Epatowanie religią, wiarą i osobistymi przekonaniami – jest w porządku czy jest niedopuszczalne, gdy mowa o funkcjonariuszu publicznym?

 

Uważacie, że wolno, czy nie wolno epatować wiarą gdy jest się osobą publiczną, rozpoznawalną, opiniotwórczą?

Wolno czy też nie wolno zadawać takim osobom pytania o wiarę/religię. A jeśli wolno, a nawet należy, to jak traktować ich odpowiedź na takie pytanie. Co ta odpowiedź dla Was znaczy. Jakie wnioski wyciągnięcie posiadając tę informację?

I wreszcie – czy w takiej republice wyznaniowej jak Polska zasada, że się o takie intymne szczegóły nie dopytujemy ma rosnące znaczenie, czy jest już całkowicie pozbawiona sensu?

Oto pytania jakie postawiłam na pewnej grupie dyskusyjnej na FB, z boku artykułu w Fakt i jeden z komentarzy, na który odpowiadam tym właśnie  tekstem…

A cała dyskusja była zacna i niniejszym serdecznie za nią dziękuję. Wprawdzie na postawione pytania nie było zbyt wiele odpowiedzi, za to off topy co najmniej tak samo interesujące. Polecam tę dyskusję…

 

 

jeżeli za deklaracją „jestem katolikiem, Żydem, muzułmaninem, buddystą” idzie życie etyczne i postawa nie wykluczająca nikogo – po prostu przyjmuję to do wiadomości. Dla kogoś jego wiara religijna może być ważną częścią jego tożsamości i nie widzę powodu, dla którego miałby to ukrywać czy się tego wstydzić. ALE jeżeli (co niestety często się zdarza u osób ostentacyjnie religijnych) czyny przeczą tym słowom, wówczas myślę sobie: „Człowieku, lepiej byś zamilkł – bo to, co mówisz i robisz nie przynosi chwały temu, w co wierzysz.”

I może zacznę od tego, że zdanie ostatnie w tym komentarzu, to typowa u dobrych ludzi, łagodna ocena postawy wierzących wobec deklarowanej wiary- w sytuacji gdy tak naprawdę powinien tu spaść grom z jasnego nieba – mówiąc w tamtej stylistyce. Bo przecież jest to opis hipokryzji, podwójnego standardu jako zasady w życiu, no i wreszcie jednak wątpić wypada w wiarę kogoś,  kto całym postępowaniem jej zaprzecza. Ale to tylko taka dygresja na boku, pokazująca jak dobrze zostaliśmy wytresowani do tolerancji religijnej. Szkoda, że tylko religijnej.

 

 

Moja odpowiedź brzmi tak:

 

Ale dlaczego zaraz wstydzić czy ukrywać ? Po prostu zachować dla siebie tę informację, bo eksponowanie swojego światopoglądu mówi wiele o człowieku, o jego stosunku do wyborców, obranej strategii i motywacji. I taki kandydat na stanowisko urzędnika państwowego sam się wyklucza, bo lekceważy całkowicie swoje przyszłe zadanie, które mówiąc najkrócej, polegać ma na realizacji umowy społecznej, zawartej w prawie i konstytucji, a nie w wierzeniach religijnych czy biblii.Nie kradnij, nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kłam – nie ma wiele wspólnego z wiarą- jest raczej typowym ludzkim dekalogiem i kondycją etyczną. Zatem po co te deklaracje wiary? O czym mają zaświadczać? Że kandydat ma lepsze kwalifikacje na wysoki urząd niż ten, który wiary nie deklaruje? Jest wręcz odwrotnie, co postaram się wykazać.

 

Kandydat, który epatuje swoim światopoglądem, łasi się do określonego elektoratu – wzmożonego religijnie, mało świadomego czym jest demokracja, konstytucja i wolność światopoglądowa oraz podatnego na populizm. Populizm zaś nie jest programem tylko narzędziem do rozszerzania zakresu nie kontrolowanej władzy, oraz przyczyną wybuchów, równie nie kontrolowanego aplauzu ze strony skołowanych w ten sposób wyborców. Jest to niesłychanie groźne w skutkach zastąpienie programu i kompetencji – ideologią i pustą mową, wywołującą często entuzjazm, za którym idzie też ślepe poparcie dla złotoustych populistów bez programu i pomysłów dla rozwoju państwa i nowoczesnego społeczeństwa.

Oczywiście, że godzę się z tym, że każdy ma jakieś przekonania, ale muszę ufać, że kandydat/ka swoje decyzje administracyjne i polityczne będzie motywować wyłącznie opierając się na racjonalnej diagnozie społecznej i dobierając argumenty merytoryczne, nie zaś na widzimisię biskupa czy samego papieża nawet, którzy tego rodzaju argumentami nie operują.

Urzędnicze decyzje takie jak – ogłoszenie stref wolnych od LGBT, ustawa antyaborcyjna, wypowiedzenie konwencji stambulskiej, zezwolenie w czasie drugiej fali pandemii na zgromadzenia w kościołach do 150 osób, huczne obchodzenie urodzin Radia Maryja z udziałem najwyższych władz państwa, zezwolenie na pielgrzymkę pracowników ochrony zdrowia – to są wszystko irracjonalne decyzje w oparciu o religijne przesłanki, które mogą i rzutują na moje życie i ja sobie tego nie życzę. Tak po prostu.

 

Nie może być tak, jak było na jednej z sal sądowych sądu rejonowego, w jednym z mniejszych miast na zachodzie Polski, że sędzia odrzuciła zeznania matki dziecka w sądzie rodzinnym, bo ta jest ateistką, a przyjęła w sporze o charakterze – słowo przeciwko słowu – zeznania ojca dziecka, bo ten jest katolikiem praktykującym… I nie może prezydent świeckiej Polski podpisywać, jawnie dyskryminującej ustawy antyaborcyjnej, motywując to tym, że jest za ochrona życia od poczęcia i uznaje świętość tego życia – cokolwiek to dla niego znaczy… – bo to jest prywatna sprawa prezydenta w jakie dogmaty wierzy.

 

To doprawdy niepojęte- 30 lat- zaledwie, a cały rząd klęczy przed mężczyzną w śmiesznej czapce- czy to nie wydaje się dziwaczne w XXI wieku w środku Europy? Kuratorka oświaty Barbara Nowak, ganiająca pod kurię w Krakowie z różańcem w ręku, modlitwa o deszcz w sejmie, czy wyśpiewywanie psalmów przez posłankę, a dziś nawet europosłankę Beatę Kempę – nie byłoby możliwe, gdybyśmy wymagali i oczekiwali kompetencji i odpowiedzialności od naszych kandydatów. Tymczasem oni popisują się bardziej lub mniej cynicznymi występami w religijnym anturażu i w teatralnej oprawie, w zamian za gwarancję utrzymania władzy, gotowi tolerować coraz bardziej upierdliwą szurię, a my, cała reszta coraz bardziej konformistycznie udajemy, że to jakaś polska norma wg wzoru ONR sprzed wojny- „polska będzie katolicka , albo nie będzie jej wcale”.

 

 

Kiedy staliśmy się tacy tolerancyjni dla głupoty i chamstwa władzy? Kiedy wreszcie odpowiedzialnie staniemy na gruncie pragmatycznych wymagań wobec kandydatów do tej władzy aspirujących? Kiedy wreszcie uznamy, że epatowanie religią skreśla kandydata/kę z listy?

 

 

I jeszcze jeden komentarz warty omówienia ze względu na możliwość wrzucenia kilku zdań w ramach edukacji społecznej:

 

Ok. Ważne pytanie tu. I naprawdę nie czepiam się. To są poważne kwestie, które mnie zastanawiają. Co w sytuacji, gdy społecznie dominujący światopogląd, nie jest światopoglądem naukowym? I gdy prezentacja światopoglądu naukowego postrzegana jest przez większość lub dominującą część społeczeństwa jako „naruszenie neutralności światopoglądowej”? Bo obawiam się, że dokładnie taką sytuacje mamy.

Nie mamy takiej sytuacji jaką opisałeś, tzn. w mojej ocenie nie mamy do czynienia z ścieraniem się światopoglądów tylko z przemocą światopoglądową, a ponieważ jak już wielokrotnie zwracałam uwagę- dyskurs społeczny nie istnieje w Polsce od 30 lat, to w tę pustkę wlała się czysta propaganda wg. najgorszych wzorców z PRL-u. Ale ustosunkuję się do modelu jaki opisałeś … tak na szybko to powiem tylko, że państwo opierające się na nienaukowej diagnozie daleko nie zajedzie. Nie rozwinie się i nie dogoni krajów rozwiniętych. Ale być może większość obywateli wcale tego nie chce- może tak być. I co wtedy? Ano wtedy może się zdarzyć tak, ze wszystkie kwestie rozstrzygną referenda. Gdy odpowiednio zmanipulować pytania w referendach- można dostać taką drogą legitymację do wprowadzenia dowolnego prawa- np. obowiązku posiadania co najmniej czworga dzieci do ukończenia 30 roku życia. Zakazu rozwodów. Zakazu posiadania kotów i psów. Obowiązek trzymania psów na łańcuchu do 3 m. Można wszystko… Chciałabym znać motywacje- te prawdziwe motywacje do tworzenia takich warunków i robienia takiej polityki, bo za cholerę nie mogę tego objąć wyobraźnią, a przecież mam jej w nadmiarze.

No i poza tym dyskurs naukowy i taki też światopogląd nie narusza niczyjego prawa do własnego widzimisię. Jeśli ta większość osadzona w nienaukowym światopoglądzie  potrafi go obronić w debacie, to zyskać może mandat do posiadania racji, ale świata racją nie zbawi. Świat budujemy w oparciu o naukę, bo tylko nauka jest weryfikowalna i sprawdzana na dziesiątą stronę przez rozmaite próby falsyfikacji. Swoją drogą, w Polsce mamy duże doświadczenie i co rusz próbę nienaukowego podejścia do problemów- modlitwa o deszcz w sejmie, modlitwa w intencji pogonienia pandemii z kraju, gdzie królem „jest” Jezus Chrystus, a jak się skończyła wiara w konsekrowane ręce księży katolickich- to wiemy bardzo dobrze- kościoły i msze oraz zjazdy duchownych w klasztorach zebrały całkiem spore żniwa śmierci na cov19... Więc właściwie życie już odpowiedziało Ci na Twoje pytanie… Rusza właśnie kurs podyplomowy dla lekarzy i farmaceutów na nowym wydziale „homeopatia” na uniwersytecie śląskim – to chyba kara za Ewę Budzyńską)* więc, będziesz mógł obserwować skutki zwycięstwa zabobonu nad nauką… I pamiętam też przypadek śmierci niemowlęcia zagłodzonego przez rodziców, bo też WIERZYLI w znachora zamiast pójść do lekarza.

 

I gdy prezentacja światopoglądu naukowego postrzegana jest przez większość lub dominującą część społeczeństwa jako „naruszenie neutralności światopoglądowej”?

 O to to – to właśnie dlatego tak ważna jest edukacja- ludzie muszą wiedzieć co to jest DEMOKRACJA, i owa bardzo ważna zasada NEUTRALNOŚCI ŚWIATOPOGLĄDOWEJ. Po to warto prowadzić tę dyskusję, żeby definicja tego terminu nie zmieniła zawartości znaczeniowej, jak to się stało z GENDER na przykład. I neutralność światopoglądowa to nie jest cecha społeczeństwa- ono jest z definicje pluralistyczne i nie ma żadnego obowiązku być neutralne pod względem swoich przekonań. Neutralne światopoglądowo ma być i musi być PAŃSTWO! I jego funkcjonariusze publiczni – prezydent, premier, posłowie, naczelnicy gmin, dyrektorzy szkół, nauczyciele, lekarze, sędziowie, a nawet- tu Cię zaskoczę – zakonnice, prowadzące noclegownie i domy dziennego pobytu dla bezdomnych, bo otrzymując od nas kasę za te usługi publiczne zobowiązane są tak samo, jak funkcjonariusze publiczni do zachowania obojętności światopoglądowej w zakresie w jakim zarządzają placówką w imieniu państwa Polskiego. Bo państwo jest zobowiązane umową społeczną do równego traktowania wszystkich obywateli.  Nasza współczesna Polska łamie te zasady od 30 lat i jesteśmy państwem religijnym, konfesyjnym , kruchtowym – można sobie wybrać dowolny termin- każdy z nich dobrze opisuje część prawdy o nieformalnie obowiązującym ustroju polityczno-gospodarczym.

 

Uczmy się podstaw o funkcji państwa, o umowie społecznej, o instytucjach mających zadanie utrzymać tę maszynerię w ruchu i zastanawiajmy się każdy i każda- po co to w ogóle jest, czemu ma służyć, oraz jaki jest tego ostatecznie cel… bo mam coraz częściej wrażenie, że nikomu nie chodzi po głowie żadne z tych pytań, a tym bardziej odpowiedzi na nie… Po co nam ta wiedza? Żeby każdy z nas miał poczucie rzeczywistości w jakiej żyjemy, żebyśmy byli mniej podatni na populistyczne bzdury i potrafili dobrze wybierać swoich przedstawicieli do władz.

Cała dyskusja tu:

https://www.facebook.com/groups/Luzik/permalink/3611023532326186

 

kuna2021Kraków