Poza stadem

Czym jest ateizm? Wyjaśnienie powinno być banalnie proste, bo przecież od tego są słowniki, a jednak, obserwując w mediach gorące dysputy i komentarze trudno się oprzeć wrażeniu, że kwestia rozumienia tego terminu już dawno wyrwała się ze słownikowych ram. Co gorsza, same krynice wiedzy też mają z tym problem, choć przyznaję, że stosowanie terminu „krynica” w odniesieniu do np. Wikipedii jest cokolwiek dyskusyjne.
Nawet biorąc pod uwagę Wikipedię, gdzie dostępna jest cała obszerna rozprawa na temat ateizmu, da się wyekstrahować jedno, całkowicie podstawowe zdanie definiujące ateizm. Zdanie, które całkowicie wyczerpywało temat we wszystkich starszych i dostępnych mi źródłach, a które wciąż stoi na pierwszym miejscu we współczesnych. Cytując je, posłużę się definicją ze Słownika Wyrazów Obcych PWN (1992).

Ateizm – pogląd odrzucający wiarę w Boga, zaprzeczający istnieniu Boga.

Przy okazji…
ateista – zwolennik ateizmu, osoba nie wierząca w Boga.

To tyle, jeśli chodzi o ścisłość – dalej jest jak w lesie, czyli coraz więcej drzew, szczególnie w źródłach sieciowych.
Można tu więc dowiedzieć się o niezliczonych postaciach ateizmu (w każdym źródle innych), Żeby nie być gołosłownym garść z Wiki i Encyklopedii PWN:
ateizm silny i słaby, pierwotny i wtórny, dogmatyczny, sceptyczny, praktyczny, polemiczny (antyteizm), semiotyczny, antropologiczny…

Ta mnogość jako żywo przypomina mechanizm słowotwórczy znany z obiegowego żarciku o budowie dzidy (dzida składa się z przeddzidzia, śróddzidzia i zadzidzia – przeddzidzie składa się z przedprzeddzidzia, sródprzeddzidzia… itd.) dlatego z góry przepraszam tych czytelników, którzy liczyli tu na ścisły akademicki wykład na temat znaczenia ateizmu – to nie moja liga.

Zadam jednak pytanie: czy do zrozumienia znaczenia terminu ateizm potrzebne jest coś więcej niż owo jedno wspólne zdanie? Zastanawiam się nawet, czy i ono jest potrzebne, bo czy nie wystarczy dokonać „rozbioru” samego słowa? Można to zrobić oczywiście pod warunkiem znajomości definicji teizmu – wydaje się ona nastręczać znacznie mniej poznawczych kłopotów.

Spróbujmy zatem: A-teizm to tylko NIE-teizm,
Tylko ZAPRZECZENIE, nic ponadto i jeśli teistów przyrównać do tytułowego stada (zdają się idealnie pasować, o czym za chwilę), to ateizm oznacza tylko i wyłącznie fakt nienależenia do niego, przebywania poza stadem.

Czy fakt bycia ateistą cokolwiek, poza tym podstawowym poglądem, przesądza? Moim zdaniem nie, dlatego zadziwiają mnie niezmiernie pojawiające się z różnych stron pretensje i zarzuty.

Za strony teistów zarzuty najczęściej są zupełnie absurdalne i stanowią z reguły nieuświadamianą formę „samozaorania” – bo jak np. wytłumaczyć zarzut w rodzaju: „sami jesteście sektą” albo „wierzycie, że Bóg nie istnieje więc ateizm to też religia”? Toż to przecież szczere wyznanie pt.: Jesteście tak samo pokręceni, jak my! Pomijając już absurd kompletnego przeinaczania znaczenia terminu  ateizm, to jedynie dowód na pewien rodzaj frustracji teistów i ich niepewności.

Jednak zarzuty padają także i z drugiej strony. Po części je rozumiem, bo do niedawna sam miałem pewne oczekiwania wobec ateistów: spodziewałem się jakiejś pierwotnej wspólnoty i zrozumienia. Niby wspólna płaszczyzna jest, ale czy ta płaszczyzna to nie przypadkiem jedynie cienka kreska oddzielająca stado od nie-stada?

Stado – rzecz oczywista, ma swoich poganiaczy, jasno określony kierunek marszu, rytuały kroczenia, zasady, kodeksy, hierarchię wraz z całym buchalteryjnym oprzyrządowaniem.

Co mają ateiści? W świetle pierwszego zdania definicji ateizmu mają tylko jedną rzecz – pogląd o nieistnieniu Boga (ów). Skąd go wzięli, skąd biorą etykę, moralność, zasady, ideologie? Pojęcia nie mam – oczywiście w odniesieniu do innych ateistów, bo skąd sam czerpię, to wiem. Owszem domniemywa się wielu rzeczy: racjonalizmu, sceptycyzmu, humanizmu, empiryzmu, scjentyzmu, empatii, ale przecież to wszystko WPROST z definicji nie wynika! Skoro ateizm definiuje tylko fakt nieprzynależenia do jakiegokolwiek teistycznego stada, to skąd oczekiwania co do wspólnoty?

Dziś już sam się dziwię własnym naiwnym oczekiwaniom, choć w momencie zderzenia z realiami (kwestie związane z przyjęciem uchodźców) byłem tym szczerze rozgoryczony. Nawet dałem temu upust, ukuwając hasło o ateizmie jako „gównianym spoiwie” i zrywając kilka znajomości…

Dlatego też nie bardzo się dziwię rozgoryczonym chcących widzieć ateistów jako elitarną grupę, połączoną swoistą etyką, światłą, rozumną etc. Niestety nie ma podstaw, by się tego doszukiwać. Nawet biorąc w nawias wątpliwą w świetle definicji przynależność do grona ateistów noworodków, nasze powody odejścia (czy nieprzyłączenia się) do stada wcale nie muszą być takie same i zapewne nie są.

Czy ateizm nie może mieć swojej przyczyny np. w zwyczajnym lenistwie? Myślę, że w połączeniu z brakiem odpowiednio żarliwego teistycznego manipulatora w bezpośrednim otoczeniu (w odpowiednim momencie rzecz jasna) jak najbardziej tak. Z tym samym warunkiem można sobie także wyobrazić i inne powody: nadmierny idealizm i zbyt wygórowane oczekiwania, brak zdolności do zrozumienia rozdętej i absurdalnej teologii i teistycznych dogmatów. Nieprzypadkowo ateiści są „produkowani” głównie przez rodziców i otoczenie, właśnie przez brak nacisku. Wyrastają, gdy nie ma komu indoktrynować młodego osobnika wtedy, gdy ten nie potrafi się jeszcze obronić. Jednak to nie oznacza, że przechodzą podobną drogę – przeciwnie, te drogi to przeciwieństwo religijnych więzów odciskających zawsze te samo piętno.

Dlatego ateiści będą różni: jedni zostaną antyteistami, inni żarliwymi klerykożercami, jeszcze inni tylko antyklerykałami, a jeszcze inni zupełnie sprawami teistycznego stada interesować się nie będą. Nie należy też zapominać o ciśnieniu, jakim ateiści w tym kraju są poddawani – przecież teistyczne stado depcze już ostatnie skrawki wolnej publicznej przestrzeni, dosięgając nas także na terenie prywatnym, zmieniając prawo według religijnych norm. To nie może nie mieć wpływu na postawy wielu z nas, to reakcja.

Jednak w ateizmie nie ma praktycznie ideologii – to bardziej stwierdzenie faktu. Pogląd to jeszcze nie spójny i skończony system światopoglądowy, to jedynie punkt wyjścia, jedynie cienka kreska oznaczająca granice stada. To, co robimy poza nią, wcale nie musi nas jakoś ujednolicać i mam wrażenie, że wcale tego nie robi – a nawet nigdy nie będzie.

Amen.

PS. Przy tej okazji muszę znów pochylić się nad geniuszem mojej redakcyjnej koleżanki Izabeli, która kilka lat temu wymyśliła nasz portalowy slogan. Dziękuję Iza, dopiero dziś widzę, jak bardzo jest trafny – to prawdziwy klejnot!
Bardzo mi się dziś przydał.

Leszek Salomon