Przypadek Polska. Co nas różni od Europy? Cz.1 . Trudna geografia.

Wiele lat temu moja serdeczna przyjaciółka, wybrała się z grupą znajomych do Indii. Zwiedzając Bombaj, zatrzymała się u pewnego Hindusa, utrzymującego się ze świadczenia noclegu turystom. Gospodarz ów okazał się osobą niezwykle zaintrygowaną nietypowymi, z jego punktu widzenia, gośćmi. Wieloletnie doświadczenie w branży noclegowej pozwalało mu rozróżniać po używanej mowie osoby z krajów anglojęzycznych, hiszpańskojęzycznych, oraz Niemiec. Tymczasem szeleszcząca mowa jego nowych gości stanowiła dlań zagadkę. Intrygowała go do tego stopnia, iż przy dogodnej okazji zapytał o ich pochodzenie.

– Z Polski.

– A gdzie to jest? – otrzymana informacja najwyraźniej nic mu nie rozjaśniła.

– Taki kraj pomiędzy Rosją a Niemcami.

Na te słowa złapał się za głowę.

– Niemożliwe! Tam nic by się nie uchowało!

Kręcąc głową nad dowcipami źle wychowanej młodzieży, wydobył jakiś atlas świata. Ten, ku jego całkowitemu zdumieniu, potwierdził te niebywałe wiadomości.

– To jest wbrew logice! Niewytłumaczalne i nieracjonalne! – sapał, obracając na wszystkie strony mapę Europy.

Gospodarz mojej przyjaciółki miał wiele racji. Kręte ścieżki naszej historii niezwykle trudne są do wyjaśnienia w oparciu o racjonalizm i logikę. Zauważył to natychmiast, spoglądając w atlas. Sprawiają też, że same dzieje logiki i racjonalizmu w nadwiślańskim kraju, tworzą fascynującą opowieść, zupełnie inną w swej wymowie od narracji Europy Zachodniej. A przecież od tysiąca lat pracujemy, walczymy i działamy, by dołączyć do europejskich narodów. Z tego powodu Mieszko przyjmował chrześcijaństwo. W tym samym celu jego następcy lokowali kolejne miasta i klasztory, sprowadzając, osadników z kręgu zachodniej cywilizacji. Na jej wzór tworzyli prawo, wojskowość i administrację. I ciągle, mimo tysiąca lat pisanych dziejów, tak za pierwszych Piastów, jak i obecnie, jesteśmy bardziej na drodze do Europy niż w jej wnętrzu.

Co sprawia, że jesteśmy „inni”? Gdzie i kiedy zrodziła się ta „inność „? Jakim sposobem piastowskie państwo, dla którego szczytem marzeń i ambicji było stać się „jak Europa”, przerodziło się w Rzeczpospolitą Obojga Narodów, krytyczną wobec płynących z niej przemian i wartości? Co nas różni? Gdzie i kiedy poszliśmy własną drogą? Dlaczego tak się stało?

Pierwszą i najważniejszą różnicę, między krajami zachodniej i wschodniej części Europy, wzorem naszego Hindusa, znajdziemy w atlasie geograficznym. Jest ona nadrzędna. W przeszłości wielokrotnie sprawiała iż „problemem epoki” świata zachodu było coś zupełnie innego niż na wschodzie Europy. Geografia. Jak daleko sięga jej wpływ?

Aby zrozumieć naszą historię, warto spojrzeć na mapę Europy. Samodzielnie odkrywając jej geografię, szybko zobaczymy ważną różnicę między zachodnią i wschodnią częścią tego obszaru świata. Jest ona fundamentalna i ma charakter pierwotny: Kraje starej Europy mają zamknięte, jasno określone granice, podczas gdy na jej wschodzie granice są płynne i nieokreślone. Hiszpania zamknięta jest liną morza. Jedyna droga lądowa do niej, wiedzie przez trudno dostępne Pireneje. Identycznie jest w przypadku Włoch, dostępu do których strzegą Alpy. Na Wyspy Brytyjskie nie istnieje żadna inna droga, oprócz morskiej. Niderlandy odcięły się od świata systemem grobli. Geografia odgradza Francję od Hiszpanii, Anglii i Włoch. Mimo to państwo to ma coś, co w świecie zachodu jest właściwie unikatem – historyczny spór z Niemcami o terytorium (Alzacja i Lotaryngia).

Państwowość w tej części Europy jest bardzo stabilna. Granice ulegają rzadkim zmianom. Wojny, jeśli wybuchały, były zazwyczaj konfliktami nie o terytorium, lecz o kontrolę nad szlakami handlowymi. O ich wyniku decydowała najczęściej dominacja morska. Niewiele tu było miejsca na terror i ludobójstwo, o wiele większą rolę zaś odgrywały blokady handlowe i sankcje ekonomiczne. O wyniku konfliktów, zawsze decydowało morze. Tak było w czasie pierwszej wojny światowej, gdy uciążliwość blokady morskiej doprowadziła niemieckie społeczeństwo do rewolucji. Identycznie było również w starożytności, gdy pozbawiona floty armia Hannibala przedzierała się do Italii przez Alpy, zostawiając w nich większość swego potencjału bojowego.

Zupełnie inna geografia Europy Wschodniej zrodziła bardzo odmienne problemy. Położona na nizinie środkowoeuropejskiej Polska ma jedną naturalną granicę – południową.  Ta, oparta o Karpaty, okazała się jedyną stałą w naszej historii. Od morza przez większość swego trwania polskie państwo było odepchnięte i o dostęp do niego toczyło walkę. Od wschodu i zachodu pozbawione walorów obronnych, było celem agresji lub drogą przemarszu plemion, ludów oraz najróżniejszych armii. Tkwiąc w takim położeniu, często padaliśmy ofiarą takich czy innych „okoliczności europejskich”, jak również niespodzianek sporadycznie wyłaniających się z Azji.

Równinna i stepowa geografia naszego regionu narzuciła zupełnie inne, związane z konfliktem lądowym i niewielkim znaczeniem morza, reguły gry. Dotyczą one nie tylko Polski, ale widoczne są w historii Węgier, Czech, Ukrainy, a nawet Niemiec i Rosji. Podstawowa zasada, którą zresztą doskonale widać w naszej historii, brzmi: W Europie Wschodniej niewielkie zmiany w układzie sił, powodują ogromne zmiany terytorialne. Historyczne granice Polski są w efekcie nie do ustalenia. Zależnie od czasu i układu sił była wszędzie i nigdzie.

Warto też spojrzeć na Niemcy. To przypadek państwa, którego zachodnia granica jest zasadniczo stała, wschodnia zaś, w czasie ostatnich trzystu lat podlegała nieustannym przemieszczeniom. Podobny problem ma Rosją, której zachodnie terytoria ulegają ciągłym zmianom przynależności. W wyniku zmian układów sił i wynikłych z nich przesunięć granic trzecia część narodu węgierskiego żyje poza terytorium własnego państwa. Niepewne są granice (a także i przyszłość) Ukrainy. O swoje bezpieczeństwo obawiają się kraje bałtyckie.

Nieomal każde państwo w tej części Europy ma pretensje do terytoriów uważanych za historycznie własne, aktualnie zaś znajdujących się poza jego granicami. Nieomal każde też boryka się z pretensjami sąsiadów, do jakiejś części (lub nawet całości) kontrolowanego przez siebie terytorium. Śląsk, Wołyń, Łużyce, Siedmiogród, Kosowo, Macedonia… Takich punktów spornych i niebywale zapalnych było i jest wiele.

A rzecz dotyczy przecież nie tylko terytorium. Wraz z ciągłymi zmianami granic, państwa tej części świata posiadają mniejszości własne żyjące w granicach sąsiadów, bądź obce mniejszości etniczne na własnym terenie. Bywa też, iż oba te problemy dotykają ich równocześnie. I chciałoby się rzec, iż to koniec problemu. Niestety nie. Następne w kolejce są rachunki doznanych krzywd i utraconego mienia, rodzące wzajemną nieufność, chęć odwetu i coś, co jest dla Europy Zachodniej zupełnie niezrozumiałym zjawiskiem…

…Nacjonalizm.

Jedną z najistotniejszych współcześnie pochodnych tych wszystkich uwarunkowań, jest zupełnie inne rozumienie zjawiska nacjonalizmu na zachodzie i wschodzie Europy. W realiach stabilności państwowej zachodu postrzegany jest on wyłącznie negatywnie. Dla społeczności żyjących w warunkach bezpieczeństwa zewnętrznego, jawi się on jako zagrożenie wartości fundamentalnych: demokracji i praw człowieka. Podobne zjawisko dostrzec można w naszej historii na przełomie XVI i XVII wieku, gdy wolne od zagrożeń zewnętrznych społeczeństwo w centrum uwagi postawiło prawa obywatelskie, tolerancję religijną, zapewnienie licznym mniejszościom (prawosławni, protestanci, Żydzi, muzułmanie) stabilnych podstaw funkcjonowania społecznego, ochronę praw jednostki (liberum veto), balans ośrodków władzy.

To jednak krótkotrwały wyjątek od reguły. We wschodnim świecie państw znikających i pojawiających się niczym w kalejdoskopie oraz wiecznie wędrujących granic, to właśnie nacjonalizm najczęściej stawał się źródłem, walki o prawa. Społeczeństwa zachodnie konsekwentnie zacierają swym prawodawstwem różnice społeczne. Wschodnie je eksponują. To „ukazywanie” różnic jest okrzykiem: My Polacy różnimy się od Was Rosjan! Nie chcemy waszego prawa! Mamy własne! Oparte o własne normy, kulturę i obyczaje, których nie rozumiecie i którymi gardzicie. I szerzej. My Węgrzy, my Słowacy, Serbowie, Bośniacy, Ukraińcy, Litwini… Chcemy się wyróżnić i wyodrębnić. Chcemy, ponieważ w wielonarodowych organizmach politycznych nasz głos, nasza wola, nigdy nie były słuchane i poważane.

 

Jak mają funkcjonować nacje zagrożone utratą sprawczości prawnej i politycznej na rzecz okupanta? Jak żyć w świecie narodów nieustannie migrujących za zmieniającymi się granicami? Społeczności deportowane, eksterminowane, germanizowane, rusyfikowane i turczone, nieuchronnie dzieliły się wewnętrznie na dwa zwaśnione obozy. Pierwszy z nich zawsze szukał oparcia w „Europie wartości”. Stoi za nim pragnienie tej samej stabilności i możliwości rozwoju, które są udziałem zachodniego świata.

To oczekiwanie nigdy nie spotkało się z reakcją. „Europa wartości” zawsze w chwili kryzysu okazywała się „Europą interesu”. Nie chciała, ale też i nie potrafiła naprawić tego, co narzuciła geografia. Nigdy nie rozumiała, dlaczego narody na wschodzie nie potrafią powtórzyć jej sukcesu. Jest zmęczona ich problemami i jednocześnie sama nimi poturbowana (obie wojny światowe rozpoczęły się w Europie Wschodniej).

Jedyne skuteczne rozwiązanie, jakie znajdowała, to kolejny tyran, który zdejmie jej problem z głowy i kolbami karabinów zaprowadzi porządek w tym świecie chaosu. Z konieczności więc kluczową rolę odgrywały ruchy, opowiadające się za dochodzeniem praw w oparciu o własne siły, organizację, kulturę i zwyczaje. Taką drogą społeczności tej części Europy, dały jej niekończącą się listę powstańców, terrorystów, rewolucjonistów i różnej maści społecznych desperatów, dla których terminy „racjonalizm” i „logika” były synonimami zdrady i zaprzaństwa.

Brutalnie mówiąc: Cały ten żywioł wypełnił i zdominował tę samą przestrzeń, która w stabilnej, zachodniej państwowości stała się światem artystów, odkrywców oraz kolejnych noblistów. Czasami nawet odnosił on sukces – jakieś dawno zapomniane państwo wynurzało się z odmętów historii. Wtedy nieuchronnie bohaterowie tego cudu, stawali się narodową elitą, kształtującą kolejne pokolenia w duchu tego, co im samym przyniosło powodzenie – terrorystycznego irracjonalizmu. 28 lipca 1914 odnieśli bodaj swój największy „sukces”. Kule, które dosięgły w Sarajewie austriackiego następcę tronu, podpaliły cały świat. W jednej chwili skończyła się „Belle Epoque” – wspaniały okres w dziejach Europy. Problem w tym, że głównie jej zachodniej części. Na wschodzie geografia snuła inną opowieść.

Jakub Firlej