Abp Juliusz Paetz. Mechanizmy przemocy i władzy. Część 32 i 33.

 

 

ABP JULIUSZ PAETZ – część XXXII.

O doktor Wandzie Półtawskiej słyszał chyba każdy w tym kraju, a o jej przyjaźni z krakowskim metropolitą Karolem Wojtyłą, a następnie papieżem Janem Pawłem II napisano niejeden tekst. Opowiadała o tym także sama dr Wanda Półtawska w niejednym wywiadzie, więc o jej bliskich relacjach z polskim papieżem pisać więcej nie muszę. Załączam jedynie zdjęcie ze spotkania papieża Jana Pawła II z jego przyjaciółką i jej rodziną (lata osiemdziesiąte ubiegłego wieku).


Natomiast kwestią zasadniczą w kontekście tej przyjaźni jest sprawa tego, co już urosło niemal do mitu, że to właśnie przyjaciółka papieża, podczas swojej prywatnej wizyty u Jana Pawła II, w listopadzie 2001 roku, poinformowała go o seksualnych wybrykach abp Juliusza Paetza i to ten fakt stał się bezpośrednią przyczyną odwołania poznańskiego metropolity z zajmowanego stanowiska. Powtarzały to media, powtarzali katoliccy publicyści. A jak było naprawdę? Wiedzieli to tylko sam papież i odwołany metropolita, ale oni już nic w tej kwestii nie powiedzą. Pozostają nam więc jedynie archiwa.


Prawdą jest, że dr Wanda Półtawska odwiedziła swojego przyjaciela Jana Pawła II w listopadzie 2001 roku i rozmawiała z nim o niezwykle trudnej sytuacji w Poznaniu. Była zresztą o to poproszona przez samych zainteresowanych w Polsce, gdyż Watykan nie reagował na wcześniejsze pisma i interwencje. Dodam tu jedynie, że mam tu na myśli bezpośrednie interwencje w Rzymie, gdyż te poprzez nuncjaturę warszawską nie docierały do Stolicy Apostolskiej, z czego ówczesny nuncjusz, abp Józef Kowalczyk, a później Prymas Polski, nigdy się publicznie nie wytłumaczył.

Jedna pisemna interwencja dotarła do Stolicy Apostolskiej poprzez ówczesnego metropolitę gdańskiego abp Tadeusza Gocłowskiego CM Dokument w tej sprawie spoczywa w teczce personalnej abp Juliusza Paetza. Słyszałem o jego treści, ale pewnie nigdy nie zostanie publicznie ujawniony. Jest natomiast znana notatka na ten temat, sporządzona przez kard. Josepha Ratzingera, prefekta Kongregacji Doktryny Wiary, że taki dokument dostarczył mu w Watykanie metropolita gdański.

Więc jedno wiemy na pewno. Przed wizytą dr Półtawskiej u papieża Jana Pawła II, w latach 1996 – 2002, teczka personalna abp Juliusza Paetza sześć lub siedem razy była wyciągana z archiwum i „lądowała” na biurku papieża. Za każdym razem, osobiście przynosił ją papieżowi kard. Ratzinger, który znał sprawę poznańską i ją z urzędu sam nadzorował. Wszystkie bowiem kwestie „seksualne” w Kościele, przechodziły przecież przez jego Kongregację.
Więc spotykając się ze swoją przyjaciółką w listopadzie 2001 roku, papież wiedział o wybrykach poznańskich swojego podwładnego. Wiedział także o homoseksualizmie abp Juliusza Paetza. Przecież prawdopodobnie dlatego, wbrew osobistym planom samego Paetza, pozbył się go z Watykanu, wysyłając do dalekiej Łomży, dwadzieścia lat wcześniej. Pisałem o tym szczegółowo w poprzednich odcinkach, więc kto śledzi moje wpisy, zna wszystkie detale tej sprawy.

Watykan robił takie rzeczy nagminnie. Mówiło się o takim zjawisku w slangu kościelnym, że „ktoś dostał kopa w teren”. Tylko za pontyfikatu Jana Pawła II takich przykładów znamy kilka, choć tu dodam z pikanterią, zawsze z homoseksualizmem w tle.


Dlaczego zatem papież, wiedząc o moralnych ułomnościach Paetza, mianował go biskupem, a potem metropolitą poznańskim? Odpowiedź może być tylko jedna. Nie wiem. Pozostają spekulacje. Wydaje się, że młody ks. prałat Juliusz Paetz wiedział zbyt wiele o grzechach Stolicy Apostolskiej i jej wysokich urzędnikach. Wszyscy wysłani przez Jana Pawła II „w teren” hierarchowie, pełnili wcześniej w kościelnej centrali zaszczytne funkcje. Byli sekretarzami, asystentami czy wręcz kochankami najważniejszych Urzędników Pana Boga. Byli zbyt dobrze poinformowani, aby ich wyrzucić. Stali by się wówczas zbyt łakomym kąskiem dla mediów, historyków i tajnych służb.


Po powrocie do kraju dr Wanda Półtawska poinformowała zainteresowanych, że osobiście poinformowała papieża o kwestiach moralnych metropolity poznańskiego. W lutym 2002 roku abp Juliusz Paetz został niespodziewanie wezwany do Watykanu, przed oblicze papieża Jana Pawła II. Wszyscy zainteresowani byli przekonani, że metropolita już nie wróci do Poznania i zamieszka w Rzymie w swoim własnym apartamencie. Jak metropolita Bostonu czy inni skompromitowani hierarchowie kościelni.

Niespodziewanie wrócił do Poznania po tygodniu. Jak przebiegło spotkanie z papieżem i jakie były ostateczne ustalenia nie wiemy. Ale metropolita pozostał na swoim stanowisku. Dopiero kiedy do Poznania przybyła specjalna komisja z Rzymu, sprawa ruszyła z miejsca. Abp Juliusz Paetz przygotował dla „gości” specjalne pokoje w swojej rezydencji, ale odmówili mu skorzystania z jego gościnności i zamieszkali w poznańskim seminarium. Kogo przesłuchiwali, nie wiemy. Co zeznali klerycy i inni duchowni, nie wiemy. Raportu nigdy nie opublikowano i jest on pewnie jedną z tajemnic spoczywających w teczce personalnej poznańskiego metropolity w archiwach watykańskich.


Wszyscy moi watykańscy przyjaciele są zgodni co jednego. Jan Paweł II odwołał, a precyzyjnie będzie powiedzieć, zmusił abp Juliusza Paetza, do osobistego złożenia rezygnacji z zajmowanego urzędu, z powodu nie tego, że kogoś tam molestował, że był czynnym homoseksualistą lub że miał męskich kochanków, których obdarzał swoimi względami, ale z powodu tego, że sprawa jego seksualnych wybryków została ujawniona. Że wywołał tym samym skandal medialny i naraził Kościół na szwank. Rezygnacja została złożona zgodnie z punktem Prawa Kanonicznego, który mówi, że biskup składa osobiście rezygnację na ręce papieża „z innych ważnych powodów”. Tak też było w wypadku metropolity poznańskiego. Rezygnacja została oficjalnie przyjęta w dniu 28 marca 2002 roku.


Ale panowie ustalili także wszystkie pozostałe szczegóły. Odwołany arcybiskup otrzyma po rezygnacji mieszkanie służbowe przy Bazylice Metropolitalnej i dożywotnie uposażenie na koszt archidiecezji poznańskiej, pełną emeryturę i dotychczasowe dochody stuły. Dodam w tym momencie, że wszyscy molestowani przez lata i wykorzystywani seksualnie przez abp Juliusza Paetza klerycy, którzy zeznawali przeciwko niemu i zostali usunięci z seminarium, nie zostali przywróceni do dalszej nauki, a także odmówiono im przyjęcia do jakiegokolwiek seminarium na terenie kraju.

O losach innych księży, w tym wykładowców akademickich, którzy mieli odwagę zaprotestować przeciwko zdemoralizowanemu metropolicie już pisałem w tym cyklu. Watykan nie upomniał się o los którejkolwiek z ofiar abp Juliusza Paetza, przypominając przy tym wszystkim, że Kościół jest hierarchiczny…


Jak wyglądało dalsze życie przedwczesnego kościelnego emeryta? Czy spędzał je na modlitwie? A może na pokucie, dając dobry przykład skruszonego grzesznika? O tym wszystkim dowiecie się Państwo już wkrótce, gdyż…
Ciąg dalszy nastąpi…

 

 

ABP JULIUSZ PAETZ – część XXXIII.

Wielu osobom czytającym ten długi cykl o metropolicie poznańskim, zapewne wydaje się, że z chwilą odwołania abp Juliusza Paetza przez Watykan, w dniu 28 marca 2002 roku, a ściśle biorąc po jego formalnej rezygnacji ze stanowiska arcybiskupa poznańskiego i po powołaniu w tym samym dniu na nowego metropolitę poznańskiego, dotychczasowego biskupa pomocniczego, bp Stanisława Gądeckiego (rocznik 1949), sprawiedliwości stała się zadość i grzeszny metropolita został skutecznie ukarany i resztę swoich dni spędził na pokucie, z dala od swoich dotychczasowych przywilejów i godności.

Pewnie podobnie myśleli w marcu 2002 roku liczni wierni i księża archidiecezji poznańskiej, ale kościelna rzeczywistość okazała się jednak bardziej skomplikowana. Gdyby do wydarzeń jakie wstrząsnęły kościelnym Poznaniem doszło w czasach papieża Franciszka, zdemoralizowany metropolita poznański zostałby nie tylko natychmiast odwołany ze stanowiska metropolity, ale także pozbawiony godności biskupiej, a być może przeniesiony do stanu świeckiego. Przykłady innych hierarchów, z kardynałami włącznie, z różnych krajów świata, którzy mieli mniej od Paetza na sumieniu, są tego najlepszymi przykładami. Ale w marcu 2002 roku na tronie Piotrowym zasiadał papież z Polski i żadnemu kościelnemu dewiantowi takie sankcje wówczas nie groziły.


W archikatedrze poznańskiej zdemoralizowany arcybiskup Paetz, zamiast przeprosić za wywołane zgorszenie swoich wiernych, usunąć się w cień i ewentualnie poprosić o modlitwę w swoim imieniu, wygłosił pełne oburzenia kazanie w którym zaatakował swoich oskarżycieli i stwierdził, że „źle interpretowano jego spontaniczność”. Ale najgorsze miało dopiero nadejść…


Mianowany już w dniu 28 marca 2002 roku, a więc w tym samym dniu, co było wyjątkowym zjawiskiem w czasach Jana Pawła II, nowy metropolita poznański abp Stanisław Gądecki, objął kanonicznie archidiecezję poznańską już w dniu 2 kwietnia tegoż roku, a więc po pięciu dniach. Jak na czasy pontyfikatu Jana Pawła II wszystko odbywało się niemal błyskawicznie. W dniu 20 kwietnia 2002 roku odbył się uroczysty ingres abp Stanisława Gądeckiego do archikatedry poznańskiej. Zebrani w świątyni wierni, duchowieństwo i zaproszeni goście byli świadkami nie tylko uroczystego objęcia swojej katedry przez nowego ordynariusza, ale także zobaczyli w uroczystym orszaku, który go prowadził do ołtarza…, odwołanego i skompromitowanego abp Juliusza Paetza.


Szedł w uroczystym orszaku, kłaniał się wszystkim i rozdawał swoje uśmiechy i z nieurywaną satysfakcją przyjmował liczne oklaski tłumu na swoją cześć. Nowy metropolita był przyjmowany niemalże jak uzurpator. Z niechęcią odnosili się do niego także polscy biskupi i tylko fakt, że nominacji tej dokonał sam Jan Paweł II, łagodził ich objawy niechęci i wrogości. Równocześnie na terenie miasta księża z kręgu odwołanego metropolity rozsiewali pogłoski, że ich dotychczasowy protektor został „wykończony przez masonów” i wrogów Kościoła.

Takich głosów było wówczas wiele, ale jednym z najgorętszych obrońców abp Juliusza Paetza, był ówczesny oficjał Sądu Arcybiskupiego w Poznaniu, ks. prałat Władysław Kołodziej. To zdumiewające biorąc pod uwagę, że ksiądz prałat z racji swojego urzędu, miał nieograniczony dostęp do wielu bulwersujących spraw w sądzie metropolitarnym. Gdzie on tam widział masonów? I jak to się stało, że w tych samych aktach sądowych, nie widział skarg na homoseksualne zachowanie swojego dotychczasowego szefa?


Zachowanie nowego metropolity podczas jego ingresu też było niejednoznaczne. Abp Stanisław Gadecki objął archikatedrę w atmosferze skandalu jakiego polski Kościół nie pamiętał. Musiał zdawać sobie sprawę z tego faktu, jak również z tego jak wielkie oczekiwania wobec niego mieli wszyscy przeciwnicy dotychczasowego metropolity, w tym także jego ofiary i ich rodziny.

 

A tymczasem podczas swojego przemówienia w archikatedrze podziękował abp Juliuszowi Paetzowi „za jego dotychczasową gorliwą biskupią posługę”. Być może była to zwykła kurtuazja i chęć zamydlenia oczu zwykłym wiernym, aby uciszyć skandal, ale wielu poznańskich duchownych pamięta mu to do dnia dzisiejszego.

Wstępujący na tron biskupi w Poznaniu arcybiskup powiedział wówczas jeszcze jedno zdanie, które wprawiło wszystkich w osłupienie, a mianowicie, że: „Kościół łatwiej przebaczy wszystko, niż atak na prawdę”. Abp Stanisław Gadecki nigdy nie wyjaśnił tych słów. Co zatem było tu „atakiem na prawdę”?


Podczas ingresu abp Stanisława Gądeckiego do Bazyliki Metropolitarnej w Poznaniu, gwiazdą mediów i całej uroczystości był jednak jego poprzednik. Przed archikatedrą żegnał się z tłumem wiernych, ale publicznie stwierdził, że „nie odchodzi i nadal będzie żył w cieniu katedry, zawsze gotowy „in Nomine Domini” („w Imię Pańskie”) życzliwie służyć każdemu człowiekowi”.


Po każdym ingresie biskupim odbywa się tradycyjne przyjęcie na cześć nowego ordynariusza z udziałem wszystkich kościelnych dostojników, całego duchowieństwa i zaproszonych gości. Po ingresie abp Stanisława Gądeck
iego, nuncjusz apostolski, abp Józef Kowalczyk, a więc dyplomatyczny przedstawiciel samego papieża, odmówił udziału w tym przyjęciu. Takiego afrontu nie pamiętam w historii ingresów polskich biskupów.

Obiad po ingresie abp Stanisława Gądeckiego, nuncjusz apostolski zjadł ze swoim długoletnim przyjacielem w jego nowym domu. Przyjacielem tym był abp Juliusz Paetz.


Nikt wówczas nie wiedział, że ustalenia abp Juliusza Paetza z Watykanem i nowym metropolitą poznańskim zapewniały mu z chwilą formalnej rezygnacji utrzymanie, mieszkanie służbowe i wszystkie „dochody stuły”. Zamieszkał naprzeciw swojej dotychczasowej rezydencji w willi „w cieniu katedry”. W tej właśnie willi, od 2002 roku, zaczęły się dziać rzeczy o jakich większość wiernych nie miała i nie ma do tej pory pojęcia. Aż dziwne, że wiedząc niemal wszystko o dotychczasowych seksualnych ekscesach abp Juliusza Paetza i jego dewiacjach, nie reagowali na to co działo się w jego nowym domu „przy katedrze”, zarówno nowy metropolita poznański czy nuncjusz warszawski jak i sama Stolica Apostolska. Że nie reagowały na to także lokalne media. Jak wyglądał zatem w praktyce okres pokuty odwołanego metropolity, opowiem w kolejnych odsłonach tego cyklu, gdyż…


Ciąg dalszy nastąpi…

 

Andrzej Gerlach

„Bajka o szeregowym pośle z Warszawic” Anna Kubiesza. Blog „Leniwym Piórem”

 

 

 

Za

siedmioma jeziorkami,

za pięcioma drabinkami,

w pępku Polski, w Warszawicach

w małym domku, po rodzicach

mieszka skromny i nieśmiały

Szeregowy Poseł mały.

Który co dzień (od południa,

już od 13 grudnia)

myśli jakby kraj nasz ZBAWIĆ,

jakby Polskę nam naprawić

 

I naprawia. Judzi, dzieli

w ustach swą nienawiść mieli

skłóca ludzi i podburza

w hejcie pławi się i nurza.

 

 

 

 

 

Wnet ruszają PIS-elity

pod przewodem jego świty.

Sypią słowem, leją hejtem,

wraz z Kościołem ręka w rękę

 

Na kolanach modły głoszą,

za plecami noże wznoszą.

I w sort gorszy wbiją gładko

rozgrzeszeni koloratką.

 

 

 

 

Na debatach, w internetach,

na mszy, w tivi i gazetach…

Gdy nie kochasz partii PIS,

no to słyszysz nie od dziś:                        Łotry, lumpy, szmalcownicy,

                                                                       swołocz, ścierwa z Targowicy,

                                                                      mendy, zdrajcy i warchoły,

                                                                      zwyrodnialcy i matoły,

                                                                     sodomici, koderaści,

                                                                     wykształciuchy wszelkiej maści,

                                                                      świnie, bydło i złodzieje…

strumieniami hejt się leje.

 

„Feministki? Kto to rucha”

słów Rachonia ludek słucha.

„Chamska swołocz i hołota”…

Z ust PIS mowa płynie złota.

 

„Ta zaraza w barwach tęczy” 

Jędraszewski na mszy klęczy.

 „LGBT to nie ludzie”

Mówi Duda. Klaszczą Dudzie.

 

 

…A tymczasem w Warszawicach

w małym domku po rodzicach

skromny poseł mieszka sobie,

co nam wszystkim rzepkę skrobie

Aż nienawiść się rozwinie

i mierzeją w Bałtyk spłynie.

I zatruje nam umysły

w małym kraju, tym z nad Wisły.

 

Mdłość mnie zbiera, wzbiera złość

Macie  DOSYĆ? Ja mam! DOŚĆ!

 

 

 

 

 

                     

               

Mamy nowe wcielenia ewangelistów Łukasza i Mateusza. Odlot Bp Antoniego Długosza na Jasnej Górze i kolejne złamanie postanowień Konkordatu. Najwyższa pora wypowiedzieć Konkordat – dokument całkowicie martwy.

 

 

 

Bp Antoni Długosz podczas Apelu Jasnogórskiego 11.06.2020 roku obwieścił pobożnemu narodowi nowe wcielenia ewangelistów – Łukasza i Mateusza… Co dokładnie powiedział jest tak niedorzeczne, że litościwie nie będziemy powielać. Tu powiem tylko, że cała wymowa tego apelu to jakaś rozpaczliwa próba odwrócenia kota ogonem – co nie dziwi specjalnie, bo kościół robi to od zawsze i z dużą wprawą – ale jest jednocześnie obelgą dla wierzących. Biskup traktuje ludzi  jak kompletnych idiotów, którzy nie mają pojęcia o rzeczywistości i nie odróżniają nieudolnego złodziejstwa od troski o sytuację zdrowotną społeczeństwa w dobie pandemii. Mają oni ni mniej ni więcej dostrzegać w działaniach min. zdrowia że:

„Prof. Szumowski uczył się bezinteresownej służby ludziom u Twojego Syna, Matko, widząc jej przykłady u św. Jana Pawła II oraz św. Matki Teresy z Kalkuty”.

 

 

… no ale przy takich wybitnych nauczycielach jak przywołani Teresa i Karol Wojtyła mógłby się lepiej przyłożyć, bo jego „dzieła” są wyjątkowo nieudolne… Gdzież mu tam do Teresy z Kalkuty… Może wystarczy jednak się z nią sfotografować  na pamiątkę, żeby biskup Długosz, patrząc na ten wymowny dowód zainteresowań młodego Łukasza, doznał nadprzyrodzonego oświecenia co do jego osoby. I tu nie trudno się zgodzić z Gurzyńskim, dominikaninem, który podsumował trafnie:

„To jest zbyt nieudolne na herezję, zbyt ubogie. To bardzo przykry przykład degradacji urzędu biskupa.

 

 

O Premierze bp Długosz wyraża się tak:

 Ewangelista Mateusz, premier Morawiecki pochyla się nad egzystencją naszego narodu, by żyło się lepiej.

 

 

Wiedzą to zwłaszcza ci którzy stali się przedmiotem jego nadzwyczajnej troski, wyrażonej dobitnie w kolejnych wersjach Tarczy Covid19, owi beneficjenci – zdaje się, że są nimi ostatecznie wyłącznie  banksterzy, chyba że kogoś pominęliśmy?  W każdym razie nie słyszałam, żeby ktoś doznał wsparcia ze strony władzy.

 

Ta ekstatyczna pochwała polityków obozu władzy narusza zarówno wewnątrzkościelną regułę apolityczności, jak i – co ważniejsze – postanowienia konkordatu.

 

 

 

 Dr hab. Paweł Borecki z Zakładu Prawa Wyznaniowego z Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego mówił w listopadzie 2018 portalowi prawo.pl, że zasada wzajemnej niezależności Państwa i Kościoła „nie jest respektowana, zarówno na poziomie ogólnokrajowym, jak i lokalnym. Ta zasada oznacza w szczególności, że

Kościół instytucjonalny nie uczestniczy w sprawowaniu władzy publicznej. Jednak rzeczywistość dostarcza wielu przykładów angażowania się Kościoła w spory polityczne. Kościół popiera tego czy innego kandydata na stanowisko państwowe, recenzuje nawet projekty ustaw”.

Za przykład naruszenia Konkordatu, czyli mieszania się Kościoła do polityki prawnik uznał samą krytykę ustaw przez Episkopat. Podał przykład nowelizacji kodeksu wyborczego do Parlamentu Europejskiego, kiedy „kierownictwo Episkopatu skrytykowało plany partii rządzącej, uznając, że ta zmiana będzie sprzeczna z zasadami demokracji”. Ta akurat ingerencja została „pozytywnie odebrana, ale jednak było to przekroczenie kompetencji. Inaczej by to wyglądało, gdyby biskupi wystąpili w tej sprawie jako obywatele, a nie oficjalnie i instytucjonalnie, komunikując to poprzez rzecznika Episkopatu. To było wkroczenie w sferę działania państwa”.

 

Czytaj źródło

 

Abp Juliusz Paetz. Mechanizmy przemocy i władzy. Część 26 i 27

ABP JULIUSZ PAETZ – część XXVI.

Metropolitę poznańskiego coraz częściej ostrzegał, prywatnie i po starej znajomości, nuncjusz abp Józef Kowalczyk, że do nuncjatury, ale także do Watykanu docierają coraz częściej informacje o seksualnych nadużyciach abp Juliusza Paetza i że koniecznie trzeba coś z tym pilnie zrobić.


Nie wiadomo kto wpadł na pomysł, aby spreparować pismo wszystkich dziekanów całej archidiecezji, że wyrażają oni oburzenie i solidarność ze swoim ordynariuszem i że te wszystkie działania i ataki na osobę abp Juliusza Paetza są działaniami wrogów Kościoła, a zarzuty samych poznańskich duchownych są niczym innym jak rozbijaniem jedności polskiego duchowieństwa.


Zwołano wówczas w Poznaniu w trybie pilnym spotkanie wszystkich biskupów archidiecezji ze wszystkimi dziekanami. Przewodniczył mu początkowo sam arcybiskup Juliusz Paetz, który rozpoczął spotkanie od gorącej modlitwy za jedność całego duchowieństwa ze swoim biskupem diecezjalnym, po czym niespodziewanie opuścił spotkanie i więcej się na nim nie pojawił. Wszystko było jednak z góry wyreżyserowane i wówczas do akcji przystąpili biskupi pomocniczy metropolity, w tym jeden wyjątkowo aktywny, który ostatnio pod Wawelem robi ogólnopolską karierę jako najwybitniejszy znawca od „tęczowej zarazy”. Już wtedy był w tej dziedzinie fachowcem…


Zażądano natychmiastowego podpisania „lojalki” od wszystkich obecnych na spotkaniu dziekanów. Przybyło wówczas 40 księży. Niektórzy znali prawdę, bo o molestowaniu kleryków i młodych księży huczało wówczas w całej archidiecezji, a ponadto molestowani młodzi księża pracowali w wielu dekanatach tych dziekanów, ale strach i chęć utrzymania stanowiska był silniejszy. A ponadto skoro podpisywali wszyscy…


Problemem na tym spotkaniu było jednak to, że niektórzy dziekani byli nieobecni na tym spotkaniu, więc biskupi pomocniczy (w tym gorliwiec od „tęczowej zarazy”), osobiście jeździli po domach nieobecnych i chorych dziekanów i zbierali w kolejnych dniach ich podpisy. Podstępem, szantażem i kłamstwem zdobyli podpisy wszystkich. Spreparowany dokument wbrew wcześniejszym zapewnieniom, został wysłany do Watykanu i wykorzystany do obrony abp Juliusza Paetza.


Równocześnie w całej archidiecezji zmuszono księży do publicznego odczytywania we wszystkich parafiach listu pasterskiego, pełnego kłamstw jakoby doszło w archidiecezji do „bezprzykładnego ataku na naszego arcybiskupa i jedność kapłaństwa”. Listu tego słuchali w swoich parafiach byli i obecni molestowani klerycy i ich rodziny.


Na znak protestu czterech dziekanów złożyło po tym liście dymisje, w tym ks, Roman Kostecki z parafii w Goślinie Murowanej. Jak sam stwierdził został oszukany, a po kilku tygodniach dodał: „Moja rezygnacja wynika też z innego powodu. Zawiedli nas biskupi pomocniczy i to jest opinia kilku księży”. Może i zawiedli, ale na aferze z molestowanymi poznańskimi klerykami w tle, zrobili niewyobrażalną karierę. Jeden nawet trafił na Wawel, a teraz jest moralnym wzorem całego Episkopatu.


„Lojalkę” dziekanów i list pasterski arcybiskup postanowił opublikować w popularnym tygodniku archidiecezji o nazwie „Przewodnik Katolicki”, którego redaktorem był wówczas ks. Jacek Stępniak, pochodzący z Kościana, rocznik 1962, wyświęcony na kapłana w 1988 roku. Był to sygnatariusz listu z dnia 10 września 2001 roku do papieża Jana Pawła II, którego treść Państwo już dobrze znacie. Ksiądz redaktor zdecydowanie odmówił publikacji i postawił się swojemu metropolicie. Odmówił bo znał prawdę, jaka rozgrywała się od kilku lat w murach poznańskiego seminarium.

 

Jeszcze w tym samym dniu abp Juliusz Paetz odwołał go w trybie natychmiastowym ze stanowiska redaktora naczelnego tygodnika. Spadły na niego także inne represje. Ostatecznie ks. Jacek Stępniach, w styczniu 2002 roku, opuścił archidiecezję poznańską i wyjechał na przymusowe misje do Zambii. To była jego osobista cena za wierność prawdzie, ale „Przewodnik Katolicki” żądanej publikacji nigdy nie opublikował.

Abp Juliusz Paetz nie zaryzykował bowiem w zaistniałej sytuacji, starcia z nowym redaktorem znanego katolickiego czasopisma, gdyż niespodziewanie w lutym 2002 roku, został wezwany do Watykanu, przed oblicze papieża Jana Pawła II. O tym nieznanym szerzej, a ważnym epizodzie w życiu polskiego papieża, dotyczącym bezpośrednio jego osobistego udziału w aferze poznańskiej, napiszę w przyszłości dużo więcej.


Do tego wątku odnosi się jeszcze jeden list, pewnego wpływowego księdza archidiecezji poznańskiej, któremu obiecałem anonimowość. Oto jego fragment: „Nikt z diecezjalnych duchownych głośno nie bronił arcybiskupa. gdyby któryś z księży to zrobił, to nie tylko zrównałby się z grzechem, ale oznaczałoby to, że ma podobne skłonności.(Niczego nie sugeruję, ale specjalista od „tęczowej zarazy”, bronił Paetza głośno i publicznie wielokrotnie – dopisek mój) Część duchownych milczy. Obawiamy się, że jeśli jeden z nas trafił za bronienie prawdy na misje, to podobny los czeka innych, którzy nie planowali wyjazdów. I nie chodzi o misje. Ksiądz Stępczak dostał zakaz pracy duszpasterskiej w diecezji poznańskiej. Taki zakaz dostaje ktoś, kto popełnił przestępstwo kościelne. A przecież ks. Stępczak niczego takiego się nie dopuścił”.


Ten fragment listu jest prawdziwym obrazem duchowieństwa archidiecezji poznańskiej w dobie Paetza i innych Paetzów w wielu naszych polskich diecezjach. Możesz lądować w łóżku szefa, możesz pławić się z nim wspólnie w jego wielkiej wannie, możesz pozwalać mu grzebać w twoim rozporku, droga twojej kariery jest szeroka i niczym nieograniczona. Ale jeżeli zwyrodniałemu szefowi nie pozwolisz się gwałcić i nie pozwolisz mu gwałcić innych i będziesz jeszcze o jego grzechu krzyczał głośno, to spotkają cię tak surowe kary kościelne, jakbyś był przestępcą. No, możesz jeszcze milczeć, jak robi to większość…


Na szczęście nie wszyscy, bo byli tacy, którzy swojemu zwyrodniałemu metropolicie powiedzieli także „nie”.

ABP JULIUSZ PAETZ – część XXVII.

Nie wszyscy świadkowie wydarzeń z okresu rządów abp Juliusza Paetza w Poznaniu, którzy stanęli wówczas w obronie molestowanych kleryków żyją i mogą dzisiaj zaświadczyć prawdę o tych burzliwych wydarzeniach. Jednym z nieżyjących już, ale niezwykle odważnych i zasłużonych kapłanów był ks. prof. infułat Romuald Niparko, którego postać chciałbym dzisiaj wszystkim przypomnieć.


Życiorys i działalność tego kapłana był na tyle ciekawy, że niektóre fakty warto w tym momencie przypomnieć. urodził się w 1940 roku, w okresie okupacji, w miejscowości Michnowicze, na terenie przedwojennej Polski (obecnie Litwa). Po wojnie jako pięcioletnie dziecko przeprowadził się z rodzicami na teren Wielkopolski i tutaj wstąpił do Arcybiskupiego Seminarium Duchownego w Poznaniu. Tutaj zdobywał kolejne stopnie naukowe, pracował naukowo i cieszył się autorytetem moralnym swoich studentów, ale także innych duchownych archidiecezji poznańskiej.


W okresie swojej pracy naukowej na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, pełnił na wydziale funkcje prodziekana, ale równocześnie w samej kurii arcybiskupiej abp Juliusz Paetz powierzył mu stanowisko wikariusza biskupiego do spraw katechizacji. Metropolita zdawał sobie sprawę, że kapłan ten cieszy się autorytetem wśród kapłanów całej archidiecezji, ale gdy sprawa molestowania przez arcybiskupa kleryków tutejszego seminarium, a równocześnie studentów księdza prodziekana, stała się sprawą publiczną, abp Juliusz Paetz żądał od wszystkich swoich współpracowników bezwzględnej lojalności.
Także od księży pracujących na kierowniczych stanowiskach w kurii arcybiskupiej. Od swojego wikariusza biskupiego do spraw katechizacji także.


Tymczasem ks. prof. infułat Romuald Niparko znał wszystkie bulwersujące szczegóły dotyczące molestowania seksualnego kleryków przez metropolitę bezpośrednio od samych kleryków. Zdecydowanie stanął po stronie ofiar molestowania, choć wówczas dobrze wiedział, że spotka się to zapewne z nieprzychylną, a być może nawet wrogą reakcją abp Juliusza Paetza i jego lojalnego kurialnego otoczenia. Jako wykładowca uniwersytecki i urzędnik kurii arcybiskupiej wiedział czym ryzykuje, ale jako kapłan Chrystusa wiedział, że inna postawa to zdrada Chrystusa, Ewangelii i zasad jakimi w życiu zawsze starał się kierować.


Nie chciał, jak inni księża archidiecezji, komentować tego co działo się w murach seminarium, za plecami samego metropolity, dlatego zdecydował się na napisanie do zainteresowanego, a tym samym samego sprawcy nadużyć względem kleryków, szczerego listu.


Oto fragment tej korespondencji: „Ekscelencjo, Najdostojniejszy Księże Arcybiskupie, Metropolito! Książę Kościoła, piszę do Ciebie w bólu. Szczególnie boleśnie dotyka mnie, ciągnąca się od wielu miesięcy sprawa odnosząca się wprost do osoby Waszej Ekscelencji. Przez długi czas pokrywało ją głuche milczenie, mające sprawić wrażenie jakoby nic się nie stało. Reakcje w formie pisemnych oświadczeń, które się w końcu pojawiły, pochodzą od współpracowników Waszej Ekscelencji i noszą niestety znamiona klasycznej manipulacji. Mamy tu do czynienia z naganną rzeczywistością.”


Cały list jest w podobnym tonie. Ks. Infułat nie tylko odniósł się w nim jednoznacznie krytycznie do nagannych relacji arcybiskupa z klerykami miejscowego seminarium, ale także odniósł się niezwykle krytycznie do działań biskupów pomocniczych archidiecezji poznańskiej (bp Zdzisława Fortuniaka, bp Marka Jędraszewskiego i bp Grzegorza Balcerka) oraz większości dziekanów archidiecezji. Tym listem do metropolity ksiądz profesor przypieczętował jednak swój los w archidiecezji. Miał teraz nie jednego, ale wielu wpływowych wrogów, w tym czterech w fioletowych sutannach.


Nigdy nie otrzymał formalnej odpowiedzi na swój list do abp Juliusza Paetza, no chyba, że przyjmiemy, że odpowiedzią było zwolnienie go, po tygodniu od napisania tego listu, z wszystkich stanowisk kierowniczych w poznańskiej kurii archidiecezjalnej. To była cena za jego odwagę. Ale jego autorytet moralny wśród poznańskiego duchowieństwa nie ucierpiał, a nawet wzrósł niepomiernie. W obronie skrzywdzonego kapłana nie stanął nuncjusz w Warszawie, nie stanął także papież Jan Paweł II, mimo iż echa poznańskich wydarzeń dotarły za Spiżowa Bramę jeszcze w 2001 roku. Watykan uznał, że lojalność względem własnego ordynariusza jest ważniejsza, niż obrona skrzywdzonych ofiar zdeprawowanego hierarchy z paliuszem metropolity na ramionach.


Ks. prof. Infułat Romuald Niparko nie doczekał nigdy oficjalnych przeprosin. Nawet po odwołaniu przez Watykan w 2002 roku abp Juliusza Paetza z funkcji metropolity poznańskiego, nowy arcybiskup poznański abp Stanisław Gądecki, nie przywrócił go na utracone stanowisko w kurii poznańskiej. Nielojalność względem ordynariusza pamięta się bowiem w tej instytucji do śmierci. Śmierci, która w przypadku ks. prof. Romualda Niparko nastąpiła w dniu 8 maja 2018 roku. Infułat spoczął po czterech dniach na jednym z cmentarzy poznańskich.

Ciąg dalszy nastąpi…

 

Andrzej Gerlach

„Spacer Wkurzonych Obywateli” w centrum Krakowa – fotorelacja Pawła Kozłowskiego.

” Pust wsiegda budu JA”
Spacer Wkurzonych Obywateli.
Kraków, 1 czerwiec 2020
foto.Paweł Kozłowski

I wszystko jasne, jak dla mnie. Bardzo dobry głos suwerena w sprawie kadencji pana Dudy jako prezydenta najjaśniejszej RP.

Pochód „dudusiów” , z których każdy miał zawieszoną na szyi tabliczkę z nr. artykułu konstytucji, który ten prezydent zgwałcił … bo mógł, bo tak chciał „lalkarz”, który trzyma go na sznureczkach jak pacynkę w teatrze politycznym…

…jest głosem ostatecznym i potwierdzającym, że już do wszystkich dotarło z czym mamy do czynienia, i że zrobimy wszystko, by położyć temu kres.

Policja spisała organizatorów i uczestników pochodu, mimo, że nie złamali oni żadnego paragrafu – zachowali nawet odległości dzięki symbolicznemu łańcuchowi jaki trzymali wzdłuż kolumny, a który symbolizuje niewolę, zamordyzm, przemoc systemową i dyktatury wszelkich odmian. To także pokazuje iż suweren dostrzega to wszystko co bierze swój początek od deptania zasad demokracji, prawa i  nas wszystkich ludzi, na których spadnie, tak czy inaczej ciężar naprawy Rzeczpospolitej.

Przejdźmy się chwilę razem z uczestnikami  „Spaceru Wkurzonych Obywateli”

 

 

 

 

 

Abp Juliusz Paetz. Mechanizmy przemocy i władzy. Część 24 i 25

ABP JULIUSZ PAETZ – część XXIV.

Ponieważ były liczne uwagi, że załączony do poprzedniego odcinka skan z dokumentem był mało czytelny, więc powrócę do tego wątku raz jeszcze, gdyż ma on ważne znaczenie do dnia dzisiejszego, chociażby w kontekście tego, kiedy Stolica Apostolska i sam papież Jan Paweł II dowiedzieli się o skandalicznych poczynaniach poznańskiego metropolity.


W dniu 10 września 2001 roku, grupa kilku osób, wpływowych księży archidiecezji poznańskiej i jedna osoba świecka, podjęła kolejną próbę poinformowania papieża o konieczności szybkiej interwencji w sprawie homoseksualnych zachowań poznańskiego hierarchy względem kleryków miejscowego seminarium. Pierwsze takie próby księża ci podjęli już w 1999 roku, ale nie było wówczas żadnej interwencji ze strony polskiego papieża, a jedyną reakcją na te działania były złośliwości ze strony abp Juliusza Paetza wobec podległych mu niepokornych księży.

Metropolitę poznańskiego o działaniach jego podwładnych w samym Watykanie, ostrzegał wówczas prawdopodobnie sam nuncjusz abp Józef Kowalczyk, zaprzyjaźniony z nim od lat. Piszę, prawdopodobnie, gdyż jest to opinia wielu księży archidiecezji poznańskiej i pracowników nuncjatury z którymi o tym rozmawiałem, ale dowodu w na to w postaci dokumentu nie posiadam.


Poznańscy księża przygotowali cztery kopie swojego listu dla delegatów Episkopatu Polski na Synod Biskupów w Rzymie. Synod ten, o ironio, podejmował z osobistym udziałem papieża Jana Pawła II debatę o roli posługi biskupiej w Kościele Powszechnym. Problem abp Juliusza Paetza wpisywał się w treść obrad synodu i mógł posłużyć jako ważny element w toczącej się na nim debacie. Chodziło także o to, aby papież wiedział z pierwszej ręki, że homoseksualizm poznańskiego ordynariusza jest już tematem publikacji w prasie ogólnopolskiej, chociażby w „Faktach i Mitach” wydawanych od lat przez byłego księdza katolickiego.

A oto pełna treść tego listu:

„Ekscelencjo Najprzewielebniejszy Księże Arcybiskupie. Zwracamy się do Waszej Ekscelencji, jako delegata Episkopatu Polski na tegoroczną sesję Synodu Biskupów w Rzymie, poświęconą posłudze biskupów. Prosimy o podniesienie podczas obrad synodalnych kwestii możliwości obrony kościoła lokalnego przed niemoralnymi, błędnymi lub szkodliwymi działaniami miejscowego biskupa.

Ośmielamy się o to prosić w związku z sytuacją, której od pewnego czasu doświadczamy w Archidiecezji Poznańskiej. Chodzi o działania Księdza Arcybiskupa Juliusza Paetza, które przez osoby bezpośrednio nim dotknięte (w tym przez kleryków Arcybiskupiego Seminarium Duchownego w Poznaniu) odbierane są jako homoseksualne.

Jak zapewne Waszej Ekscelencji wiadomo w ostatnim czasie sprawa ta dotarła do opinii publicznej za sprawą jednego z antykościelnych czasopism. Szkoda jest tym większa, że dla wielu osób, nie tylko w Poznaniu, publikacja ta jest tylko głośnym wypowiedzeniem sprawy im od dawna wiadomej – i dlatego nie jest traktowana jako wrogów Kościoła.

Niżej podpisani, obawiając się takiej właśnie szkody dla Kościoła, od blisko dwu lat starali się zapobiec niebezpieczeństwu, także zwracając się w tej sprawie z udokumentowanymi informacjami do Stolicy Apostolskiej. Czujemy się jednakże pozostawieni samym sobie i bezradni.

W dzisiejszych warunkach życie Kościoła, jego dobro wymaga możliwości skutecznego zapobiegania tego rodzaju zagrożeniom – stąd prośba, którą przedkładamy. Łączymy wyrazy czci”.

List ten przekazany czterem polskim delegatom na Synod Biskupi w Rzymie (abp Tadeusz Gocłowski CM, Abp Józef Michalik, abp Henryk Muszyński oraz bp Antoni Dydycz OFM Cap.), podpisali ryzykując karami kościelnymi znaczący księża archidiecezji poznańskiej: wspominany w poprzednim odcinku ks. prof. Tomasz Węcławski, dziekan Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu (na zdjęciu dołączonym do tego odcinka, z czasów jego pracy naukowej na UAM w Poznaniu), ks. dr Tadeusz Karkosz, rektor Arcybiskupiego Seminarium Duchownego w Poznaniu, ks. dr Jacek Stępczak, redaktor naczelny „Przewodnika Katolickiego”, dr Paweł Wosicki, prezes Ogólnopolskiego Porozumienia Ruchów Obrony Życia oraz ks. Marcin Węcławski, proboszcz Parafii Maryi Królowej w Poznaniu, a prywatnie brat ks. Tomasza Węcławskiego.

Wiem, że metropolita gdański, abp Tadeusz Gocłowski CM, przekazał papieżowi ten list na audiencji prywatnej odbytej podczas obrad Synodu Biskupów w Rzymie i rozmawiał o abp Juliuszu Paetzu, ale papież nie wyrażał przy metropolicie gdańskim opinii w jaki sposób zamierza rozwiązać problem kościoła poznańskiego.
Po powrocie do Polski delegatów Episkopatu, sygnatariusze listu oczekiwali, pełni nadziei, szybkiej reakcji papieża w sprawie swojego metropolity. Takiej reakcji się jednak nie doczekali.

Doczekali się natomiast dotkliwych represji ze strony abp Juliusza Paetza. O dalszych burzliwych losach ks. prof. Tomasza Węcławskiego już Państwo wiecie. O losach pozostałych buntowników w sutannach napisze Państwu w kolejnych odcinkach tego cyklu.

 

Ciąg dalszy nastąpi…

ABP JULIUSZ PAETZ – część XXV.

Nie tylko ks. prof. dr hab. Tomasz Węcławski stanął w tych trudnych i przełomowych czasach dla Kościoła poznańskiego na wysokości zadania. Drugim niewątpliwie sprawiedliwym kapłanem, okazał się ówczesny rektor Arcybiskupiego Seminarium Duchownego w Poznaniu, ks. dr Tadeusz Karkosz, kapłan pochodzący z Rawicza, z rocznika 1962, wyświęcony na kapłana w 1987 roku. To on pełnił wówczas funkcję rektora uczelni z której pochodzili wzywani do arcybiskupiej rezydencji klerycy obdarowywani męskimi czerwonymi stringami z napisem „ROMA”. To do nich przechodził tajnym podziemnym przejściem ze swojej rezydencji abp Juliusz Paetz. Długo nie wiedziałem, że takie przejście zostało zaprojektowane i wykonane.

Nie słyszałem nigdy o podobnych przejściach w innych tego typu budowlach kościelnych. Wiem, że w czasach abp Antoniego Baraniaka (1904 – 1977), czyli jeszcze w czasach PRL, gdy powstał jeden z najnowocześniejszych budynków seminaryjnych w Polsce, Wyższe Seminarium Duchowne Towarzystwa Chrystusowego dla Polonii w Poznaniu, metropolicie poznańskiemu nowoczesna architektura tego obiektu podnosiła ciśnienie i wielokrotnie złorzeczył wystawnej inwestycji księży pracujących na wszystkich kontynentach z bogatą Polonią.

Moi szkolni koledzy w USA, którzy tam studiowali, a potem pracowali ze mną na terenie archidiecezji chicagowskiej, często wspominając swój pobyt w Poznaniu, opowiadali o ostrym konflikcie Towarzystwa Chrystusowego z duchowieństwem poznańskim. Duchowieństwo diecezjalne z Wielkopolski nazywane wówczas było „baraniakami”, a o jego konflikcie z Chrystusowcami opowiadano istne legendy. Oczywiście zawsze z „kasą” w tle.

Ale kiedy powstał budynek seminarium diecezjalnego, nigdy nie słyszałem o tajnym podziemnym przejściu, bezpośrednio z pałacu arcybiskupiego do budynku tego seminarium.

Rozmawiałem z wieloma księżmi archidiecezji poznańskiej i wiem, że następca abp Antoniego Baraniaka, abp Jerzy Stroba (1919 – 1999), mianowany metropolitą poznańskim przez papieża Jana Pawła I, na cztery tygodnie przed wyborem Karola Wojtyły na papieża, nigdy nie przychodził do seminarium bez uprzedzenia. Jego wizyty miały wyłącznie charakter oficjalny, odbywały się zaledwie kilka razy w roku, a rektor był o nich zawsze uprzedzony i witał metropolitę w progu uczelni w imieniu całej wspólnoty seminaryjnej.


Zupełnie nowe zwyczaje w tym względzie rozpoczęły się od 1996 roku, wówczas gdy emerytowanego metropolitę Jerzego Strobę zastąpił dotychczasowy ordynariusz łomżyński, abp Juliusz Paetz. Wpadał podziemnym przejściem bez uprzedzenia i co gorsze, zamiast o swojej wizycie informować rektora, ks. dr Tadeusza Karkosza, wchodził bez uprzedzenia do sypialni wybranych przez siebie kleryków.

Tych kleryków, którzy w tym dniu byli obdarowywani czerwonymi stringami. Mieli wówczas głośno czytać „ROMA” od tyłu, czyli „AMOR”, a ofiarodawca bawił się przy tym, tym bardziej, im bardziej wybrany kleryk był tym zawstydzony. Ale to było dopiero preludium. Główny akt przedstawienia miał nastąpić wieczorem, w rezydencji arcybiskupa…


Ks. rektor był jednym z sygnatariuszy listu do papieża Jana Pawła II z dnia 10 września 2001 roku, o którym pisałem obszernie w poprzednim odcinku tego cyklu, ale kiedy mimo upływu kolejnych miesięcy, papież nie reagował, ks. dr Tadeusz Karkosz zdecydował się na krok bez precedensu. Krok, który mógł go kosztować stanowisko, karierę, jednym słowem całą kapłańską przyszłość.

Podczas kolejnej niespodziewanej wizyty abp Juliusza Paetza w pokojach kleryków, ks. Tadeusz Karkosz wtargnął do jednego z nich i publicznie oznajmił metropolicie, że „jako rektor zabrania arcybiskupowi odwiedzania kleryków w ich sypialniach”, a następnie w formie pisemnej wydał decyzję w której napisał, że po „sprawach, które wyszły” metropolita poznański „ma zakaz pojawiania się w seminarium bez uprzedzenia”.

To przypadek bez precedensu, gdyż arcybiskup, jako ordynariusz poznański, był nie tylko bezpośrednim przełożonym rektora, wszystkich władz seminarium, ale także każdego kościelnego urzędnika na terenie całej archidiecezji. Wystarczył jeden podpis metropolity i rektor stałby się natychmiast byłym rektorem. Każdy ordynariusz mianuje bowiem na takie stanowiska kogo chce i w każdej chwili może go także odwołać. Nie musi przy tym nikomu z niczego się tłumaczyć.

Sprawa tego incydentu odbiła się szerokim echem w całej archidiecezji, a po kilku dniach była szeroko komentowana nie tylko w całej archidiecezji, ale także w samym Episkopacie. Było to tym bardziej sensacyjne, że arcybiskup Juliusz Paetz, publicznie poniżony w tak spektakularny sposób przez swojego podwładnego, zupełnie na to nie zareagował, nie odwołał także w natychmiastowym trybie rektora, a z pokoju kleryków wyszedł jak uczniak przyłapany na czymś nagannym


W 2002 roku ks. Tadeusz Karkosz tylko raz skomentował ten incydent do dziennikarzy tłumacząc, że jako rektor jest odpowiedzialny za wszystkich młodych adeptów do kapłaństwa powierzonych jego trosce. To była piękna i jakże wzorowa postawa odpowiedzialnego kapłana. Tak powinien postąpić każdy rektor seminarium, ale nie znam takiego drugiego przypadku w tym kraju, aby którykolwiek rektor zdobył się na taki akt odwagi. Teraz, po blisko dwudziestu latach, ks. dr Tadeusz Karkosz nie chce się jednak na ten temat wypowiadać.


Czy z całej sytuacji wyszedł bez szwanku? Otóż nie. Poniósł dotkliwą karę, ale po czasie. Z niepotwierdzonych informacji wiem, ze sam nuncjusz i inni biskupi ingerowali w ten incydent, namawiając swojego poznańskiego kolegę do wyciągnięcia daleko idących konsekwencji wobec niepokornego rektora. Być może bracia w biskupstwie obawiali się, aby przykład odwagi rektora seminarium poznańskiego nie pociągnął reakcji łańcuchowej także w ich diecezjach. W końcu Paetz jest jeden, ale grzechy Paetza są o wiele liczniejsze…


Ks. dr Tadeuszowi Karkoszowi złamano jednak karierę naukową, mimo imponującego dorobku z zakresu teologii, stracił stanowisko rektora i musiał opuścić Poznań, zerwać kontakty z seminarium i z Uniwersytetem im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Metropolita poznański miał na tym uniwersytecie nieograniczone wpływy, szczególnie w czasach, gdy buławę rektora dzierżył prof. Stefan Jurga (któremu poświęcę jeszcze kilka wpisów). Odwołany rektor poznańskiego seminarium został duszpasterzem w odległej od stolicy Wielkopolski parafii. Taka była wówczas cena kapłańskiej odwagi.


A jak zachowali się w sprawie seksualnych wyczynów w poznańskim seminarium inni poznańscy kapłani? Różnie. Niektórzy chwalebnie, jak wspomniani ks. prof. dr hab. Tomasz Węcławski i ks. dr Tadeusz Karkosz, ale inni pewnie woleli by, aby o nich i ich zachowaniu nie wspominać. Wspomnimy wszystkich, bo…


Ciąg dalszy nastąpi…

 

Andrzej Gerlach

Ordo Iuris zastrasza brać akademicką w ramach wojny kulturowej między nauką a zabobonem. Dr Ewa Budzyńska uchyla się od nagany. Gowin ogranicza autonomię uniwersytetów.

 

Miejsce akcji – Komenda Policji  w Katowicach

Czas akcji – od kilku dni trwają intensywne i wyczerpujące przesłuchania studentów z Uniwersytetu Śląskiego.

Przesłuchanie odbywa się w obecności prawników z Ordo Iuris.

Studenci nie zostali poinformowani o celu przesłuchań.

Nieoficjalnie wiadomo jednak, że chodzi o skargę dotyczącą poziomu wiedzy naukowej dr. Ewy Budzyńskiej. Studenci złożyli odpowiednie zawiadomienie z uzasadnieniem,  na ręce władz autonomicznej uczelni, w związku z tym, że:

dr. Ewa Budzyńska wprowadza studentów w błąd i kształtuje postawy oparte na fałszywych informacjach, niezgodnych z obecną wiedzą naukową

 

Według studentów, podczas wykładów i zajęć dydaktycznych miała ona mówić im, że:

 

antykoncepcja to „działania antyspołeczne”

tabletki antykoncepcyjne mają działanie wczesnoporonne, czyli jest to aborcja

aborcja to morderstwo

NORMALNA rodzina składa się zawsze z mężczyzny i kobiety

teoria gender to tak naprawdę „ideologia”, jest jak komunizm

na Zachodzie eutanazji dokonuje się wbrew woli pacjentów, w ten sposób „pozbywają się” starszych osób

 

Komentarz

…Jeśli zatem jest to komplet jej osobistych poglądów – do których naturalnie ma prawo – to skarga studentów jest w pełni uzasadniona, ponieważ faktycznie nie jest to wiedza, ani tym bardziej naukowy wywód. Studenci na uniwersytetach mają prawo oczekiwać innych standardów ze strony wykładowców. Umówmy się, że luźne pogaduchy na temat światopoglądu jako takiego, do tego zapodanie go jako jedynie słuszny, to nie jest wykład naukowy. Można sobie pogadać o tym i o owym przy kawce, albo piwku na biwaczku, ale nie w murach szacownej i poważnej uczelni.

Pani Ewa Budzyńska po 28 latach nienagannej pracy – jak sama mówi o sobie – jako wykładowca na socjologii uniwersyteckiej, pewnego dnia postanowiła zrezygnować z naukowej postawy wobec faktów i spróbować czegoś nowego – agitacji, indoktrynacji, przemocy ideologicznej itp. Już nawet pomijając treści jakimi wypełniła się sala wykładowa – to sama jej postawa wobec studentów, samo stworzenie tej niestandardowej sytuacji, w której widać wyraźnie nadużycie pozycji wobec podległych jej ocenie studentów i studentek, jest nie tylko oczywistym skandalem ale i ordynarną prowokacją.

 

Zobaczmy co się dzieje dalej…

 

Rzecznik dyscyplinarny Uniwersytetu Śląskiego wszczyna postępowanie. Dr Budzyńska przed zakończeniem postępowania  zwalnia się z pracy, a ekstremiści katoliccy przejmują sprawę i obecnie prawnicy z Ordo Iuris biorą udział w zastraszaniu studentów – sygnalistów.

Świadkowie i obserwatorzy twierdzą, że studenci są przetrzymywani na komendzie po kilka osób, że poddawani są kilkugodzinnym przesłuchaniom i wychodzą po nich w opłakanym stanie.

Udało się w końcu dokładniej ustalić w jakiej sprawie studenci są wzywani  na przesłuchania.  Otóż prawnicy z Ordo Iuris, zgodnie z ich dewizą przewodnią, że  jak się chce psa uderzyć to kij zawsze się znajdzie, sformułowali oskarżenie z art.235 kk. o fałszowanie dowodów. Nie wiadomo tylko, czy oskarżeni są studenci, czy rzecznik dyscyplinarny, który przez rok prowadził rozpoznanie sprawy. W styczniu b.r. miało miejsce posiedzenie komisji dyscyplinarnej, ale nie zakończyło się żadną uchwałą.

Ze względu na epidemie kolejne posiedzenie komisji dyscyplinarnej z 13 marca zostało odroczone aż do powrotu normalnego trybu pracy uniwersytetu. Tyle jeśli chodzi o stan formalny.

 

A co w kółku katolickich ekstremistów?

W obronę prof. Budzyńskiej zaangażował się Instytut Kultury Prawnej „Ordo Iuris”. – Zarzuca się pani profesor, że nie podziela ideologii gender – skomentował dr Marcin Olszówka z tego instytutu.

Poparcie dla prof. Budzyńskiej wyraziło ponad 33 tys. osób, które podpisały petycję do władz Uniwersytetu Śląskiego. W obronie profesor stanęli też metropolita katowicki abp Wiktor Skworc i działająca przy nim Rada Społeczna.

źródło

Za prof. Budzyńską i wolnością słowa opowiedział się wicepremier Jarosław Gowin. Wicepremier Zbigniew Ziobro polecił prokuraturze przebadać sprawę prowadzonego przeciwko niej postępowania dyscyplinarnego. Minister Michał Woś zauważył, że skandaliczne jest uzasadnienie wniosku rzecznika dyscyplinarnego, które odnosi się m.in. do ideologii gender.

źródło

…a następnie Ordo Iuris sformułuje wykładnię dla ówczesnego ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego, Jarosława Gowina, która brzmi tak:

Ordo Iuris ocenia jednak, że w tej sprawie chodzi w istocie o wolność akademicką. – Nie można wymagać od wykładowcy, aby pominął w toku prowadzonych przez siebie zajęć treści istotne z punktu widzenia omawianego tematu. Z pewnością treści wykładu nie można także dostosowywać do przekonań słuchaczy. Nie można również żądać, aby wykładowca zaniechał wyrażania uzasadnionych naukowo wątpliwości lub zastrzeżeń wobec prezentowanych zjawisk. Co więcej, takie oczekiwanie byłoby bezprawną cenzurą konstytucyjnie gwarantowanej wolności akademickiej z oczywistą szkodą dla kształtowania umiejętności krytycznej analizy stereotypów, w tym stereotypów budzących niechęć wobec chrześcijaństwa – mówi Magdalena Majkowska z Centrum Interwencji Procesowej „Ordo Iuris”.

…Innymi słowy, wymaganie naukowego podejścia od wykładowców uniwersyteckich, to tłamszenie wolności akademickiej, cenzura i atak na kościół, a prezentowanie jedynie słusznego światopoglądu zamiast naukowej wykładni, to uzasadniona naukowo(?) wątpliwość, którą akademicy mają obowiązek wygłaszać, nie licząc się z przekonaniami słuchaczy, bo?

Bo TKM !!!

 

I co natychmiast robi Jarosław Gowin?

 

W związku z odnotowanymi przypadkami naruszania zasady wolności wyrażania poglądów na uczelniach, resort nauki zdecydował się zaproponować rozwiązania, które mają wzmocnić akademicką wolność.

Czy czujecie ten mdły zapach hipokryzji? A rozumiecie język zawłaszczenia – nie? Zaraz tłumaczę – Gowin chce założyć autonomicznej uczelni kaganiec na akademicką wolność w postaci speckomisji, decydującej za władze uczelni, kto, kiedy i na jaki temat może w jej murach się wypowiadać i nazywa to wzmocnieniem akademickiej wolności. Trzeba przyznać, że osłuchanie się ze specyficznym językiem kościoła daje efekty, a ciemny lud i tak się nie pozna na sztuczce.

W tym samym czasie  koledzy Gowina z Ordo Iuris, rozbrajająco szczerze przyznają, że:

 

– Zbudowaliśmy machinę, która jest gotowa przeciwstawić się inwazji ideologii wchodzących do Polski – mówi szef Ordo Iuris

  • a ma zapewne na myśli ekologię ( to taka nauka o równowadze w środowisku naturalnym)
  • prawa człowieka i takie niebezpieczne zjawiska jak równość, wolność, braterstwo ( zdobycze rewolucji francuskiej)
  • ideę walki z globalnym ociepleniem
  • ideę globalnej wioski ( obywatele świata)
  • solidaryzm społeczny i odtrutkę na niewolnictwo ekonomiczne ( ideolo lwicujące)

… a machina ta polega na uszczelnieniu wszystkich systemów państwa w taki sposób, by pracowały sprawnie tylko dla jednej ideologii, jedynej słusznej i  konserwatywnej wizji świata oraz  chroniły biznes katolicki. Trochę to trwało, ale w końcu w 2015 roku można było mocno przyspieszyć dzięki nieudolności opozycji antyPIS… A już po pięciu latach ich zarządzania i demontażu demokracji, słuszni ludzie prawicy są dosłownie wszędzie – w edukacji, w zarządzaniu opieką zdrowotną, w bankowości, w spółkach skarbu państwa, w NFZ i ZUS, w US, PIPie, wśród dowództwa sił zbrojnych, w Sądzie Najwyższym, ale i w samorządach, zarządach i nierządach – wszędzie!

Kamera OKO.press na spotkaniu Ordo Iuris

Spotkanie komisarza Stępkowskiego. Kamera OKO.press na półzamkniętej konferencji Ordo Iuris.„Jedna osoba umieszczona na eksponowanym stanowisku znaczy więcej niż setki działaczy, czy dyskutantów". "Trzeba umieszczać swoich ludzi na kluczowych stanowiskach, żeby osiągnąć cele. Tak zdziałamy o wiele więcej". "Modlić się, pracować, ale z przebiegłością. Czeka nas bitwa trudna i długa (…), ale zwyciężymy. Pamiętajcie – praca, odwaga i przebiegłość” – to słowa hiszpańskiego prawnika Francisco Javiera Borrego Borrego wypowiedziane do grona członków i sympatyków Ordo Iuris na konferencji zorganizowanej przez Aleksandra Stępkowskiego, obecnie tymczasowego prezesa SN, w Warszawie przed prawie czterema laty. Członkowie Ordo Iuris, skrajni konserwatyści i religijni fundamentaliści, piszą projekty ustaw (m.in. o całkowitym zakazie aborcji, wolności akademickiej), przygotowują ekspertyzy, przenikają w struktury władzy. Wszystko zgodnie z powyższą instrukcją.Materiał Roberta Kowalskiego

Gepostet von OKO.press am Freitag, 22. Mai 2020

Tak to działa. Mniej więcej.

 

Tak komentują wydarzenia sami studenci:

 

Jak wynika z opinii prawników zarzuty są absurdalne i nie trzymają się kupy. Wszystko wskazuje na to, że Ordo Iuris chce po prostu zastraszyć studentów, by każdy kolejny bał się złożyć podobną skargę.

Nawet kiedy jego wykładowca będzie opowiadał nienaukowe bzdury.

Zresztą właśnie o to chodzi: by przełamać opór uniwersytetów, które nie chcą wpuszczać w swoje mury różnego rodzaju szarlatanów opowiadających o „terapii zmiany orientacji seksualnej”, związkach homoseksualizmu z pedofilią, płaskiej Ziemi, czy zabójczych szczepionkach.
źródło

 

I jeszcze krótka notatka ze strony Polskiego Towarzystwa Kulturoznawczego:

 

 

Tymczasem nasza bohaterka, mówi o tym w jeszcze inny sposób

 

Tutaj nie chodzi o mnie! Dzisiaj jestem na uczelni, jutro mnie nie będzie. Chodzi o podstawowe wolności akademickie, o to, by moi młodsi koleżanki i koledzy mogli w pełni wolności interpretować zjawiska społeczne i aby nikt ich nie ścigał donosami – powiedziała w piątek prof. Budzyńska. Dodała, że postępowanie w jej sprawie toczy się długo, bo już ponad rok. – Chodzi o działanie określane jako maglowanie delikwenta, to ma być przestrogą dla innych nauczycieli, aby inni nie głosili poglądów niezgodnych z poprawnością polityczną – podkreśliła.

źródło

źródło: Polskie Radio, polskieradio24.pl

Rozumiem prof. Ewę Budzyńską – poprawność polityczna musi bardzo jej doskwierać. Ta poprawność nie musiała by w ogóle istnieć w obyczajach publicznych, gdyby w tej przestrzeni nie było takich jak ona i jej podobni – ludzi absolutnie odpornych na wiedzę, utkanych jak patchwork ze stereotypów, lęków i fobii, dla których każda zmiana, to uderzenie z siłą huraganu, w ich marną niestety konstrukcję. Ale są i to wcale liczni… więc i poprawność musi być, żeby chronić tych, których by obrażali, deptali, pluli, zaszczuwali, korzystając naturalnie z pełni wolności interpretacji zjawisk społecznych – o co postuluje dla swoich młodszych koleżanek i kolegów, koniecznie w ramach wolności akademickiej pani Profesor, a minister  zatwierdzi…

 

 

Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych (…) poinformował, że na katowickiej komendzie policji trwają przesłuchania studentów Uniwersytetu Śląskiego.

Antyrasistowski ośrodek poinformował, że(…) w środku są obecnie – policjant i prawnik Ordo Iuris. Studenci siedzą w środku po kilka godzin, wychodzą roztrzęsieni, dziewczyny płaczą.

– Wygląda to na przesłuchanie w celu zastraszenia, a nie standardowe działania organów ścigania – czytamy na Facebooku Ośrodka Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych.

źródło

 

 

 

Święte prawo własności sprzyja rabunkowej działalności i niszczy środowisko w którym żyjemy.

Pod Pabianicami wycięto 10 ha lasu, by mogła tam powstać kopalnia piasku. Przeciwko kościelnej inwestycji protestują mieszkańcy wsi i Partia Zieloni.

Źródło czytaj dalej…

 

Pewnie zacznie się znowu nagonka na ekologów, biologów, ludzi chroniących dobra przyrody i naszego dobra przy okazji…

Ekologom domalują gębę jakiejś ideologii, bo ten numer sprawdza się jak mało co, w szczuciu przeciwko każdemu, kto zechce zaprotestować przeciwko samowoli kleru, na ponad 140 tys. hektarów ziemi. Dodajmy, że chodzi o ziemię oddaną najpierw w ramach nie zawsze legalnej działalności komisji majątkowej, oraz  darowanej za darmo przez samorządy terytorialne nie wiadomo w zasadzie po jaką cholerę i za co? Żeby choć ich modły były skuteczne, ale każdy widzi, że nie są! Więc? Chciałabym znać odpowiedź na pytanie czym się kierowały samorządy, ich poszczególni radni. Co mieli w zamian? Zapytać ich, czy się opłacało?

Święte prawo własności to hasło wytrych wszędzie tam, gdzie chce się wyhamować zdrowy rozsądek nakazujący roztropność i odpowiedzialne działanie. Bo święte – znaczy nienaruszalne – czyli w wolnym tłumaczeniu – właściciel może robić co chce, nikt nie ma prawa mu niczego zabronić, nawet jeśli to wysoce szkodliwe i niebezpieczne dla reszty świata. Bo jak ktoś jest właścicielem, to reszta świata przestaje go na ogół interesować.

 

 

Z powodu świętego prawa własności w takim Krakowie na przykład wiele kamienic niszczeje w oczach, bo właściciele nie potrafią podzielić nieruchomości, nie potrafią się dogadać w kwestii sprzedaży, rozbiórki czy przeznaczenia jej na jakieś cele społeczne. Bo święte znaczy nienaruszalne, moje, i tylko ode mnie zależy itd itp… A tak naprawdę, to prawo reprywatyzacyjne nie zostało do dziś uregulowane, w sposób który nie urągałby poczuciu sprawiedliwości i uwzględniałby również interes społeczny mieszkańców, nie wspominając już nawet o zdrowym rozsądku. Tak więc całe stare miasto opustoszało, nie ma w nim jego mieszkańców, a wiele kamienic stoi pustych, choć miasto cierpi na brak lokali komunalnych, a ilość bezdomnych rośnie z roku na rok.

 

 

Podobnie rzecz się ma z terenami rolniczymi, obszarami leśnymi, łąkami na podmokłych terenach – jak jesteś właścicielem, możesz sobie teren osuszyć, postawić na nim każdego szpetnego gargamela, nie martwiąc się o to, że psujesz krajobraz i urok okolicy… i niszczysz być może nisze rzadkich gatunków… Zmyślam teraz – nie mam nic konkretnego na myśli, ale pewna jestem, że takie poczynania mają miejsce, bo dlaczego nie? Przecież każdy plan zagospodarowania miejscowego przy odpowiednich wejściach i znajomościach, albo przynajmniej gdy się ma tupet, a prawo w tyle… da się obejść, zlekceważyć, a jak się jest duchownym, to w ogóle można wszystko. Taka jest w Polsce praktyka.

 

 

I to nie jest dobra praktyka. Całe święte prawo własności jest mało święte i ma na swoim koncie wiele drwin z ludzkiej niemocy w przeciwstawianiu się jego mocy sprawczej.

 

 

W łódzkiej sprawie, gdzie wycięto już 10 hektarów zdrowego lasu planuje się zrobić kopalnię piasku? A jak się hierarcha rozmyśli, drewno sprzeda, a 10 hektarów piachu odsprzeda – wszak wolnoć Tomku w swoim domku!? Po co archidiecezji kłopot z jakąś kopalnią. Oni zawsze woleli gotowy, twardy pieniądz. Za taki twardy grosz kupują najlepsze nieruchomości w dużych miastach na całym świecie. Nie tylko w Rzymie, Londynie czy Nowym Yorku, wszędzie, w Krakowie też. W zasadzie w Krakowie to kler jest właścicielem 70 % miasta. Zwolnieni od podatków. Wyobrażacie sobie jakie straty ponosi miasto  tylko z tego jednego powodu?

Póki co nie ma większego sensu brnąć w tą krytykę. Musimy przemyśleć prawo własności od początku i sprawić, żeby było mniej święte, a więcej zwyczajne, pożyteczne, dające właścicielowi poczucie stabilizacji i bezpieczeństwa, gdzie współpraca z odpowiednim sektorem gospodarki zasobami, w oparciu o głos doradczy i pomoc specjalistów w różnych dziedzinach, będzie dla właściciela pomocą, a nie zmorą, która spać nie daje i dusi po nocy.

Bo skąd u licha taki pierwszy lepszy właściciel czegokolwiek ma wiedzieć, że reklamy wielkopowierzchniowe w terenie otwartym psują krajobraz, albo, że sklecony byle jak, za marne grosze płot rani oczy przechodnia, albo piętnastopiętrowy  budynek ze szkła i aluminium nijak się ma do górskiego pejzażu. Przecież tego w szkole nie uczyli, a kapitał kulturowy wyniesiony z domu pozostawia wciąż wiele do życzenia. Zwłaszcza jak się przez kilkadziesiąt lat co jakiś czas słyszy od księdza z ambony i czyńcie sobie ziemię poddaną. Amen.

kuna2020Kraków

 

Abp Juliusz Paetz. Mechanizmy przemocy i władzy. Część 22 i 23

 

 

ABP JULIUSZ PAETZ – część XXII.

Gdy ktoś dziś zapyta z czego zasłynął abp Juliusz Paetz, każdy odpowie, że ten hierarcha molestował kleryków poznańskiego seminarium. Tak odpowie dziennikarz, polityk, historyk Kościoła, człowiek wierzący i niewierzący, chodzący do kościoła i taki, którego nigdy nikt w kościele nie widział i nie zobaczy.

Pisałem w przeszło dwudziestu wcześniejszych odcinkach tego cyklu, jak skomplikowana była życiowa droga tego zdemoralizowanego człowieka. A mimo to wszystkim kojarzy się on jedynie z molestowaniem i seksualnym wykorzystywaniem poznańskich adeptów do kapłaństwa.


Jak ich wybierał? Czym się kierował? Dziś już nikt nie jest prawdopodobnie w stanie odpowiedzieć na te istotne pytania, a tę tajemnicę abp Juliusz Paetz zabrał prawdopodobnie na zawsze, kilka miesięcy temu do grobu. Wśród wybrańców arcybiskupa poznańskiego byli bowiem zarówno młodzi homoseksualiści jak i młodzieńcy heteroseksualni, mężczyźni o urodzie chłopięcej i klerycy o zdecydowanie męskich rysach. Blondyni i bruneci. Jednym słowem wybrańcem zdemoralizowanego metropolity mógł zostać każdy student teologii z poznańskiego seminarium.


Wybrany w danym dniu kleryk otrzymywał w dyskretny sposób specyficzny prezent. Były nim czerwone stringi z napisem „ROMA”, które wybrany szczęściarz miał czytać od tyłu czyli z „ROMY” robił się „AMOR”. To było zaproszenie i czytelny sygnał, że najbliższy wieczór, a być może także noc wybrany kleryk spędzi w rezydencji swojego metropolity.


Dla wybranych młodzieńców o skłonnościach homoseksualnych, których nigdy nie brakowało w środowisku Kościoła Katolickiego, takie wybranie nie stanowiło większego dylematu moralnego, a wręcz mogło być, i często było, trampoliną do dalszej kariery w archidiecezji. Do dziś wielu z nich pełni zaszczytne funkcje w Kościele poznańskim i nie tylko na terenie samej archidiecezji. Warto więc im teraz głośno przypominać, że ta ich błyskotliwa kariera w Kościele, zaczęła się od męskich stringów z napisem „ROMA”, a następnie rozwijała się przez sypialnie i wannę metropolity poznańskiego.


Ale nie wszyscy wybrani przez arcybiskupa klerycy byli homoseksualistami, którzy ze swojej orientacji seksualnej chcieli stworzyć biznes. Byli wśród nich także heteroseksualni młodzieńcy, a nawet tacy, którzy nie akceptowali zalotów swojego przełożonego, bronili swojej moralności i swoich zasad. Tym było najgorzej i ci popadali w największe moralne rozterki. W zaistniałej sytuacji molestowani klerycy szukali ratunku między innymi wśród swoich wykładowców w seminarium, którzy na codziennych wykładach mówili im o Bogu, moralności i wartościach chrześcijańskich, których strażnikami winni być ludzie Kościoła.

Jednak wykorzystywani seksualnie studenci teologii, nie u wszystkich swoich seminaryjnych przełożonych znajdowali zrozumienie. W ciągu dnia były zatem wzniosłe wykłady z teologii, filozofii, etyki czy z prawa kanonicznego, a wieczorem męskie czerwone stringi z napisem „ROMA”. Ci, którzy nie wytrzymywali napięcia, porzucali seminarium i odchodzili z upragnionej drogi do kapłaństwa. Dziś trudno nawet policzyć, ilu młodym ludziom z poznańskiego seminarium złamano w ten sposób życie.


Nie wszystkie przy tym rodziny odchodzących z poznańskiego seminarium kleryków akceptowały fakt, że ich syn, który miał zostać upragnionym księdzem, wracał do domu bez sutanny, a ponadto nazywał arcybiskupa „pedałem” czy zboczeńcem. Po nocach płakał, krzyczał, chodził na terapię, a nawet korzystał z pomocy psychiatry. Takich relacji czytałem wiele. Są wstrząsające… Nawet teraz czytane po latach.


O molestowanych klerykach poznańskiego seminarium i upojnych chwilach spędzanych przez nich w sypialni i w wannie poznańskiego metropolity, początkowo po budynku seminarium, a następnie po całym mieście, krążyły nieprawdopodobne legendy. Wszyscy wiedzieli, ale nie wszyscy reagowali tak jak powinni. W duchu Ewangelii, moralności i chrześcijańskich zasad. Nie reagowali przede wszystkim ludzie Kościoła, zarówno tego lokalnego jak i tego ogólnopolskiego. Ci najbardziej wpływowi i ci, którzy winni reagować w pierwszej kolejności. A wiedzieli wszyscy…
A jak reagowali na grzech rozwijający się w cieniu poznańskiej archikatedry poszczególni hierarchowie, politycy, ludzie mediów i świata kultury, napiszę w kolejnym odcinku tego cyklu, gdyż…

Ciąg dalszy nastąpi…

***

ABP JULIUSZ PAETZ – część XXIII.

Metropolita poznański już od dawna wykorzystywał seksualnie młodych mężczyzn ze swego otoczenia, osoby świeckie, kleryków seminarium poznańskiego, a także utrzymywał liczne kontakty, o podłożu seksualnym z przedstawicielami świata akademickiego, artystycznego i biznesowego Poznania. Nie krył się zupełnie ze swoimi skłonnościami, a niekiedy nawet zapominał o elementarnej dyskrecji.

O jego homoseksualnych zdobyczach krążyły po mieście legendy. Czy zatem nikt na nie nie reagował? Czy nikt z osób duchownych nie zdobył się na powiedzenie swojemu metropolicie, że jego zachowanie jest nie do zaakceptowania? Okazuje się, że kilku najbliższych współpracowników grzesznego hierarchy zareagowało.

Dziś wymienię tych, którzy wystąpili przeciwko grzechowi swojego metropolity w pierwszym szeregu, ale jako kapłani zapłacili za swoją niezłomną postawę bardzo wielką cenę.

Niewątpliwie jedną z osób niezłomnych w tej bulwersującej sprawie, był w tym okresie czasu ks. prof. dr hab. Tomasz Węcławski (rocznik 1952, wyświęcony na kapłana w 1979 roku), rodowity Poznaniak, wówczas dziekan Wydziału Teologicznego Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. To między innymi do niego zwracali się krzywdzeni klerycy poznańskiego seminarium. Czy wszyscy? Nie. Tylko nieliczni.

Obecnie szacuje się, że molestowany przez abp Juliusza Paetza w różnych okresach studiów mógł być nawet co trzeci kleryk. Dlaczego zatem tak niewielu z nich zgłosiło to co działo się podczas niespodziewanych wizyt arcybiskupa w pokojach kleryków? Dlaczego zaledwie kilku studentów teologii opowiedziało o męskich czerwonych stringach z napisem ROMA.

Bo wielu z nich takie zachowanie przełożonego nie przeszkadzało, robili to już od dawna z innymi mężczyznami jako czynni homoseksualiści, a uleganie kaprysom hierarchy gwarantowało im skróconą ścieżkę kariery. Jednak dla kilku był to ich życiowy dramat. I to w ich obronie stanął ich dziekan.


Ksiądz dziekan zareagował tak jak powinien każdy kapłan archidiecezji, a przede wszystkim jak każdy wykładowca w seminarium, który nie tylko na wykładach, ale także poza salą wykładową dawał dowody, że obowiązkiem każdego kapłana jest stawać po stronie dobra, sprzeciwiać się złu, nawet gdy pochodzi od przełożonego i zawsze chronić skrzywdzonych.


Ks. prof. Tomasz Węcławski i rektor poznańskiego seminarium, ks. dr Tadeusz Karkosz, jako pierwsi stawili opór złu w diecezji. Liczyli, dziś wiemy, że zupełnie naiwnie, że po ich stronie stanie cała instytucja Kościoła, stanie Nuncjatura Apostolska w Warszawie, stanie Polski Episkopat, stanie Watykan na czele którego stoi sam papież Jan Paweł II. Nie stanął nikt.

 

 


Pisali listy do nuncjatury, do Episkopatu, do Watykanu w okresie Synodu Biskupów. Załączam dla Państwa jeden z nich, list z dnia 20 września 2001 roku, a takich dokumentów z tego okresu mam wiele. Wiem, że to wyjątkowo osobista korespondencja, ale chcę, aby opinia publiczna w tym kraju poznała jak najwięcej szczegółów z tych, jakże dramatycznych wydarzeń. List ten poza duchownymi podpisał także Paweł Wosiński, przewodniczący Federacji na Rzecz Życia Poczętego.

 

 

 

 

Adresatami jego z dnia 20 listopada 2001 roku byli księża biskupi, delegaci Episkopatu Polski na Synod Biskupi w Rzymie: abp Tadeusz Gocłowski CM, metropolita gdański, abp Józef Michalik, metropolita przemyski i przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski, abp Henryk Muszyński, metropolita gnieźnieński, bp Antoni Dydycz OFM Cap, ordynariusz drohiczyński. Kopia listu trafiła do nuncjusza w Warszawie, abp Józefa Kowalczyka, do którego był to już kolejny sygnał w sprawie seksualnych nadużyć poznańskiego hierarchy.


Jaki był efekt tych działań? List zabrany do Rzymu podobno trafił na Synodzie Biskupów do samego papieża Jana Pawła II. Ale papież nie zareagował. Zareagował natomiast nuncjusz w Warszawie, abp Józef Kowalczyk. Był od lat bliskim przyjacielem abp Juliusza Paetza, jeszcze z okresu rzymskiego. Nie wnikam jakie relacje ich łączyły, ale wiem, że nuncjusz zrobił rzecz niewybaczalną.

Zadzwonił do poznańskiego kolegi i poinformował go o wszelkich działaniach jego podwładnych. Zażądał także, aby poznański metropolita zrobił w swojej archidiecezji z niepokornymi podwładnymi porządek. I abp Juliusz Paetz zastosował się do rad czy poleceń kolegi w dosłowny sposób.

Rozpoczął na poznańskim uniwersytecie nagonkę na dziekana Wydziału Teologicznego i z pomocą ówczesnego rektora tejże uczelni, prof. Stefana Jurga (o którym napisze nieco więcej w kolejnych odcinakach tego cyklu) doprowadził do jego usunięcia z zajmowanego stanowiska. Księża archidiecezji poznańskiej i pracownicy poznańskiej uczelni, zobaczyli jak przez tego kapłana „przetoczył się walec” instytucji Kościoła i samego arcybiskupa. Watykan nie zareagował. Ks. prof. Tomasz Węcławski pozostał w tym starciu bez szans.


Rozpoczęta nagonka doprowadziła do sytuacji, że ten niezłomny kapłan zdecydował się odejść z uczelni, z archidiecezji, z kapłaństwa, a z czasem poprzez akt apostazji także z samej instytucji Kościoła. Po latach ożenił się i przyjął nazwisko żony. Obecnie, jako Tomasz Polak, prowadzi badania i wykłady akademickie na świeckiej uczelni. Tak kończą w instytucji Kościoła ci, którzy przeciwstawili się złu, przeciwstawili się grzechowi jaki od lat rozgrywał się w cieniu poznańskiej archikatedry.


Ks. prof. Tomasz Węcławski (Tomasz Polak) nie był jedynym, który zdał wówczas swój egzamin z kapłaństwa i chrześcijaństwa. Byli i inni, ale o nich dowiecie się Państwo w kolejnych odsłonach tego cyklu.


Ciąg dalszy nastąpi…

 

Andrzej Gerlach

Wpadka Ziobry. Nakaz specjalnego traktowania kościoła wbrew zasadzie równego traktowania…

Bo niby wiemy, że w Polsce są równi i równiejsi… byli za komuny, są i teraz, bo i czemu nie, skoro metoda działania władzy taka sama… Skoro uniewinnia wskazanego kolegę i to zanim sąd wydał wyrok… skoro wywala się nasze pieniądze na druk kart wyborczych bez trybu, bez uchwały, bez jakiejkolwiek podstawy…

Różne patenty wdrożył PIS w nasze publiczne życie, a niemal wszystkie te „obyczaje” nie zgodnie z prawem i konstytucją. I nie mówię już nawet o tym jak przejechał się po najważniejszych instytucjach stojących – teoretycznie tylko – na straży demokracji, bo to grube sprawy… Mówię o tym, że nowym sposobem na sprawowanie władzy i to na wszystkich jej szczeblach jest rządzenie za pomocą gęby – tak! Gęby! Polega to na tym, że się nie zapisuje uchwał, nie robi żadnych notatek służbowych, protokołów, nie wydaje się przede wszystkim poleceń na piśmie. A dopóki ich nie ma na piśmie, to nie stanowią informacji publicznej! Prawda, że genialne!

Inny patent PIS-u to pierwszy taki na uskutecznienie „zjeść ciastko i mieć ciastko” Doskonałym przykładem realizacji tego postulatu jest Tarcza antykryzysowa i np. trzynasta emerytura. Tarcza, dlatego, że obiecuje i jednocześnie w rozporządzeniach tak zabezpiecza realizację Tarczy by nikt nic nie dostał z obiecanej pomocy – genialne!!

Ale to dopiero teraz, na fali epidemicznego wzmożenia, kreatywność prezesa i jego zaufanych eksplodowała niczym gejzer… Wcześniej jednak dużo pisali, zakładając prawdopodobnie, że będą rządzić długo i szczęśliwie, abstrahując całkowicie od samopoczucia suwerena, który pozbawiony możliwości skutecznego weta, odpłynie na wewnętrzna emigrację i wreszcie przestanie PIS-owi przeszkadzać w upajaniu się własną wielkością i geniuszem prezesa partii.

Popełnili więc i taki dokument, w którym jawnie  niedwuznacznie nakazuje się

Nie drażnić Kościoła w sprawie pedofilii księży. Tajne i bulwersujące wytyczne dla prokuratorów

 

Czytajcie dalej. Ja już mam to za sobą i nie powiem, że mnie to jakoś specjalnie zaskoczyło, ale jednak domyślać się, a zobaczyć na własne oczy – czyni pewną różnicę…

Śledczy mogą żądać kościelnych dokumentów w sprawie pedofilii księży. Ale Prokuratura Krajowa stanowczo ich do tego zniechęca.

 

Dodam, że za nie podporządkowanie się temu zaleceniu całkiem realnie grozi dyscyplinarka, o czym sędziowie i prokuratorzy doskonale wiedzą – choć nikt oczywiście nie grozi im wprost, a już na pewno nie na piśmie…

Źródło Wyborcza.pl Poznań.

 

PS>: nie wykonywanie testów na koronawirusa w odpowiedniej ilości, od początku epidemii, to także znakomity patent na nie posiadanie rzetelnej wiedzy o stanie epidemii, co z kolei pozwala rządowi karmić nas kłamstwem na ten ważny temat. Nie będą istniały dowody statystyczne – nie będzie podstaw do zadawania niemądrych pytań typu –  dlaczego rząd wprowadza odmrażanie szkół, przedszkoli, restauracji itp… , gdy rośnie liczba zgonów i zakażonych ? 

 

kuna2020Kraków

Międzynarodowy Dzień Pielęgniarek. Są ofiary wśród białego personelu medycznego. Nie jesteśmy pewni czy to ofiary koronawirusa czy indolencji rządzących

 

Do Pielęgniarek, Pielęgniarzy i Położnych!

Szanowni Państwo, od kilku miesięcy piszemy w „Gazecie Wyborczej” o Waszej pracy.

Dziękujemy Wam, że chcieliście nam opowiedzieć o codziennych problemach związanych z wykonywaniem Waszego zawodu i dzielić się z naszymi czytelnikami swoimi osobistymi historiami.

Wszyscy potrzebujemy Waszej opieki na każdym etapie życia. Przynosicie nam nie tylko fachową pomoc medyczną w chorobie, ale też dobre słowo, wsparcie i uśmiech. I za to jesteśmy Wam wdzięczni.

Wasz trud i poświęcenie często z narażeniem własnego zdrowia doceniamy zwłaszcza teraz, gdy cały świat walczy z pandemią koronawirusa.

Wasz zawód nieustannie nas fascynuje. Chcemy dalej pisać o tym, jak radzicie sobie z obecnym obciążeniem i strachem. Dlaczego wybraliście taki, a nie inny zawód? Czy uważacie, że epidemia zmieni postrzeganie zawodów medycznych przez pacjentów?

Dziś z okazji Międzynarodowego Dnia Pielęgniarek dziękujemy Wam za Waszą pracę.

Zespół „Gazety Wyborczej” wraz z partnerami akcji „Pod dobrą opieką” – Naczelną Izbą Pielęgniarek i Położnych oraz firmami ARJO, Skamex i Novamed

 

ŹRÓDŁO

 

Dołączamy się do tych życzeń i żywimy nadzieję, że wygracie tę wojnę mimo wielu niedogodności i mimo przeszkód jakich nie szczędzą Wam zarówno wasi pracodawcy jak i nasi rządzący i zarządzający opieka zdrowotną. Chcielibyśmy także aby wasze poświęcenie w czas pandemii było odpowiednio  gratyfikowane.

Składamy także kondolencje rodzinom tych, którzy polegli na pierwszej linii frontu. Cześć Ich Pamięci.

PolskiAteista.pl

 

PS: w dodatku toruńskim GW możemy przeczytać że:

Dzisiaj z jednej strony media przedstawiają naszą ciężką pracę, z drugiej strony wylewa się fala hejtu na wszystkich pracowników medycznych, nie tylko na pielęgniarki i położne – to nie spowoduje, że nagle tłumy absolwentów liceów, tłumy maturzystów ruszą do uczelni i będą chciały się uczyć. Na pewno obecna sytuacja pokazuje trudności naszego zawodu, zawodu, w którym nie można odmówić udzielania pomocy. Docierały do nas przecież informacje, że pielęgniarki przenoszone są z jednego miasta do drugiego, aby udzielać świadczeń medycznych. Boimy się, że chęci podejmowania pracy w tym zawodzie będzie mniej. Ale mamy nadzieję, że decydenci zauważą, że jest taka grupa, która tak jak wojsko pójdzie wykonywać swoje zadania, zostawi dzieci i mężów i będzie świadczyć pomoc, mimo ryzyka zakażenia się w pracy i przyniesienia zakażenia do domu. A czasami nawet zapłaci za to najwyższą cenę, jak nasza koleżanka.[…]

[…]W kwietniu u 10 osób pracujących w toruńskim szpitalu zakaźnym wykryto koronawirusa. Wśród zakażonych byli m.in. ratownicy, lekarka, pracownik techniczny, ale największą grupę stanowiły pielęgniarki. Jedną z nich była Katarzyna Zawada. Przewieziono ją do szpitala w Grudziądzu, tam zmarła. Sześciu innych zakażonych koronawirusem pracowników szpitala już wróciło do pracy.[…]

ŻRÓDŁO

 

Czas pandemii odkrywa przed nami całe spektrum postaw, jakie ludzie prezentują w zależności od środowiska, wychowania, kapitału kulturowego jaki przejęli po rodzicach… I widać wyraźnie, że jesteśmy bardzo różni – to nic złego, to normalne, ale to nie znaczy, że hejtowanie pracowników opieki zdrowotnej nie będzie podlegać ocenie, krytyce i wyciąganiu konsekwencji… Przemoc i ostracyzm środowiskowy, to nie jest godne zachowanie wobec współobywateli, zwłaszcza, że chodzi o tych, którzy stoją na pierwszej linii i pilnują, by wirus nie rozlał się w sposób niekontrolowany.

Planowane przez Premiera poluzowanie zaleceń uważamy za pomysł całkowicie pozbawiony podstaw i  groźny w skutkach, bo druga fala może całkowicie rozłożyć system opieki zdrowotnej, a to oznacza wiele ofiar i nie tylko ofiar koronawirusa mam na myśli.

 

Kuna2020Kraków

Abp Juliusz Paetz. Mechanizmy przemocy i władzy. Część 18 i 19

 

ABP JULIUSZ PAETZ – część XVIII.

 

 

Wspominałem już w poprzednich odsłonach tego cyklu, że od przyjścia do diecezji łomżyńskiej, bp Juliusz Paetz robił wszystko, aby otrzymać inną, prawdopodobnie bardziej dochodową i dająca większy prestiż diecezję w Polsce. Jego działania zmierzały przede wszystkim w kierunku pozyskania w tym względzie nowego nuncjusza w Warszawie, którym był od czasu ponownego nawiązania stosunków dyplomatycznych pomiędzy Polską, a Stolica Apostolską, kolega bp Juliusza Paetza z okresu rzymskiego, abp Józef Kowalczyk.


Biskup łomżyński liczył przede wszystkim na metropolie poznańską, ale tam rządził silną ręka abp Jerzy Stroba, którego z papieżem Janem Pawłem II łączyły długoletnie więzi nie tylko przyjaźni, ale i ścieżki kariery w Kościele. Wojtyła i Stroba byli niemal w podobnym wieku (Stroba był pięć miesięcy starszy), ale także w jednym dniu, 4 lipca 1958 roku, zostali mianowani biskupami pomocniczymi. Ks. Jerzy Stroba w Gnieźnie, a ks. Karol Wojtyła w Krakowie. W 1958 roku byli oni najmłodszymi biskupami w polskim Episkopacie. Więc wiadomo było, że aby uzyskać nominację na następstwo po Strobie trzeba się mocno postarać.

I Paetz się starał. Mocno się starał. Zarówno w warszawskiej nuncjaturze jak i w watykańskiej Kongregacji Do Spraw Biskupów w Watykanie. Ale decydująca decyzja należała jak zawsze do papieża. który znał Kościół w Polsce, polskie diecezje i ich realia.

Do pierwszego podejścia doszło pod koniec 1994 roku, gdy metropolita poznański kończył 75 lat i zgodnie z prawem kanonicznym, był zobowiązany do złożenia na ręce papieża, wniosku o przejście na emeryturę. Równocześnie nuncjatura warszawska złożyła na wymaganym ternie i przesłała do Rzymu, trzy nazwiska potencjalnych kandydatów na tron metropolity poznańskiego. Abp Józef Kowalczyk, który już wówczas „zachwaszczał” nam polski Episkopat ludźmi niegodnymi: byłymi tajnymi współpracownikami SB, gejami i alkoholikami, stanął na wysokości zadania i tym razem. Listę na przygotowanym dla Watykanu ternie, otwierał biskup łomżyński Juliusz Paetz.

I stała się rzecz, która wielu zaskoczyła. Ordynariusz łomżyński, który, jak wynika to z relacji jego współpracownika z kurii, już przyjmował gratulacje i przygotowywał się do przeprowadzki do Poznania, został zaskoczony decyzją papieża. Abp Jerzy Stroba dostał od Jana Pawła II przedłużenie na pełnienie dotychczasowej funkcji w Kościele poznańskim, na co najmniej kolejne dwa lata.

Do sprawy powrócono zatem wiosną w 1996 roku. I oficjalnie w dniu 11 kwietnia 1996 roku, jak to wynika z zachowanych dokumentów papieskich, abp Jerzy Stroba został biskupim emerytem. W tym samym dniu nuncjatura warszawska ogłosiła nowym metropolitą poznańskim, dotychczasowego ordynariusza łomżyńskiego, bp Juliusza Paetza.

Czy papież Jan Paweł II nie wiedział zatem kogo mianuje na tron biskupi w Poznaniu? Już wówczas znane były akta IPN i rola jaką odgrywał w czasach PRL, ks. prałat Juliusz Paetz w strukturach Watykanu. Wiadomo także było, że werbunek służb PRL miał podłoże obyczajowe, z homoseksualizmem prałata w tle. Papież wiedział o wątpliwych moralnie powiązaniach prałata z osobami z najwyższych kręgów władzy w Kościele, którzy pośrednio lub bezpośrednio byli zamieszani w tajemniczą śmierć Jana Pawła I.

W Watykanie od dawna plotkowano o mieszkaniu biskupa łomżyńskiego, zlokalizowanym niemalże przy murach Stolicy Apostolskiej i o charakterze spotkań jakie tam się odbywają. Te plotki dotyczyły także wielu polskich hierarchów z najbliższego otoczenia papieża, którzy też ten adres znali. Nieprawdaż kardynale Stanisławie?

Jan Paweł II musiał przecież pamiętać, dlaczego „pozbył się” z Rzymu swojego kontrowersyjnego współpracownika w 1982 roku, mianując go biskupem łomżyńskim. Papież musiał wiedzieć o skandalicznych i dwuznacznych relacjach bp Juliusza Paetza ze swoimi młodymi współpracownikami w łomżyńskiej kurii oraz z klerykami podległego mu seminarium. O bliskich relacjach rządcy diecezji łomżyńskiej z biskupami polskimi i amerykańskimi, także z kręgu wiadomego lobby w Kościele nie wspominając.

W świetle tych wszystkich faktów, nie jestem w stanie odpowiedzieć więc na to zasadnicze dziś pytanie. Dlaczego papież Jan Paweł II, dziś Święty Kościoła Katolickiego, podpisał właśnie tę nominację. Nie umieją mi na to pytanie odpowiedzieć również osoby duchowne, którym to pytanie zadaję.

Dalsze wydarzenia potoczyły się w błyskawicznym tempie. Nowy metropolita poznański odbył uroczysty ingres do Bazyliki Archikatedralnej w Poznaniu pod wezwaniem Świętych Piotra i Pawła, w którym uczestniczyli, poza samym nuncjuszem, liczni biskupi z większości polskich diecezji.

Nowy metropolita poznański wraz z nuncjuszem abp Józefem Kowalczykiem postarali się, aby opuszczoną stolice biskupią w Łomży objął dotychczasowy biskup pomocniczy szczecińsko – kamieński, Stanisław Stefanek, kapłan ze Zgromadzenia Chrystusowców dla Polonii Zagranicznej. Bp Juliusz Paetz pozostawił w Łomży, godnego siebie następcę, którego miałem wątpliwą przyjemność poznać podczas jego wizyt w Chicago. Jeszcze jeden moralny „chwast” z licznego dorobku nuncjusza Józefa Kowalczyka. Bp Stanisław Stefanek zmarł przed miesiącem, jako emerytowany biskup łomżyński, przeżywając swojego poprzednika zaledwie o kilka miesięcy.

Zapewne licznie zebrani klerycy Metropolitarnego Seminarium Duchownego w Poznaniu, uczestniczący w 1996 roku, w uroczystym ingresie swojego nowego ordynariusza, nie przypuszczali w swoich najczarniejszych snach, że rozpoczął się w życiu wiele z nich okres, którego nie zapomną do końca swojego życia.
Ciąg dalszy nastąpi…

 

 ***

 

ABP JULIUSZ PAETZ – część XIX.

Jak zachowywał się nowy poznański metropolita po ingresie do miejscowej archikatedry? W swojej kościelnej karierze osiągnął bowiem już niemal wszystko, poza kardynalską purpurą. Powrócił do tej samej archikatedry w której przed laty otrzymał święcenia kapłańskie, a teraz zasiadł w niej na tronie metropolity.


W Poznaniu pod rządami nowego rządcy archidiecezji rozpoczęły się bardzo szybko zmiany. Pierwsze z nich objęły samą rezydencję arcybiskupią, a także miejscową Bazylikę Metropolitarną. Nie na darmo nowy metropolita spędził wiele lat na dworze papieskim, aby teraz nie wykorzystać swojego watykańskiego doświadczenia. Tam był i funkcjonował w cieniu papieża i służył kolejnym papieżom jak mógł najlepiej, ale teraz w Poznaniu to on był numerem jeden i teraz jemu wszyscy winni służyć. Bardzo szybko przekonali się o tym jego najbliżsi współpracownicy, wierni całej archidiecezji i liczny establishment stolicy Wielkopolski.


Bardzo szybko abp Juliusz Paetz stał się niezastąpiony na poznańskich salonach, bywał wszędzie, a bywać umiał i sprawiało mu to prawdziwą przyjemność. A ponieważ był gawędziarzem, zaprawionym w bawieniu gości, gdyż przez lata zabawiał gości oczekujących na audiencję z kolejnymi papieżami, wykorzystywał swój talent na salonach Poznania, na które był chętnie i często zapraszany. A był salonowcem, który bardzo szybko zyskał uznanie establishmentu tego miasta.


Nie tylko bywał tam gdzie trzeba, ale także pokazywał się publicznie z osobami z którymi pokazywać się było warto. Był częstym bywalcem na premierach teatralnych, na balach i galach organizowanych przez biznesmenów i polityków. Bywał wszędzie i z każdym, kto miał wówczas pieniądze, pozycje i władze. Politycy się zmieniali, władze i opcje polityczne się zmieniały, a metropolita poznański był zawsze ten sam. Często był widywany w poznańskiej operze i zawsze w loży honorowej Jana Kulczyka, bo to zawsze robiło wrażenie i wszyscy to widzieli i o tym mówili. Otaczał się artystami, biznesmenami, prawnikami, a przede wszystkim politykami. Gdy po sześciu latach niespodziewanie powinęła mu się noga, wszyscy solidarnie stanęli w jego obronie.


Remontował i przebudował swoją arcybiskupią rezydencję, a w trakcie przebudowy na głównej posadzce kazał wmurować swój biskupi herb, w którym są lilie, symbol niewinności i czystości moralnej. Obecny metropolita poznański, abp Stanisław Gądecki, nie mogąc wykuć z podłogi swojej rezydencji herbu swojego poprzednika, kazał lilie, dowód czystości moralnej i niewinności ich właściciela, przykryć odpowiednio dużym dywanem. Bywalcy w Pałacu Arcybiskupim twierdzili zgodnie, że w czasach świetności abp Juliusza Paetza pałac jaśniał wyjątkowym blaskiem. Jak i sam ówczesny metropolita.


Abp Juliusz Paetz uwielbiał zawsze gościć w swoim pałacu odpowiednich gości. Rola gospodarza tych spotkań, odpowiednio dobrane dania, zakąski i alkohole to był zawsze jego prawdziwy żywioł. Bywalcy tych spotkań wspominali je z rozrzewnieniem jeszcze po wielu latach. W 2001 roku gospodarz Pałacu Arcybiskupiego wpadł na pomysł, aby wszyscy młodzi księża i klerycy, którzy byli specjalnie wyselekcjonowani do obsługi tych przyjęć, zamienili swoje sutanny na inny, bardziej odpowiedni strój. Któregoś dnia zarządził, aby zdjęli swoje sutanny, a specjalnie wynajęty krawiec ich wszystkich wymierzył i uszył im odpowiednie liberie. Mieli wyglądać jak lokaje na dworze monarchy.

Osłupiałym młodym mężczyznom oznajmił iż: „Nie mogę narażać swoich czcigodnych gości, często niewierzących, by obsługiwali ich księża w sutannach”. I piękni, młodzi młodzieńcy wyskoczyli ze swoich sutann, aby rozmiary ich ciał wymierzył specjalny, opłacony przez metropolitę krawiec. Moim zdaniem, osobom niewierzącym jest wszystko jedno czy obsługuje ich przy stole ksiądz czy osoba świecka, a to właśnie wierzących bardziej razi, gdy kelnerem przy ich stoliku jest osoba duchowna, ale ja nie mam wrażliwości metropolity i nigdy mieć nie będę, więc być może jestem w błędzie.


Ten wyjątkowy degustator alkoholi i znawca egzotycznych potraw oraz wysublimowanych smaków, często na takie przyjęcia zapraszał najbardziej znanych hierarchów polskiego Episkopatu. Mogli w ten sposób zobaczyć rozmach i przepych dworu swojego brata w biskupstwie. Oszczędzę miłosiernie w tym miejscu wymieniania nazwisk tych, którzy potem chwalili się długo, że bywali zapraszani na takie spotkania.


Często słyszymy z wypowiedzi obrońców abp Juliusza Paetza, że były metropolita poznański był prawdziwym estetą. To niewątpliwie prawda, a dodam jeszcze, że ten wyjątkowy esteta wprowadził na swoim dworze iście dworski ceremoniał, zarówno powitalny jak i pożegnalny. Każda osoba odwiedzająca arcybiskupa wiedziała, że swoją wizytówkę z nazwiskiem oraz stanowiskiem, należy położyć na specjalnej srebrnej tacy i spokojnie oczekiwać na wprowadzenie na salony gospodarza. Obowiązywał przy tym wszystkim odpowiedni strój i ceremoniał. Esteta to esteta.

 

 


Także miejscowa bazylika została poddana renowacji, a z nią otrzymała herb metropolity zawieszony wysoko w takim miejscu, że nie można go przysłonić żadnym dywanikiem. Abp Stanisław Gądecki musi teraz na niego patrzeć za każdym razem, gdy zasiada na swoim tronie i spojrzy w lewo. Ale taki już widać przykry los metropolitów. Abp Juliusz Paetz zafundował także tej świątyni, a właściwie sobie samemu, nowy tron arcybiskupi. „Złoty, ale skromny”. Ten specjalny złoty tron arcybiskupi został teraz przeniesiony z prezbiterium do tak zwanej Złotej Kaplicy lub inaczej zwanej Kaplicy Bizantyjskiej. Można go oglądać, ale za specjalną opłatą. Ostatnio było to pięć złotych. Czy coś uległo zmianie?


A jak zachowywał się ten erudyta, salonowiec, degustator wyszukanych potraw i alkoholi, gdy na jego drodze stanął młody, dobrze prezentujący się młodzieniec, który wpadł mu w oko? I nie mam tutaj na myśli kleryków poznańskiego seminarium, którzy zasłynęli w całym świecie z doprawdy niekonwencjonalnych kontaktów ze swoim metropolitą, ale o przypadkowych osobach świeckich. Ich relacje staną się podstawą do kolejnego odcinka naszego cyklu.

 


Ciąg dalszy nastąpi…

 

Andrzej Gerlach

 

Jarosław Wocial. Rakiija Chemikaljana w czasach zarazy. część 5

Rakiija
Chemikaljana w czasach zarazy.

Za oknem robi się coraz weselej… szczególnie dla kogoś z takim wisielczym poczuciem humoru jak ja.
Coraz lepiej widać, że wirus w koronie zrobił z nas wszystkich zwyczajnych idiotów. Nasze „cudowne władze” dzielnie rujnują kraj, zamykając wszystkich jego mieszkańców w pierdlu domowym… choć widać wyraźnie, że trzeba było jedynie zająć się tymi, którymi i tak powinno się szczególnie zajmować – takimi zdechlakami „z jedną nogą w grobie” – jak ja.

Wszyscy umierający mają zawsze „dużą ilość chorób towarzyszących”. Niekoniecznie – choć z oczywistych względów, zależy to od wieku. W końcu zdrowy stulatek z choroby wychodzi… a niedoleczony młody.. lub względnie młody, człowiek chory, trafia „na drugą stronę”. Dziś, jak nigdy wcześniej, widać jak działa nasza – lecząca choroby a nie CZŁOWIEKA, „Ochrona Zdrowia”…. a działa źle. Nie dlatego, że jest niedofinansowana. Pieniądze w tej sprawie są rzeczą wtórną. Po prostu…
Pacjent dla naszej, już nie „Służby Zdrowia”, jest mało istotny. Zgodnie ze starym powiedzeniem:

Operacja się udała… tylko pacjent zmarł.

 

Zabawne???
Nie, Moi Drodzy Czytelnicy – prawdziwe. Dziś gdy trafi się nam ciężka choroba, trafiamy do szpitala… i słusznie. Problem w tym, że w tym szpitalu nie leczy się NAS, lecz naszą chorobę. Lekarze mają w nosie wszystkie INNE nasze dolegliwości. Chory na raka, może spokojnie i bez opieki umrzeć na zawał… i odwrotnie.

Sam tego doświadczyłem, gdy trafiłem na SOR z objawami sugerującymi zawał. Wywalony zostałem z niego na zbity pysk, z sugestią, że powinien zająć się mną psychiatra, gdy domagałem się zbadania moich (jak się okazało w kilka miesięcy później) rakowych dolegliwości.Nie były one ważne… ponieważ:

„nikt by za nie szpitalowi nie zapłacił”.

 

Koronawirus wykańcza dziś TYLKO tych, którzy mają „choroby towarzyszące”, ponieważ nikt ich na nie wcześniej nie leczył. NFZ za to nie płaci. Skutek jest zabawny. Trafiając do szpitala wychodzimy z niego często… bardziej chorzy niż do niego trafialiśmy.
Choroba została wyleczona, a to że pacjent chory… a kogo to obchodzi??? Przecież za to, żeby był zdrowy… nikt nie płaci!!!

Tak to niestety wygląda i dowolnie duże, wpompowane w ten chory „system” nasze budżetowe pieniądze, niczego w nim nie zmienią. Personel zapewne będzie zarabiał jeszcze więcej… szpitale może będą trochę mniej zadłużone… ale zdrowia w nich nie odzyskamy

Dla jasności…
cenię pracę personelu „Służby Zdrowia” (tego z „Ochrony” jakby mniej), wysiłek i poświęcenie z jakim ci ludzie pracują.
Chory jest „system” który ich wysiłek zwyczajnie marnuje!!!

Dziś cieszę się, że nie muszę leżeć w szpitalu.
Moja „chemia” pozwala mi na spędzanie w nim minimalnej ilości czasu i daje szansę, że mnie jakiś kichający, ciężko chory „bezobjawowo” na Covid 19 pacjent, lekarz czy pielęgniarka… nie zabije szybciej niż rak.

A miałby szansę:
Choruję przecież na: wrodzoną wadę serca, zniszczony kręgosłup, prostatę, podagrę i cholera wie jeszcze na co. Ślepnę przez zaćmę w jednym i nie wiadomo dlaczego – możliwe że dzięki rakowi, w drugim oku.
Lista „chorób towarzyszących” jest tak długa, że szkoda czasu na jej spisywanie.

Leczą mnie na raka… i to także tylko tego, którego trochę przez przypadek udało im się znaleźć. Jeśli rozwija się gdzieś indziej… a rozwija się prawie na pewno, dowiem się o tym… jak np. zacznie mnie „napierdalać łeb”, którego dziś nikt nie sprawdza… ponieważ – „przecież za to nikt nie zapłaci”.

Pierwszy cykl „chemii” przeszedłem właściwie nieźle. Przykre… podkreślam – „przykre” a nie „nie do wytrzymania”, czy powodujące jakieś skutki, było tylko ciągłe uczucie mdłości. Na szczęście nie pozbawiało mnie nawet apetytu. Już nie tylko „przykre”, było postępujące osłabienie. Z kilku kilometrów moje spacery skróciły się do jednego i to przebywanego z trudem.
Zabawnie jest patrzeć jak moje nogi i płuca odmawiają współpracy a ich właściciel musi się wspierać laską, żeby móc się pośmiać i… nie przewrócić

Chodzę sobie teraz i niczym byczek Fernando obwąchuję kwiaty jabłoni, podziwiając coś co widzieć może niewielu z Was – Drodzy Czytelnicy, będzie dane – widok kwitnącego sadu jabłoni. A jest co podziwiać. Widok zapiera dech. Gdy jeszcze robi się to (podziwianie widoku) wieczorem, w zachodzącym słońcu i przy wrzasku śpiewającego ptactwa… no cóż – wybory i inne kłopoty można mieć tam, gdzie wy się domyślacie, a ja mam po operacji coś koło metra mniej… czyli głęboko w… no, no Jareczku – nie wyrażaj się publicznie bo ci Bozia język uropedli a „Ochrona Zdrowia” ma dość kłopotów i bez twojego języka.

No tak… wybory.
Przy moich – tych związanych ze zdrowiem, kłopotach, wybory prezydenckie to mały pikuś, ale wypada i im poświęcić chwilę.
Właściwie nie wiedzieć czemu… nie przeprowadza się ich normalnie. Wirusik i tak swoje zbierze – zdrowi pokichają a chorych wykończy, a my wyborami się przejmujemy. Biedny pan Sasin, łamie sobie głowę jak je zorganizować.. a przecież powinien sprawę olać i polecić zajęcie się tym PKW. Chodzimy przecież do sklepów… a czym różni się lokal wyborczy od sklepu… wie tylko nasza „opozycja” i… eksperci.

Koronowany wykończył właśnie zbędne nam „działy gospodarki”. Wbrew opowiadanym bredniom, większość z nich szybko się odbuduje… gdy tylko znów stanie się potrzebna. Wykończył nam jednak także niestety… rozum. Ten zbiorowy a często i te indywidualne. Wywołał strach… a dzięki niemu przestaliśmy zachowywać się racjonalnie. Wczorajsi „bohaterowie” stają się dziś „strasznym zagrożeniem” a mędrcy głupieją. W takiej sytuacji może najlepiej mieć raka i… wiedzieć PO CO siedzi się w domu i unika ludzi. Nawet jeśli wiąże się to z nudnościami i osłabieniem.

Jest też coś pozytywnego w tych dziwnych czasach.

Ponoć Idzie deszcz.
Jeśli spadnie go wystarczająco dużo (i powoli) uratuje to „skórę” NAM i… niestety wielu durniom, którzy dziś zamiast ratować nas przed skutkami suszy wolą bredzić o „wyborach”. Oczywiście tych „prezydenckich”… tych naprawdę ważnych podejmować nie muszą. Jeśli spadnie szybko i dużo… no cóż. Do naszego fartu dojdą… powodzie.

W tej sytuacji…

Rakiija Moi Drodzy – rakija
Niech was omija rak, wirus i… otępienie umysłowe.

No i skleroza… znów bym zapomniał.
Jutro jadę po kolejne pół litra wlewanej w żyły trucizny i pastylki „trutki na szczury”. Zaczynam… podejścia do „chemii” etap trzeci. Trzymajcie kciuki. .. albo i nie.
Jak przeżyję… znów będę Wam przecież marudził.
Macie to „na piśmie”
Serdeczności Jarosław (nigdy nie myślałem, że tak ciężko będzie się do tego przyznać) WOCIAL (nie mylić nazwiska).

 

Jarosław Wocial

Jarosław Wocial. Rakiija. Chemikaljana w czasach zarazy. Część 3 i 4

 

Rakiija
Chemikaljana w czasach zarazy.

Część już sam nie wiem która. 

 

Wreszcie się udało.
Po trzech nieudanych podejściach, podczas których albo:
– nie wpuszczano mnie do szpitala – bo byłem chory (sic),
– mój ulubiony lekarz (przynajmniej na dziś – mam jeszcze kilku z wcześniejszych okresów leczenia), kazał mi się kurować i wysłał na badania, dzięki którym wreszcie dowiedziałem się, że nie mam (jeszcze albo już) wirusa w koronie za to trafiło mnie się zapalenie płuc, która to przygoda w moim stanie tylko cudem mnie nie wykończyła… przy braku pomocy ze strony „ochrony zdrowia”
– i… w ostatnim podejściu – poinformowaniu mnie przez tegoż lekarza, jak mam dokończyć leczenie i zmianie sposobu podawania chemii, wczoraj… wszedłem do szpitala bez problemów, pobrano mi krew…

Tu mały wtręt rozrywkowy.
Smutno jakoś zrobiło się w tych naszych szpitalach. Pielęgniarka pobierająca mi krew, po tym jak położyłem na blacie szafek w gabinecie zabiegowym moją dokumentację medyczną, stwierdziła (prawdę mówiąc … hmmm… mało grzecznie):
Co Pan mi się tutaj rozkłada!!!
Na moją grzeczną (choć mało się nie udusiłem z wewnętrznego śmiechu) uwagę, że:
Ja się jeszcze proszę Pani nie rozkładam… ja tylko chory na raka jestem, ale mnie leczą,
opierdzieliła mnie, jak to się kiedyś mówiło, jak święty Michał diabła.
Pomyśleć tylko, że nie minęło jeszcze wiele czasu od tego, jak jej koleżanka po stwierdzeniu:
Co się Pan denerwuje… jest Pan już przecież na ostatniej prostej;
śmiała się razem z nami.
No cóż… widać ten koronowany, na poczucie humoru także ma wpływ.

Do tematu Jareczku… do tematu…
Tak więc… wlazłem, oddałem i (po wizycie u lekarza… jakiego to już pisać nie muszę), wreszcie udało mi się przyjąć.

Prawdę mówiąc… trochę się chciałem wymigać… a chyba szkoda by było. Nie poszło aż tak prosto.
Po oddaniu krwi do analizy, miałem ca cztery godziny do wizyty lekarskiej. Pojechaliśmy więc z Synem w miasto.
Tragedia kochani… normalna tragedia… by była, gdybym lubił korki i zamieszanie. Ale nie lubię… a tu pełen luz.

Przypomniało mi się jak w „stanie ponoć wojennym” ogłoszonym przez gen. Jaruzelskiego, przyjmowałem Krakowiaków. Poszliśmy zaszaleć. Wystraszone Krakusy, ciągnęli mnie do hotelu, ględząc coś o „godzinie policyjnej”, a ja … no cóż, przyznam się bez bicia, że powiedziałem im:
Warszawa nie Kraków i ze mną jesteście – pijemy dalej.
Kulili się potem chłopaki ze strachu, gdy wracaliśmy w kilku z Hybryd do MDM-u… środkiem Marszałkowskiej, drąc się na cały głos udając, że śpiewamy „pieśni patriotyczne”.


Marnie nam to co prawda szło… skoro żaden z przejeżdżających radiowozów, w których na pewno siedzieli funkcjonariusze z dobrym słuchem muzycznym, nie zatrzymał się żeby nas posłuchać.
Gdy wreszcie wylądowaliśmy w hotelu gdzie mieli pokoje, moje znajome Krakusy, stwierdzili:
Dziwna ta wasza Warszawa… u nas w Krakowie od razu by nas zamknęli.
Nie brali pod uwagę, że tupet i bezczelność dużo w życiu mogą pomóc, jeśli tylko wie się jak ich użyć. Stawiam na to, że nikt nas nie zamknął… ponieważ milicjanci wychodzili z założenia, że
jak lezą środkiem ulicy i mordy drą, to na pewno im wolno. Zatrzymamy… to jeszcze przyjdzie się tłumaczyć, a może nawet po pensji się przejadą.

Przypomniało mi się także stwierdzenie p. Czubaszek, która stwierdziła kiedyś, że
Warszawa jest cudownym miastem, w którym da się żyć… ale tylko wtedy gdy 1/3 mieszkańców na wakacje wyjedzie.
Dziś pewnie byłaby zachwycona. Prawie wszyscy dali się zamknąć w areszcie domowym i wreszcie miasto nadaje się do życia.

Z takimi skojarzeniami, poprosiłem Syna, żeby podjechał do myjni „bezdotykowej”. On mył a ja szukałem policjantów, którzy chcieliby mnie zamknąć. Najwyraźniej nie mam szczęścia – nie trafił się żaden.
Lekko obrażony na niemrawość siedleckiej policji, zleciłem zajechanie na parking pod parkiem.
Park zrobiony jak trzeba. „Drzwi do lasu” w postaci pięknej bramy… a jakże taśmami obwieszone – tylko ogrodzenia nie ma.


– No tu to już muszą mnie zwinąć – powiedziałem do syna i poszedłem między drzewa. Żeby grzech był jeszcze większy… rozwiązywać moje problemy z pęcherzem. Byli… a jakże. Nawet patrzyli w moją stronę… i głowy odwrócili. Miałem jeszcze nadzieję, że się namyślą i postaliśmy tak z ca pół godziny czekając. Znów nic.
Wkurzony w stopniu skrajnym pojechałem do szpitala.


Wkurzony byłem nie bez powodu. Czytałem, że za takie „operacje” mandatami każą, a jak ktoś odmawia to mogą nawet do pierdla zamknąć. W moim przypadku to same mecyje. Mało, że wikt i opierunek za darmo to jeszcze leczyć by mnie musieli. Wreszcie raka bym miał leczonego bez kłopotów, z kręgosłupem coś by mi pomogli, chory pęcherz wyleczyli, z nerkami zrobili porządek, stawy… no dobra starczy tej wyliczanki, za dużo miejsca by ona zajęła gdybym ją dalej pociągnął. Teraz chyba rozumiecie???

Tam już poszło prawie nudnawo. Nie licząc tego, że z przykrością stwierdziłem, że rodzinną atmosferę w kolejce diabli wzięli, a mój lekarz nie ma konta na Fb, ponieważ jak stwierdził:
Jak bym sobie założył, to takie różne „Wociale”, dupę by mi bez przerwy zawracali;
… przez co, szans na jego komentarze pod moimi tekstami niestety nie ma, oraz omówieniu z nim aktualnej sytuacji społeczno – gospodarczej, ze szczególnym uwzględnieniem braków w szpitalu środków ochrony dla personelu i chorych (pan doktór, miał fantastyczną maseczkę… którą kupił sobie sam, żeby nie zarażać chorych) poszedłem do apteki po trujące prochy i na salę po wlewkę trucizny.


Czasy takie, że człowiek się cieszy gdy go trują… ba – sam się tego domaga, a skargi na Fb wypisuje jak mu tego przywileju nie dają. 
Tradycyjnie już dostałem opieprz za łażenie po sali z kroplówką… choć przytoczone stwierdzenie lekarza chemii, że:
Wie Pan… podręczniki o tym, żeby takie szwendanie się jakie Pan praktykuje coś dawało – nic nie mówią… ale żeby szkodziły – też. Rób Pan te swoje kilometry – zobaczymy co będzie;
które usłyszałem przy pierwszej chemii i teraz przytoczyłem, nieco gniew pielęgniarek ostudziło.

Wlewka duża nie była – jakieś pół litra plus trochę soli i wrażenia na mnie nie zrobiła. Od dziś będę się truł sam, łykając po cztery pigułki trucizny dwa razy dziennie przez dwa tygodnie. Po tym tydzień na oddech i po następną porcje… Oczywiście jak mnie znów jakaś cholera na glebę… no – do łóżka z gorączką nie pośle. Wtedy znów tylko ratunek w Żonie.


Trzymajcie kciuki kochani, coby od tych trutek i lekarskiej pomocy szlag mnie nie trafił.
Kto wam wtedy będzie takie długie posty pisał???

 

Rakiija Moi Drodzy rakiija…
niech was omijają wszystkie choroby.
Czasy przyszły takie, że najmniej chyba groźna jest ta „szalejąca pandemia”. Groźniejszy od niej jest nasz STRACH.

 

***

 

 

Rakiija
Chemikaljana
w czasach zarazy. 

 

Mój rak rozstał się ze swoim wielkim kuzynem. On się zwija a ten toczący nasz kraj, rozkwita. Trudno się więc dziwić, że moje raczysko nie budzi większego zainteresowania nawet u jego nosiciela. Niemniej moim następcom w leczeniu swoich raków, winny jestem kilku wyjaśnień.

Jestem w trakcie pierwszego cyklu chemii, zwanej przez chorych białą. Otrzymałem wlewkę trucizny (dwie godziny w sali zabiegowej i bodaj 500 ml. trucizny do żył) a teraz od pięciu dni łykam chemię w tabletkach. Dwa razy dziennie, co 12 godzin, przyjmuję dożołądkowo jakąś „trutkę na szczury” w postaci 4 tabletek na raz.

Nie pisałem o tym wcześniej, ponieważ chciałem zaobserwować skutki tej kuracji. Nie wiem co będzie dalej ale jak dotąd, chemia w pastylkach przez pierwsze dwa dni nie wywoływała żadnych skutków. Funkcjonowałem normalnie i nawet robiłem swoje kilka kilometrów dziennie. Trzeciego dnia jednak poczułem jej skutki. Nie były jakieś bardzo szokujące – nudności i osłabienie, nie powodowały żebym stracił apetyt lub korzystał z usług miski klozetowej. Podobnie przebiegał dzień czwarty i piąty. Wieczorem szóstego udało mi się nawet przejść na spacerze z psem około kilometra.

Dziś (7 dzień) objawy w zasadzie ustąpiły.

NIE JEST ŹLE MOI DRODZY, CHOĆ NADAL UNIKAM LUDZI JAK OGNIA A SIŁY WRACAJĄ POWOLI.

Jeśli mogę coś Wam radzić… pomysł rozpoczynania kuracji w wielki czwartek, jest równie zły jak przyjmowanie wlewki dwa dni przed każdym innym świętem.

Jeszcze jedno. Sprawdziłem. Niewielka ilość alkoholu osłabia objawy. Ze względu na Wielkanoc pozwoliłem sobie na toast za zdrowie żony i… kilka kieliszków ajerkoniaku. Niesmak zmalał. Sensacji nie było. Na sprawdzanie większej ilości… zabrakło mi odwagi. Wystarczająco dużo wrażeń zapewnia mi Covid 19.

Wszystkiego dobrego Moi Drodzy
Cieszmy się z życia… póki trwa.

 

Jarosłąw Wocial

Juliusz Paetz. Mechanizmy przemocy i władzy. Część 16 i 17

ABP JULIUSZ PAETZ – część XVI

Pisałem w ostatniej odsłonie tego cyklu o sprowadzaniu do archidiecezji chicagowskiej młodych księży z Podlasia przez biskupa pomocniczego tejże archidiecezji bp Tadeusza Jakubowskiego. To był wyjątkowo obleśny i bezwzględny typ, prawdopodobnie czynny gej, który w ordynarny sposób wykorzystywał tych młodych mężczyzn. Był księdzem z rodziny polskich emigrantów, urodzony w Chicago, a gdy został księdzem zrobił w gronie gejów tejże diecezji prawdziwa karierę.

Mieli wybór, albo będą wykonywać polecenia swojego protektora, albo wrócą w niesławie na Podlasie. Nie posiadali odpowiednich wiz do pracy, a ich przyszłość, w tym karta stałego pobytu i pozwolenie na prace leżały w gestii kurii, a więc także bp Tadeusza Jakubowskiego. Większość mu uległa, a kilku robi do tej pory błyskotliwe kariery i w świecie polonusów są wybrańcami Boga na ziemi. Gdy ich protektor zmarł w wieku blisko dziewięćdziesięciu lat, zgromadzili się przy jego otwartej trumnie i żegnali jak ojca. Łatwo ich namierzyć w internecie, wchodząc na strony polonijnych parafii w archidiecezji.


Ale kilku młodych księży, mimo zagrożenia deportacją, podjęło ryzyko wybicia się na niezależność od tego kościelnego potwora. Pracowałem wówczas w szkolnictwie katolickim na terenie Chicago i pomagałem kilku z nich, zatrudniając ich jako katechetów w szkole, którą założyłem w 1995 roku. Stąd znałem szczegóły tych ludzkich dramatów.


Ale bp Juliusz Paetz i bp Tadeusz Jakubowski udoskonalili z czasem system sprowadzania młodych mężczyzn do USA. I wówczas biskup z Chicago przylatywał do seminarium łomżyńskiego w okresie letnim i rekrutował „kościelny narybek” na drugim lub trzecim roku studiów. Biskup już w Polsce dokonywał selekcji i wybierał według szablonu: miła powierzchowność, dobry angielski i …, brak skrupułów.
Ponieważ na Podlasiu nie było zbyt wielu kleryków, biskup łomżyński „dopuścił” do biznesu innych ordynariuszy. I wówczas selekcjoner „towaru” z Chicago objeżdżał diecezję krakowską, tarnowską, rzeszowską, sandomierską i przemyską. Biznes kwitł w najlepsze przez wiele lat.


Tacy klerycy z Polski byli przenoszeni po wakacjach, do seminarium archidiecezji chicagowskiej, do miejscowości Mundelein pod Chicago, i tam kontynuowali swoje studia teologiczne, po czym byli wyświęcani na księży chicagowskich. Ale z czasem, aby zupełnie odciąć ich od kleryków amerykańskich, władze archidiecezji utworzyły dla nich specjalne seminarium w samym centrum miasta, aby biskup i miejscowy kardynał mieli do nich znacznie bliżej. Tą placówką przez lata kierował ksiądz z diecezji tarnowskiej, którego znałem osobiście. Zapewniam, że nigdy nawet nie wyraził cienia zawstydzenia z powodu tego co robił


Zapytacie Państwo jaki kardynał? Ordynariusz chicagowski kard. Joseph Louis Bernardin, czynny gej, który do końca swojego życia sypiał w jednym łóżku ze swoim partnerem, młodym księdzem amerykańskim, który oficjalnie pełnił w kurii funkcje jego sekretarza i kierowcy. Polskie zakonnice ze Zgromadzenia Chrystusa Króla, które pracowały w mojej szkole, ale równocześnie obsługiwały rezydencje kardynała, opowiadały mi wszystkie drastyczne szczegóły dotyczące kardynała i jego sekretarza.

Nawiasem mówiąc kardynał był nosicielem AIDS, który w połączeniu z chorobą nowotworową uśmiercił go przed czasem, w dniu 14 listopada 1996 roku. Byliśmy na jego pogrzebie w archikatedrze chicagowskiej, na którym ksiądz sekretarz przyjmował kondolencje jak prawdziwa „wdowa po kardynale”. Nie pierwsza taka wdowa w Kościele…


Ten proceder kwitł całymi latami i śmiem twierdzić, że i obecnie o wyjazdach młodych polskich księży do bogatych krajów, na bogate placówki duszpasterskie, decydują nie tylko ich znajomości językowe. Ale to już temat na zupełnie inny wpis.


Teraz widzicie Państwo, że molestowanie kleryków w seminarium archidiecezji poznańskiej to nie jedyny grzech poznańskiego metropolity. On tak żył całe swoje kapłańskie życie, ale jego grzech względem młodych kleryków to jedynie element całego skomplikowanego mechanizmu, którego tryby obejmowały wielu purpuratów i wiele polskich diecezji. I dlatego gdy po latach podwinęła mu się noga i o molestowaniu poznańskich kleryków dowiedziała się opinia publiczna, był przez lata objęty skuteczną ochroną braci w biskupstwie, bo jego milczenie zapewniało im bezkarność. I w ten sposób dożywał w dobrobycie życie biskupiego emeryta. Ale to nie koniec naszej opowieści.
Ciąg dalszy nastąpi…

ABP JULIUSZ PAETZ – część XVII.

Ten swój kolejny wpis dedykuję tym wszystkim księżom i byłym klerykom diecezji łomżyńskiej, także tym, którzy nie uzyskali święceń kapłańskich, dzięki zaufaniu i uprzejmości których uzyskałem część tych informacji, które wykorzystam w dzisiejszym wpisie. Z wiadomych względów gwarantuje im anonimowość.


Ze wszystkich relacji uzyskanych przeze mnie w Stanach Zjednoczonych, jeszcze w latach dziewięćdziesiątych wynika jednoznacznie, że bp Juliusz Paetz jako ordynariusz łomżyński, nie tylko nie czuł się zbyt dobrze w powierzonej jego duszpasterskiej opiece diecezji, ale równocześnie robił wiele, aby jak najszybciej zostać z niej przeniesionym. Przekonywał mnie o tym przed laty, miedzy innymi jeden ze starszych księży z Podlasia, który na okres wakacyjny był wówczas oddelegowywany do pracy w archidiecezji chicagowskiej.


Dlaczego bp Juliusz Paetz czuł się źle na Podlasiu. No cóż. Po pierwsze, Łomża to nie Rzym, a po drugie trudno byłoby ordynariuszowi łomżyńskiemu szukać w tym mieście saun dla gejów, domów uciech obsługiwanych przez młodych mężczyzn, więc hierarcha tęsknił za życiem, które pozostawił w gorących murach Rzymu i do którego był od lat przyzwyczajony. Dlatego tak często pozostawiał Podlasie i wówczas regularnie i bardzo chętnie udawał się do Rzymu. Miał tam bowiem nie tylko własne mieszkanie, ale i świat za którym tęsknił.


Mój wspomniany rozmówca w Chicago, po pewnym czasie, zaczął z zawstydzeniem wspominać o dziwnym zachowaniu swojego ordynariusza w stosunku do kleryków łomżyńskiego seminarium i młodych księży. Proceder ten obecnie znamy dobrze z poznańskiego seminarium, ale za klerykami łomżyńskimi w tych latach, nikt się nie wstawiał. W końcu to Podlasie, a oni i tak powinni się cieszyć, że mogą realizować swoje powołanie. Zostali jak sami wierzą wybrani przez samego Boga. A niektórzy z nich ponadto, zostali wybrani przez swojego ordynariusza. I to wybrani w sposób szczególny.

Gdy wyjaśniłem swojemu starszemu rozmówcy z Podlasia, cały skomplikowany mechanizm, w jaki sposób młodzi klerycy z Podlasia, trafiają także do naszej archidiecezji, zaczął mi się nerwowo tłumaczyć, w jaki sposób on sam został oddelegowany na okres wakacyjny do Ameryki i że z tym procederem o którym mu opowiadałem, on nie ma nic wspólnego. Podlasie trzydzieści lat temu było krainą tradycyjnie związaną z Kościołem, ale równocześnie krainą ubogą i nie rokującą w najbliższej przyszłości znaczącymi zmianami gospodarczymi i społecznymi. A ówczesny biskup łomżyński był i czuł się zawsze człowiekiem światowym. A więc uważał, że zasługuje na więcej. Zdecydowanie więcej…


Od samego początku swojej posługi biskupiej, gdy został członkiem polskiego Episkopatu, budował w nim swoją mocną pozycję. Był niezwykle blisko zaprzyjaźniony z ówczesnym nuncjuszem w Polsce, abp Józefem Kowalczykiem, z którym znali się od lat, jeszcze z czasów watykańskich. Byli na „ty”, a co w tym być może najważniejsze, obaj panowie znali świetnie swoje grzechy, te wielkie i te małe, swoje upodobania i ambicje.


O pozycji ordynariusza łomżyńskiego przed trzydziestu laty, świadczyć może fakt, że gdy dyskutowano w Episkopacie o planach trasy przyszłej pielgrzymki papieża Jana Pawła II do ojczyzny w 1991 roku i gdy biskup łomżyński zgłosił Łomżę jako jedno z miejsc, które odwiedzi papież, nikt z biskupów nie zgłosił zastrzeżeń, mimo iż wielu wówczas marzyło o goszczeniu papieża w swoich diecezjach.


Gdy jakiś biskup nie czuje się zbyt dobrze w jakiejś powierzonej mu diecezji, musi przekonać czynniki decydujące o jego ewentualnym awansie, że jego duszpasterskie talenty niewątpliwie rozwiną się lepiej na innym gruncie, gdy na przykład awansuje i zostanie metropolitą. A czynnikiem o tym decydującym była przychylność nuncjusza, który opiniował wszelkich kandydatów do watykańskiej Kongregacji Do Spraw Biskupów.


Biskup łomżyński od dawna spoglądał z tęsknotą w kierunku Poznania, z duchowieństwa którego sam się przecież wywodził. Wielkopolska to nie Podlasie, a Łomża to nie Poznań. Na poznańskiej stolicy metropolitarnej zasiadał wówczas zbliżający się do wieku emerytalnego znany i popularny tam abp Jerzy Stroba. Trzeba więc było sobie przygotowywać odpowiedni grunt, zarówno w Stolicy Apostolskiej, ale także w miejscowej nuncjaturze.
Ale póki doszło do tych zmian personalnych był czerwiec 1991 rok i IV pielgrzymka papieża Jana Pawła do ojczyzny, połączona z kolejnymi, organizowanymi cyklicznie, Dniami Młodzieży, tym razem zaplanowanymi w polskiej Częstochowie.


Papież Jan Paweł II spędził w diecezji bp Juliusza Paetza aż dwa dni, co było dowodem wyjątkowej pozycji gospodarza w polskim w Episkopacie. Dni 4 – 5 czerwca 1991 roku były dniami triumfu ordynariusza z Podlasia.
W pierwszym dniu pobytu w diecezji łomżyńskiej, polski papież odprawił Mszę Św. na terenie budowy Sanktuarium Miłosierdzia Bożego, a w drugim dniu koronował wizerunek Matki Bożej w łomżyńskiej katedrze i poświęcił nowy budynek miejscowego seminarium duchownego i nowo oddany do użytku dom przeznaczony dla księży emerytów tejże diecezji.

Według moich duchownych informatorów z Podlasia, podjęto wówczas próbę poinformowania papieża o niestandardowych zachowaniach ich ordynariusza wobec podległych mu kleryków, ale papież ograniczył swoją aktywność podczas wizyty w Łomży, jedynie do poświęcenia budynku seminaryjnego. Po jego wyjeździe w łomżyńskim seminarium, posypały się głowy…


Dzisiaj już nikt nie stara się tego analizować, od tych burzliwych wydarzeń minęło przecież blisko trzydzieści lat. Ci, którzy wówczas stracili swoje pozycje w diecezji, albo już nie żyją, albo nie chcą już o tym wspominać, a ci którzy musieli opuścić w niesławie łomżyńskie seminarium i nie zostali księżmi, już dawno ułożyli sobie życie w stanie świeckim i nie chcą wracać do tych traumatycznych dni.


Gdyby papież wówczas zareagował inaczej? Dlaczego tego nie zrobił? Dlaczego stanął po stronie biskupa Juliusza Paetza, a nie krzywdzonych kleryków i młodych księży? Czy wówczas nie doszło by do dramatu w poznańskim seminarium duchownym?Takich pytań padnie jeszcze w tym cyklu znacznie więcej.


Ciąg dalszy nastąpi…

 

Andzrej Gerlach

Abp Sławoj Głódź. Kościół hierarchiczny oczami zgorszonego katolika…

ŹRÓDŁO

 

O łajdactwach abp Leszka Sławoja Głódzia napisano setki zdań i dziesiątki artykułów, ale niech mi będzie wolno, że poświęcę mu dzisiejszy wpis. Dlaczego? Bo od kilku miesięcy do Nuncjatury Apostolskiej w naszym kraju wpływają liczne skargi od osób duchownych i świeckich, na niemoralne życie tego rozpasanego przedstawiciela naszego hierarchicznego Kościoła, a nuncjusz i jego urzędnicy od dawna grają na zwłokę i udają, że zajmują się tą sprawa, a tak naprawdę przeciągają ją w czasie, gdyż latem tego roku metropolita gdański kończy 75 lat i zgodnie z prawem kanonicznym może przejść wówczas na biskupią emeryturę.

Oczywiście będzie wówczas szanowanym emerytem, zamieszka w swojej prywatnej rezydencji w rodzinnej Bobrówce, będzie miał nadal zagwarantowane milionowe dochody, a kiedy umrze zostanie pochowany z udziałem całego Episkopatu w kryptach biskupów gdańskich w Bazylice Archikatedralnej w Gdańsku – Oliwie. Dodam także, że nie będzie oczekiwał na Sąd Ostateczny jak wszyscy wierni zmarli, lecz jego koledzy biskupi ogłoszą całemu światu, że „odszedł do Domu Ojca”.

Całe jego życie, okres watykański w Kongregacji Do Spraw Kościołów Wschodnich, biskupstwa w Ordynariacie Polowym Wojska Polskiego, a teraz jako metropolita gdański, to jedno wielkie łajdactwo. Kiedyś poświęcę mu więcej czasu i opiszę te draństwa z detalami, ale nawet teraz, na kilka miesięcy przed emeryturą, abp Głódź czuje się zupełnie bezkarny, gdyż zapewne wie, że nuncjatura wykonując pozorne ruchy w jego sprawie, tak naprawdę nic mu nie zrobi. Nikt go do lata nie odwoła, nie pozbawi stanowiska, ani dochodów.

Jednym z powszechnie znanych łajdactw metropolity gdańskiego była kwestia krycia dewianta seksualnego i pedofila, ks. prałata Henryka Jankowskiego. Pamiętamy słowa Głódzia na jego pogrzebie, kłamstwa wypowiadane z ambony i od ołtarza w sprawie tego zwyrodnialca od Św. Brygidy. Od tych wydarzeń minęło niemal dziesięć lat, a metropolita gdański nadal kłamie. I znów w sprawie zwyrodnialca, dawnego kapelana „Solidarności”.

Załączam do tego wpisu początek listu wysłanego w imieniu metropolity gdańskiego przez kanclerza kurii metropolitarnej, ks. Rafała Detlaffa, z dnia 12 września 2019 roku, do ofiary ks. Henryka Jankowskiego, Pani Barbary Borowieckiej, dawnej mieszkanki Gdańska, a obecnie zamieszkałej w Australii, informujący ją, że nic w sprawie jej oprawcy nie można zrobić, gdyż nie pozwalają na to przepisy prawa kanonicznego. Gdańska Kuria Metropolitarna powołuje się przy tym na Kongregację Doktryny Wiary w Watykanie.

A tymczasem okazuje się, że Watykan podjął decyzje o konieczności zbadania przez gdańską kurię sprawy oskarżeń o zachowania pedofilskie względem nieletniej Barbary Borowieckiej i innych dzieci w latach sześćdziesiątych. Skąd to wiem? Nie ujawniając moich źródeł informacji mogę stwierdzić jedynie, że do gdańskiej kurii wpłynęło pismo z warszawskiej nuncjatury, która działając w imieniu Stolicy Apostolskiej stwierdza: „że zasadne jest wyjaśnienie sprawy ks. Henryka Jankowskiego”.

Abp Leszek Sławoj Głódź powołał więc przed kilku miesiącami specjalną komisję w sprawie zarzutów stawianych zmarłemu w 2010 roku ks. Henrykowi Jankowskiemu. Powołał, bo musiał, ale zrobił to niechętnie. Powołał, ale dyskretnie i po cichu. Komisja ma działać przy Gdańskim Trybunale Metropolitarnym, ale jak wynika z pisma metropolity, jej zadaniem jest zbadać sprawę ks. Henryka Jankowskiego poprzez „jedynie zebranie informacji w aspekcie historycznym”.

Dopiero teraz Pani Barbara Borowiecka dowiedziała się o powołaniu tej komisji, ale kanclerz gdańskiej kurii, ks. Rafał Detlaff, informując ją o tym, od razu powołał się w piśmie na „wytyczne konferencji Episkopatu Polski, które mówią, że nie należy wszczynać postępowania kanonicznego przeciwko zmarłemu duchownemu, chyba, że wydawałoby się zasadnym wyjaśnienie sprawy dla dobra Kościoła”.

Co to oznacza w praktyce? Już wyjaśniam. Jeżeli dana sprawa już na etapie wstępnym świadczy, że jakiś duchowny kogoś molestował, gwałcił lub wykorzystywał seksualnie, to należy odmówić procesu kanonicznego, powołując się na fakt, że ten duchowny nie żyje. Jeżeli natomiast jest szansa na uznanie zarzutów za niewiarygodne lub nie w pełni wiarygodne, to należy podjąć postępowanie kanoniczne w celu wyjaśnienia jej dla dobra Kościoła. I to są oficjalne wytyczne naszego Episkopatu!!! Doprawdy, przedziwna moralność!!!

 

 

Znając niemal całe życie abp Leszka Sławoja Głódzia mogę stwierdzić jedynie jedno. Nie wierzę w obiektywizm żadnej komisji powołanej przez niego, w archidiecezji rządzonej przez niego i złożonej z kościelnych urzędników metropolity. Nawet, jeżeli raport tej komisji będzie sporządzony na polecenie nuncjatury warszawskiej i Stolicy Apostolskiej.

Instytucje sądowe Kościoła nie mają żadnego moralnego prawa rozstrzygać spraw związanych z pedofilią czy wykorzystywaniem seksualnym, gdy sprawcą przestępstwa jest osoba duchowna. Kościół jest bowiem w takiej sytuacji sędzia we własnej sprawie. Zupełnie nie rozumiem osób, ofiar nadużyć seksualnych osób duchownych, które zgłaszają się do sądów czy trybunałów kościelnych, składają tam jakieś przysięgi, zobowiązują się przy tym do milczenia i zgadzają na procedury prawne narzucane im przez prawo kanoniczne.

Do rozstrzygania wszelkich sporów z Kościołem powinny być jedynie sądy powszechne. Kościół reaguje prawidłowo wyłącznie wówczas, gdy grożą mu potencjalne wysokie odszkodowania dla potencjalnych ofiar. I o tym trzeba pamiętać zawsze, bez względu na nasz osobisty stosunek do religii i wiary.

To oczywiście mój prywatny pogląd na tę bulwersująca kwestię. A co o tym myślicie Państwo?

Andrzej Gerlach

Jarosław Wocial. Rakiija w czasach zarazy. Część 1 i 2

Rakiija
w czasach zarazy,

Tępy jestem jak głupiego drwala topór.
Wciąż słyszę o wdzięczności dla lekarzy i pracowników służby zdrowia, za bycie na pierwszej linii frontu, walki z wirusem korona.


Nie rozumiem.
Nie lepiej by było, gdyby Służba Zdrowia przestała walczyć na froncie, a zwyczajnie zaczęła robić to do czego została powołana – leczyła chorych???

Jestem chory i niestety wdzięczności nie czuję.
Od czasu epidemii nikt mnie nie leczy. Ani na moją najgorszą chorobę – raka ani na tą czy te, które o mało mnie nie wykończyły bez koronowirusa. 
Nie mogę dostać się do szpitala na planowane zabiegi, ponieważ jestem chory. A jaki mam być – zdrowy??? Gdybym był zdrowy nie pchałbym się do szpitala… bo i po co???

Gdy leżałem w malignie, wpadło do mnie Pogotowie. Mili byli, ale lekarza z nimi nie było. Pomogli a jakże… trochę. Sami nie wiedzieli co mi jest. Wezwany lekarz z Pomocy nocnej i świątecznej (zachciało mnie się baranowi rozchorować w sobotę), najpierw odmawiał przyjazdu, a przymuszony przez dziewczynę z pogotowia, wpadł do mnie jak po ogień, nawet mnie nie zbadał – stał w największej możliwej odległości, a był obrażony, że wyciągnęliśmy go z domu (chyba), i w rewanżu wystawił mi pełnopłatną receptę, a na pożegnanie stwierdził, że:
leki i tak ci nie pomogą... ale skoro chcecie.

Wezwana już w dzień roboczy lekarka z POZ, przyjechała a jakże. Znów mnie nie zbadała bo po co. Osłaniała się maską i wygoniła kierowcę, który ją przywiózł. Słusznie… mógł się przecież biedaczek czymś ode mnie zarazić. Czym nie wiadomo jako że pani doktór nawet nie usiłowała się dowiedzieć. Kazała mi dużo pić i uciekła.

Dzień później, ponieważ mój stan wyraźnie się pogarszał, szukałem pomocy u lekarki która mnie zna i zawsze bada. Odmówiła przyjazdu, twierdząc, że własnie jej zabronili kontaktować się z chorymi. Znów usłyszałem, że mam dużo pić. Wychodzi na to, że najlepszym lekarstwem na wszystko jest woda.

Gdy już dzięki zabiegom żony, udało mi się jakoś wyjść z tego draństwa które mnie dopadło, usiłowałem dostać się na chemioterapię.


Usiłowałem.


Za pierwszym razem, mój lekarz (jemu to jestem wdzięczny… jemu i tym którzy przed epidemią mnie operowali i postawili na nogi. PRZED szaleństwem z koronawirusem), na zabieg mnie nie przyjął w zamian wysłał mnie na badania do szpitala zakaźnego. Dzięki temu wiem, że nie mam (lub nie miałem… a może miałem ale mi przeszło) wirusa Korona, ani żadnej z trzech rodzajów gryp na które ponoć zrobiono mi testy. Czego nie mam, już wiem… nie wiem tylko nadal CO MAM.

Przy drugim podejściu (tydzień później) nawet do szpitala mnie nie wpuszczono, ponieważ miałem stan podgorączkowy. To nowe zjawisko w dziejach ludzkości – chorych do szpitala nie wpuszczają.

Oprócz mojego podstawowego „szczęścia” – kolegi raka, choruję od miesiąca. Nikt z lekarzy nie udzielił mi żadnej pomocy. Nikt nawet nie spróbował ustalić co mi jest. Nie wiedząc, lekarze w ciemno zapisywali mi jakieś leki, o których sami mówili, że nie pomogą. Gdyby nie żona i wujek Google, pewnie by mnie już trafił szlag.

Od czasu wirusa, który spowodował ponoć śmierć 20 osób, nie wykonywane są zabiegi planowe. Nie leczy się chorych na inne choroby, dzięki czemu zmarło… no cóż – tego nie sposób się dowiedzieć. Ludzi najbardziej zagrożonych, zostawia się samym sobie. Nikt nam nie daje maseczek, strojów ochronnych i innych bajerów.
Nikt nie leczy takich jak ja – po 60 i chorych. A gdy wreszcie trafiamy do szpitala, lekarze robią co mogą… a na razie nie mogą wiele i zabezpieczeni na ile się da liczą: 
umrze nie umrze… umrze nie umrze… umrze… – o umarł.
We Włoszech już nam nawet pomocy nie udzielają… i słusznie.
W końcu już żeśmy się nażyli.

Naprawdę rozumiem sytuację.Rozumiem nawet to co ogłosił właśnie prezydent Tramp, że cyt:
” jeśli uda się doprowadzić do tego, że umrze 100 – 200 tysięcy, oznaczać to będzie żeśmy się wykazali”
cytat z głowy, więc pewnie niezbyt precyzyjny. 
Rozumiem – lekarze ratują ludzkość… tylko za co mam im być wdzięczny ja i te amerykańskie 200 tysięcy??? Za co mają być im wdzięczne te tysiące ludzi, którzy są nieleczeni z obawy o zdrowie lekarzy i pielęgniarek. Ci, którzy latami (jak mój Ojciec) czekali na operacje dziś odwołane.

Mogę zrozumieć… ale wdzięczny mam być – za co???

Jutro jadę zrobić trzecie podejście. Czuję się zdrowy… może nie jak byk – ale zdrowy. Może wreszcie uda się i dam się otruć.

Rakiija moi drodzy Rakiija.

***

Rakiija
Chemikaliana w czasach zarazy.

Okazuje się, że jednak na prawdę nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło.
Na chemię znów się nie dostałem. Wszystko przebiegało jak zwykle. Najpierw okutani strażnicy, zmierzyli mi temperaturę i… wykazało im, że mam 38,5. Tym razem jednak w panikę nie wpadli i uciekać przede mną nie zaczęli. Ba… na ustach szatniarza, znajomego od fajek, dostrzegłem nawet cień uśmiechu.


Pokląłem i poszedłem do samochodu po telefon, żeby dać znać mojemu lekarzowi, że ze sprawy znów nici.
Najwidoczniej jednak świeże powietrze ma na mnie dobroczynny wpływ. Gdy wróciłem i znów zmierzyli mi temperaturę… cudownie spadła do 36,4. Normalnie „Krakowiacy i Górale… czyli cud mniemany”.
Ponieważ jakoś nie chce mi się wierzyć w moje zdolności zmian temperatury ciała w zależności od potrzeb… mogę chyba stwierdzić, że termometry bezdotykowe, strzelające promieniami (czy co tam one robią) w tętnicę szyjną, są zwyczajnie do dupy… jak większość naszej Służ…. ops przepraszam nadwrażliwych pracowników – „Ochrony Zdrowia”.


Wlazłem. Chorych do szpitala nie wpuszczają ale z 36,4 już można. Dzięki przygodzie na bramce, spóźniłem się na badanie krwi. Na szczęście dla mnie z pielęgniarką pobierającą krew jestem już prawie zaprzyjaźniony. To ona wcześniej usuwała mi szwy pooperacyjne i razem zastanawialiśmy się, dlaczego lekarz ma chorego aż tak bardzo … tam gdzie ma, że nie widząc rany, każe pielęgniarce usuwać szwy ze świeżej w końcu rany.


Zrobiłem chyba dobre wrażenie i mimo, że minęło trzy czy cztery tygodnie od naszej rozmowy, nie tylko mnie poznała, ale z uśmiechem machnęła ręką na godziny przyjęć i pobrała mi krew.
Ufff….


Ponieważ umawiałem się z lekarzem, że jak wreszcie uda mi się dostać do szpitala, będę miał zakładany port zadzwoniłem, żeby dać znać najwcześniej jak to możliwe, że wreszcie jestem.
Dla niezorientowanych – w tym wypadku „port” z morzem nie ma nic wspólnego. Jest to stałe „wejście” do żyły szyjnej, umożliwiające wielokrotne podłączanie kroplówki, bez konieczności każdorazowego wkłuwania się w żyły na rękach.


Miałem nadzieję trzymać Was – drodzy czytelnicy, w niepewności do czasu wstawienia tego „draństwa”… niestety okazji chyba nie będzie. Papa mati – mój lekarz prowadzący, właściwie się ucieszył, ale poinformował mnie, że o chemii nie ma mowy, ale mam się stawić u niego, żeby mógł mnie obejrzeć i jak trzeba – wyleczyć.


Znów na marginesie… ani pobierające mi krew pielęgniarki ?(pobierała jedna ale w pokoju były dwie) ani lekarz nie byli okutani w strój kosmity ba… nawet masek nie mieli.


Stawić się u Pana Doktora (wielkie litery nie bez powodu) za półtorej godziny. Ponieważ w całym mieście życie jakby trochę zamarło a już całkiem w barach i restauracjach, pojechaliśmy do domu na śniadanie. Zabawne, ale chociaż mam do szpitala 25 km i tak zaoszczędziliśmy. W knajpie zapłacilibyśmy i tak więcej niż kosztowało nas jedzenie i benzyna. Mniejsza z tym… wróciłem prawie na czas.

Tym razem już nikt we mnie z termometru nie celował. Lekarz badać mnie nie badał – stwierdził, że niema już po co, ponieważ po wynikach widać, że zapalenie płuc pokonałem i wystarczy to co robię. Popatrzył mi głęboko w oczy, poszedł coś sprawdzić i po chwili, poinformował mnie, że:
– więcej chemii „48 godzin” nie będzie;
– ponieważ jestem jednostka porządna (i kłopotliwa) zmienia mi rodzaj chemii;
– nowa, polega na dwugodzinnej wlewce co trzeci tydzień i łykaniu tabletek w domu.

Ucieszyć to się nie ucieszyłem. Czytałem coś na temat tzw. chemii paliatywnej – takiej zmyłki dla umierających rakowców, żeby podtrzymać w nich nadzieję ale pomagającej jak… kadzidło. Daje im się te proszeczki-cukiereczki i wysyła do domu… żeby dupy nie zawracali. Powiedziałem o tym Lekarzowi. Znów popatrzył na mnie dziwnie i oświadczył:
Nie wiem co Pan czyta… ale niech Pan zacznie coś innego. To normalna chemia, którą rzadko kto dostaje, ponieważ NFZ nie chciał jej finansować. Za droga była. Dostawali ją tylko wybrani. Teraz jest trochę lepiej – bo potaniało. Ciesz się Pan zamiast marudzić.

Ucieszyłem się. Taka domowa chemia rozwiązuje dużo moich kłopotów… ale tak swoją drogą – co za czasy. Jest coś co ułatwia ludziom życie. Coś normalnego i dostępnego bez kłopotów. Coś co mogłoby pozwolić uniknąć przeciążania szpitali tłumami chorych, czekających na swoje dwudniowe pobyty na oddziałach szpitalnych.
Jest. Nie robi się tak… bo za drogo. Taniej jest płacić za pobyty w szpitalu, za pracę lekarzy, pielęgniarek i salowych, za jedzenie i leki dla tysięcy ludzi – niż dawać im lek, który mogą przyjmować w gabinecie zabiegowym i w domu.

Czy ktoś w tym całym NFZ potrafi liczyć??? A może nie w NFZ tylko w Ministerstwie Zdrowia. Co za burdel. A nam wmawia się wciąż, że trzeba coraz więcej pieniędzy na Ochronę zdrowia. No pewnie, że potrzeba, jeśli tak się gospodaruje tym co się dostaje.

Tak czy siak, Moi Drodzy, od przyszłego czwartku mam nadzieję wpadać do szpitala na dwie godziny i spadać do domu na trzy tygodnie.

Rakiija Moi Drodzy Rakiija
Nawet w chorobie trzeba mieć fart…
czego sobie i Wam serdecznie życzę.

Jarosłąw Wocial

O żesz, Poczta Polska, mać! Szykujmy się do spłacania kredytów!!!

Poseł Brejza na tropie….

 

1. Czy prawdą jest, że Poczta Polska na skutek ominięcia zabezpieczeń została w ostatnim czasie okradziona na kwotę ok. 20 mln zł?

2.Kiedy wszczęto postępowanie w tej sprawie, i czy wstępne ustalenia potwierdzają tezę o przejęciu przez przestępców kodów do systemu wewnętrznego Poczty Polskiej na skutek błędów w zabezpieczeniach tego systemu?

3.Czy o sprawie błędnego zabezpieczenia systemów informatycznych Poczty Polskiej którykolwiek z przedstawicieli rządu został poinformowany przed, czy też po podjęciu decyzji o zaangażowaniu Poczty Polskiej do przeprowadzenia wyborów prezydenta RP?

4.Czy w związku z zaistniałą sytuacją nie obawia się Pan Premier, że istnieje poważne ryzyko dotrzymania standardów demokratycznych w wyborach organizowanych  przez Pocztę Polską, jeśli przestępcy w tak łatwy sposób mogli obejść zabezpieczenia systemu Poczty?

5.Dlaczego rząd i prokuratura ukrywa przed opinia publiczna informacje o wyżej wymienionej aferze, co jest szczególnie istotne w kontekście planowanych wyborów mających być przeprowadzonych przez Pocztę Polską?

 

BEZ KOMENTARZA… ?

 

22 kwietnia Poczta Polska – spółka prawa handlowego- otrzymała nasze wrażliwe dane za zgodą Marka Zagórskiego, ministra cyfryzacji.

[…]na mocy art. 99 tzw. ustawy dotyczącej zapobieganiu i zwalczaniu koronawirusa, która weszła w życie 18 kwietnia 2020 roku.

W rejestrze PESEL znajdują się m.in. wrażliwe informacje dotyczące adresów zamieszkania, dat urodzin, stanu cywilnego, urodzeń dzieci, rozwodów i danych małżonków. Jak podaje „Rz”, resort cyfryzacji potwierdził przekazanie danych Poczcie Polskiej. Ma ona usunąć je wraz z kopiami zaraz po wykorzystaniu ich do przeprowadzenia wyborów korespondencyjnych.

ŹRÓDŁO

 

KOMENTARZ

 

Wygląda na to, że nic nie wygląda na takie jakie jest, albo miało być… RODO miało chronić nas przed nieuprawnionym wejściem w posiadanie naszych danych osobowych, ale to jest już nieaktualne; Tajne służby miały być tajne, ale już od dawna nie są, dzięki uprzejmości Antoniego Macierewicza; tarcza antykryzysowa nie jest tarczą, nawet już nie jest sitkiem czy serem szwajcarskim – ona nas wpycha jeszcze głębiej w kryzys; reforma szkolnictwa okazała się być deformą, a „kraj w ruinie” okazało się być przepowiednią, a nie stwierdzeniem faktu tu i teraz.

 

 

 

 

I tak można ciągnąć tę litanię bez końca. A na jej końcu stoi jeden człowiek – ten któremu się marzyło być zbawcą Polski i Polaków, a zbliża się nieuchronnie do własnej katastrofy wizerunkowej i politycznego upadku własnej formacji.

 

 

 

 

Niezależnie od tego czy ktoś weźmie udział w wyborach, czy też nie będzie dawał legitymacji dla łamania wszystkich zasad współżycia społecznego w oparciu o literę konstytucji – każdy z nas musi się liczyć z tym, że zgodnie z nową „tradycją polską”  nic nie jest takie na jakie wygląda – panduda zostanie na swoim stanowisku, ale nie będzie prezydentem, a zaś poseł Kaczyński nigdy nie stanie na ławie oskarżonych przed trybunałem stanu, bo nie ma takiej siły, żeby kruk krukowi coś wydziobał…

Bredzę? A co? Tylko im wolno?

Garść plotek z kurii krakowskiej dla znudzonych lockdoun’em i PIS-em…

 

 

 

Dawno nie plotkowaliśmy na temat kulisów polskiego Kościoła, więc dzisiaj będzie wpis wyłącznie oparty na plotkach. Często czytelnicy moich wpisów sprawdzają podawane przeze mnie informacje moje wpisy i źródła z których korzystałem, czasami je kwestionują, a czasami się z nimi zgadzają. Dzisiaj mnie nikt nie sprawdzi, bo moich źródeł kościelnych nie wydam nawet w kotle piekielnym. Nie, żebym był taki odważny i chojrak, ale dlatego, że większość moich kościelnych źródeł będzie prawdopodobnie pławić się w tym samym co ja piekielnym kociołku, więc gdybym cokolwiek wówczas pisnął, wylądowałbym niechybnie na jego dnie.

Przypomnę tylko, że abp Marek Jędraszewski wystąpił kilka miesięcy temu do Stolicy Apostolskiej o mianowanie nowego biskupa pomocniczego dla swojej archidiecezji. Cały proces kanoniczny, który temu towarzyszy, zwany w Kościele „procesem informacyjnym”, przeprowadzała warszawska nuncjatura na czele której stoi abp Salvatore Pannacchio (obaj panowie na dołączonym zdjęciu). Mijają miesiące, a tymczasem Watykan milczy i oczekiwana na Franciszkańskiej 3 w Krakowie, papieska bulla nominacyjna nie nadchodzi. Ale po kolei.

Po przejściu na emeryturę bp Jana Zająca (rocznik 1939) i odejściu z Krakowa do Łodzi bp Grzegorza Rysia (rocznik 1964), archidiecezja krakowska miała dwa wakaty na stanowiska biskupów pomocniczych i nowego metropolitę w osobie abp Marka Jędraszewskiego, który za wszelką cenę starał się o takich biskupów pomocniczych, aby ślepo wykonywali jego polecenia i ich „gwiazda” nie świeciła większym blaskiem niż jego własna.

W dniu 3 grudnia 2018 roku na Franciszkańską 3 w Krakowie zostały zaproszone wyłącznie prawowite media i w świetle fleszy poinformowano o decyzji papieskiej, że nowymi biskupami pomocniczymi zostaną dwaj bogobojni kapłani tejże diecezji: pochodzący z Dobczyc ks. Franciszek Ślusarczyk (rocznik 1958) i pochodzący z Krakowa ks. Janusz Edward Materski (rocznik 1964). Obu przedstawiono mediom, wręczono krzyże biskupie i zapowiedziano huczne uroczystości związane z sakrą biskupią obu nominatów.

Nie minęło kilka dni, gdy „lobby tęczowej zarazy”, ale w koloratkach, a nie spod znaku LGBT przypomniało pobożnym nominatom pikantne szczegóły, które nie ujawnili nuncjuszowi i ukryli przed Watykanem i papieżem Franciszkiem. Do tego po korytarzach krakowskiego metropolity latały plotki, że kandydatów na ternie (jest to dokument zawierający nazwiska trzech kandydatów na biskupstwo) było sześciu, a z tych wypromowani zostali najmniej godni. Plotki były tym bardziej złośliwe, że mówiły wprost, że metropolita Jędraszewski promował nuncjuszowi tych kandydatów, którzy pasowali z dawnego klucza „poznańskiego Juliusza”. No cóż, sam przecież taką procedurę przechodził pod metropolitą poznańskim ponad dwadzieścia lat wcześniej. I słowo „pod” jest tutaj chyba kluczowe…

Zaledwie dziewięć dni po oficjalnej prezentacji nowych krakowskich hierarchów, w dniu 12 grudnia 2018 roku, ks. biskup-nominat Franciszek Ślusarczyk ogłosił, że odmawia przyjęcia sakry biskupiej. Takiego skandalu Kraków nie przeżył od przeszło tysiąca lat, a przypominam, że diecezja powstała tu w 1000 roku. Po raz pierwszy mamy więc w Krakowie biskupa bez sakry czyli ważnych święceń biskupich. Niby bullę nominacyjną od papieża ma, ale święceń nie posiada. I już ich nie otrzyma.
Abp Marek Jędraszewski wezwany natychmiast na dywanik do warszawskiej nuncjatury dostał za swoje, bo to on osobiście odpowiadał za skandal jakiego w polskim Kościele nikt nie pamięta. Po powrocie do Krakowa szalał przez kilka dni i wyładowywał złość na swoim otoczeniu, a jego przeciwnicy w kurii schodzili mu co prawda z linii strzału, ale po kątach pili szampana i zacierali z radości ręce.

Sakrę biskupią otrzymał w dniu 5 stycznia 2019 roku, tylko biskup-nominat Janusz Edward Materski i to z rąk nie byle jakich, bo samego abp Marka Jędraszewskiego w asyście abp Salvatore Pannacchio i kard. Stanisława Dziwisza. O nowym biskupie w Krakowie mówi się, że wcale nie jest lepszy od swojego brata w biskupstwie Franciszka, ale jest zdecydowanie większym tupeciarzem w firmie i ma zdecydowanie grubszą od niego skórę. O przepraszam, biorąc pod uwagę postury obu panów, poszedłem trochę po bandzie…

Mijały kolejne miesiące, a nad Franciszkańską 3 w Krakowie opadł kurz emocji po wywołanym skandalu i abp Marek Jędraszewski ponownie zwrócił się do Stolicy Apostolskiej z prośbą o nowego biskupa pomocniczego dla Krakowa. Znowu przygotowano terno, a na nim trzy nazwiska. Nuncjatura warszawska badała przedstawionych kandydatów, a teraz od miesięcy Kościół krakowski oczekuje na ostateczną odpowiedź z Watykanu.

A plotkarze na Franciszkańskiej 3 w Krakowie ostro plotkują, kto tym razem dostąpił zaszczytu i zaufania metropolity. Cała procedura związana z ternem jest co prawda objęta tajemnicą papieską, ale moi studenci wiedzą, że do niejednego terna się już dobrałem i niejedno terno im przedstawiłem, więc działając w ramach wielokrotnej recydywy ujawnię tu obecne ploteczki z korytarzy metropolity krakowskiego dotyczące obecnego terna z Krakowa.

Pierwszym kandydatem o którym się plotkuje jest urodzony w Krakowie ks. dr Marek Wrężel (rocznik 1960), obecny proboszcz Parafii Matki Boskiej Nieustającej Pomocy w Krakowie – Mistrzejowicach (Nowa – Huta).
Drugim kandydatem o którym ćwierkają w kurii jest urodzony w Lanckoronie ks. dr Zbigniew Białas (rocznik 1967), obecny kustosz Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie – Łagiewnikach.

Ale najciekawszym kandydatem jest najmłodszy z nich, urodzony w Opocznie ks. dr Karol Litawa (rocznik 1980). Byłby najmłodszym biskupem w Polsce, gdyby papież Franciszek przychylił się do jego kandydatury. Jest od lat osobistym sekretarzem abp Marka Jędraszewskiego i mówi się, że jako jego spowiednik jest powiernikiem jego wszystkich największych tajemnic. Co ważne jest kapłanem archidiecezji łódzkiej. Jako kapelan Jędraszewskiego w Łodzi, miał mu jedynie pomóc przy przeprowadzce do Krakowa, a po paru tygodniach miał powrócić do rodzimej archidiecezji. Niespodziewanie nowy metropolita krakowski nie mianował swojego nowego sekretarza i kapelana spośród księży archidiecezji krakowskiej, a jako nowy Kanclerz Wielki Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie nakazał zatrudnić ks. Karola na tym uniwersytecie i tym samym pozostawił go w Krakowie. Dawny sekretarz Jędraszewskiego jest teraz nowym starym sekretarzem, dostał luksusowe mieszkanie służbowe przy Bazylice Mariackiej w Krakowie i etat wykładowcy na uniwersytecie. I pomyśleć tylko, że kiedyś do zostania wykładowcą uniwersyteckim trzeba było dorobku naukowego… Stare czasy. Rozmarzyłem się tylko niepotrzebnie.

Tyle plotek. Watykan milczy, a papież Franciszek od miesięcy nie podjął decyzji w sprawie tej nominacji. Papież już nieraz zaskakiwał, ale czas pokaże jak będzie tym razem.
Ale jakby nie było w tej archidiecezji i przy tym metropolicie, okazji do poplotkowania będziemy mieli jeszcze wiele… Tym bardziej, że inny biskup pomocniczy abp Marka Jędraszewskiego, bp Jan Szkodoń (rocznik 1946), po ujawnieniu kilka miesięcy temu zarzutów dotyczących jego długoletnich zachowań pedofilskich, niespodziewanie opuścił archidiecezję i nie wiadomo gdzie przebywa. Plotkuje się, że na decyzję w swojej sprawie oczekuje za granicą. Ale o tym poplotkujemy sobie już innym razem.

Andrzej Gerlach