Parady równości – upamiętnienie masakry w Stonewall – ” Idziemy, by powiedzieć, że jesteśmy.”

 

 

 

– Nie mam nic przeciwko gejom, ale uważam, że nie powinni obnosić się ze swoim homoseksualizmem na tych swoich Paradach Równości. Nie zgodziłbym się też na to, by mogli adoptować dzieci – mógłby powiedzieć ten „Krakowiaczek Jeden” z rysunku Marka Raczkowskiego

 

 

Jest to chyba najmniej zrozumiały rysunek Marka Raczkowskiego, choć jakże przenikliwie trafny i genialnie ilustrujący jedną z naszych cech narodowych. Bez obrażania inteligencji czytającego pozwolę sobie go opisać. Idzie sobie Krakowiaczek i widzi graffiti. W graffiti jest napisane 2 + 2 = 5. Krakowiaczek widzi plus jako znak krzyża. Klęka więc, żegna się i idzie dalej, całkowicie obojętny na fakt, że w graffiti napisano, iż dwa plus dwa równa się pięć.

 

Krakowiaczku Mój, sercu bliski!

 

Maszerujemy w Paradach Równości równo od 50 lat, od czasu, gdy policja w Nowym Jorku napadła na gejowski bar na ulicy Krzysztofa w dzielnicy Greenwich Village. To było jedno z bezpiecznych miejsc, gdzie gej mógł trzymać geja za rękę i tulić się do niego w tańcu. Nie mieliśmy innej przestrzeni do życia, tylko te zapyziałe bary, cuchnące przetrawionym alkoholem i dymem z papierosów.

 

Prawo wówczas pozwalało zamykać nas za trzymanie się za rękę. Nie „afiszowaliśmy” się więc na ulicach ze swoim homoseksualizmem, nie „promowaliśmy” go, bo za to można by nas było legalnie zamordować.

 

Żyliśmy pod ziemią i od czasu do czasu tylko wypełzaliśmy z kryjówek, by pójść do baru i zaczerpnąć łyk człowieczeństwa.

 

50 lat temu nowojorska policja postanowiła nam ten bar, nazywany Stonewall, zabrać. Przyszli wsparci przez wojsko. Szli na nas tyralierą w hełmach, z tarczami, ostrą bronią i pałkami.

 

I stało się coś, czego nikt się nie spodziewał. Te wszystkie cioty, pedały i lesby, które przyparto do muru, zabierając im powietrze naszych stęchłych barów, te wszystkie poniżane, opluwane, wyklinane strzępy ludzkiej godności zacisnęły pieści i powiedziały: dość!

 

Naprzeciw uzbrojonego szpaleru wojskowej policji, twarzą w twarz, stanął rząd ciot na wysokich obcasach.

 

Objęli się ramionami, jak w „Greku Zorbie” i zaczęli tańczyć kankana śmierci. A reszta tęczowego tłumu zastygła. W górę lewa noga, w górę prawa owłosiona noga. I do tego śpiewali:

 

We are the Village girls, we wear our hair in curls,

We always dress with flair, we wear clean underwear,

We wear our dungarees, above our nellie knees,

We ain’t no wannabees, we pay our Stonewall fees!”*

 

Szpaler wojska z karabinami był coraz bliżej. A oni dalej tańczyli, unosząc te swoje owłosione nogi na obcasach.

 

Gdy wojsko zbliżyło się na wyciągnięcie pałki, bracia cioty rozproszyli się, a tłum zawył i chwycił za miedziane grosze w kieszeniach i zaczął nimi obrzucać policjantów. Potem zacisnęły się pięści i na wysokich obcasach poszliśmy się bić z policją, jak prawdziwi ludzie.

 

Od tamtego dnia maszerujemy co roku na całym świecie. Idziemy, by powiedzieć, że jesteśmy. Że świeże powietrze ulicy, niebo, trawa i słońce należą nam się też.

 

Przebieramy się, malujemy na takie parady, bo to jest nasza kultura, nasz świat i nikt nie będzie nam mówił, że jest to świat gorszy. Gdy Martin Luther King organizował protesty w walce o prawa człowieka, jego czarni bracia szli z plakatami powieszonymi na piersiach i plecach, które mówiły: I AM A MAN (Jestem człowiekiem). My mówimy to samo w tiulach i na obcasach, w perukach i makijażach. Nie będziemy zmieniać naszego świata, by dostosować się do poetyki konserwatywnego obywatela hetero, któremu wadzi nasza tęczowość.

 

Jak mielibyśmy „promować” ten nasz homoseksualizm? 50 lat temu ostrzegano, że homoseksualizmem można się zarazić od lakieru do włosów. To taki subtelny przekaz podprogowy, że homoseksualizm to choroba. I dziś w tych krajach, które zostały w tyle, gdy pociąg tolerancji, praw człowieka i otwartości odjechał, powraca ten sam lejtmotyw: sianie strachu, że od patrzenia na nas można się zarazić homoseksualizmem.

 

Dam konia z rzędem temu, kto na ochotnika chciałby dołączyć do tych opluwanych, wyszydzanych, kamienowanych, degradowanych, poniżanych i odczłowieczanych, odtrącanych z kościołów i pozbawianych podstawowych praw człowieka.

Zostawić żonę, łóżko, szafę i zakochać się w sąsiedzie!

 

Jeśli tego nie rozumiemy, że w marszu, który nazywamy marszem naszej dumy, idziemy, by przypomnieć wszystkim, że jesteśmy ludźmi, że mamy w sobie ludzką godność, to długa droga przed nami.

 

A co się dzieje z dziećmi, które adoptujemy? Robimy im śniadanie rano, wysyłamy do szkoły, pierzemy ich ubrania, strzyżemy im włosy, mierzymy temperaturę, pomagamy odrabiać lekcje, bierzemy na wycieczki rowerowe, wysyłamy na studia, płaczemy ze wzruszenia, gdy się żenią, wychowujemy ich wnuki.

 

Gdy w Stanach Sąd Najwyższy debatował nad tym, czy małżeństwa gejów powinny być dozwolone, zdecydował głos umiarkowanie konserwatywnego sędziego Kennedy’ego.

 

Zapytał, ile dzieci jest adoptowanych przez pary gejowskie w Kalifornii. Dostał odpowiedź: ponad 100 tys. I to przeważyło szalę. Sędzia Kennedy, w odróżnieniu od naszego Krakowiaczka, zobaczył tę piątkę na końcu graffiti i powiedział, że małżeństwa gejów muszą stać się prawem w Stanach, bo nie wyobraża sobie, by te 100 tys. dzieci żyjących w tęczowych rodzinach miało się czuć dziećmi drugiej, gorszej kategorii.

 

* Moje własne tłumaczenie, dość luźne:

 

(Jesteśmy dziewczynami z Village**, mamy włosy w lokach,

Zawsze ubieramy się wyzywająco i mamy czyste majtki,

Nosimy nasze dżinsy powyżej naszych pedalskich kolan,

Nie jesteśmy przybłędami, płacimy nasze rachunki w Stonewall)

 

(**Greenwich Village)

 

Jolanta Sacewicz

 

***

 

Tekst pochodzi z FB. Zapożyczyliśmy go i na zawsze wpisaliśmy w zasoby naszego portalu, bo wydaje się być bodaj najlepszym komentarzem na temat narracji jaka na ten temat obowiązuje oficjalnie w Polsce w roku 2020! Nie tylko obala zasadność pretensji kierowanych do uczestników parad równości, ale przypomina mało znane fakty z historii walki o równe prawa dla wszystkich.

ŹRÓDŁO