Inwentaryzacja kk 2020. okiem Andrzeja Gerlacha. Cz. 11 i 12

KOŚCIÓŁ W POLSCE ANNO DOMINI 2021 – część XI.

Wracam do raportu o współczesnych polskich klerykach, nad którym pracowali wszyscy rektorzy wyższych seminariów duchownych w naszym kraju. Tym razem chciałbym się skupić nad kwestią tego z jakich środowisk pochodzą współcześni kandydaci do kapłaństwa.

Kiedy badałem pochodzenie kleryków diecezji południowej Polski w okresie międzywojennym, to niemal 95% z nich pochodził ze wsi lub małych miasteczek dawnej Galicji. Obecnie jest w tym środowisku większy pluralizm. Około 39% seminarzystów pochodzi ze środowiska wiejskiego, 41 procent z małych miasteczek i małych parafii liczących zaledwie kilka tysięcy osób. Jedynie co piąty polski kleryk pochodzi obecnie z dużych miast.

Przed wojną niemal 9 na 10 rodziców posyłających swoich synów do seminariów było wiejskimi analfabetami, z tych nielicznych z małych miasteczek nie było lepiej. Jedynie nieliczni synowie rzemieślników czy organistów mogło się pochwalić rodzicem umiejącym czytać czy pisać. I był to najczęściej ojciec. Kleryków pochodzenia mieszczańskiego i szlacheckiego było zaledwie kilku.

Współcześni klerycy nie mają rodziców analfabetów, a wielu może pochwalić się nawet rodzicami z wyższym wykształceniem. I tu mała ciekawostka. Co trzeci obecny polski kleryk ma matkę po studiach i równocześnie co piąty z nich ma ojca z dyplomem wyższej uczelni, co wyraźnie pokazuje przewagę kobiet, z pokolenia matek obecnych studentów teologii, pod względem posiadanego wykształcenia.

Aż 90% rodziców kleryków jeszcze żyje, co dziesiąty seminarzysta jest półsierotą. Ale coraz częściej trafiają się studenci teologii z rodzin rozbitych, rozwiedzionych lub żyjących w separacji. To zupełnie nowe zjawisko w Kościele polskim, gdyż jeszcze dwadzieścia lat temu takich kandydatów nie przyjmowano do seminariów duchownych w tym kraju. Teraz w czasach kompletnego załamania ilości powołań do stanu kapłańskiego w naszym kraju, przełożeni w seminariach zmienili tę skandaliczną politykę dyskryminacji synów swoich rozwiedzionych rodziców. To najlepszy dowód, że „niezmienne” stanowiska polskiego Kościoła ulegają zmienności. To tylko kwestia czasu. A ci którzy jeszcze niedawno dyskryminowali innych, dziś nawet nie przeprosili za swój niedawny stosunek do innych.

Kiedyś polscy seminarzyści pochodzili przeważnie z niezwykle licznych rodzin. Kiedy opracowuje biogramy wielu duchownych wspominam o tym jak liczne rodzeństwo wychowywało się w takiej rodzinie. Księża często to podkreślają i są z tego dumni, ale kiedy bada się to zjawisko bliżej, wychodzą na jaw liczne patologie, które temu zjawisku często towarzyszyły w tych rodzinach. Nieprawdopodobna bieda, przemoc w rodzinie, nałogi, to częste zjawiska, które towarzyszyły wielodzietności. A oddanie wówczas któregoś syna dla Kościoła to była często „jedna gęba mniej do wykarmienia”, a ponadto poza prestiżem we wsi, szansa na poprawę bytu, gdy syn kapłan wspierał rodzinę, bo „kto ma księdza w rodzie, tego bieda nie ubodzie” mówiono w dawnej Galicji.

Współcześni polscy klerycy pochodzą już z zupełnie innych środowisk rodzinnych. Badania z 2020 roku wskazują, że 7% z nich to jedynacy, choć przyjmowanie jedynaków do naszych seminariów duchownych jest obwarowane pewnymi ograniczeniami. Kościół wymaga bowiem, aby rodzice jedynaków wstępujących do seminariów, podpisywali odpowiednie dokumenty, że nie będą sobie rościć pretensji na starość o ewentualną opiekę ze strony diecezji czy zakonu. No cóż. Powołanie, powołaniem, ale jak już takowym Bóg dotknie jedynaka, to niech rodzicom na starość Bóg płaci za opiekę, a nie diecezja czy wspólnota zakonna ich syna. Chyba Bóg to rozumie.

Takiego problemu już nie ma, gdy kandydat na seminarzystę ma jakieś rodzeństwo. Aż 40% obecnych kleryków ma jednego brata lub siostrę, 41% ma dwoje lub troje rodzeństwa, 7% ma czworo rodzeństwa, a 5% pięcioro rodzeństwa lub więcej.

Ale to nie są jeszcze najciekawsze informacje dotyczące kandydatów do polskich seminariów. Zdecydowanie ciekawsze są jeszcze przed nami i one zaskoczą pewnie jeszcze niejednego czytelnika.

Ciąg dalszy nastąpi…

 

 

 

KOŚCIÓŁ W POLSCE ANNO DOMINI 2021 – część XII.

Otrzymuje coraz częściej „dobre rady”, abym nie zajmował się dłużej zakonami i seminarzystami w naszym kraju i nic na ten temat więcej nie pisał. Nie wiem dlaczego ta tematyka tak denerwuje wielu ludzi, ale uprzedzam, że będę o tym pisał dalej, bo dzisiejszy narybek w polskich nowicjatach zakonnych i w seminariach diecezjalnych, to przyszłość polskiego Kościoła i to nie tylko w wymiarze personalnym.

A teraz powróćmy do naszych współczesnych seminarzystów. Z badań przeprowadzonych przed kilkoma miesiącami wynika, że 68% z nich jako jeden z głównych powodów wstąpienia do seminarium wymienia wewnętrzną potrzebę, 65% pogłębienie relacji z Bogiem i służenie mu, 61% służenie ludziom, a 55% chce służyć Kościołowi.

A tych co wstąpili do seminariów, aż 84% było przed wstąpieniem ministrantami, 33% należało do oazy, 12% uczestniczyło w zajęciach Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży, co dziesiąty był zaangażowany w duszpasterstwo akademickie, a co dwudziesty piąty był w Odnowie w Duchu Świętym.

Ciekawe dane dotyczą odpowiedzi na pytanie kto nalegał i wspierał tych seminarzystów w drodze do furt zakonnych i seminaryjnych. Otóż w wypadku 81% kandydatów do kapłaństwa byli to zaprzyjaźnieni z nimi duchowni, aż trzech na czterech kleryków wymienia wsparcie i presje matki i nikt nie wymienia tu żadnego ojca. Przy tak licznym zaangażowaniu matek (75% przypadków), może wręcz zadziwiać obojętność ojców.

I jeszcze jedna zaskakująca informacja. Aż 73% kandydatów wymienia bliskiego kolegę, jako osobę, która miała znaczący wpływ na wybór tego, a nie innego seminarium. To dla mnie zaskakująca wiadomość. Pytany przeze mnie w tej sprawie terapeuta kościelny, który od lat zawodowo zajmuje się terapią duchownych, dopatruje się w tych danych elementów o charakterze homoseksualnym. Tym bardziej, że obaj wstępują do tego samego seminarium i tam będą przebywali przez kolejne sześć lat.

Ale nie wszyscy na wieść o chęci wstąpienia do seminarium czy zakonu młodego człowieka reagowali wówczas entuzjazmem. Byli też i tacy, którzy starali się go odwieść od tej właśnie decyzji. We wspomnianych badaniach wymienia się aż 35% seminarzystów, których rówieśnicy, koledzy ze szkoły i przyjaciele odradzali mu taką przyszłość. Odradzali mu to także w 11% jego nauczyciele. Nie wszyscy także rodzice byli zwolennikami takiego wyboru swoich synów. Aż 13% kleryków przyznało się, że ich matki były przeciwne ich wyborowi w życiu. W wypadku ojców to cztery punkty procentowe mniej. Aż 32% kleryków spotkało się także z brakiem wsparcia ze strony dalszych krewnych, głównie ludzi młodych.

Większość, bo 66% kleryków wstępujących do naszych seminariów i zakonów, to ludzi którzy byli bezpośrednio po maturze. Ale aż 27% z nich przed wstąpieniem do seminarium lub zakonu podjęło jakieś inne studia, które przerwali i wówczas wybrali studia teologiczne. Nie wszyscy takie studia przerwali, 7% obecnych seminarzystów wstąpiło do seminarium lub zakonu mając już dyplom jakiejś uczelni wyższej.

Nasi współcześni kandydaci do kapłaństwa bardzo mało czytają, a przecież są albo bezpośrednio po maturze lub po innych kierunkach studiów wyższych. Niemal co dziesiąty zakonnik lub seminarzysta nie przeczytał ani jednej książki w ciągu ostatniego roku. Pięć lub więcej książek w roku przeczytało 45% z nich, ale większość z nich była im narzucona, a nie przeczytana z własnej inicjatywy. Pocieszające jest to, że co trzeci z polskich kleryków niemal codziennie przegląda Internet i z niego czerpie informacje o bieżących wydarzeniach na świecie. Ale gazet codziennych i tygodników niemal nie czytają wcale.

Przeprowadzone badania jednoznacznie wskazują na niezwykle niski poziom wiedzy religijnej kandydatów do kapłaństwa w naszym kraju. Kandydaci do seminariów i zakonów nie znają Katechizmu Kościoła Katolickiego, jeszcze gorzej wygląda ich znajomość Ewangelii czy Biblii. Moi koledzy wykładowcy teologii potwierdzają, że kandydaci na księży nie znają nawet liczby sakramentów czy ewangelistów. Osobiście mogę potwierdzić już z własnego doświadczenia, iż niemal żaden kandydat na kleryka nie potrafił wymienić najważniejszych soborów Kościoła Katolickiego, papieży XX wieku w kolejności panowania czy okoliczności wprowadzenia najważniejszych dogmatów Kościoła w którym chcą być kapłanami. A przypominam, że wszyscy klerycy uczęszczali przez ostatnie 12 lat na lekcje religii. To pokazuje skalę tego zjawiska, beznadziejności katechizacji w obecnym wymiarze i formie oraz dramatycznie niski poziom wiedzy religijnej tych, którzy chcą za sześć lat stawać przy ołtarzach w naszych świątyniach i uczyć religii młode pokolenie Polaków.

Ale najgorsze wyniki polskich kandydatów do kapłaństwa nie dotyczą ich wiedzy religijnej czy ogólnej, lecz ukazują ich niski poziom moralny i etyczny oraz wysoki stopień ich uzależnienia od różnych nałogów. Ale o tym napisze już wkrótce.

Ciąg dalszy nastąpi…

Projekt w toku.

Publikujemy tekst Niny Sankari sprzed ośmiu lat. Ukazał się wówczas na łamach Polskiego Stowarzyszenia Racjonalistów. Był rok 2012 i mimo upływu lat nadal jest aktualny.  Przebudzenie kobiet w 2016 roku które zawdzięczamy głupocie Ordo Iuris, pozwoliło po latach milczenia, otworzyć wielką i nieustającą debatę społeczną. Kobiety w Polsce są niewidzialne, niesłyszalne, mimo zdartych gardeł i mimo powalających w swej wymowie faktów. Rządy POPIS-u nie tylko nie zwróciły nam naszych praw, ale dążą do  ekstremalnego wykluczenia nas z jakiejkolwiek dyskusji na ten temat. Poniższa publikacja to zwięzłe kompendium wiedzy, jaką powinny mieć wszystkie Polki i Polacy zarówno ci o lewicowych jak i prawicowych poglądach. Z faktami się nie dyskutuje. Fakty należy przyjąć do wiadomości. I po to jest ta publikacja.

 

 

W tym roku Manifa przeszła w Warszawie już po raz 13. Ale na jej hasło: Dość demokracji konkordatowo-rynkowej! Przecinamy pępowinę! czekałam ponad 20 lat.

Należę do tego pokolenia kobiet, które pamiętają obchody tzw. Święta Kobiet, czyli 8 Marca z okresu peerelu: w pracy „żałośnie chuda kwiatów kiść”, a częściej, zmordowany goździk lub tulipan, obowiązkowy seryjny cmok w rękę, może jakieś przyjęcie z kremówkami i „sypaną” kawą. W domu okolicznościowe odwrócenie ról pod hasłem „Ludwiku do rondla” – na jeden dzień. To w krzywym zwierciadle. Bo obiektywnie patrząc, mimo że do pełnej realizacji deklarowanego przez ustrój równouprawnienia było daleko, to jednak nigdy wcześniej, ani później kobiety w Polsce nie cieszyły się pełniejszymi prawami.

Oczywiście demokracja była ograniczona, ale to dotyczyło wszystkich obywateli, nie tylko kobiet. Reprezentacja polityczna kobiet (w Sejmie, w organach władzy wykonawczej) była daleko poniżej „parytetu” (nieco ponad 20% miejsc w Sejmie przed transformacją), ale i tak w porównaniu do spadku z lat 90-tych to był świetny wynik. Osobiście miałam w latach 70-ych poczucie, jak sądziłam, powszechne wśród kobiet, że wszystkie drogi stoją przede mną otworem: edukacyjne, zawodowe, rodzinne. Łączenie przez kobiety pracy zawodowej z życiem rodzinnym było rozpowszechnione, sprzyjały temu tanie państwowe żłobki i przedszkola, świetlice i stołówki szkolne, zajęcia pozalekcyjne itd. Z tym większym zdumieniem dowiadywałam się, że na zgniłym Zachodzie, w bogatej Szwajcarii, na przykład, kobiety dopiero w latach siedemdziesiątych uzyskały prawo wyborcze i to nie we wszystkich kantonach. We Francji, słynna sexbomba Brigitte Bardot (zwana u nas Bardotką), gdyby była mężatką w latach sześćdziesiątych, musiałaby, jak każda Francuzka, mieć od męża zgodę na piśmie, żeby pracować. W razie braku takiej zgody, mąż w każdej chwili mógł zażądać jej powrotu do domu, używając do tego celu policji. Mógłby również posłać policję, żeby sprowadziła do domu małżonkę, gdyby tej zachciało się spędzić noc gdzie indziej. To były rzeczy, które nie mieściły mi się w głowie, podobnie jak fakt, że w tej samej Francji do 1975 r. aborcja była nie tylko nielegalna, ale i karalna.

W Polsce aborcja była legalna od 1956 r. i właściwie zastępowała antykoncepcję (do 200 tys. zabiegów rocznie przed wprowadzeniem zakazu), która była siermiężna (słynna globulka „Z”już w 1958 r., potem tabletki hormonalne w latach 60-tych). Edukacja seksualna była niezbyt zaawansowana, ale obecna i propagowana przez Towarzystwo Rozwoju Rodziny (spadkobiercę Boyowskiego Towarzystwa Świadomego Macierzyństwa), gazety, czasopisma, w tym ITD i pisma kobiece. Kobiety mogły sądzić, że „Piekło Kobiet”, opisywane przez Boya przed drugą wojną światową, odeszło na zawsze do lamusa historii.

Tymczasem szybko okazało się, że tzw. demokratyczna transformacja miała odbyć się w dużej mierze kosztem kobiet, odbierając im aspiracje do deklarowanego skądinąd formalnie równego statusu, poczynając od likwidacji ich praw reprodukcyjnych i seksualnych. To była nagroda (daleko nie jedyna), którą nowa władza ofiarowała Kościołowi katolickiemu za jego niekwestionowany udział w obaleniu tzw. komunizmu. Reprodukcyjne prawa kobiet stały się niejako łupem wojennym Kościoła i związanej z nim konserwatywnej prawicy. Dla liberałów i lewicy była to niewygórowana cena do zapłacenia w zamian za poparcie Kościoła w innych kwestiach (np. zgodę na akcesję do Unii Europejskiej), legitymizację władzy, gdy do niej dochodzili, mimo że nie chodziło tu o puste gesty, jak wszechobecne klęczenie Oleksego czy przejażdżki Kwaśniewskiego papamobilem. Za zdradę demokracji, w tym, za przehandlowanie ich praw, kobiety płacą zdrowiem i życiem. Polska nie jest jedynym krajem, w którym kobiety, które masowo uczestniczyły w ruchach wolnościowych, potem były pozbawiane praw, a ich interesem, godnością i życiem handlowało się i nadal handluje w imię interesów ekonomicznych i/lub geopolitycznych. Wystarczy wspomnieć tu przypadki Iranu, Algierii, Afganistanu, Iraku i wszystkich krajów okrzyczanej „Arabskiej Wiosny”, która zamienia się w jesień praw kobiet w tym regionie.

Polki także zapłaciły wysoką cenę za obietnicę demokracji. Najbardziej jaskrawym tego przykładem jest oczywiście ustawa antyaborcyjna, wprowadzona w 1993 r. wbrew opinii społeczeństwa i z podeptaniem elementarnych zasad demokracji: inicjatywa obywateli, którzy zebrali 1,5 mln podpisów pod żądaniem referendum w tej sprawie, została po prostu zlekceważona. Zresztą ograniczanie dostępu do przerywania ciąży odbywało się krok po kroku jeszcze przed wprowadzeniem ustawy antyaborcyjnej przy wydatnym wsparciu środowiska lekarskiego, któremu, podobnie jak w okresie międzywojennym, sumienie nie pozwalało na przerywanie ciąży za darmo, w państwowym szpitalu. Paragraf, z którym walczył Boy-Żeleński, znów zaczął zabijać. W wydanym staraniem środowisk feministycznych opracowaniu „Piekło kobiet trwa” opisane są przypadki, od których włos jeży się na głowie. Wystarczy wspomnieć tu przypadek Agaty Lamczak, która po pobycie szpitalnym bez odpowiedniego leczenia i długich cierpieniach zmarła na sepsę w związku z odmową wykonania u niej koniecznych badań, które mogłyby potencjalnie zaszkodzić płodowi. Opis sceny, w której zarówno matka, jak i chłopak Agaty błagali lekarza o interwencję, przywodzi na myśl fragmenty z literatury czy filmów osadzonych w realiach sprzed wieków, kiedy przy porodzie lekarz pytał ojca, kogo ma ratować: matkę czy dziecko. Tu nawet takiej szansy kobiecie nie pozostawiono.

Obrona nienarodzonego życia za wszelką cenę, w tym kosztem życia kobiety, stała się w latach 90-tych symbolem władzy Kościoła i jego politycznych sojuszników. Za śmierć Agaty Lamczak nikt nie odpowiedział, nie wiadomo, ile było podobnych przypadków. W Niemczech kościół przyznaje się do winy i rozpoczyna rehabilitowanie kobiet spalonych niegdyś przez Inkwizycję jako czarownice; oby ci, co doprowadzili do podobnych dramatów, jak w przypadku Agaty Lamczak, odpowiedzieli też za swoje działania i żeby nie trzeba było na to czekać wieki. Na szczęście inne znane przypadki – Alicji Tysiąc (odmowa aborcji ze wskazań medycznych) czy Barbary Wojnarowskiej (odmowa badań prenatalnych w przypadku posiadania dzieci z wadą genetyczną) znalazły swój finał w Strasburgu i wygrane sprawy polskich kobiet przeciwko państwu polskiemu poskromiły nieco stosowanie bezkarnej przemocy wobec kobiet w dziedzinie praw reprodukcyjnych.

Jakkolwiek ogrom hipokryzji państwa i dotychczasowa bierność społeczeństwa wobec tej sytuacji nadal zdumiewają. Nikt nie wierzy w oficjalne statystyki państwowe nt. liczby przeprowadzanych w Polsce legalnych aborcji (kilkaset rocznie), wszyscy wiedzą o podziemiu aborcyjnym (v. film „Podziemne państwo kobiet”) i o tzw. turystyce aborcyjnej, a systemowa przemoc wobec kobiet trwa. Sprawa aborcji nie jest tematem zastępczym, jak czasem próbowano sugerować ze względów politycznych, nie jest to także temat, który ma wyłącznie konkretny wymiar, który można przedstawić przy pomocy statystyk. Kwestia aborcji i szerzej, praw reprodukcyjnych kobiet, to kwestia symboliczna dotycząca praw kobiet jako praw człowieka, prawa jednostki do samostanowienia i emancypacji. Jest to także kwestia demokracji. Pierwsza manifa w 2000 r. odbyła się pod hasłem „Demokracja bez kobiet, to pół demokracji”. Coraz powszechniej pojawia się jednak świadomość, że pół demokracji, to ustrój na wpół-autorytarny, to żadna demokracja.

Bo cóż to za demokracja, w której połowa populacji jest pozbawiona prawa do decydowania o sprawach najbardziej osobistych, dotyczących własnej seksualności i rozrodczości? Dlaczego zresztą sądzić, że cała druga połowa (mężczyźni) popiera taki stan rzeczy? Wszystkie sondaże, jak również oficjalne statystyki temu przeczą. Polacy coraz liczniej nie stosują się do nauczania Kościoła w tej dziedzinie. Wiele kobiet, również wierzących katoliczek, chce dostępu do nowoczesnej antykoncepcji, do edukacji seksualnej i jeśli musi, dokonuje aborcji. Mimo wprowadzenia ślubu konkordatowego rośnie liczba ślubów cywilnych, rośnie także liczba dzieci urodzonych poza małżeństwem, spada natomiast liczba powołań oraz hojność wiernych. Ponad 50% społeczeństwa uważa, że wpływ kościoła na politykę jest za duży, 86% jest przeciwna wypowiadaniu się Kościoła w sprawach politycznych, 85% popiera zasadę rozdziału Kościoła od państwa.

Transformacja przy pomocy terapii szokowej spowodowała m.in. eksport polskiego bezrobocia na Zachód, a jednym ze skutków tej sytuacji okazał się następnie import zachodniego stylu życia. Sekularyzacja polskiego społeczeństwa polskiego postępuje wolniej, niż Zachodzie, ale jest faktem. Dziś już nie da się skutecznie posługiwać stereotypami z lat 90-tych: „Polak=katolik” (przypomnijmy, że w latach 90-tych Prymas Polski kard. Glemp robił wyjątek od tej zasady dla Żydów) i ateista=komunista, zdrajca Ojczyzny. Natomiast odnotowuje się w Polsce regularny wzrost nastrojów antyklerykalnych, na które Kościół zapracował w pocie czoła przede wszystkim swą niepohamowaną chciwością: dotacje na katechetów, kapelanów i katolickie szkolnictwo to ponad 1,6 mld zł, a całkowity koszt Funduszu Kościelnego to 240 mld rocznie; dzięki działaniu Komisji Majątkowej jest dziś Kościół największym posiadaczem ziemskim, ma więcej ziem, niż przed drugą wojną światową, domagał się i otrzymał zwrot majątku utraconego nawet w XVI w.(!), przy czym bogaci się na spekulacji zwróconym majątkiem. To wszystko w sytuacji regularnego cięcia kosztów na opiekę medyczną, szkoły, przedszkola, żłobki. Niemały wpływ na wzrost nastrojów antyklerykalnych odegrały także skandale obyczajowe, w tym pedofilskie.

Należałoby więc odpowiedzieć sobie na pytanie: skoro Kościół traci poparcie w społeczeństwie, skąd bierze się jego wielki wpływ na politykę państwa, na jego ustawodawstwo, kształt ustrojowy? Odpowiedź na to pytanie łączy się z drugim elementem hasła 13 Manify: „Dość demokracji konkordatowo-rynkowej”. Transformacja, która miała dać Polsce wymarzoną demokrację, okazała się być transakcją wiązaną. Razem z obietnicą demokracji, zredukowanej do systemu wielopartyjnego i demokratycznych wyborów, przyniosła ona neoliberalny kapitalizm w najbardziej krwiożerczej postaci: z szalejącą hiperinflacją (zduszoną przy pomocy słynnej terapii szokowej, której wielu pacjentów nie przeżyło), szalejącym bezrobociem, bezdomnością, kryminalną prywatyzacją w pierwszych latach; prywatyzacją zysków przy socjalizacji kosztów, demontażem państwa opiekuńczego, pogłębiającym się rozwarstwieniem społecznym, pauperyzacją społeczeństwa, niedojadaniem dzieci, prekariatem, kognitariatem itd. itd.

Wycofywanie się państwa z funkcji opiekuńczej, prywatyzacja usług publicznych, w tym opieki zdrowotnej, likwidacja infrastruktury społecznej, w tym państwowych żłobków, przedszkoli, świetlic, stołówek szkolnych, szkół przeniosły ciężar pracy reprodukcyjnej i opiekuńczej na barki kobiet, pracy świadczonej oczywiście nieodpłatnie. Kobiety wykonują aktualnie w Polsce 80% pracy, produkcyjnej i reprodukcyjnej łącznie. To jest obciążenie, którego nie są już w stanie udźwignąć, stąd mimo restrykcyjnej ustawy antyaborcyjnej i braku dostępnej nowoczesnej antykoncepcji, Polska ma najniższy w Europie przyrost naturalny. Rezerwa darmowej siły roboczej, świadczącej pracę reprodukcyjną i opiekuńczą, dzięki której w Polsce następuje akumulacja kapitału, wyczerpuje się. Kobiety nie mogą i nie chcą już dłużej być ofiarami świętego trójprzymierza tronu, ołtarza i giełdy, w którym te trzy elementy potrzebują siebie nawzajem. Hasło manify oznacza niezgodę na politykę państwa, które reprezentuje interesy kapitału, a nie obywateli, legitymizuje się przy pomocy kościoła, któremu płaci przywilejami finansowymi na koszt obywateli oraz prawami kobiet, zgodnie z patriarchalną kościelną ideologią. Wyłączenie któregokolwiek z tych trzech elementów oznacza rozpad systemu: dla kapitału model „Matki Polki” świetnie pasuje do zrzucenia kosztu reprodukcji społecznej na barki kobiet, co państwo realizuje przy pomocy demontażu systemu opieki społecznej, powiększając zyski kapitału. W kolejce została już tylko praca dzieci. Mamy tego pierwsze jaskółki: w Krakowie pani wiceprezydent zagospodarowuje dzieci „w procesie wychowawczym” do sprzątania szkół.

Manifa zgromadziła w Warszawie tłumy. Co roku dołączają do niej nowe grupy społeczne. Podobnie jak w zeszłym roku, ale w liczniejszym składzie, dołączyły do manify związki zawodowe. Antyklerykalne i antysystemowe hasła wcale nie powstrzymały ludzi przed uczestnictwem. „Kwestia kobieca” staje się z manify na manifę kwestią coraz ważniejszą. Umawiano się z nami na demokrację – napisały w Gazetce Manifowej jej organizatorki z Porozumienia 8 Marca. Mamy dość rządów rynkowo-konkordatowych! (…) I dlatego żeby pomóc się narodzić prawdziwej demokracji, zaczniemy od wspólnego przecięcia wielkiej pępowiny!

ŹRÓDŁO

Nina Sankari

Fałszywe uzasadnienie wyroku, milczenie w sprawie skutków istnienia skandalicznego paragrafu 196 kk. Komentarz Niny Sankari.

Krótko trwała nasza radość z wyroku płockiego…

Sąd uniewinnił Elżbietę , Annę, Joannę… ale pozwolił sobie na gorzki żart z wierzących i niewierzących, szukając uzasadnień swojego wyroku w źródłach, które nie są krynicą merytorycznych argumentów. Sędzia Agnieszka Warchoł z Sądu Rejonowego w Płocku zabawiła się w teologa i napisała uzasadnienie nie tylko w oparciu o niedopuszczalne podstawy, ale nawet w obrębie tychże popełniła niewybaczalny błąd niechlujstwa… , a może tylko ignorancji – to wie jedynie Pani Sędzia. Nie pierwszy to raz łapiemy katolików na dyletanckim traktowaniu podstaw własnej wiary. Szczęśliwie ateiści znają te podstawy bardzo dobrze, przynajmniej niektórzy, jak Pani Nina Sankari, której zawdzięczam moje własne oświecenie w tej materii… Oddaję Jej głos:

 

1.”Jednocześnie w żadnym wiadomym sądowi miejscu w Biblii, ani w katechizmie Kościoła katolickiego nie znajduje się zapis, wykluczający ze wspólnoty Kościoła osoby nieheteronormatywne”. Poważnie?

A to: „Ktokolwiek obcuje z mężczyzną, tak jak się obcuje z kobietą, popełnia obrzydliwość. Obaj będą ukarani śmiercią, sami tę śmierć na siebie ściągnęli” (Kpł. 20, 13-14)?

2. „Przekaz, jaki płynie z Nowego Testamentu to wiara, nadzieja i miłość.

A to: „34 Nie sądźcie, że przyszedłem nieść pokój po ziemi. Nie przyszedłem nieść pokoju, lecz miecz. 35 Przyszedłem bowiem przeciwstawić syna jego ojcu, a córkę jej matce, a synową jej teściowej; 36 bo wrogami człowieka mieszkańcy jego domu. 37 Kto miłuje ojca lub matkę bardziej niż mnie, nie jest mnie godzien; i kto miłuje syna lub córkę bardziej niż mnie, nie jest mnie godzien; ( Mt 10,34-42. 11,1) ?

3. „To te pozytywne wartości wartości chrześcijańskie, zakorzenione w kulturze europejskiej, są podstawą powszechnych wartości moralnych”. Pani sędzia weszła w rolę teologa. Wybrała interpretację umiarkowanego chrześcijaństwa zamiast fundamentalizmu katolickiego. To miło z jej strony, ale sąd nie jest miejscem na wywody teologiczne. Nawet takie bardziej cywilizowane. Poglądy religijne pani sędzi nikogo nie powinny interesować, a już szczególnie ateistów. Wyprowadzanie powszechnych wartości moralnych z „pozytywnych” wartości chrześcijańskich (przy przemilczaniu negatywnych) jest nie tylko nieuczciwe, ale i niebezpieczne, bo otwiera drogę do dalszej klerykalizacji prawa w Polsce.

Natomiast mnie jako ateistkę nie interesuje, czy tęcza obraża czy nie. Wyrażam sprzeciw wobec tego, by czyjaś wolność (można usiąść na dwa lata) zależała od profilu religijnego sądu. Art. 196 nie chroni uczuć „pokrzywdzonych” (bo nie chroni żadnych innych uczuć osób”pokrzywdzonych”), lecz przedmiot tych uczuć, tj. religię. Wszystkie rozważania o niewinności tęczowego wizerunku Maryjki nie są warte funta kłaków. Mamy do czynienia z ordynarnym przepisem o zakazie „bluźnierstwa” i żadna maskarada tego nie ukryje. Powinien zostać jak najszybciej usunięty.

 

Kuna2021Kraków

 

Bogu, co boskie, cesarzowi, co cesarskie. A co ludziom?

Bogu, co boskie, cesarzowi, co cesarskie. A co ludziom?

( Stanisław Jerzy Lec, Myśli nieuczesane)

 

 

Katoliczki i katolicy w Polsce przeżywają ostatnio ożywienie ze względu na stanowcze NIE! wykrzyczane przez Polki i Polaków w protestach Strajku Kobiet, które oparły się o, lub wprost przekroczyły mury kościołów.

Wiedzą, że kościołowi pali się pod tyłkiem, bo tuż za NIE ! zaraz stoi WON !

Intensywnie więc główkują, na jakich zasadach się utrzymać w życiu politycznym i jak zreformować swój kościół – w końcu są wierzący. I pokazują światu coraz częściej on-line swoje oblicza, co wypada różnie, często zabawnie, ale im bardziej jest zabawnie, tym bardziej groźnie dla obywatelek i obywateli niekatolików. Swój program dotyczący „uporządkowania” relacji państwo – kościół, przedstawił już Hołownia i cóż, bez zaskoczenia – zabezpiecza on, gdzie tylko można, interesy kościoła. Szykuje się również Kongres Katoliczek i Katolików, na którym będą oni dyskutować o reformach kk w duchu „krytycznej lojalności” oraz pojawiają się on line dyskusje różnych środowisk katolickich.

 

 

W lutym b.r. na przykład odbyła się dyskusja Więzi pod tytułem „Z wiarą w politykę”.

Czy warto było z samej ciekawości wysłuchać? Oceńcie sami.

W dyskusji udział wzięli :

prowadzący Grzegorz Pac – z-ca redaktora naczelnego Więzi

Konstanty Pilawa – redaktor naczelny Pressji i członek Klubu Jagiellońskiego

Sławomir Sowiński – politolog z Uniwersytetu Kardynała Stanisława Wyszyńskiego

Daria Gosek Popiołek – posłanka z Lewicy Razem

 

Rozmówcy rozpatrywali różne formuły uczestniczenia katolików w polityce, np. za pomocą:

1. katolicko- konserwatywnej rewolucji

2. rekonstrukcji konfliktów ideowych

3. modelu bizantyjskiego

4. modelu różnych dróg politycznych

5. przebudzenia!

 

Oraz próbowali odpowiedzieć sobie na pytania :

– Który model uczestniczenia katolików w polityce preferują ?

– Czy jest potrzeba i możliwość utworzenia w Polsce partii chadeckiej ?

– Jakie są granice zaangażowania katolików w polityce?

– Czy polityka powinna być miejscem realizacji misji chrześcijan, czy też nie, w myśl zasady„ królestwo jego nie jest z tego świata”?

 

Nie wchodząc w zaskakujące zawiłości typologii różnych postaw katolików uczestniczących w polityce, można w skrócie podsumować, co konkretnego powiedzieli sami paneliści :

 

KONSTANTY PILAWA – z PRESSJI i KLUBU JAGIELLOŃSKIEGO –

młody, gniewny, zaangażowany konserwatysta, oczekuje od Hołowni większego nawiązywania do przesłania ewangelicznego i praktykowania „otwartej ortodoksji”.

Uważa, że w debacie społecznej za bardzo jest obecna tematyka osób LGBT, która jest dla katolików „nieznośna”, a za mało w niej „ katolickiej nauki społecznej, mającej cechy wspólne z programem lewicy”. Chciałby szerszej dyskusji społecznej nad dokumentami KEP, np. dotyczącymi wpływu pandemii na katechezę (!) . Poza tym oczywiście uważa, że polityk jest zobowiązany reprezentować „cywilizację życia”, według nauki Jana Pawła II.

Cóż, ten młody człowiek jest już stracony dla świata, ale jeszcze tego nie wie.

 

 

 

SŁAWOMIR SOWIŃSKI, POLITOLOG Z UKSW stwierdza z szerszej perspektywy, że

katolicy są skazani na „bezdomność ” w polityce, ponieważ mają „budować namioty, nie pałace”- czyli nie przywiązywać się do żadnej opcji politycznej. W sumie logiczne, pragmatyczne i jakże charakterystyczne dla koscioła katolickiego.

Twierdzi, że polska lewica nie ma oferty dla katolików, ponieważ „rytualnie odgrywała antyklerykalizm oraz akceptowała nowinki obyczajowe” – czyli prawa kobiet i osób LGBT, a także, że kościół wcale nie ma obsesji na punkcie aborcji i eutanazji, tylko „ reaguje na sytuację”, natomiast przy wejściu Polski do UE „służył polskiej demokracji”. I pochwala działania KEP , po czym górnolotnie stwierdza, że polityk katolik powinien pokazywać szacunek dla godności człowieka, prawa do życia i wolności oraz mieć gotowość do budowania dobra wspólnego.

Ten starszy człowiek również myślał i myśli raczej o budowaniu dobra wspólnego przez kościół, w kościele oraz z kościołem katolickim . I dla kościoła. Temu panu też podziękujemy.

 

DARIA GOSEK POPIOŁEK, POSŁANKA LEWICY RAZEM – dokonała, jak podkreślił prowadzący panel, religijnego coming outu w czasopiśmie Kontakt, w którym, jak się okazuje, również opisała, że kilka lat temu udała się na spotkanie z papieżem Franciszkiem ze swoją małą córką, jako „ Matka Polka na wyrębie”- aby oddać polskie lasy pod opiekę, a polskie ministerstwo pod przewodnictwo Watykanu. Zaiste, jaki szeroki szpagat intelektualny musi wykonywać na co dzień posłanka, jednocześnie deklarując się jako polska demokratka oraz obrończyni praw kobiet w Polsce.

 

Chyba, że panu bogu świeczka i diabłu ogarek, to po prostu instynktowna strategia przetrwania, bez konieczności angażowania procesów myślowych.

 

Dobrze, że wykazała się chociaż pewną znajomością ABC współczesnej historii Polski, grzecznie wyjaśniając, że lewica była ostrożna, a nie krytyczna w latach 90tych wobec kk, a popieranie „nowinek obyczajowych” to faktycznie obrona praw człowieka oraz wspomniała, że kościół po 1989 roku zajął się zabezpieczaniem swoich interesów ekonomicznych. Uważa też, że każdy polityk katolik powinien podejmować swoje decyzje polityczne indywidualnie, w „ swoim sumieniu”.

Ale co to jest właściwie to „ sumienie katolika”? Nie wiadomo…

 

Wszyscy rozmówcy zgodzili się, że nie ma sensu budowania jednej partii katolików czyli chadecji, bo historia negatywnie zweryfikowała takie projekty.

PILAWA chciałby rozwijać NGO sy katolickie, lobbujące za wprowadzeniem przez politykę zasad katolickiej nauki społecznej .

SOWIŃSKI uważa, że katolik polityk powinien prezentować szacunek dla godności człowieka, prawa do życia i wolności oraz mieć gotowość do budowania dobra wspólnego.

GOSEK POPIOŁEK również twierdzi, że politycy katolicy muszą stworzyć ramy, w których da się żyć w godności i wolności. Dodaje również, że trzeba być świadomym, że każda zmiana dotyka również ”innych ludzi”. Ale jakich, których – tego nam posłanka nie zdradza.

Jak widać, katoliczki i katolicy w każdej sytuacji dziejowej bawią się świetnie i gruchają na swojej niebiańskiej grzędzie, byle dalej od „tego świata”, który nie jest wart ich uwagi – choć płonie.

A słowa <godność> i <wolność> padają dowolnie,oraz bez wyjaśnienia zawartości i kontekstu. Chociaż kontekst polityczny mamy akurat zabójczy.

W sytuacji, kiedy Polska w XXI wieku stała się właśnie faktyczną niewolnicą katolickiej ideologii religijnej, kiedy bezprecedensowo cofnęliśmy się w historii i stosowaniu praw człowieka, kiedy wiara polityków dokonała gwałtu na polskim społeczeństwie – wyznawcy Jezusa nadal piją sobie z dzióbków i mataczą.

Nawet, podobno lewicowej, posłanki nie stać, aby kierując się „własnym sumieniem”, wykrzyczeć kolegom katolikom, w jakże bezpiecznej i pełnej przecież miłości bliźniego przestrzeni kościoła katolickiego, o upodlaniu Polek przez kościół, o niszczeniu przez niego przez lata demokracji, o dyskryminacji nie – katolików, o wprowadzeniu państwa wyznaniowego i w końcu o konieczności zbudowania państwa świeckiego – dla wszystkich obywatelek i obywateli, przytoczyć jego definicję, cele i sposoby tworzenia tego

 

DOBRA NAPRAWDĘ WSPÓLNEGO.

 

Katoliczki i katolicy idą w politykę z wiarą i bez rozumu. Ale tym razem nie naszym kosztem, katoliccy współobywatele. Zapamiętajcie sobie bardzo dobrze : już nigdy więcej nie pozwolimy na zło wynikające w waszej głupoty.

Macie non possumus, a my : No pasaran !

 

WaszWonsz

 

Inwentaryzacja KK 2020. okiem Andrzeja Gerlacha. Część 7 i 8.

 

KOŚCIÓŁ W POLSCE ANNO DOMINI 2021 – część VII.

Poważny kryzys powołań przeżywają także zakony i zgromadzenia męskie w naszym kraju. Nie jest to kryzys jeszcze tak gwałtowny, jak we wspólnotach naszych zakonnic, ale od co najmniej dwudziestu lat jest on systematyczny i coraz bardziej widoczny.

Zakony i zgromadzenia męskie, w przeciwieństwie do żeńskich, dzielą się na ojców i braci zakonnych. Wszyscy mają takie same sutanny i habity, ale rola ojców i braci w tych wspólnotach jest zdecydowanie odmienna. Ojcowie w klasztorach to zakonnicy, którzy po postulacie i nowicjacie, kończą pełne studia seminaryjne i posiadają święcenia kapłańskie. Są zakonnikami i członkami wspólnot swoich zakonów lub zgromadzeń zakonnych, ale równocześnie są księżmi. Odprawiają oni msze św., spowiadają wiernych, katechizują i formalnie mają takie same uprawnienia jak księża diecezjalni. Natomiast bracia zakonni w tych wspólnotach, najczęściej mężczyźni posiadający wykształcenie podstawowe lub zasadnicze, po postulacie i nowicjacie, noszą habity, ale w swoich wspólnotach wykonują funkcje pomocnicze lub pracują w nich wyłącznie fizycznie. Są kucharzami, ogrodnikami, furtianami, pielęgniarzami, kierowcami, czasami zakrystianami lub wręcz pracują fizycznie wykonując wszystkie prace jakie zlecą im przełożeni zakonni.

Przez całe wieki działalności tych wspólnot, braci zakonnych było zdecydowanie więcej niż ojców. Jeszcze przed ostatnią wojną w wielu prowincjach polskich, chociażby u franciszkanów, było zdecydowanie dużo braci zakonnych. To uległo radykalnej zmianie z czasem i obecnie w zakonach i zgromadzeniach męskich dominują ojcowie, a więc zakonnicy ze święceniami kapłańskimi. W wielu krajach na świecie braci w zakonach już niemal nie ma wcale, bo nie ma w tych krajach chętnych do pełnienia takich funkcji. W Polsce jeszcze występują, ale jest ich coraz mniej i systematycznie ich liczba maleje.

We wszystkich zakonach i zgromadzeniach męskich w naszym kraju, liczonych łącznie, w ciągu ostatnich lat statystyka jest jednoznaczna i źle rokuje na przyszłość. W 2016 roku w Polsce pracowało 1313 braci, w 2017 roku było ich 1274, w 2018 roku pozostało 1236, a w 2019 roku zaledwie 1219. Jeszcze gorzej w tym względzie wyglądają teraz statystyki nowych powołań na braci zakonnych. W większości polskich zakonów i zgromadzeń zakonnych nowych powołań nie ma zupełnie i to już od wielu lat. A jeżeli już są, to są to jedynie nieliczni kandydaci, którzy nie zawsze docierają do końca swojej formacji zakonnej.

Więc polscy bracia zakonni wymierają systematycznie, z roku na rok są coraz starsi i coraz mniej zdolni do jakiejkolwiek pracy fizycznej. I jest to od lat stała tendencja we wszystkich niemal polskich prowincjach zakonnych.

Dlaczego tak się dzieje? Powodów jest kilka. Nie ma już chętnych wśród młodych chłopców, aby służyć w zakonie pracując jedynie fizycznie. Bracia niestety byli zawsze traktowani przez ojców i księży zakonnych z wyraźną pogardą. Byli na usługach swoich współbraci, nie mieli realnego wpływu na wybory władz zakonnych i zawsze liczyli się wyłącznie jako tania lub wręcz bezpłatna siła robocza. Współcześnie trudno jest wmówić młodemu chłopcu, że Bóg tego chce od niego i wymaga dla niego właśnie takiego życia. Ponadto przełożeni zakonni odpowiedzialni za formacje nowych braci zakonnych, wydaje się, że zupełnie stracili kontakt z obecnym młodym pokoleniem Polaków i chyba nie rozumieją ich potrzeb. Zjawisko coraz większej laicyzacji społeczeństwa polskiego także robi tu swoje.

Obecnie w naszym kraju to nie są już czasy jak jeszcze kiedyś, gdy ojciec i matka, głównie ze środowiska wiejskiego, „oddawali” zakonowi swojego syna, bardzo często jeszcze dziecko, a ponieważ bardzo często nie mieli przy tym pieniędzy na jego wykształcenie i opłacenie mu nauki w seminarium, więc jego los w zakonie był już przesądzony. Taki kandydat na brata zakonnego, który pochodził ze wsi i nie miał formalnego wykształcenia, nadawał się jednak do pracy fizycznej. W czasach gdy zakony posiadały tysiące hektarów ziemi, tacy kandydaci do zakonów byli zawsze niezwykle potrzebni. Nawet jak taki chłopiec osobiście nie odczuwał powołania do zakonu, to sama wola rodziców, strach przed wystąpieniem z zakonu i tym samym potępieniem przez Boga wystarczała, aby poddać się woli przełożonych. A ponadto w zakonie taki chłopiec robił to samo co na wsi jego rówieśnicy, uprawiał ziemię, ale gdy odwiedzał swoją wieś, nobilitował go w środowisku noszony przez niego habit zakonny.

Dla wielu młodych chłopców zakon był także miejscem ucieczki przed ich homoseksualizmem. W rodzinnym domu padałyby prędzej czy później niezręczne pytania, o dziewczyny, o ślub i wnuki. A kiedy taki chłopiec wstąpił do zakonu i został bratem zakonnym, takich pytań mu już nie zadawano. A rodzice, babcia, dziadek i dalsi krewni byli jego decyzją zachwyceni, a równocześnie wszyscy sąsiedzi zazdrościli, co też nie było bez znaczenia. Czego więc chcieć więcej? Obecnie tacy młodzi ludzie mają wiele innym możliwości, mogą wyjechać do dużych miast, udać się za granice i ułożyć sobie życie zgodne ze swoją orientacją seksualną.

Nie wykluczone zatem, że jeżeli ta tendencja braku powołań na braci zakonnych się utrzyma w naszym kraju, za kilka lat będą oni w naszych prowincjach zakonnych jedynie wspomnieniem. A jak brak powołań w zakonach i zgromadzeniach zakonnych wygląda w odniesieniu do tych, którzy wstępują do nich i zostają księżmi? Zajmę się tym zagadnieniem już wkrótce.

Ciąg dalszy nastąpi…

 

KOŚCIÓŁ W POLSCE ANNO DOMINI 2021 – część VIII.

Zakony i zgromadzenia męskie to poza braćmi zakonnymi także księża zakonni, których członkowie ich wspólnot nazywają ojcami. To oni posiadają święcenia kapłańskie i to spośród nich wybierani są wszyscy przełożeni w poszczególnych prowincjach.

Mamy w Polsce zarówno te stare zakony, których historia liczy się w setkach lat, jak bazylianie, Kanonicy Laterańscy, benedyktyni, cystersi, kameduli, dominikanie, augustianie, bonifratrzy, jezuici, trynitarze, paulini, franciszkanie wszelkich gałęzi (bernardyni, reformaci, śląscy, kapucyni czy konwentualni), karmelici (bosi i trzewiczkowi), Misjonarze Św. Wincentego a’Paulo, pijarzy, redemptoryści, ojcowie somascy, kamilianie czy inni. Ale są i takie wspólnoty, których historia liczy do dwustu lat lub jeszcze mniej.

Niemal wszystkie te wspólnoty w prawie kanonicznym są na prawie papieskim, to znaczy podlegają kanonicznie bezpośrednio Stolicy Apostolskiej, a nie biskupom ordynariuszom, w diecezjach których posiadają swoje klasztory i domy zakonne. Ale biskupi ci mają coraz większy wpływ na te wspólnoty, szczególnie wówczas, gdy one chcą założyć na terenie jakiejś diecezji nowy klasztor lub dom dla swojej wspólnoty.

Kiedyś poszczególne zakony i zgromadzenia zakonne miały swoje określone preferencje dotyczące ich działalności, które wynikały z planów ich założycieli i z ich reguł zakonnych. Jedne z nich prowadziły szkoły, szpitale, zajmowały się ubogimi i wykluczonymi, inne zwalczały herezje, rozwijały rolnictwo czy ogrodnictwo, a nawet osadnictwo na obszarach bezludnych lub terenach nowo dołączonych do państwa polskiego. Niestety, to już odległa historia. Obecnie nasze polskie zakony i zgromadzenia zakonne, niemal wszystkie ograniczają swoją działalność do prowadzenia parafii, niekiedy znanych sanktuariów maryjnych, a jeżeli robią coś jeszcze, na przykład prowadzą działalność medialną, rekolekcyjną czy misyjną, to jednak te tradycyjne formy duszpasterstwa parafialnego u nich dominują.

Dlaczego? Powód jest oczywiście banalny. Tego przeważnie oczekują od nich wszyscy nasi ordynariusze, a ponadto z parafii czy znanego sanktuarium maryjnego można „wycisnąć” największy dochód. Więc nawet, po rozliczeniu się z danym biskupem, pozostaje danej wspólnocie zakonnej zdecydowanie więcej środków finansowych, niż gdyby miała zajmować się tym czego oczekiwał przed wiekami ich założyciel. To zdecydowanie zaciera obecnie różnice pomiędzy poszczególnymi wspólnotami zakonnymi, a prowadząc parafie czy sanktuarium, księża zakonni niewiele różnią się od swoich diecezjalnych kolegów w sutannach. Oczywiście różni ich habit, ale to już raczej uwarunkowanie historyczne niż ich własna zasługa.

We wszystkich polskich prowincjach zakonnych od blisko dwudziestu lat systematycznie spada też ilość nowych kandydatów na księży zakonnych. Coraz mniej chłopców chce podejmować karierę księży w zakonach i zgromadzeniach zakonnych w naszym kraju. Pustoszeją więc nasze polskie seminaria duchowne i tej tendencji nic już chyba nie zmieni. To podobnie jak w wypadku statystyk w pozostałych kategoriach kościelnych.

Jeszcze dwadzieścia lat temu we wszystkich polskich prowincjach zakonnych było łącznie 13 236 zakonników, pracujących zarówno w naszym kraju jak i poza jego granicami. W 2016 roku było w naszych wspólnotach męskich 9 302 ojców zakonnych, w 2017 roku było ich już tylko 9 130 ojców, w 2018 roku pozostało 9 042 ojców, a w 2019 roku zaledwie 8 917 księży zakonnych.

Tak więc z roku na rok mamy w Polsce co najmniej od 100 do 120 mniej księży noszących habity lub sutanny zakonne. Większość z nich umiera, ale corocznie część naszych księży zakonnych porzuca też stan kapłański i wybiera drogę życia świeckiego.

Na blisko sto prowincji zakonnych męskich w naszym kraju, do około 40% nie zgłosił się ostatnio nawet jeden kandydat do nowicjatu, a do wszystkich pozostałych wspólnot, ilość nowicjuszy jest mniejsza niż ilość zgonów starszych księży. Dlatego nasi polscy księża zakonni nie tylko są coraz mniej liczni, ale także z roku na rok coraz starsi. Mamy wspólnoty zakonne, gdzie średnia wieku już dawno przekroczyła 50 lat, a niekiedy dochodzi do 60 lat. Takiego jeszcze kryzysu powołań nie mieliśmy w polskim Kościele nawet w głębokim PRL-u.

Władze polskich prowincji zakonnych przez ostatnie lata dość sprytnie ukrywały spadek powołań w naszych seminariach zakonnych, gdyż podawały ilość studentów łącznie z cudzoziemcami, a więc klerykami z tego samego zakonu, ale pochodzącymi z innych, zagranicznych prowincji, gdzie nie ma własnych seminariów zakonnych. Są to głównie klerycy ze wschodu (kraje z terenów dawnego ZSRR i z innych krajów socjalistycznych) oraz z krajów misyjnych. Mamy w Polsce seminaria zakonne, gdzie ilość studentów obcokrajowców, przekracza ilość polskich kleryków. Warto zdawać sobie z tego sprawę, gdy analizujemy ilość kleryków studiujących w naszych seminariach zakonnych.

Generalnie, uwzględniając cały czas stałą i systematyczną tendencję spadkową polskich powołań kapłańskich należy pamiętać, że stosunek kandydatów na księży diecezjalnych w stosunku do księży zakonnych jest w miarę stały i wynosi u nas dwóch kandydatów do seminariów diecezjalnych na każdego kandydata do seminarium zakonnego.

A jak wygląda obecna sytuacja powołań do seminariów diecezjalnych w naszym kraju? I które seminaria diecezjalne dotknął największy kryzys w tej dziedzinie? O tym napiszę już wkrótce.

Ciąg dalszy nastąpi…

 

Komentarz bezradnego katolika do niekończącej się afery pedofilskiej w kościele.

Muszę opisać ten przypadek bliżej, bo dotyczy on księdza, który całymi latami wykorzystywał seksualnie wielu młodych chłopców, a robił to z wyjątkową perfidią, bo podawał się przy tym za terapeutę leczącego zaburzenia seksualne. A wszystko to działo się niemal do tego czasu, gdy niemal codziennie od wielu lat, tyle mówi się o skali pedofilii w szeregach naszego duchowieństwa. W czasach gdy miliony naszych rodaków oglądało filmy braci Sekielskich, a w każdej niemal gazecie czy portalu internetowym można przeczytać o dewiantach seksualnych w sutannach i habitach.

Ale jest i ta „druga Polska” na którą składają się także miliony naszych rodaków, którzy nie wierzą w dewiacje naszych duchownych. To ludzie, którzy nadal twierdzą, że pedofilia w naszym Kościele, to wyłącznie wydumany problem, wrogich Kościołowi mediów i tych złych ludzi, którzy walczą z Kościołem i w ten sposób chcą go zniszczyć. Mam nadzieję, że ci ludzie też przeczytają ten mój dzisiejszy wpis.

Wszystko działo się od wielu lat w Bydgoszczy, a diecezją tą rządzi od początków jej powstania były ksiądz archidiecezji wrocławskiej, kolejny „koń ze stajni kardynała Henryka Gulbinowicza”, biskup Jan Tyrawa (rocznik 1948). Będę to przypominał do znudzenia, aż wbije się ta informacja we wszystkie bezrefleksyjne mózgi kościelnych dewotów i aż zrozumieją, że zło w Kościele nie dzieje się przypadkowo i że wszystko ma swoje logiczne konsekwencje. Wasza bezrefleksyjność także…

Ksiądz Rafał K. (ładne polskie nazwisko, kończące się na „ski”), został wyświęcony na kapłana w diecezji bydgoskiej w 2004 roku, pochodzi z samej Bydgoszczy i ostatnio od wielu lat pracował w tamtejszej parafii pod wezwaniem Polskich Braci Męczenników na Wyżynach. Podaje te szczegółowe informacje o tym księdzu nie bez przyczyny, bo uważam, że mieszkańcom tego miasta, parafianom tej parafii i rodzinom dzieci, które uczył on do niedawna w bydgoskich szkołach podstawowych i liceach, należą się chociażby słowa wyjaśnienia, jeżeli na przeprosiny ordynariusza bydgoskiego i księży z tej parafii  nie stać. Należą im się chociażby wyjaśnienia jak do tego doszło, dlaczego przez tyle lat nikt nie reagował na to co działo się na tej plebanii od lat. Bo w to, że nikt nic nie widział i nie słyszał, osobiście nie wierzę.

W latach 2015-2020 ksiądz Rafał K. poprzez swój kontakt z młodymi chłopcami, w szkole i w konfesjonale, wyszukiwał tych, którzy byli zaniepokojeni swoją seksualnością i wpędzając ich w poczucie winy, wmawiał im różnego rodzaju zaburzenia seksualne, a równocześnie zdobywał ich zaufanie i oferował im swoją pomoc jako „terapeuta i specjalista od leczenia zaburzeń popędu seksualnego”. Jego talent w „terapii” był tak wielki, że także inni księża (czyżby przypadek?) wysyłali do niego na „terapię” innych chłopców, których wcześniej spowiadali lub uczyli w szkole, a przez to poznawali najintymniejsze detale z ich życia intymnego. Mówili wtedy tym chłopcom, że wysyłają ich do „gabinetu terapeuty, który im pomoże”.

A jak wyglądała w szczegółach „terapia” na plebanii w pokoju księdza? Po rozluźnieniu atmosfery, bo chłopcy byli ze zrozumiałych względów zestresowani całą sytuacją w której się znaleźli, musieli się rozebrać do naga, a ksiądz „terapeuta” dotykał wtedy ich jąder, penisa oraz innych intymnych części ciała, a nawet penetrował ich odbyt. W zebranej w tej sprawie przez organy ścigania dokumentacji czytamy między innymi: „Mówił, że przeprowadza  w ten sposób badanie. Kazał rozebrać się do naga i położyć. Później wszędzie dotykał. Zakrywał mi oczy i kazał się masturbować. Tłumaczył, że musi zmierzyć członek we wzwodzie i potem w stanie spoczynku. Miał do tego krawiecką miarkę”. Inny chłopiec zeznaje: „Dotykał jąder, ale nie tylko. Penetrował też odbyt pod pretekstem badania prostaty. Mówił, że to badanie związane z ustaleniem przebiegu orgazmu”. Jeden z nieletnich chłopców, ofiara tego dewianta zeznał, że: „To miało mnie uleczyć”. Tak proszę Państwa, ci wszyscy chłopcy byli przekonani, że są chorzy, opętani, grzeszni, zaburzeni, a ten ksiądz im jedynie pomaga. Doprowadzono w ten sposób chłopców, którzy wchodzili w okres dojrzewania, w stan takiego zagubienia i lęku, że poddawali się całymi latami tej „terapii”. I w nią wierzyli. A to wszystko odbywało się w instytucji, która straszy nas wszystkich potępieniem wiecznym za zainteresowanie seksem i własną cielesnością.

„Gabinet” tego specjalisty od leczenia zaburzeń popędu seksualnego, to był pokój na bydgoskiej plebanii. W sąsiednich pokojach mieszkali inni księża i utytułowany prałat, proboszcz i bezpośredni przełożony naszego „terapeuty”. Dlaczego przez tyle lat nikt nie reagował, że po plebanii chodzi tylu młodych zestresowanych chłopców na jakieś dziwne „terapie” i wszyscy lądują w jednym pokoju?

Nie wiemy ilu tak naprawdę chłopców padło przez te wszystkie lata ofiarą „księdza terapeuty”. Organa ścigania dotarły jak na razie do siedmiu jego nieletnich ofiar. Wszystkie były wielokrotnie, a nawet przez lata, wykorzystywane seksualnie przez ks. Rafała K. Ale sprawa jest rozwojowa i nie wiemy ilu młodych chłopców tak naprawdę przeszło w ciągu tych pięciu lat przez „gabinet terapeutyczny” na bydgoskiej parafii.

Jak dla mnie nie ulega wątpliwości, że ks. Rafał nie został pedofilem w 2015 roku. Był nim już wówczas gdy sam dorastał, był dewiantem gdy studiował w bydgoskim seminarium, był także pedofilem gdy bp Jan Tyrawa nakładał na niego swoje ręce podczas udzielanych mu święceń kapłańskich i gdy pracował na wielu parafiach w diecezji bydgoskiej, także zanim trafił do parafii na bydgoskich Wyżynach.

To wszystko nie przeszkadzało jednak władzom diecezji bydgoskiej na udzielanie mu wielokrotnie misji kanonicznej do nauczania religii w wielu bydgoskich szkołach podstawowych i w tamtejszych liceach. I to wszystko trwało przeszło 16 lat…

I co tu komentować? Ręce opadają, gdy człowiek sobie uzmysłowi ile słów już padło na temat dewiacji seksualnych naszych duchownych. Zadaje sobie jednak pytania. Na ilu teraz polskich parafiach działają jeszcze takie same „gabinety”? Ilu jeszcze kościelnych „terapeutów” chciałoby leczyć zaburzenia popędu seksualnego naszych dzieci?

A może po tym moim wpisie zdobędą się na odwagę ci, którzy nadal nie wierzą w seksualne dewiacje naszych duchownych i uważają tego typu informacje jedynie za działanie złych ludzi, którzy zwalczają w ten sposób szlachetnych i wybranych przez Boga, skromnych i pobożnych ludzi Kościoła?

Andrzej Gerlach

Andrzej Dymer. Najdłuższy proces ukrywania pedofila…

Myślę, że tysiące widzów stacji telewizyjnej TVN24 oglądało w ramach znanego cyklu „Czarno na białym”, wstrząsający materiał dotyczący pedofila ks. Andrzeja Dymera (rocznik 1962), znanego kapłana z archidiecezji szczecińsko-kamieńskiej, który przez całe lata perfidnie wykorzystywał nieletnich chłopców w kościelnych instytucjach, którymi kierował na Pomorzu Zachodnim.

Co ważne ofiarami ks. Andrzeja Dymera byli także chłopcy, którzy po latach sami zostali duchownymi, a teraz dochodzą sprawiedliwości względem swojego dawnego oprawcy. Co prawda nie należą oni do duchowieństwa tej archidiecezji, bo są księżmi zakonnymi, ale jako obecnie księży, ich głos w debacie o pedofilii w polskim Kościele brzmi tym bardziej wiarygodnie. I wybrzmiało to niezwykle wyraźnie także w tym wyświetlonym dziś materiale.

Co niestety także typowe w naszej polskiej rzeczywistości, grzechowi seksualnego wykorzystania dzieci przez naszych księży towarzyszy inny grzech, skutecznego i długoletniego tuszowania tej dewiacji przez hierarchów naszego Kościoła. A w wypadku ks. Andrzeja Dymera ten grzech trwa już od przeszło ćwierć wieku i dotyczy aż trzech kolejnych metropolitów z Pomorza Zachodniego. Ale nie tylko ich…

Kolejny pedofil w sutannie ujawniony przez TVN24 to także jeden z największych biznesmenów w tejże archidiecezji. Człowiek niezwykle powiązany ze światem polityki, biznesu, a także lokalnego samorządu. I to także być może było okazją do otworzenia przed laty nad nim parasola ochronnego. Niezwykle skutecznego parasola.

Materiał jaki mogliśmy wszyscy oglądnąć w dniu dzisiejszym, nie objął jednak wszystkich wątków tej bulwersującej sprawy, gdyż wiele z nich kryją jeszcze kościelne archiwa, także te sięgające samego Watykanu. Dlatego odniosę się do sprawy ks. Andrzeja Dymera w odrębnym cyklu i podejmę trud naświetlenia pewnych wątków bardziej szczegółowo. Czekam jednak jeszcze na odpowiednie potwierdzone źródła i ważne dokumenty do tej jakże bulwersującej sprawy. Być może wówczas czytelnicy zrozumieją lepiej jak skomplikowaną kwestią jest walka z patologią seksualnej deprawacji nieletnich przez naszych duchownych, szczególnie wówczas gdy sprawca jest wpływowym i do tego bardzo dobrze ustosunkowanych człowiekiem, a być może także seksualnym partnerem innych wpływowych ludzi Kościoła.

 

 

BUM!!!! I NIE MA GO WŚRÓ ŻYWYCH

BUM!!! I KOLEJNY ZŁOCZYŃCA, PEDOFIL I KSIĄDZ

NIE DOSTĘPUJE ŁASKI KARY

dodane przez red. PA.pl)*

 

 

Ks. Andrzej Dymer (rocznik 1962), kapłan archidiecezji szczecińsko-kamieńskiej, od wczoraj jeden z najbardziej rozpoznawalnych w polskich mediach seksualnych dewiantów w naszym Kościele, zmarł zaledwie w kilka godzin po emisji materiału TVN24. Ksiądz zmarł po publicznym ujawnieniu jego wieloletniej działalności jako seksualnego oprawcy nieletnich chłopców, dzieci podległych jego działalności duszpasterskiej i wychowawczej. Ale także po ujawnieniu przez media długoletniego mechanizmu ukrywania jego dewiacji zarówno przez samych ludzi Kościoła, ale także osób ze świata polityki, biznesu i lokalnego samorządu.

Kościelny oprawca umarł dziś w nocy, ale dopiero po opublikowaniu wiadomości o jego śmierci, kuria archidiecezji gdańskiej opublikowała komunikat, że zaledwie cztery dni temu zapadł wyrok trybunału metropolitarnego, jako sądu kościelnego drugiej instancji, na który Stolica Apostolska i opinia publiczna w Polsce czekała ponad osiem lat!!! I co ważne wraz z informacją o wydanym wyroku tegoż trybunału, opinia publiczna została powiadomiona, że ten długo oczekiwany wyrok nie zostanie jednak opublikowany. Równocześnie kuria w rodzinnej archidiecezji zmarłego dewianta wydała dzisiaj oficjalny komunikat, że w związku ze śmiercią ks. Andrzeja Dymera, cała sprawa dotycząca seksualnego wykorzystania nieletnich chłopców zostaje uznana za zamkniętą, gdyż sprawca zmarł. I to wszystko, po 26 latach bezskutecznego oczekiwania na reakcję kościelnych zwierzchników zmarłego dziś kapłana.

No takiego scenariusza i takiego zwrotu akcji nie wymyśliliby nawet w Hollywood i to zawodowi specjaliści od filmowych sensacji. Ale oni w tym nędznym Hollywood nie docenili członków naszego rodzimego Episkopatu. I siły cudów w historii Kościoła…

A skoro już o cudach w Kościele mowa, to przypominam wszystkim czytelnikom, że takie nagłe śmierci duchownych i kościelnych hierarchów, miały już wiele razy miejsce i za każdym razem kończyły nie tylko całą sprawę, ale i rozganiały czarne chmury nadciągającego skandalu. O nagłej i niespodziewanej śmierci byłego arcybiskupa Józefa Wesołowskiego poczynając, który raczył „odejść do Domu Ojca” zaledwie po pierwszej rozprawie sądu kościelnego i to w samym Watykanie. Umarł po rozprawie wstępnej z jego skromnym udziałem, która z resztą i tak nic nie wyjaśniła.

Nie wykluczam wcale, że ks. Andrzej Dymer był śmiertelnie chory, choć jeszcze stosunkowo niedawno pracował na eksponowanym stanowisku dyrektora Instytutu Medycznego, którym kierował. Został z niego z resztą zwolniony, jeżeli się nie mylę zaledwie pięć dni przed śmiercią, przez samego metropolitę szczecińsko-kamieńskiego, abp Andrzeja Dzięgę (rocznik 1952), który od lat bronił jego seksualnych dewiacji i robił wszystko, aby nie poniósł on żadnych prawnych i kościelnych konsekwencji swoich perfidnych działań. Skoro był taki niewinny, to kto odwołuje niewinnego i do tego ciężko chorego kapłana z tak prestiżowego stanowiska i to na łożu śmierci? Taki równie święty i bogobojny metropolita? Kolejny cud w archidiecezji?

A może jednak było inaczej? A może znaleźliśmy się Wszyscy Panowie Prałaci już w takiej sytuacji, że grunt zaczął usuwać się spod wielu nóg i spod wielu biskupich tronów? A może nie chcieliśmy już (parafrazując nieskromnie Wodza Narodu), abyśmy mieli w Szczecinie i Gdańsku drugi Kalisz…!!! A może nieboszczyk uznał, że w tej sytuacji to jedyne wyjście, tym bardziej przy takiej dramatycznej diagnozie lekarzy? A może ktoś mu w tym pomógł? A może jednak…? Jak cuda, to cuda. Niezbadane są przecież wyroki nieba!!! A w polskim Kościele limity cudów są zdecydowanie liczniejsze. A talent naszych hierarchów przewyższa nawet możliwości wyroków samego nieba…!!!

Zostawiamy Was Panowie Prałaci z Waszymi cudami. My zajmiemy się jedynie faktami i dokumentami na których kilka jeszcze oczekuje. A wtedy przypomnę fakty, wydarzenia i wzajemne powiązania zmarłego seksualnego oprawcy nie tylko z tymi dwoma biskupami, których nazwiska już padły publicznie. Przypomnę także te nazwiska naszych hierarchów, które jeszcze publicznie nie padły, ale paść w tej sprawie muszą.

Ks. Andrzej Dymer nie żyje, ale jego śmierć niczego nie kończy, wręcz odwrotnie, dopiero teraz ta śmierć otwiera kolejne wątki w tej jakże bulwersującej sprawie, które należy ujawnić wszystkim tym ludziom, którzy od przeszło ćwierć wieku oczekują na jej wyjaśnienie. A wielu ludzi Kościoła, których nazwiska tu padną, bo paść muszą, żyje nadal. I to będzie kolejny cud. Nasz cud, Panowie Prałaci…

 

 

Andrzej Gerlach

„Dość milczenia” zaprasza na kolejną odprawę pod kurię krakowską 07.02.2021

ZAPROSZENIE DO UDZIAŁU W KOLEJNYM CZUWANIU POD KURIĄ

W Krakowie  od kilku lat  odbywają się nieprzerwanie spotkania w przestrzeni publicznej, poświęcone krytyce wkładu kościoła rzymskokatolickiego w rozkład solidarności społecznej, w niszczenie usług publicznych takich jak edukacja, oraz stricte przestępczej działalności tej organizacji, opartej o religię i uczestnictwo wierzących w tworzeniu pozorów powagi działalności mafijnej ośmiornicy.

 

 

Pedofilia i szczucie przeciwko mniejszościom to główne wątki przewijające się cyklicznie w treściach performance i w przekazie werbalnym. Katarzyna Wójtowicz zapowiedziała przed laty, że będzie przypominać o krzywdzie i braku zadośćuczynienia ofiarom dopóty, dopóki państwo polskie nie ukarze wszystkich winnych tym zbrodniom.

 

 

 

 

 

Jutro kolejne spotkanie w tej sprawie. Mimo przenikliwego zimna, obywatele tego miasta dopiszą jak zwykle. A my zapraszamy tych, którzy jeszcze nie mieli okazji uczestniczyć, zapraszamy szczególnie serdecznie wszystkich, którzy chcieliby wykrzyczeć swój ból i swój sprzeciw. Wasze świadectwa są najważniejsze.

Dość milczenia zachęca do podjęcia decyzji w sprawie apostazji, podejmuje trudne tematy i udziela głosu tym, których nikt dziś nie chce słuchać. Są nieugiętą organizacją pożytku publicznego i zastępują nieobecną od lat debatę społeczną w Polsce. Nie otrzymują żadnego dofinansowania, jak zresztą my wszyscy, którzy reprezentujemy agendę świecką.

 

Zapraszamy w niedzielne wczesne popołudnie pod kurię krakowską… na spacerek. Do zobaczenia…

 

kuna2020Kraków

Paweł Kasprzak z Obywateli RP idzie do więzienia. Nieposłuszeństwo obywatelskie nie chroni przed karą, ale obnaża system.

Od 2015 roku Paweł Kasprzak prezentuje konsekwentnie nieposłuszeństwo obywatelskie – najbardziej przyzwoitą postawę wobec wadliwego, niesprawiedliwego i niszczącego wszelkie zasady prawa i obyczaju, systemu.

Dorobił się arthropatii barkowej z powodu częstych interwencji, zbyt krewkich albo zbyt lojalnych funkcjonariuszy policji pisowskiej, niezliczonej ilości makulatury/korespondencji nadsyłanej z rozmaitych urzędów ochrony państwa, policji, sądów, komisariatów itp.a także pewności, że to skuteczna metoda obnażania słabych miejsc systemu oraz groteskowość niepoważnej, dyletanckiej władzy wodzowskiej partii, wyrosłej na kościach ofiar katastrofy samolotu na ziemi smoleńskiej.

Postawa Pawła Kasprzaka jest modelową postawą, jaką powinniśmy wszyscy przyjąć wobec łamania prawa przez funkcjonariuszy policji.

Pozdrawiamy Cię, Paweł, z tego bezpiecznego miejsca

jakim jest nasz portal i mamy nadzieję,

że Cię tam nie głodzą i nie biją pałami,

za to szanują, jak na to zasługujesz.

 

ŹRÓDŁO

 

KUNA2020Kraków

Andrzej Gerlach komentuje zachowanie Rydzyka…

Nie milkną echa bulwersujących wypowiedzi dyrektora Radia Maryja, redemptorysty Tadeusza Rydzyka, który od blisko trzech dekad jest moralną, intelektualną i teologiczną zakałą polskiego Kościoła jak i swojego zgromadzenia.

( red. cytuje jeden z kometarzy, z któym się zgadzamy)*

Nie będę przypominał niezwykle długiej listy szokujących wystąpień, skandalicznych zachowań i wypowiedzi medialnych tego człowieka, ale przypomnę w tym miejscu, że całe jego życie, począwszy od narodzin w Olkuszu, to pasmo nieustannej patologii, które teraz tak krytykuje w swoich wystąpieniach w stosunku do innych ludzi, a nie potrafi się zmierzyć z własnym życiorysem. Nie wystarczy bowiem zniszczyć grobu swojego ojca, odciąć się od przyrodniego rodzeństwa i udawać całe życie, że jest się kimś innym. Nie wystarczy własnych braków intelektualnych i elementarnej kultury przysłonić tupetem i arogancją, i tak zawsze wyjdzie z ciebie Rydzyk.

Można zniszczyć dokument z suspensą nałożoną na siebie przed laty przez własnych przełożonych, można nawet kupić sobie przychylność obecnych przełożonych lub zaszantażować tych w zgromadzeniu na których ma się moralne haki, ale nie można zdobyć ich szacunku. Zawsze będzie się Rydzykiem.

Można rozgrywać poszczególnych polityków prawicy, nawet kosztem ich wzajemnych sympatii i antypatii, zdobywać także wielomilionowe subwencje z budżetu państwa na swoje szemrane biznesy, ale nie można stać się przez to lepszym. I tak wyjdzie z ciebie jak zawsze pazerny Rydzyk.

Można zbudować wokół siebie liczne grono starszych, samotnych, schorowanych i nie wymagających głębokiej teologii osób. Straszyć ich wszystkich potępieniem wiecznym, niepokoić wszelkimi zmianami społecznymi, które zachodzą wokół nich, a których oni nie rozumieją, a równocześnie na tym lęku i naiwności ludzi zbudować swoją potęgę finansową i wycisnąć bez najmniejszych skrupułów ostatni grosz z ich głodowych rent i emerytur. Można, gdy się jest mentalnym Rydzykiem.

Można wokół siebie stworzyć także atmosferę przyzwolenia na każdą podłość w Kościele i przyciągnąć do siebie wszystkie podobne moralne męty, byłych tajnych współpracowników służb PRL, czynnych gejów w sutannach, deprawatorów dzieci i ich protektorów, a równocześnie każdy atak na patologię i dewiacje w nadwiślańskim Kościele nazywać atakiem na sam Kościół. Można, bo się jest mentalnym Rydzykiem.

Przy tym można także tym zgromadzonym przy sobie podobnym mętom, zarówno tym w habitach jak i tym w sutannach z czarnymi i kolorowymi guzikami, zapewnić poczucie wspólnoty i oblężonej przez wszelkie siły zła twierdzy. W takim towarzystwie szybciej rodzi się poczucie usprawiedliwienia dla wszystkich własnych podłości. Ale i tak ostatecznie wyjdzie z ciebie Rydzyk.

W ostatnią sobotę została jednak przekroczona w naszym kraju pewna subtelna granica, gdyż zarówno dyrektor Radia Maryja jak i zebrani wokół niego podobne mu moralne indywidua, nie zauważyli, że w naszej polskiej rzeczywistości zaszły już ostatnio poważne zmiany. Zarówno w Kościele Powszechnym pod przewodnictwem papieża Franciszka jak i w społeczeństwie polskim, bez względu na nasz indywidualny stosunek do Kościoła i religii, nie ma już przyzwolenia na „rydzykowanie…”

 

List Prezydenta RP na 29 rocznicę radia „Maryja” przerzuca winy polityków na kark duchownego szamana.

 

 

I dobrze się składa, że wszyscy współtworzący przestępczą organizację wokół Redaktora Rydzyka są wymieniani we wszystkich mediach – nie będzie problemu z identyfikacją przestępców ani z przedstawieniem im osobnych aktów oskarżenia. Niech się garną i prześcigają w zawodach – kto pierwszy, kto lepiej i mocniej, z wazeliną czy bez, wejdzie … wiadomo gdzie.

Co prawda w tym roku pandemia skutecznie uniemożliwiła rządowi i akolitom KK pobujać się w kręgu wazeliniarzy w wielotysięcznym zgromadzeniu rodziny Radia Maryja, ale liczne relacje z lat poprzednich będą ich rozgrzewać w zimowe wieczory jeszcze przez wiele lat. Nie wiem, czy los pozwoli mi doczekać chwili gdy to całe towarzystwo szkodników polskich stanie w obliczu wymiaru sprawiedliwości, ale list Prezydenta RP już teraz brzmi jak zawoalowany akt przyszłego oskarżenia… Tyle tylko, że akurat Tadeusz Rydzyk może co najwyżej odpowiadać za nieuprawnione noszenie szat kapłańskich, a i to dopiero gdy komuś uda się tego dowieść. Odpowiadać będzie przed generałem zakonu jeśli w ogóle będzie… W tym całym KK najwięksi przestępcy nigdy do tej pory za nic nie odpowiadali, o ile byli przydatni, wydajni i posłuszni.

Co do świeckich agentów KK, to zupełnie inna sprawa. Oni powinni odpowiadać za to dokładnie o czym w liście do Rydzyka pisze Prezydent RP. Czytajcie więc uważnie i definiujcie ściśle użyte terminy, a zobaczycie, że się nie mylę.

 

Przed mszą w Sanktuarium NMP Gwiazdy Nowej Ewangelizacji i św. Jana Pawła II list przesłany przez prezydenta odczytał jeden z jego ministrów – Adam Kwiatkowski. W obchodach 29. rocznicy powstania Radia Maryja uczestniczyli też minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak oraz szef resortu sprawiedliwości Zbigniew Ziobro.

 

Według prezydenta przed blisko 30 laty w Toruniu zrealizowano „przedsięwzięcie o ogromnym wpływie na bieg polskich spraw, na polską rzeczywistość społeczną, kulturową i duchową”. „Powinniśmy mieć świadomość historycznej skali dokonań Radia Maryja” – dodał.

 

Zapewniam Pana Prezydenta, że mamy tę świadomość i gdy przyjdzie czas zapytamy polityków – jak mogliście do tego dopuścić? To państwo powinno mieć wpływ na rzeczywistość społeczną wolną od krzywd, od podziałów społecznych, różnic ekonomicznych wielkości rowów tektonicznych. To wreszcie państwo odpowiedzialne jest za brak głosu różnych grup i warstw społecznych w nieistniejącej, bo zablokowanej w upolitycznionych mediach debacie. Długa jest lista waszych win i prostym przeniesieniem odpowiedzialności na KK nie uda się wam uciec od surowej oceny ze strony suwerena, i mam nadzieję, że również od kar jakie przewiduje się dla pospolitych złodziei, zdrajców polskiej racji stanu i kolaborantów z obcym podmiotem gospodarczym i politycznym.

 

„Przede wszystkim przyciąga uwagę Państwa przesłanie, które w świecie naznaczonym konfliktami i radykalnymi przemianami cywilizacyjnymi od lat niezachwianie głosi wyraźne, ewangeliczne: 'tak – tak’, 'nie – nie’ (…). Jest to tym istotniejsze, że wśród zgiełku współczesnego świata nie brakuje przecież przekłamań, manipulacji i fałszywych obietnic. Orężem przeciw nim jest prawda i wolne słowa. Z takim przekonaniem Radio Maryja pełni swoją społeczną służbę” – ocenił Duda.

Stwierdził też, że Radio Maryja obudziło w milionach Polaków „poczucie podmiotowości, bycia suwerenem i gospodarzem we własnym kraju”. „To dzięki Radiu Maryja głos ludzi wierzących, wiernych tradycyjnym wartościom zyskał tak wielkie znaczenie w debacie publicznej. (…) Dotarcie do tych, co nie mówili, bo czuli się zagłuszeni i zmarginalizowani (…) oraz wyciągnięcie ku nim ręki, uznanie ich godności, otoczenie ich szacunkiem i empatią, to wielka zasługa Radia Maryja” – podkreślił prezydent.

ŹRÓDŁO

 

To prawda, że Rydzyk otumanił maluczkich co siedzieli w kącie i nikt na nich nie zwracał uwagi. To Rydzyk wyciągnął ich z tego kąta, odkurzył i drążąc bez końca wątki żydowskie, pańsko-folwarczne, opluwając całą resztę społeczeństwa, w tym inteligencję i wykształconą warstwę  kreatywną, popychającą z trudem, ale jednak, kraj do przodu,   faktycznie dość szybko tym sposobem pozwolił biednym, zahukanym i zapomnianym przez państwo i najbliższych w rodzinie ludziom poczuć się lepiej, godniej, że są ważni, i że ktoś do nich specjalnie przemawia. Szkoda tylko, że nikt im nie powiedział iż jedynym celem tych szamańskich zabiegów jest uzyskanie wpływu na polityczne decyzje władz w RP. Szkoda, że do dziś nie zdają sobie sprawy z tego, że są zakładnikami w brudnej grze politycznej między politykami a kościołem katolickim. O tym, że Rydzyk wyciąga wdowi grosz z bardzo chudego portfela emerytów nawet nie wspominam, bo to nie moja sprawa na co emeryci wydają swoje pieniądze. Ale zdanie na ten temat mam – bo to z kolei moje prawo.

Że Prezydent RP uważa takie działania, jakie podejmuje Rydzyk, za <zasługę>, a głoszone słowo widzi jako dowód <wolności słowa> , zaś treści postrzega jako <prawdę> – cóż , nie wiem co na to jego niegdysiejsi nauczyciele i profesorowie z UJ; jak dla mnie to niestety dowód albo na niezborność umysłową, albo na wyjątkowo naiwny cynizm polityczny. Z której strony by się do tego nie przymierzać – dość powiedzieć, że to jednak poruta i wstyd. Gdzie są granice obłudnych działań w imię utrzymania władzy? Widzimy od sześciu lat, że te granice są daleko za naszym wyobrażeniem na ten temat.

 

kuna2020Kraków

Prokuratura zwalnia z tajemnicy dziennikarskiej – to budzi tylko uśmiech politowania. Tęcza na Giewoncie pozostanie na zawsze bezpieczna.

 

 

 

Krzyż na Giewoncie stoi sobie od lat i choć stanowi oczywiste zagrożenie życia w razie burzy, o czym przekonali się liczni turyści, to nikt nie zgłaszał pretensji do symbolu religii katolickiej. Szanujemy regionalizmy i jestesmy na ogół dość tolerancyjni, nie czepiamy się małostkowo o różne pretensjonalne ozdobniki w przestrzeni publicznej. W każdym razie w normalnych czasach nie byłoby sprawy. Ale nie żyjemy w normalnych czasach więc i newsy bywają zadziwiająco nie nasze, nie na naszą miarę i dość ośmieszające nas jako społeczeństwo. Dobrze więc być świadomym, że newsy to jednak kreacje medialne, propagandowe, manipulacje emocjami, jakieś niezrozumiałe agendy zupełnie niezrozumiałych grup interesów.

Giewont, „śpiący rycerz” to  dobre, wręcz doskonałe miejsce, by zademonstrować obecność – katolicy postawili tam krzyż, faszyści powiesili na nim swego czasu swoje symbole – mimo, że zabronione w konstytucji – wisiały sobie nie niepokojone przez nikogo. Powieszono więc i flagę tęczową, plakat wyborczy Andrzeja Dudy, a ostatnio także logo OSK- Ogólnopolskiego Strajku Kobiet. Nie sądzę, żeby ktokolwiek miał w zamiarze obrażanie kogokolwiek, w szczególności czyichś uczuć – bo to jakby nie jest możliwe, tylko wykorzystano dość wysokie rusztowanie, solidnie osadzone w skale, by powiesić ten czy ów baner. Prokuratura jednak wszczęła awanturę i będzie poszukiwać  kolorowej flagi, oskarżonej o obrazę uczuć. To oskarżenie jest tak żałosne, że język polski choć bogaty, jednak nie dość, by wyrazić absmak jaki musi się odczuwać wobec tak niepoważnego oskarżenia, którym prokuratura zamierza zawracać głowę poważnym ludziom.

 

 

A ja tylko skromnie zapytam – czyje pieniądze prokuratura wydaje na takie śledztwa? Czy nie mamy w kraju prawdziwych przestępców i zorganizowanej przestępczości gospodarczej, kryminalnej, pedofilii w kościele i przemocy domowej? Jako podatnik upominam prokuraturę, że za chwilę może sama stanąć przed sądem za niegospodarność i brak standardów państwa prawa.

Zakopiańska prokuratura, która prowadzi dochodzenie w sprawie obrazy uczuć religijnych przez umieszczenie tęczowej flagi na Giewoncie, zażądała od „Tygodnika Podhalańskiego” wydania zdjęć. Zawiadomiła przy tym redakcję o zwolnieniu z tajemnicy dziennikarskiej. „TP” zaskarżył już postanowienie prokuratora do sądu.

Prokuratura nie tylko zażądała wydania opublikowanych w „TP” zdjęć flagi, ale też postanowiła pisemnie zwolnić dziennikarzy z zachowania tajemnicy zawodowej. – „Niewtajemniczonym warto wyjaśnić, że tajemnica dziennikarska to wartość, za którą każdy prawdziwy dziennikarz prędzej pójdzie siedzieć, niż ją ujawni” – podkreśla w felietonie Jurecki.

fragment pisma zaskarżającego postanowienie prokuratury:

„Tymczasem zgodnie z art. 180 § 3 K.p.k., zwolnienie dziennikarza od obowiązku zachowania tajemnicy nie może dotyczyć danych umożliwiających identyfikację autora materiału prasowego, listu do redakcji lub innego materiału o tym charakterze, jak również identyfikację osób udzielających informacji opublikowanych lub przekazanych do opublikowania, jeżeli osoby te zastrzegły nieujawnianie powyższych danych”.

Co jednak nie dziwi to, że:

Tymczasem „Tygodnik” publikował też m.in. zdjęcia zawieszonego na krzyżu na Giewoncie wizerunku prezydenta Andrzeja Dudy. Wydania tych fotografii nikt jednak nie zażądał.

 

ŹRÓDŁO

Straż graniczna uczyć się będzie etyki zawodowej w oparciu o ewangelię św. Mateusza. Życzymy im zaliczenia konkursu biblijnego i podwyżki.

Warmińsko – mazurski oddział Straży Granicznej (SG) zostanie przeszkolony z zakresu etyki, ale w oparciu o teksty biblijne przypisane apostołowi Mateuszowi, następnie wezmą udział w konkursie z wiedzy nabytej w ten sposób, by podciągnąć się

z czytania ze zrozumieniem,

podreperować pamięć,

poprawić swoją spostrzegawczość

i postawę zawodową oraz prywatną – cokolwiek mają tu na myśli.

 

Jest w kapłanach nadzieja, że funkcjonariusze swoje przemyślenia etyczne poczynią w oparciu o proponowane fragmenty biblii. Zakres tematyczny zaproponowali dziekani kościołów

katolickiego,

prawosławnego

i ewangelickiego.

 

 

 

Ks. płk SG Zbigniew Kępa w rozmowie z WP zapewnił, że szkolenie ma na celu zainspirowanie funkcjonariuszy do przemyśleń na temat służbowych spraw. – Szkolenie etyczne nie jest instruktażem, ale rodzajem zachęty do osobistej refleksji nad swoją postawą wobec spraw osobistych i służbowych, odwołując się do treści biblijnych – mówił.

Duchowny dodał, że planowany na koniec szkolenia konkurs ma być również okazją do rozwinięcia innych zdolności. – Konkurs biblijny, który kończy szkolenie, jest okazją do ćwiczenia pamięci, spostrzegawczości, rozumienia tekstu, a są to sprawności bardzo pożądane w służbie – dodał.(…)

Dwa lata temu odbyło się podobne szkolenie w Ośrodku Szkoleń Specjalistycznych SG w Szklarskiej Porębie. Wówczas z inicjatywy dziekanów SG odbyły się warsztaty z etyki zawodowej pt.: „Inspiracje Ewangelii św. Łukasza w służbie funkcjonariusza SG”.

ŹRÓDŁO

 

 

Cóż. Można zareagować, jak swego czasu zrobiła to gromkim śmiechem sala sejmowa na zapowiedź modlitwy o deszcz, na co Marek Jurek strasznie się oburzył siedząc na miejscu Marszałka Sejmu RP. Można też zacząć rozpytywać wokół czy to jest jakiś sen czy koszmar rzeczywistości polskiej 2020 roku. Można też zrzucić taki pomysł na karb powikłań neurologicznych po przebyciu zarażenia covid19 – w końcu wciąż nie wiemy gdzie kończy się pomysłowość wirusa…

A można też ostatecznie machnąć na to ręką i powiedzieć – ten naród na nic więcej nie stać, ma to dokładnie, na co zasługuje. I co jak co, ale :

że jestesmy w ciemnej dupie to oczywiste,

ale słabe jest to,

że próbujemy się w niej urządzać

 

kuna2020Kraków

 

„W Krapkowicach w ogniu stanął dom” Jak przerwano dzieciństwo i młodość 14 -latka…

W Krapkowicach  doszło do jednego z kolejnych nadużyć wobec obywateli. 14-latek dostał zarzuty za udostępnienie postu Strajku Kobiet. Ma stanąć przed sądem. Oto przykład bezmyślności policji, jej szefów i szefa szefów…

 

 

 

 

(…)udostępnił post na Facebooku dotyczący „krapkowickiego spaceru”, czyli protestów przeciwko rządom Prawa i Sprawiedliwości oraz zaostrzeniu prawa antyaborcyjnego. Niedługo po tym do jego domu weszła policja.

Chłopak twierdzi, że był zastraszany przez policjantów, którzy wskazywali, że nawołuje on do nielegalnych protestów (pomimo zakazu zgromadzeń ogłoszonego przez rząd). Miał usłyszeć, że grożą mu 4 lata w poprawczaku i 4 lata w więzieniu.

O tym, że chłopak udostępnił post na Facebooku, policjanci powiadomili jego wychowawczynię. Zapowiedzieli także przesłanie sprawy do sądu.

– Informacje o krapkowickim spacerze udostępniło na Facebooku około 300 osób, a wniosek do sądu będzie skierowany tylko przeciwko mnie – mówi Maciej Rauhut.

14-latek z Krapkowic podkreśla, że nie da się zastraszyć.

– Będę dalej udostępniać na Facebooku różne treści, bo mam prawo do wyrażania własnych poglądów – dodaje – Będę też nadal walczył o prawa kobiet.

– Policja z jednej strony mówi, że działała profilaktycznie, a z drugiej kieruje sprawę przeciwko mnie do sądu – komentuje Maciej Rauhut. – Ładna mi profilaktyka. Może od razu niech policja skieruje profilaktycznie do sądu sprawy wszystkich obywateli, którzy sprzeciwiają się obecnej władzy.

 

ŹRÓDŁO

 

kuna2020Kraków

Nie znasz kobiet – nie prowokuj, bo się sparzysz! Pokojowy konflikt trwa!!

 

 

18.11.2020 – To kolejna przełomowa data wojny, jaką rozpętał Jarosław Kaczyński przeciwko kobietom, wygrażając im projektem haniebnej ustawy antyaborcyjnej. Do Ogólnopolskiego Strajku Kobiet dołączyli wszyscy z wyjątkiem jego żelaznego elektoratu. Wszyscy wywaleni na bruk przez kolejne Tarcze antycovidowe. Mimo, że protesty są pokojowe, Kaczyński nawołuje do przemocy i dobrze opłaca siły porządkowe, a także nakreśla swoje życzenia. Ostatnio zażyczył sobie, by demonstracje zamieniły się w krwawe pole, żeby kobiety i ich mężczyźni dostali paraliżu ze strachu. No cóż – podobno każdy sądzi według siebie, ale tym razem Prezes się myli – nie wszyscy są tacy jak on i przesypiają trudne chwile w piernatach u mamusi. Krótko mówiąc zamarzyło mu się przetrącenie OSK kręgosłupa, ale się przeliczył.

 

 

 

 

Sama obecność tysięcy funkcjonariuszy na ulicach Warszawy, kordony suk, armatki wodne, gaz pieprzowy, a teraz jeszcze pały teleskopowe w rękach prowokatorów, to według Kaczyńskiego odpowiednia dawka potencjalnej przemocy, której mamy się przestraszyć. Z zadowoleniem trzeba stwierdzić, że intuicja zawodzi prezesa PIS – nie tylko się nie boimy, ale nie zamierzamy zejść z naszych ulic. Rób pan tak dalej, a pewnego dnia … nie powiem co się wydarzy, bo ostatnio za każde słowo jestem spisywana wbrew prawu i logice.

 

Materiały nagrane podczas spontanicznego spaceru Warszawianek i Warszawiaków 18.11.2020 analizowali eksperci, a Gazeta Wyborcza dostarczyła omówienie wniosków. Oto niektóre z nich:

Nagrania oglądaliśmy z jednym z oficerów polskiej policji, który ma doświadczenie w zabezpieczaniu ulicznych protestów. – Jestem chyba za głupi, by zrozumieć taktykę warszawskiej policji – skwitował.

Wysyłanie tajniaków w tłum to powszechnie przyjęta taktyka, szczególnie popularna w policji francuskiej. Wykorzystuje się ich do rozpoznania sytuacji i eliminacji największych zagrożeń. Ale tajniak powinien jak najdłużej pozostać tajniakiem. Zatrzymywać ludzi powinien tylko w ostateczności, gdy dochodzi do bezpośredniego zagrożenia życia i zdrowia – mówi Samsel.

– W środę w Warszawie takiej sytuacji nie było. To był pokojowy, niegroźny protest. Napięcie zaczęła eskalować policja – dodaje ekspert.

– Pałka teleskopowa to bardzo groźny, wręcz morderczy środek przymusu bezpośredniego, znacznie gorszy od ręcznego miotacza gazu. Jeśli policjanci wyjmują i rozkładają taką pałkę, to muszą mieć do tego poważny powód, musi być zagrożone czyjeś życie lub zdrowie. Takiej sytuacji na nagraniach nie widać – zauważa Samsel.

Tłumaczy, co powinni byli zrobić tajniacy: – Przede wszystkim wyjąć „blachy”, czyli odznaki, zawiesić je na szyi. Po to, żeby obywatel wiedział, że to naprawdę policjant, a nie przebieraniec, który żółtą opaskę kupił w internecie. Ale tego tajniacy też nie zrobili.

– Kolejna sprawa to technika postępowania w takich sytuacjach. Ona jest prosta: pokaż legitymację, krzycz, że jesteś z policji, wydawaj komendy głosowe, np. „Stój”, „Odsuń się”, „Nie podchodź”. Gestykuluj, pokazuj, że trzymasz w rękach gaz czy pałkę, ostrzegaj, że możesz ich użyć. I znów żaden z policjantów tego nie robił – podkreśla Samsel.

Samsel nie chce rozstrzygać, dlaczego policjanci działali wbrew prawu i taktyce. – Musielibyśmy posłuchać rozmów z policyjnych radiostacji, by dowiedzieć się, czy wynikało to z braku wiedzy i przeszkolenia, chęci wyżycia się, nietrzymaniu nerwów na wodzy, czy też z rozkazu, który wydali im przełożeni.

Inne nagranie pokazuje z kolei umundurowanego policjanta z tarczą, do którego podchodzi mężczyzna. Prawdopodobnie coś krzyczy. Nagle policjant uderza go tarczą w twarz.

Samsel: – Tarcza służy do osłaniania, odpychania, a nie do bicia. Rozumiem, że policjantom puszczają nerwy, ale wtedy przestają być policjantami, a stają się chuliganami. Pewnie padły tam niemiłe słowa, ale skoro poszedłeś do policji, to musisz to wytrzymać, taką sobie wybrałeś pracę.

Znawca policyjnej taktyki zauważa, że 11 listopada podczas Marszu Niepodległości policja nie otaczała jego uczestników, by ich spisywać. – To dowód, że policja stosuje podwójne standardy, a rzeczywistym celem jest przypodobanie się obecnej władzy – twierdzi Samsel.

Marcin Samsel: – Przed Euro 2012 polscy policjanci jeździli po świecie, rozmawiali z kolegami z zagranicy. Uczyli się, jak gasić, a nie rozniecać konflikty. Że policja pełni funkcję służebną, ma chronić wszystkich obywateli. Dzisiaj wielu tych policjantów odeszło już ze służby. Zastępują ich policjanci bez doświadczenia i kompetencji. Wydają i sami wykonują głupie rozkazy. Komendant główny powinien to powstrzymać, ale sam to firmuje.

ŹRÓDŁO

 

 

kuna2020Kraków

 

 

 

 

Andrzej Gerlach. Grzech w diecezji tarnowskiej. Część 11 i 12

 

 

GRZECH W DIECEZJI TARNOWSKIEJ – część XI.

Dwa dni po ukazaniu się na blogu ks. Tadeusza Isakowicza – Zaleskiego tekstu w sprawie ks. Stanisława P., na stronie internetowej diecezji tarnowskiej ukazał się następujący komunikat:
W TEKŚCIE W BLOGU KS. TADEUSZA ISAKOWICZA – ZALESKIEGO Z DNIA 2 SIERPNIA 2020 ROKU, UKAZAŁ SIĘ TEKST, KTÓRY ZAWIERA OSĄD Z POMINIĘCIEM DOWODÓW I OPARTY NA JEDNOSTRONNEJ RELACJI. PRZYTOCZONA SPRAWA BYŁA PRZEDMIOTEM PROCESU KARNO – ADMINISTRACYJNEGO, KTÓRY ZOSTAŁ ZAKOŃCZONY I ZATWIERDZONY PRZEZ KONGREGACJĘ NAUKI WIARY W 2013 ROKU. Z RACJI PODANIA W TEKŚCIE NAZWISK ORAZ URZĘDÓW ORAZ ZASUGEROWANIE ZANIEDBAŃ W TYM DOCHODZENIU, W NAJBLIŻSZYM CZASIE SPRAWA ZOSTANIE SKIEROWANA DO KANCELARII PRAWNEJ, BY NA TEJ DRODZE BRONIĆ DOBREGO IMIENIA, KTÓRE W SPOSÓB EWIDENTNY ZOSTAŁO NARUSZONE PRZEZ TEKST PUBLIKACJI.
KS. RYSZARD NOWAK
RZECZNIK BISKUPA TARNOWSKIEGO


To najlepszy dowód w jaki perfidny sposób, tarnowska kuria biskupia próbowała, z jednej strony zastraszyć ks. Tadeusza Isakowicza – Zaleskiego, przed dalszymi publikacjami na ten bulwersujący temat, a z drugiej strony, wywołać w wiernych tejże diecezji, poczucie rzekomej krzywdy i niesprawiedliwości, jakiej doznała sama diecezja tarnowska tą publikacją.


W komunikacie nie pada nawet imię księdza, ani tło związane ze zjawiskiem pedofilii w diecezji tarnowskiej. Natomiast ten tekst stawia zarzuty rzekomego „pominięcia dowodów i jednostronnej relacji” autorowi bloga. Tekst ks. Tadeusza zawiera jedynie jeden błąd. Ks. Stanisław P. powrócił z Ukrainy do diecezji tarnowskiej nie w 2009, a w 2008 roku. Wszystkie pozostałe informacje podane w blogu, trudno jest zakwestionować. Powiem więcej, to właśnie ten komunikat kurii biskupiej jest oględnie mówiąc nieprecyzyjny, jednostronny i oparty na półprawdach.


Nikt nie kwestionuje tego, że w 2013 roku taki proces się odbył, ale rzecz polega na tym, że kuria nie reagowała przez wiele lat rządów bp Wiktora Skworca na kolejne akty pedofilii ks. Stanisława P., a po jego skazaniu i ostatecznym zatwierdzeniu wyroku przez Stolicę Apostolską w 2013 roku, gdy ordynariuszem tarnowskim był już bp Andrzej Jeż, skazany kapłan zamiast być skutecznie pilnowany w Domu Księży Emerytów w Tarnowie, gdzie został przymusowo umieszczony wspomnianym wyrokiem, nadal miał nie tylko opuszczać ten dom, ale także uczestniczyć w duszpasterstwie, pielgrzymkach i innych formach kontaktu z potencjalnymi kolejnymi ofiarami.


Jakoś trudno mi sobie wyobrazić sytuację, aby ksiądz rzecznik biskupa tarnowskiego, ks. dr Ryszard Nowak, ordynariusz tarnowski, bp dr Andrzej Jeż oraz inni pozostali urzędnicy kurialni, niemal wszyscy z tytułami naukowymi doktorów lub doktorów habilitowanych z teologii lub prawa kanonicznego, nie rozumieli tej subtelności. Ale ponieważ takiej ewentualności także wykluczyć nie mogę, więc publicznie deklaruję już dziś, że jestem gotów Panowie w siedzibie tarnowskiej kurii biskupiej, osobiście i z udziałem mediów, przeprowadzić odpowiednio długą pogadankę lub nawet pełny wykład na temat przebiegu wieloletniej działalności duszpasterskiej ks. Stanisława P., z uwzględnieniem jego dewiacji.

 

Będę tłumaczył odpowiednio długo i szczegółowo, na czym polegało zaniedbanie władz diecezji tarnowskiej w poszczególnych latach, z uwzględnieniem prawnych obowiązków jakie wówczas spoczywały na diecezji i jej ordynariuszu. Uwzględnię w swoim wystąpieniu wszystkie przepisy obowiązujące w latach 1984 – 2001 i te, które zostały wprowadzone w 2001 roku przez Stolicę Apostolską. A przypominam, że w 2002 roku bp Wiktor Skworc pozbył się tego seksualnego dewianta, odsyłając go na Ukrainę. Czy to były ówczesne standardy diecezji tarnowskiej, czy jedynie jej ordynariusza? Czy ksiądz rzecznik odpowie na to moje pytanie w kolejnym swoim komunikacie?


Proszę się nie obawiać o moje honorarium. Zapewniam i deklaruje to publicznie, że jestem zdecydowanie tańszy niż wynajęta w tej sprawie przez władze diecezji tarnowskiej kancelaria prawna. I będę mówił tak długo, aż istotę problemu zrozumie nawet najmniej rozgarnięty urzędnik kurii. A skoro już o pieniądzach mowa, to pragnę aby na ten aspekt sprawy zwróciły uwagę wszystkie ofiary seksualnych nadużyć dokonanych przez tarnowskie duchowieństwo. Skoro ma tutejsza kuria biskupia środki finansowe na wynajęcie kancelarii prawnej, to proszę o tym pamiętać, gdy będziecie Państwo występować w procesach cywilnych o odszkodowania w sądach powszechnych. Księdzu biskupowi tarnowskiemu i jego rzecznikowi dziękujemy za zmotywowanie tym komunikatem wszystkich ofiar, do wytoczenia takich procesów sądowych w niedalekiej przyszłości.


Ale to nie jedyny prawny krok, który władze diecezji tarnowskiej wykonały ostatnio w stosunku do ks. Tadeusza Isakowicza – Zaleskiego. O kolejnych dowiecie się Państwo już wkrótce.
Ciąg dalszy nastąpi.

 

 

GRZECH W DIECEZJI TARNOWSKIEJ – część XII.

 

Nie sądziłem, że będę zmuszony w tym coraz bardziej rozrastającym się cyklu o „Grzechu w Diecezji Tarnowskiej”, zwrócić się bezpośrednio do tego urzędnika kurialnego, ale wydarzenia ostatnich dni spowodowały, że sam zainteresowany nie pozostawił mi żadnego wyboru.


W dniu 25 sierpnia 2020 roku, wynajęta przez tarnowską kurię biskupią kancelaria prawna wysłała do ks. Tadeusza Isakowicza – Zaleskiego oficjalne pismo, prawnicze wezwanie do „zaprzestania powielania nieprawdziwych lub nieścisłych informacji dotyczących ks. Roberta Kantora – obecnego delegata biskupa tarnowskiego do spraw wykorzystywania seksualnego małoletnich”.


Kim jest ks. dr hab. Robert Kantor? Otóż kapłan ten jest od ponad sześciu lat, jeżeli pamięć mnie tu nie zawodzi, kanclerzem tarnowskiej kurii biskupiej, czyli najbliższym współpracownikiem nie tylko samego ordynariusza tej diecezji, bp Andrzeja Jeża (rocznik 1963), ale także kieruje całą administracją kurialną. Przez jego biuro przechodzą wszystkie dokumenty dotyczące całej diecezji i można uznać, że nie ma żadnej istotnej sprawy, która omijałaby jego biurko, a tym samym nie ma żadnej kwestii, także dotyczącej skandali, spraw moralnych, dyscyplinarnych, o których ten urzędnik kurialny mógłby nie wiedzieć.

 

 

To on uczestniczy w całym procesie polityki personalnej kurii, przygotowuje wszystkie akty odwołań, nominacji, kar kościelnych i wszelkiej korespondencji z każdym księdzem diecezji tarnowskiej, a także każdym kapłanem z poza diecezji, przebywającym lub pracującym na jej terytorium. Każdy z tych dokumentów osobiście podpisuje ordynariusz lub któryś z jego wikariuszy generalnych i…, kanclerz, ks. dr. hab. Robert Kantor. Nie tylko podejmuje decyzje o powstawaniu tych dokumentów, ale także osobiście uczestniczy w ich wręczaniu, i to bardzo często w bardzo uroczystej formie.

 

Dla odświeżenia księdzu kanclerzowi pamięci, dołączam do mojego wpisu kilka zaledwie zdjęć z mojego bogatego archiwum. I to tylko te fotografie, których Ksiądz Doktor nie musi się wstydzić. Mam także w swoich zbiorach takie o których pewnie Przewielebny Ksiądz Kanclerz wolałby nie pamiętać. A przy okazji publikacji tych zdjęć, wszyscy z czytelników, którzy nie mieli jeszcze okazji być w jakże skromnym i ubogim pałacu biskupim w Tarnowie, niech przez chwile się zagoszczą w tych niskich progach Sługi i Pasterza Diecezji Tarnowskiej. Czujcie się choć przez chwilę Drodzy Państwo jak u siebie…, bo to wszystko i tak kupione oraz urządzone za wasze pieniądze.

 


Ale wróćmy do wspomnianego prawniczego wezwania tej wynajętej kancelarii prawnej, skierowanego przed kilkoma dniami bezpośrednio do ks. Tadeusza Isakowicza – Zaleskiego. Czy wpis na blogu wspomnianego kapłana narusza dobra osobiste ks. dr hab. Roberta Kantora? Czy możemy przyjąć tezę, że obecny kanclerz kurii tarnowskiej nie wiedział o problemie ukrywania zjawiska pedofilii w tarnowskiej diecezji? Aby odpowiedzieć na to pytanie, proponuje przypomnieć w skrócie kapłańską drogę naszego Przewielebnego Kanclerza.


Ks. Robert Kantor (rocznik 1970), pochodzący z parafii w pobliskich Ryglicach, został wyświęcony na kapłana przez ordynariusza tarnowskiego, bp Józefa Życińskiego (1948 – 2011), w dniu 3 czerwca 1995 roku. Na jednej z parafii przepracował zaledwie dwa lata i już został wysłany na studia specjalistyczne do hiszpańskiej Pampeluny (stolicy historycznej Nawarry) na tamtejszy Wydział Prawa Kanonicznego. Coś mi tu zalatuje Przewielebny Księże Kanclerzu zapachem tajnej prałatury personalnej Opus Dei. Chciałby Ksiądz Doktor wydać w tej sprawie jakiś odrębny komunikat czy też mam się spodziewać od rzekomej kancelarii prawnej „prawniczego wezwania” w tej sprawie? A może to tylko nadwrażliwość węchowa mojego nosa?

 


Z pięknej Nawarry nasz student prawa wrócił już do macierzystej diecezji jako doktor prawa kanonicznego, aby w kraju po kilku kolejnych latach, uzyskać z tegoż prawa habilitację. Od 2002 roku Przewielebny Doktor jest nieprzerwanie sędzią w Sądzie Biskupim w Tarnowie. A po burzliwym usunięciu swojego poprzednika z urzędu kanclerza (usuniętemu krzywdy nikt nie zrobił, bo jako kanclerz wiedział za dużo!!!), sam zajął gabinet kanclerza w tarnowskiej kurii biskupiej.


I czy Przewielebny Ksiądz Kanclerz, doktor habilitowany prawa kanonicznego, chciałby wmówić komukolwiek, że ktoś kto od 18 lat zasiada w sądzie biskupim, przez który przechodzą wszystkie afery i skandale w tej diecezji, a od przeszło sześciu sam osobiście przygotowuje i podpisuje wszystkie akty urzędowe w kurii biskupiej, mógł nic nie wiedzieć o pedofilii ks. Stanisława P.? O innych, jeszcze gorszych i bardziej drastycznych przypadkach tej dewiacji seksualnej, a dotyczącej innych kapłanów tejże diecezji nawet nie wspominam. Ale nie obiecuję, że tak będzie zawsze.
Jeżeli swoim bezsensownym zachowaniem, jak dotychczas, a także zakłamaniem i hipokryzją nie pozostawicie mi Panowie wyboru, to wtedy lawina ruszy i zatrzyma się na Placu Świętego Piotra w Watykanie.

 

 


A skoro już o Watykanie mowa. Jeżeli przyjąć, że Przewielebny Ksiądz Kanclerz rzeczywiście o problemie pedofilii ks. Stanisława P. (i innych księży tej diecezji) dowiedział się dopiero w ostatnich latach, a wiedzieli o tym przypadku nawet liczni wiejscy plebanii, o młodych wikarych nie wspominając, to by znaczyło, że Ksiądz Doktor (i do tego habilitowany) nie nadaje się na stanowisko, które od lat piastuje. Mało tego. Przecież Przewielebny Doktor, był co najmniej dwukrotnie (choć tu mogę się mylić), wymieniany w ternach przesłanych do Stolicy Apostolskiej, jako kandydat na biskupa pomocniczego. Wiem, że to tajemnica papieska, ale poznawanie takich tajemnic, to od lat moja zawodowa specjalność(!!!)

 

Czy to zatem oznacza, że Ksiądz Biskup Ordynariusz wprowadził Stolicę Apostolską i Nuncjaturę w Warszawie w błąd? I to już co najmniej dwukrotnie? Jeżeli tak, to jako posłuszny syn Matki Kościoła czuję się zobowiązany do poinformowania o takiej możliwości, Księdza Kardynała, Prefekta Kongregacji do Spraw Biskupów Stolicy Apostolskiej i warszawskiej nuncjatury. Tym bardziej, że podobno nowe terno z Tarnowa zostało tam ostatnio przesłane, nieprawdaż?
Oczekuję zatem kolejnego komunikatu Przewielebnej Kurii Biskupiej i samego Księdza Doktora w tej sprawie i publicznego przeproszenia ks. Tadeusza Isakowicza – Zaleskiego za tę niegodną, wręcz podłą próbę uciszenia go, poprzez wykorzystanie w tym celu wspomnianej kancelarii prawnej.


A jeżeli czytelnicy mojego profilu poczuli się we wnętrzach Pałacu Biskupiego w Tarnowie jak u siebie, to bardzo się z tego cieszę, gdyż będziemy do niego jeszcze często wracać.
Ciąg dalszy nastąpi…

Andrzej Gerlach

„Boże ciało” – refleksja, projekcja własnych wyobrażeń twórców czy produkt marketingowy na zamówienie? Oto jest pytanie.

 

 

Dziś niedziela, więc o Bożym Ciele będzie. Znaczy o filmie… który obejrzałem kilka dni temu i dopytywałem, co według Was jest jego przesłaniem. Pytanie to skierowałem nawet do autora scenariusza, Mateusza Pacewicza, który jest moim znajomym, ale się wykręcił, że nie będzie podawał nic na tacy, więc zostałem sam na sam z tym… pasztetem… a właściwie sam z Wami, czyli owca między owcami, na wprost przed pasterzami, nawet jeśli fałszywymi i z poprawczaka. I zaprawdę Wam powiem, że według mnie to jest:

KATOLICKA PROPAGANDYSTYKA

opakowana dla niepoznaki w „prawdziwe dylematy moralne”

oraz świetną grę twarzą i oczami.

Innymi słowy, film zwyczajnie szkodliwy. Tak samo, jak szkodliwa była propagandystyka komunistyczna za komuny, jak szkodliwa była propagandystyka faszystowska za faszyzmu i koreańska za Korei. Jak szkodliwa jest każda apologetyka władzy i przemocy w świecie, w którym panuje ta właśnie władza i ta właśnie przemoc. W napisach końcowych mogłaby widnieć inteligentniejsza komórka TVP, specjalizująca się w katolickiej subwersyjnej ewangelizacji.

 

 

Mało tego. Mam żal do tego filmu, że robi to strojąc się w piórka dylematu, „odsłaniania mechanizmów” czy czegoś tam jeszcze, a nie jak zwyczajne Quo Vadis, wali prosto między oczy. Nie zmienia to jednak oceny, że jest to film do salki katechetycznej, choć sprawnie zrobiony i dobrze zagrany. To poręczne narzędzie dla „fajnego” księdza, który gdzieś w Skalmierzycach robi młodzieży wodę z mózgu na OAZIE, zachęcając do „szczerej” rozmowy o Jezusie, odnajdywania „prawdy w Bogu”, czego i tak na końcu celem niezmiennym jest wysyłanie przekazów pieniężnych do Rydzyka i Lichenia, oraz umacnianie wiary, że „fajny” ksiądz może zrobić różnicę. Yhm, i ten film powstaje w kraju, w którym katolicka baza głosuje na Konfę i Pis, chce mordować norki i lać żony, a żony chcą rodzić zamiast czytać i piec ciasto z dala od miasta, w którym rozwija się zachodnia gangrena eutanazji.

W komentarzach wielu z Was pisało, że to film o „walce ze swoimi słabościami”, o „ocenianiu ludzi przez to, co zrobili, a nie jacy są” itd. w czym pewnie macie rację, ale mi zabrakło wyrażenia centralnej myśli tego filmu. Co jest na meta poziomie, tam gdzie szczegóły fabuły stają się mniej istotne, a punkty dostaje się za samą ideę? Otóż moim zdaniem, film wyraża taką oto myśl:

„Kościół może i powinien być centralnym zwornikiem małomiasteczkowej społeczności, a ksiądz natchniony bożym ciałem może stać się katalizatorem dobra, łączyć ludzi nawet śmiertelnie na siebie obrażonych, gdyż dysponuje duchem bożym. Należy go tylko uruchomić, a to może zrobić właściwy człowiek. Ale tylko w ramach instytucji. Gdyż poza instytucją kościoła ten człowiek jest nikim.”

Czy można lepiej? Czy można bardziej drastycznie wyrazić myśl o wielkiej misji Kościoła? Misji miłości, czy czegoś. Proszę zauważyć, że dwie nienawidzące się kobiety godzą się ze sobą właśnie w kościele, choć „dobrego księdza” już nie ma. Wystarczy im już stary ksiądz, gdyż wszystko wróciło do normy, a Jezus zadziałał, teraz już będzie dobrze.

 

 

Według twórców BC Kościół nie tylko jest instytucją centralną, ale jedyną. Nie ma żadnego innego mechanizmu mediacji społecznej poza Kościołem. Nie ma psychologa, nie ma nauczyciela lokalnej szkoły, pani bibliotekarki, czy lokalnego aktywisty. Nie ma nikogo poza księdzem. Nikt nie potrafi przedstawić alternatywnego punktu widzenia, nie ma żadnej moralnej przeciwwagi.

Młodzież, która poszukuje odpowiedzi może to robić tylko na porzuconej barce, a ksiądz, nawet ten fałszywy, natychmiast staje się dla nich jedynym mediatorem. Oprócz księdza jest tylko lokalny watażka, właściciel tartaku, człowiek bogaty, ale on reprezentuje biznes, w którym nie ma wartości, jest tylko przemoc. W scenie poświęcenia warsztatu ksiądz, mimo że fałszywy, wznosi się na wyżyny swojej moralnej dominacji nad biznesmenem, wynosząc swoją władzę nad niego, niczym papież nad króla Francji. To on ma za sobą majestat Boga. I tak też ludzie na niego patrzą, jak cielęta w malowane wrota, milkną przy nim i zdejmują czapki. Oto czym jest Kościół w Polsce: Alfą i Omegą, Centrum i Drogą. Najważniejszym obiektem w mieście i w wyobraźni.

 

 

Księża przedstawieni są w Bożym Ciele jako samotni wojownicy prawdy. Nawet stary ksiądz – i cóż, że alkoholik – wygląda na poczciwca, który po prostu próbuje już przetrwać do emerytury, utrzymując majestat funkcji, a jeśli upada to sam obok własnego łóżka. Młody ksiądz, choć go tylko udaje, uczciwy jest jak skała i nie ugina się nawet pod realnym szantażem kolegi bandyty – nie oddaje pieniędzy zebranych na cele kościelne. Choć jest zwykłym ignorantem, uczy się liturgii z książek, uczy się bycia przewodnikiem dla własnych rówieśników, gdyż tym powinien być ksiądz. Przede wszystkim jednak młody ksiądz, choć fałszywy, ma prawdziwy dar od Jezusa: ma w sobie prawdę chwili i czasu, która jakże wspaniale pozwala zaistnieć Instytucji. Można by rzec, patrząc na niego: ech, gdyby każdy ksiądz był taki! Jest i trzeci ksiądz, ksiądz, który odkrywa fałsz: on także jest do szpiku uczciwy i broni instytucji, „której nie można traktować jako żartu”. O nie! To jest pole działania Najwyższego, kurwa mać i amen w pacierzu.

 

Krótko mówiąc, mam wrażenie, że ten film zrobili ludzie, którzy – owszem, byli w szkole filmowej – ale w wakacje kilka razy zasunęli na kolanach do Częstochowy, gdzie odebrali mega wykurwiste łaski od Pana Naszego i Jego Mamy. Sorry, Mateusz.

No i teraz się zastanawiam… bo zrobić taki film, w kraju, w którym kościelna propaganda szczuje na naszych przyjaciół z LGBT, w którym po salkach katechetycznych z wykładami ciągają się rodzimi antysemici, w którym Rydzyk staje się najbogatszym Polakiem żerując na rentach i emeryturach… w którym radio Maryja sączy antyuchodźczy jad, szczuje na Niemców i Ruskich, steruje cały ten wielki kraj w kierunku Białorusi z dala od UE… no po prostu nie wiem… nie wiem, co powiedzieć…

I teraz ktoś powie: „no ale tak jest na wsi i w małych miasteczkach, film po prostu pokazuje prawdę”. No to ja powiem, że nie wydaje mi się. Wydaje mi się, że w tych miasteczkach

 

prawdę pokazują ludzie, którzy musieli z nich uciekać, gdyż dusili się po prostu w tej „kościelnej krypcie zaparowanej bożym ciałem”, prawdę pokazuje gej, w którego rzucają kamieniami, prawdę pokazuje zepchnięty na margines i zdewastowany żydowski cmentarz. Prawdę pokazuje rozwódka żyjąca z dzieckiem, której ksiądz nie daje rozgrzeszenia i rodzina, która nie może pochować syna ateisty.

Krótko mówiąc, prawdy należy szukać w alternatywie dla wiejskiego księdza, a nie w jego jezusowym natchnieniu.

Amen.

Rafał Betlejewski

 

System się wali, rząd nie ma kompetencji, studenci mają rację. A kryzys kwitnie jak grzyb na ścianie w chlewie.

To czego nie zrobili od początku pandemii dyrektorzy szpitali, ani ordynatorzy oddziałów specjalistycznych, bo uznali  że muszą  czekać i nadal czekają na to co powie rząd – robić teraz muszą studenci i stażyści po medycynie.Musieć nie muszą, ale dobrze, że to robią. Przywracają mi nadzieję, że może oni kiedyś zrobią porządek w ich przyszłym środowisku zawodowym,  w tym samym, które dziś  ogarnięte jest niemocą decyzyjną i jakąś nieznośną inercją, wynikającą chyba z lęku przed samodzielnością działania poza centralą.

 

 

Tak Panowie i Panie z wysokich stołków w hierarchii społecznej – to wy jesteście odpowiedzialni za ten bałagan, za brak skutecznych i sensownych procedur, za brak rozporządzeń z mocą ustawy dyscyplinujących w rozsądny sposób społeczeństwo nie nawykłe do dyscypliny. Za medialne uspokajające bzdury na temat pandemii, za fałszywe informacje dotyczące czterech prostych zaleceń WHO dotyczących maskowania twarzy, mycia rąk, dystansu społecznego i odkażania pomieszczeń pracowniczych. Wreszcie to wy odpowiadacie za wyłączenie kościoła spod dyscypliny – to ostatnie szczególnie bulwersujące w kontekście tak wielu zgonów i zarażeń związanych z działalnością parareligijną korporacji katolickiej konserwy.

Przecież wiedzieć powinniście jaką jestesmy zbiorowością – pomijanie tej wiedzy i pobożne życzenia, kierowane do tego nie tam gdzie trzeba – czyli modły i awans dla Jezusa Chrystusa na stanowisko króla Polski, ani tez powierzanie opieki zdrowotnej matce boskiej nie mogło być skuteczną metodą przekupstwa za odmianę nieuchronnego losu, jaki ignoranci i dyletanci sprowadzają nieustająco na nasze głowy.

Żeby było jasne – dyrektorzy szpitali mają, a przynajmniej powinni mieć odpowiednie narzędzia i wiedzę, by przygotować w zarządzanych przez siebie placówkach skuteczne procedury na okoliczność nadchodzącej pandemii – nie zrobili tego. Czekali na ruch polityków i swojego ministra. Czyli mówiąc lapidarnie – czekali na Godota.

Po tym jak się nie doczekali nadal czekali… aż przyszła druga fala i wszyscy są w … szoku? Nie umieliście przewidzieć skutków frywolnych zachowań stada, które się rozlazło wakacyjnie po całej Polsce w poszukiwaniu wrażeń? Głowa przy głowie na plażach, w klubach nocnych, na wszystkich nadmorskich molo, a także  w kolejkach  po bilety na wejście do dolin tatrzańskich i tych na szlakach przeładowanych ponad miarę? GOPR też nic nie mógł na to poradzić? Naprawdę nic? Może formalnie faktycznie nic nie mogli, ale poza uprawnieniami jest jeszcze coś takiego jak dobra wola, chęć działania, zapobieganie, informowanie… Coś? Ktoś?

 

 

Może jestem niesprawiedliwa, ale niestety nie słyszałam i nie czytałam o podobnych działaniach. Widziałam natomiast jak rośnie poziom zgłuptania narodu. Walczyłam z tym zjawiskiem 7 miesięcy. Byłam obrażana werbalnie setki razy, posądzana o sianie paniki na zamówienie rządu, o branie kasy od Putina- tak, nawet o to! Ale mnie to nie wzrusza- nie mam prawie empatii, nie jestem zbyt wrażliwa na formę – chamstwo toleruję do pewnego momentu, więc raczej po mnie spływa i raczej martwiłam się o tych biednych pomyleńców, niż byłam żądna zemsty. No bo po co kopać kogoś, kto sam siebie awansem znokautował.

 

 

Przeszło mi przez myśl, że może tylko z mojego wysokiego obserwatorium widać było wyraźnie nadchodzące czarne chmury. Może wcale nie mamy głębokiego kryzysu, przecież ludzie nie umierają na ulicy rażeni covidem19, i nikt przecież nie zna żadnej ofiary katastrofy Titanica… więc może ani Titanic nigdy nie utonął, ani żadnej epidemii nie ma?

Serio? Nadal tak myślicie drodzy moi ateiści w oparach teorii spiskowych?

 

 

„Sasin do dymisji”, „może czas wziąć przykład z rolników”, ” czy zaczną nas szanować, jak będziemy protestować jak górnicy?”. „Dwoimy się i troimy, aby ogarniać to całe, delikatnie mówiąc, zamieszanie. A widać, że oni już kombinują, aby całą winą obarczyć lekarzy. To niektóre reakcje na słowa ministra Sasina

„Czy ktoś widział, żeby w przypadku pożaru poniżano strażaków i straszono ich odpowiedzialnością? Żeby przydeptywano na wąż z wodą i pośrednio zachęcano gawiedź do podlewania benzyną tu i ówdzie? Chyba tylko gdy rządzą podpalacze.”

Był czas, kiedy można było stawiać wielkie namioty i tam umieszczać chorych. Szkolić wojsko, chętnych obywateli do pomocy, a przez kilka miesięcy nic się nie działo. Dlaczego lekarze z wojskiem i rządem nie siedli w sztabie kryzysowym i nie dyskutowali na ten temat?

ŹRÓDŁO

 

To sensowne głosy, mądrych młodych ludzi z wyobraźnią i wiedzą. Z tego co słyszałam tu i ówdzie, wezwano studentów do pomocy – nie dostali jednak odpowiednich zabezpieczeń i podstawowych środków osobistej ochrony. To są kpiny i działania pozbawione elementarnych zasad.

Nie wiem, nikt dziś nie wie czym to się skończy, ale jednego jestem pewna – ten rząd nie poradzi sobie ani z kryzysem jaki sam stworzył na swoje polityczne potrzeby, ani z tą, obiektywnie już bardzo trudną, sytuacją. Może jednak czas abdykować, oddać stery specjalistom, którzy wiedzą jak uniknąć rozbicia tej łajby z podartym żaglem i wielką dziurą w bocznej burcie, przez którą nieprzerwanie wycieka paliwo i zatruwa wszystko dokoła?

 

Kuna2020Kraków

 

 

Episkopat pod rękę z Ordo Iuris przeciwko kobietom. Odkurzamy parasolki…

 

 

Głównymi zagrożeniami dla kobiet i rodzin nie są, zdaniem Episkopatu, ani religia, ani tradycja, lecz: „alkoholizm, narkomania i inne uzależnienia, a także pornografizacja kultury masowej oraz związane z nią uprzedmiotowienie kobiety i dehumanizacja życia seksualnego”.

Równocześnie z uznaniem przyjmujemy powstanie społecznej inicjatywy ustawodawczej na rzecz wypowiedzenia Konwencji Stambulskiej i zastąpienia jej Międzynarodową Konwencją Praw Rodziny, zachęcając do wspierania tej akcji”.

ŹRÓDŁO

 

Komentarz redakcyjny

Wydawać by się mogło, że taka instytucja, która trzyma ucho blisko ludzi, niemal ma ich non stop na podsłuchu chociażby z racji kontaktów w konfesjonale, powinna mieć jakieś pojęcie o czym jest mowa, gdy świat dyskutuje od lat na temat przemocy wobec kobiet i w ogóle przemocy domowej. Wydawać by się mogło, że kościół, że jego pasterze mają narzędzia i możliwości by zmieniać motywacje ludzi tworzących patologiczne związki oparte na przemocy każdego typu. Że potrafią przemówić do swoich wiernych w duchu pokory i mądrości, która nakazuje w NT przykazanie miłości bliźniego.

I nie wątpię, że taki potencjał drzemie w murach kościołów w Polsce. Dlaczego drzemie, zasypia, chrapie i gada przez sen? Dlaczego nie rozmawia z ludźmi, dlaczego nie potępia przemocy domowej?

Zamiast tego obraża się na twórców Konwencji stambulskiej, bo słowo <religia> zostało użyte, zgodnie z prawdą, w nie najlepszym kontekście? Bo  kulturoznawcy,  stwierdzili w oparciu o badania,  że przemoc domowa jest utrwalana z mocy religii i tradycji, i jest społecznie tolerowaną postawą głównie z tego powodu. Kler się burzy, bo to prawda. Dlaczego nie stanie po jej stronie? Dlaczego woli stare znane piekło od nieznanego nieba? Czego się boi?

A polski Episkopat nie tylko nie potrafi wspierać kobiet, ale boi się ich tak bardzo, że wchodzi w relacje z Ordo Iuris- organizacją, która programowo i metodycznie niszczy prawa kobiet w Polsce. To wymowny fakt i świadczy dobitnie z kim mamy do czynienia oraz pozwala domyślać się intencji i motywacji kleru.

 

 

Szczęśliwie nadal mamy rząd, sejm, senat i całe rzesze ludzi wystarczająco przytomnych, by nie dopuścić do tego, aby kler i Ordo Iuris doprowadzili do wypowiedzenia przyjętej i ratyfikowanej konwencji. Wprawdzie obecny rzad już parokrotnie mocno Polskę ośmieszył, ale wypowiedzenie konwencji stambulskiej byłoby czymś znacznie bardziej poniżającym nas w oczach Europy i reszty świata. Z takim wyrazem woli politycznej nie można się nie zgadzać, bo w konwencji stambulskiej mamy oczywiste intencje i to są szlachetne intencje. Treści zawarte w konwencji stambulskiej to efekt wieloletniego wysiłku specjalistów i ekspertów, którzy zbudowali mocną podstawę naukową i zaprezentowali kulturowo-historyczną metaanalizę. To bardzo solidnie uzasadniony dokument, który tworzy nadzieję na zmianę trudnej sytuacji kobiet na świecie.

Odrzucenie jej, to odrzucenie zaproszenia do tworzenia lepszego świata. To także odwrócenie się od współpracy międzynarodowej i skazanie Polaków na życie w skansenie stereotypów, przesądów, zaścianku kulturowym i zapyziałej tradycji, która na to wszystko zezwala i to wszystko gloryfikuje. Każdy, kto dziś mówi, że ta konwencja czymkolwiek zagraża –  jest tchórzem i kłamcą. Jest kimś, kto nie chce, by kobiety żyły w bezpiecznym świecie, by mogły korzystać ze swoich uprawnień i praw człowieka. Taki ktoś ma wyłącznie złe intencje i nienawidzi kobiet, tak jak i rodziny, nie rozumie potrzeb ludzkich i nie ma pojęcia o cierpieniu dzieci i ich rodziców. Ktoś taki w ogóle nie ma prawa się wypowiadać na temat przemocy w rodzinie, a cóż dopiero prezentować alternatywne treści utrwalające stare piekło kobiet i dzieci.

 

Do bezczelności Episkopatu, do jego nienawiści wobec ludzi i jego pogardy dla maluczkich zdążyliśmy się już przyzwyczaić. To nie znaczy, że uznajemy ich głos za liczący się pogląd. Natomiast wiemy że z tym głosem trzeba się liczyć, bo ma on w tym kraju wartość handlową, a politycy właśnie tym się zajmują – handlem. Pozostaje nam jedynie przyglądać się i ocenić efekt negocjacji. Jeśli się kobietom nie spodoba – wyjdą na ulicę z parasolkami i nie tylko… Będą z nimi mężczyźni i dzieci. Wszyscy z nimi pójdziemy.

 

 

Kuna2020Kraków

Nie dla psa kiełbasa. Fundusze norweskie nie dla homofobów…

Już jakiś czas temu byliśmy świadkami sukcesu Ordo Iuris na polu legislacji na poziomie samorządowych uchwał. Mam na myśli uchwały o strefach wolnych od LGBT+. Czuliśmy się i faktycznie byliśmy bezradni wobec działań tego wybitnie szkodliwego uczestnika życia politycznego, działał bowiem pod parasolem ochronnym i z poparciem nie tylko koalicji konserwatywnej rządu, ale także kościoła katolickiego, który swoją narracją homofobiczną stwarzał odpowiedni klimat w prowincjonalnej Polsce regionalnej…

 

Pierwszą strefę „wolną od LGBT” w marcu 2019 roku ustanowili radni Świdnika (woj. lubelskie). Od tego czasu 105 jednostek samorządu terytorialnego przyjęły podobne uchwały. Są wśród nich gminy, powiaty i pięć województw: lubelskie, łódzkie, małopolskie, podkarpackie i świętokrzyskie. Część z nich w formie skrajnie homofobicznych rezolucji „przeciwko ideologii LGBT”, inne – w postaci „Samorządowej Karty Praw Rodziny” stworzonej przez prawników „Ordo Iuris”.

 

To co można było zrobić – zrobiono. Nagłośniono sprawę stref wolnych… na całą Europę, dowiedział się o tych działaniach PE i KE. Opinia Europejczyków i ocena była jednoznacznie negatywna. Ale przecież jak wiemy ” nie będą nam w obcych językach mówili jak mamy żyć” zatem nikt się tu w kraju nie przejął opinią Unii. Kolejne gminy, łase na poklask konserwy, nadal klepały swoje bida uchwały.

W tzw. międzyczasie …

Samorządy, które przyjęły lub odrzuciły homofobiczne uchwały, można zobaczyć na „Atlasie Nienawiści”, mapie stworzonej przez aktywistów Kubę Gawrona, Paulinę Pająk i Pawła Parentę

Osoby, które śmiały pozbierać rzetelne informacje na temat wielkości procederu bezprawia, mają wprawdzie dziś kilka pozwów od gmin, a jak należy się domyślać od Ordo Iuris, mają też nominację do Nagrody Sacharowa, przyznawanej przez PE  za działalność na polu ochrony Praw Człowieka. Brawo!!

Sprawa dojrzewała kilka miesięcy i obecnie żarty się skończyły.

„Kraśnik i gminy z podobnymi deklaracjami nie otrzymały wsparcia projektowego w bieżącym okresie finansowania i nie otrzymają takiego wsparcia, dopóki te deklaracje będą ważne. Dotyczy to również wszystkich instytucji znajdujących się pod kontrolą władz miejskich” – oświadczyła minister spraw zagranicznych Norwegii Ine Eriksen Soreide odnosząc się do polskich „stref wolnych od LGBT”.

Jej stanowisko zostało opublikowane 14 września na stronie norweskiego parlamentu. Była to odpowiedź na pytania posłanki i byłej minister Anniken Huitfeldt o przyznawanie funduszy gminom, które przyjęły uchwały o „strefach wolnych od ideologii LGBT”. Chodzi o fundusze Mechanizmu Finansowego Europejskiego Obszaru Gospodarczego (Funduszy EOG), czyli tak zwane fundusze norweskie. Składają się na nie środki, które Norwegia, Lichtenstein i Islandia w zamian za udział we wspólnym obszarze UE przekazują krajom UE bezzwrotnie jako formę pomocy rozwojowej. Polska jest ich największym beneficjentem.

„Takie deklaracje nie są zgodne z wartościami, na których opiera się europejska współpraca.

Istnieją również przesłanki do stwierdzenia, że naruszają Europejską Konwencję Praw Człowieka. Osoby LGBT mają prawo do takiej samej ochrony przed naruszaniem ich praw i wolności osobistych, jak wszyscy inni obywatele Europy” – wyjaśniła norweska minister spraw zagranicznych.

 

W grudniu 2019 roku Parlament Europejski przyjął rezolucję potępiającą homofobiczne uchwały samorządów, a także wezwał polskie władze publiczne do natychmiastowego uchylenia szkodliwych dokumentów. W lutym 2020 uchwały stanowczo potępiła też Komisja Europejska. W czerwcu KE wysłała list do marszałków pięciu województw, które przyjęły uchwały anty-LGBT. Poleciła w nim marszałkom zbadanie, czy samorządy, będące beneficjentami funduszy unijnych nie dyskryminują społeczności LGBT w swoich działaniach.

W lipcu komisarz UE ds. równości Helena Dalli (na zdjęciu) poinformowała, że sześć polskich gmin, w których przyjęto uchwały o „strefach wolnych od LGBT”, nie dostanie europejskich funduszy na partnerstwo miast.

 

W środę Ursula von der Leyen, szefowa Komisji Europejskiej podczas orędzia o stanie Unii w Parlamencie Europejskim jeszcze raz ostro podniosła tę kwestię mówiąc: „Budujmy Unię równości, gdzie wszyscy mogą być tym, kim naprawdę są. Bycie sobą to nie ideologia ale tożsamość. Nikt nie może nikomu tego zabrać. Strefy wolne od LGBT to strefy wolne od wartości humanistycznych i nie ma dla nich miejsca w naszej Unii.”

 

Norwegowie nie zgodzili się także na przejęcie kontroli przez polski rząd nad 53 milionami euro z funduszy EOG przeznaczonych na rozwój społeczeństwa obywatelskiego. Wbrew żądaniom ministra kultury Piotra Glińskiego pieniądze rozdysponuje nie podległy mu Narodowy Instytut Wolności, lecz niezależne od rządu konsorcja organizacji pozarządowych.

 

To wszystko bardzo ładnie, ale… Zwrócić należy uwagę na sposób w jaki samorządy, które uchwaliły strefy wolne od LGBT+, usiłują uciec z mapy homofobicznej i czarnej listy byłych już beneficjentów funduszy europejskich. Otóż uchylając poprzednią, homofobiczną uchwałę, przyjmują jednocześnie  samorządową Kartę Praw Rodzin, który to dokument – również autorstwa Ordo Iuris – jest równie homofobiczny w każdym wymiarze i daje gminom podstawę do dyskryminacji i wykluczenia LGBT+ z życia społeczności.

 

We wtorek 22 września radni Kraśnika będą głosować nad uchyleniem uchwały o „strefie wolnej od LGBT”. Inicjatorem tego projektu jest Paweł Kurek, radny z Nowoczesnej. Wcześniej, gdy rada głosowała nad homofobiczną uchwałą, wstrzymał się od głosu.

Tego samego dnia rada miasta z inicjatywy m.in. radnych PiS będzie też głosować nad uchwałą w sprawie przyjęcia samorządowej Karty Praw Rodzin. Karta, którą przygotowała m.in. Ordo Iuris, mówi o: „Ochronie rodziny, małżeństwa jako związku kobiety i mężczyzny, rodzicielstwa i macierzyństwa, prawa do ochrony życia rodzinnego, prawa rodziców do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami oraz prawa dziecka do ochrony przed demoralizacją”.

 

ŹRÓDŁO

 

Dla każdego średnio inteligentnego odbiorcy takich treści jest jasne, że, zawarte już w tytule dokumentu, tezy są nie do zrealizowania w żaden sposób, albo się samoistnie realizują od zawsze bez uchwał na ten temat – bo spróbuj zabronić rodzicom wychowywać dziecko do homofobii, albo do antysemityzmu, spróbuj wymusić na nich żeby nie demoralizowali swoich dzieci swoim przykładem – no spróbuj! Nie ma takiej możliwości i nawet zapisy w Karcie praw dziecka im tego nie zabraniają! Żyjemy w takiej antyhumanistycznej kulturze. Taki przekaz kulturowy dostajemy dziś z każdej strony- bije po oczach w podstawie programowej szkoły powszechnej, bije z narracji kościoła katolickiego, chlasta nas w komentarzach opiniotwórczych publicystów  całej tej śmietanki towarzyskiej rozhamowanej przez konserwatywny rząd nad mediami Kurskiego… I nie sądziłam, że kiedykolwiek to powiem, ale wypowiedzi Tomasza Terlikowskiego ultrakatolickiego publicysty, w tej sytuacji  brzmią jak kojący balsam. Serio.

Czy zabieg formalny, polegający na  podmianie jednego haniebnego dokumentu na drugi jeszcze gorszy, ujdzie uwadze UE? Czy trzeba będzie Unii tłumaczyć, że to jest to samo tylko inaczej rozpisane? Przyszłość pokaże. Ale już dziś wiadomo, że kasa to jedyny argument jaki dociera do władz gmin i ich homofobicznych wyborców. A stwierdzenie tego faktu pozycjonuje polskie społeczeństwo na poziomie plemion, które sprzedają się za koraliki… No i gdzie ten Wielki Naród!? Dumny! Niepokonany!?? Gdzie Patriotycznie Wzmożone Hordy!??

Siedzą cicho i czekają na swoje fundusze, spokojnie, przy kawce i piwku, koniaczku i wódce – zależnie od kostiumu i barw ochronnych w jakich występuje się w spektaklu pt.  Życie Społeczne. Ale mam więcej szacunku do żebraka, co zna twardość trotuaru i smród śmietników ludzkiej rozrzutności, niż żebrzących europarlamentarzystów, którzy nawet łapek nie chcą umyć z brudu, tylko łapczywie  sięgają po ciasteczko, i najlepiej bez pytania czy wolno. Takich teraz mamy przedstawicieli w Parlamencie Europejskim. Takich sobie wybraliśmy.

 

Kuna2020Kraków