Juliusz Paetz. Mechanizmy przemocy i władzy. Część 11

ABP JULIUSZ PAETZ – część XI.

Po śmierci papieża Pawła VI, Kościół Katolicki stanął przed zagrożeniem ujawnienia opinii publicznej licznych skandali i afer o charakterze zarówno obyczajowym i finansowym, które były wówczas udziałem najważniejszych hierarchów kościelnych z otoczenia zmarłego papieża.


Z jednej strony walczyło o wpływy liczne grono hierarchów o skłonnościach homoseksualnych skupionych wokół ówczesnego Sekretarza Stanu, francuskiego kard. Jeana – Marie Villota, a z drugiej strony, także gejowskie skrzydło, ostro zwalczające Sekretarza Stanu i jego podopiecznych, nie mające dotychczas wpływu na decyzje Watykanu, a niezmiennie dążące do przejęcia władzy w Kościele. O samym kard. Jeanie – Marie Villocie już wspominałem w poprzednich odsłonach tego cyklu, gdyż od lat trzymał się kurczowo jego kardynalskiej sutanny nasz bohater z archidiecezji poznańskiej.


Na to nakładały się afery finansowe, związane z Bankiem Watykańskim kierowanym przez amerykańskiego abp Paula Marcinkusa. Banku z którego „wyparowało” co najmniej 250 mln dolarów, a powiązanego z upadającym włoskim Bankiem Ambrosiano. Na linii włoskich korporacji, banków i instytucji ubezpieczeniowych, a Kościołem wówczas wrzało. Nie było tygodnia, aby prasa włoska nie ujawniała kolejnych skandali i afer, z niewyobrażalnymi pieniędzmi w tle.


Zebrani w Kaplicy Sykstyńskiej kardynałowie stanęli przed niezwykle trudnym wyborem następcy Świętego Piotra, który z jednej strony miałby ratować upadający wizerunek Kościoła Katolickiego, a z drugiej strony nie naruszałby dotychczasowych stref wpływów wśród Kolegium Kardynalskiego i ich protegowanych, umocowanych na różnych szczeblach watykańskiej machiny urzędniczej.


Wybór padł na niezwykle skromnego, zawsze uśmiechniętego włoskiego kardynała, patriarchy Wenecji, blisko 66-letniego Albino Lucianiego. Dla wielu mógł uratować wizerunek instytucji, a jako człowiek niezwykle uczciwy, ufny i życzliwy ludziom, nie stanowiłby zagrożenia dla rozbestwionych hierarchów i ich podwładnych. Tyle tylko, że bezpośrednio po wyborze, papież ogłosił, że zamierza podjąć radykalne decyzje w kluczowych dla Kościoła sprawach. Na zainteresowanych padł więc wówczas blady strach. Postanowiono więc „poprawić” wynik konklawe i skutecznie usunąć niebezpieczeństwo jakie stanęło im na drodze. Niebezpieczeństwo nazywało się papież Jan Paweł I.


Już w trzecim dniu po inauguracji pontyfikatu papieża Jana Pawła I podjęto pierwszą próbę usunięcia go, która zakończyła się natychmiastowym zgonem osoby, która na prywatnym spotkaniu z nowo wybranym papieżem wypiła kawę z niewłaściwej filiżanki. Ofiara padła trupem, a oniemiały papież zdążył jedynie umierającemu rozmówcy udzielić rozgrzeszenia. Był 5 września 1978 roku.


Kiedy o godzinie 5:10 rano, w 33 dniu pontyfikatu, obsługująca papieża siostra zakonna Vincenza, znalazła go martwego w jego własnym łóżku, papież Jan Paweł I od kilku godzin już nie żył i w pozycji siedzącej był otoczony dokumentami i zapiskami dotyczącymi zmian personalnych na kluczowych stanowiskach w Watykanie. W ciągu kilku minut do sypialni papieża, po 5 rano (!!!), dotarł ubrany w kardynalską sutannę i świeżo ogolony Sekretarz Stanu, zakazał przeprowadzenia ewentualnej sekcji zwłok zmarłego i zarządził natychmiastowe balsamowanie jego ciała.

W ciągu godziny podjęto balsamowanie ciała nie dopuszczając do niego jego osobistego lekarza, który zobaczył swojego najważniejszego pacjenta, po kilku godzinach, ale już na katafalku. Kiedy ekipa rodzonych braci, właścicieli firmy, która od pokoleń balsamuje ciała papieży, opuszczała Watykan specjalnym samochodem, gwardziści papiescy czuwający nad bezpieczeństwem Głowy Kościoła, nie wiedzieli nawet, że papież nie żyje. Z ciała papieża wypuszczono całą krew, a wpuszczono do niego litry chemicznych substancji, która miała powstrzymać proces rozkładu ciała.

Po ewentualnej truciźnie w ciele zmarłego papieża nie pozostało nawet śladu. Cała dokumentacja leżąca na łóżku zmarłego papieża i jego krople sercowe leżące zawsze na szafce przy łóżku, zniknęły i nie odnalazły się już nigdy, mimo iż siostra Vincenza twierdziła, że były tam gdy znalazła ciało papieża. Po pewnym czasie zniknęła i sama siostra Vincenza.


Po kilku godzinach, wydano nad ranem serie oficjalnych komunikatów, ale obecnie, gdy część świadków tych wydarzeń odważyła się po latach mówić, wiemy z całą pewnością, że wszystkie kłamliwe informacje wówczas podawane, były preparowane przez samego Sekretarza Stanu i jego najbliższe otoczenie.

 

W dniu śmierci papieża Jana Pawła I, jedną z osób która bezpośrednio sąsiadowała z apartamentem papieskim był nasz poznański bohater, ks. prałat Juliusz Paetz, protegowany Sekretarza Stanu. Towarzyszył i służył papieżowi przez cały dzień, jak widać to na załączonym do tego wpisu zdjęciu. Czy w dniu 28 września 1978 roku, nad ranem, mógł mieć wówczas tak silny sen i niczego nie słyszał? Czy mógł wówczas nie wiedzieć, że papież właśnie dokonał żywota i to zaledwie kilka metrów od jego mieszkania? Czy mógł nie zauważyć, że do sypialni zmarłego, mimo wczesnej pory dnia, wkracza naraz tyle osób? Czy mógł wówczas nie wiedzieć, że właśnie balsamują ciało Namiestnika Chrystusa na Ziemi?

 

Odpowiedzi na te pytania są dla mnie oczywiste. Zresztą odpowiedział na nie on sam, po wielu latach, u kresu swojego życia, gdy swoim męskim „przyjaciołom” często chwalił się. że „wiedziałem co wówczas się działo”. Wiedział, więc zapewnił sobie bezkarność na lata.

 

Ale najlepszy okres w życiu ks. prałata Juliusza Paetza miał dopiero nadejść, wraz z pontyfikatem papieża z Polski. Zbliżało się kolejne konklawe i dzień 16 października 1978 roku.

 

Ciąg dalszy nastąpi.

Andrzej Gerlach