmu, tolerancji, włącznie z uznaniem zasady równego traktowania bez względu na płeć, rasę, narodowość, religię i orientację seksualna. Przedwojenny konserwatywny system wartości, w którym nierówne traktowanie było akceptowaną zasadą, ustępuje nowemu. Tę przemianę Inglehart nazwał „cichą rewolucją”, bowiem dokonała się ona od połowy XX w. nie w toku krwawych walk, ale w umysłach ludzi.

Krótko o przypadkach szczególnych

Chociaż wiedza naukowa oraz poczucie bezpieczeństwa mają największy wpływ na religijność, to istotną rolę odgrywa też sytuacja polityczna kraju, jego historia i kultura. „Wyjątkowość” niektórych krajów jest przedmiotem wielu dyskusji.

USA. Dlaczego w USA religijność jest silniejsza niż w Europie Zachodniej, chociaż oczywiście nie dorównuje krajom afrykańskim i muzułmańskim? Oto kilka przyczyn: (1) Do USA od XVII w. przyjeżdżało bardzo dużo protestanckich sekciarzy prześladowanych w Europie. Stworzyli oni segment bardzo silnej radykalnej i fundamentalistycznej religijności, nieobecny w tych rozmiarach w Europie. (2) W USA są znacznie słabiej rozbudowane instytucje służące bezpieczeństwu ekonomicznemu i socjalnemu, co powoduje poczucie zagrożenia i irracjonalne zachowania, w tym wzmożoną religijność. (3) Innym czynnikiem zwiększającym religijność w USA, jest napływ Latynosów i imigrantów z krajów bardziej religijnych. Wyznawcy wielu kościołów protestanckich tracą wiarę, ale przybywa za to Amerykanów nowych, bardziej religijnych. Również z Kościoła katolickiego odpływa wielu wiernych, ale ubytek jest uzupełniany głównie przez napływ Latynosów.

Badania nad religijnością w USA wskazują jednak wyraźnie, że religijność w USA słabnie, podobnie jak w innych krajach zachodnich, tyle że z opóźnieniem.

Czechy są dziś jednym z najbardziej ateistycznych krajów świata. Istotna jest tu długa tradycja oporu wobec Kościoła katolickiego, sięgająca czasów Jana Husa, a później kontrreformacji. Katolicyzm był narzucany Czechom siłą przez Habsburgów, wspierających kontrreformację. Godne podziwu, że po uzyskaniu niepodległości w 1918 r. Czesi zrywali z Kościołem katolickim, ale nie przystępowali do żadnego innego. Również po transformacji ustrojowej w latach 1990. Kościół katolicki zaczął szybko tracić wiernych, a Czesi nie przystępowali do innych kościołów.

Polska. Kościół w Polsce stał się symbolem sprzeciwu wobec zaborców, a później wobec władzy komunistycznej. Sprzyjało to podtrzymywaniu religijności. Także po wprowadzeniu stanu wojennego w 1981 r. bardzo wielu młodych ludzi oraz polityków zwróciło się ku Kościołowi i religii. Zaowocowało to postępującą klerykalizacją. Jednak wiara religijna Polaków na szczęście nie jest zbyt głęboka i słabnie. Młode pokolenie, które nie pamięta już stanu wojennego, jest znacznie mniej religijne niż starsze. Stwarza to szansę na znaczny spadek religijności.

Chiny. W kulturze chińskiej religia nie odgrywała takiej roli jak w Europie. Chińczycy czcili przodków i lokalne wierzenia ludowe. Władza cesarska (państwo) kultywowała konfucjanizm. Jest to konserwatywna ideologia państwowa. W popularnej wersji nakazuje, by każdy wykonywał przypisane mu obowiązki, był posłuszny, pracowity, czcił cesarza, jego urzędników, osoby starsze i rodziców. Wielką wagę ma nakaz trzymania się tradycji. W konfucjanizmie nie występuje pojęcie Boga w znanej nam postaci, a jedynie niejasne wyobrażenie „nieba” jako ucieleśnienia porządku. Najważniejsze były zasady postępowania przeznaczone dla funkcjonariuszy państwowych i poddanych. Konfucjanizm został odrzucony już na początku XX w. przez ruchy polityczne zmierzające do modernizacji Chin, bowiem widziano w nim – nie bez powodu – przyczynę zacofania i słabości Chin. Komuniści, którzy objęli władzę w 1949 r., przypieczętowali upadek konfucjanizmu. W efekcie obecnych przemian nie następuje szerzej powrót do konfucjanizmu ani religii. Komuniści represjonowali religię, w tym chrześcijaństwo, ale ateizm Chińczyków, potwierdzany w wielu badaniach, ma głębszą przyczynę niż represje komunistyczne – wynika z kultury chińskiej.

Podsumowując:

Rozwój wiedzy naukowej i edukacji sprawia, że religijne wyobrażenia są postrzegane coraz powszechniej jako starożytne mity i urojenia. Zaś wzrost ekonomicznego i fizycznego bezpieczeństwa sprawia, że zmniejsza się wśród ludzi ogólne poczucie lęku i słabnie skłonność do szukania wsparcia w religii.

O kuriozalnym przemówieniu abp Gądeckiego

Arcybiskup Gądecki w ważnym przemówieniu podał niedawno własną interpretację przyczyn kryzysu religii w Europie i Polsce. Stwierdził, że religia jest obecnie poddana represjom, które nazwał miękkim totalitaryzmem.

„W powojennej Europie – mówi Gądecki – dokonał się bowiem prawdziwy bezkrwawy przewrót. Rewolucja o którą chodzi przebiega dalej pokojowo i bez naruszania demokratycznych procedur (…). Idee, obyczaje i normy kulturowe zdają się dzisiaj być zaprzeczeniem tego, co obowiązywało jeszcze pół wieku temu. (…) dokonano rewolucyjnej zmiany charakteru nadbudowy, czyli zmiany kultury. Rewolucja europejska rozpoczęła się od zmiany kultury, z której uczyniono narzędzie ideologii. (…) Religię np. pragnie się zredukować do sfery prywatnej, czyli zmienić ją w zespół poglądów znaczących tyle co np. wegetarianizm. (…) Tym razem narzędziem do osiągnięcia tego celu nie jest już tradycyjny terror, ale jego miękki odpowiednik, czyli coraz szczelniejszy system prawny stojący na straży ideologii oraz przemoc symboliczna, uprawiana przez media i ośrodki opiniotwórcze. Europa staje się miejscem miękkiej wersji totalitaryzmu” (link na końcu).

W ostatnim półwieczu rzeczywiście w Europie dokonała się wielka zmiana w przekonaniach ludzi, wartościach, ideach. Ronald Inglehart nazwał tę zmianę „cichą rewolucją”. Trzeba jednak uświadomić arcybiskupowi, że przyczyną przemian nie jest „miękki totalitaryzm”. Mówiąc najprościej, coraz więcej ludzi nie chce wierzyć w starożytne mity i urojenia, podawane do wierzenia przez kościoły chrześcijańskie i inne.

Kościół w krajach zachodnich i w Unii Europejskiej nie jest poddany żadnym represjom. Korzysta z pełni praw, gwarantujących realnie wolność wyznawania religii i działalności kościołów. Rzecz w tym, że wolności religijne oznaczają także wolność niewyznawania żadnej religii i nienależenia do żadnego kościoła. Biskupom to nie w smak. Kościół katolicki aż do połowy XX w. sprzeciwiał się otwarcie tak rozumianej wolności religii i prawom człowieka. Obecnie nie może pogodzić się z ograniczeniem jego roli.

Gądeckiemu trzeba powiedzieć jasno: Kościół traci wiernych, bowiem podaje do wierzenia starożytne mity i urojenia religijne. Naucza o cudach, objawieniach, życiu wiecznym, grzechu pierworodnym, dziewiczym poczęciu Jezusa i jego zmartwychwstaniu, o sądzie ostatecznym i końcu obecnego świata, jaki po nim ma nastąpić. Trudno się dziwić, że ludzie nie chcą w te nauki wierzyć. Znaczy to, że nie wyzbyli się jeszcze rozumu i nie chcą żyć w kłamstwie, udając wiarę. – Alvert Jann.

PS. Oto przykład, do szerzenia jakich nonsensów posuwa się Kościół w szkolnych podręcznikach. W aktualnym podręczniku religii dla liceum, przygotowanym przez jezuitów i zatwierdzonym przez Kościół, czytamy: „powtórne przyjście Chrystusa będzie wchłonięciem czasu i dziejów doczesnych przez wieczność oraz absolutnym zakończeniem ciągu wydarzeń historii i czasu”. Mówi się tam wprost o „końcu świata”. Czytamy też o zmartwychwstaniu wszystkich umarłych: „Zmartwychwstanie (wszystkich umarłych) dokonuje się przy końcu świata” (link na końcu). O takim „końcu świata” i „końcu czasów” mówi Katechizm Kościoła katolickiego w punktach 681-682 i innych. Nie jest to podawane jako „przenośnia”, tylko jako „prawda”, w którą katolik powinien wierzyć.

O tym, czym są wierzenia religijne, piszę w artykule „Wiara w cuda”

https://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/wiara-w-cuda/

………………………………………………………………………………

Alvert Jann: Blog „Ćwiczenia z ateizmu” https://polskiateista.pl/aktualnosci/blogi-2/cwiczenia-z-ateizmu/ : Zapraszam licealistów, studentów i wszystkich zainteresowanych na ćwiczenia z ateizmu. Co miesiąc „pierwszego”, czasami częściej, będę zamieszczał krótki tekst, poważny ale pisany z odrobiną luzu. Nie widzę siebie w roli mentora czy wykładowcy, mam na myśli wspólne zastanawianie się.

– Nauka nie wyjaśnia wszystkiego, religia nic nie wyjaśnia.

Na blogu znajduje się kilkadziesiąt artykułów.

Wyniki innych badań sondażowych przedstawiam w:

Nowy sondaż o religijności w Europie Zachodniej” – https://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/nowy-sondaz-o-religijnosci/

Wiara w Boga w krajach Unii Europejskiej” – https://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/wiara-boga-krajach-unii-europejskiej/

Ilu jest ateistów w Europie Środkowo-Wschodniej?” – https://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/ateisci-niereligijni-bezwyznaniowi-ilu-ich/

O religii w USA krytycznie” – https://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/o-religii-usa-krytycznie/

O nonsensownych wierzeniach religijnych, kultywowanych nadal w Kościele, piszę w:

Wypędzanie szatana” – https://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/wypedzanie-szatana/ – o tzw. opętaniach przez szatana i kościelnych egzorcystach.

Dziewicze narodziny Jezusa” – https://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/dziewicze-narodziny-jezusa/

Kim był Jezus?” – https://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/kim-byl-jezus/

Koniec świata według Kościoła” – https://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/podreczniki-do-religii-koniec-swiata-wedlug-kosciola/

Stulecie objawień fatimskich już za chwilę!” – https://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/stulecie-objawien-fatimskich-juz-chwile/

Sprzeczności między nauką a religią: 10 przykładów” – https://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/sprzecznosci-miedzy-nauka-a-religia-10-przykladow/

Przenośnie w Biblii: 12 przykładów” – https://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/przenosnie-biblii-12-przykladow/

…………………………………………………………………………………

Przywoływane publikacje:

– Pew Research Center: „The Age Gap in Religion Around the World” (raport z badań dotyczących 106 krajów) – http://assets.pewresearch.org/wp-content/uploads/sites/11/2018/06/14112107/ReligiousCommitment-FULL-WEB.pdf

– Ronald Inglehart: „Cultural Evolution”, Cambridge University Press 2018.

– Abp S.Gądecki: „Polska ma misję wobec świata” (24.06.2018) – http://episkopat.pl/przewodniczacy-episkopatu-potrzebne-jest-uzewnetrznienie-naszej-wiary/

– Świecka Polska: „Około jednej czwartej Polaków chodzi na msze” – http://swieckapolska.pl/autor/rafal-maszkowski/

– Cytowany podręcznik religii to: „Drogi świadków Chrystusa w świecie”, dla II klasy liceum i II i III technikum, roz. 36 (Wydawnictwo WAM – księża jezuici, notes ucznia i płyta DVD, Kraków 2013).

……………………………………………………………………………………….

Warszawa – notatnik pedofilii. Część 5 i 6

PEDOFILIA PO WARSZAWSKU –część V.

Być może przykład ks. Grzegorza Kocięckiego nie zasługuje na to, aby poświęcać mu aż tyle czasu na tym blogu, bo przecież mamy jeszcze znacznie gorsze i brutalniejsze przykłady deprawatorów naszych dzieci noszących sutanny czy habity. Ale nie osoba tego pedofila jest tutaj istotna, ale pewne mechanizmy, które od lat są niemal schematem działania w naszym Kościele i wiele wskazuje na to, że pozostanie tak jeszcze długo.

W tym wpisie zwrócę uwagę czytelników na zachowanie i działania naszych polskich hierarchów w sprawie tego kościelnego dewianta, a przede wszystkim na niemal pewien iście mafijny system wzajemnych powiązań pomiędzy nimi.

Ale zacznijmy od początku. Młody Grzegorz Kocięcki został przyjęty so seminarium warszawskiego w 1981 roku, gdy jego rektorem był znany polski biblista, ks. prof. Kazimierz Romaniuk (rocznik 1927), jeden z żyjących jeszcze tłumaczy Biblii Tysiąclecia. Od wielu lat najbliższy współpracownik metropolity warszawskiego i Prymasa Polski, kard. Stefana Wyszyńskiego (1901-1981), teraz wyniesionego na ołtarze. Był także dawna bliskim przyjacielem i współpracownikiem przyszłego metropolity warszawskiego i Prymasa Polski, arcybiskupa (od 1983 roku kardynała) Józefa Glempa (1929-2013). W 1982 roku na wniosek abp Józefa Glempa i z nominacji papieża Jana Pawła II (1920-2005) dotychczasowy rektor warszawskiego seminarium duchownego został biskupem pomocniczym metropolity warszawskiego i do 1992 roku należał do ścisłego kierownictwa archidiecezji warszawskiej. Jako jej biskup pomocniczy decydował także niemal o wszystkich decyzjach personalnych, a jako wikariusz generalny archidiecezji warszawskiej, wiedział o każdym skandalu moralnym. Wiedział także, bo musiał wiedzieć, o skandalach obyczajowych z udziałem wszystkich księży diecezjalnych i zakonnych pracujących na terenie całej archidiecezji warszawskiej.

Kiedy w 1992 roku z woli papieża Jana Pawła II została erygowana diecezja warszawsko-praska, której katedra widoczna jest na zdjęciu dołączonym do tego wpisu, jej kapłanem został między innymi ks. Grzegorz Kocięcki. Tam deprawował ministrantów, był przenoszony z parafii na parafię. W tej diecezji w końcu został proboszczem i to na bardzo dochodowej parafii w Otwocku. To co wyrabiał na tej parafii w stosunku do ministrantów ze szkoły podstawowej już Państwo wiecie. Dokumentacja sądowa w sprawie karnej przeciwko niemu, gdzie ofiarą był zaledwie 11-letni Mateusz K. i jego rówieśnicy, jest tu najlepszym tego dowodem. A kto go wówczas przenosił, awansował, a potem chronił? Jego ordynariusz, a był nim w latach 1992-2004 bp Kazimierz Romaniuk. Czy to nie przypadek?

To on przyjął go do seminarium duchownego, on odpowiadał za jego formację seminaryjną (lub za jej brak), a jako biskup pomocniczy miał wszelkie możliwości, aby usunąć go jeszcze na etapie studiów. Ale w czasach naszych świętych papieży i prymasów, polski Kościół miał inne priorytety niż ochrona polskich dzieci przed kościelnymi dewiantami. Więc kiedy otwocki proboszcz molestował swoich ministrantów, jego ordynariusz nie był zainteresowany aby go karać. Musiałby bowiem przyznać, ze sam moralnie także jest za to współodpowiedzialny.

W 2004 roku bp Kazimierz Romaniuk przeszedł na swoją emeryturę. Do dzisiaj wiedzie życie szczęśliwego 95-letniego kościelnego emeryta oraz zasłużonego biblisty, profesora, biskupa…, i milionera. Jakoś mi trudno uwierzyć, że martwią go molestowani ministranci z Otwocka i innych parafii do których przenosił ks. Grzegorza Kocięckiego.

Nowym ordynariuszem w diecezji warszawsko-praskiej został też z woli Świętego Papieża Polaka, mianowany przed miesiącem arcybiskup tytularny i od wielu lat Biskup Polowy Ordynariatu Wojska Polskiego, abp Leszek Sławoj Głódź (rocznik 1945). O konsekrowanej wątrobie naszego kościelnego pierwszego wojaka w randze generała dywizji, jego wyjątkowych walorach moralnych i intelektualnych napisano już setki artykułów, więc nie będę się tutaj powtarzał, tym bardziej, że sam mu poświęciłem niejeden wpis. Zwracam tu tylko uwagę czytelników, że piszę o konsekrowanej wątrobie naszego hierarchy, a nie tak jak inni złośliwcy, którzy piszą o niej, że jest zakonserwowana. Ludzie potrafią być złośliwi…

Gdy arcybiskup tytularny i ordynariusz warszawsko-praski został w 2004 roku kościelnym przełożonym ks. Grzegorza Kocięckiego, nawet trudno byłoby przypuszczać, że tego dewianta spotkają jakiegokolwiek konsekwencje prawne lub kanoniczne.

Nic się nie zmieniało także, gdy abp Leszek Sławoj Głódź, w swojej wrodzonej skromności uznał, że będąc arcybiskupem tytularnym, marnuje się na tronie ordynariusza warszawsko-praskiego i zasługuje na paliusz metropolity. I uszczęśliwił swoją skromną osobą tron metropolity gdańskiego, który opróżnił w 2008 roku abp Tadeusz Gocłowski CM (1931-2016), przechodząc na emeryturę.

Nowym ordynariuszem warszawsko-praskim został w 2008 roku inny arcybiskup tytularny, także warszawiak, abp Henryk Hoser SAC (1942-2021). Wątrobą nie dorównywał swojemu poprzednikowi, ale niewątpliwie intelektualnie go przewyższał. Czy także moralnie? Temu zagadnieniu poświęcę kolejny odcinek tego cyklu.

Ciąg dalszy nastąpi…

 

 

PEDOFILIA PO WARSZAWSKU –część VI.

Mój dzisiejszy odcinek ilustruje zdjęcie kurii warszawsko-praskiej, w której urzędują wszyscy ordynariusze i urzędy centralne tej diecezji od trzydziestu lat.

Wczoraj wspomniałem o abp Henryku Hoserze SAC (1942-2021), który w latach 2008-2017 był ordynariuszem warszawsko-praskim. Pisałem o tym biskupie już wiele razy. Czytelnicy pamiętają jego burzliwe epizody z czasów afrykańskich, potem z czasów jego działalności na terenie Europy Zachodniej, a następnie już jako ordynariusza warszawsko-praskiego.

Można tłumaczyć tego hierarchę, że jego podwładny, ks. Grzegorz Kocięcki wykorzystywał seksualnie ministrantów jeszcze przed jego rządami w Warszawie. Spotkałem się z taką narracją, ale nie jestem w stanie się z nią zgodzić.

Pamiętacie Państwo kompromitujące zachowanie abp Henryka Hosera SAC względem ks. Wojciecha Michała Lemańskiego (rocznik 1960)? Jego antysemickie odzywki do tego kapłana? Niszczenie człowieka tylko dlatego, że robił on coś naprawdę wartościowego względem pamięci o naszych byłych żydowskich sąsiadach? A czy pamiętacie Państwo szokujące konferencje prasowe abp Henryka Hosera SAC i komisji etycznej Episkopatu, której przewodniczył? Jego wypowiedzi na temat dzieci urodzonych za pomocą metody in-vitro? Pamiętacie moi drodzy kto wielokrotnie opowiadał szaleństwa o bruździe na twarzy dzieci urodzonych dzięki tej metodzie? A przypomnę tu tylko, że ten ordynariusz warszawsko-praski był nie tylko teologiem i to z tytułem profesorskim, ale także lekarzem, co w naszym episkopacie było czymś wyjątkowym.

I ten jakże aktywny biskup, który z takim zacietrzewieniem działał w sprawie ks. Wojciecha czy in-vitro, nie potrafił skutecznie rozprawić się w swojej diecezji z jednym czynnym pedofilem? Nie potrafił czy tylko nie chciał? A skoro nie chciał, to czy choć przez chwilę, jako biskup i lekarz, pomyślał o nieletnich ofiarach swojego podwładnego? Tyle czasu i energii poświęcał dzieciom poczętym poza organizmem matki, a nie miał czasu dla molestowanych ministrantów, chłopców ze szkoły podstawowej?

To jest książkowy przykład na zachowanie polskiego episkopatu wobec problemu pedofilii w naszym Kościele. Przypominam, że działo się to już w czasach, gdy temat pedofilii był nagłaśniany w naszych mediach. Nasi biskupi reagowali i reagują tylko wówczas, i niestety najczęściej z pominięciem interesu molestowanych dzieci, gdy o danym pedofilu huczały już polskie media. Jeżeli podejmowano jakieś próby ratunku, to jedynie swojego wizerunku i swojej diecezji.

W 2017 roku abp Henryk Hoser SAC uzyskał wiek emerytalny i został kościelnym emerytem. Nowym ordynariuszem warszawsko-praskim został bp Romuald Kamiński (rocznik 1955). W sprawie ks. Grzegorza Kocięckiego teraz on trzymał nad nim „parasol ochronny”. Dlaczego? Już spieszę z wyjaśnieniem.

Media i nasi dziennikarze rozpisywali się o tym dewiancie od dawna, wyliczano wszystkie jego kolejne placówki, uzyskiwane awanse, a także gromadzenie finansowych zasobów w coraz bardziej dochodowych parafiach. Nikt jednak nie zwrócił uwagi na wzajemne powiązania tego księdza z jego kościelnymi przełożonymi.

Obecny ordynariusz warszawsko-praski był studentem w tym samym warszawskim seminarium co ks. Grzegorz Kocięcki. Mieli tych samych rektorów, prefektów i ojców duchownych, chodzili na wykłady do tych samych wykładowców i spowiadali się u tych samych spowiedników. Kiedy ks. Grzegorz Kocięcki został wyświęcony na kapłana przez kard. Józefa Glempa, ks. Romuald Kamiński był jego osobistym sekretarzem, jak Dziwisz przy polskim papieżu. Nie mógł nie słyszeć kim jest jego seminaryjny kolega. Mało tego. Ks. Romuald Kamiński stał od lat na czele administracji w Sekretariacie Episkopatu Polski, przez jego biurko przechodziły wszystkie najważniejsze dokumenty, te najbardziej tajne, także te opisujące wszystkie skandale obyczajowe.

Gdy w 1992 roku powstała diecezja, warszawsko-praska jej pierwszym kanclerzem został właśnie dotychczasowy sekretarz Prymasa Polski, kard. Józefa Glempa, ks. Romuald Kamiński. I znowu przez jego biurko przechodziły wszystkie tajemnice diecezji, dokumenty, nominacje, zeznania i wszelkie skandale obyczajowe. Ks. Romuald Kamiński był kanclerzem do 2005 roku, także wtedy, gdy jego seminaryjny kolega, jako otwocki proboszcz, grzebał po rozporkach swoich ministrantów, zabierał ich na basen, choć niekoniecznie pływanie było tego celem, a także upijał 10-11-letnich chłopców w swoim pokoju. Czy ktoś jest w stanie uwierzyć, że nie wiedział nic o tych skłonnościach i działaniach swojego kolegi?

W 2005 roku ks. Romuald Kamiński, za swoją długoletnią wierność i dyskrecję został nagrodzony sakrą biskupią. Został wtedy biskupem tytularnym i pomocniczym w diecezji ełckiej. Sakry udzielili mu w dniu 23 czerwca 2005 roku: abp Józef Kowalczyk (rocznik 1938), wówczas nuncjusz apostolski w Polsce i bohater wielu moich artykułów, a asystowali mu: bp Kazimierz Romaniuk (rocznik 1927), emerytowany ordynariusz warszawsko-praski i ordynariusz ełcki, werbista, bp Jerzy Mazur (rocznik 1953). Bp Romuald Kamiński pracował na Mazurach do września 2017 roku. Gdy tron biskupi warszawsko-praski się opróżnił, w tym samym dniu ogłoszono papieską bullę nominacyjną. Było na niej nazwisko bp Romualda Kamińskiego… Czy ktoś z czytelników jest zdziwiony?

W kolejnym odcinku opiszę Państwu szczegółowe kolejne działania kurii warszawsko-praskiej w sprawie otwockiego proboszcza. I to działania wieloletnie obejmujące blisko dwadzieścia lat, aż do stycznia 2022 roku. Matactwa, pozorne działania lub wręcz bezczelne kłamstwa, ale nie uprzedzajmy faktów.

Ciąg dalszy nastąpi…

Andrzej Gerlach

Ćwiczenia z ateizmu. Część 43 „Wiara w cuda”

Najkrócej mówiąc, cuda to urojenia. Ludzie, doznający tych urojeń, są przekonani, że Bóg, bogowie, siły i istoty nadnaturalne, duchy albo czarownicy, mogą powodować realne zdarzenia w otaczającym nas świecie. Według Kościoła katolickiego cud to nadzwyczajne zdarzenie widoczne fizycznie, które jest dziełem Boga. Np. w katechizmie dla bierzmowanych czytamy: „Cud jest to nadzwyczajne dzieło widzialne, którego nie może dokonać żadne stworzenie, lecz tylko sam Bóg” (1).

Pismo Święte to księga cudów. Jezus nadnaturalną mocą boską uzdrawia tam chorych, wskrzesza zmarłych, przemienia wodę w wino, rozmnaża chleb itp. Mnóstwo cudownych zdarzeń przedstawiono w Starym Testamencie.

Obecnie w toku procesów kanonizacyjnych komisje kościelne wymagają, by wskazać cud, który sprawił Bóg za wstawiennictwem przyszłego świętego.

1. Urojenia chorobowe i zinstytucjonalizowane

Czym są urojenia? Gdy mówimy o religii, trzeba koniecznie odróżnić urojenia chorobowe od urojeń zinstytucjonalizowanych.

1.1. Urojenia chorobowe. Według popularnej medycznej definicji urojenia, nazywane też deluzjami (ang. delusions), to „chorobliwe, nieuzasadnione sądy na dany temat, które są niezgodne z rzeczywistością i nie ustępują pod wpływem logicznej argumentacji lub mimo obecności dowodów wskazujących na ich nieprawdziwość. Tego typu zaburzenia treści myślenia mogą wywołać także niektóre narkotyki, dopalacze, jak również alkohol” (2).

Długotrwałe doznawanie urojeń jest zaburzeniem psychicznym towarzyszącym niektórym chorobom psychicznym, lub występuje jako schorzenie samoistne (w Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób nazywa się je „uporczywymi zaburzeniami urojeniowymi”, należy do nich paranoja).

Chwilowe urojenia, czasami bardzo angażujące wyobraźnię, nie mają charakteru chorobowego i zdarzają się ludziom całkowicie zdrowym.

Treść urojeń bywa bardzo różna. Może to być urojone przekonanie, że jest się zdradzanym przez małżonka, albo że jest się śledzonym przez sąsiadów lub obcy wywiad. Urojenia mają nierzadko charakter religijny. Np. że jest się opętanym przez szatana, albo że padło się ofiarą czarów, co w Kościele nazywa się rzuceniem uroku z pomocą szatana. Kościół dziś oficjalnie uznaje, jak w starożytności i średniowieczu, że zdarzenia takie są możliwe.

Osoba cierpiąca na urojenia może być przekonana, że Bóg objawił jej doniosłe proroctwa, albo że powierzył szczególną misję do spełnienia. Urojeń takich doznawał na przykład Jezus („Kim był Jezus?” – link na końcu).

Chorobliwe urojenia zawsze odgrywały ważną rolę w religii. Przykładów nie trzeba szukać daleko. Urojeń doświadczały św. Faustyna Kowalska i Rozalia Celakówna, czczone od niedawna w Kościele katolickim w Polsce. Przełamując swoistą „zmowę milczenia” na temat zaburzeń psychicznych tych dwóch zakonnic, prof. Jerzy Strojnowski, psychiatra z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, zdiagnozował u św. Faustyny liczne zaburzenia psychiczne, w tym urojenia: „O siostrze Faustynie (Helenie Kowalskiej, 1905-1938) wiem tyle, ile wyczytałem z jej pamiętnika. Niemniej to, czego się dowiedziałem z lektury, pozwala mi jako psychiatrze stwierdzić, iż autorka „Dzienniczka” była dotknięta zaburzeniami psychicznymi. Najbardziej ewidentne objawy tych zaburzeń to omamy, czyli halucynacje wzrokowe i słuchowe o treści religijnej. Te omamy pojawiają się tutaj na tle cyklicznych zaburzeń nastroju, które okresowo wyrażają się w przeżywaniu „niepojętej radości”, poczuciu szczególnego wybrania (np. „Ja mam zająć miejsce w ołtarzu”), wreszcie nadzwyczajnej misji: „Przygotujesz świat na ostateczne przyjście Moje”. Będąc w nastroju podwyższonym siostra Faustyna nawet czyni cuda: ucisza burzę, tak jak Pan Jezus na jeziorze Genezaret” (3).

Ciekawy przypadek to katolicki ks. Bashobora z Ugandy, z pomocą biskupów krążący po Polsce w aureoli uzdrowiciela chorych i wskrzesiciela zmarłych. Nie sposób dociec, czy jest ofiarą głębokich zaburzeń psychicznych, czy oszustem, albo jednym i drugim.

Kuriozalne zdarzenie miało miejsce w listopadzie 2017 r. w Sejmie. Osoba zaproszona na posiedzenie jednej z komisji oświadczyła, że jest Matką Boską. Jeżeli rzeczywiście była o tym przekonana, to jest to dość ciężki przypadek zaburzeń psychicznych i urojeń.

Urojenia przybierają czasami postać rozbudowanych koncepcji dotyczących wydarzeń historycznych i politycznych (są to tzw. spiskowe teorie dziejów). Mogą też w grę wchodzić różne fantastyczne wyobrażenia, np. że nasz glob jest kolonizowany przez jakąś kosmiczną cywilizację. Doznający urojeń nie traktuje tych koncepcji jako fantastyki, ale jako rzeczywistość, w którą inni nie chcą uwierzyć.

Psychiatria zna także urojenia indukowane, tzn. udzielające się. Osoby pozostające w bliskich relacjach lub doświadczające zbiorowo silnego napięcia emocjonalnego, mogą zacząć doznawać podobnych urojeń, co osoba z zaburzeniami psychicznymi.

W Polsce obecnie nasilają się dwa rodzaje zaburzeń psychicznych związanych z religią: poczucie opętania przez szatana oraz nerwice eklezjogenne. Jest to skutek intensywnego nauczania religii w szkołach i indoktrynacji religijnej.

Tzw. opętanie przez szatana polega na poczuciu, że w ciało chorego wstąpił szatan. Zaś nerwice eklezjogenne wiążą się z silnym poczuciem winy, że nie wypełnia się właściwie nakazów religijnych, oraz z lękiem przed karą bożą.

1.2. Urojenia zinstytucjonalizowane. Wiara w cuda nie musi wiązać się z zaburzeniami psychicznymi. Jest ona w naszym społeczeństwie, jak i w wielu innych, częścią oficjalnej religii. Cuda są w Kościele kultywowane, naucza się o nich w szkołach na lekcjach religii. Wiara w cuda jest traktowana jako coś normalnego i uznanego, a w Kościele nawet pożądanego. Jest akceptowana religijnie i kulturowo (zwyczajowo).

Oznacza to, że urojenie, jakim jest wiara w cuda, jest w naszej kulturze zinstytucjonalizowane, tzn. społecznie uznane, przyjęte, ustalone. Dotyczy to także innych wierzeń religijnych, jak wiara w duszę nieśmiertelną i życie po śmierci, w zbawienie i potępienie, w anioły i szatany, a także w Boga. Są to wszystko urojenia zinstytucjonalizowane. Zwykle są one nabywane w toku wychowania i życia w danym społeczeństwie. W społeczeństwach liberalnych urojenia religijne mogą być kwestionowane i odrzucane.

Pojęcie instytucjonalizacji odgrywa ważną rolę w socjologii, odnosi się w szczególności do powstawania norm i zasad życia społecznego, które w przypadku gatunku ludzkiego w znacznym zakresie nie są determinowane przez czynniki biologiczne.

2. Jak odróżnić jedne od drugich

Instytucjonalizacja urojeń sprawia, że doznają ich także osoby nie cierpiące na zaburzenia psychiczne. Każda osoba religijna doświadcza urojeń właściwych jej religii.

Jak odróżnić urojenia chorobowe od urojeń zinstytucjonalizowanych, tj. powszechnie doświadczanych przez zupełnie zdrowych psychicznie wyznawców różnych religii?

Psychiatrzy nie diagnozują urojeń religijnych jako zaburzeń chorobowych, o ile dają one o sobie znać w sposób społecznie przyjęty czy też umiarkowany, nie powodując poważniejszych zakłóceń w życiu człowieka. Zwykła wiara w cuda czy Boga nie jest więc diagnozowana jako urojenie chorobowe. Jest to urojenie zinstytucjonalizowane, tzn. uważane w danym społeczeństwie za rzecz normalną.

Natomiast jeżeli wierzenia religijne dezorganizują komuś życie, na przykład ze względu na intensywność lub charakter uniemożliwiają pracę zawodową i normalne funkcjonowanie, to wtedy najpewniej mamy do czynienia z zaburzeniami psychicznymi.

3. Urojenia a nie-urojenia

Podstawowym kryterium odróżniającym wszelkie urojenia – zarówno chorobowe jak i zinstytucjonalizowane – od nie-urojeń, jest brak wiarygodnych argumentów wskazujących, że obiekty i zdarzenia, do których te urojenia się odnoszą, są/były czymś rzeczywistym. Natomiast doznający urojeń w żaden sposób nie przyjmują do wiadomości, że ich przekonania to fantazje, albo co najwyżej mgliste przypuszczenia.

W wielu wypadkach odróżnienie urojeń od nie-urojeń jest dość proste. Np. istnienie słoni nie jest urojeniem, słonie istnieją z całą pewnością. Natomiast jeżeli ktoś wierzy w istnienie krasnoludków lub reptilian (gadów wcielonych w ludzi), to jest to urojenie.

Ale czy skuteczność zaklęć i praktyk magicznych to urojenie, czy nie? Obecnie trafnie uważamy, że to urojenie. Nie ma wiarygodnych argumentów, które pozwalałyby sądzić, że zaklęcia i praktyki magiczne, jak i modlitwa, działają w jakiś realny sposób (chyba że w grę wchodzi sugestia lub autosugestia).

Wiara w praktyki magiczne, w dawniejszych społeczeństwach powszechna, przetrwała do dziś w formie szczątkowej jako ezoteryczne „podziemie” i jako wiara pokątna, spychana na margines. W najbardziej zlaicyzowanych społeczeństwach współczesnych podobnej przemiany doznaje stopniowo religia.

4. Urojenia religijne

Richard Dawkins trafnie nazwał przekonania religijne urojeniami (ang. delusions). Swojej najbardziej znanej książce nadał tytuł „Bóg urojony” (The God Delusion) i wyjaśniał, że urojenia, to „fałszywe przekonania, utrzymujące się mimo silnych przeciwnych dowodów; często oznaka zaburzeń psychicznych” (4).

Przekonania, że istnieje Bóg, aniołowie, diabeł, dusza nieśmiertelna, niebo, piekło, cuda – to urojenia. W naszym kręgu kulturowym są to urojenia zinstytucjonalizowane, traktowane jako coś normalnego. Są to jednak urojenia, bowiem nie ma wystarczających argumentów, by uznawać rzeczywiste istnienie Boga, istot nadprzyrodzonych i rzeczywistości nadprzyrodzonej.

A co z argumentami na rzecz istnienia boga? Są bardzo słabe i niewiarygodne. Oczywiście może ktoś twierdzić, że „wszystko jest możliwe” – być może istnieją krasnoludki, reptilianie, Zeus, Ozyrys, Bóg, Trójca Święta, aniołowie i diabły. No tak, ale wobec braku argumentów chociażby w niewielkim stopniu potwierdzających ich rzeczywiste istnienie, wiara w to, że istnieją, jest urojeniem.

Jak pisał Kazimierz Ajdukiewicz (1890-1963), jeden z najwybitniejszych polskich filozofów i logików: „racjonalna postawa wobec przyjmowanych twierdzeń wymaga tego, aby stanowczość, z jaką je głosimy (…) była proporcjonalna do stopnia ich uzasadnienia. (…) Racjonalna postawa wobec głoszonych twierdzeń nie wymaga więc tego, by twierdzenia te były dobrze uzasadnione. Wymaga tylko tego, aby je podawać ze skromnością odpowiadającą stopniowi ich uzasadnienia” (5).

Kościół nie postępuje w zgodzie z powyższą zasadą. Argumenty na rzecz istnienia Boga są bowiem słabe i niewiarygodne, ale Kościół głosi, że istnienie Boga to prawda całkowicie pewna i niepodważalna. Dotyczy to także innych dogmatów. Treści całkowicie niepewne podawane są jako całkowicie pewne. Cechą urojeń jest właśnie wiara w coś, co nie zostało nawet w niewielkiej mierze uprawdopodobnione. Kościelne nauki i wierzenia mają wszelkie cechy urojeń zinstytucjonalizowanych.

Przytaczane są oczywiście liczne argumenty na rzecz istnienia Boga, ale są one błędne. Wskazuje na to chociażby Bertrand Russell (logik, matematyk, filozof, 1872-1970) w znanym eseju „Dlaczego nie jestem chrześcijaninem?” (6).

Podam jeden przykład. Teolodzy powołują się na zasadę, że wszystko musi mieć swoją przyczynę, swojego stwórcę. Na tej podstawie twierdzą, że przyczyną istnienia świata jest Bóg, który świat stworzył. Jest to argumentacja bezzasadna.

Dlaczego?

Teolodzy bezpodstawnie, z definicji przyjmują, że Bóg nie musiał być przez nikogo stworzony, że jest rzeczywistością ostateczną. Nie ma powodu, by się z nimi zgadzać. Skoro wszystko musi mieć swojego stwórcę, to trzeba zapytać, kto stworzył Boga. A jeżeli Bóg nie musiał być – jak twierdzą teolodzy – przez nikogo stworzony, to równie dobrze świat jako całość wraz z prawami przyrody – nie musiał być stworzony.

Świat jest rzeczywistością niezwykłą. Jest bardzo możliwe, że w ciągle zmieniającej się postaci świat istnieje wiecznie (także przed tzw. wielkim wybuchem). Przekonanie, że wszystko musi mieć swoją przyczynę, swojego stwórcę, można odnieść co najwyżej do obiektów istniejących wewnątrz świata, ale nie do świata jako całości. Świat ma cechy rzeczywistości niezniszczalnej, wiecznej, samoistnej, nie stworzonej przez nikogo. Teza, że świat musiał być przez kogoś stworzony, a tym kimś jest Bóg, jest bezpodstawnym urojeniem, nie wytrzymującym logicznej, a tym bardziej empirycznej, krytyki.

Trzeba ponadto powiedzieć, że religia to nie tylko wiara w Boga. Np. Kościół katolicki głosi także wiarę w istnienie aniołów i szatanów, w duszę nieśmiertelną, w sąd boży po śmierci, w zbawienie i potępienie, w dziewicze poczęcie Jezusa i jego zmartwychwstanie, w objawienie boże zawarte w Piśmie Świętym, wreszcie w liczne cuda, które rzekomo miały miejsce. Te wszystkie wierzenia pozbawione są wiarygodnego uzasadnienia, a Kościół twierdzi z uporem typowym dla osób cierpiących na zaburzenia psychiczne, że to prawda. To urojenia, a nie jakakolwiek prawda.

5. Co nie jest urojeniem?

Nie są urojeniami ludzkie przekonania i wyobrażenia, jeśli – po pierwsze – nie przypisuje się im nadprzyrodzonego charakteru (istnienie jakiejkolwiek rzeczywistości nadprzyrodzonej pozbawione jest wiarygodnego uzasadnienia). I po drugie, jeśli przekonania te mają oparcie we wiarygodnej argumentacji. Przekonania religijne nie spełniają powyższych warunków.

Nie jest urojeniem wiedza naukowa, o ile tylko opiera się na wynikach badań empirycznych (tj. na obserwacjach, doświadczeniach, analizach różnorodnych materiałów), spełniających kryteria przyjęte w nauce. Twierdzenia teologiczne nie spełniają tych wymogów.

Naukowcy nie są jednak wolni od urojeń. Przykładu dostarcza ks. prof. Michał Heller, o którym pisałem szerzej przed miesiącem („Jak ks. prof. Michał Heller dowodzi istnienia Boga?” – link na końcu). Np. według Hellera prawa przyrody oraz wartości uniwersalne pochodzą od Boga, są realizacją „Bożego zamysłu”. Przekonania te mają wszelkie cechy urojeń.

W odpowiedzi na krytykę religii jako urojenia, przeczytałem gdzieś w internecie, że prawa człowieka, na które często powołują się ateiści, są urojeniami. To oczywiście złośliwość i niezrozumienie problemu.

Prawa człowieka są etyczną, prawną i polityczną koncepcją, której racje są dobrze uargumentowane, chociaż prawa te nie każdemu mogą się podobać. Nie są to sprawy nadprzyrodzone. Na ogół nie przypisuje się prawom człowieka boskiego pochodzenia, nie mówią one o rzeczywistości nadprzyrodzonej. Prawa człowieka zostały sformułowane w XVIII w. przez myślicieli oświeceniowych, zyskiwały stopniowo na znaczeniu, by po II wojnie światowej stać się najbardziej wpływową koncepcją etyczno-polityczną w skali świata. Również Kościół katolicki uznał je w połowie XX w., po dwóch stuleciach sprzeciwu.

Treści urojeniowe, mające charakter urojeń zinstytucjonalizowanych, zawierają natomiast encykliki papieskie, katechizm, kościelne dogmaty oraz tzw. prawo boże, które Kościół chce stawiać ponad prawami człowieka. Wszędzie tam mówi się o Bogu i sprawach nadprzyrodzonych, czyli o urojeniach. Nie ma bowiem wiarygodnej, sensownej argumentacji, która pozwalałaby sądzić, że Bóg i rzeczywistość nadprzyrodzona istnieje.

Nie jest urojeniem pojęcie państwa, narodu, klasy, religii itp., chociaż w ferworze dyskusji można się na takie stwierdzenie natknąć. Otóż dość łatwo można wskazać rzeczywiste obiekty, do których te pojęcia i nazwy się odnoszą. Oczywiście z całą pewnością istnieją religie. Nie można natomiast wskazać rzeczywistego obiektu, jakim byłby Bóg i inne byty nadprzyrodzone. Dlatego przekonanie o ich istnieniu trzeba zaliczyć do kategorii urojeń, najczęściej urojeń zinstytucjonalizowanych.

Spotkać można pogląd, że ateizm to urojenie. Jest to zarzut pozbawiony racji merytorycznych. Ateizm to odrzucenie urojeń religijnych, bowiem nie ma argumentów, które pozwalałyby uznać istnienie Boga i innych bytów nadprzyrodzonych. Religiantom to nie w smak, więc próbują oskarżać ateistów o urojenia. Przypominają złodzieja, który krzyczy „łapać złodzieja”.

Słowo na zakończenie

Do pojęcia Boga jesteśmy bardzo mocno przyzwyczajani od dzieciństwa. Nawet niektórym profesorom fizyki wydaje się, że coś takiego jak Bóg może w jakiejś postaci istnieć. Gotowi są przyznać, że nie istnieją krasnoludki, Zeus czy Ozyrys, ale sądzą, że istnieje lub może istnieć jakiś niewyobrażalny Bóg.

A kim jest ten Bóg? Jest tak samo postacią ze starożytnych mitów jak Zeus i inni, tyle że przekształconą w toku filozoficznych zabiegów w pojęcie bardziej abstrakcyjne. Religijni fizycy na ogół nie zdają sobie sprawy z mitycznej genezy i mitycznego charakteru pojęcia Boga. Dopuszczają jego istnienie, a to dokładnie to samo, jakby dopuszczali istnienie setek bogów, od których roi się w starożytnych mitach.

Doskonałego przykładu negatywnego wpływu religijnych mitów dostarcza tak wybitny uczony jak Isaac Newton (1643-1727). Ustalał on wiek ludzkości na podstawie Biblii na kilka tysięcy lat. Całe szczęście, że dziś zdecydowana większość najwyższej rangi naukowców w Boga nie wierzy („Ilu naukowców wierzy w Boga?” – link na końcu). – Alvert Jann

……………………………………………………….

Alvert Jann: Blog „Ćwiczenia z ateizmu” https://polskiateista.pl/aktualnosci/blogi-2/cwiczenia-z-ateizmu/ : Zapraszam licealistów, studentów i wszystkich zainteresowanych na ćwiczenia z ateizmu. Co miesiąc „pierwszego”, czasami częściej, będę zamieszczał krótki tekst, poważny ale pisany z odrobiną luzu. Nie widzę siebie w roli mentora czy wykładowcy, mam na myśli wspólne zastanawianie się.

Nauka nie wyjaśnia wszystkiego, religia nic nie wyjaśnia.

Na blogu znajdują się w tej chwili kilkadziesiąt artykułów, m.in.

Jak ks. prof. Heller dowodzi istnienia Boga?” – https://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/ks-prof-heller-dowodzi-istnienia-boga/

Kim był Jezus?” – https://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/kim-byl-jezus/

Teologia nie jest nauką!” – https://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/teologia-nie-jest-nauka/

„Ilu naukowców wierzy w Boga?” – https://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/ilu-naukowcow-wierzy-w-boga/

Kim jest Bóg?” – https://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/podreczniki-religii-bog/

Sprzeczności między nauką a religią: 10 przykładów” – https://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/sprzecznosci-miedzy-nauka-a-religia-10-przykladow/

………………………………………………………………………..

Przypisy

1 „Pytania do Sakramentu Bierzmowania” – http://kikol.diecezja.wloclawek.pl/index.php/bierzmowanie/269-pytania-do-sakramentu-bierzmowania i wiele innych podobnych stron.

2 http://www.poradnikzdrowie.pl/psychologia/choroby-psychiczne/urojenia-przyczyny-co-powoduje-urojenia_34958.html

3 Magazyn psychologiczny „Charaktery”, 1998, nr 9.

4 R. Dawkins „Bóg urojony”, Wydawnictwo CiS, 2007, s. 16.

5 K. Ajdukiewicz „Język i poznanie”, t. 2, PWN, 1965, s. 269.

B. Russell „Dlaczego nie jestem chrześcijaninem?” – http://bacon.umcs.lublin.pl/~lukasik/wp-content/uploads/2012/09/Russell-Dlaczego-nie-jestem-chrze%C5%9Bcijaninem3.pdf

 ……………………………………………………………………………………………

Alvert Jann: Czym jest śmierć?

Wyobraźcie sobie, że śpicie i nic wam się nie śni. To tak jakbyście nie istnieli. Ale ze snu budzicie się i wszystko wraca, wraca świadomość. A teraz wyobraźcie sobie, że zapadacie w sen, z którego się nie budzicie. Śmierć jest jakby snem, z którego się nie budzimy, nie wraca nam świadomość. Sen jest najlepszą, odwieczną metaforą śmierci.

Świadomość nie jest nadnaturalnym „duchowym” bytem. Jest to – według najprostszej definicji – zdawanie sobie sprawy z własnego istnienia i działania oraz z istnienia otoczenia. W tym także wiedza i wyobrażenia dotyczące nas samych i otaczającej nas rzeczywistości.

Świadomość jest funkcją działania mózgu, jedną z jego czynności. Nie istnieje poza mózgiem. Kiedy mózg przestaje pracować, znika także świadomość.

Śmierć to trwałe ustanie czynności właściwych organizmowi biologicznemu. Według współczesnej medycyny, głównym kryterium pozwalającym mówić o śmierci człowieka, jest nieodwracalne ustanie czynności całego mózgu (w skrócie mówi się o obumarciu mózgu). Mózg jest bowiem centralnym organem kierującym organizmem jako całością. Kiedy mózg trwale przestaje funkcjonować, mamy ostatecznie do czynienia ze śmiercią. Mózg działa w przypadku snu i głębokiej śpiączki (zaburzenia powodowanego uszkodzeniem mózgu), chociaż nie mamy wtedy świadomości własnego istnienia i czegokolwiek. Także gdy twardo śpimy, nie jesteśmy tego świadomi, niczego nie jesteśmy świadomi. Ale mózg nasz pracuje. Z czasem budzimy się, stajemy się na powrót świadomi siebie i otaczającej nas rzeczywistości. Śmierć jest jakby spaniem czy śpiączką, kiedy to trwale ustały czynności mózgu. Nie ma możliwości przebudzenia się. Znika trwale także świadomość.

1. Czy we współczesnej kulturze zapomina się o śmierci?

Mówi się często, że obecnie w naszej kulturze śmierć została zepchnięta na margines, jakby jej nie było. Jeden tylko przykład. Oto w akademickiej publikacji czytamy: „Do niedawna śmierć była czymś ludzkim, czymś naturalnym. Współczesne zglobalizowane społeczeństwo coraz częściej promuje młodość, a śmierci nie przyznaje prawa do zajmowania przestrzeni społecznej”.

To nieprawda, ani nawet półprawda. Kultywujemy pogrzeby religijne i niereligijne, utrzymujemy cmentarze, podtrzymujemy pamięć o zmarłych. W literaturze, sztuce, filozofii temat śmierci pojawia się dość często. Wystarczająco często. Nie jest to pierwszoplanowy problem naszej kultury, ale z pewnością nie jest pomijany. I warto powiedzieć coś jeszcze.

Kultury, które koncentrują się na śmierci, to zwyrodnienie. Miejsce, jakie zajmowała śmierć w średniowiecznym chrześcijaństwie i po części zajmuje do dziś – to objaw degeneracji. Zdrowa kultura powinna koncentrować się na życiu, nie zapominając o śmierci.

Nie dajmy sobie narzucić przekonania, że o śmierci zapomniano. To błędny pogląd, zdaje się być pokłosiem średniowiecznego chrześcijaństwa i dziś ujawnia się nierzadko w zwyrodniałych postaciach. Np. że nie należy za pomocą środków medycznych łagodzić cierpienia umierających, bo cierpienie należy do Boga, jest narzędziem bożej opatrzności. Na szczęście przekonanie to straciło na znaczeniu. I oby tak dalej. Ale pogrobowcom średniowiecza zawsze będzie za mało mówienia o śmierci.

2. Dlaczego boimy się śmierci?

Człowiek jest istotą biologiczną i ma w sobie ukształtowane ewolucyjnie pragnienie/popęd życia. Bez tego pragnienia ludzkość by przypuszczalnie nie mogła istnieć. Dlatego świadomość i perspektywa śmierci budzi niepokój i strach.

Strach przed śmiercią jest więc jak najbardziej naturalnym uczuciem człowieka. Jest on pokłosiem wrodzonego pragnienia życia. Człowiek chce żyć. Ma też dość naturalnej siły psychicznej, by z perspektywą śmierci się pogodzić. Tylko wskutek trudnych okoliczności życiowych i zaburzeń zdrowotnych człowiek może pragnąć śmierci, a nawet popełnić samobójstwo.

Dodajmy, że również inne gatunki zwierząt mają pragnienie życia, obecne w emocjach i popędach, chociaż trudno powiedzieć, na ile świadomie, refleksyjnie. Zwierzęta ewolucyjnie bliskie człowiekowi posiadają rozwiniętą świadomość, ale nie wiemy, czy posiadają świadomość śmierci.

3. „Życie po śmierci”

W Kościele katolickim naucza się od wieków, że śmierć jest „rozdzieleniem duszy i ciała”.

Dusza jest, według kościelnego nauczania, niematerialnym elementem danym każdemu człowiekowi indywidualnie i bezpośrednio przez Boga. Jest ona – jak się naucza – nieśmiertelna i istnieje nadal po śmierci ludzkiego ciała. Dusza w tym rozumieniu nie jest świadomością ani psychiką w biologicznym rozumieniu. Świadomość i psychika w biologicznym i medycznym rozumieniu są wytworami mózgu i giną wraz z mózgiem.

Władze Kościoła nie sprzeciwiają się, by za główne medyczne kryterium śmierci uznawać trwałe ustanie czynności mózgu. Obstają jednak, że istotą śmierci jest rozdzielenie duszy i ciała.

Co, według Kościoła, dzieje się z duszą po śmierci ciała?

Jak czytamy w katechizmie, bezpośrednio po śmierci ciała dusza wędruje na sąd boży. Jest to tzw. sąd szczegółowy. Po odbyciu sądu są trzy możliwości:

Dusza może iść do nieba. To miejsce, gdzie przebywa Bóg i aniołowie. Dusze przebywają tam w stanie szczęśliwości.

Może iść do piekła. W kościelnym nauczaniu różnie piekło przedstawiano. Tradycyjnie mówiono o mękach w ogniu piekielnym. Ostatnio władze kościelne zmiękły, unikają straszenia męczarniami, chociaż co bardziej krewcy duchowni nie stronią od straszenia piekielnymi mękami.

Trzecia opcja to czyściec. Dusze odbywają tam pokutę, a następnie idą do nieba.

To jednak nie koniec epopei. Teraz rzecz najciekawsza. Według katechizmu, przed końcem świata ma odbyć się sąd ostateczny. Dusze wszystkich zmarłych ponownie połączą się z ciałami. W tej cielesnej postaci wszyscy ludzie będą ostatecznie osądzeni. Jedni zostaną zbawieni, inni potępieni. Po sądzie ostatecznym mają oni – podkreślmy – żyć wiecznie w cielesnej (!), a nie tylko duchowej postaci. W kościelnym nauczaniu unika się jasnego mówienia o wiecznym życiu w cielesnej postaci (z obawy przed śmiesznością?), ale tak to ma być według teologii katolickiej. A także np. według świadków Jehowy, którzy przedstawiają to rajskie życie na barwnych obrazkach.

Dla zilustrowanie kościelnych nauk sięgnijmy do Katechizmu Kościoła katolickiego (pomijam liczne przypisy):

„Kościół naucza, że każda dusza duchowa jest bezpośrednio stworzona przez Boga, nie jest ona =produktem= rodziców – i jest nieśmiertelna (por. Sobór Laterański V, 1513 r.), nie ginie więc po jej oddzieleniu się od ciała w chwili śmierci i połączy się na nowo z ciałem w chwili ostatecznego zmartwychwstania” (pkt 366).

„W śmierci, będącej =rozdzieleniem duszy i ciała, ciało człowieka ulega zniszczeniu=, podczas gdy jego dusza idzie na spotkanie z Bogiem, chociaż trwa w oczekiwaniu na ponowne zjednoczenie ze swoim uwielbionym ciałem. Bóg w swojej wszechmocy przywróci ostatecznie naszym ciałom niezniszczalne życie, jednocząc je z naszymi duszami” (pkt 997).

„Kto zmartwychwstanie? Wszyscy ludzie, którzy umarli” (pkt 998). „Kiedy? W sposób definitywny =w dniu ostatecznym=, =na końcu świata=” (pkt 1001).

W Kościele naucza się (także w szkolnych podręcznikach religii), że śmierć jest skutkiem grzechu pierworodnego, tj. nieposłuszeństwa Bogu, jakiego mieli dopuścić się pierwsi ludzie w raju. Gdyby nie ten grzech, ludzie byliby nieśmiertelni. Nie jest to traktowane jako alegoria. Katechizm stwierdza jasno (pkt 1018): „Na skutek grzechu pierworodnego człowiek musi podlegać śmierci cielesnej, =od której byłby wolny, gdyby nie był zgrzeszył= (Sobór Watykański II)”.

Potrzebny komentarz?

Na istnienie duszy nieśmiertelnej brak jakichkolwiek sensownych argumentów. O jednym tylko argumencie powiem krótko. Sensację budzą czasami doznania ludzi, którym udało się przeżyć stan tzw. śmierci klinicznej. Mówią oni, chociaż nie wszyscy, że pamiętają, jak przechodzili tunelem w kierunku światła (tzw. światełko w tunelu), albo przebywali poza własnym ciałem, spotykali zmarłych ludzi lub „świetlistą istotę” itp. Doznania te bywają podawane jako dowody na istnienie duszy, która właśnie oddzieliła się od umierającego ciała. A później wróciła.

Nie jest to żaden dowód. Doznania te są skutkiem zaburzeń w funkcjonowaniu mózgu w stanie śmierci klinicznej. Mózg wytwarza wtedy obrazy przypominające majaki senne i halucynacje.

Dodajmy, że pierwotnie wiara w istnienie duszy nieśmiertelnej i w duchy zmarłych, powstała najpewniej pod wpływem snów i halucynacji, w których widziano osoby zmarłe. Wiara ta jest starsza niż wiara w bogów czy boga.

Nie ma też żadnych argumentów wskazujących, że sąd boży po śmierci to coś więcej niż starożytny mit, urojenie lub wręcz oszustwo podawane do wierzenia. Podobnie rzecz się ma z twierdzeniem, że śmiertelność ludzi jest skutkiem grzechu pierworodnego.

Powoływanie się na Pismo Święte oraz na postanowienia dawnych i nowożytnych soborów nie jest żadną wartościową argumentacją. Nie ma bowiem żadnego wartościowego uzasadnienia przekonanie, na które powoływały się i powołują władze kościelne, że Pismo Święte zawiera „prawdy” objawione przez Boga.

Wyobrażeń religijnych, przedstawionych wyżej za katechizmem, nie podaje się w Kościele jako alegorii czy przenośni. Nadano im w dokumentach kościelnych status dogmatów. Oznacza to, że wierni mają wierzyć w nie dosłownie, a ich odrzucenie skutkować ma usunięciem z Kościoła. Potwierdzają to wprost dzisiejsi oficjalni teolodzy kościelni.

Najdelikatniej mówiąc, głoszenie dziś na poważnie tych starożytnych mitów, urojeń i oszustw, zakrawa na robienie głupków z siebie i wiernych.

Podsumujmy: Śmierć nie jest „rozdzieleniem duszy i ciała”, tylko trwałym ustaniem czynności właściwych organizmowi biologicznemu. Za kryterium, które pozwala mówić ostatecznie o śmierci człowieka, przyjmuje się nieodwracalne ustanie czynności całego mózgu.

4. Czy religia jest pomocna w obliczu śmierci?

Teolodzy i księża katoliccy mówią, że religia stwarza nadzieję, nadzieję na wieczne życie, a więc łagodzi lęk przed śmiercią. Czy tak? Nikt nie może mieć pewności, że nadzieja ta nie jest złudzeniem. Ponadto mało kto może być pewny, że Bóg da mu zbawienie, wybaczy grzechy, nie skarze na wieczne cierpienia. A w ewangeliach Jezus przedstawia potępienie w dość ponurych barwach: „piec rozpalony”, „płacz i zgrzytanie zębów” (Mt 13,50). Mówi też Jezus, że tylko niewielu będzie zbawionych:Jakże ciasna jest brama i wąska droga, która prowadzi do życia (zbawienia), a mało jest takich, którzy ją znajdują!” (Mt 7,14).

Perspektywa „życia po śmierci”, sądu bożego, kary za grzechy – raczej wzmacnia lęk przed śmiercią, niż łagodzi.

Skutkiem bywają nerwice eklezjogenne (odkościelne), poważnie zakłócające normalne życie prywatne i zawodowe. Jest to zaburzenie psychiczne polegające na poczuciu nie dość skrupulatnego wypełniania obowiązków religijnych i lęku przed karą bożą. W Polsce, w związku z nauczaniem religii i religijną indoktrynacją, liczba takich przypadków poważnie wzrosła.

Innym skutkiem kościelnego nauczania może być tanatofobia. To poważne zaburzenie chorobowe, polegające na nadmiernym, destrukcyjnym lęku przed śmiercią, uniemożliwiającym normalne życie. Człowiek jest w stanie pogodzić się z perspektywą śmierci. Kościelne nauczanie raczej wzmacnia lęk przed śmiercią niż łagodzi.

Dodam jeszcze, że ludzie często boją się nie tyle śmierci, ile umierania, długiego cierpienia przed śmiercią, długotrwałej agonii. Zmniejszyć cierpienie i ograniczyć tym samym lęk przed śmiercią może medycyna, a nie religia.

Odrzucenie kościelnego nauczania, brak wiary religijnej, ateizm, pozwalają lepiej niż religia pogodzić się z perspektywą śmierci, którą widzi się wtedy jako całkowity kres własnego istnienia. Nie jest to wcale tak trudne, jak próbują wmawiać wszystkim kościelni teolodzy, księża i osoby religijne. Człowiek ma w sobie dość naturalnej siły psychicznej, by żyć ze świadomością śmierci, nie zamartwiając się perspektywą całkowitego kresu własnego życia. Zwykłe uznaje się wtedy śmierć za przyrodniczą konieczność. A jesteśmy częścią przyrody.

5. Słowo na zakończenie

Katolicka Agencja Informacyjna opublikowała 6 lutego 2022 r. list emerytowanego papieża Benedykta XVI dotyczący raportu o pedofilii w archidiecezji Monachium i Freisingu. Benedykt XVI był na przełomie lat 70. i 80. metropolitą tej archidiecezji. W raporcie zarzucono mu, że dopuścił się zaniedbań w kilku przypadkach nadużyć seksualnych popełnionych przez księży.

W liście emerytowany papież napisał: „Wkrótce stanę przed ostatecznym sędzią mojego życia. Choć, patrząc wstecz na moje długie życie, mogę mieć wiele powodów do obaw i lęku, to jednak w duchu jestem radosny, ponieważ mocno wierzę, że Pan jest nie tylko sprawiedliwym sędzią, lecz także przyjacielem i bratem”. No właśnie, można mieć nadzieję. Ale jak wierzy się w kościelne nauczanie, to jest się też czego bać. – Alvert Jann

Alvert Jann: Ćwiczenia z ateizmu https://polskiateista.pl/aktualnosci/blogi-2/cwiczenia-z-ateizmu/ 

Zapraszam licealistów, studentów i wszystkich zainteresowanych na ćwiczenia z ateizmu. Co miesiąc „pierwszego”, czasami częściej, będę zamieszczał krótki tekst, poważny ale pisany z odrobiną luzu. Nie widzę siebie w roli mentora czy wykładowcy, mam na myśli wspólne zastanawianie się.

Nauka nie wyjaśnia wszystkiego, religia nic nie wyjaśnia.

Na blogu znajduje się kilkadziesiąt artykułów, m.in.:

Teoria Boga krótko wyłożona” https://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/teoria-boga-krotko-wylozona/

Czy istnieje wolna wola?” https://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/czy-istnieje-wolna-wola/

„Co to jest płeć kulturowa (gender)?” https://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/co-to-jest-plec-kulturowa/

Mit narodu wybranego i przymierza z Bogiem” https://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/mit-narodu-wybranego-i-przymierza-z-bogiem/

Mit mesjasza” https://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/mit-mesjasza/

Dziewicze narodziny Jezusa” https://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/dziewicze-narodziny-jezusa/

……………………………………………………………………

Katechizm Kościoła katolickiego cytuję za: http://www.katechizm.opoka.org.pl/

………………………………………………………….

„J**ać Antife” Rafał Betlejewski

Zagadnienie dyskursu na temat antyfaszyzmu i Antify w debacie publicznej w Polsce jest bez wątpienia materiałem na obszerne opracowanie. Analizując samo zjawisko antyfaszyzmu oraz ów dyskurs można dojść do wniosku, że tzw. Antifa to obecnie w największym stopniu nie ruch społeczny, lecz konstrukt wzmacniający paranoję w umysłach uczestników wojny kulturowej prowadzonej przez populistyczną prawicę. Termin im jest mniej zrozumiały – nie używa się polskiego słowa „antyfaszyści” – tym większy daje efekt propagandowy. Jednocześnie prawicowy dziennikarz może też do woli oczerniać wymyśloną przez siebie „Antifę”. Nieistniejąca organizacja nie zmusi go do napisania sprostowania, ani poniesienia konsekwencji prawnych za zniesławienie określonej grupy.

ŻRÓDŁO

 

I diametralnie odmienna narracja, ze źródła prawicowego prawy.pl ,   gdzie Arkadiusz Miksa przelewa swoje żale na ruch antyfaszystowski. Czytanie tego „publicysty” to średnia przyjemność, ale warto przekonać się na własne oczy co miał na myśli Jakub Woroncow w cytowanym wcześniej fragmencie publikacji w OKOpres . Oto fragmencik:

 

W latach 90-tych policja i UOP współpracowały nieformalnie z Antifą przy penetrowaniu i kanalizowaniu środowisk narodowych. Bojówkarze Antify pod lokalami, w których odbywały się zebrania działaczy narodowych wszczynali awantury, w efekcie, których dochodziło do starć. Interweniowała więc policja, która ekstremistów Antify puszczała wolno, a przeciwko narodowcom kierowała sprawy do sądu bądź szantażowała ich oczekując w zamian za wypuszczenie podejmowanie działań kompromitujących ruch narodowy w oczach społeczeństwa. Bojówkarskie środowisko Antify, mogło zawsze liczyć na parasol ochronny strony środowiska skupionego wokół czasopisma „Nigdy Więcej”, które to środowisko z walki z rzekomym faszyzmem zrobiło sobie sposób na życie za sprawą sowitych grantów zarówno ze strony UE, jak i domorosłych „światłych” gospodarzy największych miast polskich. Środowisko „Nigdy Więcej” jest również doskonale umocowane w ramach struktur polskich uczelni państwowych, pomimo faktu, iż regularnie szkaluje Polskę i Polaków na forum międzynarodowym.

ŹRÓDŁO

Ach! Jakże niesprawiedliwi są ci wstrętni antyfaszyści, jacy biedni ci patrioci z narodowców… Niedobrze się robi. Zwłaszcza, że od  kilku lat ruch faszystowski cieszy się jawną ochroną rządu i sił porządkowych, a kobiety są bite na ulicach…

 

 

 

RAFAŁ ZŁOTOPOLSKI, 41 LAT, W RUCHU ANTYFASZYSTOWSKIM OD KILKUNASTU: Cierpko się robi, gdy dziś dziennikarze odkrywają informacje, które wysyłaliśmy im wiele lat temu. Wołaliśmy, że nadchodzą, że łączą siły, mają plan, jak przyciągnąć masy.

ŹRÓDŁO

Nieskromnie dodam, że i nasz portal ostrzegał od samego początku, gdy powstał, o nadchodzących czarnych chmurach pod protektoratem Jasnej Góry…

kuna2022kraków

I kilka jeszcze refleksji na temat obecności Antify w codziennej, ulicznej narracji, choćby na murach domów, na osiedlach, w alejkach parków pod naszymi nogami.

Oddaję głos Rafałowi Betlejewskiemu, czułemu obserwatorowi życia społecznego…

 

 Na moim osiedlu mam przynajmniej kilka napisów Je**ć Antifę… Pewnie też je macie. Jak to możliwe? – zastanowiłem się idąc sobie z psem Borysem, i co to oznacza? Jak to możliwe, że w mieście doszczętnie zrujnowanym przez faszystów, na ścianach wyrażany jest sprzeciw wobec ruchu antyfaszystowskiego, a nie odwrotnie? Dlaczego nie ma napisów Je**ć Hitlera, czy „Je**ć faszystów”, jest natomiast pogarda wobec anty-faszystów? Czy to przypadek, czy jakaś głębsza prawidłowość?

Myśląc o tym od razu przypomniało mi się, że w rozmowach na FB co chwilę widzę antykomunistyczne zrywy. Co chwilę jakiś spóźniony zapaleniec dosrywa mi, że pewnie moja rodzina była w UB, że jestem krypto żydokomuną, że Stalin był ateistą, Lenin był ateistą, ja jestem jak oni, bo walczę z Kościołem, pewnie ktoś mi płaci, wiadomo kto, a trzeba walczyć z komunizmem, bo Komuna… itd. Czy te dwie rzeczy jakoś się Wam kojarzą? Czy one się łączą?

Mi się wydaje, że tak. Zaryzykuję taką tezę: dzisiejszy antykomunistyczny zapał (trzydzieści lat poniewczasie) jest w istocie kamuflażem dla faszystowskich resentymentów części polskiego społeczeństwa na wzór przedwojennej Falangi, czy rumuńskiej Żelaznej Gwardii, czyli chrześcijańskich faszystów. Nie da się faszystowskich (szowinistycznych, rasistowskich i nacjonalistycznych) sentymentów wyrażać wprost, gdyż za bardzo to zajeżdża swastyką – więc flaga antykomunistycznego oporu podnoszona jest niejako w zastępstwie, by nie wzbudzać popłochu. Hitler był tu wzorcem: podręcznikowy nacjonalista, antykomunista i antysemita. No a antykomunizm w Polsce się sprzedaje, gdyż wszyscy niejako jesteśmy antykomunistami po PRLowiskimi, więc taktyka jest taka, by nam podsunąć faszyzm i nacjonalizm, stare śmierdzące balasy, w opakowaniu patriotycznego antykomunizmu.

Oto jak napis „Je**ć Antifę” skleja się z antykomunistycznymi i antyżydowskimi hasłami wykrzykiwanymi przez młodzieniaszków z różańcami w dłoniach. Jest to po prostu ten sam antysemityzm katolicki z dwudziestolecia międzywojennego, którego głosicielami byli Adolf Reutt i Roman Dmowski, a gwiazdami byli katoliccy księża z Maksymilianem Kolbe i jego „Rycerzem Niepokalanej”, Janem Urbanem – redaktorem jezuickiego „Przeglądu Powszechnego, czy Stanisławem Trzeciakiem, księdzem antysemitą, „wielkim znawcą kwestii żydowskiej”, redaktorem „Przeglądu Kościelnego” – którzy otwarcie proklamowali konieczność ostatecznego rozwiązania tej kwestii. Nakład Rycerza w ’38 roku to ponad 800 000 egz! To wtedy zaczęła się wykuwać zbitka „Polak-katolik” jako przeciwwaga dla „Żyda, który tylko udaje Polaka”, przeniesiona do współczesności przez wielkiego „nauczyciela” Polaków, czyli prymasa tysiąclecia. To Wyszyński stał się czołowym orędownikiem „polaka-katolika” w naszej erze (czasach powojennych i pożydowskich) i to on zabetonował tę frazę w umysłach „patriotów”. Polacy muszą być katolikami, bo przepadną – oto spuścizna prymasa, mentalne betonowe skarpetki, założone nam wszystkim na nogi przez Wielkiego Stefana. W przeddzień II Wojny Akcja Katolicka liczyła w Polsce 750 000 członków… warto pamiętać.

W antykomunistycznym portfelu idei znajduje się oczywiście antysemityzm, katolicyzm, polski nacjonalizm, masoneria, spisek antykościelny, profanowanie Hostii i „wszystkiego co dla Polaków święte”, męski szowinizm, homofobia, antyfeminizm, mitologia narodowa, kult „bohaterów”, kult śmierci (dla wrogów ojczyzny), ognia i wodza… czyli wszystko to, co było w orężu Żelaznej Gwardii. Podobieństwo jest uderzające i trudno go nie widzieć, szczególnie w erze takich alternatywnych kapłanów jak Jacek Międlar

Rafał Betlejewski

PS: Pomóż mi wydać książkę z takimi tekstami. Na sponsoring ministerstwa kultury nie liczę. Muszę ją sfinansować sam. Możesz dokonać zakupu egzemplarza już teraz w przedsprzedaży. Dziękuję. Kliknij się do sklepu: https://365lekcjireligii.pl/…/ksiazka-365-lekcji-religii/

 

 

 

 

Warszawa – notatnik pedofilii. Część 3 i 4

PEDOFILIA PO WARSZAWSKU –część III.

Podtrzymuje nadal moją ofertę, aby osoby duchowne lub ich świeccy obrońcy, także wzięli czynny udział w komentowaniu tego cyklu, bo wiem jak wiele ludzi Kościoła czyta moje teksty, a wypowiada się na ich temat wyłącznie poza tym forum. Proszę tylko wszystkich czytelników o konieczne zachowanie kultury wypowiedzi.

Wychodzenie z małoletnimi chłopcami na miejscowy basem i ekscesy wobec młodych ministrantów do których dochodziło w zakrystii, tylko rozzuchwaliło ks. Grzegorza Kocięckiego, otwockiego proboszcza. Z czasem ksiądz zaczął pod różnymi pretekstami ściągać ministrantów, przypominam chłopców 10-11 letnich, do swojego pokoju na plebanii. Kiedy czyta się z dokumentacji sądowej i z relacji prasowych do czego dochodziło podczas tych spotkań, to każdemu człowiekowi nasuwają się pytania, które paść tutaj powinny.

Ksiądz podawał na plebanii dzieciom alkohol, po czym pokazywał im filmy pornograficzne, a następnie ich molestował. Nie chcę tutaj tego opisywać swoimi słowami, aby nie zostać posądzonym o stronniczość, więc zacytuję tu jedynie kilka zdań, które mnie osobiście wstrząsnęły: „Zapraszał do siebie ministrantów, częstował alkoholem i oglądał z nimi ostre pornograficzne filmy”.

Do postawienia księdza przed sądem doszło dopiero po dziesięciu latach, o czym jeszcze napiszę dokładnie w kolejnej odsłonie tego cyklu. Przede wszystkim dlaczego czekano z tym tak długo.

Proszę sobie wyobrazić, że obrona księdza wykorzystała ten fakt po latach i doprowadziła do formalnego przedawnienia tego zarzutu. Facet w wieku 45 lat upija chłopców ze szkoły podstawowej, pokazuje im przy tym filmy pornograficzne, a potem wykorzystuje seksualnie, po czym prokuratura uznaje ten pierwszy zarzut za już przedawniony. W dokumentacji znalazłem takie stwierdzenie: „Z powodu przedawnienia karalności umorzono postępowanie wobec ks. Grzegorza Kocięckiego za rozpijanie nieletnich ministrantów, którym także w dużych ilościach podawał alkohol”. Takie mamy jednak prawo. Dobrze, że tylko upijanie dziesięciolatków się mu formalnie upiekło.

Ale fakt pijaństwa z dziećmi alkoholu stał się też rzekomo powodem linii jego obrony. I tutaj proszę zobaczyć na niewyobrażalne matactwa w obronie kościelnego dewianta. Najpierw uniewinnia się go za fakt upijania dzieci, a potem ten dowód, że nieletnie ofiary były pijane, perfidnie wykorzystuje dla obrony samego sprawcy. Bo jak ministranci byli całkowicie pijani i „urwał im się film”, to nie mogli wiedzieć, co ksiądz im robił. Ilustruje to najlepiej jeden cytat: „ Pili z księdzem tak, że film się im urwał i dokładnie nie wiedzą czy coś z nimi robił czy też nie”. I jak się Państwu podoba taka linia obrony?

Robił czy nie robił? To jeszcze dwa druzgocące cytaty: „Ksiądz zdjął t-shirt, położył się na dywanie, kazał mi podejść do siebie i położył się prostopadle do niego, tak aby moja głowa była na jego brzuchu. On powiedział: „chodź, połóż się na brzuszku””. „Dotykał moich włosów i mówił: „Zobacz, jak mi staje””.

Jestem samotnym ojcem dwóch nastolatków. Moi synowie nie chodzą po plebaniach i zapewne chodzić nigdy nie będą, ale nie rozumiem jak do tego mogło dochodzić, że duchowny tyle razy już przenoszony na różne parafie mógł cos takiego robić zupełnie bezkarnie i nikt tego nie zauważył, że z jego mieszkania wychodzą pijane dzieci chodzące do szkoły podstawowej. Rodzice chłopców, inni księża pracujący na tej parafii, przypadkowi przechodnie na ulicach? Czy ktoś z czytelników potrafi mi to sensownie wytłumaczyć? O biskupiej kurii warszawsko-praskiej tutaj nawet nie wspominam, a tam wiedzieli najlepiej dlaczego go przenoszono. Ale wszystkim biskupom, którzy są zamieszani w tą aferę poświęcę jeszcze odrębny wpis.

Nie wiadomo jak długo by to jeszcze trwało, gdyby po kilku latach na drodze życia jednego z molestowanych ministrantów (Mateusza K.) nie stanął jeden mężczyzna, terapeuta ofiary, który stanął na wysokości zadania i powiadomił prokuraturę.

Ciąg dalszy nastąpi…

 

 

PEDOFILIA PO WARSZAWSKU –część IV.

Nikt z władz archidiecezji warszawskiej, a po 1992 roku, także diecezji warszawsko-praskiej, nigdy nie podjął próby rozliczenia ks. Grzegorza Kocięckiego z jego patologicznych zachowań. Na warszawskiej Pradze często zmieniali się ordynariusze, każdy z nich miał przy tym biskupią gębę pełną teologicznych frazesów, ale żaden z nich nie zrobił nic, aby chronić dzieci-ministrantów, ofiary kościelnego dewianta, a także ich podwładnego. Mało tego, ten pedofil nawet awansował w hierarchii diecezji, tym bardziej, że przynosił swoim ordynariuszom coraz większe zyski. Los nieletnich ofiar się nie liczył.

Jedną z najbardziej znanych obecnie ofiar ks. Grzegorza Kocięckiego był Mateusz K. Jako ministrant służył przy otwockiej parafii od czasów swojej pierwszej komunii świętej. Miał zaledwie 11 lat gdy po raz pierwszy padł ofiara księdza proboszcza. Jego dramat trwał przeszło 15 miesięcy, ale nawet po tym czasie nie był w stanie się pozbierać. Rozpoczął się psychiczny koszmar, który trwał latami. Mateusz wszedł w okres dojrzewania, było coraz gorzej. I wracały wspomnienia…

Był już pełnoletni, od czasów molestowania minęło dziesięć lat, gdy zdecydował się na terapię. Trafił do gabinetu psychologa-terapeuty, pana Marka Sułkowskiego (mam nadzieję, że nie będzie on miał mi za złe, że ujawniam jego dane), człowieka niezwykle doświadczonego. To terapeuta Mateusza K., podczas spotkań ze swoim pacjentem szybko się zorientował, że ma do czynienia z ofiarą pedofila. Zorientował się, kto i w jakich okolicznościach wykorzystywał seksualnie małoletniego Mateusza.

W 2011 roku terapeuta, pan Marek Sułkowski, gdy zebrał wszystkie potrzebne mu informacje, powiadomił prokuraturę o wydarzeniach sprzed dziesięciu lat i dramacie swojego pacjenta. Ruszyła lawina prawna, długie śledztwo, akt oskarżenia i długi proces karny. O tym procesie napiszę jeszcze więcej w kolejnych odcinkach tego cyklu. W tym dodam tylko, że już podczas procesu, terapeuta Marek Sułkowski zeznawał jako świadek oskarżenia.

Można przyjąć niemal jako pewnik, że gdyby nie postawa pana Marka Sułkowskiego, ks. Grzegorz Kocięcki byłby nadal zupełnie bezkarnym pedofilem, a nawet cenionym duszpasterzem w diecezji warszawsko-praskiej. Spośród jego licznych ofiar, tylko nieliczne zdecydowały się po latach na zeznania i na współpracę z organami ścigania. I tu jeszcze jedna istotna uwaga. Kilku molestowanych ministrantów zdecydowało się wstąpić do seminarium. Biorąc pod uwagę opinie specjalistów z zakresu seksuologii, którzy zgodnie twierdzą, że wielu molestowanych w młodości chłopców, staje się po wielu latach sprawcami podobnych zachowań wobec dzieci, aż boje się pomyśleć, jakimi księżmi będą oni w przyszłości.

Niestety, wielu funkcjonariuszy (będą tutaj anonimowi) zajmujących się od lat ściganiem przestępstw o charakterze seksualnym z którymi rozmawiałem twierdzi, że zbyt wielu terapeutów nigdy nie informuje organów ścigania o tym, że ich pacjenci padli w dzieciństwie ofiarą pedofilów. Szczególnie dotyczy to terapeutów, którzy współpracują z diecezjami, zakonami i innymi instytucjami kościelnymi. Słyszałem nawet o drastycznym przypadku, gdy pewien terapeuta, podobno były ksiądz lub brat księdza (nie udało mi się tego jednoznacznie ustalić), powiadomił miejscowego biskupa o tym, że jego pacjent padł ofiarą księdza pedofila z tejże diecezji, a nie organy ścigania. Potem chronił sprawcę molestowania, a nie ofiarę.

Niech ilustracją tego problemu będzie cytat jednego z dokumentów, który dotyczy sprawy karnej Mateusza K.: „O podejrzeniu pedofilii powiadomił prokuraturę w 2011 roku psycholog, który prowadził terapię wykorzystywanego seksualnie ministranta. W trakcie terapii wyszło na jaw, że dorosły dziś mężczyzna, był w przeszłości ofiarą księdza pedofila. Sąd potwierdził, że takich ofiar w Polsce są tysiące”. Tysiące… Czy ktoś chciałby to skomentować?

Ale sprawa ks. Grzegorza Kocięckiego nie zakończyła się na tym etapie. Nie zakończył jej także prawomocny wyrok jaki zapadł w tej sprawie.

Ciąg dalszy nastąpi…

Andrzej Gerlach

Ćwiczenia z ateizmu. Część 42 „Jak ks. prof. Heller dowodzi istnienia Boga?”

Ks. prof. Michał Heller, znany przede wszystkim jako popularyzator nauki, propaguje także wiarę w istnienie Boga. Nie jest to poboczny temat jego działalności. Cała popularyzatorska działalność Hellera jest bezpośrednio lub pośrednio podporządkowana jego przekonaniom religijnym. Temu, co głosi, warto przyjrzeć się nieco bliżej. Chcę zaznaczyć, że nie oceniam dorobku naukowego Hellera, ale skupiam się na jego poglądach dotyczących Boga. Zresztą nagroda Templetona, którą Heller otrzymał, przyznawana jest za działalność na rzecz religii, nie za osiągnięcia naukowe (piszę o tym pod koniec).

1. Trzy „dziury”

Heller krytykuje popularną w religijnym piśmiennictwie koncepcję „Boga luk” czy „Boga zapchajdziury” (ang. God of the gaps), chociaż jednocześnie sam ją głosi. Na czym ta koncepcja polega? Jeśli nauka czegoś nie wyjaśnia, przypisuje się sprawstwo Bogu. Np. biochemia nie wyjaśnia w dostateczny sposób powstania życia, wobec tego twierdzi się, że to dzieło bożej interwencji. Bóg służy tu do wypełniania luk/dziur w wiedzy o świecie i człowieku.

Jest to koncepcja błędna. Z tego, że nauka czegoś nie wyjaśnia, nie wynika, że mamy do czynienia z działaniem Boga. Przyczyny niewyjaśnionego zjawiska mogą być jak najbardziej naturalne, a nie nadprzyrodzone.

Jednak Heller, krytykując metodę zapełniania Bogiem luk w naszej wiedzy o świecie i człowieku, sam koncepcją „Boga zapchajdziury” się posługuje. Na stronie założonego przez Hellera ośrodka, propagującego godzenie religii z nauką, czytamy:

„Zdaniem profesora Hellera, istnieją jednak trzy „dziury”, których nauka wypełnić nie potrafi. Dziura ontologiczna: dlaczego istnieje raczej coś niż nic?; dziura epistemologiczna: dlaczego Wszechświat jest racjonalny i może być badany metodami matematycznymi?; dziura aksjologiczna: skąd biorą się uniwersalne wartości?” (1).

Odpowiadając na te pytania, Heller wskazuje na Boga. To dzięki Bogu istnieje Wszechświat. To dzięki Bogu Wszechświat jest racjonalny i może być badany metodami matematycznymi. Dzięki Bogu istnieją wartości uniwersalne.

Krótki cytat w pigułce ukazuje sposób myślenia Hellera: „W dziele stworzenia – pisze Heller – został zrealizowany racjonalny zamysł Boga. Współczesna nauka odkrywając strukturę świata, odszyfrowuje ten zamysł. Matematyczna metoda badania jest tak skuteczna, ponieważ stwórczy zamysł Boga jest matematycznie precyzyjny, ponieważ Bóg stwarzając świat, myśli matematycznie” (2).

Nie chcę być złośliwy, ale trzeba powiedzieć, że są to teologiczne urojenia. Nie ma powodu, by z Hellerem się zgadzać. Twierdzenie, że Bóg stworzył świat, i to według precyzyjnego matematycznego planu, to czysta fantazja. Równie dobrze z poczuciem humoru można twierdzić, jak w powieści fantastycznej, że świat został stworzony przez złego czarownika-matematyka imieniem Abubu, przebywającego gdzieś poza czasem i przestrzenią.

Heller stosuje sposób rozumowania zaczerpnięty od średniowiecznych teologów. Polega on na przypisywaniu wszystkiego Bogu i dostrzeganiu Boga we wszystkim. Skoro świat istnieje, to znaczy, że stworzył go Bóg. Skoro matematyczne metody badań okazują się skuteczne, Heller uznaje, że Bóg stworzył świat według matematycznego planu.

Jest to wnioskowanie błędne. Z tego, że świat istnieje, a matematyczne metody badań są skuteczne, w żaden sposób nie wynika, że świat jest dziełem Boga.

Heller pochopnie twierdzi, że nauka nie potrafi wypełnić wymienionych przez niego „dziur” w naszej wiedzy. Nauka już dziś sporo wyjaśnia. Nikt nie wie, jakie są możliwości poznawcze nauki, nikt nie zna granic nauki. Nie ma powodu, by twierdzić, że nie odpowie na pytanie o powstanie świata, że nie wyjaśni „dziur” wskazanych przez Hellera.

Po pierwsze, na pytanie, skąd się biorą uniwersalne wartości, już dziś odpowiedzi udziela teoria ewolucji przyrodniczej. Heller uznaje tę teorię, ale nie dostrzega, że bardzo dobrze wyjaśnia ona uniwersalność pewnych wartości. Po drugie, można bez odwoływania się do Boga wyjaśnić, dlaczego badamy wszechświat metodami matematycznymi. Do zagadnień tych jeszcze wrócę. Najpierw skupię się na „dziurze ontologicznej”, tj. na pytaniu, dlaczego istnieje świat.

2. Dlaczego istnieje świat?

Heller wielokrotnie przywołuje aforyzm, ukuty przez niemieckiego filozofa i teologa Leibniza (1646-1716): „Dlaczego istnieje raczej coś niż nic?” Aforyzm rozumiany jest jako pytanie o to, dlaczego istnieje świat, jaka jest przyczyna istnienia świata. Zarówno dla Leibniza, jak i dla Hellera, odpowiedź jest oczywista. Świat zawdzięcza istnienie Bogu, został stworzony przez Boga, istnieje z jego woli. Według Hellera Bóg ciągle podtrzymuje istnienie świata, świat by nie istniał bez tej ciągłej boskiej pomocy. Heller powtarza, że świat jest urzeczywistnieniem „bożego zamysłu”, „wielkiego programu wszechświata” stworzonego przez Boga. „Ludzie wierzący – czytamy – we Wszechświecie dostrzegają pewną myśl, racjonalny plan Boga, a zatem inaczej postrzegają Wszechświat, niż ludzie niewierzący” (3).

Pisząc o „bożym zamyśle”, Heller przywołuje często Einsteina, który używał podobnego określenia (w wersji angielskiej the Mind of God). Ma to bez wątpienia dodać Hellerowi autorytetu. Heller sugeruje też niedwuznacznie, że Einstein wierzył w Boga. Rzecz w tym, że dla Einsteina była to tylko metafora ładu dostrzegalnego w przyrodzie. Zaś Heller traktuje tę przenośnię dosłownie, uznając, że Bóg istnieje. Einstein miał w tej kwestii pogląd jasny: „Słowo Bóg jest dla mnie niczym więcej niż wyrazem i wytworem ludzkiej słabości” – napisał (4). Heller, powołując się na Einsteina postępuje nie fair, a ponadto stawia się w roli Jasia, który nie rozumie wykwintnych metafor i pojmuje je dosłownie.

W jednym z wywiadów Heller, przywołując pytanie, dlaczego istnieje raczej coś niż nic, mówi: „Na to pytanie nie odpowiada nauka, tylko teologia. Istnieje coś – człowiek, wszechświat – bo zostało stworzone!” (5).

Teologia odpowiada, ale jest to odpowiedź pozbawiona wartości poznawczej, mająca charakter fikcji literackiej lub urojenia. Teolodzy i Heller mówią, że świat został stworzony przez Boga i jest urzeczywistnieniem bożego zamysłu, a nie wiadomo, kim jest ten Bóg, w jaki sposób stworzył świat i czy w ogóle istnieje. Nic nie wiadomo.

Nie ma sensownych argumentów uzasadniających przekonanie, że coś takiego, jak „Boży zamysł” czy boski „wielki program Wszechświata”, istnieje w rzeczywistości, a nie tylko w wyobraźni teologów. Są to fantazje lub urojenia ludzi religijnych, gotowych Boga dostrzegać wszędzie i we wszystkim. Oto kilkoro dzieci widziało Matkę Boską na drzewie w Fatimie i Gietrzwałdzie, oraz na wzgórzu w Medjugorie. Zaś profesorowie teologii – wzorem teologów średniowiecznych – dostrzegają we Wszechświecie boży zamysł, racjonalny plan Boga, ciągłą obecność Boga w świecie. Z pewnością patrząc na cokolwiek, każdy może widzieć to, co mu w głowie gra.

Nie ma sensownych argumentów wskazujących, że to Bóg stworzył świat i podtrzymuje jego istnienie. Np. teolodzy powołują się zwykle na zasadę, że wszystko musi mieć swoja przyczynę. Ich zdaniem przyczyną istnienia świata jest Bóg, który świat stworzył. Ale jeżeli wszystko musi mieć przyczynę, to trzeba zapytać, kto stworzył Boga. A jeżeli Bóg nie musiał mieć przyczyny, to równie dobrze świat jako całość nie musiał mieć przyczyny.

W ten właśnie sposób na bezzasadność argumentacji teologicznej wskazywał Bertrand Russell (logik, matematyk, filozof,1872-1970) i wielu późniejszych krytyków religii.

Trzeba powiedzieć, że świat jest rzeczywistością niezwykłą, szczególną, którą trudno nam pojąć. Jest bardzo możliwe, że w ciągle zmieniającej się postaci świat istnieje wiecznie, także przed tzw. wielkim wybuchem. Przekonanie, że wszystko musi mieć swoją przyczynę, odnieść można co najwyżej do obiektów istniejących wewnątrz świat, a nie do świata jako całości. Świat ma cechy rzeczywistości niezniszczalnej, istniejącej wiecznie, samoistnej, nie stworzonej przez nikogo.

Nie ma jednak dziś wystarczająco uzasadnionej naukowej teorii odpowiadającej na pytanie, dlaczego i jak powstał świat, czy może w jakiejś postaci istnieje wiecznie. Co wobec tego? Trzeba uczciwie powiedzieć „nie wiem”. Nie ma sensu powtarzanie starożytnych mitów, że świat lub cokolwiek innego zawdzięcza istnienie Bogu. Przekonanie, że świat jest efektem bożego zamysłu, bożego planu, pozbawione jest uzasadnienia, które można by uznać nie sprzeniewierzając się ludzkiej zdolności do myślenia.

3. A dlaczego istnieje Bóg?

Teolodzy, także Heller, wygodnie przyjmują, że w pytaniu „dlaczego istnieje raczej coś niż nic”, idzie tylko o istnienie świata. Skoro jednak pada pytanie, dlaczego istnieje świat, nie ma powodu, by nie zapytać, dlaczego istnieje Bóg, kto stworzył Boga?

Teologia nie odpowiada na to pytanie. Teolodzy najzwyczajniej robią unik. Twierdzą na mocy definicji i wiary, że Bóg nie musiał być przez nikogo stworzony. No ale jeśli tak, to równie dobrze można uznać, że także świat nie został przez nikogo stworzony.

Co więcej, pogląd, że świat istniał zawsze, jest bez porównania pewniejszy, niż pogląd, że Bóg istniał zawsze. Dlaczego? Bo istnienie świata przynajmniej nie budzi wątpliwości, jest wręcz pewne, chociaż nie wiemy o świecie wszystkiego. Także Leibniz i Heller uznają, że świat istnieje. Natomiast nic nie wskazuje, by istniał jakikolwiek Bóg. Jest to wyłącznie kwestia wiary.

W świetle wiedzy naukowej Bóg to urojenie. To dlatego w badaniach naukowych obowiązuje zasada naturalizmu metodologicznego, którą uznaje także Heller. Mówi ona, że w nauce nie należy brać pod uwagę istnienia Boga, jakichkolwiek bytów nadprzyrodzonych itp. Bóg został więc ewidentnie zignorowany, mimo że w średniowieczu teologię uważano za królową nauk, a jeszcze Newton (1643-1727) obliczał wiek ludzkości na podstawie Biblii na kilka tysięcy lat.

Naturalizm metodologiczny, oznaczający ignorowanie Boga, prowadzi pośrednio do wniosku, że Bóg nie istnieje. Bowiem jeżeli nauka nie bierze pod uwagę istnienia Boga, to jest to bardzo mocny argument wskazujący, że coś takiego jest tylko tworem ludzkiej wyobraźni.

Muszę powiedzieć coś przykrego. Teolodzy i Heller wykazują się bardzo ograniczoną wyobraźnią. Nie mogą pojąć, że świat może istnieć bez Boga. Wyobraźnię osób religijnych, także Hellera, niekorzystnie ograniczają biblijne mity, które zagnieździły się w ich głowach. Głównym starożytnym mitem/wirusem jest postać Boga-Stwórcy, który w mniemaniu Hellera nadprzyrodzonym umysłem zapewnia istnienie świata. Bez mitu Boga Heller nie potrafi sobie wyobrazić świata.

4. Racjonalność i matematyczność świata

Heller mówi, że świat jest racjonalny i matematyczny. Jest to stały temat jego wystąpień. Przyjrzyjmy się temu nieco bliżej.

Jak Heller rozumie racjonalność i matematyczność świata?

Oznacza to dla niego, że świat jest rozumnym, racjonalnym urzeczywistnieniem „bożego zamysłu”, a ten boży plan ma charakter matematyczny. Bóg swoim umysłem – twierdzi Heller – ustanowił racjonalne prawa przyrody, mające matematyczną postać. I to dzięki temu, że świat jest urzeczywistnieniem racjonalnego bożego planu, możemy go badać za pomocą matematycznych metod.

Co o tej koncepcji można powiedzieć? Jest na wskroś religijna, pozbawiona jakiegokolwiek sensownego uzasadnienia poza samą wiarą.To fantastyka religijna.

Nie ulega wątpliwości, że świat daje się badać i opisywać za pomocą matematycznych wzorów. Np. Newton sformułował twierdzenie mówiące, że każde ciało przyciąga inne z siłą proporcjonalną do iloczynu ich mas i odwrotnie proporcjonalną do kwadratu odległości między nimi (jest to matematyczny wzór powszechnego ciążenia). Einstein sformułował twierdzenie równoważności masy i energii: E=mc2. Twierdzenia takie nazywa się często prawami przyrody lub prawami fizyki.

Naukowcy prowadzą badania i pewne właściwości przyrody udaje się im ująć w matematyczne wzory i matematyczne modele (słów świat i przyroda używam zamiennie). Niewątpliwie trzeba zgodzić się z Hellerem, że: „Istnienie jest nierozerwalnie związane z niezmiernie skomplikowaną siecią struktur, które – przynajmniej w znacznej mierze – dają się modelować matematycznie” (6). Modelowanie to żywy fakt. Można zobaczyć naukowców tworzących matematyczne modele, które się sprawdzają.

Z tego nie wynika w żaden sposób, że to Bóg stworzył świat w matematyczny sposób. A co wynika? Niestety, tylko to, że naukowcy pewne właściwości przyrody odkrywają i zapisują w formie matematycznej. Podobnie jak w matematyczny sposób, za pomocą liczb, określamy temperaturę powietrza. Natomiast Heller, wskazując na zastosowania matematyki w badaniach naukowych, wciska tam Boga.

Wbrew temu, co twierdzi Heller, nie ma czegoś takiego, jak „matematyczność świata” w postaci stworzonego przez Boga matematycznego projektu wszechświata, zbudowanego z matematycznych prawa przyrody. Tak rozumiana matematyczność świata jest wyłącznie urojeniem.

A co nie jest urojeniem? To, że świat istnieje, a naukowcy badają go za pomocą metod matematycznych. Z tym zgadza się także Heller i na ogół inni teolodzy.

Podsumujmy: Świat niewątpliwie daje się opisywać za pomocą matematycznych wzorów, twierdzeń, modeli. Ale w żaden sposób nie wynika z tego, że te matematyczne konstrukcje, jak i właściwości przyrody do których się odnoszą, pochodzą od Boga. Matematyczne modele i twierdzenia są efektem pracy naukowców. Zaś świat/przyroda jest wspaniałą rzeczywistością, która nie musiała być przez nikogo stworzona i w której nie miesza żaden bóg.

5. Czym są prawa przyrody?

W metodologii nauki rozróżnia się:

Po pierwsze, prawa przyrody, tj. regularności występujące w przyrodzie. Np. woda zamarza w określonej temperaturze, kamień podrzucony do góry spada i w ten sposób daje o sobie znać grawitacja. Przyroda nie jest stabilna, ale bez żadnych regularności nie mogłaby istnieć. Regularności stanowią nieodłączny atrybut, nieodłączną właściwość przyrody. Naukowcy starają się te regularności zbadać.

Po drugie, prawa nauki, tj. twierdzenia sformułowane przez naukowców, odnoszące się do regularności występujących w przyrodzie, czyli do praw przyrody. Prawa nauki, w szczególności prawa fizyki, mają często postać matematycznych wzorów, np. kultowe E=mc2.

Heller miesza celowo prawa przyrody i prawa nauki. Np. w swoich wykładach pyta, skąd się wzięły prawa fizyki. Ściśle biorąc, prawa fizyki sformułowali fizycy – wiadomo więc skąd się wzięły, nie ma co pytać. Ale według Hellera prawa fizyki stworzył Bóg, zaś fizycy je tylko odkrywają. Prawa fizyki są, jak wierzy Heller, myślami Boga, a prawa przyrody, tj. regularności występujące w przyrodzie, są tych myśli urzeczywistnieniem.

To bez reszty teologiczne fantazje. Trzeba powiedzieć wyraźnie, że nauka nie dysponuje dziś dostatecznie uzasadnioną teorią powstania praw przyrody. Także Heller i teolodzy nie wiedzą, jak powstały.

Wskazywanie na Boga jest wyjaśnieniem pozornym, niczego nie wyjaśnia. Jest to odpowiedź ogólnikowa. Heller nie wyjaśnia, w jaki to sposób Bóg prawa przyrody stworzył. Teolodzy mogą na ten temat tylko dywagować i fantazjować.

Co więcej, Heller przyjmuje, że prawa przyrody musiały być stworzone przez Boga. Odrzuca myśl, że mogą istnieć wiecznie jako nieodłączny atrybut wiecznie istniejącej przyrody. Przekonanie, że prawa przyrody musiały być stworzone przez Boga, jest tak samo bezpodstawne, jak przekonanie, że świat został stworzony przez Boga (o czym pisałem wcześniej). Przypomnijmy: Jeżeli teolog twierdzi, że wszystko musi mieć swojego stwórcę, więc świat i prawa przyrody musiały być stworzone przez Boga, to powstaje pytanie, kto stworzył Boga. A jeżeli Bóg nie musiał być przez nikogo stworzony, to równie dobrze świat jako całość wraz z prawami przyrody – nie musiał być stworzony. Przekonanie, że wszystko musi mieć swoją przyczynę, odnieść można co najwyżej do obiektów istniejących wewnątrz świata, ale nie do świata jako całości. Prawa przyrody stanowią niezbędną właściwość przyrody i wraz z nią stanowią rzeczywistość samoistną i ostateczną. 

Wskazywanie na Boga jako stwórcę, wypełnianie nim luk w wiedzy, mówienie, że stworzył prawa przyrody, jest nonsensem. Lepiej uczciwie przyznać – analogicznie jak w odniesieniu do powstania świata – że nie wiemy jak prawa przyrody powstały, niż głosić, że stworzył je Bóg. Teolodzy i Heller powielają starożytne mity o Bogu-Stwórcy. Wobec wagi zagadnienia, warto powiedzieć dobitnie: jest to ściema i dziecinada. Teologicznych bajeczek nie można traktować poważnie. Należą one do tej samej kategorii, co wiara w magię, czary, wróżby, astrologię.

Podsumujmy: Prawa przyrody, rozumiane jako regularności występujące w przyrodzie, są nieodłączną cechą przyrody, która jako rzeczywistość najwyższego rzędu nie musiała być przez nikogo stworzona.

6. Dlaczego możemy badać świat?

Na pytanie, dlaczego możemy świat badać, dlaczego świat daje się badać, odpowiada teoria ewolucji.

Jesteśmy częścią świata, z niego wyewoluowaliśmy – i dlatego jesteśmy z nim kompatybilni, dopasowani. Dlatego możemy świat badać. Wszelkie zwierzęta, a w pewien sposób także rośliny, badają swoje otoczenie. Jest to zwierzętom niezbędne do życia. Bez tej umiejętności by nie istniały. Każdy pies bada swoje otoczenie i ma o nim wiedzę prawdziwą, np. wie, że on i inne psy nie przeskoczą wysokiego płotu.

Nauki biologiczne pokazują, jak ewolucyjnie powstawał i zmieniał się układ nerwowy i mózg; jak rozwijało się życie psychiczne, zdolności poznawcze i świadomość – od form najprostszych do najbardziej rozwiniętych u człowieka. Mówi o tym teoria ewolucji i to ona, a nie Bóg, najlepiej wyjaśnia, dlaczego świat daje się badać i dlaczego możemy go badać. Dokładniejsze wyjaśnienia należą do neurologii, do rozwijających się dynamicznie badań nad funkcjonowaniem ludzkiego mózgu. Teologia nie ma tu nic do powiedzenia, powtarza starożytne mity o Bogu-Stwórcy.

7. Inteligentny projekt z przypadkiem

Heller krytykuje – i słusznie – koncepcję tzw. inteligentnego projektu, rozwijaną szczególnie w USA. Łatwo jednak zauważyć, że sam ją głosi pod nazwą „bożego zamysłu”, „bożego planu” lub „wielkiego programu wszechświata”.

Czym Heller odróżnia się od zwolenników inteligentnego projektu? Dlaczego krytykuje koncepcję inteligentnego projektu, chociaż ją głosi pod inną nazwą?

Po pierwsze, Heller mówi wprost o „bożym zamyśle”, „bożym planie”, według którego funkcjonuje świat. Natomiast zwolennicy „inteligentnego projektu” starają się o Bogu nie mówić, przynajmniej oficjalnie. Dlaczego? Ustawodawstwo amerykańskie zabrania nauczania w szkołach państwowych religii i religijnych wierzeń. Naucza się natomiast ewolucjonizmu, bowiem jest to teoria stanowiąca fundament nauk biologicznych.

W tej sytuacji organizacje religijne, chcąc doprowadzić do nauczania w szkołach religijnej koncepcji powstania życia i człowieka, postanowiły zastosować trik. Wymyślono, że będzie się mówić o „inteligentnym projekcie”, a nie o „bożym planie”, i przedstawiać tę koncepcję jako teorię naukową. Podjęto sądową batalię o zgodę na nauczanie „inteligentnego projektu” w szkołach, argumentując, że jest to teoria naukowa.

Jak dotąd zabiegi te są nieskuteczne. Koncepcja inteligentnego projektu oceniana jest trafnie jako pseudonaukowa i religijna. A w Polsce? W Polsce religii naucza się w szkołach oficjalnie i teolodzy nie mają motywacji, by mówić o inteligentnym projekcie. Heller woli wprost mówić o bożym zamyśle, o bożym planie.

Po drugie, zwolennicy inteligentnego projektu sądzą z reguły, że Bóg zaprojektował świat dokładnie, nie pozostawiając miejsca na przypadek. Natomiast Heller za swoje osiągnięcie uważa przekonanie, że Bóg do swego matematycznego „programu wszechświata” wprowadził także przypadek. Trzeba powiedzieć, że to dość sprytne posunięcie, pozwala nie protestować, jeśli naukowcy mówią o przypadkowości. Teolodzy mogą nawet twierdzić, że Bóg stworzył człowieka posługując się przypadkiem. A w jednej z książek Hellera mamy tezę, która brzmi jak dobry żart: „Jeśli przypadek jest określonym przejawem funkcjonowania świata przyrody (a jest!), to znaczy, że podlega on wszechwładzy Boga tak samo, jak wszystkie inne elementy tego świata. (…) Bóg, posługując się prawami przyrody, wykorzystał nie co innego, ale właśnie przypadek, żeby stworzyć życie” (7).

Heller głosi tu kreacjonizm (wiarę w stwórczą moc Boga) sprzeczny z teorią ewolucji. Teoria ewolucji nie uznaje, że życie lub człowiek zostały stworzone przez jakiegokolwiek Boga. Dodajmy jeszcze, że ściśle biorąc, teoria ewolucji nie twierdzi, że człowiek lub życie powstały przypadkiem. Twierdzi natomiast, że nie zostały przez kogokolwiek zaplanowane lub stworzone. Częste nieporozumienia wiążą się z niejasnością pojęcia przypadku.

Hellera i amerykańskich głosicieli „inteligentnego projektu” łączy rzecz fundamentalna. Są przekonani, że świat jest zaprojektowany przez Boga czy też jakąś istotę nadprzyrodzoną. To, co głosi Heller, to wariant inteligentnego projektu – inteligentny projekt z przypadkiem. Obie wersje inteligentnego projektu (ta z przypadkiem i ta bez przypadku), należą do kategorii religijnej fantastyki.

Po trzecie, zwolennicy inteligentnego projektu w USA są z reguły religijnymi fundamentalistami, zwolennikami wiernego trzymania się Biblii. Na ogół odrzucają całkowicie teorię ewolucji. Nie brakuje wierzących, że świat istnieje zaledwie kilka tysięcy lat. Nie dziwota, że Heller nie chce, by umieszczano go w tym towarzystwie. Nie zmienia to faktu, że Heller głosi – tak jak zwolennicy inteligentnego projektu – iż Bóg zaprojektował świat i prawa przyrody. Niedaleko padło jabłko od jabłoni.

8. Skąd się wzięły wartości uniwersalne?

Heller pyta, „skąd biorą się wartości uniwersalne”. Niewiele mówi na ten temat, ale twierdzi, że nauka nie potrafi wyjaśnić ich powstania. Według niego jest to „dziura aksjologiczna”, którą koniecznie trzeba wypełnić Bogiem. I Heller to robi. Według niego wartości uniwersalne istnieją w Bogu i pochodzą od Boga. Jak wszystko, według tego teologa i uczonego.

Co to są wartości uniwersalne?

Wartość to coś, co się ceni. Wartości uniwersalne to takie, które są cenione powszechne wśród ludzi żyjących w różnych społeczeństwach i kulturach. Heller wymienia w szczególności racjonalność, prawdę, dobro i piękno.

Czy wartości uniwersalne, tj. powszechne wśród ludzi, istnieją?

Z pewnością we wszystkich społecznościach ludzie posiadają jakieś wyobrażenie piękna, dobra, prawdy i racjonalności/rozumności, chociaż mówiąc o tym używają odmiennych słów i pojęć. Trzeba też mocno podkreślić, że wyobrażania te są bardzo podatne na uwarunkowania społeczne, na wpływy środowiska społecznego i kultury. Co innego uważane jest np. za piękne czy rozumne w rożnych społeczeństwach i środowiskach. Liczą się też indywidualne, osobiste uwarunkowania.

Na podstawie badań naukowych uznaje się dziś za rzecz pewną, że podstawowe uczucia i zachowania, które związane są z wartościami uniwersalnymi, ukształtowały się w toku ewolucji i należą do naszego biologicznego wyposażenia, podobnie jak uczucie strachu czy przyjemności. Mają one pochodzenie ewolucyjne, a nie boskie. Dotyczy to także wartości moralnych, którym poświęca się ostatnio sporo badań naukowych.

Człowiek nie jest „niezapisaną tablicą” (tabula rasa), posiada wiele wrodzonych uczuć skłaniających go do określonego postępowania. Są one właściwe wszystkim ludziom, niezależnie od społeczności, kultury, narodu, rasy. Mamy wrodzone, ukształtowane ewolucyjnie predyspozycje, by w pewnych sytuacjach odczuwać strach, zadowolenie, radość, piękno, pomagać lub zachowywać się agresywnie.

Co więcej, są one wspólne ludziom i wielu innym gatunkom zwierząt. Podobnie jak skóra i kości. Cenimy, tak jak zwierzęta, dobre jedzenie itp. W swoistej postaci zwierzętom właściwe są także uczucia i zachowania wyższego poziomu. Bez wątpienia zwierzęta reagują na bodźce wzrokowe i słuchowe, które my kojarzymy z pięknem (chociażby kolorowe upierzenie i śpiew u ptaków). Oczywiście znaczne są tu różnice międzygatunkowe.

Zwierzęta rozróżniają zachowania dobre, przyjazne i złe, wrogie. Na swój sposób identyfikują prawdę i oszustwo (badania eksperymentalne wskazują, że psy potrafią oszukiwać). Zwierzęta umieją postępować racjonalnie, np. pies biegnie do dziury w płocie, nie wali bezmyślnie głową w sztachety.

Zwierzęta społeczne, tj. żyjące w stadach, w grupach, cenią sobie – jak ludzie – kontakt z innymi osobnikami, są towarzyskie, współpracują, pomagają sobie, opiekują się potomstwem, hamują agresję; daje o sobie znać nawet altruizm i poświęcenie. To właśnie jest dobro. Uczucia i zachowania tego rodzaju są wielkim atutem w procesie ewolucji. Dzięki nim pewne gatunki zapewniały sobie ekspansję, a współpraca podlegała wzmacnianiu.

Oczywiście zwierzętom społecznym, w tym ludziom, właściwa jest też agresja i zachowania cechujące się okrucieństwem. Walczą o pozycję społeczną w grupie i o różne dobra. Są kłótliwe. Polują, zwalczają wrogów, bronią swojego terytorium.

To, co najbardziej odróżnia ludzi od innych gatunków, to rozwinięta zdolność abstrakcyjnego myślenia. Dzięki niej w zasadzie wszyscy ludzie są w stanie np. nauczyć się ze zrozumieniem tabliczki mnożenia, czego nie potrafią inne gatunki zwierząt. Umiejętność abstrakcyjnego myślenia umożliwiła rozwój kultury, w tym nauki i koncepcji etycznych (niekoniecznie humanitarnych). Ale, podkreślmy, umiejętność abstrakcyjnego myślenia występuje także w zaczątkowej postaci u gatunków małp najbliższych nam ewolucyjnie.

Jako gatunek społeczny, tj. żyjący w grupach, posiadamy wrodzony impuls, wrodzony zmysł moralny skłaniający nas do pomagania, współpracy, uczciwości, sprawiedliwości. Dzięki niemu wiemy „z siebie”, jakie zachowanie jest etyczne, nawet jeżeli w wielu sytuacjach górę bierze egoizm i agresja.

Nakazy etyczne i religijne są wtórne wobec tego moralnego impulsu. Nie jest on wynikiem etyki czy religii, przeciwnie – pojawia się w etyce i religii dlatego, że jest człowiekowi wrodzony. Etyka, religia, prawo, wychowanie, wpływają na normy i zachowania moralne, wzmacniają je lub modyfikują.

Heller jest niespożyty, uznaje teorię ewolucji, ale twierdzi, że wartości uniwersalne, dobro, sprawiedliwość, racjonalność, piękno, mają boskie pochodzenie, są wynikiem bożego zamysłu, bożego planu. Tymczasem pochodzenie uniwersalnych wartości wyjaśnia bardzo dobrze teoria ewolucji przyrodniczej.

9. Godzenie nauki z religią

Heller głosi ideę pogodzenia religii z nauką, chociaż nie wiadomo, na czym miałoby to polegać. Czy nauka miałaby uznać boskie pochodzenie świata i praw przyrody? Na jakiej podstawie?

W 2008 r. Heller otrzymał nagrodę fundacji Templetona właśnie za działalność na rzecz zbliżenia religii i nauki, nie za osiągnięcia naukowe. Nagrodę przeznaczył na założenie Centrum Kopernika Badań Interdyscyplinarnych w Krakowie (łatwo pomylić z Centrum Nauki Kopernik w Warszawie, instytucją powołaną w 2005 r., finansowaną przez władze Warszawy i rząd RP).

Centrum Hellera zajmuje się popularyzacją nauki, ale właściwą jego misją jest propagowanie religii w kontekście nauki. Centrum powstało z inspiracji Fundacji Templetona, zajmującej się propagowaniem religii. Z tą intencją przyznano Hellerowi nagrodę. Zamierzeniem Fundacji Templetona było utworzenie ośrodka prowadzącego działalność religijno-naukową w krajach Europy wschodniej i centralnej.

Nagroda Templetona została ustanowiona w 1972 r. przez miliardera Johna Templetona i przyznawana jest za działalność religijną. Do 2001 r. nosiła nazwę Nagrody Templetona za osiągnięcia w dziedzinie religii (Templeton Prize for Progress in Religion). Od 2001 r. nosi nazwę Nagrody Templetona za osiągnięcia w badaniach lub odkryciach dotyczących rzeczywistości duchowych (Templeton Prize for Progress Toward Research or Discoveries about Spiritual Realities). Wychodzi na to samo.

Templeton widział swoją nagrodę w opozycji do nagrody Nobla. Noblem nagradza się za osiągnięcia naukowe, nagrodą Templetona za osiągnięcia religijne. Templeton postanowił, że jego nagroda ma być wyższa od nagrody Nobla – oczywiście jest wyższa tylko pod względem finansowym.

Pierwszą laureatką była w 1972 r. Matka Teresa z Kalkuty. W 1973 nagrodę otrzymał założyciel katolickiej wspólnoty Taizé, w 1982 r. sławny protestancki kaznodzieja Billy Graham, w 2013 anglikański biskup Desmond Tutu z Afryki Południowej. W gronie laureatów znajdują się mniej lub bardziej znani politycy, filozofowie, naukowcy. Decydująca jest działalność na rzecz religii, nie nauki.

Nie da się pogodzić religii i teologii z nauką (mam na myśli, tak jak i Heller, teologię wyznaniową; czasami nazywa się teologią także badanie religii, religioznawstwo).

Zauważyłem, że artykuł ten wydłużył mi się ponad miarę, a na temat sprzeczności między nauką oraz religią i teologią pisałem już kilkakrotnie. Więc tylko jeden akcent polemiczny. Heller nazywa teologię nauką, ale mówi jednocześnie, że teologia opiera się na wierze i objawieniu bożym, a jej twierdzenia nie podlegają doświadczalnemu sprawdzeniu. Oznacza to ewidentnie, że teologia nie jest nauką. Nie spełnia elementarnych wymogów stawianych nauce, co najwyżej pod naukę się podszywa.

10. Słowo na zakończenie

To, co pisze Heller o Bogu, świecie i prawach przyrody, to czyste spekulacje, pozbawione uzasadnienia, które pozwalałoby je poważnie wziąć pod uwagę. Ponadto Heller mówiąc o prawach przyrody, racjonalności i matematyczności świata – tonie w ogólnikach. Dopytywany, powtarza okrągłe formuły. Religijne zagadnienia przetyka ciągle rozważaniami dotyczącymi fizyki i matematyki, co ma sugerować, że opiera się na wiedzy naukowej. Tak nie jest. Koncepcje Hellera opierają się na starożytnym micie Boga, tj. potężnej, nadprzyrodzonej istoty. Heller próbuje ten mit zachować i pogodzić ze współczesną nauką, która pojęcie Boga usunęła poza nawias i ignoruje. Hybryda, jaką byłoby połączenie nauki z religią, nie może zaistnieć. – Alvert Jann

Alvert Jann: Blog „Ćwiczenia z ateizmu” https://polskiateista.pl/aktualnosci/blogi-2/cwiczenia-z-ateizmu/ : Zapraszam licealistów, studentów i wszystkich zainteresowanych na ćwiczenia z ateizmu. Co miesiąc =pierwszego=, czasami częściej, będę zamieszczał krótki tekst, poważny ale pisany z odrobiną luzu. Nie widzę siebie w roli mentora czy wykładowcy, mam na myśli wspólne zastanawianie się.

Nauka nie wyjaśnia wszystkiego, religia nic nie wyjaśnia.

Na blogu znajduje się kilkadziesiąt artykułów, m.in.:

Teoria Boga krótko wyłożona” https://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/teoria-boga-krotko-wylozona/

Czy istnieje wolna wola?” https://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/czy-istnieje-wolna-wola/

Co to jest płeć kulturowa (gender)?” https://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/co-to-jest-plec-kulturowa/

……………………………………………………………

Przypisy:

1 Centrum Kopernika Badań Interdyscyplinarnych – https://www.copernicuscenter.edu.pl/files/attachment/prof_heller_0.pdf

2 M. Heller, Kosmiczna przygoda człowieka mądrego, Wydawnictwo Znak, Kraków 1994, s. 256.

3 https://www.copernicuscollege.pl/kursy/bog-i-kosmologia

4 http://wyborcza.pl/1,75400,12641586,Czy_Albert_Einstein_wierzyl_w_Boga_.html

5 http://prasa.wiara.pl/doc/461286.W-przedsionku-religii

6 https://www.tygodnikpowszechny.pl/dzieci-gwiazd-potomstwo-boga-31910?language=pl

7 M. Heller, T. Pabjan, Elementy filozofii przyrody. Kraków: Copernicus Center Press, 2014, s. 251.

Zdjęcie ks. prof. Michała Hellera: info.wyborcza.pl

……………………………………………………………………….

„Putin On Air”. Włodek Kostorz

 

Od kiedy Wielka Brytania wyszła po angielsku z Unii Europejskiej oglądam sobie czasami na Tubie konferencje prasowe cara Rosji. Dawniej oglądałem wystąpienia europosła Nigela Farage’a, co było zawsze mocnym przeżyciem. Muszę z ręką na sercu przyznać, że jednak nie to poczucie humoru, nie ta lekkość narracji, ale też czasami są zabawne te konferencje. Jednak co Farage, to Farage, jak mówił Konfucjusz.

Nie wiem co wtedy Putin nawywijał, ale na konferencji były takie tłumy jakich sobie car życzył. To też taka ciekawostka, że tam zawsze jest więcej dziennikarzy, niż bywało europosłów podczas wystąpień Farage’a. Nie wiem, może europosłowie nie przepadają za angielskim poczuciem humoru, a dziennikarze lubią rosyjskie szutki. Zachodzi u mnie uzasadnione podejrzenie, że część tych “dziennikarzy” to przebierańcy „akredytowani” przy SWR w Jasienewie, a pytania piszą im w wydziale dezinformacji. W takich okolicznościach car może popisać się błyskotliwymi odpowiedziami, poczuciem humoru i inteligencją. Może także odpowiedzieć na pytania, których żaden inny dziennikarz nie zadał, bo życie mu miłe.

W każdym razie pod koniec konferencji do głosu dorwała się niemiecka dziennikarka, która jak się okazało jest trochę nieprzygotowana do lekcji. W tym samym czasie niejaka Julia Tymoszenko trafiła do ancla pod zarzutem defraudacji. Miała wtedy stres z jej przeciwnikiem politycznym i jednocześnie prezydentem Wiktorem Janukowyczem.

 

 

W Niemczech była to duża sprawa, wszystkie media trąbiły o tym, że z tej Tymoszenko to więzień stricte polityczny, że jest chora, że lekarzy do niej nie wpuszczają i stoi jedną nogą w grobie, że kiwa osamotniona w walce z systemem, no masakra. Nie wiem o co takie wielkie halo. Obecnie coraz więcej niemieckich rencistów jest w podobnej sytuacji i nikt w mediach nie drze szat.

W każdym razie niemiecka żurnalistka dorwała się do mikrofonu i dawaj maglować cara. Normalnie jechała mu po ambicji. Twierdziła, że on taki wielki car, że wszystko może i niech coś zrobi, żeby Tymoszenko wypuszczono do Niemiec na leczenie, bo biedna jest tam politycznie więziona. Putin spojrzał z lekkim politowaniem na kobietę, co jest niewybaczalnym policzkiem dla kobiet i Bundesrepubliki. Z niego taki większy macho, ale na pytanie odpowiedział.

– Proszę Pani – zaczął grzecznie – Pani chyba pomyliła samoloty i nie w tym kraju wylądowała. Ja jestem prezydentem Federacji Rosyjskiej, a Julia Tymoszenko jest obywatelką Ukrainy, która to Ukraina jest suwerennym państwem. Nie rozumiem co ja mam z tym wspólnego, ale skoro Pani tutaj już jest, postaram się pani odpowiedzieć. Moje informacje mówią, że pani Tymoszenko nie jest więźniem politycznym, ale został osadzona za korupcję.

– Jest więźniem politycznym, a dowody zostały sfabrykowane – nie dawała za wygraną.

– Pani się myli.

– Ma pan na to jakieś dowody?

– Oczywiście. Julia Tymoszenko była korumpowana przez nasze rosyjskie firmy. Proszę zostawić swoją wizytówkę, a jutro moje biuro wyśle pani mailem wszystkie dane. Gdzie, ile i do jakich banków były przekazywane pieniądze.

Tadammmm i pozamiatane.

Jeśli owa żurnalistka była oficerem SWR, powinna była dostać za tą rolę awans na pułkownika. Jeśli była faktycznie dziennikarką, wpisała się niestety w mainstream niemieckiej żurnalistyki. Ale nie zawsze Putin ma tak łatwo, a za rogiem zawsze czeka nieprzewidywalne. Jako były oficer KGB powinien to wiedzieć. Ech Wołodia gdzie czujność oficera wywiadu?

Tym razem konferencja dotyczyła baz amerykańskich i ich uzbrojenia na terenie Japonii. Chodziło o to, że Amerykanie chcieli umieścić jakieś rakiety z głowicami w kraju kwitnącej wiśni, co bardzo niepokoiło kraj kwitnącej korupcji, więc mieli stres z Amerykanami. Musiał być spory skoro car postanowił zwołać konferencję celem straszenia kto ma większego.

O głos poprosił przedstawiciel japońskiej agencji prasowej. Tym razem jestem pewien, że nie był to jakiś farbowany Czukcza przebrany za samuraja. Putin przybrał na fotelu wyluzowaną pozycję ala Franz Maurer z filmu “Psy”, konkretnie w scenie gdy odpowiada przed komisją lustracyjną. Pełny luz, tylko zwisającej ręki z papierosem brakowało.

Japończyk chwycił za mikrofon i dawaj nawijać po rosyjsku. Po rosyjsku to mało powiedziane, mówił jakby od trzech pokoleń mieszkał w okolicach Arbatu. Walił tak dobre trzy minuty i nie zostawił na Putinie suchej nitki. Normalnie w takich sytuacjach agenci przebrani za dziennikarzy w zależności od sytuacji albo buczą, albo wybuchają gromkim śmiechem, co bardzo ożywia atmosferę. Tym razem na sali panowała grobowa cisza. Widocznie oficer operacyjny też był zaskoczony i nie dawał do słuchawki żadnych poleceń.

Japończyk jechał z Putinem jak z burą suką cytując jego wypowiedzi z wielu miejsc o różnym czasie i że w związku z tym nie bardzo wiadomo kiedy mówi prawdę, a kiedy łże jak pies. Wspomniał jeszcze przy okazji o dwóch wyspach co je Rosjanie Japonii jumneli. Był jak to Japończyk, bardzo uprzejmy ale ostry jak katana. Putin natomiast siedział jak zahipnotyzowany. Gdy samuraj skończył swoją zabawę w dwadzieścia pytań i odpowiedzi, ukłonił się po japońsku i usiadł, a Putin nadal gapił się prezentując wyraz twarzy kota srającego na pustyni. W końcu sam zaczął się śmiać, rozłożył ręce i stwierdził, że Japończyk załatwił go sposobem “Jōdan Oizuki” (jakaś tam technika w judo) i on kompletnie nie ma planu co powiedzieć. Udzieli jednak odpowiedzi na piśmie, jak tylko ogarnie swoje szmaty z „Tatami”. Oj potoczyły się zapewne łby w służbach po tej konferencji.

Znaczy można, ale wystąpień Nigela Farage’a już nic nie zastąpi. Ech gdzie te czasy?

Włodek Kostorz

Warszawa – notatnik pedofilii. Część 1 i 2

PEDOFILIA PO WARSZAWSKU –część I.

Od wielu godzin czytam dokumenty, zeznania świadków, nieletnich ofiar (dziś już osób dorosłych), biegłych sądowych i inne materiały prasowe, dotyczące jednego z księży warszawskich, który okazał się pedofilem skazanym prawomocnym wyrokiem sądowym. Rozpoczynając ten nowy cykl, postanowiłem nie tylko przypomnieć tu dowody jego przestępczej działalności, bo pedofilia każdego księdza zawsze ma podobne oblicza, pełne łez jego nieletnich ofiar i cynizmu sprawcy i jego kościelnych przełożonych. W tym cyklu chciałbym także pokazać cały skomplikowany mechanizm wewnątrz instytucji polskiego Kościoła, pokazać wzajemne powiązania w grzechu zarówno sprawców jak i ich bezpośrednich przełożonych, czego konsekwencją jest potem świadome ukrywanie dewiacji jednego z małych trybików wielkiego mechanizmu jakim jest Kościół.

Padną w tym cyklu niemal wszystkie nazwiska, z wyjątkiem ofiar oraz moich informatorów, gdyż o pedofilii w polskim Kościele już dawno postanowiłem pisać z podawaniem wszystkich danych ludzi Kościoła, nie tak jak dziennikarze czy prawnicy, gdzie publicznie podaje się tylko jedynie pierwsze litery nazwisk osób, których ta sprawa dotyczy. Wiele z nazwisk które tu padną, to ludzie z pierwszych stron naszych gazet, także nasi hierarchowie, ale nie mogę zrobić tego inaczej, gdyż jestem przekonany, że tylko ujawniając wszystko do samego końca, jesteśmy w stanie zrozumieć cały mechanizm grzechu, a także jego świadomego ukrywania. I to właśnie w tej instytucji, która grzech ma na wszystkich swoich sztandarach.

Negatywnym bohaterem nowego cyklu jest ks. Grzegorz Stanisław Kocięcki, w latach 1987-1992 kapłan archidiecezji warszawskiej, a po utworzeniu w 1992 roku nowej diecezji warszawsko-praskiej, jej kapłan i pracownik.

Urodził się w dniu 3 maja 1956 roku w Warszawie, tam się wychował i chodził do szkoły, co często sam podkreślał i co będzie miało swoje dalsze znaczenie w naszym cyklu. Stosunkowo późno zdecydował się na kapłaństwo, gdyż do seminarium archidiecezji warszawskiej wstąpił dopiero po śmierci kard. Stefana Wyszyńskiego (1901-1981), latem 1981 roku, a więc w wieku 25 lat, gdy jego rówieśnicy to seminarium już ukończyli. Mój kościelny informator twierdzi, że było to działanie pod wpływem świadomości, że zdawał już sobie sprawę z własnych preferencji seksualnych i tego, że nie jest w stanie założyć rodzinę, być mężem i ojcem. Jego seksualność była skierowana w stronę małych chłopców. Nie młodzieńców czy dorosłych mężczyzn, ale wyłącznie dzieci płci męskiej przed okresem dojrzewania.

Czy w okresie pontyfikatu papieża Jana Pawła II (1920-2005), badano kandydatów do kapłaństwa pod kątem ich preferencji seksualnych? Wszyscy moi kościelni rozmówcy, i to z różnych części kraju twierdzą zgodnie, że albo nikogo wówczas nie badano, albo robiono to po wielu miesiącach i to w sposób, który niczego nie miał potwierdzić z naukowego punktu widzenia. Panował wtedy bowiem w całym kraju ogólnonarodowy entuzjazm z powodu pełnych seminariów i zakonów i narodowy mit o „Pokoleniu JPII”.

Ze swojej strony dodam tu tylko, że na czele archidiecezji warszawskiej oraz jej seminarium duchownego stali wówczas ludzie, którzy potem mieli bezpośredni wpływ na działalność swojego dawnego kleryka. Gdyby więc po wielu latach wyszło na jaw, że świadomie dopuścili do przyjęcia dewianta do seminarium, a następnie do wyświęcenia go na kapłana, moralna odpowiedzialność za jego seksualne preferencje spadłaby także na nich samych. I tu mamy pierwszy z powodów tej ich wzajemnej solidarności w grzechu.

Kleryk warszawskiego seminarium duchownego, diakon Grzegorz Stanisław Kocięcki, został po sześciu latach studiów wyświęcony na kapłana przez metropolitę warszawskiego, kard. Józefa Glempa (1929-2013). Był czerwiec 1987 roku. Wkrótce miały za to zapłacić niewinne ofiary.

Ciąg dalszy nastąpi…

PEDOFILIA PO WARSZAWSKU –część II.

Jedna z osób, prawdopodobnie osoba duchowna lub ktoś kto ma księdza w najbliższej rodzinie, w niewybredny sposób zarzuciła mi wczoraj, że wywołanym tematem „atakuję Kościół i przywołuję stare sprawy, które już dzisiaj nikogo nie interesują”. Ponadto, rzekome ofiary ks. Grzegorza Kocięckiego same do niego przychodziły i tam się upijały. Dlatego postanowiłem w dzisiejszym odcinku przypomnieć istotne fakty, które jak wynika to z relacji sądowych i zachowanych dokumentów, jednoznacznie pozwolą wszystkim czytelnikom wyrobić sobie własne zdanie na temat wydarzeń z Otwocka pod Warszawą.

To prawda, że wszystko wydarzyło się ponad dwadzieścia lat temu, ale jak to wykażę w kolejnych odsłonach tego cyklu, w wyniku obecnych działań kościelnych przełożonych skazanego pedofila, to co wydarzyło się przed wielu laty ma swoje konsekwencje także do dzisiaj.

Wiele wskazuje na to, że częste przenosiny ks. Grzegorza Kocięckiego na różne placówki duszpasterskie, w latach 1987-1992 na terenie archidiecezji warszawskiej, a po 1992 roku w nowoutworzonej diecezji warszawsko-praskiej, mogło być też konsekwencją jego seksualnych preferencji. Ale skupmy się jedynie na wydarzeniach otwockich, które skończyły się procesem karnym i wyrokiem skazującym. Są to bowiem fakty udokumentowane i nikt ich już nie jest w stanie podważyć.

W latach 2001-2002, w okresie aż 15 miesięcy, ks. Grzegorz Kocięcki, pracujący już wówczas jako proboszcz w parafii w Otwocku, dopuścił się wielokrotnie zachowań, które według sądu zostały uznane za zachowania pedofilskie, a to wszystko wobec zaledwie 10-11 letnich ministrantów.

Początkowo były to wakacyjne wyjścia z najmłodszymi ministrantami na miejscowy basen. I nie byłoby w tym niczego nagannego, wręcz księdzu należałoby pogratulować takiego zaangażowania względem dzieci z wielu rodzin ubogich, których rodzice nie mogli poświęcić im tyle czasu co ich proboszcz, gdyby nie jego prawdziwe intencje wobec tych chłopców o charakterze seksualnym. Ale nie będę tutaj niczego komentował w tej zawiłej sprawie, a jedynie zacytuje zaledwie jeden krótki fragment sądowych ustaleń. „Organizował też wyjścia na basen z ministrantami i w czasie pływania obleśnie ich obmacywał, w tym chwytał ręką za genitalia”. Czy to jest właściwe zachowanie 45-letniego proboszcza wobec 10-11 letnich ministrantów?

Ale jego niepohamowany popęd seksualny wobec chłopców przed okresem dojrzewania doszedł do takiej fazy, że proboszcz nie potrafił się powstrzymać nawet wobec 11-latka ubranego w strój liturgiczny i gotowego służyć mu do mszy. Do napaści na chłopca doszło bowiem w zakrystii, bezpośrednio przed nabożeństwem. I tu znowu dwa cytaty: „Ksiądz napastował jednego z ministrantów przed mszą na terenie zakrystii”. „Grzebał mu w kroczu i wkładał mu język do ucha, sapiąc mocno”. Jedenastoletni Mateusz K. przeżył taki szok, że po latach trafił na terapię, ale ten wątek pozostawię na inny odcinek tego cyklu.

Można mnie krytykować, że piszę o dawnych sprawach i że atakuję Kościół i jego duchownych, ale czy nie warto zadać sobie wcześniej kilka pytań. Czy wysyłając 10-11 latka do służenia do mszy, rodzice nie mają prawa mieć pewności, że nie trafi on w zakrystii w łapska takiego zwyrodnialca? Jakie spustoszenie w psychice dziecka może wywołać takie doświadczenie, gdy pada ofiarą seksualnego dewianta, tej samej osoby, która po kilku minutach ubiera się w liturgiczne szaty, wznosi ręce do Boga i modli się w imieniu całej wspólnoty wiernych obecnej w świątyni?

Ale kościelny dewiant posunął się znacznie dalej. Już nie wystarczały wyjścia na basen czy okazjonalne grzebanie małym ministrantom w rozporkach.

Ciąg dalszy nastąpi…

Andrzej Gerlach

Ćwiczenia z ateizmu. Część 41 „Europa nie jest chrześcijańska!”

Biskupi i kościelni autorzy co chwila przypominają nam o chrześcijańskich korzeniach Europy. Sugerują wręcz, że wszystko, co cenne, zawdzięczamy Kościołowi i chrześcijaństwu. To nieprawda. Europa ma za sobą chrześcijańską przeszłość, ale współcześnie podstawą tożsamości i cywilizacji europejskiej są prawa człowieka, świecka kultura oraz nauka. Osiągnięć tych nie zawdzięczamy Kościołowi ani chrześcijaństwu.

I. Prawa człowieka

Prawa człowieka sformułowano i ogłoszono w wieku XVIII. Kościół katolicki sprzeciwiał się im aż do połowy XX w., przestał je negować dopiero od drugiego soboru watykańskiego (1962-1965). Dziś kościelni autorzy próbują głosić, że prawa człowieka zawdzięczamy chrześcijaństwu i Kościołowi.

1. Trochę historii: Pierwsza Deklaracja Praw Człowieka i Obywatela została przyjęta przez francuskie Zgromadzenie Narodowe w 1789 r. (pełny tekst Deklaracji zamieszczam na końcu – warto przeczytać). Prawa człowieka są też podstawą Konstytucji Stanów Zjednoczonych Ameryki z tego samego okresu.

Szaleńczy sprzeciw władz Kościoła katolickiego budziła zasada wolności słowa i przekonań, w tym swoboda wyboru religii lub niewyznawania żadnej. Sprzeciwiano się zasadzie oddzielenia państwa i kościoła. Władze kościelne domagały się uprzywilejowanej pozycji dla religii katolickiej, dla siebie oraz dla swoich wyznawców. Państwo miało służyć Kościołowi, miało być państwem katolickim, analogicznie jak dziś mamy państwo islamskie w Arabii Saudyjskiej i Iranie. Żądano, by prawo obowiązujące w państwie było podporządkowane zasadom uznawanym przez władze kościelne. Wszystkie te dążenia władz kościelnych pozostawały w sprzeczności z prawami człowieka. Władze kościelne trwały w sprzeciwie wobec praw człowieka aż do połowy XX w.

Dokumenty kościelne, które wyrażają najpełniej stanowisko władz kościelnych w kwesttiach praw człowieka, to: oświadczenie Piusa VI Quod aliquatum z 1791 r. oraz encykliki: Grzegorza XVI Mirari vis, 1832 r.; Piusa IX Quanta cura wraz z syllabusem, 1864 r.; Leona XIII Immortale Dei, 1885 i Libertas 1888 r.

Dłuższe cytaty zajęłyby zbyt dużo miejsca, więc jak najkrócej:

Leon XIII sprzeciwia się zasadzie, zgodnie z którą „każdemu zostawi się wszelką wolność w kwestiach religii, wolność obrania sobie tej, którą woli, lub nieobrania żadnej”. Pius IX odrzuca pogląd, że Kościół ma być oddzielony od państwa, a państwo od Kościoła”. Według papieża katolicyzm ma być religią państwową. Odrzuca on pogląd, że „W naszej epoce nie jest już użyteczne, by religia katolicka miała status jedynej religii państwowej”. Nie zgadza się też z poglądem, że „Wiedza filozoficzna i moralna oraz świeckie ustawy mogą i powinny być niezależne od autorytetu Boga i Kościoła”. (linki do encyklik podaję na końcu).

Władze kościelne uznały prawa człowieka dopiero na drugim soborze watykańskim (1962-1965), gdyż dalsze ich negowanie groziło Kościołowi marginalizacją. Najtrudniej przyszło hierarchom kościelnym uznanie prawa każdego człowieka do wyboru religii, którą chce wyznawać, lub do niewyznawania żadnej.

2. Etyka i polityka praw człowieka: Prawa człowieka to nie tylko przepisy prawne. Są to zasady etyczne przekładane na język przepisów prawa. Mają one charakter świecki, nie odwołują się do boga, religii, objawienia lub pism świętych.

W największym skrócie zasady świeckiej etyki praw człowieka można przedstawić następująco: wolność ograniczona tylko wolnością innych; wolność przekonań, słowa, druku, stowarzyszeń i zgromadzeń, w tym wolność do wyznawania wybranej religii lub niewyznawania żadnej; równe traktowanie bez względu na narodowości, rasę, światopogląd, przekonania, religię, płeć, orientację seksualną, majątek; prawo do wolności osobistej i do sprawiedliwego procesu; prawo do regularnych wolnych wyborów władz państwowych; zakaz tortur; zakaz niewolnictwa i poddaństwa; współcześnie bardzo wysoką rangę zyskują prawa socjalne.

U podstaw etyki praw człowieka leży idea ograniczenia krzywd doświadczanych przez ludzi w życiu społecznym.

3. Sprzeczności: Wydawać by się mogło, że między świecką etyką praw człowieka a etyką katolicką czy chrześcijańską nie powinno być dziś sprzeczności. Tak jednak nie jest. Dlaczego? Prawa człowieka ustalane są przez opinię publiczną i władze demokratycznych państw. Natomiast zasady etyki katolickiej ustalane są przez władze Kościoła, powołujące się na Pismo Święte. Stąd liczne sprzeczności między etyką i polityką praw człowieka a etyką, której nauczają kościoły.

Fundamentalna sprzeczność dotyczy wiary/niewiary w Boga. Dekalog i ewangelie zawierają na pierwszym miejscu nakaz wiary w Boga – i to wiary w Boga jedynie rzekomo prawdziwego, jakim jest bóg występujący w Biblii. Na tej podstawie Kościół katolicki uznaje brak wiary w Boga, czyli ateizm, za grzech i zło. W aktualnym Katechizmie czytamy:Ateizm, odrzucając lub negując istnienie Boga, jest grzechem przeciw cnocie religijności” (pkt 2125).

Natomiast etyka praw człowieka nie ocenia ateizmu jako czegoś złego. Prawa człowieka od samego początku (XVIII w.) zawierały zasadę wolności przekonań i wyznania, w tym niewyznawania żadnej religii. Ponadto ze świeckiego punktu widzenia religijność nie jest cechą pozytywną, nie jest żadną cnotą moralną. Często wiąże się z niemądrą dewocją, bigoterią, przesądami, fanatyzmem i agresywnym dążeniem do narzucania swoich przekonań innym.

Etyka praw człowieka oraz etyka kościelna odmiennie/sprzecznie oceniają prawo do rozwodów, stosowanie środków antykoncepcyjnych, seksualne stosunki pozamałżeńskie i homoseksualne, prawo do zawierania małżeństw homoseksualnych, prawo do aborcji. Także w sprawach równego traktowania kobiet i mężczyzn nie ma zgody (biskupi i chrześcijańscy autorzy negatywnie oceniają badania i programy inspirowane etyką praw człowieka, piętnując je jako „ideologię gender”). Sprzeczne oceny dotyczą także dokumentów prawnych, odnoszących się do kwestii etyki i praw człowieka. Przykładem jest tzw. konwencja antyprzemocowa (Konwencja o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej z 2011r.).

II. Świecka kultura

Jan Paweł II trafnie zauważył: „w połowie ubiegłego tysiąclecia rozpoczął się, a od XVIII w. rozwinął na szeroką skalę proces laicyzacji, zmierzający do wykluczenia Boga i chrześcijaństwa z wszystkich dziedzin życia ludzkiego. Wynikiem tego procesu były często agnostyczny lub ateistyczny laicyzm i sekularyzacja, a więc zdecydowane i totalne wykluczenie Boga i naturalnego prawa moralnego z wszystkich dziedzin ludzkiego życia. W ten sposób religia chrześcijańska została zepchnięta do prywatnej sfery życia człowieka” (link na końcu). Naturalne prawo moralne, o którym mówi papież, to – mówiąc najkrócej – zasady moralne, które podaje Kościół jako pochodzące od Boga.

Papież oczywiście boleje nad tym, że religia chrześcijańska traci na znaczeniu. Nie powinien to być dla nas powód do zmartwień.

1. Transformacja kultury europejskiej: W czasach nowożytnych Europa przeszła wielką przemianę. Zamiast kultury zdominowanej przez religię, powstała dynamicznie rozwijająca się kultura świecka. Przełomową rolę w tym procesie odegrało w XVIII w. Oświecenie, a później swoiste moralne przebudzenie w krajach zachodnich po II wojnie światowej. Dzięki tym przemianom religia zeszła na plan dalszy, zaś centralne miejsce zajęła świecka kultura, etyka i polityka praw człowieka, oraz nauka.

Kraje, które tych przemian nie przechodziły, lub przechodziły z opóźnieniem, podlegały cywilizacyjnemu zastojowi lub regresowi. Kraje zachodnie, gdzie przemiany te miały swój matecznik, zyskały dominującą pozycję w świecie.

Upadek chrześcijaństwa i Kościoła będzie postępował. We współczesnym społeczeństwie coraz bardziej tracą wiarygodność starożytne mity religijne, na których zbudowane jest chrześcijaństwo. Ujawnia się nonsensowność wiary w „życie po śmierci”, w pośmiertne potępienie i zbawienie, w sąd ostateczny, po którym ma nastąpić koniec obecnego świata. Traci wiarygodność mit głoszący, że Jezus był synem Boga, narodził się z dziewicy, a po ukrzyżowaniu zmartwychwstał. Odchodzi w przeszłość wiara, że Pismo Święte zawiera prawdy objawione przez Boga. Samo pojęcie Boga jest coraz częściej postrzegane jako starożytny mit, albo wręcz jako oszustwo lub urojenie. W wielu krajach zachodnich już dziś większość stanowią osoby niereligijne („Nowy sondaż o religijności w Europie Zachodniej” i  „Wiara w Boga w Unii Europejskiej” – linki na końcu).

Kulturotwórcze znaczenie mitów religijnych należy w Europie i krajach zachodnich do przeszłości. Kościoły będą trwać, ale ich rola będzie coraz bardziej marginalna. Będzie podobna do roli, jaką dziś odgrywają świadkowie Jehowy, czyli dziwactwa.

2. Atrakcyjność świeckiej kultury zachodniej: Kościelni autorzy i konserwatyści często mówią o upadku kultury europejskiej czy też zachodniej. Powinni raczej martwić się o siebie i religię. Świecka kultura zachodnia ma się dobrze i jest atrakcyjna. Ma swój, jak można by powiedzieć, sex appeal, który działa.

Wywiera ona olbrzymi wpływ także na kraje islamskie i na muzułmanów. Mimo ożywienia religijnego na gruncie islamu, mimo nawróceń na islam, mimo zbrodniczej recydywy islamskiego fundamentalizmu, warto też odnotowywać zmiany pozytywne. Np. w wielu krajach islamu na tamtejszych uniwersytetach kobiety stanowią olbrzymią część wśród studiujących, a w niektórych krajach nawet większość. Uświęcona tradycją rola kobiet zmienia się, często mimo szaleńczego oporu tamtejszego kleru i fundamentalistów. Powoli zmienia się obyczajowość.

Podam ciekawy przykład atrakcyjności kultury zachodniej. W sondażach, przeprowadzonych w krajach muzułmańskich przez renomowany amerykański ośrodek badawczy Pew Research Center, pytano: Które z poniższych stwierdzeń jest najbliższe Twoim poglądom: 1. Lubię zachodnią muzykę, filmy i telewizję; 2. Nie lubię zachodniej muzyki, filmów i telewizji.

Na ogół 30-50% muzułmanów wybierało odpowiedź „LUBIĘ” (badania przeprowadzono na próbach reprezentatywnych).

Oto wyniki dotyczące dużych krajów muzułmańskich (pierwsza liczba to procent odpowiadających LUBIĘ, druga NIE LUBIĘ; dane dotyczą muzułmanów, nie ogółu ludności): Maroko 52/44 ; Nigeria 51/45 ; Kenia 50/49 ; Turcja 49/42 ; Indonezja 42/55 ; Irak 40/58 ; Palestyna 37/61 ; Jordania 36/63 ; Egipt 33/63 ; Bangladesz 30/66 ; Pakistan 20/76 (procenty nie sumują się do 100, kilka procent pytanych wybierało odpowiedź nie wiem, lub odmówiło odpowiedzi). Link do raportu z badań podaję na końcu.

Również muzułmańscy imigranci nie są impregnowani na kulturę europejską. Zasięg akceptacji i dostosowania się do europejskiego otoczenia jest wśród nich znaczny, chociaż są oczywiście środowiska, które stwarzają poważne problemy. Trzeba jednak powiedzieć wyraźnie, że wizja islamizacji Europy jest prawicowym oszołomstwem.

III. Nauka

W epoce nowożytnej i współcześnie kraje zachodnie stały się głównym centrum rozwoju nauki. Trudno nie doceniać roli, jaką odegrało to w kształtowaniu cywilizacji, kultury i tożsamości europejskiej.

Kościelni autorzy próbują przedstawić rozwój nauki jako zasługę Kościoła i chrześcijaństwa. A to nieprawda. O zasługach Kościoła można mówić co najwyżej w odniesieniu do średniowiecza. To dawne czasy. Faktem jest, że nieliczni ludzie, którzy w średniowieczu zajmowali się nauką, byli najczęściej księżmi i zakonnikami. Również na zakładanych wówczas uniwersytetach dominowali duchowni, ale nie prowadzono tam badań naukowych. Kościół zakładał szkoły przy katedrach, zakonach i parafiach, jednak ich celem było dość elementarne kształcenie oraz indoktrynacja religijna.

Trzeba też powiedzieć (a jest to bardzo ważne!!), że religia chrześcijańska nie motywowała do podejmowania badań naukowych. Motywowała wiarę w Boga, pobożność; nie motywowała do zajmowania się nauką. Chrześcijaństwo kierowało myśli człowieka ku sprawom nadprzyrodzonym, ku Bogu i życiu wiecznemu, a nie ku nauce w dzisiejszym rozumieniu. Chrześcijaninowi łatwiej było zostać świętym niż naukowcem.

1. Bez kościołów i księży: Od XVI w. w Europie Zachodniej nauka rozwija się w coraz większej mierze poza Kościołem. Wśród osób zajmujących się nauką jest coraz mniej księży i zakonników. W XIX w. udział Kościoła, księży i zakonników w rozwoju nauki staje się śladowy. Wśród naukowców są oczywiście osoby religijne, ale ich osiągnięcia nie są zasługą kościołów czy religii.

Można uznać za fakt symboliczny, że Galileusz (1564-1642), najwybitniejsza postać wczesnego okresu rozwoju nauki nowożytnej, był osobą świecką. Wykształcenie zdobył, a następnie był wykładowcą na uniwersytetach w Pizie i w Padwie, które cieszyły się niezależnością od Kościoła. Popadł natomiast w konflikt z władzami kościelnymi i o mało nie został spalony żywcem na stosie. Powód? Był zwolennikiem Kopernikowskiego heliocentryzmu i z tego powodu został oskarżony o herezję. Galileusz był rewelacyjny także w życiu prywatnym. Ze swoją partnerką, z którą miał troje dzieci, nigdy nie wziął ślubu.

Od XVI w. nauka rozwija się dzięki powstaniu niezależnych od kościołów środowisk badaczy, akademii i towarzystw naukowych. Kościoły tracą wpływ na działalność uniwersytetów.  Kluczową rolę w rozwoju nauki zaczęły odgrywać takie niezależne od kościołów instytucje, jak Paryska Akademia Nauk, Królewskie Towarzystwo w Londynie dla Rozszerzania Wiedzy o Przyrodzie, Pruskie Towarzystwo Nauk, Niemiecka Akademia Przyrodników Leopoldina. O ile jeszcze w XVII w. władze kościelne mogły skutecznie nękać niepokornych badaczy, to stopniowo traciły te możliwości. Wsparcia nauce dostarczali natomiast monarchowie i władze państwowe.

Utrata wpływu kościołów na uniwersytety i naukę była jedną z tych okoliczności, które zdecydowanie sprzyjały rozwojowi nauki. Dotyczyło to zarówno nauk przyrodniczych, jak też społecznych i humanistycznych.

W XIX w., chociaż nie dziś, wśród naukowców większość stanowiły przypuszczalnie osoby religijne, ale ich osiągnięcia naukowe nie były żadną zasługą kościołów czy też chrześcijaństwa. Nie ma związku przyczynowego między religijnością a osiągnięciami naukowymi, tak jak np. nie ma związku przyczynowego między kolorem włosów a osiągnięciami w nauce. Przytaczanie nazwisk naukowców, którzy byli religijni czy też deklarowali wiarę w Boga, nie jest argumentem na rzecz tezy, że naukę zawdzięczamy religii czy chrześcijaństwu.

2. Coraz mniej naukowców religijnych: Od XIX w. wśród naukowców przybywa osób niereligijnych i ateistów. Religijność naukowców słabnie, ale nauka rozwija się coraz szybciej. Jak widać, szerzący się wśród naukowców „grzech ateizmu” i zanik „cnoty religijności” nie powodują złych skutków.

W okresie Oświecenia (XVIII w.) duże znaczenie zyskuje deizm, tj. przekonanie lub założenie, że istnieje nadzwyczajna siła, która stworzyła świat i utrzymuje go w ruchu. Tę supersiłę nazywa się bogiem, ale nie jest to bóg osobowy, nie opiekuje się on ludźmi. Odrzucane są kościelne dogmaty. Wiara w Jezusa, który narodził się z dziewicy, po śmierci zmartwychwstał itd., postrzegana jest jako przesąd religijny. Nie dziwota, że kościoły chrześcijańskie do dziś potępiają deizm.

Obecnie wśród naukowców zdecydowaną większość stanowią osoby niewierzące w Boga. Religijni autorzy podają często nieprawdziwe dane dotyczące przekonań naukowców. Wymienia się nazwiska wybitnych religijnych naukowców, poczynając od Kopernika (XV/XVI w.), sugerując w ten sposób, że również dziś wybitni naukowcy są powszechnie religijni. Tak nie jest („Ilu naukowców wierzy w Boga?” – link na końcu).

Często podawane są kłamliwe informacje. Np. wymienia się Alberta Einsteina jako wierzącego w Boga. Tymczasem Einstein wypowiedział się w tej sprawie wyraźnie: „Słowo =Bóg= jest dla mnie niczym więcej niż wyrazem i wytworem ludzkiej słabości, a Biblia zbiorem dostojnych, ale jednak prymitywnych legend, ponadto dość dziecinnych. Żadna interpretacja, niezależnie od tego, jak subtelna, nie może tego zmienić”. Religijni autorzy dokonują nadużycia przedstawiając Einsteina jako wierzącego w Boga. Einstein był niereligijny, używał słowa „bóg” jako metafory („Kim jest Bóg?” – link na końcu).

Wkład Kościoła w rozwój współczesnej nauki jest żaden. Co najwyżej można powiedzieć, że niektórzy naukowcy deklarujący religijność uczestniczą w jej rozwoju. Kościół próbuje natomiast dostosować religijne przekonania i katechizm do osiągnięć nauki. Między nauką a religią istnieje jednak przepaść, której nie da się zasypać. Wyeliminowanie sprzeczności jest niemożliwe.

3. Sprzeczność między religią a nauką: Kościelni teolodzy mówią często, że między nauką a religią chrześcijańską nie ma sprzeczności, bo zajmują się one odmiennymi dziedzinami rzeczywistości: religia rzeczywistością nadprzyrodzoną, zaś nauka przyrodą, rzeczywistością doczesną.

Jest to pogląd fałszywy.

Chrześcijańskie „prawdy”, podawane przez kościoły do wierzenia, dotyczą także przyrody, rzeczywistości fizycznej oraz człowieka jako istoty biologicznej. Zainteresowania religii i nauki w znacznym zakresie pokrywają się. Natomiast istnieje ewidentna sprzeczność między tym, co religia oraz nauka mówią o świecie, przyrodzie i człowieku.

Przykłady? Ależ oczywiście.

Religia chrześcijańska głosi, że świat, który znamy, zakończy swe istnienie wraz z powtórnym przyjściem Jezusa i sądem ostatecznym. Jest to sprzeczne z wszelkimi naukowymi teoriami dotyczącymi przyszłości Ziemi i świata. Z punktu widzenia nauki to nonsens albo – delikatniej mówiąc – mit religijny.

Kościół głosi jako fakt, nie jako przenośnię, że choroby i śmierć to skutek grzechu pierworodnego, tj. nieposłuszeństwa Bogu, jakiego dopuścić się mieli pierwsi ludzie (takie banialuki, jak i inne tu wymienione, zawierają także szkolne podręczniki religii).

Kościół katolicki wprawdzie nie zaprzecza już ewolucji w przyrodzie, ale twierdzi, że powstanie człowieka to efekt ingerencji Boga w proces ewolucji, albo że Bóg jest obecny w procesie ewolucji. Nauka tego nie uznaje, ale Kościół głosi swoje.

Według Kościoła istnieje Bóg osobowy, który stworzył świat i zajmuje się ludźmi. W życie ludzi mają też ingerować aniołowie i złe duchy, demony. Kościół twierdzi też, że człowiek ma duszę nieśmiertelną daną mu przez Boga.

Wszystkie te twierdzenia kościołów chrześcijańskich dotyczą nie tylko rzeczywistości nadprzyrodzonej, ale także ziemskiej. Nauka tych kościelnych „prawd” nie uznaje. Są one sprzeczne z wiedzą naukową. Nie są to nawet hipotezy, przypuszczenia, bo sensowna naukowa hipoteza musi opierać się na wynikach badań naukowych. Nie wszystko, co komukolwiek przyjdzie do głowy, można traktować jako hipotezę. Często są to fantazje, mity, urojenia lub pospolite androny.

Słowo na zakończenie

Europa ma chrześcijańską przeszłość, ale chrześcijaństwo nie inspirowało rozwoju świeckiej kultury, świeckiej etyki, praw człowieka, nauki. Osiągnięć tych nie zawdzięczamy chrześcijaństwu ani Kościołowi.

Współczesna cywilizacja europejska nie ma chrześcijańskich korzeni i nie zawdzięczamy jej kościołom. Jest rezultatem właściwej ludziom skłonności do poznawania i przekształcania otoczenia, oraz wielu sprzyjających okoliczności, które są przedmiotem badań historyków. Chrześcijaństwo i kościoły nie inspirowały rozwoju świeckiej kultury, świeckiej etyki, praw człowieka, nauki, czyli fundamentów współczesnej cywilizacji europejskiej. A dziś chrześcijaństwo przypomina język, którym mówi coraz mniej ludzi. – Alvert Jann

……………………………………………………………………..

Alvert Jann: Blog „Ćwiczenia z ateizmu” https://polskiateista.pl/aktualnosci/blogi-2/cwiczenia-z-ateizmu/ : Zapraszam licealistów, studentów i wszystkich zainteresowanych na ćwiczenia z ateizmu. Co miesiąc „pierwszego”, czasami częściej, będę zamieszczał krótki tekst, poważny ale pisany z odrobiną luzu. Nie widzę siebie w roli mentora czy wykładowcy, mam na myśli wspólne zastanawianie się.

– Nauka nie wyjaśnia wszystkiego, religia nic nie wyjaśnia.

Na blogu znajduje się w tej chwili kilkadziesiąt artykułów, m.in.:

Sprzeczności między nauką a religią: 10 przykładów” – https://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/sprzecznosci-miedzy-nauka-a-religia-10-przykladow/

„Ilu naukowców wierzy w Boga?” – https://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/ilu-naukowcow-wierzy-w-boga/

Nowy sondaż o religijności w Europie Zachodniej” – https://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/nowy-sondaz-o-religijnosci/

Wiara w Boga w krajach Unii Europejskiej” – https://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/wiara-boga-krajach-unii-europejskiej/

Teoria Boga krótko wyłożona” https://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/teoria-boga-krotko-wylozona/

Co to jest płeć kulturowa (gender)?” https://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/co-to-jest-plec-kulturowa/

Pismo Święte jakiego nie znacie” – https://polskiateista.pl/cwiceniezateizmu/pismo-swiete-jakiego-nie-znacie/ – o ukrywanych stronach Biblii.

……………………………………………………………………..

Źródła cytatów:

– Jan Paweł II: Europa potrzebuje Jezusa Chrystusa – https://opoka.org.pl/biblioteka/W/WP/jan_pawel_ii/przemowienia/alcidedegasperi_23022002.html

– Encykliki Leona XIII i Piusa IX – https://opoka.org.pl/biblioteka/W/WP/leon_xiii/encykliki/immortale_dei_01111885.html ; https://opoka.org.pl/biblioteka/W/WP/pius_ix/inne/syllabus_08121864.html

– Katechizm Kościoła Katolickiego – http://www.katechizm.opoka.org.pl/

Czy Albert Einstein wierzył w Boga? – http://wyborcza.pl/1,75400,12641586,Czy_Albert_Einstein_wierzyl_w_Boga_.html

– Raport Pew Research Center – http://www.pewforum.org/2013/04/30/the-worlds-muslims-religion-politics-society-science-and-popular-culture/

……………………………………………………………………….

DEKLARACJA PRAW CZŁOWIEKA I OBYWATELA

z 26 sierpnia 1789 r. 

    Przedstawiciele Ludu Francuskiego, ukonstytuowani w Zgromadzenie Narodowe, uważając, że nieznajomość, zapomnienie i lekceważenie Praw Człowieka są jedynymi przyczynami nieszczęść publicznych i nadużyć rządów, postanowili przedstawić w uroczystej Deklaracji naturalne, niezbywalne i święte prawa Człowieka w celu, aby ta Deklaracja stale obecna wśród członków społeczeństwa, przypominała im nieustannie ich prawa i obowiązki, aby akty Władzy Ustawodawczej i Wykonawczej mogły być w każdej chwili porównywane z celem każdej instytucji państwowej i były dzięki temu bardziej szanowane; aby żądania obywateli oparte odtąd na zasadach prostych i niewątpliwych były ukierunkowane zawsze na utrzymanie Konstytucji i szczęścia ogólnego. 
    Wobec powyższego, Zgromadzenie Narodowe uznaje i deklaruje, w obecności i pod auspicjami Istoty Najwyższej, następujące prawa Człowieka i Obywatela.

Artykuł I
Ludzie rodzą się i pozostają wolni i równi w swych prawach. Zróżnicowania społeczne mogą być oparte wyłącznie na pożytku powszechnym.

Artykuł II
Celem każdej organizacji politycznej jest zachowanie naturalnych i nieprzedawnialnych praw człowieka. Prawami tymi są: wolność, własność, bezpieczeństwo i opór przeciwko uciskowi.

Artykuł III
Źródło wszelkiego zwierzchnictwa spoczywa całkowicie w Narodzie. Żadne ciało, żadna jednostka nie może wykonywać władzy, która nie pochodzi wyraźnie od Narodu.

Artykuł IV
Wolność polega na możności czynienia wszystkiego, co nie szkodzi drugiemu; w ten sposób wykonywanie praw naturalnych każdego człowieka nie ma innych granic niż te, które zapewniają korzystanie z takich samych praw innym członkom społeczeństwa. Granice te może określać tylko ustawa.

Artykuł V
Ustawa może zabraniać tylko takiego postępowania, które szkodzi Społeczeństwu. Wszystko, co nie jest zabronione przez ustawę, nie może być zakazane i nikt nie może być zmuszony do czynienia tego czego ustawa nie nakazuje.

Artykuł VI
Ustawa jest wyrazem woli powszechnej. Wszyscy Obywatele mają prawo brać osobiście lub za pośrednictwem swych przedstawicieli udział w jej tworzeniu. Powinna ona być jednakowa dla wszystkich, zarówno kiedy broni jak też kiedy karze. Wszyscy obywatele są równi wobec prawa i mają równy dostęp do wszystkich godności, stanowisk i funkcji publicznych, zależnie od ich uzdolnień i z zachowaniem tylko takich różnic, które wynikają z ich cnót i talentów.

Artykuł VII
Nikt nie może być oskarżony, zatrzymany ani więziony bez podstaw prawnych określonych w ustawie i z zachowaniem form przez nią wskazanych. Ci, którzy oddziałują, wydają, wykonują lub zlecają wykonanie rozkazów arbitralnych, winni być ukarani; lecz każdy obywatel wezwany lub zatrzymany na podstawie ustawy winien natychmiast okazać posłuszeństwo; stawiając opór staje się winnym.

Artykuł VIII
Ustawa może ustanawiać tylko takie kary, które są oczywiście i ściśle niezbędne, nikt nie może być karany inaczej jak tylko na podstawie ustawy uchwalonej i ogłoszonej przed popełnieniem przestępstwa i legalnie stosowanej.

Artykuł IX
Każdy człowiek jest uważany za niewinnego aż do momentu gdy zostanie uznany winnym. Jeżeli konieczne okaże się jego zatrzymanie, każde zastosowanie rygorów, które nie są niezbędne dla zabezpieczenia jego osoby, winno być surowo karane przez ustawę.

Artykuł X
Nikt nie powinien być niepokojony z powodu swoich przekonań, także religijnych, pod warunkiem że ich wyrażanie nie zakłóca porządku publicznego ustanowionego na podstawie ustawy.

Artykuł XI
Swobodne wyrażanie myśli i poglądów jest jednym z najcenniejszych praw Człowieka: każdemu Obywatelowi przysługuje więc wolność słowa, pisma i druku, a odpowiada tylko za nadużycie tej wolności w przypadkach określonych w ustawie.

Artykuł XII
Zagwarantowanie praw Człowieka i Obywatela wymaga istnienia publicznej siły zbrojnej: siła ta jest więc ustanowiona w interesie wszystkich, a nie tylko dla wygody tych, którym została powierzona.

Artykuł XIII
W celu utrzymania publicznej siły zbrojnej oraz dla pokrycia wydatków administracji niezbędny jest podatek powszechny. Powinien on być równo rozłożony na wszystkich Obywateli stosownie do ich możliwości.

Artykuł XIV
Wszyscy Obywatele mają prawo stwierdzać, osobiście lub za pośrednictwem swych przedstawicieli, niezbędność podatku publicznego, wyrażania nań zgody w sposób swobodny, czuwania nad jego wykorzystaniem, ustalania jego wysokości, podstawy wymiaru, sposobu pobierania i czasu trwania.

Artykuł XV
Społeczeństwo ma prawo żądać sprawozdania z działalności od każdego urzędnika publicznego.

Artykuł XVI
Społeczeństwo, w którym nie ma gwarancji poszanowania praw ani ustanowienia podziału władz nie ma Konstytucji.

Artykuł XVII

    Własność jest prawem nietykalnym i świętym, nikt nie może być go pozbawiony, z wyjątkiem przypadku, gdy wymaga tego konieczność publiczna prawnie uznana, ale pod warunkiem słusznego i wypłaconego z góry odszkodowania.

(Źródło: Biblioteka Sejmowa – http://libr.sejm.gov.pl/tek01/txt/konst/francja-18.html )

……………………………………………………………………………………….

Kilka refleksji przy okazji „walentynek” Elżbieta Kurowska 2017 rok.

* Felieton powstał kilka lat temu. Na oświatowe krzesełko Zalewskiej wskoczył Piontkowski, a po nim rozsiadł się Czarnek. Torcikowi przybyło warstw i kolejne wisienki wieńczyły jego piramidalną głupotę.

Ciekawe, kiedy przyjdzie wystarczająco bolesna i powszechna niestrawność…

 

WISIENKA NA TORCIE

Wkrótce Walentynki. Zaroi się od serduszek. Będą takie do wzruszania, do jedzenia w różnych smakach, pobudzające wszelkie zmysły, uskrzydlone, pikantne, z podtekstem, dosadne, figlarne, praktyczne, nieśmiałe, pęknięte, złamane, kamienne, będą serca w rozterce, w plecaku, w młodej piersi i w starej, ściśnięte, na dłoni, serca z kamienia albo miękkie jak plastelina. Serca na każdą okazję. Może to i obce, kiczowate, banalne, ale… Ale otwiera furtki, staje się pretekstem, bodźcem, kruszy lody, upraszcza, dodaje odwagi, czasem pozwala coś zamknąć lub zacząć. Dla mnie też jest pretekstem, żeby poruszyć temat z pozoru drugorzędny.

PiS szykuje nam pacyfikację serc, aseksualną rewolucję, zamach na energię życia, zawłaszczenie testosteronu i progesteronu. To jedno z najbardziej rujnujących działań, precyzyjny cios w splot słoneczny. Przy ubezwłasnowolnieniu Trybunału Konstytucyjnego temat seksualności Polaków wydaje się zaledwie wątłą strugą w tym niedorzeczu wartko płynących spraw. A moim zdaniem ma znaczenie zasadnicze, jak Konstytucja dla państwa. Konstytucja urządza, ustanawia, reguluje. Z seksualnością przychodzimy na świat i jak przyjrzymy się uważnie sprawom tego świata, ludzkim sprawom, to nasza seksualność urządza nas, ustanawia i reguluje.

Seksualność jest naturalną funkcją organizmu człowieka. Decyduje o naszej witalności, determinuje role społeczne, przejawia się w kulturze, ma dla nas wartość osobistą, buduje kondycję psychiczną, integruje się z osobowością, wpływa na nasze relacje, jest źródłem potrzeb, tęsknot, motywacją naszych działań, trampoliną osobistych sukcesów. Najpierw istnieje poza świadomością, wystawiona na kontakt ze światem zewnętrznym, naga, bezbronna i zachłanna – chłonie każdy dotyk, łagodne dźwięki, bliskość, ciepło, kojące poczucie nasycenia, bycia jednią, kosmosem. Z czasem buduje się świadomość i zaczyna tę jednię dzielić, rozróżniać, konfigurować. Trwa proces doświadczania siebie: badanie wszelkimi zmysłami, poznawanie roli, nadawanie znaczenia. Rodzi się pierwsze poczucie płci, jej ekspresja w przestrzeni społecznej i kulturowej, w przeżywaniu.

Potem stopniowo pojawia się przeczucie nowej jakości, nowego znaczenia. Preświadomość własnej seksualności miesza się z niepokojem, z powracającą falą nowych emocji, zaciekawieniem, ekscytacją, nieznanym wcześniej poruszeniem. A wszystko to w dynamicznym procesie życia, w kontekście zdarzeń, w sieci relacji, w wewnętrznym przymusie szukania dla siebie drogi, miejsca, celu, sensu, przy wzmożonym oglądaniu siebie w społecznym lustrze. Aż przychodzi czas, że seksualność staje się świadoma i determinuje nasze najważniejsze wybory. Ważniejsze od politycznych. A często nawet wywiera na te polityczne znaczący wpływ.

I tu zaczyna się nieszczęście. Skoro politycy wiedzą, że seksualność jednostek decyduje o powodzeniu ich politycznej misji, to bywa, że dla swoich niecnych celów próbują ją spacyfikować. I teraz właśnie dzieje się coś takiego. Im bardziej pani Urszula Dudziak (nie ta od papai, broń boże) próbuje przekonać, że seks służy jedynie prokreacji, tym częściej sensacyjne opowieści z intymnego życia jej kolegów polityków wyciekają do przestrzeni publicznej. Im mocniej oszalała prawica stara się zaprzeczyć odkryciu Kopernika, tym bardziej wszystko kręci się wokół seksu. Im uporczywiej kościół zamiata pod dywan swoje sekscesy, tym szybciej dywan parcieje i odsłania ponure wysypisko. Im więcej publicznie manifestowanej niechęci do homoseksualistów, tym mocniej objawia się niejednoznaczność preferencji seksualnych samych manifestantów. Prawica, która zbiorowo i indywidualnie wypiera swoją seksualność, jednocześnie projektuje ją na społeczeństwo, przypisując mu rozpasanie i wyuzdanie. Im bardziej pikantne są jej skrywane fantazje erotyczne, tym większe przerażenie, że się wyda. A skoro tak, to trzeba wymyślić doskonałe mechanizmy kontroli. Mają być z tego rozliczne korzyści i gwarantowany święty spokój.

Natarcie dokonuje się na kilku frontach: zniechęcić osoby homoseksualne do manifestowania swojej orientacji, bo będą z tego same kłopoty i żadnego pożytku. Testosteron półgłówków zagospodarować w ramach formacji obrony terytorialnej i wszelkich bojówek podszytych faszyzmem i rasizmem. Ofiary przemocy pozbawić jakiegokolwiek wsparcia, a ich oprawcom dać gwarancję bezkarności, przy czym mają mieć poczucie dziejowej misji: one – cierpiętnice, oni – rycerze silnej ręki. Kobiety i mężczyzn pozbawić możliwości decydowania o tym, czy, kiedy i jak chcą zostać rodzicami. Dzieci utrzymywać jak najdłużej w przekonaniu, że winne są dozgonną wdzięczność rodzicom za to, że znaleźli je w kapuście, a edukację młodzieży powierzyć wspomnianej wyżej Urszuli Dudziak, która zjadła zęby na termometrze, kalendarzyku i śluzie szyjkowym, a przy okazji wszystkie rozumy łącznie z własnym. Ta pani przeprowadzi młodzież przez rafy zagrożeń, oblekając w pokutny wór winy i wstydu, przygotuje do płodzenia po bożemu i rodzenia po bożemu. Najlepiej w takiej ilości, żeby żaden obcy nie zmieścił się już w granicach Rzeczpospolitej, a źródła zasobności ojca Rydzyka nigdy nie wystygły. Podstawa programowa wychowania do życia w rodzinie ma być zatwierdzona do realizacji w Dniu Świętego Walentego. Taka walentynka od minister Zalewskiej dla umiłowanej dziatwy szkolnej.

Została jeszcze wisienka na torcie. I niech mnie kaczka kopnie, jeśli nie będzie to… No, zgadujcie, obstawiajcie, co zwieńczy ten ciężkostrawny torcik.

Elżbieta Kurowska

 

Minęło 5 lat i możemy sobie odpowiedzieć na postawione przez Elżbietę Kurowska pytanie…

Odpowiedź może przybrać postać listy kolejnych szykan, jakim jesteśmy poddawani w zakresie naszej seksualności. Możemy też pójść dalej i spróbować odpowiedzieć sobie na pytanie o skutki opresji seksualnej Polek i Polaków. W ostatnim czasie mogliśmy podziwiać całą serię skutków na samej prawicy – że tylko wspomnę afery w łonie Ordo Iuris, albo kłamstwa kurator oświaty małopolskiej Barbary Nowak i entuzjastyczne opinie na jej temat ze strony ministra Czarnka, choć już nawet pisowcy uważają, że ta pani powinna zejść z oczu i ust opinii publicznej, bo spektakularnie kompromituje prawicę. Gdzie tu skutek opresji życia seksualnego?

 

 

W Ordo Iuris nie wydarzyło się nic takiego strasznego, w każdym razie nic, co  nie mieściłoby  się w ramach zwyczajnych ludzkich zachowań. Nasza uciecha nie miała końca, bo to czysta hipokryzja, że akurat ta organizacja, a w szczególności ten pan – Tymoteusz Zych i ta pani  – Karolina Pawłowska mieli nam maluczkim tak wiele do powiedzenia na temat moralności, wierności małżeńskiej i dobra rodziny. Owym fundamentalnym dobrom rozwód nie służy – dlatego będzie najpierw bardzo drogą procedurą, żeby biedne, niesamodzielne ekonomicznie  kobiety nie ważyły się o tym myśleć, a następnie całkowicie zabronione. I to jest kolejny szczyt deprywacji naszego życia seksualnego – zamknąć w czterech ścianach cały ból, przemoc i krzywdę dzieci, odebrać sens życia i uniemożliwić udane życie seksualne – i to po równo i kobietom i mężczyznom. choć ci ostatni jakoś sobie zawsze poradzą… Bo chyba nikt nie wierzy, że nienawidzący się  lub zwyczajnie wypaleni ludzie zechcą zastosować się do rad psychologów kurialnych i mediatorów przedrozwodowych. Przecież to tylko kolejne, niepotrzebne stanowiska pracy beznadziejnej, za które będziemy wszyscy płacić w podatkach. Ale to taka uwaga przy okazji. Jeśli jednak władza pieniądze i seks idą ramię w ramię – to uprawianie takiej nędznej profesji, w ramach opresji życia seksualnego obywateli, jest oznaką całkowitego braku przyzwoitości osób, które zechcą na tym polu pasożytować na tkance społecznej. Mówię o tym już dziś, żebyście drodzy i drogie nie udawali, że nie wiecie w czym uczestniczycie.

Że nie drgnie przyrost naturalny? No nie drgnie i nadal nie będzie zastępowalności pokoleń, a nawet gorzej – powoli będziemy się starzeć jako społeczeństwo, wymrzemy, a następnie zostaniemy zastąpieni – może to będą Ukraińcy, a może uchodźcy syryjscy, albo inni uciekający przed zmianami klimatycznymi – kto to wie? W każdym razie świat nawet tego nie odczuje, nie zauważy i nie będzie nad nami się pochylał z troską.

Bo i nie o przetrwanie tego konkretnego narodu chodzi w polityce antyspołecznej takich „mózgów” jak twórcy 500+, czy tym bardziej takim, całkowicie obcym nam organizacjom, jak Ordo Iuris, finansowanym przez Kreml, a działających w ramach polityki ekspansji wartości takich, jak w tytule nadrzędnej jednostki zarządzającej TFP – na polski język „Tradycja, Rodzina,Własność” – to fundamentalne i fundamentalistyczne wartości konserwatystów – ich chore idee są kosmopolityczne i rozlewają się szeroką, mętną wodą na całym świecie.

Takie oto skutki wróżę i taka jest moja odpowiedź na pytanie Elżbiety Kurowskiej. A wasza?

kuna2022kraków