Depopulacja. Włodek Kostorz o głównych teoriach spiskowych współczesnego świata i myślach chorobliwie nachalnych…

 

 

Dużo nas, dużo nas
Do pieczenia chleba,
Więc już nam, więc już nam
Ciebie tu nie trzeba!

Christiana Figueres, sekretarz wykonawczy UNFCCC, czyli bardzo ważna osoba w ONZ, stała się ostatnio ulubienicą teoretyków spiskowych spod znaku – Bilderbergi chcą nas wszystkich zabić. Szczególnie obecnie, gdy wirus Corona przetacza się przez świat, słowa pani sekretarz nabierają dla spiskowców szczególnego znaczenia, wręcz dowodu na rozpoczynające się właśnie globalne ludobójstwo, zaplanowane przez jakieś tajemnicze elity.

 

 

 

Co więc tak przerażającego powiedziała pani sekretarz z ONZ-u?

Zacznę od tego, że wywiad z panią sekretarz miał miejsce około 2015 roku, a nie tydzień temu. Powiedziała wtedy, że już w tej chwili osiągnęliśmy górny pułap ładowności planety dotyczący liczebności naszego gatunku i jeśli nadal będziemy mnożyć się w tym tempie, w 2050 roku będzie nas około dziewięć miliardów. Dalej twierdziła, że nie ma mowy o ratowaniu naszego środowiska naturalnego, w sumie naszej planety przed dewastacją, jeśli na poziomie światowym nie zaczniemy poważnie myśleć o konsekwentnej depopulacji. Twierdziła, że depopulacja jest jednym z wielu elementów ekologicznej łamigłówki, ale jednym z ważniejszych. Bez niej cała ta ekologia nie ma sensu, będzie nas po prostu zbyt wiele.

Cóż, pani sekretarz powiedziała do kamery po prostu prawdę, czym bardzo ułatwiła robotę różnej maści teoretykom spiskowym. Ułatwiła, gdyż jeszcze w okolicach 2008 roku Alex Jones (następny specjalista od „chcą nas zabić”) musiał teleobiektywem filmować Kissingera podczas przerwy w obradach jakiegoś elitarnego szczytu, gdy ten oddawał się pogawędce z innymi politykami. Z odległości dwóch kilometrów mało co słychać, nawet gdyby Henry nawijał przez megafon. Jones zatrudnił więc specjalistę od czytania z ruchu ust. Musiał to być mistrz w swoim fachu, gdyż pomimo bardzo zamazanego obrazu wyczytał… no, zgadnijcie co? … Bingo. Wyczytał, że Henry proponuje by nas delikatnie przetrzebić, a inni poklepują go po plecach.

Temat podchwyciła w 2009 roku była dziennikarka Jane Bürgermeister. W swoich konfabulacjach poszła dalej twierdząc, że świńska grypa to właśnie ten plan, a kto będzie chamem i przeżyje wirusa, zostanie zamknięty w obozie i zabity szczepionką. Kolorytu sprawie nadaje fakt, że według Jane za tym planem mieli stać… no kto, zgadnijcie?… Bingo. Oczywiście bogaci Żydzi.
Nawiasem mówiąc ta miła pani jest fanką teorii zamachu smoleńskiego, który według niej miał być karą za odmowę polskiego rządu wprowadzenia przymusowych szczepień na grypę. Nie komentuję.

 

 

 

Dobra zostawiam w spokoju spiskowców, nie będę się pastwił nad nimi. Wręcz przeciwnie, mam sporo wyrozumiałości dla ludzi z wyobraźnią, nawet jeśli lekko chorą, lub bardzo chorą jak w przypadku Jane.

Wróćmy jednak do depopulacji. Jest dokładnie tego samego zdania co pani sekretarz. Nic nie dadzą różne umowy z Kioto lub innych miejsc, nic nie dadzą normy i ich śrubowanie, nic nie dadzą filtry i katalizatory, elektro-samochody i poruszanie się rowerem, wegetarianizm lub weganizm, jeśli nadal będziemy mnożyć się jak króliki.
Ludzkość musi się zastanowić, co dalej.

Wyobraźcie sobie, że naraz wszyscy na świecie zdecydują się na tylko jedno dziecko. Efekt, w okresie jednej generacji zmniejszamy naszą liczbę o połowę, planeta odetchnie z ulgą. Zmniejszenie naszej liczby spowoduje, że nie będzie potrzeby dewastowania pól uprawnych miliardami ton chemii, hodowania miliardów zwierząt w warunkach przypominających obóz koncentracyjny, wypuszczania miliardów ton CO2 rurami wydechowymi, dyszami silników odrzutowych i kominami, bandyckiego wycinania lasów, grabienia oceanów i całych kontynentów.

Depopulacja to brzydkie słowo, które dzięki wydatnej pomocy spiskowców kojarzy się jedynie ze zorganizowanym ludobójstwem. W takich sytuacjach jak obecna pandemia grypy następuje wysyp nawiedzonych proroków, jak grzyby po deszczu pojawiają się Baby Wangi i Nostradamusy.

Depopulacja to temat tabu, gdyż nasza mentalność ukształtowana na moralnych zasadach pochodzących z czasów gdy było nas właśnie o połowę mniej, na romantycznych ideałach wolności, równości i braterstwa, nie pozwala nam nie tylko ograniczyć się we własnym interesie, ale także ograniczyć się by w ogóle za kilkadziesiąt lat mieć gdzie mieszkać.
Nasza moralność jest homo-centryczna i dopiero gdy zrozumiemy, że planeta Ziemia nie jest naszą własnością, że jesteśmy obecnie wirusem gorszym niż dżuma, dopiero wtedy dojdziemy do wniosku, że należy poważnie porozmawiać na ten temat. Tylko wtedy może być już za późno.

Teraz siedzimy w domach zaszokowani, że nasz świat zmienił się z dnia na dzień w taki sposób, że czujemy się jak w katastroficznym filmie science fiction. Może to dobry czas na to by przemyśleć to i owo, a gdy już wszystko minie, nie dołączać znowu do wyścigu szczurów, tylko zażądać od polityków tego świata globalnych rozwiązań ekonomicznych, politycznych, społecznych. Rozwiązań, które są dobre dla całej planety, dla wszystkich na niej żyjących stworzeń, a więc i dla nas.

To co się właśnie dzieje, pokazuje jak bardzo jesteśmy bezradni pomimo tej całej naszej technologii. Jak bardzo jesteśmy chciwi i głupi prowadząc wojny o kolejną baryłkę ropy, następnego dolara, następny hektar ziemi.
Wystarczy jeden wirus i świat jaki znamy może runąć jak domek z kart. Może runąć nie dlatego, że umrzemy powaleni chorobą, ale że został zbudowany na mydlanej bańce ludzkiego egoizmu, próżności, chciwości i głupoty.

 

Włodek Kostorz