Spotkania przy trzepaku

Tomasz Korzan „Metodologia demokracji fasadowej” Część 13

Partie są jak trucizna lub lekarstwo.

Wszystko zależy od ich składu i dawkowania

 

Dzisiaj, trochę teorii (tyle co na lekarstwo).

Teza główna: partie oddziaływają na społeczeństwo w państwie poprzez zastępowanie konfliktów jednej intensywności lub rodzaju, konfliktami innej intensywności lub rodzaju. Czasem, udaje im się zastąpić dotkliwszy konflikt konfliktem mniej dotkliwym. Czasem, wręcz przeciwnie (ale również celowo).

Dlatego zaproponuję Wam dzisiaj prostą, praktyczną klasyfikację konfliktów, a Wy ocenicie sami działalność Waszych partii. Jeżeli możecie, spróbujcie ulepszyć wasze partie od środka.

Może być?

Proszę bardzo! Przejdźmy zatem do szczegółów.

Po pierwsze, zgodnie z nazewnictwem prawniczym (stosowanym głównie przez mediatorów), proponuję odróżnić konflikt od sporu.

W skrócie: konfliktem będziemy nazywali (nieformalną) przyczynę sporu, a spór, (formalnym) rezultatem konfliktu. Konflikty będziemy deeskalować przez ich rozwiązanie, a spory, przez rozstrzyganie.

Ze sporem będziemy mieli zatem do czynienia dopiero wtedy, gdy jedna ze stron konfliktu sformułuje wobec drugiej jakieś roszczenia lub zarzuty, a druga się z tymi roszczeniami lub zarzutami nie zgodzi.

Dopiero w takich warunkach możliwe będzie rozstrzygnięcie sporu, n.p. przez sąd.

Z zasady, rozwiązanie konfliktu powinno skutkować zakończeniem sporu. W praktyce jednak, może się zdarzyć, że ktoś będzie rozstrzygać spór czysto formalny, u którego podstaw nie ma żadnego konfliktu.

Takie działanie prowadzi często do powstania konfliktu, którego wcześniej nie było. Podobnie, większość rozstrzygnięć sporów nie prowadzi do deeskalacji konfliktów. Rozstrzygnięcie sporu, najczęściej, zmienia tylko typ konfliktu, zazwyczaj go pogłębiając.

Po drugie, proponuje podzielić konflikty na trzy rodzaje, a każdy z nich na dwa „stany skupienia”.

Będzie się to mniej więcej pokrywało z rozszerzoną klasyfikacją konfliktów w/g Christophera W. Moore’a, stosowaną powszechnie przez mediatorów. Trochę tylko uporządkujemy tę klasyfikację, by było Wam łatwiej ją stosować.

Będziemy mieli zatem do czynienia z konfliktami:

1) materialnymi,

2) informacyjnymi i

3) emocjonalnymi.

Każdy z tych konfliktów będzie mógł występować w stanie:

a) ulotnym i

b) stałym.

Tłumacząc to na „klasyczną” klasyfikację Moore’a:

– 1a będzie konfliktem interesów (nie mylić z „konfliktem interesów” w języku prawniczym),

– 1b będzie konfliktem strukturalnym,

– 2a będzie konfliktem danych,

– 2b będzie konfliktem wartości,

– 3a będzie konfliktem protokołu komunikacji (pojęciem stosowanym tylko przez niektórych mediatorów – Moore nie wyróżniał oddzielnie takiej kategorii),

– 3b będzie konfliktem relacji.

Teraz, omówmy sobie wszystkie sześć konfliktów na przykładach. Trochę zbanalizowanych, ale mam nadzieję, że znajdziecie „u siebie” lepsze.

Zacznijmy od konfliktów materialnych.

Wyobraźmy sobie sytuację, że dwóch członków partii, n.p. Kaziu i Zyziu, pretendują do jednego miejsca biorącego na jakiejś liście wyborczej. Mamy zatem do czynienia z konfliktem materialnym ulotnym (konfliktem interesów Moore’a).

Partia może rozwiązać ten konflikt na kilka sposobów:

– poprzez prawybory,

– poprzez losowanie,

– poprzez badanie opinii publicznej w okręgu wyborczym,

– poprzez egzamin testowy,

– poprzez wymediowanie ugody pomiędzy Kaziem a Zyziem itd.

Partia może jednak podejść do sprawy inaczej:

– uznać (na stałe), że jeden z pretendentów jest „lepszy” a drugi „gorszy”,

– wywalić jednego z nich z partii (żeby mieć święty spokój),

– zrobić jednemu z nich „czarny PR”, żeby sam odszedł z partii lub żeby odpadł w prawyborach.

W tym drugim przypadku, mamy bardziej do czynienia z rozstrzygnięciem sporu, niż rozwiązaniem konfliktu (granica jest czasem mglista).

Niemniej jednak, rezultatem drugiego podejścia jest utrwalenie konfliktu materialnego. Jeden z członków dostaje w łeb szklanym sufitem (lub kopniakiem w tylną część ciała). Spór został (przelotnie) rozwiązany, ale konflikt się pogłębił, utrwalił, a nawet rozgałęził na inne rodzaje.

Pretendent odrzucony nie pogodził się przecież z taką sytuacją. Może przecież pójść do konkurencji politycznej, robić czarny PR całej partii, wyciągnąć z partii innych członków itd.

Partia zapłaci za swą „wygodną” decyzję z dużą nawiązka: utraconymi głosami wyborców.

Przejdźmy teraz do konfliktów informacyjnych.

Wyobraźmy sobie sytuację (w dużym uproszczeniu), że jakiś zasłużony, wpływowy członek partii, n.p. Kaziu, uznał sobie kiedyś, pięknego dnia, że 2×2=5.

Spotkało się to z ostrą reakcją innego „silnego” członka, n.p. Zyzia, który uznał w odpowiedzi, że 2×2=3.

(Powiedzmy, że chodzi tutaj o dodatnią lub ujemną synergię jakiegoś współdziałania, nie zakładajmy od razu, że obaj są po prostu głupi.)

Partia może znów podejść do sprawy na kilka sposobów:

– spróbować zweryfikować dane na podstawie zewnętrznych źródeł,

– uznać problem za nierozwiązywalny,

– wyśrodkować opinię, uznając, że prawda musi być gdzieś pośrodku (z tymczasowymi wahaniami koniunktury)

– itd.

Z drugiej strony, partia może również rozstrzygnąć konflikt, uznając jedną z opcji za wartość świętą i nienegocjowalną.

Brzmi znajomo?

A jakże!

Nie będę pokazywał palcami, które partie to zrobiły i w jakich dziedzinach „wiedzy”. Liczę na fajne przykłady w Waszych komentarzach.

Oczywiście, granica pomiędzy konfliktem danych a konfliktem wartości bywa mniej lub bardziej ostra, w zależności od wspomnianej „dziedziny”.

Przykładowo, w kwestiach równowagi pomiędzy wysokością podatków a wysokością świadczeń socjalnych, jakaś część partii politycznych będzie próbowała opierać swoje programy na jakimś konsensusie eksperckim, nastrojach społecznych itd.

Inne, przyjmą sobie „na dzień dobry” jakieś założenia, i będą miały w pompie zarówno wyborców, jak i ekspertów.

W innych sprawach, n.p. prawa aborcyjnego, partyjne „wartości” potrafią być częściej i bardziej „zero-jedynkowe”.

W każdym przypadku, przyjęcie jakichkolwiek twierdzeń jako „święte, nadrzędne i nienegocjowalne”, prowadzi do utrwalenia konfliktu, t.j. przemiany „konfliktu danych” w tzw. „konflikt wartości”.

Skutki?

Wiadome.

Na koniec, na „deser”, konflikty emocjonalne.

W wersji „ulotnej” nazywane są one konfliktami protokołu komunikacji.

Przykładowo, jeżeli Kaziu opisze na forum wewnątrzpartyjnym jakąś propozycję poprawki do statutu partii, a Zyziu odpisze mu „jesteś głupi”, to mamy tu konflikt protokołu komunikacji.

Również tu, partia może podejść do sprawy na dwa sposoby.

Z jednej strony, może usunąć komentarz Zyzia, i poprosić go o przedstawienie własnej poprawki do statutu, prosząc go, w przypadku zestawienia obu propozycji, o rozważenie scenariuszy skutków jednej i drugiej poprawki w sposób rzeczowy i bezemocjonalny.

Partia generalnie może próbować dbać o jakość protokołu komunikacji, tak aby treść komunikatów opierała się wyłącznie na twardych danych i wnioskowaniu logicznym.

Partia może w również prowadzić szkolenia z protokołu komunikacji, tak aby uwagi „ad personam”, czy obraźliwe dla kogokolwiek, po prostu się nie pojawiały w dyskusji.

Z drugiej strony, partia (t.j. jej organy) może również „zatrzeć rączki” i podejść do sprawy w sposób anarcho-dyktatorski. To znaczy:

a) zezwolić członkom na wzajemne epitety, oceny, obelgi i insynuacje, blokując tym samym przepływ rzeczowej informacji (co jest bardzo wygodne, bo wtedy można się wczuć w rolę „zbawcy” i narzucić ludziom własne zdanie odgórnie, bez pytania),

b) rozstrzygać powstałe konflikty w sposób arbitralny, mówiąc, przykładowo, który ze skłóconych rozmówców jest głupi.

Dzięki temu podejściu, zawsze znajdzie się pretekst, by jednego z dyskutantów zakneblować na stałe, ośmieszyć, wyszydzić, a nawet wyrzucić z partii. Oczywiście, będzie to zawsze ten, który głosi poglądy niewygodne dla „władzy”.

W ten jednak sposób, konflikt protokołu komunikacji przeobraża się do formy trwałej konfliktu emocjonalnego, a więc w konflikt relacji. Polega on na tym, że ludzie zaczynają się wzajemnie nienawidzić, gardzić sobą nawzajem, tworzyć wrogie frakcje, odchodzić z partii, przechodzić do konkurencji i ogólnie atakować partię lub jej część bez wyraźnego powodu (lecz pod każdym możliwym pretekstem).

Kto był kiedykolwiek w jakiejkolwiek partii, widział to zapewne, niejeden raz, na własne oczy.

Zapytacie pewnie, po co partie to robią?

Odpowiedź jest prosta: dla dyktatorów i oligarchów, ludzie którzy się nienawidzą, są najwygodniejszą postacią bezmózgiej masy: najłatwiejszą do manipulowania i najtańszą do pozyskania.

Nie jest przecież łatwo złapać kogoś na ulicy, amputować mu mózg, ale tylko częściowo, tak aby był jeszcze w stanie na Ciebie głosować.

Nie jest łatwo odebrać komuś wiedzę empiryczną i instynkt samozachowawczy.

Cholernie trudno jest przekonać kogoś, że Ziemia jest płaska.

Jest jednak dziecinnie łatwo sprawić, że ludzie się nienawidzą, a kiedy ludzie się już nienawidzą, są Twoimi niewolnikami.

Ludzie którzy się szczerze nienawidzą, będą lizać z lubością koprofaga odbyt każdego uzurpatora, który obieca im, że zniszczy „tamtych”.

Ludzie którzy się nienawidzą, odrzucają zdrowy rozsądek, i będą z natchnieniem wieszcza głosić płaskość Ziemi, pod Twoje dyktando, tylko dlatego, że jest to „nasz” pogląd, i że jest przeciwny poglądowi „tamtych”.

Fajne?

Pewnie że fajne. Każdy kał jest przecież fajny dla mikrobiologa, gdy go weźmie na szkiełko i pod mikroskop.

Trochę gorzej, gdy trzeba się w tym kale codziennie kąpać.

Lub gorzej: żreć go zamiast pokarmu.

Link do poprzedniego odcinka:

https://www.facebook.com/tomasz.korzan.polityk/posts/247671857361162

Ciąg dalszy nastąpi.

Tomasz Korzan

Tomasz Korzan „Metodologia demokracji fasadowej” Część 12

Drugie przykazanie partyjnej demokracji: zero zaufania.

 

Wiem, powiedziałem teraz (być może) coś obrazoburczego. W końcu żyjemy w kraju bardzo religijnym, w którym niezachwiana i ślepa wiara uznawana jest za cnotę, a zwątpienie i logika za przywarę.

Wprawdzie nie dorównujemy w poziomie wiary niektórym innym krajom, ale mimo wszystko, nie ustępujemy im również zbyt bardzo:

https://www.wprost.pl/…/zambia-pastor-poprosil-by…

Powiecie pewnie, że „jak to”, że „jak można żyć bez wzajemnego zaufania”?

Nie tylko można, ale trzeba, a do tego, by być szczęśliwym w relacjach międzyludzkich, nie jest nam potrzebne zaufanie, tylko wzajemny SZACUNEK, a tego, w naszych relacjach, jest faktycznie o wiele za mało.

Poza tym, musimy chyba zacząć rozróżniać zaufanie w sferze DZIAŁAŃ od zaufania w sferze UCZUĆ.

To, że ktoś sobie wyjdzie na ulicę z ankietą i zrobi badania opinii publicznej w sprawie zaufania do (za)rządu, i że wyjdzie mu, że ludzie (za)rządowi ufają mniej niż na Zachodzie, wcale nie oznacza, że nasz system nie bazuje właśnie na zaufaniu jako na metodologii powszechnego gwałtu.

Różnica pomiędzy jednym a drugim jest mniej więcej taka, jak pomiędzy miłością romantyczną a gwałtem.

Młoda, nieświadoma, romantyczna dziewczyna z ciemnej dzielnicy może być zakochana w jakimś amerykańskim aktorze, ale gdy przyjdzie do niej w nocy pijany menel z sąsiedztwa i ją zgwałci, dziecko będzie miała z menelem, a nie z aktorem.

Menel będzie jednak twierdził z uporem menela, że ów akt gwałtu to była „miłość”.

Tak to mniej więcej wygląda z naszym zaufaniem w demokracji (krajowej czy wewnątrzpartyjnej). Rząd (albo zarząd) będzie się powoływał na badania zaufania do (za)rządów w krajach (i organizacjach) cywilizowanych. Potem, zdemontuje nam narzędzia prawnej (lub statutowej) kontroli oddolnej nad państwem (lub organizacją).

Będzie nam przy tym bezczelnie wciskał ciemnotę, że „robi nam cywilizację zachodnią”, sapiąc przy tym lubieżnie w twarz smrodem potu, moczu, kału, cebuli i denaturatu, i rechocząc przepitym głosem, „że to miłość”.

Dlatego proszę, błagam, nalegam: nie dajcie się gwałcić. Nie dajcie się w kółko nabierać na gładkie gadki o konieczności „zaufania do polityków”.

W demokracji potrzebna jest skuteczna KONTROLA ODDOLNA, i tylko z taką kontrolą, jest ona w stanie działać. „Zaufanie” w znaczeniu „sondażowym” pojawi się być może kiedyś, kiedy rządy naszego państwa i zarządy naszych organizacji politycznych przestaną nas gwałcić po pijaku.

Z tym optymistycznym akcentem, pozdrawiam Was w traumie i życzę rychłej rekonwalescencji, jak również wzrostu potraumatycznego, w postaci BRAKU ZAUFANIA (przynajmniej w tym znaczeniu tego słowa, które wciskane jest nam jak kit w otwory fizjologiczne przez stronnicze media pro(za)rządowe).

Link do poprzedniego odcinka:

https://www.facebook.com/tomasz.korzan.polityk/posts/246418907486457

Link do następnego odcinka:

https://www.facebook.com/tomasz.korzan.polityk/posts/249217610539920

Dziękuję!

Tomasz Korzan

Tomasz Korzan „Metodologia demokracji fasadowej” Część 11

Pierwsze przykazanie partyjnej demokracji?

 

Nie będziesz dawał organom obieralnym partii Twojej uprawnień rekrutacyjnych (ani tym bardziej dyscyplinarnych)!

Dziwisz się?

A co tu się dziwić?

Jeżeli statut partii zapewnia członkom organów obieralnych możliwość zapewnienia sobie nieusuwalności, poprzez skrupulatne usuwanie z partii swoich potencjalnych konkurentów (lub niewpuszczanie do niej takowych), to możesz być absolutnie pewnym, że z tej możliwości skorzystają. Nawet jeśli jedna kadencja okaże się uczciwa (albo, jak kto woli, „niedoświadczona”), przyjdzie następna, która się obłowi.

Nie, nie bądź naiwny. Nie pomoże Ci nawet sąd partyjny. Sądy partyjne są też obsadzane przez członków partii, których też da się, w razie potrzeby, kupić, zastraszyć lub wyrzucić.

Po prostu, takie już jest partyjne „prawo rynku” (rynka-rynkę ten-tego). Podobnie jak w gospodarce rynkowej: jeżeli prawo nie zapewnia żelaznej ochrony przed zmową cenową, zmowy cenowe powstaną NIEUCHRONNIE, a to będzie koniec gospodarki rynkowej.

Nie wierzysz?

Proszę bardzo:

https://wiadomosci.dziennik.pl/…/8232314,andrzej…

https://wyborcza.pl/7,75398,27501098,wojna-w-lewicy-akt…

https://www.wprost.pl/…/lewica-pograza-sie-w-kolejnym…

Wnioski?

Tak, można się przed tym zabezpieczyć statutowo, ale trzeba najpierw zrozumieć zagrożenie i nie dać sobie zamydlić oczu partyjnym celebrytom.

Link do poprzedniego odcinka:

https://www.facebook.com/tomasz.korzan.polityk/posts/246354654159549

Link do następnego odcinka:

https://www.facebook.com/tomasz.korzan.polityk/posts/247671857361162

Dziękuję!

 

Tomasz Korzan

Tomasz Korzan „Metodologia demokracji fasadowej” Część 10- Copy

Na czym polega najważniejsza różnica pomiędzy demokracją a dyktaturą?

 

W demokracji pełnej i realnej, będąc zwyczajnym obywatelem, nie musisz walczyć o władzę.

Władzę gwarantuje Ci prawo, a Ty możesz ją po prostu albo wykonywać, albo, jeżeli nie chcesz lub nie potrafisz sam/sama, możesz „podzlecić” jej wykonywanie Twoim lojalnym przedstawicielom.

Jak to możliwe?

Po prostu: władzę gwarantują Ci odpowiednio skonstruowane procedury, zrozumiałe dla ogółu, korzystne dla ogółu i, co niezwykle ważne, faktycznie wykonywane przez ogół.

Te procedury gwarantują Ci również bezpieczeństwo przed fałszywymi „przedstawicielami”, którzy okłamują Cię, by dostać władzę, a potem robią co chcą.

W pełnej i całkowitej dyktaturze, jest dokładnie odwrotnie. Tam, jedyną drogą do zdobycia władzy jest przemoc fizyczna.

Chcesz zostać nowym dyktatorem?

Nic prostszego! Musisz tylko fizycznie zlikwidować aktualnego dyktatora i zająć jego miejsce. Oczywiście siłą. W dyktaturze jest to możliwe (i nie da się inaczej).

Jak to jest w demokracji fasadowej?

Ano tak, że teoretycznie, prawo gwarantuje Ci władzę (tak tam przynajmniej jest napisane), ale praktycznie, Ty nadal musisz o władzę walczyć – jak w dyktaturze.

Może niekoniecznie siłą, ale postępem, intrygą, oszczerstwem, szyderstwem, korupcją, kumoterstwem, kłamstwem, autoreklamą (pewnie wymienisz kilka innych) – jak najbardziej.

Prawo stanowi tylko cienką fasadę pozorów. Ewentualnie, wątlutkie zabezpieczenie, by nikt w wirze tej walki nie zechciał jednak, mimo wszystko, pobić lub odstrzelić przeciwnika politycznego. Na ile jest to wątlutkie zabezpieczenie, przekonasz się po liczbie ochroniarzy, zatrudnionych przez niektórych, znanych Ci zapewne, pseudo-demokratycznych „wybrańców”.

Jak, w świetle powyższego, przedstawia się rola partii politycznej?

W demokracji realnej, będzie to grupa ekspertów, normalnych ludzi, ale z odpowiednimi kwalifikacjami (dającymi się zdobyć bez „specjalnych znajomości”), którym Ty będziesz CHCIEĆ (świadomie i bez przymusu), powierzyć wykonywanie za Ciebie władzy. Będzie to zatem grupa ludzi, otwarta na rozmowy z Tobą, funkcjonująca w sposób jawny, przyjazny, przystępny, rozumny i zrozumiały.

Będzie to zatem organizacja OFERUJĄCA władzę wyborcom.

W pełnej dyktaturze (dla kontrastu), będzie to banda bezmózgich zbirów, których jedynym zadaniem będzie wyrżnąć i wystrzelać swych odpowiedników z bandy przeciwnika, po to by „ich” herszt mógł odebrać władzę „obcemu”.

W demokracji fasadowej, będzie to bardzo podobne do dyktatury, ale z wyłączeniem przemocy fizycznej (do czasu). Członkami partii fasadowo-demokratycznej będą bezrefleksyjni (z wyboru lub przymusu) klakierzy, których zadaniem jest wspieranie wąskiej grupki uzurpatorów.

Będzie to, podobnie jak w dyktaturze, organizacja zamknięta, samozwańczo-„elitarna”, sparaliżowana psychozą „my kontra oni”.

Jej naczelnym celem, podobnie jak w dyktaturze, będzie walka o władzę. Może bez morderstw, tortur i uprowadzeń (do czasu), ale w sferze psychologicznej, ze wszystkimi formami agresji, pozwalającymi zniszczyć jakiegoś „wroga”.

Oczywiście, dla wyborców, z krzykliwą reklamą, próbującą ukryć smród autorytaryzmu pod grubym kożuchem smalcu i sacharyny.

A jaka jest Twoja ulubiona partia?

Czy jest wzorem demokracji do naśladowania?

Czy jest, wewnątrz, miniaturką tego państwa demokratycznego, w którym chciałbyś/chciałabyś w przyszłości żyć?

Czy może, tak naprawdę jest… no właśnie, czym?

Link do poprzedniego odcinka:

https://www.facebook.com/tomasz.korzan.polityk/posts/243499057778442

Link do następnego odcinka:

https://www.facebook.com/tomasz.korzan.polityk/posts/246418907486457

Dziękuję!

Tomasz Korzan

Tomasz Korzan „Metodologia demokracji fasadowej” Część 9

Jak Kaliksiński komuś zabiera krowy, to dobrze. Jak ktoś Kaliksińkiemu, to źle.

 

Brzmi znajomo?

Pewnie! Niestety, nie tylko dlatego, że jest to parafraza cytatu z (nie)sławnej powieści Henryka Sienkiewicza, ale raczej z tego, że jest to pierwsze przykazanie naszej największej (choć ukrytej) religii narodowej: obowiązkowej hipokryzji.

Zapytacie: jak to „obowiązkowej”? Czyż nie piętnujemy namiętnie hipokryzji u naszych wrogów, konkurentów i przeciwników politycznych?

Oczywiście, że ją piętnujemy, ale… TYLKO u przeciwników, a więc tylko w cudzej partii, w cudzej frakcji tej samej partii, ewentualnie, w cudzej koalicji cudzych partii itd. To właśnie jest drugie przekazanie.

Chcecie więcej przykazań?

Proszę bardzo:

Przykazanie 3: kto piętnuje hipokryzję u „swoich”, ten jest zdrajcą.

Przykazanie 4: kto sam nie jest hipokrytą, jest durniem i/lub cwelem, i należy go gnębić fizycznie i psychicznie, bo przynosi nam wstyd i hańbę od samego swojego istnienia i nie bycia gnębionym.

Zapytacie pewnie, jak się ma ta religia do innych religii (tych tradycyjnie rozumianych), innych ideologii czy ich (deklaratywnego) braku?

Proszę bardzo!

Każda religia, każda ideologia, lub deklarowana „wolność” od takowych, będzie przykrywką dla obowiązkowej hipokryzji, działającą tak:

a) jeżeli ktoś inny wyznaje jakąś religię lub ideologię inną niż nasza (lub, w odróżnieniu od nas jest „pieprzonym” sceptykiem lub ateistą), to jest to powód dla którego uznajemy go za hipokrytę,

b) jeżeli to my wyznajemy jakąś religię lub ideologię (lub, uważamy się za wolnych od wyznania), to jest to powód dla którego uważamy się za wolnych od hipokryzji, ponieważ nasza religia, nasza ideologia, nasz sceptycyzm i bezwyznaniowość, stanowią tarczę, która nas chroni, niczym partyjny beton (tak, dokładnie, właśnie „taki” beton).

Co czyni nam ta religia społecznie, politycznie i gospodarczo?

Odpowiedzcie sobie na to pytanie sami (w komentarzu). Jestem ciekaw, czy dojdziecie do podobnych wniosków.

Jak językowo odróżnić „tę” religię od „tradycyjnych” religii?

W języku angielskim, „tego typu” zjawiska określane są mianem „implicit religion”, w odróżnieniu „od explicit religion” czyli „tych typowych religii”. Oczywiście, przydałyby się na takie zjawiska jakieś fajne słowa w języku polskim, bowiem jak czegoś nie potrafimy nazwać, często tego nie zauważamy, a…

POWINNIŚMY WRESZCIE ZACZĄĆ ZAUWAŻAĆ!

Zapraszam zatem do proponowania jakichś fajnych polskich nazw na „implicit religion” w komentarzach.

Czy znacie jakieś podobne „ukryte” zjawiska, oprócz „obowiązkowej hipokryzji”, które warto by opisać?

Jak sądzicie, czy nazwa „dulszczyzna” pokrywa się znaczeniowo ze zjawiskiem „obowiązkowej hipokryzji”?

Link do poprzedniego odcinka:

https://www.facebook.com/tomasz.korzan.polityk/posts/242371257891222

Link do następnegoodcinka:

https://www.facebook.com/tomasz.korzan.polityk/posts/246354654159549

Dziękuję!

Tomasz Korzan „Metodologia demokracji fasadowej” Część 8 „Etos symbiotyczny i pasożytniczy”

Etos symbiotyczny i pasożytniczy

 

 

Nie jest prawdą, jakoby większość członków partii politycznych kierowała się wyłącznie względami egoistycznymi.

Wprawdzie z gimbofilozoficznego punktu widzenia, każdy człowiek jest egoistą, bowiem każdy realizuje jakieś potrzeby, nawet gdy to są tzw. „potrzeby wyższe”, ale nie będziemy się zagłębiać w tę grę.

Pozostaniemy przy intuicyjnym znaczeniu słów.

Skąd to wiemy?

Sprawa jest stosunkowo prosta. Nie dla wszystkich członków partii wystarczy miejsc biorących w organach obieralnych państwa. Nie wszystkie partie mają szanse na znaczący udział delegowanych przez nich nominatów w organach obieralnych państwa.

Poza tym, w większości przypadków, diety w tych organach są niższe niż wynagrodzenie za podobną pracę gdzie indziej.

Czy to zatem oznacza, że większość członków partii politycznych to altruiści?

Nie, nie przeginajmy w drugą stronę. Nie ma ludzi „idealnie dobrych”. Owszem, są ludzie lepsi i gorsi, niektórzy, bardzo rzadko, są bliscy ideału, ale zazwyczaj tylko pod jakimś względem, gdyż nie da się być alfą i omegą.

Zazwyczaj jednak, jeśli ktoś twierdzi że jest bliski ideału, jest albo narcyzem, który uległ własnym urojeniom, albo kłamcą i, zazwyczaj, przeciwieństwem tego, co deklaruje.

O psychopatach, ludziach biologicznie niezdolnych do odczuwania empatii, rozmawialiśmy już wcześniej, przy poprzednich odcinkach. Nie będziemy zatem do tego, póki co, wracać.

Dziś zajmiemy się, dla odmiany, ludźmi przeciętnymi, którzy zapisali się do partii (lub podobnej organizacji) i kierują się w niej jakimś etosem, jakimś imperatywem, jakimś potocznym rozumieniem dobra i zła, narzuconym przez grupę, jakimś stereotypem, lub po prostu robią to co inni, nie zastanawiając się nad tym głębiej.

Na czym polega problem?

Problem polega na tym, że etos potrafi być skrajnie destruktywny.

Przykłady?

Przykładowo, etos „nie będę frajerem”.

Polega on na tym, że osoba ulegająca temu etosowi uważa, że „skoro wszyscy oszukują i kradną, to ja też muszę, bo w przeciwnym wypadku będę śmieszny”.

Ktoś, kto kieruje się etosem „antyfrajera” może wręcz uważać się za „uczciwego”, bowiem poddanie się innym ludziom, którzy oszukują i kradną, daje szanse zwycięstwa złodziejom i oszustom. W związku z tym, „antyfrajer” musi kraść i oszukiwać więcej niż inni, bowiem w ten sposób utrudnia życie oszustom i złodziejom, a to przecież jest „uczciwe”.

Inny etos, to „my kontra oni”.

Polega on na założeniu, że „my” (jakaś grupa do której należy ofiara etosu) jest „atakowana” przez inną grupę.

Jest to założenie samospełniające się, bowiem przyjęcie względem jakiejkolwiek innej grupy takiego założenia powoduje, że ta inna grupa też będzie musiała przyjąć takie założenie.

Efektem jest niekończąca się wojna „gangów”, z których każdy czuje się atakowany i, co za tym idzie, zmuszony do atakowania innych, przez co inni muszą atakować itd., w nieskończoność.

Jeszcze inny to „polityka jest brudna”.

Oznacza on, że „nie zapiszę się do partii politycznej, bo tam są sami makiaweliści, a ja jestem „czysty” i nie będę się czymś takim brudzić”.

Ten etos działa jednak na dwa sposoby. Oprócz tego, że stawia on Polskę na ogonie Europy pod względem przynależności do partii politycznych, wywiera on presję na tych nielicznych, którzy mimo wszystko się zapisują, by z tym pato-etosem walczyć.

Ci bowiem, którzy się zapisują, będą grać brudno, bowiem walczą z tymi, co grają brudno, bo przecież nie da się walczyć czysto z tymi, którzy walczą brudno itd.

Etos „brudnej polityki” zlewa się zatem z etosem „antyfrajerstwa” i „my kontra oni” w jeden, synergiczny mechanizm.

Innym etosem destruktywnym jest „nieomylna ideologia”.

Etos ten polega na tym, że zapisując się do partii czy innej organizacji, religijnej lub świeckiej, przyjmujemy założenie, że wyznawana przez tę organizację ideologia jest słuszna.

Oznacza to, że:

1) w ramach organizacji, konkurujemy ze sobą na „wierność” ideologii (kto ją wyznaje bardziej bezrefleksyjnie, wygrywa, bo jest „lepszym” członkiem, bo nie stawia niewygodnych pytań),

2) celem organizacji staje się narzucenie ideologii osobom z zewnątrz (jest to szczególnie paskudne w przypadku partii politycznych, bowiem wyklucza demokratyzację państwa – celem partii staje się odebranie władzy wyborcom, a nie oddanie jej im),

3) każdy, kto ma jakąkolwiek wiedzę ekspercką podważającą słuszność ideologii, będzie traktowany jako wróg (z biegiem czasu organizacja „odmóżdża się”, bowiem „nosiciele” realnej wiedzy są z niej wyrzucani, albo sami odchodzą),

4) organizacja ma jakiś pretekst, by walczyć z innymi organizacjami (wzmocnienie etosu „my kontra oni”).

Szczególnym przypadkiem etosu „nieomylnej ideologii” jest „kult wodza”.

Myślę, że wszyscy wiedzą o co mniej więcej chodzi, ale przypomnę tylko (pisałem o tym już wcześniej), że władza wodza w partii (i innej organizacji) opiera się przede wszystkim na nieformalnej „instytucji lizusa”.

„Lizus”, „klakier” albo „protegowany”, jest osobą która wychodzi z założenia, że zamiast ubiegać się o poparcie wyborców (szeregowych członków organizacji), bardziej opłaca się popierać dążenie wodza do autorytarnej władzy.

Wódz odwdzięcza się lizusom rzucając im ze stołu ochłapy władzy, a lizusy zapewniają wodzowi bezkonkurencyjność w wyborach wewnątrzorganizacyjnych.

Etos „wodza” jest, niestety, chorobą kumulatywną, tzn. z biegiem czasu nasilającą się, aż do całkowitego zniszczenia organizacji. Ponieważ lizusy dbają o zapewnienie czarnego PR-u wszelkim konkurentom wodza, odmóżdżenie organizacji postępuje jeszcze szybciej, niż w organizacji czysto „ideowej”.

Każdy, kto posiada jakikolwiek kapitał Intelektualny lub, tym bardziej, rozpoznawalność medialną, musi zostać zniszczony, bowiem stanowi zagrożenie dla wodza.

No dobrze. Ponarzekaliśmy, więc co teraz?

Co w ogóle możemy z tym fantem zrobić?

Jak przeciwstawić się etosom pasożytniczym?

Nie wymienimy tutaj wszystkich sposobów (wszystkich etosów pasożytniczych też nie wymieniliśmy).

Zajmijmy się jednym z nich: „etosem polityka-rzemieślnika”.

Etos ten polega na tym, że polityk go wyznający (w dużym skrócie):

– kieruje się interesem wyborców, tzn. śledzi wszelkie zmiany tych potrzeb na bieżąco, zarówno przez badania statystyczne, jak i bezpośrednie rozmowy z wyborcami,

– buduje konsensus pomiędzy grupami wyborców, jeśli ich potrzeby są w kolizji wzajemnej,

– podwyższa swoje kwalifikacje, by być w stanie sprostać tym potrzebom,

– opiera się na konsensusie większości ekspertów (jeżeli takowy istnieje w danej branży) a nie próbuje być sam „hiper-ekspertem wszystkowiedzącym”,

– jest „ponadpartyjny”, tzn. może (bo musi) należeć do jakiejś partii, ale nie może stawiać ani potrzeb partii nad potrzebami wyborców, ani ideologii partyjnej (religijnej lub świeckiej) nad konsensusem naukowym,

– ani nie próbuje być niczyim wodzem, ani nie kłania się żadnym wodzom,

– nikomu niczego nie „załatwia” ani nie „daje” (nikt nie jest dla niego „lepszym wyborcą”, bo wepchnął się na przód kolejki): jedna grupa wyborców może „dostać coś” tylko od innej grupy wyborców, polityk może tylko pomóc tym dwóm grupom się wzajemnie dogadać,

– inne (lista w budowie).

Trudne?

Pewnie tak. Współczesny klimat polityczny i kulturowy naszego kraju jest dokładnym przeciwieństwem takiego etosu.

Z drugiej strony, czy mamy inny wybór?

Wydaje mi się, że nie. Albo zaczniemy budować konstruktywny etos zawodu polityka, albo będziemy niewolnikami etosu pasożytniczego.

Na początek jednak, potrzebni będą jacyś ludzie, których stać będzie czasem na zrobienie kilku kroków pod prąd, i nie uleganie presji tłumu.

Link do poprzedniego odcinka:

https://www.facebook.com/tomasz.korzan.polityk/posts/240931434701871

Link do następnego odcinka:

https://www.facebook.com/tomasz.korzan.polityk/posts/243499057778442

Dziękuję!

Tomasz Korzan

Tomasz Korzan „Metodologia demokracji fasadowej” Część 6

Nie chrońcie partii przed psychopatami.

Chrońcie je przed ich ofiarami.

 

Przepraszam, że obalę znów kilka mitów. Jeszcze bardziej przepraszam, że inne potwierdzę. Do rzeczy:

1. Czy to prawda, że inteligentni, makiawelistyczni psychopaci pchają się do partii politycznych, niczym muchy do miodu (lub bardziej, do „odchodu”, jak to w życiu częściej bywa)?

Tak to prawda. Powiem więcej, nawet ludzie normalni, pod wpływem władzy, nabierają cech psychopatycznych na czas jej sprawowania. Są na to badania naukowe (jak ktoś będzie chciał, podlinkuję w komentarzu).

2. Czy to prawda, że partie polityczne są w stanie obronić się przed napływem psychopatów?

Bezpośrednio, nie. Pośrednio, tak, ale tego nie robią (przynajmniej ja jeszcze nie spotkałem partii, która by to robiła).

Problem w tym, że nie ma takich testów psychologicznych, których inteligentny psychopata nie byłby w stanie oszukać. Nie ma też takich rekruterów, których inteligentny psychopata nie byłby w stanie zrobić w bambuko. Co więcej, jeżeli partia przewiduje powierzenie komuś roli arbitralnego rekrutera, ubiegać się o nie będzie najczęściej jakiś psychopata.

3. Czy to prawda, że psychopaci rządzą partiami?

Bezpośrednio, nie. Pośrednio, tak.

Bezpośrednio, partiami rządzą dobrotliwi ignoranci, którymi z kolei rządzą psychopaci. Psychopaci rządzą pośrednio, manipulując dobrotliwymi ignorantami. Dobrotliwi ignoranci rządzą bezpośrednio, ponieważ stanowią większość. Niestety, rządzą pod wpływem manipulacji ze strony psychopatów.

Co zatem zrobić, by ochronić partie przed wpływem psychopatów?

Trzeba je ochronić przed dobrotliwymi ignorantami.

Dlaczego?

Bo tylko przed nimi da się je ochronić.

Rzecz w tym, że dobrotliwą ignorancję da się wykryć za pomocą egzaminów testowych. Co więcej, w odróżnieniu od psychopatii, dobrotliwą ignorancję da się wyleczyć, za pośrednictwem kursów i szkoleń przygotowujących obywatela do trudnej roli członka partii politycznej.

Na czym ta rola polega?

W największym skrócie: na reprezentowaniu wyborców. Jeżeli zatem ktoś zapisuje się do partii, spotyka w niej jakiegoś „wodza”, i zaczyna mu klaskać, to znaczy, że nie nadaje się na członka partii, bowiem szeregowy członek partii ma być szefem wybranych przez siebie organów, a szefem szeregowego członka partii ma być szeregowy wyborca. Nie odwrotnie, bo jeśli jest odwrotnie, to znaczy, że mamy do czynienia z demokracją fasadową, a więc realną dyktaturą, pod cienkim makijażem demokracji.

Dlatego właśnie, każdy kto chce zostać członkiem partii, powinien przechodzić kurs przygotowawczy, zakończony egzaminem, na którym nauczy się przynajmniej jednej umiejętności (czasem cholernie trudnej, lecz zazwyczaj realnie możliwej do opanowania): jak nie dać się zrobić w bambuko przez makiawelistycznego psychopatę, zwłaszcza takiego z „charyzmą”.

Wyborcy zaś powinni się nauczyć jednej rzeczy: nie głosowania na partie, które takich kursów nie oferują, i nie bronią się, za pośrednictwem egzaminów wstępnych, przed inwazją naiwnych klakierów wodza, bo im więcej klakierów, tym większe jest prawdopodobieństwo, że wodzem jest psychopata.

W jeszcze większym skrócie: partie są od reprezentowania, jak d**a od s**nia. Nie od „zdobywania władzy”, jak niektóre z nich piszą sobie nawet „na bezczelnego” w statutach.

Partia nie ma mieć żadnej władzy.

Partia ma być użytecznym i sprawnym narzędziem w rękach wyborców. Owszem, narzędziem ultra-inteligentnym, ale przyjaznym dla użytkownika. Z potężnym back-endem i czytelnym front-endem.

Nie jakimś durnym młotem, w którym obuch urywa się od trzonka zaraz po wyborach, i wali sobie dokąd chce, zazwyczaj wyborcy prosto palec, w głowę lub (w Polsce) w narząd płciowy.

Ostatecznie: psychopaci w polityce „żywią się” mózgami ignorantów. Zwalczając ignorancję, zwalczasz psychopatię, bo bez pustych mózgów na talerzu, psychopaci (politycznie) zdychają z głodu.

Link do poprzedniego odcinka:

https://www.facebook.com/tomasz.korzan.polityk/posts/239263844868630

Link do następnego odcinka:

https://www.facebook.com/tomasz.korzan.polityk/posts/240931434701871

Dziękuję!

Tomasz Korzan

Tomasz Korzan „Metodologia demokracji fasadowej” Część 5

 

O edukacji demokratycznej: bez cienia wstydu.

 

Demokracja jest jak seks. Jest z zasady przyjemna, ale bez edukacji i bez zabezpieczeń, prowadzi do… dopowiedzcie sami.

Dziś opowiemy sobie o „metodzie dźwigni”, czyli o tym, jak małe oligarchie ewoluują do dyktatur. Zasada jest prosta:

1. Zaczynasz jako malutka grupka trzymająca władzę, w obrębie większej grupki, pragnącej dojść do władzy (n.p. partii).

2. Z konieczności, wybierasz sobie lidera.

3. Z „grzeczności”, nie nakładasz na lidera żadnych zabezpieczeń, bo przecież „nie wypada”, bo przecież „lider jest jednym z nas, naszym kolegą/koleżanką, sami go/ją wybraliśmy i wypromowaliśmy, musimy mu/jej zaufać”.

4. W szczególności, zgadzasz się na to, by Twój lider miał prawo (pośrednio lub bezpośrednio) usuwania niewygodnych członków z organizacji, „bo przecież ktoś musi, a nam, jego zaufanym, krzywdy przecież nie zrobi”.

5. Twój lider ma zatem dług wdzięczności wobec najbliższych współpracowników, tych, którzy go wybrali i wypromowali. W ten sposób jednak, staje on/ona przed dylematem:

a) spłacać dług wdzięczności, a więc ograniczać własną władzę, licząc się z tym, że ktoś z kolegów go/ją kiedyś zastąpi u sterów organizacji,

b) wywalić cichaczem z organizacji wszystkich „starych kolegów” (lub wykorzystać zdobytą władzę opiniodawczą, by zrobić im „czarny PR”, żeby sami odeszli, lub żeby wywalił ich „gniewny tłum”), i zastąpić ich nowymi, wobec których nie ma długu wdzięczności, i którzy będą próbowali się „wkupić” w jego/jej łaski, i chętnie pomogą mu/jej przy wywalaniu z organizacji wszystkich tych, którzy stoją na drodze do jego/jej (ale również ich) kariery.

Pytania

X. Jak sądzisz, którą opcję wybierze Twój lider?

Y. Jeżeli nawet Twój pierwszy lider wybierze opcję „a”, jaką masz gwarancję, że żaden kolejny lider, w którejś kolejnej kadencji, nie wybierze opcji „b”?

Z. Jak powinien być skonstruowany prawnie „kondom statutowy” Twojej organizacji, by demokracja w niej była jak przyjemny, młodzieńczy, dobrowolny seks, z szacunkiem, miłością, higieną i ostrożnością, a nie jak wielkie ********, gwałtem, z pogardą i bez mydła, przez lidera i jego/jej ambitnych żołnierzyków?

Link do poprzedniego odcinka:

https://www.facebook.com/tomasz.korzan.polityk/posts/235100381951643

Link do następnego odcinka:

https://www.facebook.com/tomasz.korzan.polityk/posts/239711738157174

Dziękuję!

Tomasz Korzan

Tomasz Korzan „Metodologia demokracji fasadowej” Część 4

Ukryty „wymiar nie-sprawiedliwości”

 

 

Wstęp

Konstrukcja demokracji fasadowej opiera się na dwóch filarach: twardym i miękkim.

Filar twardy demokracji fasadowej jest po prostu zbiorem dziur w systemie prawnym państwa formalnie demokratycznego (lub statutowym innej organizacji, n.p. partii), umożliwiającym funkcjonowanie w nim (w niej) nieformalnej oligarchii lub dyktatury. Filar miękki jest natomiast zbiorem mechanizmów społecznych, dzięki którym możliwe jest tworzenie nieformalnego „państwa w państwie” (lub „partii w partii”).

Nawet jeśli wydaje się to być kontrintuicyjne, najważniejszym filarem „oligarchicznej nakładki na demokrację” jest raczej filar miękki. To w nim bowiem ukrywa się główny mechanizm patologii.

W końcu, przynajmniej do tej pory, nikt chyba jeszcze nie słyszał o systemie w 100% odpornym na patologię, działającą poza (lub ponad) prawem. Z drugiej strony, nietrudno jest sobie wyobrazić system prawny, który nie jest idealny, lecz który działa, gdyż nie istnieje patologia, funkcjonująca poza (lub ponad) nim.

Przez inną analogię można powiedzieć, że działa to podobnie do choroby nowotworowej. Filar twardy, a więc dziury w systemie prawnym, są jak czynniki ryzyka, takie jak wiek, predyspozycje genetyczne, infekcje, substancje rakotwórcze w otoczeniu itd. Filar miękki natomiast, to istniejący nowotwór, który rośnie i pożera zasoby organizmu.

Dziś powiemy sobie parę słów o jednym ze zjawisk filaru miękkiego: czymś, co pod względem funkcjonalnym przypomina „wymiar sprawiedliwości” choć jest raczej jego karykaturą i przeciwieństwem.

Samo zjawisko widoczne jest najwyraźniej w środowisku więziennym, gdzie powstaje coś na kształt hierarchii, obejmującej (w skrócie):

– grypsujących,

– frajerów i

– cweli.

Kto nigdy nie był członkiem partii politycznej, albo nie był nigdy w więzieniu, może przypomnieć sobie czasy szkolne. W większości szkół funkcjonował, przynajmniej za moich czasów, jakiś system subkulturowy podobny do więziennego. W każdej klasie była jakaś „elita podwórkowa” (gang), „szara większość” oraz (zazwyczaj) jedna osoba, nad którą należało się znęcać z przy każdej okazji.

W subkulturach chłopięcych był to zazwyczaj ktoś słabszy fizycznie, „inny”, „kujon”, „maminsynek” itp. Nie wiem dokładnie jak wyglądało to w subkulturach dziewczynek, ale podejrzewam, że podobnie.

Niestety, nie inaczej wygląda to w partiach politycznych. Tam też mamy do czynienia z pewną formą analogicznej subkultury, w której pojedyncze osoby wybierane są jako ofiary akcji mobbingowych, gdzie członkowie „lepszej kasty” mogą wykazać się okrucieństwem, w celu zdobycia poklasku w obrębie „swoich”.

Oczywiście, nie dochodzi tam raczej do rękoczynów (chociaż nie wiem do końca, nie byłem we wszystkich partiach). Niemniej jednak, dla osoby „wybranej na trędowatego”, zjawisko jest raczej nieprzyjemne.

Działa to tak, że gdy ktoś podpadnie komuś z „równiejszych” (jak zgrabnie to nazwał Orwell w „Folwarku Zwierzęcym”), ów ktoś staje się najpierw ofiarą plotek, z zasady wyssanych z palca. Później, ofiara jest z zasady spychana na margines działalności partyjnej, poddawana drobnym szykanom, hejtowana w mediach wewnątrzpartyjnych, zbywana ironią, itd.

Inicjatywy takiej osoby są albo blokowane odgórnie pod jakimś pretekstem, albo w przypadku głosowań, po prostu odrzucane, bowiem mało kto odważy się poprzeć inicjatywy „trędowatego”. Nikt nie chce zostać potraktowany w podobny sposób. Ewentualnie, mało kto interesuje się na tyle losem ofiary, by pójść pod prąd, zaryzykować, i stanąć w obronie linczowanego kolegi (lub koleżanki).

W ewentualnych skargach do sądów koleżeńskich partii, ofiara również z reguły przegrywa, bowiem „subtelność” zbiorowego ataku drobnych podłości, utrudnia ofierze zebranie jednoznacznego materiału dowodowego, a członkami sądów koleżeńskich są przecież również członkowie partii, również podatni na presję tłumu.

W ten sposób, społeczne „przecwelenie” członka partii jest bardzo wygodnym sposobem eliminacji przeciwników politycznych. Skutki uznania niewygodnego osobnika za „trędowatego” są w miarę trwałe, bowiem komunikacja nieformalna w partiach dominuje nad otwartym obiegiem informacji, a plotki mają tendencję do „życia własnym życiem”, bez dodatkowej ingerencji początkowego autora plotki.

Skutki?

Skutkiem jest oczywiście trwałość nieformalnych struktur, działających ponad statutem organizacji. Nawet w dość demokratycznych organizacjach (przynajmniej z formalnych pozorów), ekipa „równiejszych” staje się nie do ruszenia. Organizacja popada w stagnację, bowiem każdy potencjalny konkurent, zwłaszcza kompetentny i lojalny wobec wyborców, staje się nieuchronnie ofiarą „przecwelenia”.

Bycie lojalnym wobec wyborców będzie z natury rzeczy traktowane podobnie, jak lojalność wobec strażników w subkulturze więziennej, zatem partia, raz zainfekowana taką subkulturą, ma raczej marne szanse wyrwania się z błędnego koła.

Co robić?

Nie poddawać się. Nie rezygnować z członkostwa w partiach. Bronić „trędowatych”. Rozpowszechniać wiedzę o mechanizmie toksycznej subkultury. W razie czego (w ostateczności), zakładać nowe partie i wyposażać je od samego początku w żelazne mechanizmy statutowej ochrony przed oligarchizacją (o kilku z nich napisałem wcześniej, i będę pisał w przyszłości).

Czy to wystarczy?

Niestety, nie wiem. Rzecz wydaje się prosta w teorii, ale w praktyce, może być bardzo trudna.

Z drugiej strony, czy mamy inny wybór?

Link do poprzedniego odcinka:

https://www.facebook.com/tomasz.korzan.polityk/posts/232587592202922

Link do następnego odcinka:

https://www.facebook.com/tomasz.korzan.polityk/posts/239263844868630

Dziękuję!

Tomasz Korzan

Tomasz Korzan „Metodologia demokracji fasadowej” Część 3

Żeby pogłębić nasze zrozumienie różnicy pomiędzy demokracją realną a demokracją fasadową, a więc, by móc dzielić się naszymi obserwacjami w sposób precyzyjniejszy, musimy doprecyzować słownictwo, którym będziemy się przy tym posługiwali.

Dziś zastanowimy się wspólnie

nad rozróżnieniem między konfliktem a sporem.

 

Niestety, w języku potocznym pojęcia te używane są zamiennie. Musimy to jednak razem jakoś zmienić, z bardzo ważnego powodu (do którego dojdziemy za chwilę).

Proponuję zatem, by posłużyć się rozróżnieniem, proponowanym przez teoretyków zarządzania konfliktem. Dzięki temu, nie musimy „wymyślać koła” od nowa. Mamy gotowe i wypróbowane, które się jakoś toczy.

Zatem (w skrócie):

1) konfliktem będziemy nazywali przyczynę sporu,

2) sporem zaś, skutek konfliktu.

Dokładniej:

1) konfliktem będzie dla nas sytuacja, gdy różne podmioty (osoby lub grupy osób):

– dążą do zdobycia kontroli nad jakimiś ograniczonymi zasobami,

– mają różne opinie w jakichś sprawach lub

– po prostu się wzajemnie nie lubią,

2) natomiast sporem będzie każde destruktywne wzajemnie zachowanie tych osób, wynikające z konfliktu, a mające na celu wzajemną dyskredytację, lub wzajemne pozbawienie się dostępu do zasobów, w tym, w skrajnym przypadku, wzajemną eliminację na poziomie biologicznym („konflikt zbrojny” będzie zatem, w tej nomenklaturze, również jedną z form sporu).

Słowa „konflikt” i „spór” będą się dla nas łączyły z dwoma różnymi czasownikami, kiedy będziemy mówić o ich deeskalacji:

1) w przypadku konfliktów, będziemy mówić o ich „rozwiązywaniu”,

2) w przypadku sporów, o „rozstrzyganiu”.

Warto tutaj zauważyć, że ponieważ konflikt jest przyczyną sporu, rozwiązanie konfliktu wiąże się zazwyczaj z deeskalacją sporu (spór po prostu wygasa i przestaje istnieć), ale rozstrzygnięcie sporu zazwyczaj nie prowadzi do rozwiązania konfliktu – wręcz przeciwnie: pogłębia konflikt, ukrywając go równocześnie przed otoczeniem.

Teraz, po uporządkowaniu słownictwa, możemy wyjaśnić jedną z zasadniczych różnic pomiędzy demokracją realną, a demokracją fasadową:

1) demokracja realna opiera się z zasady na mechanizmach rozwiązywania konfliktów,

2) demokracja fasadowa opiera się z zasady na rozstrzyganiu sporów.

Dlaczego tak jest?

Jest tak dlatego, że w warunkach demokracji fasadowej, uzurpatorzy potrzebują „społecznego paliwa” swojej władzy. Tym paliwem jest dla nich, między innymi, konflikt pomiędzy wyborcami.

Rozstrzygając spory, bez rozwiązania konfliktów, uzurpatorzy uzyskują dwie korzyści:

a) tworzą pozory użyteczności swojej władzy,

b) zapobiegają jednoczeniu się wyborców, w obronie przed uzurpatorami.

Innymi słowy: „gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta”.

Dokładniej: gdzie trzydzieści milionów się bije, tam rządzi kilkadziesiąt osób (a może nawet mniej). Tych, którzy się dogadali.

Dlaczego o tym piszę?

Piszę o tym dlatego, że spora część wyborców, którym nie podoba się autorytaryzm władz, wpada w różne pułapki, zastawione na nich przez uzurpatorów.

Jakie pułapki?

Jedną z tych pułapek jest konflikt pomiędzy wyborcami. W warunkach konfliktu, wyborcy czują się zmuszeni do poddania się uzurpatorom, których zadaniem ma być obrona przed „tamtymi”.

Wyobraźmy sobie zatem kraj podzielony na rzekomą „prawicę” i „lewicę”.

Na „prawicy”, lewica będzie prezentowana jako jakaś nieludzka dzicz zboczonych i naćpanych oszołomów, którzy gardzą tradycją i naturalnym porządkiem świata, którzy chcieliby zburzyć wszystko co wypróbowane i działające, i zastąpić jakimiś wariactwami, których nikt wcześniej nie wypróbował.

Na „lewicy”, prawica będzie prezentowana jako jakaś zacofana dzicz bezmózgich prymitywów, którzy gardzą postępem naukowym i tkwią w jakimś wieśniackim zabobonie, niszcząc wszystko co nowe, lepsze i mądrzejsze, by stara zgnilizna mogła trwać na wieki.

W obu grupach, napędzany jest strach przed drugą grupą, połączony z solidarnością wewnętrzną, tolerancją wobec nieuczciwości „swoich”, oraz atmosferą „stanu wyjątkowego”, w którym działanie konstruktywne nie jest potrzebne, bowiem ważniejsza jest bieżąca walka z „tamtymi”.

W warunkach demokracji fasadowej nie ma mowy o poszukiwaniu ugody pomiędzy „naszymi” a „tamtymi”. Konflikt jest nierozwiązywalny. Zamiast rozwiązania konfliktu, preferowane jest (co dziwne, przez obie „strony”), zero-jedynkowe rozstrzygnięcie, w wyniku którego „zwycięzca” bierze wszystko, a „przegrany” wszystko traci.

W tych warunkach, spora część działań „zwycięzców” ma charakter pokazowy, obliczona jest na efekt, zemstę na przeciwnikach, ale przede wszystkim, służy konsolidacji władzy oraz konsumpcji zasobów przez uzurpatora. Skoro bowiem uzurpator „zwyciężył”, ma teraz prawo robić wszystko, a wyborca ze strony „swoich”, który poddaje uczciwość i sensowność tych działań, traktowany jest jak zdrajca.

Wyborca „drugiej strony”, który poddaje w wątpliwość działania „zwycięzców”, nie jest w ogóle traktowany poważnie, bo przecież „wiadomo, że tamci się zawsze awanturują”. Dlatego przegranym pozwala się „łaskawie” urządzać protesty, bowiem wypalają one energię „drugiej strony”, nic nie zmieniają, a na dodatek tworzą pozory demokracji, na których uzurpatorom bardzo zależy.

Pytania:

Co należałoby zmienić?

Co powinien zrobić wyborca?

Niektóre odpowiedzi:

Ogólnie:

– rozwiązujemy konflikt a nie rozstrzygamy sporu.

Szczegółowo (tylko przykładowo):

– dogadujemy się z „tamtymi” wyborcami (żadnej wojny „na dole”),

– pilnujemy „naszych” przedstawicieli (tymi po „naszej” stronie barykady), bo tylko na „naszych” mamy jakiś (wątły) wpływ (walczymy przede wszystkim z nadużyciami po „naszej” stronie),

– nie dajemy się ponieść propagandzie „my kontra oni” (w razie wyborów, wybieramy tych, którzy są kompetentni i ponad podziałami, a nie tych, którzy najgłośniej krzyczą).

Inne propozycje?

Link do poprzedniego odcinka:

https://www.facebook.com/tomasz.korzan.polityk/posts/231338672327814

Link do następnego odcinka:

https://www.facebook.com/tomasz.korzan.polityk/posts/235100381951643

Dziękuję!

Tomasz Korzin

Tomasz Korzan. ” Metodologia demokracji fasadowej” część 1

 Ja zrobić, by „w środku” było inaczej?

 

 

Głosowanie w warunkach nierównego dostępu do informacji

Jednym z najważniejszych narzędzi, jakim posługują się uzurpatorzy w celu upozorowania procesu demokratycznego, jest tworzenie nierównowagi dostępu wyborców do informacji w sprawach poddawanych głosowaniu.

Nierównowaga może być budowana przez uzurpatorów w dwóch sferach:

1) poznawczej i

2) emocjonalnej.

Nierównowaga poznawcza polega przede wszystkim na tym, że wyborcy uzyskują pełniejsze informacje o opcjach preferowanych przez uzurpatorów, niż o propozycjach preferowanych przez innych proponentów.

Nierównowaga emocjonalna polega na tym, że opcje proponentów konkurencyjnych prezentowane są przez uzurpatorów jako głupie lub niegodne zaufania, ewentualnie sami proponenci alternatywni prezentowani są jako „wrogowie ludu”, np. osoby „ze wsi”, „z zewnątrz”, „obciachowe”, lub niegodne zaufania (z dowolnego powodu).

W celu wzmocnienia efektu nierównowagi informacyjnej, uzurpatorzy dążą zazwyczaj do zalania wyborców nadmiarem informacji o opcjach wyboru, tak aby wyborcy nie mieli czasu, sił, motywacji, a nawet fizycznej możliwości zapoznania się ze wszystkimi opcjami.

W warunkach nadmiaru informacji, wyborcy są często zmuszeni do głosowania nad prezentowanymi opcjami na podstawie zaufania do autorów, bowiem nie mają możliwości zapoznania się z treścią wszystkich opcji, ani tym bardziej różnicami w konsekwencjach wyboru poszczególnych opcji.

Uzurpatorzy posługują się przy tym manipulacją psychologiczną, wykorzystującą naturalne błędy poznawcze człowieka, n.p. traktowanie informacji szerzej znanej za bardziej wiarygodną, efekt Dunninga-Krugera, efekt pierwszeństwa i wiele innych.

Ewentualny protest wyborców jest zagłuszany przez publiczne poniżanie i pomawianie osób, zgłaszających niedobór informacji („jak jesteś za głupi i nie wiesz, to nie głosuj”, „inni wiedzą” itd.).

Budowa nierównowagi informacyjnej stosowana jest przez uzurpatorów zarówno w głosowaniach rzeczowych (n.p. referendach), jak i osobowych (n.p. w wyborach).

W przypadku głosowań osobowych, wykorzystywany jest naturalny niedobór informacji o przyszłych decyzjach kandydatów, w przypadku wygrania przez nich wyborów. W tych warunkach, wystarczy zatem podważyć zaufanie do konkurencyjnych kandydatów, by wyborcy zagłosowali wbrew własnym interesom.

Kampania nieuczciwa może koncentrować się na wyglądzie kandydatów, rzekomej „elitarności” (lub jej braku), krewnych kandydata („dziadek w Wermachcie”) itd. Znaczenie dla wyniku może mieć nawet tak banalny trik, jak „miejsce na liście”.

W przypadku głosowań rzeczowych, wyborcy oślepiani są zazwyczaj szerokim nadmiarem informacji (wspomnianym wcześniej), tak aby podjęcie racjonalnej decyzji było dla większości głosujących trudne lub niemożliwe.

Jedną z technik tworzenia takiego nadmiaru, jest metoda „na gotowca”, a więc poddawanie pod głosowanie złożonych aktów normatywnych w całości, bez rozbijania ich na pojedyncze postanowienia. Jako fałszywy pretekst takiego działania podawana jest zazwyczaj rzekoma zależność poszczególnych postanowień aktu normatywnego, brak czasu, „bo eksperci się tak napracowali” (odwołanie do „litości”) itd.

Owszem, zdarza się tak, że zależność pomiędzy niektórymi postanowieniami aktu faktycznie istnieje. Takie zależności są chętnie prezentowane przez uzurpatora jako przykład wyrwany z kontekstu.

W rzeczywistości jednak, „akt pułapka” zawiera zarówno postanowienia korzystne dla wyborcy, jak i postanowienia dla niego niekorzystne, przy czym postanowienia niekorzystne ukryte są w głębi tekstu, lub wynikają z powiązań pomiędzy różnymi, wzajemnie oddalonymi jednostkami redakcyjnymi tekstu (a nawet z powiązań z innymi aktami), przez co nie są rozpoznawalne dla przeciętnego wyborcy jako zagrożenie (w rzeczywistości wyzerowujące pozorną korzyść, wynikającą z postanowień bardziej wyeksponowanych w akcie).

Te niekorzystne zależności są, oczywiście, przemilczane.

Pytania:

Czy znacie jakieś przykłady głosowań zmanipulowanych z przeszłości?

Na poziomie państwa?

Na poziomie innych organizacji?

W przypadku wyborów osobowych?

W przypadku aktów normatywnych?

W jaki sposób powinniśmy walczyć z taką manipulacją?

Napiszcie o tym proszę w komentarzach. Oligarchia jest jedną z najgorszych pandemii jakie mogą się nam zdarzyć, zwłaszcza gdy ukrywa się za cieniutką fasadą pozornej demokracji.

Stwórzmy przeciwko tej pandemii szczepionkę wiedzy. Zbudujmy odporność stadną.

Link do następnego odcinka:

https://www.facebook.com/tomasz.korzan.polityk/posts/231338672327814

Dziękuję!

Tomasz Korzan