obserwacje, motywacje, humanizm, obyczaj, postawy

Jerzy Bokłażec nie żyje.

 

Z prawdziwym żalem i głębokim smutkiem zawiadamiamy naszych czytelników, że Jerzy Bokłażec nie żyje.

Gitarzysta, kompozytor, tłumacz, dziennikarz. Lider zespołu Jerzy Bokłażec Trio. Zajmował się dziennikarstwem radiowym („Trójka”), publikował artykuły w prasie („Rzeczpospolita”, „Tygodnik Powszechny”); współpracował także z Forum, a ostatnio intensywnie nagrywał swój vlog „Jerzy Bokłażec TV” , w ramach którego komentował naszą rzeczywistość, przepuszczoną przez swój ścisły, logiczny i hamanistyczny, wybitny umysł.

Będzie nam Go brakowało.

Cześć jego pamięci.

 

 

 

kuna2022kraków

8 marca

Z okazji dnia kobiet życzę,

żeby mężczyźni już przestali

do nich strzelać.

Takie życzenia umieściła na FB Julia Szychowiak, a polskiateista.pl podpisuje się pod nimi obydwoma rękami.

Refleksje nad człowieczeństwem, na marginesie kryzysu humanitarnego w Polsce i na świecie, dziś i w przeszłości.

To nie kryptoreklama książki. To fragment wypowiedzi Jacka Dehnela na marginesie kryzysu uchodźczego, a raczej kryzysu humanitarnego na wschodniej granicy Polski, kryzysu wartości, człowieczeństwa i naszej ludzkiej empatii. Wybrałam ten właśnie fragment z dłuższego postu, bo po pierwsze nie słyszałam tej historii, po drugie jest ona znakomitym opisem czegoś, co można przekornie nazwać prawdą o naszym człowieczeństwie, a może nawet prawdą – że człowieczeństwo, takie jakie przywykliśmy sobie przypisywać, to jednak wytwór humanistycznych, pobożnych życzeń?

 

 

Jestem świeżo po lekturze znakomitej książki Natalii Budzyńskiej „Dzieci nie płakały. Historia mojego wuja Alfreda Trzebinskiego, lekarza SS”. Trzebinski, pochodzący z polskiej, katolickiej rodziny i ukrywający swoje pochodzenie, był lekarzem w nazistowskim systemie obozów koncentracyjnych i zagłady. Większość jego działalności nie była ściśle zbrodnicza – owszem, może nie opiekował się więźniami, może akceptował cały system, ale nikogo nie bił, nie zabijał, nie używał osobiście przemocy. Brzydził się tym. Asystował przy karach fizycznych, przy selekcjach, przy próbach Cyklonu B, wypełniał papiery, ale ręce miał, w sensie najwęższym, „czyste”. I tak aż do dnia, w którym, wśród łoskotu walącej się Trzeciej Rzeszy, dziesięć dni przed samobójstwem Fuhrera, Trzebinski otrzymał polecenie zlikwidowania dwadzieściorga żydowskich dzieci, na których przeprowadzano eksperymenty medyczne w obozie Neuengamme. I Trzebinski zwlekał, cierpiał (ogromnie się potem nad tym swoim cierpieniem roztkliwiał w notatniku spisywanym w celi śmierci; nie był w tym zresztą odosobniony – Himmler w „mowie poznańskiej” sam mówił swoim oddziałom, że zabijanie żydowskich kobiet i dzieci jest strasznie trudne i budzi wielkie cierpienie esesmanów, ale trzeba to wykonać, dla dobra narodu).

Trzebinski bierze udział w egzekucji. Osobiście nie wiesza, uważa się bowiem za subtelnego humanistę i człowieka kulturalnego – zresztą ma do tego ludzi. Robi tylko zastrzyki z morfiny, żeby tych dwadzieścioro dzieci, dzieci w wieku od pięciu do dwunastu lat, było łatwiej powiesić. Oraz, oczywiście, żeby nie cierpiały, bo bardzo cierpiałby, zadając cierpienie. Wszystko się wali – ale trzeba zlikwidować dzieci z powodu ostrożności procesowej i taka oto przykrość spotkała doktora Trzebinskiego. Nie chciał, ale musiał. Wzbraniał się ogromnie, ale jedynie w duchu, a tymczasem napełniał strzykawkę. Bo to jednak bardzo źle wygląda. Mieli być – jak na granicy – sami mężczyźni, a tu się pojawiły dzieci. I na tych dzieciach przeprowadzano eksperymenty, oczywiście dla dobra narodu.

Kiedy go wieszano po procesie oprawców, Trzebinski postanowił jako ostatnie słowa wyrecytować cytat: „Panie, wybacz im, bo nie wiedzą, co czynią.” Zrobił z siebie umierającego na krzyżu Jezusa. Do końca uważał się za niewinnego.

ŹRÓDŁO

 

Psychologia, socjologia a nawet antropologia przebąkują od czasu do czasu, że człowiek nie potrzebuje ani religii, ani filozofii, czy takiej lub innej ideologii, żeby być dobrym, uczciwym, człowiekiem. Ja w to wierzę, choć nie wierzę w większość wytworów intelektu jak bóg, kosmici czy szkodliwość noszenia maseczek w czasie pandemii… Ale żeby to sprawdzić empirycznie trzeba by powtórzyć od początku ewolucyjny rozwój ludzkiego gatunku- a to nie jest, niestety, możliwe. I dziś stoję na stanowisku, że jednak wciąż jesteśmy zwierzętami- lepiej lub gorzej ubranymi w jakieś ciuchy, z wytworami technologii w rękach, które używamy, ale nie wiemy nawet jak działają. Mentalnie nie zrobiliśmy wielkiego postępu.

Napisaliśmy wprawdzie Wielką Kartę Praw Człowieka, Kartę Praw Dziecka, i kilka innych ważnych dokumentów, ale nie dbamy o to, by wszyscy rozumieli je jak należy, nie rozumiemy ich i nie stosujemy- nigdzie na świecie…

Pewien zacny człowiek poświęcił całe swoje życie by wprowadzić do języka prawniczego pojęcie zbrodni przeciwko ludzkości i ludobójstwo. Udało mu się. Ale nadal to się dzieje… codziennie, wszędzie.

A ja również codziennie wstaję, piję kawę, pracuję, ogarniam życie – jak każdy. Mam silne mechanizmy obronne. Mogę funkcjonować w miarę normalnie tylko dzięki odcięciu się od rzeczywistości, która – gdy ją objąć spojrzeniem szeroko i głęboko – musi porażać i obezwładniać. Bo świat jest i piękny i przerażający jednocześnie.

 

kuna20212kraków

 

Znaki! Czytajcie znaki!!!

Szczęśliwie upał zelżał, pogoda się nam ustaliła, powoli kończą się wakacje i… nachodzą mnie myśli wyrosłe z zadumy nad świadectwami, jakie składają przed publicznością liczni przedstawiciele homo religiosis. Nawet jeśli połowa z nich to naciągacze i osoby interesowne, to druga połowa święcie wierzy w swoją wyjątkową relację z światem duchów, bogów, diabłów i aniołów, nie wspominając już nawet o samym Duchy świętym, Jezusie i Marii wiecznej Dziewicy. Wybuchy niepohamowanego życia duchowego katolików i katoliczek są jak choroba zakaźna – im więcej opowiadaczy niestworzonych historii, tym większe prawdopodobieństwo załapania się na infekcję, która podkręca mocno wyobraźnię ludzi podatnych na wiarę, w cokolwiek zresztą. Istotne jest jedynie to, że osoba pozbawiona jest choćby krzyny sceptycyzmu, albo choć kruszyny krytycznego oglądu rzeczywistości. Te bowiem właściwości umysłu chronią nas przed irracjonalną wiarą nie tylko w bogów, ale także w kosmitów, płaską Ziemię, krasnoludki i świętego Mikołaja z Grenlandii.

 

Tak na marginesie, ale też jakby na czasie – trzeba sobie powiedzieć, że niesamowity wysyp antyszczepionkowców, antymaseczkowców i zwolenników teorii spiskowych dziejów, to także efekt infekcji wyobraźni i to dokładnie na takiej samej zasadzie, jak rosnące zastępy opowiadaczy o wyjątkowym wpływie Jezusa na życie jednostek wybranych. Co ciekawe jedni i drudzy bajarze używają podobnego języka i podobnie traktują każdego adwersarza, który twierdzi, że gadają bzdury. A najgorszym przewinieniem jest używanie argumentów. Odkryłam, że w rozmowie z ludźmi takiej proweniencji nie należy używać kategorycznych zaprzeczeń – powodują silne spiętrzenie mocy i zbyt mocne iskrzenie na stykach neuronalnych. W efekcie stracimy tylko czas.

Wracając do mojej zadumy…. Otóż, jedną z bardziej frapujących części ŻYCIA DUCHOWEGO wierzących jest zauważanie i odczytywanie ZNAKÓW.  Nie mniej intrygującą własnością życia duchowego jest niezwykle sprawny mechanizm, wysoce wybiórczego postrzegania. Zgodnie z tą właściwością   widzą i interpretują tylko takie znaki, które im pasują do wyobrażenia, przekonań i postintuicji. Przykładowo – gdy na święto Bożego Ciała jest luks pogoda, lekki wiaterek i niezbyt gorąco – to oczywiście widomy znak, że sam Bóg pochwala ich pomysły na integrację. Ale kiedy wszystkie- dosłownie – wszystkie marsze równości mają super pogodę, to Bóg nie ma z tym nic wspólnego. No i fakt. Nie ma. Ciekawe co sobie myśleli o boskiej przychylności w zeszłym roku na Boże Ciało, kiedy żar lał się z nieba niczym surówka z pieca w Hucie Lenina, a siostrzyczki zagonione do dreptania w procesji mdlały z wyczerpania i odwodnienia… W każdym razie nie słyszałam żeby w ogóle coś myśleli na ten temat. Jak mówię- wysoce wybiórcza funkcja, to całe czytanie znaków.

 

 

Kiedy piorun strzela w kościół i ten płonie – nikomu z nich nie przychodzi do głowy, że może proboszcz coś narozrabiał i Pan Bóg się zdenerwował. Kiedy inny kościół spłonął z powodu zaprószenia ognia – to też nie jest żaden dla nich znak, że kościelny za dużo pije w czasie pracy. To jest DOWÓD na zwalczanie kościoła i nienawiść do katolików. A jak rozumieją fakt, że sejm modlił się onegdaj o deszcz … ale deszcz nie spadł? No przepraszam – spadł ale kilka lat później i była powódź! Wiadomość szła zbyt długo do Boga? Czy może zapomnieli opatrzeć ją dopiskiem – prosimy o deszcz na CITO!!?

Tak sobie siedzę na Plantach krakowskich i wspominam te wszystkie niesamowite zbiegi okoliczności, które w moim życiu zdarzały się i nadal zdarzają  co jakiś czas… Coś, co nie miało prawa się udać – udało się, a co powinno być okey – spieprzyło się i nie wiadomo nawet dlaczego. Bóg Luk byłby tu w sam raz akurat, żeby to wszystko wytłumaczyć. Ale niestety nie mam nawyku czytania znaków i wyciągania wniosków post factum. Ot choćby dzisiaj, taka sytuacja…

Umówiłam się z dwoma znajomymi w pewnym miejscu, zamkniętym na klucz, który jest w moim wyłącznym posiadaniu. Wiecie jak to jest – przed wyjściem odmawiamy codzienną litanię- komórka, portfel, dokumenty, prawko, papierosy, zapalniczka, ibuprom; Każdy ma swoją litanię… Pewna, że tym razem wszystko mam, ruszyłam energicznie na umówione spotkanie. Wychodząc z bramy starej kamienicy, w której mieszkam, prawie wdepnęłam w rozjechanego przez samochód gołębia. Przykry ten widok nie zatrzymał mnie jednak, bo nie lubię się spóźniać. Oczywiście na Pl. Szczepańskim nie było ani jednej taksówki, za to tramwaj podszedł mi idealnie… Na przystanku, gdzie wysiadałam, moim oczom ukazał się…  rozsmarowany na asfalcie kolejny trup gołębia… Jak poprzednio, zgrabnie go ominęłam i pognałam na moje spotkanie.

Spotkanie się nie odbyło. Zdążyłam odwołać obie panie. Nie wzięłam klucza.

Katoliccy prześmiewcy lubią w takich razach tryumfalnie orzec- szach mat ateiści – znaki! Czytajcie znaki!

Otóż żaden szach mat. Klucz owszem, przygotowałam do spakowania, ale ponieważ bardzo łatwo wybić mnie z rutyny, nie wsadziłam go, jak planowałam do plecaka, bo zadzwonił telefon i przerwał mój rytuał przed wyjściem – czyli moją indywidualną litanię. Dwa gołębie rozjechane w dwóch różnych miejscach, przez dwóch różnych kierowców nie mają nic do tego. Spotkanie odbędzie się jutro, a dzięki temu, że nie odbyło się dziś, mogłam wrócić piechotą i wykonać moje codzienne 6 tysięcy kroków.

 

 

 

 

A gołębi krakowskich nie lubię, tak samo jak irytują mnie wszyscy, którzy je dokarmiają pieczywem, choć powinni wiedzieć, że to pieczywo, które ma coraz mniej wspólnego z mąką, ptakom bardzo szkodzi. A gdybym była osobą obdarzoną ŻYCIEM DUCHOWYM – już przy pierwszym wypatroszonym gołąbku wróciłabym do domu, odwołała spotkanie, uwaliła się na łóżku i zasnęła błogo w świętym przekonaniu, że sam Duch święty przemówił – i położył się Rejtanem w poprzek mojej drogi. Może nawet nigdy więcej nie zechciałabym widzieć moich dwóch znajomych… Wszak lepiej nie kusić losu! Znaki! Czytajcie znaki!!!

 

kuna2021kraków

Ks.prof. Oko został oceniony przez sąd w Niemczech za nawoływanie do nienawiści wobec LGBTQ…

Niemiecki sąd skazał ks. prof. Dariusza Oko za „podżeganie do nienawiści”. Powód? Tekst o homoseksualnej klice w Kościele

 

 

… głosi tekst tabloidu wPolityce i wyraźnie stoi na gruncie poparcia obrońców nienawistnego księdza, znanego pogromcy GENDER, przeciwnika edukacji seksualnej w szkołach, twórcy nowomowy o ideologiach, takich jak genderyzm,  LGBT-yzm, ekologizm, weganizm i zapewne wielu następnych jakie staną na pokrętnej drodze, jaką kroczy kościół katolicki…

 

 

Jerzy Kwaśniewski z Ordo Iuris jak to on, pospieszył truchcikiem z pomocą ks. Oko i będzie dowodził wątpliwych racji przed sądem w apelacji przeciwko wyrokowi skazującemu ks. Oko na zapłatę grzywny w wysokości 4 800 euro. Mam nadzieję, że sąd niemiecki stoi na fundamencie praw człowieka i doskonale odróżnia wolność słowa od podżegania do nienawiści.

 

Kwaśniewski jednak twierdzi, że nie rozumie za co ukarano ks. Oko. Spróbuję mu wyjaśnić…

 

 

Artykuł o mafii kościelnej jest podżeganiem do nienawiści ponieważ skupia się na jedynym elemencie osobowości ludzi tej mafii, a nie na szeregu innych, które ich znacznie lepiej opisują. Wyciąga mianowicie jedynie kwestię ich homoseksualizmu i czyni tę ich cechę winną całemu złu. Tymczasem praktyki homoseksualne to sposób realizacji potrzeb w tym zakresie odpowiedni dla ich preferencji seksualnych. Praktyki mafijne natomiast dotyczą  ludzi kościoła i zwalanie winy za ten nieprzyzwoity sposób prowadzenia organizacji religijnej jest próbą upieczenia dwóch pieczeni na jednym ogniu – szczucia na LGBT i zwalenia winy za pedofilię i nadużycia seksualne księży i biskupów na homoseksualnych księży. To oczywiste przekroczenie wszelkich granic, albowiem akurat za przestępstwa pedofilskie oraz nadużycia seksualne wobec dzieci i dorastającej młodzieży odpowiadają heteroseksualni ludzie z ograniczonym dostępem do normalnych związków m/ludzkich (celibat) oraz ludzie dla których dziecko jest jedynym atrakcyjnym obiektem seksualnym. I akurat ci ludzie są przestępcami kodeksowymi i niewiele mają wspólnego z homoseksualną orientacją. Reasumując- ks.prof.Oko nie tylko posługuje się mową nienawiści i szczuje na jedną jedyną grupę – do której sam pała nienawiścią, ale jeszcze zakłamuje rzeczywistość i miesza wierzącym w głowie. To niedopuszczalne nadużycie i wprost nieprzyzwoite i nieuczciwe podejście do kwestii zła w kościele katolickim. Jak na ironię to właśnie ks. Oko postrzegany jest jako jeden z większych szkodników kościoła katolickiego, przynajmniej w zakresie budowania dobrych relacji ze społecznością wierzących. Od wielu lat uprawia propagandę, która dzieli społeczność katolików polskich i podkręca ruchy radykalne oparte o przemoc. Teraz dołączył do grona tych, którzy budują zasłonę dymną z lawendowej mafii by zakryć w ten sposób faktyczne przyczyny zła w kościele katolickim. I nie są to homoseksualni księża jako tacy, a cały system omerty, mechanizmy dbania jedynie o dobre imię instytucji, proceder poszerzający ilość ofiar rzucanych na żer drapieżcom seksualnym, jeśli tylko są lojalni i przynoszą kościołowi duże zyski. Przykładów na tak działający kościół katolicki jest aż nadto wiele. Niech więc pan Kwaśniewski z Ordo Iuris nie udaje głupka, który wzorem niezbornego papieża JP2 o niczym nie wie i o niczym nie słyszał….

 

Wewnętrzne problemy kościoła katolickiego są bardzo trudne do rozwikłania – mam tego świadomość. Ale nie tędy droga. Kościół musi bić się w swoje piersi i przestać wskazywać palcem wybrane osoby LGBT jako kozły ofiarne. To że właśnie tak spory odsetek księży to mężczyźni homoseksualni wynika przede wszystkim z tego, że w tej sekcie religijnej mogą uprawiać swoje życie seksualne mimo celibatu. Nikt przecież nie zapyta na wsi, skąd pochodzą najczęściej seminarzyści, dlaczego nie interesuje się dorosłymi kobietami. Od kiedy jednak w wielu państwach europejskich homoseksualizm doczekał się uczciwej regulacji legislacyjnej, ogromnie spadł nabór do seminariów duchownych i nie jest to przypadek, że w takiej Polsce, gdzie jeszcze takich aktów prawnych nie uchwalono, szczuje się namiętnie na wychodzących z szafy homoseksualnych chłopaków. Wszak jakoś trzeba zapełnić z powrotem ławy seminariów. Czyż nie? No właśnie.

Czyli – najpierw stworzyli warunki selekcji do tej profesji, która zassała spory odsetek homoseksualnych mężczyzn, a dopiero kiedy wylało się morze zgnilizny spod dywanów watykańskich, irlandzkich, amerykańskich, polskich, kanadyjskich, australijskich itd…, dopiero wtedy w panice zaczęli szukać kogo by tu spalić na stosie dla dobra kościoła i jego wiecznych interesów. I od początku tej awantury bardzo sceptycznie podchodzę do kwestii wydania bestsellerowej „Sodomy”, nota bene autorstwa dziennikarza, znanego działacza na rzecz praw LGBT. Ta pozycja wydawnicza zawsze pachniała mi publikacją na zapotrzebowanie i na zamówienie. Faktycznie rozpętała się po niej burza, a termin <lawendowa mafia> stał się bardzo pojemnym określeniem wskazującym jednoznacznie winnego całego złą w kościele katolickim. Tyle tylko, że homoseksualizm to orientacja i nic więcej, a mafijne sposoby działania, to dyscyplina uprawiana przez wszystkich współodpowiedzialnych za stan tej organizacji, nie wyłączając kolejnych papieży.

kuna2021kraków

Obok Beethovena i bakterii – pytania na XXI wiek

Cywilizacja! Kultura! Nauka! Wielkie, pojemne słowa. Są jak koła ratunkowe, kiedy brakuje już argumentów, lub gdy nie ma ich wcale. Nasza duma, albo, rzadziej, coś w rodzaju zażenowania, jako efekt namysłu nad różnymi kontekstami, w których się ich używa…

Słyszałam, onegdaj, z ust uroczego humanisty, narratora wspaniałych filmów przyrodniczych, Davida Attenborough, że ewolucja ma wektor tylko w jedną stronę, zawsze do przodu. Ale myliłby się, kto by przez to rozumiał, że do przodu znaczy lepiej, szybciej, ładniej, sprawniej… Nie, to tak nie działa.

W przyrodzie postęp może oznaczać lepsze przystosowanie do panujących warunków. I niekiedy lepiej znaczy wolniej, mniej kolorowo za to bezpieczniej. Kiedy warunki zmieniają się powoli, niezauważenie, procesy ewolucyjne mają „czas” na swoje wielomilionowe próby i błędy, na korekty, na weryfikowanie kolejnych „pomysłów” w warunkach naturalnych.

 

Wróć! Nie można  formułować tego zdania, jakby za procesami stał świadomy element i tym wszystkim kierował. Trzeba pozbyć się antropocentryzmu, żeby powiedzieć to prawidłowo. Spróbujmy zatem jeszcze raz…

Za postęp, w naturalnych zmianach w przyrodzie, uważamy każdą cechę, która lepiej przystosowuje organizm do życia w konkretnych, aktualnie panujących warunkach. Gdy zmiany warunków takich jak: skład powietrza, wody, gleby, temperatura, wilgotność, rozpiętość skrajnych wartości tych warunków – następują niezmiernie powoli, czyli w skali czasowej rozkładają się na dziesiątki, a nawet setki tysięcy lat, procesy ewolucji przebiegają dla nas niezauważenie, a jej efekty obserwować możemy, odkrywając kolejne skamieliny z przeszłości, odczytując je, jak listy w butelce wyrzucone na brzeg naszych czasów.

Czas w takiej niewyobrażalnej dla nas skali, przekłada się na setki milionów mutacji, które cały czas zachodzą w komórkach żywych organizmów. Niektóre z nich ujawniają się w kolejnym pokoleniu danego gatunku, jako nowa cecha i mają szansę sprawdzić się w trakcie jego życia. Niektóre z nich z kolei zanikną jako zbytnia rozrzutność, na którą przyrody nie stać, a inne będą ewoluować nadal. Absolutnie wyjątkowe i nieliczne zapiszą się na stałe, jako cecha gatunkowa, ta wyjątkowa  i jedyna w swoim rodzaju, która tu i teraz jest najlepszym rozwiązaniem dla danego organizmu i stanowi o jego sprawności i plastycznym dostosowaniu się do warunków, w jakich organizm ten żyje.

Jest więc ewolucja procesem tyleż ślepym co dynamicznym, zachodzi nieprzerwanie i nie musi istnieć żaden inteligentny projekt, który miałaby ona realizować, ani nie stoi za nią żadna myśląca istota – ani bogowie, ani kosmici – to jest oczywiste, nawet jeśli na wiele pytań nie mamy jeszcze dziś odpowiedzi. Daniel Dennett,  amerykański profesor filozofii i przedstawiciel nowego ateizmu, za przykład, który bardzo dobrze tłumaczy, że aby powstało piękne i mądre dzieło, wcale nie musi za nim stać żaden inteligentny projektant, podaje termitierę – budowlę, tworzoną przez uskrzydlone owady społeczne podobne do mrówek…

przesłuchaj wykład prof.Dennetta

 

 

A co się dzieje gdy zmiany parametrów środowiska zmieniają się gwałtownie? Nie w ciągu wielu tysięcy lat, tylko w przeciągu jednego ludzkiego życia? Oto jest pytanie!

Nie znam na nie naukowych odpowiedzi, ale wiadomo na pewno, że gdy różne czynniki środowiska przestają zawierać się w przedziale dopuszczalnym i tolerowanym przez dany gatunek – roślin czy zwierząt – zaczyna on wymierać, przestaje się rozmnażać i nie mając dość czasu, by się przystosować. przechodzi do historii Ziemi.

Człowiek, H. sapiens, istota myśląca, obdarzony wieloma wyjątkowymi cechami, ma dokładnie takie same szanse na wymarcie/przeżycie, jak każdy inny gatunek na tej planecie. Zdolność abstrakcyjnego myślenia, świadomość, cała zgromadzona wiedza i technologia nie zdadzą się na nic, jeśli nie porzucimy w porę dziecinnego sporu o gwałtownie zmieniający się klimat. Oś sporu kotwiczy od lat wokół pytania – czy działalność człowieka spowodowała kryzys klimatyczny? A powinna już dawno przesunąć się o poziom wyżej i koncentrować uwagę wokół innej kwestii –  jak przygotować się do nadchodzących i nieuchronnych zmian.

 

 

W związku z tym, że awantura o przyczyny, to marnotrawienie czasu na jałowe spory, które nie uchronią nas przed skutkami fluktuacji klimatycznych, rodzi się  pytanie kolejne – czy powstała w wyniku ewolucji kora mózgowa naczelnych, to aby na pewno cecha przydatna dla naszego gatunku? Czy, mówiąc wprost, to z czego jesteśmy tacy dumni i co powoduje, że uważamy się za lepszych od innych gatunków, pozwoli nam wyjść obronną ręką z  katastrofy klimatycznej i środowiskowej?

 

Zwróciliście uwagę, że pomimo ogólnie dostępnej wiedzy, wcale nie stajemy się mądrzejsi? Że choć wszyscy zgadzamy się co do tego, iż mamy mocno zanieczyszczone powietrze, wodę i glebę – nadal nie podejmujemy absolutnie żadnych kroków w celu zaprzestania dewastacji? Nadal wozimy się po mieście autami, zamiast skorzystać z komunikacji miejskiej, palimy w piecach śmieciami, odprowadzamy ścieki do rzeczek i strumieni, wywozimy śmieci do lasów, kupujemy setki tysięcy produktów pakowanych w plastik, którego praktycznie nie da się zutylizować bez zanieczyszczenia środowiska, nadal używamy pestycydów, dodajemy do karmy zwierząt hodowlanych antybiotyki i hormony, wycinamy lasy na niespotykaną skalę… Co takie działania mówią o naszej wyjątkowości jako H. sapiens? Oczywiście – jesteśmy wyjątkowym szkodnikiem tej planety, i to jedno nie podlega dyskusji.

Czekanie aż wielcy tego świata dogadają się w sprawie katastrofy klimatycznej i zapobiegania dalszej dewastacji środowiska,  może być dla naszej populacji groźne w skutkach. Wystarczy spojrzeć krytycznie na to, jak  rządzący podeszli do pandemii corona19. Średnio zaangażowany i średnio wykształcony obywatel Europy potrafi bezbłędnie wskazać niekonsekwentne zarządzenia. Ja wymagam więcej i dorzucę, że spodziewałam się, iż zjednoczona Europa połączy wysiłki i wyda wspólne zalecenia dla wszystkich państw naszego kontynentu, a może ONZ powinna wydać takie jednolite stanowisko i dobrze opracowane procedury dla świata- wszak pandemia dotyka wszystkich, a wirusy nie wiedzą co to wiza, paszport czy granice.

Może w sprawie klimatu również nie powinniśmy czekać na systemowe rozwiązania, bo jak życie uczy- możemy się ich nie doczekać, a czas nas goni…

Krótka dygresja na marginesie rozważań. Jeden z wielu przykładów, jak można połączyć zdolność do myślenia z współpracą dla dobra i ludzi i środowiska…

Poznajcie „Leszy” wyjątkową inicjatywę, całkowicie oddolną, przemyślaną i konsekwentną.

Leszy, Miłośnicy Czystych Lasów

 

 

I druga myśl, jaka ciśnie mi się na zwoje jest taka: termity może i nie mają kory mózgowej, za to potrafią wspaniale współpracować i budować niesamowicie skomplikowane konstrukcje, bez dyplomu politechniki, co może zapewnić im przetrwanie, gdy nas już dawno nie będzie i nikogo, kto chciałby odsłuchać V symfonię Ludwiga van Beethovena. Szkoda byłoby zmarnować jego wysiłek i talent, nie sądzisz?

 

kuna2021Kraków

 

 

 

Tęsknota za rzeczową debatą polityczną na marginesie emocjonalnego wystąpienia Francuski Chrysouli ZACHAROPOULOU w Parlamencie Europejskim.

 

 

Najpierw obejrzyj materiał- nie zajmie czasu- krótki jest.

https://www.facebook.com/joanna.piotrowska.547/videos/10224047528565999

Dlaczego w PE jak i wszędzie na salach parlamentów nie mówi się prawdy, tylko szuka zręcznych wytrychów, robi się ruch konikiem szachowym i mówi szach, ale nie chce się zrobić mata, wszyscy czekają aż adwersarz położy króla na szachownicy i przyzna się do przegranej przed czasem. Przecież to naiwne. Nigdy tak się nie dzieje. Nie rozumiem tego czułego macania powierzchni problemu, zamiast sięgnąć do samego sedna. Rozumiałabym, gdyby oskarżenie pod adresem Ordo Iuris było tylko insynuacją- jestem w tym dobra, więc wiem, że tak można mówić prawdę bez ewidentnego dowodu, ale dowody są od dawna! To że jest organizacja która zmierza do unieważnienia praw człowieka i jest coraz bliżej tego celu – to SĄ FAKTY! Jak można nadal udawać, że nie wiemy w co się politycy bawią?

Jak można być parlamentarzystką, która chce solidaryzować się z kobietami w Polsce i poprzeć ich protest, a nie mieć odwagi mówić prawdy. Do tego prawda jest o wiele bardziej porażająca dla każdego cywilizowanego polityka na poziomie europejskim i zapewne bardziej by go zainteresowała niż wiadomość o tym, że znowu gdzieś, jakieś feministki coś tam coś tam… Uprzedzając ataki – mówię to sarkastycznie! No i nie jest tak, że się nie wzruszam gdy słyszę co kobieta mówi na nagraniu Joanny Piotrowskiej, której przy tej okazji dziękuję za ten materiał. Bo prawda jest też taka, że potrzebujemy każdej pomocy i każdego wsparcia. I tak naprawdę, to nie krytykuję tej pani. Ja tylko ubolewam nad trendem jaki się utrwala od lat w debacie politycznej- właściwie to wcale nie są debaty tylko, bardziej lub mniej udatne spicze, autoprezentacje, lansy, albo potyczki kogucie… Aż szkoda tego ich potencjału, wiedzy i umiejętności. No chyba, że się kardynalnie mylimy i parlamentarzyści nie posiadają takich przymiotów. Dlaczego wciąż ich wybieramy?

 

Na naszym podwórku

Tracimy całe mnustwo energii w sporach na linii tematycznej, wyznaczonej przez ideologów konserwatywnych, kłócimy się na temat – od jakiego momentu jest człowiek, albo czy czuje i co czuje, gdy zasypia pod wpływem środków farmakologicznych, albo jak sobie konserwatyści wyobrażają obywatela w postaci 2 komórek rozrodczych i jego pochówek gdy się złuszczy naturalnie w czasie menstruacji… to są najczęstsze spory na których bije się pianę pseudo dyskursu społecznego. Brałam w nich udział lata temu, kiedy naiwnie wierzyłam, że ludzie z anty-choice to grupa indoktrynowanych, młodych osób, wrażliwych i z wybujałą wyobraźnią, za to bez wglądu na czym w istocie polega życie, jego znój i trud, co to jest stres przewlekły w społeczeństwie pozbawionym perspektyw dzięki działalności politycznej ich własnych wybrańców/ posłów.

Ale od tamtego czasu wiemy o wiele więcej…

Pokładanie nadziei, że jak się „pro prawo zygoty do życia” dowie co to znaczy nielegalna aborcja, to zmieni zdanie i zrozumie, że broni złej sprawy – jest nieuprawnione. Po pierwsze dlatego i przede wszystkim dlatego, że ludzie stojący za tym projektem i jego agendą nie realizują wcale prawa zygot do przyjścia na świat, tylko używają zygot i całej otoczki rzekomego ich prawa do życia, jako nahaja przeciwko prawom narodzonych ludzi – czyli przeciwko Prawom Człowieka.

Środowiska związane z tym ruchem nalezą do sieci organizacji podległych Agenda Europe – organizacji, która ostatecznym celem swoich knowań uczyniła zniesienie praw człowieka. Tak więc ich wiedza o nielegalnej aborcji może być całkiem kompletna. To co powinniśmy robić to mówić coś innego: że –

mimo iż wiedzą co to jest nielegalna aborcja stają  murem za całkowitym zakazem, bo nie mają litości, ani szacunku dla kobiet, dla tych, które chcą rodzić dzieci zdrowe, w nowoczesnych szpitalach, które chcą mieć potomstwo mimo pewnych problemów, i przeciwko każdej kobiecie, która matką zostać nie chce, do czego ma PRAWO! Nie mają szacunku dla kobiet, ani respektu dla dzieła ludzi z czasów po 2wojnie (1948) – twórców Karty Praw Człowieka i Obywatela, dlatego opowiadanie im o prawdzie podziemia aborcyjnego może tych, dobrze opłacanych cyników jedynie rozbawić, na pewno nie spowoduje wybuchu wrażliwości tłumionej politycznym interesem.

Więc chociaż miło się słucha emocjonalnego występu parlamentarzystki w obronie walki polskich kobiet o prawo do aborcji na życzenie, poraża brak odwagi by mówić na temat, czyli dotknąć sedna sprawy. No a gdzie jeśli nie w PE!?, Przecież nie w polskim Sejmie! Ani nie w polskim Senacie! Odwaga mówienia prawdy zaniknęła już dość dawno w obyczajach parlamentaryzmu światowego, więc nie powinno mnie to dziwić. Zatem niech się nie dziwią politycy, że idzie rewolucja i że to ich postawa ją wywołała. A postawa ta nazywa się oportunizm – konieczny by zachować stołki i wysokie pensje, dostęp do informacji i kontaktów, które pomogą wykorzystać je do zrobienia wałków finansowych.

Od początku pandemii mieliśmy całą serię wydarzeń, które tylko potwierdzają to spostrzeżenie i tą insynuację o braku praworządności w łonie samego sejmu. O tym żeby polityk miał ambicje, by coś zrobić dla społeczeństwa, lub choćby realizować aksjologiczne podstawy swoich partyjnych programów, o tym by szanować priorytety ideologiczne swoich wyborców- od dawna przestaliśmy nawet marzyć. Mam takie wrażenie, nie wiem czy szeroko podzielane, że przestaliśmy tego oczekiwać i ONI to doskonale czują. Więc nie muszą się starać. Mogą sobie pofolgować i przejść do realizacji własnych jednostkowych albo grupowych interesów własnej partii, nie wyborców i nie społeczeństwa jako całości. Nic dziwnego, że frekwencja wyborcza jest marna – była marna nawet w tak istotnych wyborach jak te ostatnie, skandaliczne i pełne nadużywania prawa wyssanego z palca …

Na tym zakończę ten strumień myśli rozczochranych jakie przeleciały mi przez głowę przy okazji odsłuchiwania materiału jaki Wam tu na górze i na dole zalinkowałam

https://www.facebook.com/joanna.piotrowska.547/videos/10224047528565999

 

kuna2020Kraków

Kard. Gulbinowicz, bp Dziwisz, i nawet cały Episkopat nie udźwigną win kościoła rzymskokatolickiego. Czas na prawdę o kościele. Czas na refleksję co dalej z tym wrzodem. Czyli prawdziwe oblężenie czas zacząć.

Jeszcze kilkanaście miesięcy temu wydawało się, że hierarchowie poświęcą kilku „swoich” na ołtarzu nietykalności i w imię zachowania wizerunku kościoła jako wspólnoty wiernych. Tymczasem Capo di tutti capi postanowił inaczej – ze swojej wysokości zauważył szansę obrony, zarządzanej przez siebie organizacji, jedynie w dekapitacji wszystkich hierarchów, umoczonych w system ochrony przestępców seksualnych. Zapomniał wszakże o jednym szczególe – że hierarchowie wykonali wyraźne polecenia niegdysiejszego papieża JP2, który jak na ironię został ogłoszony świętym. Tak więc jest to strzał w kolano, choć nam, niewierzącym może się podobać, ale tylko do momentu, gdy zdamy sobie sprawę ze skutków tego desperackiego czynu…

 

A skutek jest  przewidywalny. „Naprawa kościoła”, „kościół otwarty”, „kościół progresywny” czy jak kto sobie życzy nazywać przestępczą organizację po liftingu, to nadal ten sam wrzód, tylko opróżniony z ropy i zgnilizny. Papież właśnie usiłuje kupić sobie czas na zmianę strategii, na uruchomienie nowych narzędzi wpływu. Zachowa dobra doczesne i pomnoży je wielokrotnie. Ofiarami i tak nikt się specjalnie nie przejmuje – większość z nich nawet nie może ubiegać się o odszkodowanie za zmarnowanie im życia, bo przestępca albo już nie żyje, albo sam czyn się przedawnił- rzecz w tym, że skutki trwają nadal, tylko nikt się nie pali, by zajrzeć w tę część rzeczywistości ofiar. Nawet znakomite reportaże braci Sekielskich niewiele wnoszą na ten temat…

O ile łatwo można zrozumieć Ojca Chrzestnego  – Franciszka, wszak to jego obowiązek walczyć o przetrwanie kościoła katolickiego, o tyle zniesmaczona jestem za każdym razem, gdy słyszę i widzę,

jak akolici tegoż kościoła – świeckie osoby, publicyści i politycy – osoby, które wiedzą i doskonale rozumieją

jak szkodliwa jest to instytucja

dla życia społecznego,

                 dla rozwoju kraju,

                                     dla edukacji i kultury

i wreszcie

jak rujnujące jest utrzymanie tego obcego

bytu z podatków obywateli,

– skrupulatnie omijają kwestię

sekularyzacji,

           prawdę o JP2,

                        nie diagnozują samego systemu,

sprzyjającego przestępczości zorganizowanej w hierarchicznej instytucji i zdają się w ten sposób wmawiać nam, to samo co Franciszek –

kościół jest święty, wieczny i czysty, to tylko ludzie są słabi i grzeszni…

 

 

 

 

 

Otóż nie jest tak. Prawda wygląda całkiem inaczej. Instytucja, w której najważniejszą cnotą jest POSŁUSZEŃSTWO, nie zaś – skromność, ubóstwo, powściągliwość, czystość intencji i czynów, spolegliwość wobec potrzebujących, itp ,tworzy sprzyjające warunki i staje się środowiskiem, które jak magnes przyciąga różnego rodzaju popaprańców emocjonalnych, w tym także pedofilów. Gwarantuje

dostęp do zwierzyny, na którą w innych warunkach nie mogliby zapolować, oraz

ochronę przed odpowiedzialnością.

 

W tym miejscu warto przypomnieć jak surowo zwierzchnicy karzą swoich podwładnych, gdy ci nie okazują owego posłuszeństwa – ks. Boniecki ukarany został za słowa prawdy, a ks. Lemański za wypowiedzenie posłuszeństwa swojemu przełożonemu, bp Hoserowi. Czy warto się pochylać nad takimi przypadkami? Nie. Ja się nie pochylam. Podaję jako przykład, dobrze ilustrujący taką oto tezę: możesz być pedofilem, wielokrotnym gwałcicielem, złodziejem, deprawatorem młodzieży, możesz nawet założyć nieformalnie rodzinę i płodzić dzieci, ale dopóki jesteś posłuszny i dobrze ukrywasz swoje prawdziwe ja kościół cię nie potępi, a włos z głowy ci nie spadnie.

 

 

 

 

Jeszcze jedna prawdziwa historia przypomina mi się jak na zawołanie. Mieszkała w naszej kamienicy w Krakowie pewna zacna rodzina 2+3. Najmłodszy syn przeszedł typową karierę przyszłego kanonika- chodził pilnie na religię, służył do mszy i marzył o zostaniu księdzem. Wydawało mu się, że czuje powołanie. Poszedł więc po maturze do seminarium duchownego. Najpierw był zaskoczony, potem poczuł wyraźny dysonans poznawczy – dlaczego? Bo okazało się, że w seminarium wcale nie ma atmosfery skupienia, medytacji i duchowego wzrastania w wierze, nie ma tam boga, ani ducha świętego. Są koledzy i przełożeni, wszyscy zainteresowani pornografią, dziecięcą także, że jeśli już rozmawiają, to lecą obrzydliwe kawały, opowieści nie nadające się do powtórzenia, że panuje tam rozwiązłość, pycha i cynizm. Z początku ten mój znajomy próbował sygnalizować problem, ale szybko okazało się, że to on jest jedynym problemem. Został wydalony z seminarium z powodu trudności w przystosowaniu się!! Tak w skrócie brzmiał powód wydalenia. To wiele mówi o systemie kształcenia postaw przyszłych księży.

 

 

Jest to również instytucja, która już na etapie kształcenia kleryków wypacza ich samoocenę – mówi się bowiem tym młodym, niedoświadczonym chłopakom, że po święceniach będą mieli konsekrowane dłonie, że będą kimś więcej niż tylko zwykłym człowiekiem, będą niezbędnym elementem, by wierzący mógł wejść w kontakt z Chrystusem. Uczy się ich, że wszystko inne jest złe – źli są oczywiście żydzi. Tak samo jak i geje, którzy wychodzą z szafy – dopóki w tej szafie tkwią są w porządku. Geje w sutannach też są w porzo – przynajmniej dopóki piętnują i usiłują „leczyć” innych gejów… Złe są kobiety, dlatego na miasto mogą (klerycy) wychodzić tylko trójkami tak, żeby w razie nieuwagi miał kto skarcić za gapienie się na fajne dziewczyny. A wzrok ucieka i snuje się wygłodniały po kształtnych wypukłościach – to w końcu zupełnie naturalne zainteresowanie w ich wieku.

 

Po 6-10 latach izolacji, przebywania w męskim monotematycznym środowisku, następują zaślubiny z Chrystusem i dorosły, acz nie zbyt dojrzały facet wydostaje się na zewnątrz, na parafię, a jeśli był grzeczny i czasem ogrzał to czy inne łoże zwierzchnika, dostaje kopa do samego Rzymu… Czytaliście 'Sodomę” więc nie ma się co powtarzać – wiecie doskonale co się tam wyprawia. Dla nas, ateistów mógłby to być temat poza naszym zainteresowaniem, gdyby nie to, że wewnętrzna zgnilizna tego środowiska wylewa się od 30 lat z hakiem i zatruwa życie społeczne, w którym też uczestniczymy.

 

 

Ja jestem kobietą i nie zgadzam się na przyjmowanie jedynej chrześcijańskiej perspektywy widzenia mojej osoby. To jest zresztą szerszy problem- zauważyliście, że jakoś nie słyszy się o innych źródłach wartości? No właśnie. A przecież chrześcijaństwo to niechciana, narzucona siłą i ogniem wiara monoteistyczna na terenach, gdzie Słowianie mieli bardzo bogatą kulturę i swoje, zupełnie inne wierzenia, zbudowane na obserwacji bezpośredniej w przyrodzie – zatem, można powiedzieć w pełni  naukowo uzasadnione. Dlaczego nikt nie porusza tego bulwersującego tematu? Gdzie podziały się wartości humanistyczne? Oświeceniowe idee społeczne? Naukowe podejście do diagnozy społecznej i opisu rzeczywistości? Osobiście jestem znudzona i zniesmaczona słuchaniem i to z ust poważnych ekspertów, profesorów i opiniotwórczych ośrodków narracji, ograniczonej do chrześcijańskiej aksjologii, a także używania perwersyjnego języka hierarchów – owej swoiście niestrawnej mowy-trawy – dużo haseł, dużo twierdzeń i zero dowodu, przykładu, same oczywiste oczywistości wyssane z,… khekhe… palca kościoła katolickiego.

Czy pisze to zgorszona osoba? Nie!

Zgorszona to jestem dysonansem między tym czego kościół wymaga od swoich wiernych, a tym jak sam postępuje. To jest hipokryzja, ale nie tylko. To jest coś znacznie więcej. Wpływ na politykę państwa, oraz gmeranie w jego prawie przez osoby takiej proweniencji jest najbardziej szkodliwym skutkiem toksycznego związku państwa z kościołem. To w istocie patologizacja stosunków społecznych. To szczucie różnych grup społecznych przeciwko sobie nawzajem. To w końcowym efekcie – zrujnowanie społeczności Polek i Polaków. I tym będzie się kościół nadal zajmował – przynajmniej ten w Polsce.

 

 

Dlaczego nie zrezygnuje z tego kierunku? Bo jest zbyt mocno uwikłany w polityczne zaplecze konserwatywnych partii – ma swoich akolitów w POPISie, ale też i w SLD i Razem. A ponieważ jego być albo nie być zależy od szantażu politycznego zaplecza w sejmie, nie spodziewajmy się rychło świeckiego państwa. Świeckie państwo sprowadziłoby tę instytucję na teren jego autonomii – czyli do parafii i biskupstw, a także radykalnie zmieniłoby źródła ich finansowania. Natomiast winni pospolitych przestępstw trafiliby w jedynie odpowiednie miejsce – jako ateistka nie zadowalam się nadzieją wierzących, że czeka na nich kara po śmierci… Zdecydowanie wolałabym żeby ponieśli ją za życia i dopóki choć trochę jeszcze kojarzą rzeczywistość…

 

 

W wojnie, jaką rozpętał Kaczyński przeciwko Kobietom, chodzić będzie tak naprawdę o świeckie państwo i przywrócenie równowagi między sacrum i profanum. Religie są z gruntu szkodliwe, ale dopóki nie zaczniemy się porządnie edukować humanistycznie i dopóki tolerujemy hodowanie dzbanów i fajansów intelektualnych w szkole powszechnej – religia nie zniknie w listy potrzeb przeciętnego człowieka, o przeciętnej świadomości i z przeciętnymi możliwościami weryfikacji podawanych na wiarę treści.Ludzie lubią bajki, legendy, magiczne myślenie, które zastępuje wnioskowanie na podstawie wiedzy i w gruncie rzeczy zwalnia z uczestnictwa w czymkolwiek co wymaga wysiłku i pracy organicznej. Zestaw wierzeń czy też dogmatów zwalnia z odpowiedzialności za swoje decyzje. To SPA dla leniwych.

To nie znaczy, że nie można zdelegalizować instytucji obciążonej tak ciężkimi zarzutami o działalność przestępczą. Najlepiej zrobić to w pakiecie – z delegalizacją Ordo Iuris i Narodowcami wszelkiej maści. Gdyby Kaczyński faktycznie był genialnym strategiem, jak twierdzą niektórzy z jego otoczenia, zrobiłby taka woltę zanim ospała lewica i KO zdąży się ogarnąć i zanim przestaną trząść się na myśl o starciu z kościołem.

Smutna jest konstatacja, że wstęp na wszelkie pola życia społecznego, dała KK  inteligencja katolicka, ta sama, która teraz leje krokodyle łzy i marzy o odmianie i naprawie moralnej kościoła. Czyli niczego się nie nauczyli z najnowszej historii tej potężnej z pozoru instytucji. Zostawmy ich z ich winą i ich głupotą, bo wydaje się, że co pokolenie, to nowe rzesze formalnie inteligentnych, a jednak wciąż tak samo naiwnych wierzących w dobre intencje KK, opowiadają swoje mrzonki np. w Tygodniku Powszechnym albo w Znaku…

 

 

I nie kupujmy tej grzecznej narracji pana Kraśko, czy Terlikowskiego, którzy nie dotykają sedna sprawy, którzy wskazują na pojedynczych winnych. A przecież ich podstawowa wina polega na … POSŁUSZEŃSTWIE wobec poleceń papieskich – nie udawajmy, że tego nie wiemy. Zatem nie pojedynczy ludzie – słabi i grzeszni – ale SYSTEM który jest wytworem instytucji działającej od pona 1500 lat (!) jest przyczyną tragedii tysięcy ofiar – małych chłopców i dziewczynek – dziś dorosłych, ale także takich, którzy nie doczekali matury, bo odeszli w wyniku samobójstwa. Drodzy obrońcy katolickich wartości – przestańcie oszukiwać siebie i widzów – ja mam medyczne podejście, bo jestem lekarzem – choroby trzeba prawidłowo diagnozować, zanim zacznie się je leczyć skutecznie, a więc przyczynowo. Pudrowanie pryszcza nie spowoduje, że pryszcz zniknie. Czas na PRAWDĘ O KOŚCIELE KATOLICKIM bardzo ostatnio się skurczył. Warto więc przypomnieć sobie pewnego już klasyka gatunku –

 

WARTO BYĆ PRZYZWOITYM!!

 

 

kuna2020Kraków

Czy nowa książka prof. Tomasza Polaka zmąci pozorny spokój reformatorów kościoła katolickiego w Polsce?

Oto jeden z najważniejszych głosów mówiący prawdę o instytucji kościoła hierarchicznego, o Jezusie Chrystusie i początkach chrześcijaństwa. Polski głos. Głos zdolny zmącić pozorny spokój katolików… choć sam autor mocno w to wątpi, my zaś karmimy się nadzieją, że autor się myli w tej kwestii…

Tomasz Polak – ur. w 1952 r. w Poznaniu. Jeszcze jako ksiądz Tomasz Węcławski był dziekanem Papieskiego Wydziału Teologicznego w Poznaniu, członkiem Międzynarodowej Komisji Teologicznej w Rzymie. Był w grupie księży, którzy ujawnili sprawę molestowania kleryków przez abp. Juliusza Paetza. W 2007 r. dokonał aktu apostazji. W 2008 r. przyjął nazwisko żony. Jest współtwórcą Pracowni Pytań Granicznych Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza.

Tomasz Polak jest autorem wydanej właśnie książki pt.  „System kościelny, czyli przewagi pana K.”. Uznajemy tę pozycję wydawniczą, za jedną z obowiązkowych lektur dla ateistów i ludzi stojących w rozkroku między bańka katolicką a światem laickim.

Zgadzamy się z poziomem realizmu autora, gdy mówi on o potencjale tej instytucji do zmiany w podejściu do swojego mitu założycielskiego. Podzielamy w tej kwestii pogląd, że nie jest ona zdolna do ewoluowania w żadną stronę. Stoi w środku jądra zbudowanego na kłamstwie o boskości Jezusa Chrystusa – Mesjasza, którego zabito z całą jego rewolucyjną opowieścią o człowieku, by następnie wskrzesić jako konstrukt całkowicie zależny od ojców założycieli kościoła katolickiego.

W ten zawiły sposób stali się oni dysponentami symbolicznego J.Ch., oraz niezbędnym elementem w kontaktach między wiernymi a boskim synem, gdy jednocześnie boga zredukowali do ” tego, który wskrzesił swego syna” To oni uznają, które zapisy i jak interpretowane uznaje się za prawdę objawioną, a które wymazuje się z świadomości i obiegu społeczności katolików. Kilka bardzo istotnych tez  z wywiadu z prof. Polakiem dla Wyborcza.pl zamieścimy na naszym portalu, bo uznajemy je za zbyt ważne, by miały przepaść w pomroce niepamięci…

 

systemowa odporność Kościoła na krytykę jest niezależna od napięć politycznych, kulturowych czy społecznych wokół kościelnego chrześcijaństwa

 

Jezus nie był ani religijnym rewolucjonistą, ani anarchistą (…)  Był reformatorem religijnego doświadczenia żydowskiego, nie struktur…

 

Gdy został zabity, jego śmierć, tak gwałtowna i poniżająca, była zaprzeczeniem tego, co o nim dotychczas sądzili: skoro był obiecanym Mesjaszem, nie powinien tak zginąć. I musieli się z tym jakoś uporać.

 

przepracowali to tak: dobrze, myliliśmy się co do Jezusa i jego wrogów, ale Bóg jednak uczynił go Mesjaszem mimo jego śmierci. Ta ich reakcja to kluczowy moment tej historii.

 

nowy „koncept Jezusa” dynamizuje ich odniesienie do samych siebie, do ich otoczenia i ich działanie: nabierają przekonania, że blask tego nowego dzieła Boga pada też na nich, że są inni, nowi, lepsi.

 

opisana w Dziejach Apostolskich decyzja Dwunastu, że nie powinni się zajmować „obsługiwaniem stołów”, ale rzeczami „wyższymi”(…) to zasadnicza zmiana we wspólnocie i klucz do rozumienia kościelnej hierarchii.

 

silne są wewnętrzne wzorce Kościoła: do głosu zawsze dochodzi to samo – struktura, podporządkowanie i bogactwo.

 

szaleństwo budowania wielkich sakralnych przestrzeni wynikało z potrzeby zasypania pustki,

 

pytanie o to, czy jest Bóg, nie ma sensu. Sens ma pytanie, dlaczego ludzie chcą, żeby był Bóg.

pytanie o istnienie Boga nie ma dla Kościoła znaczenia.

 

niektórzy wiedzą że jest źle, ale nie chcą porzucić nadziei, że da się z tym coś zrobić.

 

Kościoły chrześcijańskie nie mają już światu nic istotnego do zaproponowania, poza jałowymi przepychankami konserwatystów i progresistów.

 

(kościół) swoje problemy zawsze prezentuje tak, by oddalić od siebie winę lub przenieść ją na kogoś innego.

 

„jeśli przyczyną zła jest człowiek z wnętrza Kościoła, to znaczy, że to świat poza Kościołem go do tego doprowadził”. Tak broni się tezy, że kościół w środku jest zawsze dobry

 

i dobry przykład ilustrujący ten brzydki nawyk:

 

Benedykt w „liście pasterskim do katolików Irlandii”, w którym miał przeprosić za pedofilię tamtejszych księży, znalazł winnych w tym zdaniu: kapłani ulegli tendencji przyjmowania świeckiej mentalności.

 

jeden z czynników siły Kościoła wynika z tego, że każda osoba w kontakcie z Kościołem od początku jest petentem, bo została jej udzielona łaska, więc każdy jest dłużnikiem Kościoła. Czyli to tak, jakbyśmy się urodzili z kredytem w banku, a ten bank przez całe życie nam go spłacał albo obiecywał, że daruje, a czasami postraszył komornikiem

 

ludzie, którzy mają nierozwiązane problemy życiowe, płacą za to, by pozostały one nierozwiązane.

 

 

 

Książka prof. Tomasza Polaka ukazała się nakładem Wydawnictwa Nauk Społecznych i Humanistycznych Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu

 

I na zachętę do czytania tekstu źródłowego

taki dowcip z wywiadu:

mało ortodoksyjny chrześcijanin trafił do nieba i oprowadza go Piotr. Ów człowiek widzi tam mur, zza którego słychać śpiewy i modły. Co to, kto tam siedzi? – pyta. Piotr na to: za tym murem są katolicy i myślą, że są tu sami.

I ten obszar za murem, w którym siedzą katolicy, to dobra ilustracja fantazmatu.

 

kuna2020Kraków

Co nie mieści się w mojej głowie, a przyśnić się może… na jawie.

Ostatnio nie sypiam zbyt dobrze. Upały. Brak ruchu. Zmęczenie odczuwam, mimo że w zasadzie niewiele mam okazji, by się naprawdę mocno zadyszeć. A teraz jeszcze TO.

TO – sen jak na jawie, ten sam przez trzy ostatnie noce, nawiedza mnie i każe czuć coś, czego nigdy wcześniej nie miałam okazji…

Jestem w obcym kraju, chyba na zaproszenie znajomych. W pośpiechu, szeptem, i tylko wtedy gdy porządkowi są daleko, a machiny podsłuchowe skierowane w inną stronę, zostaję wprowadzona w sytuację i poinformowana jak mam się zachowywać, by uniknąć kłopotów. Siedzimy w holu lotniska międzynarodowego, panuje niezwykła w takich miejscach cisza, słychać zaledwie lekki szmer tła  i wyraźne miarowe kroki, podbitych blachą buciorów służby mundurowej. Na razie jestem tylko zdziwiona i zdezorientowana. Chcę wiedzieć więcej, ale zachowanie ludzi skłania do podporządkowania się, wbrew wszystkiemu co jest mi znane, każe robić to co inni, czyli milczeć, stać i spuścić wzrok. Wszyscy chcą być niewidzialni, nie wyróżniać się, nie prowokować złego.

Przyleciałam tu z innego świata. Z świata w którym złudzenie wolności jest tak mocne, że poza nielicznymi wyjątkami wszyscy czują się panami swego losu i nie sztywnieją na myśl o spotkaniu oko w oko z funkcjonariuszem policji. To świat w którym cywil nie ma wątpliwości, że służby mundurowe – wojsko, policja, straż – spełniają społecznie ważne role – pilnują porządku i praworządności – nawet wierzy, że to właśnie dzięki tym służbom zwykły obywatel może oddać się innym, ciekawszym zajęciom niż obserwowanie co też się dzieje na ulicach, w urzędach, w więzieniach, sądach i innych miejscach wypełniania umowy społecznej.

TU jest inaczej. Tu wszyscy zostali spacyfikowani, posegregowani, są winni i muszą liczyć się z surową karą. Nagle słychać jakiś tumult za oknami. Odruchowo kieruję tam wzrok ale widzę tylko ludzi w mundurach, którzy strzelają krótkimi seriami w kierunku budynku w którym się znajdujemy. Kiedy zwracam pytający wzrok w stronę znajomej, kręci nieznacznie głową zamyka oczy, a spod jej powieki płynie pojedyncza łza. Domyślam się, że giną ludzie.  Nie rozumiem dlaczego, ale wiem CO się dzieje i jak to we śnie – błyskawicznie przechodzę w tryb przetrwania.

Paraliżujący strach jaki czuję, gdy zamykają się za nami drzwi wielkiego kontenera, jest tak realistyczny, że przestaję być widzem mojego fabularnego snu, a staję się częścią zdumiewająco prawdziwej rzeczywistości. A kiedy rozładowują nasz transport –  już nie czuję się człowiekiem – czuję się elementem, cząstką statystyczną, liczbą porządkową. Wysiadamy w ciszy i milczącym skupieniu. Jesteśmy na jakimś większym placu, coś jak rynek krakowski, otoczonym kolorowymi kamienicami z XVIII i XIX wieku, świeci słońce, a wiaterek delikatnie muska twarz – idealne warunki do zwiedzania i podziwiania zabytków kultury materialnej miasta.

Zwiedzania nie będzie. Plamy krwi, rozrzucone to tu to tam po całym placu nie pozostawiają złudzeń – ludzie z których pochodzą nie żyją. Ciała zniknęły.

 

***

 

No i tak śni mi się od trzech dni.

Totalitaryzm, dyktatura i autorytaryzm kroczy przed holocaustem. Zawsze.  Żadne prawo, żadna demokracja, także konstytucja – wytwory ludzkiego idealizmu,- nie powstrzymają realizacji złych zamiarów, gdy człowiek ma wystarczająco silną motywację. Taki napęd bez hamulców mają tylko psychopaci – dokładni, metodyczni, uwarunkowani klęskami, wstydem i poniżeniem w przeszłości. Uczucia i emocje nie skłaniają ich do szukania odpowiedzi na pytanie – dlaczego? Cały wysiłek jest skierowany na szukanie rozwiązania problemu – jak nie czuć tych bolesnych emocji.

Bo nieprawdą jest, że psychopaci nie są zdolni do empatii. Są zdolni, ale tylko i wyłącznie w stosunku do samego siebie. Ludzie częściej miewają niską samoocenę – niskie poczucie własnej wartości – psychopaci odwrotnie – postrzegają swoją wartość w najwyższych rejestrach i bardzo kochają swoje wewnętrzne dziecko, nigdy nie tracąc z nim kontaktu. To ludzie pozbawieni  zdolności tworzenia związków z innymi ludźmi, ale nie czują się osamotnieni. Znajdują oparcie w sobie i w zupełności sobie wystarczają. Dlatego ludobójcy nie mają poczucia straty. To samolubni egoiści na 1000%.

Mój sen pokazał mi moje lęki. konfrontuje mnie z atmosferą, której nigdy nie doświadczyłam w realnym życiu. Należę do pokolenia, które miało niesamowicie dużo szczęścia – doświadczenie wojny, śmierci, zbiorowego strachu, wykluczenia jest nam obce. Trzydzieści lat w PRL-u dało posmakować równości, wolności osobistej, ale także solidarności społecznej wobec biedy i jedności wspólnoty przeciwko wszystkiemu co partyjniackie i ruskie. Niestety, kolejne trzydzieści lat przypada na wiek dojrzały, kiedy mamy już zdolność krytycznej oceny rzeczywistości, a w ramach tej oceny poczuliśmy jak pełzający klerykalizm buduje prawdziwy totalitaryzm religijny,  teokracja niszczy nadzieję na rozwinięcie demokracji i społeczeństwa obywatelskiego i w końcu Kaczyński przecina aortę, dożynając ostatecznie umowę społeczną.

Jeśli śni mi się namolnie to, co wyżej próbowałam tak nieudolnie opisać, to znaczy, że mój mózg widzi więcej i sprawniej analizuje niż ja. Chciałabym, żeby się mylił, chcę być w błędzie – nie podoba mi się taka perspektywa i nie życzę sobie takiej przyszłości. Problem jednak w tym, że być może tylko taki finał zadowoli psychopatów. Jeśli usuną nas z UE, zamiast zdjąć białe rękawiczki i przyłożyć PIS-owi 25 na goły tyłek, to będzie znaczyło, że kultura europejska woli się brzydzić precedensem niż pomóc 40 milionom ludzi w Polsce. To będzie dla mnie wielkie rozczarowanie, choć rozumiem jakie niebezpieczeństwo tkwi w precedensach. Polska od dawna jest postrzegana jako infant terrible – więc może jednak PE powinien się ogarnąć i przygotować jakąś specustawę tylko z tego jednego powodu. Wszak prawo powinno nadążać za rzeczywistością, a skoro w tej rzeczywistości Polska tak niemiłosiernie skrzeczy, to… Do dzieła Unio!

 

 

Kuna2020Kraków

Właśnie zmarła jedna z pierwszych ofiar ambicji Zbigniewa Ziobry. Antybohater z horroru i horror w realu.

 

 

Więzienie go złamało, był już innym człowiekiem. Zmarł dr Andrzej Szaniawski. Ofiara nagonki ministra Ziobry na lekarzy

 

źródło Renata Kim w Newsweek- czytaj dalej…

 

Fakty – w skrócie i bez należnych epitetów…

Wiosna 2006 r Dr Andrzej Szaniawski pracuje w szpitalu psychiatrycznym w Tworkach

Od  marca 2006 do marca 2007 przebywa w areszcie wydobywczym, najpierw na Rakowieckiej, potem w Białołęce. Jest chory, potrzebuje natychmiastowej operacji złamanej i źle zrośniętej żuchwy – nie może normalnie jeść, ból nie daje spać. Musi walczyć w celi o przetrwanie i zachowanie godności. I tak niemal co do dnia dwanaście miesięcy…

Jest jedną z pierwszych ofiar nagonki Zbigniewa Ziobry na lekarzy, do których ma awersję po tym, jak nie zdołano uratować życia jego ojca. Podstawą do aresztowania Andrzeja Szaniawskiego były zeznania oszustki z Ostrołęki, która twierdziła, że brał łapówki do kieszeni kitla lekarskiego. Ziobro uznał jej zeznania, mimo że doktor nigdy w kitlu nie chadzał. Dziecko by zauważyło tu pewną oczywistą sprzeczność, ale nie prokurator, który najpierw zapowiada istnienie ośmiornicy ostrołęckiej, a dopiero potem dość nieudolnie usiłuje to potwierdzić.

Był nawet taki moment, że rozważał przyznanie się do winy, żeby tylko go wypuścili. Ale w końcu doszedł do wniosku, że to nie ma sensu, bo przecież nie wziął łapówki. Dowiedział się wtedy, co to jest areszt wydobywczy. – Przyszedł ten kurdupel policjant razem z prokuratorem i mówi: co pan tu robi? Pan powinien w domu siedzieć, wnuki bawić. Wyraźnie sugerował, że jak się przyznam, to mnie wypuszczą. A jak nie, to długo posiedzę – opowiada. Czy był wściekły, że stała mu się taka niesprawiedliwość? Nie, raczej bezradny. Że dzieje się coś, na co nie ma żadnego wpływu.

 

Dziennikarka, Joanna Derda, siostra pana doktora próbuje wszystkiego – przede wszystkim zainteresować kogoś, kogokolwiek sprawą brata – bez rezultatu… Julia Pitera nie pomaga. Próbuje też coś zrobić dla syna matka doktora poprzez znajomość z senatorem Borusewiczem, próbuje też u senatora – przewodniczącego komisji senackiej praw człowieka… Romaszewskiego i jego żony. Bez skutku. Wszyscy indagowani w tej sprawie – najpierw oburzeni – wkrótce milkną, jak zaczarowani.

Prof. Rzepliński z Fundacji Helsińskiej – zainteresował się wstrząśnięty sprawą, ale i fundacja grzęźnie bezradnie wobec postawy prokuratury i rażących uchybień proceduralnych. Staje się jasne, że nie chodzi o ustalenie prawdy, i że prokurator Ziobro naciąga sprawę Szaniawskiego na tezę o korupcji w Ostrołęce. Klasyka.

Interweniuje doktor Marek Edelman – przyjaciel rodziny.

Przełom nastąpił prawie po roku, gdy o sprawie dowiedział się zaprzyjaźniony z rodziną doktor Marek Edelman. – Najpierw wpadł w szał, a potem napisał osobiste poręczenie dla mojego brata i poprosił o to samo Tadeusza Mazowieckiego, prof. Bronisława Geremka i Henryka Wujca. Poręczenia zostały doręczone prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu i wkrótce po tym, w marcu 2007 r., Andrzej został wypuszczony z aresztu. Spędził w nim prawie rok – opowiada Joanna Derda.

Przetrwał.

W marcu 2007 r opuścił celę w Białołęce…

A potem przez siedem lat trwał proces!…Siedem lat potrzebował wymiar sprawiedliwości, żeby dokończyć dzieła zniszczenia człowieka – jego pasji, jego życia prywatnego, jego zdrowia wreszcie.

28 maj 2012 r – ogłoszenie wyroku –  całkowite uniewinnienie. Nikt w Polsce o tym nie usłyszał. Sala rozpraw była pusta, bez publiczności.

Bilans strat

 

Zapewne wszyscy czują się niewinni w tej sprawie. Wszyscy najchętniej wskazaliby palcem Zbigniewa Ziobro jako przyczynę wszelkiego zła. Ale to tak nie działa drodzy państwo. Żeby taki … Ziobro mógł sobie dokazywać, muszą wokół być tacy słabi ludzie jak niektórzy, wymienieni w artykule Renaty Kim w Newsweeku. Żeby taki Ziobro mógł zaistnieć w realnej rzeczywistości – potrzebuje pewności, że nikt mu nie przeszkodzi zrujnować komuś życie, że kiedy będzie to robił dla własnych, chorych ambicji,  nikt nie stanie w prawdzie i nie będzie bronił systemu.

Może nie powinnam tego głośno mówić, ale przecież siedem lat ustalania niewinności doktora Szaniawskiego miało miejsce w czasach, w których rządziła Platforma Obywatelska… Przez kolejne sześć lat  KOD bronił sądów, Trybunału Konstytucyjnego, i zasad demokracji. Bronił instytucję, która bardzo źle działała i działa jeszcze gorzej, bo wcale nie działa! Czy tylko mnie brakuje wśród postulatów różnych partii gruntownej reformy sądów i równie gruntownej zmiany kształcenia prawników? Jak słabe musi to być środowisko, jeśli doszło do takiej masakry systemu od 2015 roku pod batutą Ziobry – człowieka z horroru, z jakiegoś Stephena Kinga… albo Margaret Atwood.

Czytajcie cały artykuł Renaty Kim – przeczytajcie, bo to co przydarzyło się Andrzejowi Szaniawskiemu może się stać udziałem każdego z nas. Pan doktor właśnie zmarł, a zanim tego zapragnął, przez wszystkie te lata cierpiał na depresję, straciwszy wszelkie złudzenia co do ludzi i sprawności systemów państwa prawa. I lepiej, żebyśmy nie zapominali, że to co wydarza się innym, wydarza się także nam wszystkim, bez wyjątku, bo to tylko kwestia przypadku kto będzie następny…

Kuna2020Kraków

 

 

 

 

 

 

W sprawie powrotu do „normalności” bez normalności. Słów kilka dla tych, co w modły nie wierzą…

Ponieważ czuję się nie najlepiej, ucieszyłam się kiedy facebook podsunął mi tekst Marcina Zegadło. W ogóle coś jest na rzeczy – bo dość często, to co Marcin pisze jest też w mojej głowie. Tekst, który znowu mu podebrałam, to moje myśli, których nie mam siły od niedzieli wam wyjawić – bo jak na wstępie wspomniałam – czuję się niewyraźnie…

A zatem oddaję głos Marcinowi Zegadło

 

 

 

 

Piszę tutaj wiele o moich obawach związanych z „luzowaniem” i tym rozpaczliwie nieudolnym „powrotem do normalności”. Spotyka się to często z uwagami, w których komentujący zarzucają takiej postawie brak odwagi, brak realizmu, myślenie oderwane od rzeczywistości ekonomicznej i społecznej, jednym słowem, że nie da się zdaniem komentujących przesiedzieć tej pandemii w domu.
Ci co tak twierdzą, mają rację. Nie da się.

Problem, który staram się pokazać nie sprowadza się do tezy, że należy zamknąć się w mieszkaniach i czekać aż to minie. Problem, który chce pokazać, polega na tym, że jeśli już decydujemy się na ten grubo przedwczesny luz i na tą normalność pośród nienormalności, to byłoby świetnie gdybyśmy się do tego w odpowiedni sposób przygotowali.

Żebyśmy otwierając sklepy (wielkopowierzchniowe), usługi lub urzędy odpowiednio zabezpieczyli tych, którzy w tych sklepach i urzędach będą obsługiwać. Żebyśmy zatroszczyli się o świadomość dotyczącą stanu rzeczy, który jest jeszcze totalnym byciem w dupie i nie ma nic wspólnego z jakimkolwiek wygasaniem epidemii, a nie na „hurra” rzucali się na jakąś umowną normalność, jakby decyzja władz lub decydentów na niższych poziomach zmieniała rzeczywistość na lepszą. Jakby te decyzje były formą walki z pandemią. Nie są nią. Być może są konieczne, ale nie przyczyniają się do tej walki i nie sprawiają, że świat znowu będzie „lepszym miejscem”.

Chciałbym po prostu zobaczyć miny tych wszystkich, którzy teraz podejmują decyzję o tej pokracznej „normalizacji” – chciałbym zobaczyć ich twarze za miesiąc lub dwa miesiące i bardzo chciałbym, żeby to oni wtedy okazali się tymi, którzy mieli rację, co do tego, że teraz to „luzowanie” to jest dobry pomysł. Żebym to ja okazał się niepotrzebnie piętrzącym problemy niereformowanym pesymistą. Chciałbym wtedy, za kilka miesięcy od teraz, od momentu w którym kompletnie nie przygotowani usiłujemy przezwyciężyć to „znudzenie strachem” całą serią idiotycznych decyzji, móc powiedzieć tym, którzy o tym zdecydowali – myliłem się, to wy mieliście rację.

Obserwując jednak to w jaki sposób usiłujemy przygotować się na to zderzenie z „powrotem do normalności”, mam nieodparte wrażenie graniczące z pewnością, że cały ten proces polega na odwracaniu oczu od tego, co oczywiste:
– po pierwsze: jest na to za wcześnie;
– po drugie: nie jesteśmy na to przygotowani (środki ochronne, świadomość zagrożeń, procedury – tutaj jest bardzo „po polsku”, na żywioł i jakoś to będzie);
– po trzecie: to się nie układa w żadna logiczną całość, a wyparcie jeszcze nigdy nie rozwiązało żadnego problemu, wręcz przeciwnie.

Cała sytuacja przypomina to, co robią małe dzieci, kiedy chcą zniknąć, być niewidzialne dla tych, którzy są dla nich zagrożeniem. Dzieci zamykają wtedy oczy, w nadziei, że znikną albo że zniknie to czego się obawiają.
Ale przecież nie jesteśmy dziećmi, a świat nie funkcjonuje w ten sposób. On jest, mimo wszystko. Tak jak istnieje to zagrożenie, które zrozpaczeni, często na granicy finansowej wydolności usiłujemy ignorować.
To, że zaczniemy pracować „normalnie” nie oznacza, że będzie normalnie.
Oby odpowiedzialni za ten stan rzeczy nie musieli – kiedyś – ponieść za to odpowiedzialności.
Dlatego niczego bardziej nie chcę pisząc te słowa, niż mylić się, co do do moich przeczuć i obaw.

 

Tak. A ja się pod tym podpisuję obiema rękami. Bo jeszcze nigdy nie widziałam, a widziałam bardzo dużo, żeby zaczarowywanie rzeczywistości spowodowało, że ta rzeczywistość się zmieniała zgodnie z życzeniem. To jest tak, jak z oglądaniem polskich seriali – patrzysz na sielankowy obrazek stworzony przez scenarzystkę Ilonę Łepkowską, robi ci się przyjemnie w tej bajce, wchodzisz w ten świat, a potem odcinek się kończy i stwierdzasz, że rzeczywistość jednak skrzeczy jak skrzeczała, proboszcz jeździ najnowszą Hondą, a nie na rowerze, mobbinguje staruszki do sprzątania parafii, i co week-end jeździ na panienki do pobliskiej stolycy…

Trzeba się solidnie przygotować do „normalności” bez normalności i nie uprawiać życzeniowych iluzji, bo to się z pewnością zemści i to prędzej niż później.

Wszystkiego najlepszego z okazji otwarcia lasów i parków … I bardzo proszę pamiętać o tym, że maski nosimy na obydwa otwory – nosek i usteczka, w szczególności nie nosimy jej wyłącznie na brodzie, czy w kieszeni. I pamiętajmy, że kiedy rozmawiamy przez komórkę nie musimy zdejmować maski – jesteśmy doskonale słyszalni po drugiej stronie. I toby było na tyle …

Kuna2020Kraków

W zadumie nad ciałem 15 latka z plemienia Yanomami…

 

W amazońskiej dżungli żyje wiele plemion, prowadzących koczowniczy tryb życia. Ich stosunki społeczne i sposób życia wyklucza dystans społeczny. Ponieważ egzystują z dala od cywilizacji i nie nabyli populacyjnej odporności na choroby powszechne wśród nas, każdy kontakt z przedstawicielem naszej społeczności stanowi dla nich śmiertelne niebezpieczeństwo. Prezydent Brazylii stara się otaczać  plemiona izolowane ochroną. Żeby móc pracować w pobliżu wybranego plemienia trzeba otrzymać specjalne pozwolenie.

 

Stosunkowo najczęściej i bez niezbędnych formalności otrzymują je misjonarze, czasem naukowcy chcący obserwować życie pierwotnych kultur, no i lekarze z misją i powołaniem. Miejscowy lekarz, opiekujący się m.in. plemieniem Yanomami, z którego pochodzi pierwsza ofiara wirusa COVID19, jak stwierdzono ex post był nosicielem wirusa. Trudno jednak przesądzać, czy był źródłem nieszczęścia, bez zbadania wielu misjonarzy, z którymi ofiara – 15 letni chłopiec – również się kontaktowała.

Kto by to nie był – to jednak przerażające jest co innego. To mianowicie, że nie wyciągnięto wystarczających wniosków z lat 70-tych ubiegłego stulecia, gdy właśnie to plemię zostało zdziesiątkowane przez zawleczoną tam malarię i odrę. Epidemiolodzy podkreślają, że wirus COVID19 ma potencjał, nawet do całkowitego zniszczenia tego rodzaju, niezbyt licznej społeczności.

Nosimy maski, żeby chronić innych, przed potencjalnie możliwym zarażeniem z naszej strony, ale nie potrafimy ochronić plemienia Yanomami…

 

***

 

Kiedy czytam o  niewybaczalnych skutkach ignorancji ze strony naszej cywilizacji, której tak wielu broni zaciekle, z której tak wielu jest dumnych, a jednocześnie niezdolnych do krytycznej oceny, to czuję się, jako jej mimowolny uczestnik, winna tej tragedii. Czuję się niemal jak pierwsi odkrywcy nowego lądu, odpowiedzialna za wszystko co temu światu za wielką wodą przynieśliśmy. Za zniszczenie kultury Majów i Azteków… Za nowy kult religijny… Za produkty naszej cywilizacji… Za wszystko.

A teraz ta śmierć…

 

 

Każdy ma, to co życie mu da
Tani fart, albo dwa
Jakiś zamek ze szkła,
Każdy ma, każdy ma, każdy ma…

Krystyna Prońko ” Modlitwa o miłość prawdziwą”  )”

 

***

Mięsożerni bronią się przed obrazami, jakie podsuwają im wegetarianie w filmach o potwornej rzezi braci mniejszych w hodowlach przemysłowych. Wiejska ludność nie rozumie obrońców zwierząt, gdy ci domagają się zakazu trzymania psów na łańcuchu. A indywidualni popaprańcy emocjonalni, żeby nie musieć się tłumaczyć dlaczego usypiają swojego psa czy kota, wywożą go swoją wypasioną limuzyną do lasu. Żeby nie stać się we własnych oczach pospolitym mordercą, wolą być sadystami. Porzucają swojego niegdysiejszego przyjaciela w lesie albo przy drodze, i problem z głowy! Można jechać na miesiąc na Dominikanę… albo gdzie oczy poniosą…

 

Niech żyje wolność i swoboda!

 

 

 

 

 

 

***

 

Szczęśliwe matki chcianych, kochanych, zdrowych dzieci zwykle nie od razu pojmują na czym polega tragedia kobiet, które musiały przerwać ciążę. Tym bardziej nie rozumieją tych, które nie chciały być matkami, albo nie chciały przechodzić ciąży, albo bały się śmiertelnie porodu. Ten temat znowu będziemy przerabiać, bo on zawsze będzie wracał, jak bumerang. I znowu w ogniu dyskusji będzie się omijać sedno. ONI będą zwodzić na manowce, na pobocza tematu, będą wciągać w rozważania na temat ilości komórek, będą nazywać je dzieckiem, żeby kobietę która zatrzyma rozwój tych komórek nazwać morderczynią dzieci i pozbawić ją prawa do człowieczeństwa. A sedno stoi wciąż obok tych dyskusji, i od lat nikt go nie dostrzega.

 

 

***

 

Empatia to nie zawsze jest dar wrażliwości, to raczej umiejętność wejścia w cudze buty. Uczymy się jej, gdy nasza wrażliwość rozwija się w bezpiecznym emocjonalnie środowisku.  Ilu z nas miało takie szczęście? Sądząc po tym jak w dyskusjach na internetowych forach dajemy czadu, który jest wyzuty całkowicie nawet z deklaratywnej chęci zrozumienia adwersarza – niewielu…

 

***

 

 

 

 

 

Nic dziwnego, że olimpiady odbywały się w krajach, które jawnie gwałcą prawa człowieka, że w 1994 oglądaliśmy w najlepsze mistrzostwa świata w piłce nożnej, gdy w 100 dni plemię Hutu wyrżnęło od 800 000 do 1 071 000 Tutsi w afrykańskiej Rwandzie. Abp Henryk Hoser, jako jeden z dobrze poinformowanych hierarchów rezydentów w Rwandzie, umknął stamtąd w odpowiednim momencie. Do dziś nie chce podzielić się swoją wiedzą na temat udziału kościoła katolickiego w ludobójstwie. Skądinąd wiemy tylko, że nie kto inny, tylko własnie księża katoliccy przygotowali podłoże, na którym zakwitła nienawiść plemienia Hutu                                                                                     wobec Tutsi…

Brzmi znajomo? Kojarzy się z polskim doświadczeniem poprzednich i obecnych pokoleń?

Tak…

Chrześcijaństwo…? Katolicyzm? A może jednak brak edukacji społecznej? A może jednak neoliberalny akcent na gromadzenie kapitału, w miejsce troski o podmiotowość ludzi? Odpowiedź nie jest tak prosta jakby się wydawało…

 

 

***

 

W zasadzie nigdzie na świecie nie szanuje się praw człowieka. Człowiek i jego prawa, to wciąż tylko moneta, jaką się rzuca od czasu do czasu, żeby coś ugrać przy zielonym stoliku.  Ale to się wciąż nie udaje, bo przy tym stoliku siedzą szulerzy – dziś to są banksterzy i politycy, a jutro to mogą być właściciele ujęć słodkiej wody – najcenniejszego skarbu, jaki posiada Ziemia.  Właściciele zasobów naszej planety, naszego wspólnego domu, to neoliberałowie. Dla nich prawa człowieka, to taki sam towar jak wszystko wokół,  i albo cię stać na ten luksus,  albo jesteś niewolnikiem pozbawionym praw. Póki co, równy dostęp mamy tylko do łaski nieodwołalnej śmierci.

 

***

 

Wstyd mi. Polska nie miała żadnych skrupułów, by odmówić schronienia uchodźcom. Nachalna propaganda wprawiła sporą część społeczeństwa w stan  histerii przed kontaktem z tymi ludźmi. Powiedziano im, że to gwałciciele, że roznoszą choroby (?) , że  terroryści. Prawicowi awanturnicy  internetowi nazwali ich kozojebcami, i wtedy przestali być ludźmi. Odczłowieczeni, utknęli na dobre w konserwatywnej wyobraźni znacznej części polskiego społeczeństwa, które ulega  zbyt łatwo narracji kościelnej, a to właśnie tam biło drugie źródło nienawiści dla migrantów. Przypominam sobie, że w tamtym czasie jedna z moich znajomych uległa tym nastrojom i napisała mi, że ona by ich (uchodźców) nie zabijała. Ona by tylko strzelała do tych pontonów na których płyną do Europy… Porażające słowa w ustach kobiety, którą uważałam za inteligentną i wrażliwą. Nic nie jest takie na jakie wygląda…

 

O! O! Już prawie słyszę ten hejt – LEWACKIE PIEPRZENIE!!   Każdy, kto dziś wystąpi w obronie uchodźców, zostanie opluty jako lewak – to jest obelga jaką się obrzuca tego, kto przez nieuwagę odsłoni się ze swoja wrażliwością i pochyli nad tymi ludźmi. Lewak to dureń, który nic nie rozumie, który jest lemingiem, nie potrafi zobaczyć skutków  naiwnej otwartości na ludzką tragedię i przede wszystkim zapomina, że bliższa koszula ciału. Faktycznie,  lewaki nie szanują tej maksymy, a przecież jest praktyczna i stosujemy ją wszyscy, gdy zachodzi taka potrzeba.

 

***

 

Na szczęście piewcy tradycyjnej rodziny polskiej, obrońcy jakiegoś jej status quo,  czuwają i odmieniają pojęcie RODZINA we wszystkich przypadkach. Tworzą niezliczone towarzystwa i fundacje, które mają w swoich statutach wartości chrześcijańskie i obowiązkowo  działanie  na rzecz rodziny. Szkoda tylko, że na pustych deklaracjach kończy się cała ich działalność społeczna. A tymczasem rodziny polskie faktycznie borykają się z ogromnymi trudnościami – ot choćby zdrowotnymi problemami swoich niepełnosprawnych dzieci, dla których państwo nie przewiduje rehabilitacji ani dofinansowania na porządny sprzęt, który realnie zamienia wegetację na w miarę normalne życie.

 

 

W rodzinie polskiej wciąż dużo jest przemocy, a także poniewierania dzieci i seniorów. Rodziny polskie, to również te, z ciągle poszerzającego się obszaru skrajnej biedy, o których wie z obowiązku służbowego tylko opieka społeczna, a i to nie zawsze. My dowiadujemy się o nich od czasu do czasu, kiedy okazuje się, że jakaś Ona była pięć razy w ciąży, ale dzieci  przechowuje w beczkach, a jakiś  On o niczym nie wiedział. Media kochają takie newsy, my zresztą też.  Lekko się dowartościujemy, przez proste porównanie z  bohaterami tych newsów, a potem zapominamy.

 

Zapominanie jest jednym z  mechanizmów obronnych

jakie stosujemy, by nie oszaleć, nie zwariować

w natłoku złych wieści…

 

 

 

 

Państwo z tektury, w jakim przyszło nam żyć, nie zajmuje się od lat problemami społecznymi. Ceduje te problemy na inne podmioty – organizacje pozarządowe, kościół, całkowicie niewydolną opiekę społeczną. Nie przewiduje też dotowania tej sfery aktywności społecznej,  i poza fundacjami katolickimi i samym kościołem, nikt więcej nie ma dostępu do funduszy na cele społeczne. A problemy społeczne wymagają systemowego działania państwa. Tak jak usługi publiczne, które właściwie w tym tekturowym państwie nie  istnieją. Trudno bowiem odpowiedzialnie mówić dziś o edukacji, szkolnictwie wyższym, opiece zdrowotnej, komunikacji poza miejskiej, dostępie do obsługi prawnej, czy o dostępie do informacji publicznej, ze istnieją i mają się dobrze.  Poza tym coś mi się wydaje, że –

 

problemy społeczne

to skutek uboczny źle zarządzanego państwa.

 

***

 

Kiedy państwo jako instytucja jest niesprawne, stykamy się często ze zjawiskiem powszechnej znieczulicy społecznej. Kiedy się nad nią zastanawiam, nabieram przekonania, że nie wynika ona z tego, że jesteśmy źle wychowani, że nie mamy wrażliwości, empatii albo nie potrafimy odróżnić już dobra od zła. Podejrzewam, że może ona wynikać z fizjologii mózgu, który ma ograniczoną moc przerabiania informacji. Zwłaszcza kiedy informacje są podobnego rodzaju. Wówczas bowiem powszednieją i dopiero, gdy problemy zaczynają dotyczyć nas bezpośrednio, dziwimy się tej obojętności u innych…

 

Odkąd  informacje docierają do nas bezprzewodowo – wprost toniemy w zalewie tragicznych faktów, o całkiem anonimowych ludziach, liczonych w setkach, tysiącach i milionach, o umierających ekosystemach, wielkim wymieraniu gatunków fauny i flory, o topniejących lodowcach, o plamie śmieci na oceanie, widocznej z kosmosu… Setki i tysiące bitów informacji – których nie jesteśmy w stanie przerabiać intelektualnie, bo mamy  swoje indywidualne ograniczenia poznawcze z jednej strony, i mechanizmy obronne, chroniące psychikę przed destrukcją, dekompensacją, depresją itp. efektami ubocznymi posiadania świadomości, z drugiej – powodują coś w rodzaju otępienia, czyli  areaktywność socjalną.

 

Jest to zjawisko masowe, towarzyszy od lat dużym zbiorowiskom ludzkim w wielkich aglomeracjach. Jest wykorzystywane przez rządy państw, przez reżimy, dyktatury i ogólnie tych, którzy uważają, że mają prawo albo mandat, by kierować naszym zbiorowym zachowaniem tak, jak jest to, ich zdaniem korzystne dla nich. Traktują nas więc, jak zdehumanizowaną masę –  przedmiotowo i bezwzględnie. To się przydarzyło Rwandzie…

 

 

 

 

 

I wtedy koszula bliższa ciału pomaga zachować pion, poukładać priorytety, rozbroić etyczną bombę, tykającą w naszej świadomości, która – wprawiona w wibracje – może czasem wybuchnąć, ale częściej wpada jednak w stupor i zamiera, odbierając nam tym samym  część człowieczeństwa.

Chyba to właśnie przydarzyło się tej mojej znajomej, co chciała strzelać do pontonów z uchodźcami…

 

***

 

I tak zatoczyłam koło – od braku odporności plemienia Yanomami na cywilizację, do pełnej odporności tych, którzy są na tą cywilizację skazani od narodzin do śmierci. Przypuszczam jednak, że ostatecznie kiedy dojdzie do katastrofy klimatycznej, to Yanomami mają większe szanse na przetrwanie…

 

psy szczekają, karawana idzie dalej

 

PS.: Chciałabym, żeby psy szczekały, merdały ogonem na widok swego pana, żeby łańcuchy nie wżerały się boleśnie w psią szyję, ale karawana,  żeby się jednak zatrzymała na jakiś dłuższy popas… No bo ile można tak leźć bez celu, bezmyślnie i na oślep, a chyba właśnie to robimy…

 

Kuna2020Kraków

Ewa Żarska, dziennikarka śledcza Polsatu – nie żyje. Łódzka prokuratura bada okoliczności zdarzenia.

Z 16 na 17 kwietnia, niespodziewana śmierć zakończyła życie Ewy Żarskiej, wybitnej dziennikarki związanej od lat z Polsatem. Do czasu zakończenia czynności śledczych, mających na celu wyjaśnienie m.in czy w zdarzeniu brały udział osoby trzecie, wersja robocza zespołu brzmi – samobójstwo.

Widzowie i czytelnicy powinni kojarzyć dziennikarkę z głośnymi śledztwami dot. m.in. poszukiwań sprawcy czterech zabójstw  chłopców w Piotrkowie Trybunalskim, którym okazał się Mariusz Trynkiewicz. „Łowca- Sprawa Trynkiewicza”, to książka, będąca owocem jej pracy reporterskiej i śledczej przy tej sprawie. Jest też autorką głośnego reportażu pt. „Mała prosiła, żeby jej nie zabijać”…

 

Urodziła się w Piotrkowie Trybunalskim, ale od lat mieszkała w Łodzi. Związana była z Telewizją Polsat i Polsat News. Pisała także książki, reportaże, nagrywała podcasty internetowe. Była nominowana do prestiżowych nagród dziennikarskich w Polsce w kategoriach dziennikarstwo śledcze i reportaż. […]

Niejednokrotnie pomagała policji i prokuraturze w rozwiązaniu zagadek kryminalnych. W 2017 r. przygotowała reportaż o pedofilu i – prawdopodobnie – mordercy dzieci. […]

[…]Chodziło o Krzysztofa P., pabianiczanina, który zamieszkał w Rosji. Polscy śledczy postawili mu zarzut rozpowszechniania pornografii dziecięcej. Wydali nawet za nim list gończy, ale po tym, jak P.  wyjechał za granicę, sprawa stanęła w martwym punkcie. Mimo że P. niespecjalnie się ukrywał, polscy śledczy w 2013 r. zawiesili sprawę. W internecie P. miał jednak opowiadać o tym, że jest winny także śmierci dzieci. Żarska po ujawnieniu miejsca pobytu mężczyzny odmówiła prokuraturze podania danych informatora, który jej pomógł. Sąd ukarał ją grzywną 6 tys. zł.

ŹRÓDŁO

 

 

 

Kuna2020Kraków

 

 

 

 

 

Zasady niekonsekwentne, ograniczenia sprzeczne z logiką. Czy państwo chce zredukować populację katolików gromadnych?

Gdy pominąć oczywistą niekonsekwencję przepisów specjalnych na czas epidemii,  a nawet konsekwencje jakie  z pewnością wynikną z udzielenia pozwolenia katolikom na uczestnictwo w mszach w ilościach hurtowych od 12.kwietnia b.r. – pozostaje tylko nierozstrzygnięta odpowiedź na pytanie – dlaczego rząd najjaśniejszej RP chce zdziesiątkować populację katolików gromadnych? No bo przecież spotkają się, przekażą sobie wirusa, zaniosą go do swoich domów i kolejne 5% wierzących w sterylność księdza, wafla i kościoła zamieni się w oczywisty niebyt. A myśleliśmy, że jest to grupa pod specjalną opieką państwa. Czyżbyśmy się tak głęboko mylili?

A tak brzmi odnośny wyrok:

„Ograniczenia (…) polegają na obowiązku zapewnienia, aby w trakcie sprawowania kultu religijnego, w tym czynności lub obrzędów religijnych, na danym terenie lub w danym obiekcie znajdowało się łącznie, zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz pomieszczeń, nie więcej niż 50 osób, wliczając w to uczestników i osoby sprawujące kult religijny lub osoby dokonujące pochowania lub osoby zatrudnione przez zakład lub dom pogrzebowy w przypadku pogrzebu – w okresie od dnia 12 kwietnia 2020 r. do odwołania”

 W Niedzielę Wielkanocną każdy katolik musi uczestniczyć we mszy – inaczej naraża się na grzech ciężki, chyba że biskup udzieli mu dyspensy.

Decyzja ta przeczy też słowom przedstawicieli rządu i ekspertów, którzy regularnie ostrzegają, że szczyt epidemii w Polsce jest dopiero przed nami. Jest ona także sprzeczna z zapewnieniami, że społeczna izolacja jest najważniejszym orężem w walce z rozprzestrzenianiem się koronawirusa.

ŹRÓDŁO

 

Szanowni biskupi- przynajmniej ci, dla których człowiek stanowi jednak jakąś wartość – udzielajcie szparko dyspensy, bo w przeciwnym razie będziecie winni śmierci każdego katolika, uczestnika heroicznych zgromadzeń wielkanocnych. Ja rozumiem, że musicie markować swoją wiarę zgodnie z oczekiwaniem takich Terlikowskich desperados, ale możecie też wesprzeć się tą elastyczną księgą pt. Biblia, w której na pewno znajdziecie odpowiedni cytat, mówiący o tym, że obowiązkiem wierzącego jest dbać o swoje zdrowie. Jak przez mgłę, ale jednak pamiętam, że ksiądz, który przygotowywał nas do komunii w latach 60-tych powiedział tak: jak palisz fajki, albo pijesz alkohol, lub robisz coś ryzykownego dla zdrowia i życia, to jest to coś w rodzaju samobójstwa – a to jest grzech niewybaczalny… Jakoś tak to brzmiało. A zatem do roboty biskupi – zróbcie coś dobrego dla swoich. Chrońcie ich przed własną głupotą i głupotą ich proboszczów.

 

Nielogiczne są też przepisy dotyczące zakazu wstępu na tereny zielone. Rozumiem, że ustawodawca kierował się przesłanką o niezachęcaniu do wychodzenia na spacer i w celach rekreacyjnych, ale z drugiej strony w wielu miejscach spowodowało to wzmożenie ruchu pieszych i ograniczenie szlaków komunikacyjnych do wąskich chodników – a jest to niepożądany efekt zamknięcia parków, skwerów, łąk, lasków itd. Jest różnica, gdy mijają się ludzie na alejkach np. Plant krakowskich o szerokości od 4 – 5 metrów, a gdy ci sami ludzie tłoczą się na chodnikach o rozpiętości do 2 metrów.

Podobnie nieracjonalne są wyłączenia ścieżek rowerowych. Trudno uznać takie rozporządzenia za efekt rozwagi przy podejmowaniu decyzji. Widać w tych zapisach raczej pośpieszne i chaotyczne próby pokazania, że ktoś  się troszczy, że ktoś myśli i podejmuje ważne decyzje. Rzecz w tym, że takie decyzje są groźne, bo nie przemyślane. Widać, że brakuje decydentom wiedzy, sprawności intelektualnej i nawet zwykłej wyobraźni. Kiedy czytam takie przepisy wcale nie czuję się zaopiekowana. Przy dość niskim poziomie zaufania do instytucji państwa, czas epidemii niestety tylko potwierdza, że mamy podstawy do nieufności jesli chodzi o podejmowane przez państwo „wysiłki”.  I tą smutną konkluzją zakończę mój komentarz do zasad , które nie trzymają się zasad.

 

kuna2020Kraków

 

Najbardziej aktualny komentarz dla Polek i Polaków. Miłego dnia na kwarantannie!

Armagedon? Zapewne.

Wybory? Jak kto musi być bohaterem, to zapewne wyjdzie i podgoni statystyki zarażeń – ups! przepraszam. Przecież one nie istnieją… zatem nikt się nie dowie o skutkach wyborów 10 maja.

Perspektywy … dajmy sobie spokój z wróżeniem z fusów…

Wreszcie czuję dokładnie i w każdym gnacie, że mamy tylko tu i teraz. TU i TERAZ – kumacie bazę?

Dla wszystkich przyjaciół i krytyków z pozdrowieniami od redakcji PA.PL dodatek na miłe samopoczucie w tej beznadziei.

 

 

Wyrok Trybunału Praw Człowieka w sprawie klauzuli sumienia. Czy polscy lekarze zechcą się zapoznać z uzasadnieniem? Czy NIL zechce zdyscyplinować swoich lekarzy? A co zrobi z tą wiedzą Minister Szumowski?

ŹRÓDŁO

Wiele pytań. Na większość od dawna znamy odpowiedź. Czy polscy pacjenci będą masowo zaskarżać do Trybunału Praw Człowieka decyzje polskich lekarzy – niewolników klauzuli sumienia- cokolwiek to znaczy? A może czas jednak na poważną debatę o prawach człowieka w kontekście klauzuli sumienia, która jest rozdawana według rozdzielnika kolejnym profesjom w Polsce?

I bardzo bym prosiła, żeby jednak nie zasięgać opinii, ani nie starać się o przychylność papieża Franciszka, ponieważ on od dawna postuluje stosowanie klauzuli przez urzędników państwowych, wszystkich szczebli. Szczególnie proszę o nie podejmowanie takich kroków przez lewicę, bo to i nie uchodzi i jakoś głupio wygląda w oczach lewicowych wyborców, nawet tych wierzących.

Chociaż decyzja Trybunału Praw Człowieka jest przełomowa – cieszyć się nie mamy za bardzo z czego. Bo jak chodzi o stosowanie czy choćby uwzględnianie jego wyroków w Polsce mamy bardzo złe praktyki i doświadczenia. Mało jednak kto zdaje sobie sprawę z tego, że każde zaskarżenie decyzji polskich sądów, trafiające do tego organu, skutkuje jak dotąd wyznaczaniem wysokich odszkodowań dla ofiar polskiego systemu. A skoro tak, to my wszyscy płacimy z naszej kieszeni za indolencję i lekceważenie praw człowieka przez polski wymiar sprawiedliwości.

I choć Wysokie Obcasy twierdzą że :

Lekarze nie mogą zasłaniać się klauzulą sumienia.

W Europejskim Trybunale Praw Człowieka zapadł przełomowy wyrok.

ETPR uznał, że klauzula sumienia nie może stanowić

przeszkody do udzielenia pomocy medycznej.

 

To jednak zwracam uwagę, że polscy lekarze nie uważają aborcji za udzielanie pomocy medycznej – to nie ten wiek, nie ta epoka. Polscy lekarze są tylko cyrulikami, łapiduchami i sługami bożymi… Ich to nie obowiązuje. Ich obowiązuje deklaracja wiary lekarza katolika – zapomniałyście tam w redakcji Wysokich Obcasów? Czy chcecie zaczarować rzeczywistość drogie panie?

Ja rozumiem, że dla dobrze sytuowanych pań to jest fajny news, ale dla każdej kobiety, zależnej ekonomicznie i psychicznie od rodziny męża –  zajście w niechcianą ciążę w Polsce jest tragedią. Może czas powrócić do tematu i rozpocząć rzeczową i merytoryczną dyskusję na ten temat? Bez ideologii, światopoglądowych ograniczeń formalnych, a jedynie w oparciu o fakty naukowe i statystyczne. Nawet jak konserwatyści sami się wykluczą z takiej debaty, to warto, myślę, podszkolić kobiety i dostarczyć im prawdziwych argumentów w dyskusji na temat aborcji. Bo ten temat będzie wracał jak bumerang – wiecie o tym doskonale.

 

Jarosław Wocial. Rakiija odc.7

10.01.2020

Rakiija VII

Jeśli był kiedyś dzień w którym na pewno nie chciało mi się siadać do komputera i pisać jakieś pierdoły… to jest to właśnie dziś. Obiecałem jednak to piszę ale … mniejsza z tym… po kolei:

Byłem u lekarza i usłyszałem wyrok. Mam złośliwego raka z przerzutami. Martwiącym się – nie pękajcie. Olewającym – no cóż… a całej reszcie – jeśli myślicie kochani, że w takiej parszywej sytuacji nie można usłyszeć czegoś śmiesznego to posłuchajcie…

Po wejściu do gabinetu usłyszałem:

– Panie Jarku wie Pan, że jest źle???

Odpowiedziałem,

– Wiem.

Upierdliwe bydle dopytywałem:

– Panie doktorze, mam już po sobie sprzątać czy jeszcze mogę bilety na olimpiadę w Tokio kupić?.

W odpowiedzi usłyszałem:

– Kupuj pan. W razie czego chętnie bilety od żony odkupię.

Dobry lekarz zawsze potrafi chorego na duchu podtrzymać.

Moja ciotka Ewa zmarła dziś rano.

Co minutę umiera na świecie jakieś 3 osoby więc jej zgon dotyka tylko najbliższych. Niemniej została mi po niej jedna pamiątka, którą się z wami podzielę. Napisała nam kiedyś na kartce wierszyk – pewnie nie jej ale jak nic innego oddawał jej stosunek do życia:

„Nie zostawił spadkobierców

ani łez po swoim trupie

bowiem wiele spraw miał w sercu

ale jeszcze więcej w dupie”.

Zawsze będę pamiętał stypę do cioci Beli – matce Ewy. Po początkowych łzach i innych bzdetach, syn Beli Marek sięgnął po harmonię i zaczął grać ulubione kawałki matki, Ewa zaczęła opowiadać jej ulubione dowcipy, a my rewanżowaliśmy się opowieściami o żartach, które ciocia Bela nam robiła…

Zgorszona część rodziny – wyszła zbulwersowana.

Po ich rejteradzie Ewa stwierdziła:

– Głupki. Mama zawsze prosiła, żeby na jej stypie wspominać to co dobrego zrobiła a nie udawać smutek.

Jeśli moja sytuacja wydawała mi się zła to przestała gdy pomyślałem sobie co stanie się z ciężko chorym mężem Ewy, dla którego była jedynym opiekunem i oparciem.

Dzień się dopiero rozkręcał, gdy wychodziliśmy z moją ślubną, żeby jechać do lekarza po odbiór wyroku. Moja najukochańsza suka stała przed drzwiami jak obraz nędzy i rozpaczy. Wiedziałem, że jest z nią kiepsko… ale chęć usłyszenia czy zdycham była ważniejsza.

Mój najukochańszy pies, zwierzę które traktowało mnie jak boga, tulące się do mnie w chwilach trwogi i atakujące gdy mnie ktoś wkurwił…, zdechło 10 minut po moim wyjeździe, Sama. Bez ukochanego pana i pod krzakiem choć całe życie spędziła na dwóch kanapach.

Uwierzycie? Drugi raz w dorosłym życiu płakałem jak dziecko. Prawdę mówiąc – jeszcze mi nie przeszło.

Jeśli komuś w jednym dniu umiera ulubiona ciotka, zdycha najukochańszy pies i dowiaduje się że umiera… to można się deczko wkurwić – nieprawdaż?

Jedyna pociecha w tym wszystkim jest taka, że ten głupi biblijny Hiob pytał:

– Boże… do kościoła chodzę codziennie, na tacę daję – to czemu mnie tak doświadczasz?

a ja przynajmniej na tacę nie daję.

Rakiija moi drodzy.

Dziś jestem pijany w trzy dupy – przyznacie chyba, że w końcu mam powody?

Zgorszonym – ludzie… dlaczego mam nie pić? Co w alkoholizm wpadnę?

Poważne komentarze zostawię więc sobie na później… ale nie bójcie się.

Ciąg dalszy nastąpi – póki mnie nie trafi szlag.

Rakiija.

Jarosław Wocial

Jarosław Wocial. Rakiija odc.6

09.01.2020

RAKIIJA VI

Stare, dobre: „Jeśli chcesz rozśmieszyć Pana Boga to planuj” znów okazało się prawdziwe. Wyrok usłyszę jutro a z zaplanowanych tekstów nie powstała nawet połowa. No cóż – był czas przywyknąć. Wydarzenia nabrały już takiego tempa, że na pisanie po prostu nie ma czasu… o zdrowiu nie wspominając.

Należą się Wam jak psu micha wyjaśnienia w dwóch sprawach bieżących. Po pierwsze – Ciotka Ewa chora na raka. Leży w szpitalu w ciężkim stanie i spodziewamy się niestety najgorszego. Jej pobyt przywołał temat „informacji medycznej”, ale wrócę do niego później. Wczoraj nieoczekiwanie dowiedzieliśmy się za to, że choć nic nie wiedzieliśmy o jej chorobie, na raka zmarła ciocia Ania. Jakaś pandemia cholerna czy inna epidemia???

Jest i coś zabawnego.

Wspominałem Wam – mieszczuchom o urokach życia na wsi. Nie pamiętam tylko czy nie zapomniałem aby o miłości do zwierząt. Ma ona otóż na wsi postać wyjątkową. Moja miastowa miłość uległa już zachwianiu, gdy po sprowadzeniu się do mojej wymarzonej drewnianej chałupy musiałem zatykać słomą dziury w ścianach wygryzione przez myszy. Zacisnąłem zęby, przekonania o wartości życia poszły w kąt i… kupiłem 10 łapek na myszy. Przez kilka dni nie miałem czasu się w dupę podrapać ponieważ nie nadążałem wyciągać „ofiar” z maszynek a sera kupiłem wtedy tyle, że pewnie „Mlekovitę” postawiłem na nogi.

Wspominam o tym ponieważ wyjaśniła się sprawa awarii w mojej biednej Skodzinie. Zjadły ją otóż myszy. Nie szkodzi. Rak mnie humoru mnie pozbawił, pożar nie dał rady a miałyby mnie parszywe myszy załatwić? Nie dam się… choć z miłości do WSZYSTKICH zwierząt nie został już żaden ślad.

Ale… do tematu Jareczku – do tematu.

Przed kontynuacją moich przygód z rakami, żeby ułatwić Wam śledzenie moich rozważań i pomóc ocenić wyciągane wnioski, muszę napisać kilka słów o sobie. Bardzo tego nie lubię , gdyż jak wiecie jestem jednostką skromną do bólu i nie znoszę zwracać na siebie uwagi. 

Ze zwykłego lenistwa trzymam się w życiu kilku prostych zasad. W niektóre z nich zapewne i tak byście nie uwierzyli… nie napiszę więc nic o tym, że nigdy nie kłamię albo, że całkowicie obojętne mi jest „manie” i pieniądze. Jest jednak szansa, że w dwie inne, od lat służące mi do oceny ludzi i zdarzeń jeśli nawet uwierzyć nie będziecie chcieli, to przynajmniej z marszu ich nie odrzucicie.

Pierwszą z nich jest moje stare dobre 1:2= 3. Jeśli następuje podział jakiejś jedności, zawsze powstają z niej co najmniej trzy elementy, przy czym ten trzeci jest zwykle najważniejszy. 

O drugiej nigdy jeszcze nie pisałem a jest dla mnie równie ważna. Kilkadziesiąt lat obserwacji pozwoliło mi na ustalenie, że dzielimy się na: „wojowników” i „konstruktorów”. Wojownicy wszystkie sprawy rozwiązywać chcą wzorem Aleksandra Macedońskiego. Miecz i po problemie. Konstruktorzy pracowicie rozsłupłują gordyjski sznurek… bo może się jeszcze przydać. Sprawdzający się najlepiej w boju wojownicy, szukają wroga do zniszczenia a gdy go brakuje sami go tworzą. Konstruktorzy zawsze szukają możliwości kompromisu i wsparcia uznając, że tylko współpraca może dać owoce.

Itd. itp.

Przykładów jest mnóstwo wspomnę więc tylko o kilku. Wojownikiem był Sobieski – pojechał cholera wie gdzie i po co, a dziś świętujemy „Wiktorię Wiedeńską” choć pożytek był z niej żaden. Konstruktorem – Kazimierz Wielki, który choć żadnej wojny nie wygrał ale zostawił Polskę murowaną. Konstruktorem – Colombo pracowicie rozwiązujący zagadki. Wojownikiem Kojak lejący podejrzanych po mordzie, żeby osiągnąć ten sam skutek.

Dla jasności – choć jestem zdecydowanie „konstruktorem” nie oceniam i nie wartościuję tych postaw. Cały problem polega na tym, żeby właściwy człowiek był użyty we właściwych czasach i do odpowiednich zadań. Klasycznym przykładem był swego czasu Winston Churchill – wzorcowy przykład „wojownika”, który stał się bohaterem czasów wojny, ale gdy próbował rządzić w okresie pokoju… no cóż – rodacy szybko go pogonili.

Z naszego podwórka… Hmmmm Wałęsa???

Najważniejsze jest zachowanie równowagi pomiędzy tymi postawami.. Póki jest ona utrzymana a różne rodzaje uzupełniają i kontrolują się wzajemnie, sprawy idą w dobrym kierunku. Kłopoty zaczynają się gdy ta równowaga zostanie zachwiana lub niewłaściwy człowiek usiłuje działać w równie niewłaściwych czasach. Ciekawe, że różne typy postaw występują nawet wśród najbliższych. Na przykład wśród bliźniąt jednojajowych.

Oczywiście nie należy zapominać o 1:2=3. Oprócz „konstruktorów” i wojowników” jest masa ludzi… jak to ładnie określił w nieco innej sprawie ustawodawca – „nieaktywnych intelektualnie” i to właśnie oni ostatecznie przy urnie wyborczej decydują komu powierzają władzę.

Jak na pewno pamiętacie moi drodzy – nie pozwalają nam o tym zapomnieć, 10.04.2010 roku, tydzień po pożarze mojej chałupy, doszło do Katastrofy Smoleńskiej. Nie zginęła w niej „cała elita narodu” jak usiłowano nam to przedstawiać. Nie była to także katastrofa jednej opcji politycznej – co właściwie skutecznie nam wmówiono. Mimo to, to właśnie ten lotniczy wypadek stał się początkiem nieszczęścia. Inicjatorem choroby, która toczy nasz kraj. Początkiem i przyczyną podziału, który stopniowo objął wszystko i wszystkich.

Proces ten nieustannie się pogłębia a jego końca za cholerę nie widać, ponieważ nie zlikwiduje go nawet zmiana władzy, która nastąpi zapewne jeszcze przed końcem kadencji. Lekarstwo jest… tylko czy znajdzie się „lekarz” potrafiący nie tylko postawić diagnozę ale i zaaplikować odpowiednie leki???

Natura nie znosi próżni więc i z naszym problemem sobie poradzi. Czy to zobaczę – dowiem się jutro. Obolali… pamiętajmy jednak, że nadzieją jest zawsze 1:2=3.

O tym, że ta choroba działa jesteśmy przekonani wszyscy… choć ze skrajnie różnych przyczyn. Ten społeczny rak jest tak samo pewny jak mój prywatny, dotyczy jednak już nie tylko mnie i moich najbliższych, ale całego społeczeństwa. Całej populacji kraju nad Wisłą. Ciężko Wam zapewne żyć w czasach tego społecznego raka. Pomyślcie jednak jak ciężko jest żyć z nimi dwoma.

Inicjatorem choroby była niewątpliwie katastrofa. Kluczowy był jednak nie tyle sam wypadek czy to co do niego doprowadziło lecz jeden jego element. Moim zdaniem choroba powstała i mogła się pięknie rozwijać ponieważ w wypadku zginął brat-konstruktor a do władzy doszedł brat-wojownik, którego pomysłów nie ma już kto hamować.

Równowaga została zachwiana. Dupło.

Udało się. Wystartowałem wreszcie z obiema sprawami. Mogę już teraz przedstawić Wam jak wyglądał rozwój obu raków od pamiętnego kwietnia do chwili obecnej… ale na dziś już dość.

Teraz już tylko:

Raki i ja moi drodzy. RAKIIJA.

Boli cholera. Bolą oba.

Dałem już mój tekst żonie do sprawdzenia przecinków, ale muszę Was jeszcze dobić na koniec. Wczoraj dostałem od Córki komputerową stenotypistkę. Draństwo pewnie skomplikowane, ale ponoć mogę już tylko ględzić, a to bydle samo tekst napisze. Ciekawe czy głupoty też wywali. Może nawet, jak za szybko mnie szlag trafi, samo napisze teksty, których mu nie zdążę podyktować.

Dziękuję Ci Kasiu. Wielkie dzięki.