Warszawa – notatnik pedofilii. Część 1 i 2

PEDOFILIA PO WARSZAWSKU –część I.

Od wielu godzin czytam dokumenty, zeznania świadków, nieletnich ofiar (dziś już osób dorosłych), biegłych sądowych i inne materiały prasowe, dotyczące jednego z księży warszawskich, który okazał się pedofilem skazanym prawomocnym wyrokiem sądowym. Rozpoczynając ten nowy cykl, postanowiłem nie tylko przypomnieć tu dowody jego przestępczej działalności, bo pedofilia każdego księdza zawsze ma podobne oblicza, pełne łez jego nieletnich ofiar i cynizmu sprawcy i jego kościelnych przełożonych. W tym cyklu chciałbym także pokazać cały skomplikowany mechanizm wewnątrz instytucji polskiego Kościoła, pokazać wzajemne powiązania w grzechu zarówno sprawców jak i ich bezpośrednich przełożonych, czego konsekwencją jest potem świadome ukrywanie dewiacji jednego z małych trybików wielkiego mechanizmu jakim jest Kościół.

Padną w tym cyklu niemal wszystkie nazwiska, z wyjątkiem ofiar oraz moich informatorów, gdyż o pedofilii w polskim Kościele już dawno postanowiłem pisać z podawaniem wszystkich danych ludzi Kościoła, nie tak jak dziennikarze czy prawnicy, gdzie publicznie podaje się tylko jedynie pierwsze litery nazwisk osób, których ta sprawa dotyczy. Wiele z nazwisk które tu padną, to ludzie z pierwszych stron naszych gazet, także nasi hierarchowie, ale nie mogę zrobić tego inaczej, gdyż jestem przekonany, że tylko ujawniając wszystko do samego końca, jesteśmy w stanie zrozumieć cały mechanizm grzechu, a także jego świadomego ukrywania. I to właśnie w tej instytucji, która grzech ma na wszystkich swoich sztandarach.

Negatywnym bohaterem nowego cyklu jest ks. Grzegorz Stanisław Kocięcki, w latach 1987-1992 kapłan archidiecezji warszawskiej, a po utworzeniu w 1992 roku nowej diecezji warszawsko-praskiej, jej kapłan i pracownik.

Urodził się w dniu 3 maja 1956 roku w Warszawie, tam się wychował i chodził do szkoły, co często sam podkreślał i co będzie miało swoje dalsze znaczenie w naszym cyklu. Stosunkowo późno zdecydował się na kapłaństwo, gdyż do seminarium archidiecezji warszawskiej wstąpił dopiero po śmierci kard. Stefana Wyszyńskiego (1901-1981), latem 1981 roku, a więc w wieku 25 lat, gdy jego rówieśnicy to seminarium już ukończyli. Mój kościelny informator twierdzi, że było to działanie pod wpływem świadomości, że zdawał już sobie sprawę z własnych preferencji seksualnych i tego, że nie jest w stanie założyć rodzinę, być mężem i ojcem. Jego seksualność była skierowana w stronę małych chłopców. Nie młodzieńców czy dorosłych mężczyzn, ale wyłącznie dzieci płci męskiej przed okresem dojrzewania.

Czy w okresie pontyfikatu papieża Jana Pawła II (1920-2005), badano kandydatów do kapłaństwa pod kątem ich preferencji seksualnych? Wszyscy moi kościelni rozmówcy, i to z różnych części kraju twierdzą zgodnie, że albo nikogo wówczas nie badano, albo robiono to po wielu miesiącach i to w sposób, który niczego nie miał potwierdzić z naukowego punktu widzenia. Panował wtedy bowiem w całym kraju ogólnonarodowy entuzjazm z powodu pełnych seminariów i zakonów i narodowy mit o „Pokoleniu JPII”.

Ze swojej strony dodam tu tylko, że na czele archidiecezji warszawskiej oraz jej seminarium duchownego stali wówczas ludzie, którzy potem mieli bezpośredni wpływ na działalność swojego dawnego kleryka. Gdyby więc po wielu latach wyszło na jaw, że świadomie dopuścili do przyjęcia dewianta do seminarium, a następnie do wyświęcenia go na kapłana, moralna odpowiedzialność za jego seksualne preferencje spadłaby także na nich samych. I tu mamy pierwszy z powodów tej ich wzajemnej solidarności w grzechu.

Kleryk warszawskiego seminarium duchownego, diakon Grzegorz Stanisław Kocięcki, został po sześciu latach studiów wyświęcony na kapłana przez metropolitę warszawskiego, kard. Józefa Glempa (1929-2013). Był czerwiec 1987 roku. Wkrótce miały za to zapłacić niewinne ofiary.

Ciąg dalszy nastąpi…

PEDOFILIA PO WARSZAWSKU –część II.

Jedna z osób, prawdopodobnie osoba duchowna lub ktoś kto ma księdza w najbliższej rodzinie, w niewybredny sposób zarzuciła mi wczoraj, że wywołanym tematem „atakuję Kościół i przywołuję stare sprawy, które już dzisiaj nikogo nie interesują”. Ponadto, rzekome ofiary ks. Grzegorza Kocięckiego same do niego przychodziły i tam się upijały. Dlatego postanowiłem w dzisiejszym odcinku przypomnieć istotne fakty, które jak wynika to z relacji sądowych i zachowanych dokumentów, jednoznacznie pozwolą wszystkim czytelnikom wyrobić sobie własne zdanie na temat wydarzeń z Otwocka pod Warszawą.

To prawda, że wszystko wydarzyło się ponad dwadzieścia lat temu, ale jak to wykażę w kolejnych odsłonach tego cyklu, w wyniku obecnych działań kościelnych przełożonych skazanego pedofila, to co wydarzyło się przed wielu laty ma swoje konsekwencje także do dzisiaj.

Wiele wskazuje na to, że częste przenosiny ks. Grzegorza Kocięckiego na różne placówki duszpasterskie, w latach 1987-1992 na terenie archidiecezji warszawskiej, a po 1992 roku w nowoutworzonej diecezji warszawsko-praskiej, mogło być też konsekwencją jego seksualnych preferencji. Ale skupmy się jedynie na wydarzeniach otwockich, które skończyły się procesem karnym i wyrokiem skazującym. Są to bowiem fakty udokumentowane i nikt ich już nie jest w stanie podważyć.

W latach 2001-2002, w okresie aż 15 miesięcy, ks. Grzegorz Kocięcki, pracujący już wówczas jako proboszcz w parafii w Otwocku, dopuścił się wielokrotnie zachowań, które według sądu zostały uznane za zachowania pedofilskie, a to wszystko wobec zaledwie 10-11 letnich ministrantów.

Początkowo były to wakacyjne wyjścia z najmłodszymi ministrantami na miejscowy basen. I nie byłoby w tym niczego nagannego, wręcz księdzu należałoby pogratulować takiego zaangażowania względem dzieci z wielu rodzin ubogich, których rodzice nie mogli poświęcić im tyle czasu co ich proboszcz, gdyby nie jego prawdziwe intencje wobec tych chłopców o charakterze seksualnym. Ale nie będę tutaj niczego komentował w tej zawiłej sprawie, a jedynie zacytuje zaledwie jeden krótki fragment sądowych ustaleń. „Organizował też wyjścia na basen z ministrantami i w czasie pływania obleśnie ich obmacywał, w tym chwytał ręką za genitalia”. Czy to jest właściwe zachowanie 45-letniego proboszcza wobec 10-11 letnich ministrantów?

Ale jego niepohamowany popęd seksualny wobec chłopców przed okresem dojrzewania doszedł do takiej fazy, że proboszcz nie potrafił się powstrzymać nawet wobec 11-latka ubranego w strój liturgiczny i gotowego służyć mu do mszy. Do napaści na chłopca doszło bowiem w zakrystii, bezpośrednio przed nabożeństwem. I tu znowu dwa cytaty: „Ksiądz napastował jednego z ministrantów przed mszą na terenie zakrystii”. „Grzebał mu w kroczu i wkładał mu język do ucha, sapiąc mocno”. Jedenastoletni Mateusz K. przeżył taki szok, że po latach trafił na terapię, ale ten wątek pozostawię na inny odcinek tego cyklu.

Można mnie krytykować, że piszę o dawnych sprawach i że atakuję Kościół i jego duchownych, ale czy nie warto zadać sobie wcześniej kilka pytań. Czy wysyłając 10-11 latka do służenia do mszy, rodzice nie mają prawa mieć pewności, że nie trafi on w zakrystii w łapska takiego zwyrodnialca? Jakie spustoszenie w psychice dziecka może wywołać takie doświadczenie, gdy pada ofiarą seksualnego dewianta, tej samej osoby, która po kilku minutach ubiera się w liturgiczne szaty, wznosi ręce do Boga i modli się w imieniu całej wspólnoty wiernych obecnej w świątyni?

Ale kościelny dewiant posunął się znacznie dalej. Już nie wystarczały wyjścia na basen czy okazjonalne grzebanie małym ministrantom w rozporkach.

Ciąg dalszy nastąpi…

Andrzej Gerlach