Jarosław Wocial. Rakiija. odc. 3 i 4

04.01.2020

RAKIIJA III

Zapewne zauważyliście moi drodzy prawidłowość polegającą na tym, że nie dostrzegamy nieszczęść dopóki nie dotkną nas samych.

Dopiero po pożarze domu rozejrzałem się wokół siebie i zobaczyłem jak wielu ludzi spotkało to samo. Przez lata nie słyszałem i nie zetknąłem się z chorobami onkologicznymi w ogóle a rakiem jelita w szczególności. „Nie słyszałem ” nie jest oczywiście prawdą. Jak tysiące innych wiadomości także te „puszczałem mimo uszu”., uznając je co najwyżej za ciekawostkę, która mnie nie dotyczy.

Dziś czytam o chorych którym się udało – dla „pokrzepienia serc”, i takich którzy nie przeżyli – cichutko coby nie osłabiać motywacji do leczenia. Nie przypuszczałem jednak, że choroby atakują grupami.

Wczoraj dowiedziałem się, że moja dość bliska a mocno zaprzyjaźniona krewna, po długim okresie leczenia bóli wywoływanych ponoć przez chorobę kręgosłupa, trafiła do szpitala gdzie stwierdzono nieoperacyjnego raka jelit. Przez ostatnie lata zajmowała się ciężko chorym mężem. Zapewne jej także brak było czasu zająć się sobą.

Dla rodziny i znajomych z realu –

Ewa jest w szpitalu w stanie podobno bardzo ciężkim. Zbyszkiem zaopiekowała się Ania.

Informacja taka wpływa przygnębiająco nie tylko na chorego ( w tym przypadku na mnie). Powoduje także zmianę w podejściu do choroby jego bliskich.

Moja Matka, która dotychczas przejmowała się oczywiście moją chorobą ale nie przeszkadzało jej to co jakiś czas zalecać mi wykonywanie różnych prac domowych, dziś zakazała mi się ruszać. Choć sama nie bardzo może się wyprostować, przychodzi do mnie przynosząc mi różne rzeczy, pilnując żebym brał leki i pił. Aż boję się pomyśleć jak zareaguje na wiadomość o odejściu jej najlepszej bodaj przyjaciółki.

Wybaczcie moi drodzy. Choć planowałem na dziś zupełnie inny tekst, chęć do żartów jakoś mnie dziś opuściła.

Nie znaczy to bynajmniej, że już sobie odpuszczam.

Do poczytania zatem.

Nie dawajmy się.

04.01.2020

RAKIIJA IV

Nudzić się nie ma jak.

Przybity wiadomościami ze świata miałem już dziś nic nie pisać ale życie niesie tyle nowości, że grzech by było zostawiać ich opis na później. Więc puki jeszcze ból albo leki rozumu nie zamieszały….

W moich reminiscencjach skupiłem się dotychczas na roku 2010, nie wspomniałem więc Wam skąd ja – rodowity warszawiak, urodzony na Wołowskiej, wychowany w Łazienkach i Wilanowie, który całe życie przepracował w rodzinnym mieście, wziąłem się na „wsi spokojnej wsi wesołej” z której dziś piszę do Was moje wypociny.

Nieco wcześniej, gdy moja firma kręciła się lepiej niż dobrze, pieniądze spływały sobie spokojnym i całkiem sporym strumieniem a nowa towarzyszka życia skutecznie wybiła mi z głowy troski spowodowane przez poprzednią, na wszelki słuczaj uznałem za celowe kupienie kawałka ziemi w okolicy gdzie wynieśli się moi rodzice po przejściu na emeryturę. Miałem spokojnie i powoli przygotowywać zakupioną ruinę na przyjęcie mnie w czasie, gdy przypadnie mi w udziale słodkie życie emeryta. Stawiałem na „wesołego siedemdziesięciolatka”.

Może by tak i było gdyby nie księgowość.

Radosną egzystencję zakłócały tylko kłopoty z kolejnymi wynajmowanymi firmami buchalteryjnymi. W okresie przedwiejskim, w szczycie wydarzeń przy każdej rozmowie z księgowym moje ciśnienie przekraczało 200 na 150 i stan ten powoli się utrwalał. Próby leczenia przynosiły skutki grożące rozpadem mojego świeżutkiego i ulubionego związku… o zwykłym przeżyciu nawet nie wspomnę, uznałem więc, że jedynym rozwiązaniem sytuacji jest pieprznąć wszystko i przenieść się na zadupie, gdzie powietrze czyste, trawa zielona a wkurzać można się jedynie na budzącego skoro świt koguta. Korzyści w rodzaju posiadania magazynów, bazy materiałowej i technicznej etc. pomijam coby nie zaciemniać obrazu.

Naiwny mieszczuch przyszedłem szukać spokoju. Jak bardzo naiwny… wiedzą tylko ci którzy zrobili to samo.

Wieś kochani nie daje szansy ani na nudę ani na spokój. Na szczęście życie niesie ze sobą tyle radości, że kłopoty dają się przeżyć. Daleko nie szukając choćby dziś…

Lednie skończyłem pisać smutny tekst o chorobie ciotki i łyknąłem codzienną porcję znieczuleń (gdzie te piękne czasy gdy służył mi do tego Ballantines), zadzwoniła do mnie moja najstarsza (stażem oczywiście) przyjaciółka poruszona moimi wypocinami. Wysłuchała opowieści o chorobie po czym opowiedziała mi jak to jednej z jej klientek, śmiertelnie chorej na raka trzustki, na wizycie kontrolnej lekarz zalecił wakacje nad morzem. Na pytanie dlaczego morze stwierdził:

– tam najłatwiej przyzwyczajać się do piachu.

Uśmiałem się a pikanterii anegdocie dodał fakt, że opowiedziała mi go Zośka zaraz po tym jak oświadczyłem, .że chciałbym jeszcze chociaż tyle pożyć, żeby wyskoczyć na wczasy do Chorwacji, gdzie mój brat kupił sobie dom … prawie na plaży.

Stawiam na to, że ciąg ten jest nawet lepszy od stwierdzenia pewnej pani w „Szkle kontaktowym”, że imieniny osiemdziesięciolatka to właściwie stypa… tylko nieboszczyk jeszcze żywy, z czego uśmieliśmy się z moim 86 letnim ojcem i 81 letnią matką raptem dzień wcześniej. Przebija go może tylko stwierdzenie recepcjonistki w szpitalu onkologicznym, która gdy się o coś zbyt energicznie dopytywałem przy przyjmowaniu mnie na oddział stwierdziła:

– Co się pan tak denerwuje. Przecież jest Pan już na ostatniej prostej.

I jak tu moi drodzy nie cieszyć się z życia… nawet wtedy gdy:

– wczoraj zepsuła się elektryka w mojej, wiernie mi dotąd służącej Skodzie. Sąsiad – właściciel warsztatu samochodowego po mojej prośbie o pomoc i stwierdzeniu, żeby przyśpieszył decyzję bo bóle mam takie, że się za chwilę przewrócę, odwrócił się plecami i poszedł witać bodaj trzecich już klientów a ja zrezygnowałem i wróciłem do domu myśląc po drodze jak do cholery dojadę za 4 dni na konsultację i badania. Dobrze, że na jakiś słup nie wpadłem… hahahahahaha

– przyjechałem do domu i wypuściłem z samochodu moją psią miłość, co tu kryć… sypiającą ze mną od urodzenia – to jest nomen omen przez ostatnie 10 lat, która po tym jak wykurowałem ją z ropomacicza (4 lata temu na zad), doprowadziłem do tego, że jej jelita znów zaczęły pracować (2 lata) znów przestała jeść i zaczyna słaniać się na nogach.

To, że właśnie zadzwoniła żona, że mam po nią wyjechać po zmroku… tak, tak… ona oczywiście wie, że nie mam świateł w samochodzie i po ciemku jeździć nie mogę… ale spóźniła się na pociąg – to już pominę bo o czym tu gadać.

Ano właśnie. Wspominałem Wam już, że mam zaćmę… na jedno oko widzę co prawda niewiele ale drugie jest nieco lepsze i jazda po ciemku to dla mnie lepszy ubaw?????

I niech mi ktoś powie, że życie nie jest piękne i pośmiać się nie ma z czego!!!!! Mam tylko nadzieję, że mój rak śmieje się razem ze mną. W końcu jest mój.

Kończę. Boli cholera ale nie martwcie się. Jak pisał kiedyś Wolski:

wasz ulubiony CIĄG DALSZY na pewno nastąpi.

No chyba że… wypadki chodzą przecież po ludziach. Niby póki co mnie omijają ale…

Pozdrawiam serdecznie i śmiejmy się póki możemy.

Rakiija.