Spotkania przy trzepaku

Kolęda po polsku. Część 3 i 4

KOLĘDA PO POLSKU –(3).

Nasi księża bardzo niechętnie mówią o pieniądzach w swoim fachu. Uwielbiają natomiast mówić o swoim powołaniu, bo to przecież nie oni „wybierają drogę życia, ale Bóg ich wybiera”. Niektórzy mówią nawet, że to był „palec Boży” i to on ich dotknął. Mówię im wtedy, że to nie był po pierwsze palec. Po drugie na pewno nie Boży. Jeżeli już, to był to zapewne ich przełożony, czasami być może kolega, ale nawet wtedy to nie był jego palec… Choć nie wykluczam tego, że przy zamkniętych oczach mogło się takiemu kandydatowi na księdza wydawać, że czuł wtedy palec.

Także gdy rozmowa z księdzem schodzi na temat wizyt kolędowych w domach jego parafian, temat pieniędzy omijany jest jakby był czymś diabolicznym lub zupełnie jakby nie istniał. Księża w Polsce uwielbiają mówić o tym, że chodzi się po domach, aby spotkać się ze swoimi parafianami, aby lepiej zrozumieć ich problemy i tym podobne frazesy. Dopiero w dużej grupie księży, gdy towarzystwo „przy wódeczce” się rozkręci, temat zbieranej podczas kolędy kasy jest nie tylko ważny, ale także niezwykle emocjonalny. Dowiaduję się wówczas, w jakiej części kraju, nawet w której części poszczególnej diecezji ludzie dają więcej, jak rozmawiać z wiernymi, aby „wyciągnąć więcej”, który proboszcz i jak manipuluje dochodami z kolędy swoich wikarych i jakich wówczas skutecznych „haków” używać na danego szefa w takich sytuacjach, aby podczas kolędy wyjść na swoje i nie płacić proboszczowi frycowego. Istna kopalnia wiedzy o samym Kościele, trudnych relacjach pomiędzy duchownymi, ale i praktyczne informacje o różnorodności naszych parafii i wspólnot wiernych.

Statystyczny polski ksiądz, który pracuje „na parafii”, bo nie wszyscy nasi księża pracują bezpośrednio w duszpasterstwie parafialnym, odwiedza w okresie poświątecznym od 1500 do 2000 wiernych, czyli statystycznie od 500 do 750 rodzin. Są oczywiście domy, gdzie mieszka tylko jedna osoba, ale i takie gdzie są jeszcze rodziny trzypokoleniowe. Tych pierwszych rodzin jest jednak zdecydowanie coraz więcej w tym społeczeństwie. Każdego dnia taki statystyczny polski ksiądz odwiedza zatem podczas kolędy od 20 do 30 rodzin. W miastach, na osiedlach z blokami jest ich statystycznie więcej na wsiach zapewne mniej. Spośród moich rozmówców „rekordziści”, młodzi księża z archidiecezji łódzkiej, przyznali się, że ich proboszcz tak ich „gonił”, że codziennie odwiedzali od 80 do 100 mieszkań w blokach. Zaledwie po pięć minut na każde mieszkanie. Modlitwa, koperta i dalej… Nazywam to wizytą „na inkasenta”, bo przypomina mi to wizyty panów, którzy przychodzą co kilka miesięcy kontrolować nasze liczniki prądu i gazu. Pytałem tym młodych księży czy tak musieli robić. Okazuje się, że w wyznaczonym czasie „meldowali się” w wyznaczonym domu, po odwiedzeniu niemal stu mieszkań, gdzie wspólnie z proboszczem jedli gorącą kolacje u zaprzyjaźnionej z nim rodzinie. Potem, już na plebanii, następowało skrupulatne rozliczenie z bieżących kopert i wyznaczenie adresów na kolejny dzień. Tak było jeszcze niedawno w tej archidiecezji, za rządów abp Marka Jędraszewskiego. Dlaczego mnie to nie dziwi?

Zasadniczym jednak pytaniem jest to, ile pieniędzy otrzymują księża podczas takich wizyt duszpasterskich w domach swoich parafian. I tu jest niejednoznacznie. Jestem zaskoczony zebranymi tutaj danymi, bo najlepsze wyniki osiągnęły diecezje na terenie Warmii i Mazur, Kujaw i południowego Pomorza w okolicach Bydgoszczy oraz województwa świętokrzyskiego. Tam średnio do kopert trafia od 200 do 150 złotych. Najgorzej dla księży jest w Lubuskim, Zachodniopomorskim i w samej Wielkopolsce, gdzie wierni ofiarowują swoim kapłanom blisko pięć razy mniej. Ministranci towarzyszący księdzu otrzymują statystycznie od dziesięciu do dwudziestu złotych w każdym domu.

W tradycyjnie katolickich diecezjach Polski południowej statystyczny ksiądz wychodzi z każdego domu swoich parafian bogatszy o około 100 złotych. Lepiej jest zdecydowanie na wsiach, gdzie ludzie wręcz ze sobą rywalizują o zawartość kopert. Zdecydowanie gorzej dla księży jest natomiast w miastach, gdzie zdarzają się nawet przypadki, że ksiądz otrzymuje jedynie uścisk dłoni i serdeczne życzenia na kolejny rok. Żadnej koperty…

Z zatem ci wszyscy panowie, którzy czytając te słowa żałują, że nie „dotknął ich kiedyś palec Boży” i teraz nie mogą chodzić po kolędzie informuje, że ich budżet jest uboższy o… Średnio 500 do 750 domów, w każdym koperta od 50 do 200 złotych. Łatwo policzyć. I to tylko za pięć tygodni pracy!!!

Nie spotkałem w tym kraju jeszcze księdza, który po takim całym dniu kolędy, przyznałby się do zebrania mniej niż tysiąc złotych dziennie. Rekordziści, głównie na terenach „bogobojnych” w Małopolsce czy na Podkarpaciu, przyznawali się do zebrania w ciągu dnia kwoty pięć razy większej.

Dużym zaskoczeniem jest dla mnie wiadomość, że najlepsze „żniwa”, mieli nasi księża w okresie Polski Ludowej. Pewien kolega, wyświęcony jeszcze w latach osiemdziesiątych minionego wieku, dzisiaj noszący już kolorowe guziki przy swojej sutannie, wspominał w mojej obecności te czasy z prawdziwym rozrzewnieniem. Nic nie było wówczas na półkach w sklepach, tylko w dewizowym Pewexie (młodzi czytelnicy zapewne nie wiedzą o czym pisze), więc młodzi księża nagminnie kupowali wówczas dolary lub inwestowali „gorący pieniądz” z kolędy w złoto. Stąd między innymi takie bliskie kontakty naszego duchowieństwa z handlarzami walutą i funkcjonariuszami SB, czego dowody zalegają w archiwach Instytutu Pamięci Narodowej.

Dzisiaj jest znacznie prościej. W sklepach jest wszystko, a jak się ma dodatkowy zastrzyk „świeżej gotówki”, po odbytej właśnie kolędzie, to i sama modlitwa za swoich wiernych jest bardziej ochocza… Czy wiecie zatem Państwo dlaczego od lutego każdego roku dilerzy samochodów w naszym kraju dokonują specjalnych wysprzedaży modeli z ubiegłego roku, a dla księży są wtedy specjalne programy finansowania? Znam kilka rodzin księży, gdzie aż kilka samochodów jest zarejestrowanych „na wujka”, bo tak jest zdecydowanie taniej. Także biologiczne dzieci moich kościelnych kolegów, gdy są już w odpowiednim dla nich wieku, to wiedzą najlepiej, że „koło lutego”, tato jest zdecydowanie łaskawszy i zgodniejszy do wszelkich finansowych trudnych negocjacji. I chyba teraz wiem dlaczego.

Mam nadzieję, że tym wpisem przybliżyłem wielu czytelnikom kulisy życia naszych księży w jakże trudnym dla nich okresie kolędowania po naszych domach. Myślę, że zrozumieliście Państwo jakim dramatem jest dla nich obecna pandemia i groźba odwołania tegorocznej kolędy. Dlatego jestem przekonany, że po przeczytaniu tego wpisu, będziecie Państwo jeszcze bardziej solidaryzowali się z naszymi duszpasterzami, a Wasza hojność wyrazi się w tegorocznych kopertach. Nie wyobrażam sobie równocześnie tego, aby nasi księża nie docenili mojego trudu i nie pamiętali tego, komu tak naprawdę zawdzięczać będą w tym roku bogatsze koperty i nie otoczyli mnie swoją modlitewną wdzięcznością. Ale to jeszcze nie koniec naszego cyklu.

Ciąg dalszy nastąpi…

 

 

KOLĘDA PO POLSKU –(4).

Na wielu polskich portalach katolickich i w katolickich mediach w okresie Świąt Bożego Narodzenia pojawiają się liczne wypowiedzi księży, którzy podejmują jakże chętnie temat wizyt duszpasterskich składanych w domach swoich parafian. Nigdy nie przeczytałem w takich wypowiedziach ani jednego prawdziwego zdania na temat stosunku księży do pobieranych wówczas przez nich pieniędzy.

W tych wypowiedziach można przeczytać jak ważne dla duszpasterzy w naszym kraju jest wyłącznie spotkanie z drugim człowiekiem i że ten bezpośredni kontakt jest najważniejszym motywem do organizowania wizyt duszpasterskich w okresie poświątecznym. To jakże niezwykle i wzruszające wyznanie, szkoda tylko, że tak bardzo nieprawdziwe.

Skoro dla polskich księży ten bezpośredni kontakt ze swoimi wiernymi jest tak bardzo istotny, to gdzie jesteście Panowie przez pozostałą część roku. Wasi parafianie są tak samo biedni, chorzy, czasami nawet głodni, także po drugim lutego, kiedy zawieszacie swoje kolędowanie po ich domach. Przez cały rok potrzebują waszego zainteresowania i waszej troski. Żyje już wystarczająco długo na tym świecie, a jeszcze nie spotkałem żadnego księdza, który bezinteresownie stanąłby w drzwiach swoich parafian i powiedział im, że przyszedł nie po kopertę, na potrzeby swoje, tutejszej parafii czy całego Kościoła Katolickiego, nowej inwestycji w parafii czy jakiegoś zakupu na jej potrzeby, ale że przyszedł bo chciał się z nimi jedynie spotkać i szczerze porozmawiać, że przyniósł im pieniądze, bo słyszał od kogoś z ich sąsiadów, że jest im ciężko w ich życiu lub że ktoś w tym ich domu jest poważnie chory. Wymagam za dużo?

Drugim równie ważnym, a być może jeszcze ważniejszym powodem wizyt duszpasterskich polskich księży w domach ich parafian jest rzekomo przekazanie ich domom Błogosławieństwa Bożego. Święcą więc ich domy, tradycyjnie kropią je woda święconą, a potem inkasują kopertę. O przepraszam, wyraziłem się nieprecyzyjnie. Pobierają tylko należne im ofiary za poświęcenie mieszkania czy domu. I tu znowu moje małe „ale” panowie. Jeżeli coś jest już poświęcone i obdarzone Bożym Błogosławieństwem, to chyba nie potrzebuje jakiegoś nowego „doładowania”. Jak szczepionka na cowid-19, albo bateria do zabawki dla dziecka. Co roku to ja potrzebuje jedynie odnowić ubezpieczenie samochodowe dla mojej Toyoty, bo ono wygasa po roku, ale nie Boże Błogosławieństwo mojego domu lub mieszkania. No chyba, że wasze poświęcenie mojego mieszkania czy udzielane Boże Błogosławieństwo mojemu domowi, ma jedynie roczny termin ważności. Ale skoro tak, to mówcie o tym głośno całemu światu, bo taka teologiczna prawda też wymaga nagłośnienia. To może wasze święcenia kapłańskie też należy odnawiać corocznie? To może udzielane przez was sakramenty święte po roku też straciły swoją moc sprawczą? Jeżeli tak, to już proszę o zaświadczenie, że mój kościelny ślub jest przeterminowany.

Jakoś nie mogę pozbyć się wrażenia, graniczącego u mnie niemal z pewnością, że kiedy polscy biskupi usłyszeli zeszłoroczny bolesny jęk w swoich diecezjalnych szeregach, że szalejąca pandemia pozbawiła ich możliwości odbycia tradycyjnych wizyt kolędowych w domach swoich parafian, to szeregi polskiego duchowieństwa nie jęczały z powodu niemożliwości spotkania się ze swoimi parafianami. Nie dramatyzowały z powodu tego, że nasze domy i mieszkania utraciły już swoją moc ich poświęcenia i Boże Błogosławieństwo, ale prawdziwym powodem tego waszego dramatu było bolesne wspomnienie tysięcy kopert, a jeszcze bardziej ich zawartości, których nie zabraliście rok temu z naszych domów i mieszkań. I dlatego nasi polscy hierarchowie wpadli w tym roku na pomysł mszy kolędowych i wizyt kolędowych w domach tych, którzy o nie poproszą.

Przeglądam portale katolickie i katolickie media i oczekuje, że wkrótce nasi duszpasterze wyraża w nich prawdziwą radość, że normalność już wraca w naszym kraju, mimo panującej w nim nadal pandemii. I wraz z normalnością wracają do nich nasze drogie koperty. Tak byłoby może nie lepiej panowie, ale zdecydowanie bardziej uczciwie.

To jednak jeszcze nie koniec naszego cyklu o wizytach duszpasterskich naszych kościelnych kolędników.

Ciąg dalszy nastąpi…

Andrzej Gerlach

Kolęda po polsku. część 1 i 2

KOLĘDA PO POLSKU

Ostatnie zarządzenia i dekrety naszych polskich biskupów w sprawie tegorocznej tradycyjnej kolędy, sprowokowały mnie do podjęcia tego tematu od strony nie zawsze wygodnej dla hierarchów i duszpasterzy, ale nikt nigdy nie obiecywał im, że będzie miło. Przynajmniej na tym profilu. Ale obiecuję, że będzie jednak prawdziwie i szczerze.

Zacznijmy tu jednak nasz cykl grzecznie od przypomnienia pewnych znanych prawdopodobnie wszystkim kilku faktów. Tradycyjna polska kolęda, a więc innymi słowy tak zwana wizyta duszpasterska składana przez naszych parafialnych księży w domach swoich parafian, jest tak oczywista dla naszych rodaków jak samo Boże Narodzenie czy karp na wigilijnym stole. Rozpoczyna się ona corocznie już w dniu 27 grudnia, a więc w pierwszym dniu po świętach i trwa nieprzerwanie do dnia 2 lutego roku następnego. W tych wyjątkowych dniach każdy katolicki dom jest odwiedzany przez lokalnych duszpasterzy. No właśnie, czy jednak każdy? A jeżeli nie każdy to dlaczego?

Niemal od zawsze, odkąd pamiętamy, tradycyjna kolęda w naszych domach była oczekiwana przez wszystkich domowników. Dziadkowie czy nasi rodzice wpoili nam wszystkim oczywistą prawdę, że w okresie po Bożym Narodzeniu nasze domy obowiązkowo odwiedzi ksiądz z lokalnej parafii. Pamiętamy gorączkowe sprawdzanie w parafialnej świątyni, w którym dniu nasza ulica, nasz dom czy blok na osiedlu będzie wyznaczony do takiej wizyty. Potem ten okres gorączkowych przygotowań przybierał jedynie na sile, bo następowało sprzątanie, przygotowywanie stołu z białym obrusem, krzyżykiem, świecami, a przede wszystkim naczynia lub talerza z woda święconą. Beczka z wodą święconą stała przez cały okres kolędy w przedsionku kościoła, aby wierni ją zabierali do swoich domów, ale niekiedy ta na naszym stole miała więcej wspólnego z naszym kranem niż z tą z kościoła. Pamiętam z własnego dzieciństwa te jakże nerwowe nalewanie wody z kranu, a potem pytanie księdza przed jej użyciem czy jest poświęcona i niezapomnianą do dzisiaj minę mojej mamy, gdy potwierdzała jej świętość. Dlatego mój stosunek do wody święconej jest od dziecka raczej spaczony, jak i do jej skuteczności działania. Ksiądz nas kropił niepoświęconą wodą z naszego kranu, ona na nas nie skwierczała jak przystało na wodę poświęconą laną na grzeszników, a ksiądz i moja mama udawali, że wszystko jest w porządku. Tylko mnie się wówczas zdawało, że oboje myślą wtedy to samo. I tak było co roku…

Podczas samej wizyty księdza pamiętamy zapewne wszyscy tradycyjne sprawdzanie przez niego naszych zeszytów do religii, w których ksiądz obowiązkowo musiał się podpisać. Mówienie przez dzieci na polecenie gościa wyuczonych modlitw i tradycyjne obrazki świętych patronów, z nazwiskiem księdza na odwrocie, które kapłan rozdawał wszystkim domownikom. No i jakaś dziwna, dyskretna koperta, której poświęcę odrębny odcinek tego cyklu, którą tato corocznie podawał księdzu z taką gracją, jakby chciał, aby nikt tego nie zauważył. A widzieliśmy wszyscy…

Do dzisiaj dla wielu starszych osób taka duszpasterska wizyta jest tu czymś wyjątkowym, na co czekają przez cały rok. Niemal jak na samą Wigilię, a może nawet przeżywają ją bardziej. Jednak ich młodsi krewni już niekoniecznie podzielają, i to już od wielu lat, ich niezwykłe emocje związane z tą wizytą. Społeczeństwo polskie się radykalnie zmienia, stosunek młodego pokolenia do samej instytucji Kościoła jest także coraz bardziej krytyczny, więc i ich podejście do siły działania wody święconej, także tej z kranu, oraz do świętych obrazeczków naszych duszpasterzy jest coraz bardziej nieakceptowany.

W okresie poświątecznym, w licznych naszych parafialnych kościołach wielu księży podejmuje corocznie temat wizyt duszpasterskich także w swoich homiliach, podkreśla w nich jej znaczenie i podpowiada jak się do takiej wizyty dobrze przygotować. Czy zawsze podczas tych homilii księża mówią jednak prawdę? Niekoniecznie, co pokaże w kolejnych odcinkach tego cyklu już na konkretnych przykładach.

Od dwóch lat w naszych polskich domach temat wizyt duszpasterskich budzi jednak dodatkowe emocje. Zdecydowanie negatywne emocje, gdyż odbywają się one w pandemicznej rzeczywistości, a przy tym w rygorze sanitarnych ograniczeń. Dlaczego tak się dzieje postaram się wyjaśnić w kolejnych swoich wpisach.

Ciąg dalszy nastąpi…

 

 

KOLĘDA PO POLSKU –(2).

Tradycyjna polska kolęda to niestety także temat drażliwy w polskim Kościele, bo towarzyszy jej zbieranie pieniędzy, jak dużych opiszę to jeszcze szczegółowy w tym cyklu, co powoduje zrozumiałe emocje wśród wiernych, a dla większości księży, co stwierdzam z żalem, stało się głównym motywem do odwiedzania domów swoich wiernych. Co prawda sami księża i prasa katolicka próbuje temu zdecydowanie zaprzeczać i dorabiać do tradycyjnej kolędy księży różnego rodzaju duszpasterskie cele, ale te mity brutalnie weryfikuje codzienność w naszych parafiach. Opiszę to obszerniej w tym cyklu na konkretnych przykładach.

Niby w wizytach duszpasterskich naszych księży nie chodzi tutaj o pieniądze, ale wystarczyła tylko pandemia w naszym kraju i wynikające z niej ograniczenia, aby w całym kraju tysiące księży podnosiło lament do lokalnych władz kościelnych. Temat wpływu pandemii na wizyty duszpasterskie, ograniczenia ilości wiernych podczas nabożeństw, a więc także wpływów z tradycyjnej tacy, był w ostatnich latach tematem numer jeden podczas wszelkich spotkań duchowieństwa w urzędach kurialnych. „Jak żyć, Księże Biskupie, jak żyć…”, roznosił się bolesny jęk po całym kraju, od Bałtyku po Giewont.

Temat pieniędzy stał się na tyle pilny, że nasi biskupi podjęli go nawet w rozmowach z naszymi rządzącymi. Otrzymują z powodu pandemii rekompensaty z budżetu nasi przedsiębiorcy, aż się im ręce uginają od worków z pieniędzmi, więc nie mogą nasi rządzący pozwolić, aby z tego samego powodu polscy proboszczowie i ich wikarzy przymierali głodem.

Także sami polscy biskupi poszli po rozum do głowy i do tradycyjnych wizyt duszpasterskich wprowadzili zupełnie nowe zwyczaje. Ponieważ przedwczoraj zostały one ogłoszone w wielu diecezjach na rok bieżący, warto aby poznali je także wierni, bo ich one głównie dotyczą.

Pierwsza istotna zmiana to taka, że w związku z obecną w naszym kraju pandemią wizyty duszpasterskie można organizować w różnych okresach roku. Są diecezje gdzie wizyty kolędowe trwają już od kilku tygodni, mimo iż świąt jeszcze nie było. Tak jest chociażby na Śląsku. Ale zaleca się także, aby je organizować też po świętach i nie kończyć tradycyjnie w drugim dniu lutego, ale kontynuować je do Wielkanocy. Więc proszę się nie dziwić Drodzy Państwo, jak na wiosnę w drzwiach waszych domów stanie ksiądz z ministrantami. Co zatem zalecam? Trzymać w domu dyżurną kopertę z godną zawartością, a doliczyć w kwietniu księdzu jeszcze bieżącą inflację, i koniecznie mu przypomnieć, że to autorski pomysł Gerlacha z Facebooka, żeby nasi księża wiedzieli komu tę kopertę z nawisem inflacyjnym zawdzięczają.

Są tu też i inne ciekawe pomysły. W diecezjach w Polsce południowej wprowadzono takie rozwiązania. Ponieważ jest pandemia więc księża będą odwiedzali tylko takie domy, gdzie zostaną zaproszeni i tam już wizyta duszpasterska odbędzie się w tradycyjnej formie. Ale ponieważ istnieje realne niebezpieczeństwo, że zapraszających będzie mało lub o zgrozo w ogóle takich nie będzie, więc takiemu pomysłowi towarzyszy jeszcze dodatkowe rozwiązanie. Całą parafię podzielono na drobne sektory, około 40, tyle ile dni tradycyjnej kolędy. W określonym dniu wyznaczone domy z danego sektora mają zamówić intencję mszalną i przyjść do kościoła na mszę odprawianą właśnie w ich intencji. Koperty kolędowe z nazwiskami i adresami darczyńców mają złożyć na tacę. Jeden mój zdolny kolega-biskup w swoim zarządzeniu nazwał takie msze „kolędowymi”. Czy to nie cudowne? Nie dość, że wierni z danej ulicy muszą zebrać pieniądze na msze w swojej intencji, zapewniając księdzu intencje mszalne do drugiego lutego następnego roku, to jeszcze podpisane koperty przyniosą sami do kościoła. Butów zdzierać nie trzeba, marznąć nie trzeba, a pieniądze „przyjdą do kościoła same”. Zaleca się także, aby do czasu mszy kolędowych dołączać także inne cele finansowe, aby wierni mogli przy okazji złożyć po kilka kopert. Są więc koperty z napisem; „Na utrzymanie Kościoła, parafii i księdza”, ale i takie jak „Na budowę lub inne inwestycje”, „Na nowe organy lub ich remont”, „Na ogrodzenie cmentarza”. Pomysły można tu tylko mnożyć. Takie koperty są już rozsyłane po wielu parafiach lub roznoszone przez ministrantów. Genialne, przyznacie Państwo!!!

Teraz już wiecie i rozumiecie Państwo, bo ja już zrozumiałem, dlaczego inteligentni ludzie są w tym kraju biskupami i kierują diecezjami, a ci inni piszą jedynie wpisy na Facebooku.

Ale w całym tym zamieszaniu jest jeszcze zasadnicze pytanie, dlaczego tym wizytom duszpasterskim poświęca się tyle czasu i budzi to takie zainteresowanie naszych duchownych? Jak nie wiadomo o co chodzi, to zapewne chodzi o kasę. Jest tak i w tym wypadku, bo kluczem w całym tym zamieszaniu jest odpowiedź na proste pytanie. Ile zarabiają księża na wizytach duszpasterskich w naszych domach? I tym zajmę się już wkrótce.

Ciąg dalszy nastąpi…

Andrzej Gerlach

 

Andrzej Gerlach „Pedofilia po tarnowsku” Część 11 i 12

PEDOFILIA PO TARNOWSKU –część XI.

Kolejnym tarnowskim hierarchą, który w moim subiektywnym odczuciu jest współodpowiedzialny za moralny upadek diecezji tarnowskiej jest biskup pomocniczy tej diecezji, bp Leszek Leszkiewicz (rocznik 1970). Znam tego najmłodszego biskupa w tejże diecezji jedynie z przekazów medialnych i z opowieści o nim jego seminaryjnych kolegów i innych tarnowskich księży.

Nie będę rozstrzygał powodów jego zawieszenia na ostatnim roku studiów seminaryjnych i wstrzymania mu święceń kapłańskich na rok. Mieszkał wówczas jako kleryk na jednej ze znanych tarnowskich parafii i oczekiwał, co ostatecznie zadecydują w jego sprawie władze diecezji. Ostatecznie został wyświęcony po rocznym oczekiwaniu w 1996 roku. Nie wiem także czy prawdą jest, że warunkiem otrzymania święceń było jego osobiste zobowiązanie, że wyjedzie na misje do jednego z krajów, gdzie dramatycznie brakuje księży. Ale jest faktem, że po kursie języka hiszpańskiego wyjechał do pracy do jednego z latynoskich krajów Ameryki Południowej, gdzie ostatecznie przepracował zaledwie pięć lat. Nie jestem w stanie zweryfikować informacji o powodach jego odwołania z tego kraju misyjnego. Tarnowscy księża tam pracujący, a teraz mieszkający i pracujący między innymi w Hiszpanii, przedstawiają to w niezwykle niekorzystnym świetle. Czy to jedynie złośliwości innych duchownych czy też fakty z życia byłego misjonarza, a teraz biskupa, nie jestem w stanie zweryfikować.

Tak jak i informacji o jego studiach doktoranckich w Rzymie, które zakończyły się jedynie licencjatem i drogą na stanowisko prefekta w tarnowskim seminarium. Chyba nikt nie spodziewał się wówczas, że po takich perypetiach można zostać biskupem, a jednak…

Sakrę biskupią byłego tarnowskiego misjonarza poprzedził epizod, co ciekawe i ważne, we wspominanej w poprzednich odcinkach Kolegiacie i Parafii pod wezwaniem Św. Mikołaja w Bochni. Po niespodziewanym i dyskretnym opuszczeniu stanowiska proboszcza i prepozyta kolegiaty bocheńskiej, w marcu 2015 roku, słynnego już w tym cyklu infułata oskarżonego o molestowanie sześciu ministrantów, tarnowska kuria biskupia zamianowała na jego miejsce do Bochni nieznanego prefekta z tarnowskiego seminarium, ks. Leszka Leszkiewicza. Spisał się tam wówczas chyba na tyle dobrze, że szybką nagrodą było stanowisko kanonika gremialnego tejże kolegiaty, stanowisko jej prepozyta, a po wakacjach nazwisko prepozyta znalazło się na ternie, czyli na liście potencjalnych kandydatów do sakry biskupiej. Bulla papieska była datowana o ile się nie mylę na dzień 19 grudnia 2015 roku, a sakrę otrzymał w tarnowskiej katedrze w dniu 6 lutego 2016 roku, z rąk samego tarnowskiego ordynariusza, bp Andrzeja Jeża, w asyście bp Wiesława Lechowicza i bp Stanisława Salaterskiego, o których już wspominałem w tym cyklu.

Nie będę powielał tutaj licznych żartów i anegdot księży, jakie krążą po całej diecezji, na temat wypowiedzi tego hierarchy, poziomu jego homilii i kazań, nie każdy jest bowiem mówcą i intelektualistą. Choć każdy kto ma tego typu braki, powinien zrobić wszystko, aby takie braki nadrabiać, szczególnie gdy nosi biskupie szaty, jeździ na liczne wizytacje kanoniczne i bierzmuje młodzież.

Ale mimo tych kilku życiowych epizodów, być może także braków w umiejętności wypowiadania się publicznie, prawdziwych lub nie, dla mnie zasadniczym pytaniem, które musi tu paść, jest to co bp Leszek Leszkiewicz zrobił, jeżeli cokolwiek zrobił, gdy dowiedział się, że do jego dawnej bocheńskiej parafii trafił z woli jego diecezjalnego szefa, skazany prawomocnym wyrokiem pedofil, ks. Mariusz G.? A ponieważ takich przypadków, równie wątpliwych etycznie i moralnie, w miesiącu wrześniu było znacznie więcej, trudno jest taką politykę personalną tarnowskiego ordynariusza uznać za nieprzemyślaną i przypadkową. To działanie świadome i dokonywane z pełną premedytacją.

Księże Biskupie Leszku, młody człowieku, nie wnikam w to co z tego co o Tobie słyszałem jest prawdą, a co jedynie efektem złośliwych plotek innych tarnowskich księży, ale nawet jeżeli wszystko co osiągnąłeś w diecezji tarnowskiej zawdzięczasz swojemu ordynariuszowi, to przecież są granice lojalności, przyzwoitości i zwykłej moralności, której się w życiu nie przekracza. A może w tarnowskim Kościele takie granice nie występują…?

Ciąg dalszy nastąpi…

 

 

PEDOFILIA PO TARNOWSKU –część XII.

Zaledwie od stycznia tego roku mamy w diecezji tarnowskiej jeszcze jednego biskupa pomocniczego. Jest nim niezwykle aktywny od lat i bardzo dobrze rozpoznawalny kapłan, bp Artur Ważny (rocznik 1966). Urodził się 55 lat temu (osiem dni temu miał urodziny) i pochodzi z tej wschodniej części diecezji tarnowskiej (okolice Ropczyc), która decyzją papieża Jana Pawła II (1920-2005) została od niej odłączona i stała się częścią nowej diecezji rzeszowskiej. Ale kiedy maturzysta Artur Ważny postanowił zostać księdzem, jego rodzinna parafia była jeszcze częścią diecezji tarnowskiej. Nawiasem mówiąc, latem 1985 roku, wraz z nim wstępowało do tarnowskiego seminarium około 80 maturzystów, a studiowało w nim na wszystkich latach blisko 400 kleryków. Teraz w tym samym seminarium studiuje łącznie jedynie 87 kleryków (pięciu jest podobno na urlopach dziekańskich). To najlepiej ilustruje stopień upadku tej diecezji i ilości powołań kapłańskich, z których do niedawna ta diecezja była tak dumna.

Ten niewątpliwie znaczący moralny upadek tej diecezji nastąpił więc w okresie seminaryjnego i kapłańskiego życia obecnego jej biskupa pomocniczego. Jednym z ważnych powodów tego moralnego upadku, były jak sądzę, liczne skandale obyczajowe z udziałem duchowieństwa diecezji tarnowskiej, z głośnymi skandalami pedofilskimi włącznie. I nie pomogły tu wszelkie próby ich tuszowania i ukrywania przed wiernymi. Ciekawe co na ten temat miałby do powiedzenia kościelny bohater naszego dzisiejszego wpisu?

Artura znam na tyle dobrze od kilku lat, od mojego przyjazdu z USA i zamieszkania w Tarnowie, że daruje sobie dzisiaj tytułomanie go w stylu Jego Ekscelencja czy Najprzewielebniejszy Ksiądz Biskup.

Diakon Artur Ważny został wyświęcony w dniu 25 maja 1991 roku i należał do specyficznego rocznika kleryków, z którego wywodzi się wielu znaczących obecnie i niezwykle wpływowych księży tejże diecezji. To był pierwszy rocznik tarnowskich seminarzystów, wyświęcony przez nowego wówczas ordynariusza tarnowskiego, bp Józefa Życińskiego (1948-2011), konsekrowanego w tarnowskiej katedrze w listopadzie 1990 roku.

Jako młody ksiądz Artur pracował w mojej parafii jeszcze w latach dziewięćdziesiątych, jako katecheta, a potem prefekt pobliskiego liceum. Zostawił po sobie opinie bardzo dobrego i zaangażowanego katechety, angażującego się w liczne niestandardowe działania na terenie parafii i szkoły, choć z drugiej strony nie brakuje nauczycieli, którzy zarzucają mu do dzisiaj, zbyt duży wówczas wpływ na życie szkoły i decyzje administracyjne dyrekcji. Ale takie były wtedy czasy i takim nadmiernym wpływem grzeszyli wówczas liczni katecheci na terenie całego kraju. Teraz się do takich standardów tak bardzo już przyzwyczailiśmy, że nawet niekiedy nie uznajemy ich za patologiczne, a szkoda.

Ale najważniejszy okres w życiu ks. Artura i mojej tarnowskiej parafii miał dopiero nadejść i jest on powiązany z osobami, których nazwiska już w tym cyklu wystąpiły. Ale po kolei…

Pamiętacie Państwo jak pisałem, że kiedy nasz kolega ks. Waldek D. (rocznik 1959), prepozyt kolegiaty nowosądeckiej, powiesił się w dniu 14 czerwca 2007 roku, na jego miejsce został natychmiast mianowany przez ordynariusza tarnowskiego, bp Wiktora Skworca (rocznik 1948), z poleceniem szybko uciszenia tego skandalu, dotychczasowy proboszcz mościckiej parafii w Tarnowie, ks. Andrzej Jeż (rocznik 1963), a obecny ordynariusz tarnowski. Proboszczem w tarnowskich Mościcach był wtedy zaledwie od trzech lat. Kto zajął zwolnione przez niego miejsce w mościckiej parafii? Tak, jego seminaryjny kolega i niedawny wikary oraz prefekt w tej parafii, ks. Artur Ważny, obecnie biskup pomocniczy bp Andrzeja Jeża.

Dopiero teraz wychodzą na światło dzienne niezwykle trudne sprawy, także w tej tarnowskiej parafii, z okresu gdy ci dwaj kapłani, obecnie obaj biskupi, kierowali tą parafią, ale nie uprzedzajmy wypadków.

Zacznę jednak Arturze od tego co chciałem zawsze podkreślić, a co jest w Twojej kapłańskiej karierze niezwykle cenne i być może nie do końca powszechnie znane. Otóż w okresie Twojego proboszczowania w Mościcach, wyciągnąłeś przyjazną rękę do kilku upadłych kolegów. To niewątpliwie głównie dzięki Tobie, twój rokowy seminaryjny kolega, ks. Janusz K. (1966-2017), miał przysłowiowy dach nad głową, po jakże dramatycznych przeżyciach na jego poprzednich placówkach i dożył swoich dni w godny sposób. Innych waszych kolegów nie było stać na taki gest. Jeszcze więcej zawdzięcza Ci niewątpliwie ks. Janusz M., który jako kapłan upadł bardzo nisko, ale dzięki wsparciu, także Twojemu, podniósł się i mam nadzieję, że wytrwa w tej swojej walce.

Zacząłem od tych pozytywnych i niezwykle budujących przykładów Twojej proboszczowskiej i kapłańskiej działalności, bo gdy w kolejnych odsłonach tego cyklu przejdę do tych już mniej chwalebnych, abym nie został przez nikogo posądzony o brak obiektywizmu.

Ciąg dalszy nastąpi…

Andrzej Gerlach

Andrzej Gerlach „Pedofilia po tarnowsku” Część 9 i 10

PEDOFILIA PO TARNOWSKU –część IX.

W dniu 25 stycznia 2014 roku byłem w tarnowskiej bazylice katedralnej uczestnikiem uroczystości udzielenia sakry biskupiej dwóm biskupom pomocniczym tarnowskim: bp Janowi Piotrowskiemu (rocznik 1953) i bp Stanisławowi Salaterskiemu (rocznik 1954). Sakry udzielił im wtedy ordynariusz tarnowski, bp Andrzej Jeż, a asystowali mu ówczesny nuncjusz apostolski w Polsce, abp Celestino Migliore (rocznik 1952) oraz emerytowany biskup pomocniczy tarnowski, bp Władysław Bobowski (rocznik 1932).

Dzisiejszy wpis poświęcę jednak tylko bp Janowi Piotrowskiemu i to zupełnie nie z powodu rzekomo naszych wspólnych przodków, z czego bynajmniej nie jestem dumny. A byłbym dumny, gdyby „mój daleki krewniak”, po przyjęciu sakry biskupiej zrobił cokolwiek w sprawie zwalczania plagi pedofilii i innych patologicznych plag w szeregach tarnowskiego duchowieństwa.

Jako młody kapłan zapowiadał się nawet nie najgorzej, jako misjonarz w Afryce, a potem w Ameryce Południowej. Ale już po kilku latach spędzonych w krajach misyjnych, bardzo szybko stał się „kościelnym biurokratą od spraw misyjnych”, a szkoda.

Kiedy mój kościelny kolega sprzed lat, ks. Waldek D. (rocznik 1959), prepozyt nowosądeckiej kapituły kolegiackiej i proboszcz Parafii pod wezwaniem Św. Małgorzaty, prawdopodobnie nie wytrzymał presji wywieranej na nim przez rządcę diecezji, wielokrotnie wspominanego na tym profilu, bp Wiktora Skworca (rocznik 1948), i zakończył w dniu 14 czerwca 2007 roku swoje kapłańskie życie na sznurze, wieszając się na rurkach instalacji gazowej na nowosądeckiej plebanii, jego miejsce zajął szybko ks. Andrzej Jeż (obecny ordynariusz tarnowski), a po jego konsekracji biskupiej ks. Jan Piotrowski, bohater naszego dzisiejszego wpisu. Stanowisko nowosądeckiego prepozyta, po tragicznej śmierci Waldka, stała się jak widać trampoliną w kościelnej drabinie dla dwóch jego następców. Trampoliną tak bardzo skuteczną, że wyniosła obu do godności biskupich.

Zapewne liczni obrońcy bp Jana Piotrowskiego uderzą w larum, że był on biskupem pomocniczym w diecezji tarnowskiej zbyt krótko, bo już po paru miesiącach papież Franciszek (rocznik 1936) zamianował go nowym ordynariuszem kieleckim. Czy zatem bp Jan Piotrowski mógł coś zrobić w sprawie zwalczania patologii w szeregach tarnowskiego duchowieństwa?

Spieszę więc przypomnieć szybko wszystkim jego obrońcom, że rok 2014 to był specyficzny okres w najnowszej historii tej diecezji. Wysyp skandali moralnych, z udziałem chociażby pedofilów był wówczas niemal stałym zjawiskiem. Przypomnę chociażby, że już cztery miesiące po konsekracji biskupiej obu wspomnianych w tym wpisie biskupów, aresztowano słynnego już na tym profilu ks. Mariusza G., a ostatecznie postawiono go przed sądem i skazano za seksualne relacje ze swoją dwunastoletnią uczennicą. A nie był on przecież jedynym pedofilem w diecezji tarnowskiej? A wcześniejsi kościelni dewianci? Ani jednemu z nich nie spadł wówczas przysłowiowy „włos z głowy”, bo działania ówczesnej prokuratury (na szczęście jeszcze nie pod rządami ministra sprawiedliwości i Prokuratora Generalnego Zbigniewa Ziobro), trudno jest mi uznać za sukces władz diecezji tarnowskiej.

A także po przejściu do diecezji kieleckiej „Drogi Kuzynie” nie zrobiłeś nic lub zrobiłeś niewiele, aby wyeliminować kościelnych dewiantów z szeregów kieleckiego duchowieństwa. Przed zaledwie dwoma dniami (jak się ma „kuzyna”, historyka Kościoła, to jak widać łatwo nie jest nawet biskupowi) minęło dokładnie siedem lat od Twojej papieskiej bulli nominacyjnej i co…? I nic.

Nawet „bohatera” słynnego filmu braci Sekielskich „Tylko nie mów nikomu”, ks. Jan A. (o doprawdy „anielskim” nazwisku), którego wtedy nagrano po latach w domu księży emerytów ze swoją dawną ofiarą, nie ukarałaś. Umarł podobno nie nękany przez nikogo, a jego ofiara sprzed lat miała zaledwie osiem lat!!!

A co z innymi dewiantami w szeregach kieleckiego duchowieństwa, którzy deprawują i łamią życie innym dzieciom? Co z tymi, którzy wykorzystują swoje stanowiska i wykorzystują seksualnie swoich podwładnych? A co z tymi, którzy są pazerni, zdeprawowani i wierzą jedynie w mamonę?

Diecezja kielecka jest wyjątkowo zdeprawowana po latach rządów nieżyjącego już ordynariusza, bp Kazimierza Ryczana (1939-2017), a co się w niej zmieniło na lepsze w ciągu ostatnich siedmiu lat?

Zaledwie kilka miesięcy temu o ordynariuszu kieleckim, bp Janie Piotrowskim, było niezwykle głośno w całym kraju, gdy krzyczał do protestujących młodych kobiet, po pamiętnym wyroku w Trybunale Julii Przyłębskiej w sprawie zakazu aborcji: „Precz z mojej katedry”. Zastanawiam się dlaczego nie krzyknął tak nigdy do niegodnych i zdemoralizowanych swoich kościelnych podwładnych?

Więc nawet gdy się było przez zaledwie kilka miesięcy biskupem w diecezji tarnowskiej, a wcześniej jej księdzem przez blisko 34 lata, to się jest moralnie współodpowiedzialnym za wszystkie krzywdy jakie wyrządzono tam niewinnym dzieciom przez dewiantów w sutannach. Chociażby za przyzwolenie, za milczenie i za niedziałanie…

Ciąg dalszy nastąpi…

 

 

PEDOFILIA PO TARNOWSKU –część X.

Drugim hierarchą wyświęconym z biskupem Janem Piotrowskim w tarnowskiej katedrze, w styczniu 2014 roku, był bp Stanisław Salaterski (rocznik 1954). Także obecnie biskup pomocniczy tarnowski, a ponadto co odnotowuję z prawdziwą satysfakcją historyk Kościoła. Ale po kolei.

Od 1995 roku, aż do nominacji biskupiej, ks. prałat Stanisław Salaterki był z nominacji ówczesnego ordynariusza tarnowskiego, bp Józefa Życińskiego (1948-2011), proboszczem parafii katedralnej. Zapewne niewielu wiernych tarnowskiej parafii katedralnej wie, że ta ówczesna nominacja, odbyła się w niezwykle burzliwych okolicznościach, gdy rządca diecezji, na skutek donosów innych „życzliwych koloratek”, odkrył nie tylko niezwykle burzliwe życie osobiste długoletniego ówczesnego proboszcza katedralnego, ks. prałata Kazimierza K. (1930-2015), ale także gdzie wypływają od lat fundusze naszej katedralnej kasy. Odwołany w trybie nagłym i w atmosferze skandalu długoletni (bo był proboszczem katedralnym od 1976 roku!!!) proboszcz i do tego ulubiony pupil dawnego ordynariusza tarnowskiego, bp Jerzego Ablewicza (1919-1990), nie tylko opuścił tarnowską katedrę, ale także diecezję tarnowską. Diecezja tarnowska podawała przez lata jego fikcyjny adres przy tarnowskiej katedrze, ale obrażony na cały świat Ksiądz Prałat mieszkał do swojej śmierci, w lutym 2015 roku, w małym uzdrowiskowym miasteczku na Lubelszczyźnie. Sam Bóg lub chichot losu sprawił mu jednak jeszcze jednego psikusa, gdy znienawidzony biskup tarnowski, w 1997 roku został metropolitą lubelskim. Prałat ponownie znalazł się pod duszpasterskim parasolem, tym razem już abp Józefa Życińskiego. Na szczęście dla Księdza Prałata, był już wtedy emerytem tarnowskiej diecezji i jedynie rezydentem w archidiecezji lubelskiej. Gdy zmarł w lutym 2015 roku, bp Andrzej Jeż, pochował go po królewsku w grobowcu kapituły katedralnej, odgrywając tradycyjny teatrzyk przed pobożnym Ludem Bożym Tarnowa.

Ks. prałat Stanisław Salaterski był nie tylko proboszczem katedralnym w Tarnowie, był także znanym historykiem Kościoła. Pracowaliśmy przez lata nad lustracją diecezji tarnowskiej nad tymi samymi aktami krakowskiego IPN-u. Niestety całość wieloletnich i żmudnych badań diecezjalnej komisji historycznej trafiła na polecenie ordynariusza tarnowskiego, bp Wiktora Skworca (rocznik 1948) do jego osobistego sejfu. A pamiętacie Państwo co obiecywał ten hierarcha powołując wspomnianą komisję lustracyjną? Ale jako Tajny Współpracownik SB o pseudonimie ”Dąbrowski”, zachował się godnie swojego pseudonimu i zasobów swojej własnej teczki w śląskim IPN.

Mój starszy kolega na stanowisku katedralnego proboszcza był też podobno tylko jedynym dziekanem (na 44 dziekanów w diecezji), który nie podpisał automatycznie „lojalki” wobec bp Wiktora Skworca, gdy wszyscy pozostali dziekani trzęsąc portkami, podpisywali wszystko bezrefleksyjnie, a potem zmuszali do tego samego wszystkich księży w swoich dekanatach. Miał zapłacić za swoją odwagę swoim katedralnym probostwem i trafić na plebanie do Limanowej, i tylko przeniesienie TW „Dąbrowskiego” na metropolitę katowickiego (w jesieni 2011 roku) uratowała go przed przenosinami.

Co się więc stało Księże Biskupie Stanisławie z dawnym niezłomnym kapłanem po przyjęciu sakry biskupiej? Czy fioletowa piuska na głowie, fioletowe guziki przy sutannie i złoty krzyż na sutannie, potrafi aż tak bardzo zmienić człowieka? Obserwuję teraz pracę Księdza Biskupa od siedmiu lat na stanowisku biskupim i jest mi niezwykle przykro. Tak bardzo, po ludzku. Bo czego mam się spodziewać po Andrzeju i jego teatralnych gestach? Wieśka znam od dzieciństwa, nasze rodziny przyjaźnią się od młodości naszych rodziców, więc nigdy niczego się nie spodziewałem po tym właścicielu polakierowanych loków na bezrefleksyjnej głowie i od wielu lat pupilu obecnego metropolity katowickiego. Jan jest typowym wytworem wiejskiego duchowieństwa tej diecezji na poziomie szczurowskiego plebana, więc już kielecka diecezja to i tak za dużo jak na jego możliwości. Ale Ksiądz Biskup jest moim niezwykłym rozczarowaniem.

Jako historycy Kościoła wiemy obaj pewnie najlepiej, że liczne grzechy tarnowskiego duchowieństwa: demoralizująca nasze dzieci pedofilia, pijaństwo i inne nałogi, czynny homoseksualizm, konkubiny i nieślubne dzieci tarnowskich księży i ich powszechna finansowa pazerność, były najczęściej przyczynami werbunku księży diecezji tarnowskiej przez funkcjonariuszy UB, a potem SB. Były przyczynami moralnego upadku naszej diecezji od pokoleń. Dlatego od historyka Kościoła, który sam najlepiej poznał te procesy upadku swojej własnej diecezji i miał kiedyś odwagę samemu przeciwstawić się złu, mogę spodziewać się czegoś więcej, szczególnie wtedy gdy on sam przywdział biskupią sutannę.

Kiedyś usłyszałem pewne niezwykle mądre słowa, które tu przytoczę w skrócie: „Słuchać Słowo Boga (…) to uczynienie przestrzeni w naszym życiu, by ono je porządkowało jak na dzieci Boże przystało”. Czy Ksiądz Biskup pamięta, kto i kiedy je wypowiedział…?

Ciąg dalszy nastąpi…

Andrzej Gerlach

Andrzej Gerlach „Pedofilia po tarnowsku” Część 7 i 8

PEDOFILIA PO TARNOWSKU –część VII.

Od kilku dni bulwersujemy się decyzjami personalnymi ordynariusza tarnowskiego, bp Andrzeja Jeża, który zaledwie przed miesiącem umieścił „po chichu i w pełnej dyskrecji”, niemoralnych księży ze swojej diecezji w kilku znanych parafiach na terenie diecezji tarnowskiej.

Jednym z nich był ks. Mariusz G., skazany przez sąd pedofil, który został umieszczony przez biskupa tarnowskiego w bocheńskiej parafii pod wezwaniem Św. Mikołaja Biskupa. Ksiądz nie pracował co prawda w szkole, był spowiednikiem w tutejszej bazylice, ale czy to cokolwiek zmienia? Spowiadał przecież dzieci, zajmował się różnymi grupami duszpasterskimi w parafii, mógł być więc potencjalnym zagrożeniem dla wielu dzieci z parafii i z miasta. Biskup nie uwzględnił w swoich personalnych decyzjach, że skazany kapłan ma dożywotni zakaz pracy z dziećmi. A może według księdza biskupa, pedofil nie może pracować w szkole, ale może spowiadać dzieci? To doprawdy niezwykle pokrętna moralność. W zeszłym tygodniu ten prawomocnie skazany przez sąd pedofil został co prawda usunięty z parafii bocheńskiej, ale stało się to po licznych protestach i doniesieniach medialnych. Pozostali księża nadal pozostają w swoich parafiach.

Nawet nie można postawić tezy, że rządca diecezji tarnowskiej nie wiedział kogo w tych parafiach umieszcza. Biskup wiedział dobrze, bo musiał wiedzieć. Ponadto, gdyby cała sprawa miała jedynie charakter incydentalny, też byłaby naganna i nie miałaby prawa się zdarzyć, ale być może ktoś mógłby wówczas powiedzieć, że tylko jeden niemoralny ksiądz znalazł się w dużej miejskiej bocheńskiej parafii, ale co można powiedzieć na obronę tarnowskiego ordynariusza, gdy jego polityka to świadome działanie. Pomijam tu chociażby także fakt, że tego typu działania są od lat publicznie napiętnowane przez samego papieża Franciszka. Widać jego władza nie sięga jednak do diecezji tarnowskiej, tu sięga wyłącznie władza bp Andrzeja Jeża i jego współpracowników.

Czy zatem ordynariusz tarnowski przeprosił za swoje decyzje? Wyraził skruchę? Przynajmniej udawał, że nie znał przeszłości ks. Mariusza G.? Nic z tych rzeczy. Ale pokazał wyraźnie jak traktuje owieczki w swoim diecezjalnym stadzie. A przede wszystkim co sam ordynariusz myśli o swoich bocheńskich owieczkach.

W dniach od 3 do 10 października 2021 roku odbywa się w Bochni tygodniowy odpust ku czci Matki Boskiej Różańcowej. W czwartek, 7 października, pasterz tarnowskiej diecezji, z całą kolegiacką kapitułą bocheńską, ubraną w swoje piękne prałackie i kanonickie stroje, w dniu głównych uroczystości, uroczyście przemaszerował ulicami Bochni, w słynnej procesji różańcowej. Brakowało tylko pedofila, do niedawna głównego spowiednika przy miejscowej bazylice. Ale czy wśród tak licznych duchownych maszerujących w bocheńskiej procesji wokół swojego ordynariusza, ks. Mariusz G., nie miał godnych następców, zagwarantować nie mogę.

W bocheńskiej procesji brali jak zawsze liczny udział mieszkańcy tego miasta, a towarzyszyły im ich nieletnie pociechy. Dumny z siebie jak zawsze ordynariusz, maszerował przed słynnym obrazem Matki Boskiej Różańcowej, a poprzedzali go w niezwykle licznej grupie tarnowscy duchowni.

Zadaję sobie teraz pytanie, które ciśnie mi się od czwartku na usta. Ilu z tych tarnowskich księży czuło moralnego kaca maszerując w tej jakże uroczystej procesji? Ilu myślało, że im po prostu tak po ludzku wstyd, przed tymi mieszkańcami Bochni? Ilu księży myślało o tym, że jest być może także moralnie współwinnych tego, że nie miało odwagi głośno zaprotestować wobec działań swojego szefa, za to co zrobił zaledwie kilka dni wcześniej? A może nikogo z kościelnych uczestników procesji nie było stać na żadne wyrzuty sumienia, na żadną refleksję?

Bo przecież było tak pięknie. Uroczyste stroje. Towarzystwo samego ordynariusza, które dodawało splendoru, który spływał także na jego uczestników. Kto by się więc przejmował jakimiś zasadami moralnymi, jakimiś upadkami moralnymi księży, że ktoś tam kogoś molestował, że wykorzystał dziecko seksualnie? Że widzi to Bóg? Że być może kiedyś to też oceni? Żeby się jednak przejmować potępieniem Boga, trzeba w niego najpierw wierzyć, a z tym zapewne wśród uczestników procesji bocheńskiej bywa różnie. Natomiast nie ulega żadnej wątpliwości, że uczestnicy tej pięknej uroczystości wierzą głęboko, że obecny jest z nimi ich ordynariusz. On patrzy, ocenia ich obecność i zachowanie, a to może mieć decydujące znaczenie na ich przyszłe życie. Biskup darował wszystko pedofilowi, więc być może przymknie kiedyś w przyszłości swoje biskupie oko na niejedną obrzydliwość, niemoralność, wywołany skandal mój lub maszerującego obok mnie kolegi. A tylko to się liczy na takiej procesji…

O pedofilii w Kościele Powszechnym mówi się już od lat, o pedofilii w polskim Kościele mówi i pisze się teraz coraz więcej. Czas, aby pisać, mówić…, nie, wręcz krzyczeć, także o kościelnej pedofilii po tarnowsku. Także wówczas, gdy odpowiedzialni za dewiację, maszerują w pięknych procesjach po ulicach naszych miast.

Ciąg dalszy nastąpi…

 

 

PEDOFILIA PO TARNOWSKU –część VIII.

Cykl o pedofilii i jej świadomego ukrywania w diecezji tarnowskiej, nie tej dawnej z czasów rządów bp Wiktora Skworca (rocznik 1948), czyli z lat 1998-2011, ale tej obecnych, budzi w tej diecezji niezwykłe emocje. Nic dziwnego, nie opisuję tu bowiem spraw sprzed lat, ale zaledwie te sprzed tygodni czy wręcz ostatnich dni.

Pada w nich najczęściej imię obecnego ordynariusza, bp Andrzeja Jeża (rocznik 1963), który od 2009 roku był biskupem pomocniczym bp Wiktora Skworca, a od maja 2012 roku sam stanął na czele diecezji tarnowskiej jako jej nowy rządca. Trudno sobie nawet wyobrazić fakt, że mógł on nie wiedzieć, jakie decyzje personalne podejmowane są w diecezji tarnowskiej za jego poprzednika w odniesieniu do pedofilów w sutannach i ich ofiar. Choć nie brakuje w jego otoczeniu i wśród wiernych diecezji tarnowskiej takich osób, które z uporem godnym większej sprawy, mimo wielu faktów, nadal go bronią. Nie wiem czy bardziej w ten sposób obrażają pamięć ofiar kościelnych pedofilów z tej diecezji czy też uwłaczają własnej inteligencji.

Ale także obecnie, gdy pełna odpowiedzialność spada na obecnego ordynariusza, bp Andrzeja Jeża, nie możemy zapominać, że także część odpowiedzialności moralnej za politykę personalną w diecezji spada na jego najbliższych współpracowników, w tym na jego biskupów pomocniczych.

A mam tu na myśli między innymi bp Wiesława Lechowicza (rocznik 1962), jednego z dawnych najbliższych współpracowników bp Wiktora Skworca, od 2008roku jego biskupa pomocniczego. Nie chcę tutaj przypominać czasów, gdy był on rektorem tarnowskiego seminarium i wielu faktów z życia tej uczelni, które dyskwalifikuje go moralnie, gdyż nie było wówczas takiego świństwa, którego by wtedy nie uczynił dla swojego ordynariusza. Od swoich wczesnych czasów seminaryjnych, obecny bp Wiesław Lechowicz był rzekomo przyjacielem bp Andrzeja Jeża, pracowali obaj po swoich święceniach kapłańskich na jednej parafii w Krościenku nad Dunajcem, a obecnie jest zaś jego biskupem pomocniczym. Powszechnie znaną tajemnicą jest fakt, że przyjaźń obu hierarchów mocno ucierpiała od czasów, gdy bp Wiesław Lechowicz, po odejściu bp Wiktora Skworca na metropolitę katowickiego, pełnił obowiązki jej administratora i niemal „drukował” już zaproszenia na swój ingres do tarnowskiej katedry. Do dzisiaj jego wielkie biskupie ambicje cierpią srogie męki, od czasów gdy w maju 2012 roku, przyszła do Tarnowa papieska bulla nominacyjna z nazwiskiem bp Andrzeja Jeża, a nie jego samego. Poluje nadal, choć podobno nieskutecznie, nad tymi wszystkimi w diecezji, którzy dołożyli wtedy swoje ręce (ja bym raczej powiedział, że nie ręce lecz języki) do jakże skutecznego wysadzenia go z tronu biskupa tarnowskiego.

Dostał co prawda na pociechę stanowisko delegata Episkopatu Polski do spraw duszpasterstwa Polonii i łupi finansowo polonijne parafie na całym świecie aż miło, ale żadne dolary ani euro nie uleczą zranionej dumy żadnego hierarchy w naszym kościelnym piekiełku. Ale mimo iż jest obecnie delegatem dla Polonii, nie zaprzestał być nadal biskupem pomocniczym tarnowskim, a więc jest także współodpowiedzialnym za to co dzieje się w tej diecezji, w tym za personalne decyzje i nominacje.

Tym bardziej, gdy także niegodni moralnie księża diecezji tarnowskiej, dziwnym trafem „lądują” w jakże dochodowych polonijnych parafiach na terenie Stanów Zjednoczonych, Kanady i w krajach Zjednoczonej Europy.

Wieśku, nie zrobiłeś nic, aby przeciwstawić się tym kompromitującym diecezję „cichym i dyskretnym” przenosinom niegodnych księży do innych parafii. A wiedziałeś, bo nie mogłeś nie wiedzieć…

Wiedzieli także inni biskupi pomocniczy diecezji tarnowskiej, ale oni poczekają na swoją kolej w naszym cyklu. Kto jak kto, ale historyk Kościoła wie, że struktura kościelna jest hierarchiczna, wiec należy zachować szacunek dla godności i hierarchiczności Ich Ekscelencji.

Ciąg dalszy nastąpi…

Andrzej Gerlach

Andrzej Gerlach. „Pedofilia po tarnowsku” Część 5 i 6

PEDOFILIA PO TARNOWSKU –część V.

Corocznie w okresie wakacyjnym tarnowska kuria biskupia dokonuje licznych zmian wśród swoich księży. Jedni proboszczowie odchodzą na emerytury, na ich miejsce przychodzą inni, często są to dotychczasowi wikarzy, ale najwięcej zmian personalnych i przenosin jest corocznie wśród tarnowskich wikarych. Wiadomo bowiem nie od dziś, że polityka kurialna jest taka, że kto zostaje już proboszczem i jest odpowiednio oceniany przez władze diecezji, nie podpadnie jakimś wywołanym publicznie skandalem i dostarcza kurii odpowiedni dochód ze swojego beneficjum, może liczyć na stabilizacje w życiu i nie grozi mu już żadne przeniesienie, no chyba że na lepsze probostwo ze znacznie większym dochodem. Kto z proboszczów wywoła jakiś publiczny skandal lub rozczarowuje biskupa dostarczanymi „ofiarami”, chociażby mniejszymi niż jego poprzednicy, powraca do szeregu wikariuszy i długo oczekuje na rehabilitacje w oczach swojego ordynariusza.

Zdecydowanie w najgorszej sytuacji kadrowej jest najliczniejsza grupa tarnowskich wikariuszy. Są zmieniani często, najbardziej podpadli nawet co kilka miesięcy, a ci grzeczniejsi co kilka lat. Wszyscy jednak robią wszystko, aby jak najszybciej wyrwać się z kręgu wikariuszy i dołączyć do grona proboszczów. Czasami metody awansu niewiele mają wspólnego z moralnością…

W miesiącach letnich na stronach wszystkich naszych diecezji, także w Tarnowie, pojawia się długo wyczekiwana lista zmian personalnych dokonywanych przez biskupa diecezjalnego. Wywołuje ona corocznie szereg emocji i komentarzy. Tak też było i w tym roku w tarnowskiej diecezji. Ale na próżno było wyszukiwać na niej nazwisk skazanych seksualnych dewiantów, takich jak ks. Mariusz G. Piszę seksualnych dewiantów, a nie seksualnego dewianta, bo opisany przeze mnie przypadek ks. Mariusza G. nie jest jedyny. W miesiącu wrześniu, po cichu i w zupełnej dyskrecji, biskup tarnowski Andrzej Jeż (rocznik 1963), poprzenosił na różne parafie, najczęściej wielkomiejskie, księży o których miał pełną wiedzę o ich dewiacjach, potwierdzonych często przez biegłych sądowych czy lekarzy, o ich skłonnościach pedofilskich, o ich niedojrzałości psychoseksualnej i tym podobnych bulwersujących opinię publiczną kwestiach moralnych.

Opisywany przeze mnie w tym cyklu ks. Mariusz G. został umieszczony, zaledwie kilka dni temu, z polecenia ordynariusza tarnowskiego, w znanej w całym kraju, starej parafii bocheńskiej, pod wezwaniem Św. Mikołaja Biskupa.

Parafii wyjątkowej pod wieloma względami, między innymi dlatego, że to znana w kraju kolegiata przy której jest znane Kolegium Kanoników Kolegiackich. Kolegium prałatów i kanoników, którzy latami ubiegali się o te godności, większość z nich wydała na to fortunę, ubierają się w swoje fioletowe mucety, peleryny, nakładają na siebie dystynktoria kanonickie przypięte do złotych łańcuchów, a przewodniczy całemu temu szacownemu gronu prepozyt kapituły.

No właśnie prepozyt kapituły jest tutaj postacią kluczową, gdyż we wspomnianej Kolegiacie Bocheńskiej jeszcze do niedawna funkcję tę pełnił ks. infułat Zdzisław S., ulubieniec i pupil naszego obecnego i poprzedniego biskupa. To właśnie biskupowi tarnowskiemu ksiądz infułat zawdzięcza tytuł Protonotariusza Apostolskiego i infułacką mitrę, którą załatwiono mu w samym Watykanie. I nie było by w tym nic nagannego, bo nie mnie ustalać kościelne listy biskupich pupili i ulubieńców, gdyby nie fakt, że księdza infułata od lat oskarża grono byłych ministrantów z Brzeska, gdzie wówczas pracował w parafii pod wezwaniem Św. Jakuba, o relacje…, no powiedzmy, bynajmniej nie duszpasterskie. O ile mi wiadomo sprawa utknęła w sądzie, nie wiem na jakim jest obecnie etapie, ale byli brzescy ministranci są także aktywni na moim profilu, więc nie będę tu ich reprezentował, gdyż to teraz dorośli mężczyźni.

Gdy sprawa księdza infułata z Bochni stała się medialna, to zniknął on nagle z Bochni i uczynił to tak szybko, że nawet się nie pożegnał ze swoimi bocheńskimi parafianami, a na jego miejsce pojawił się nagle i niespodziewanie kolejny biskupi pupil, do niedawna dyrektor jednego z wydziałów kurii biskupiej w Tarnowie. I jest tam już od lat, a żeby być precyzyjnym, od 2017 roku.

Tyle od lat się mówi, pisze, a nawet głośno krzyczy na całym świecie, a od kilku lat coraz częściej także w naszym kraju, o kościelnej polityce „dyskretnego przerzucania” skompromitowanych duchownych, także pedofilów, alkoholików, narkomanów i innych upadłych moralnie księży z parafii do parafii. Najwięcej emocji budzi ta kościelna polityka w odniesieniu do księży oskarżonych o seksualne kontakty z naszymi dziećmi. I wydawać by się mogło, że po tylu skandalach z udziałem kościelnych dewiantów, po tylu opublikowanych na świecie raportach, konferencjach naukowych i prasowych na ten bulwersujący temat, coś w nas pękło i nie ma prawa wydarzyć się znowu.

Wielu z nas zapewne wierzyło, że nie zrobi nam tego hierarcha, który niemal w każdym swoim publicznym wystąpieniu opowiada od lat o bezpardonowym ataku na Matkę Kościół. O tym jak musimy tę Matkę bronić przed Jej wrogami. I bronić Jej kapłanów…

Gdyby sprawa dotyczyła tylko Bochni, tylko byłego tam prepozyta, a obecnie ks. Mariusza G., to być może naiwni z nas, mogliby uznać to za jedynie niedopatrzenie ze strony ordynariusza diecezji, ale takich przenosin w ostatnich tygodniach mieliśmy znacznie więcej. Nawet niektórzy księża tarnowskiej diecezji mają tego dosyć, bo kto lubi celebrować przy ołtarzu i pić publicznie z jednego kielicha z pedofilem, dewiantem czy innym psychopatą. Kiedy zacząłem pisać o ks. Mariuszu G., zasypali mnie wprost kolejnymi przykładami polityki kadrowej obecnego tarnowskiego biskupa. Tak, świadomej polityki personalnej, bo to co się dzieje od pewnego czasu w tej diecezji to nie może być przypadek.

Matka Kościół nie wymaga obrony przed urojonymi wrogami, jeżeli jest oparta na Ewangelii, miłości płynącej z nauczania Jezusa, to poradzi sobie sama. Jeżeli już mielibyśmy Jej bronić, to przed ludźmi niegodnymi, niemoralnymi, zakłamanymi i obłudnymi. Nawet jeżeli chodzą w złotych ornatach, noszą złote mitry na swoich głowach, głoszą wzruszające mowy, są największym zagrożeniem dla Kościoła. Dewianci, psychopaci, pedofile i ich wpływowi obrońcy. To dzisiaj największe zagrożenie dla przyszłości Kościoła Powszechnego, także tego partykularnego, tarnowskiego… A ty do jakiej grupy należysz Księże Biskupie Andrzeju…?

W wyniku publikacji medialnych i protestów parafian bocheńskich ks. Mariusz G. został w trybie natychmiastowym zabrany w tym tygodniu z bocheńskiej fary. Po „cichym” odejściu przed czterema laty byłego bocheńskiego infułata, teraz historia tego miasta zatoczyła wręcz koło i odwołano z niej kolejnego biskupiego nominata. Czy zatem zostaną odwołani teraz kolejni, z innych miast? Jeżeli nie, mój profil się o nich na pewno upomni.

Ale do pięknej, starej Bochni jeszcze powrócę w tym cyklu, bo ta cała sprawa bocheńska ma jeszcze swoje inne odsłony, a mieszkańcy tego pięknego miasta mają prawo by wiedzieć wszystko. Bo prawda Was wyzwoli.

Ciąg dalszy nastąpi…

 

PEDOFILA PO TARNOWSKU –część VI.

Okazuje się, że moje wpisy na temat Kościoła, umieszczane na tym profilu, są niezwykle uważnie czytane od lat przez przedstawicieli duchowieństwa, choć równocześnie muszę stwierdzić, że duchowni jak ognia unikają jakiegokolwiek ich publicznego komentowania. Niemal codziennie dostaję relacje o tym, jak się je głośno czyta i komentuje w kuriach biskupich, seminariach, zakonach, a najczęściej księża i osoby duchowne czytają je w zaciszach własnych pokoi.

Także cykl o pedofilii w diecezji tarnowskiej budzi niezwykłe emocje, co zrozumiałe, największe w szeregach jego duchowieństwa. Jestem mile zaskoczony jak wielu księży z tej diecezji życzy mi powodzenia, jak wielu prosi o dalsze wpisy, a nawet domaga się ostrego „dokopania” samemu ordynariuszowi tej diecezji, którego osobiście oskarżają o moralny upadek tarnowskiego Kościoła. Po moim wczorajszym wpisie spędziłem w dniu dzisiejszym kilka godzin na telefonie komórkowym, także z nieznajomymi mi osobiście księżmi. Doprawdy jestem pod dużym wrażeniem, zarówno tego jak nieznane mi osoby zdobywają mój prywatny numer telefonu, a także tego ile nowych informacji otrzymuję od samych księży tej diecezji. Oczywiście wszystkie sprawy wymagają sprawdzenia przed ewentualną publikacją, ale z drugiej strony świadczy to najlepiej o tym, że chyba wreszcie pękł wrzód na ciele diecezji. Jaki jest w tym mój osobisty wkład nie mnie oceniać, ale jestem bardzo wdzięczny wszystkim, także osobom duchownym, za ich życzliwość i zaufanie. Mam pełną świadomość, że są oni zdecydowaną mniejszością, ale równocześnie cieszy mnie fakt, że chociaż kilku księży tej diecezji dostrzega konieczność, aby z pękniętego wrzodu na ciele diecezji wypłynęła cała śmierdząca ropa. Dopiero wówczas rana się zabliźni. Pozostanie zapewne widoczna blizna, ale wyleczymy w ten sposób pacjenta.

Dostaję też życzliwe zgłoszenia o tych księżach, którzy głośno wyrażają pogróżki pod moim adresem, mówią o konieczności uciszenia mnie i przerwania moich publikacji. Padają przy tym ostre argumenty, które najlepiej świadczą o tym, że moje wpisy bolą, oj bolą bardzo. Czyli były bardzo celne. Zapewniam więc wszystkich pomstujących, że doceniam ich krytycyzm i postaram się, aby w przyszłości nadal zgrzytali mocno zębami. Zrobię wszystko, aby przewielebni prałaci i dostojni kanonicy, ale także nieutytułowani wiejscy proboszczowie i liczni wikarzy o mnie nie zapomnieli.

O tym jak bardzo dokładnie czyta się wszystkie moje wpisy w kręgach kościelnych, przekonałem się chociażby przy okazji wczorajszego wpisu o Bazylice Kolegiackiej Św. Mikołaja Biskupa w Bochni. Otóż w części dotyczącej pamiętnego ks. infułata Zdzisława S. (rocznik 1953) napisałem, że odszedł niechlubnie w 2017 roku, a na jego miejsce przyszedł obecny proboszcz i kustosz sanktuarium. Czuwający nad moimi tekstami tarnowscy duchowni, ci życzliwi mi i ci, którzy utopiliby mnie w każdej większej rzece na terenie diecezji, od razu wychwycili błąd. Błąd do którego się zresztą sam przyznaję, bo kto jest nieomylny. Tylko papież (ha, ha, ha…), a mnie do Tronu Świętego Piotra jeszcze daleko.

Wyjaśniam więc, że były infułat i prepozyt bocheński o którym wczoraj pisałem, „zniknął” niespodziewanie z Bazyliki Świętego Mikołaja w Bochni w marcu 2015 roku, a nie jak pisałem w 2017 roku. Zdjęcie pięknego wnętrza bocheńskiej bazyliki dołączam do tego wpisu.

Niemal natychmiast na jego miejsce został mianowany dotychczasowy prefekt tarnowskiego seminarium duchownego i dawny misjonarz, ks. Leszek Leszkiewicz (rocznik 1970), który szybko został kanonikiem gremialnym tejże kapituły kolegiackiej i niemal równocześnie jej prepozytem. Nie pełnił tych funkcji zbyt długo, gdyż za „ugaszenie moralnego pożaru” po swoim poprzedniku, został nagrodzony przez tarnowskiego ordynariusza, bp Andrzeja Jeża (rocznik 1963), bullą papieską i sakrą biskupią. Już w dniu 19 grudnia 2015 roku została ta papieska bulla publicznie ogłoszona, a w dniu 6 lutego 2016 roku, sam bp Andrzej Jeż konsekrował go na swojego biskupa pomocniczego i tytularnego Bosse.

Zanim jednak konsekrowano nowego biskupa nominata w tarnowskiej katedrze, biskup tarnowski zamianował w dniu 9 stycznia 2016 roku, na jego następcę do bocheńskiej bazyliki kolegiackiej, ówczesnego wykładowcę tarnowskiego seminarium, ks. Wojciecha Gałdę (rocznik 1966), który po kilku miesiącach niespodziewanie i w nie do końca jasnych okolicznościach zrezygnował z zajmowanego stanowiska (lub zrezygnowano z jego usług), i powrócił on do dawnych obowiązków do tarnowskiego seminarium. Był czerwiec 2017 roku.

I dopiero wówczas ogłoszono nominacje do Bochni dotychczasowego dyrektora tarnowskiego Caritasu, ks. Ryszarda Podstołowicza (rocznik 1965), który co ciekawe i ważne, dopiero po dwóch miesiącach został zainstalowany na nowe stanowisko. Do końca wakacji spekulowano nad tą nominacją i rzekomo do końca nie wiadomo było czy do niej dojdzie. Ale doszło i teraz od czterech lat nowy kustosz bazyliki czuwa, aby nie wspominano publicznie o jego poprzedniku sprzed 2015 roku i jego burzliwej przeszłości.

Jak więc widzicie drodzy czytelnicy, skazany sądowo przed kilku laty pedofil, ks. Mariusz G., trafił przed zaledwie miesiącem, z nominacji biskupa tarnowskiego do bocheńskiej parafii, która słynie nie tylko ze swoich historycznych walorów. Gdyby mury tejże kolegiaty, a przede wszystkim jej plebanii, mogły mówić, dowiedzielibyśmy się wielu niezwykle ciekawych rzeczy. Niejedno kościelne lico musiałoby się wówczas zarumienić.

W dzisiejszym wpisie padło nazwisko jednego z obecnych biskupów pomocniczych w diecezji tarnowskiej, więc omawiając kwestie pedofilii w tej diecezji, następny wpis poświęcę w tym kontekście jej biskupom pomocniczym. Wszystkich księży diecezji tarnowskiej, zarówno tych mi życzliwych jak i tych, którzy jeszcze mnie nie docenili w pełni, już dziś zachęcam do odwiedzenia mojego profilu. Nie będziecie zawiedzeni.

Ciąg dalszy nastąpi…

Andrzej Gerlach

Andrzej Gerlach „Pedofilia po tarnowsku” część 3 i 4

PEDOFILIA PO TARNOWSKU –część III.

Ktoś zapewne powie, że skoro 31-letni ks. Mariusz G., został skazany prawomocnym wyrokiem Sądu Okręgowego w Tarnowie, to wyrok ten wszystko by zakończył i sprawy już zupełnie by nie było. Z prawnego i moralnego punktu widzenia. Otóż nie do końca.

Tak by było chociażby, gdyby Mariusz G. był nauczycielem, kierowcą, policjantem, szewcem, murarzem, kominiarzem lub wykonywałby inny, równie ciekawy i jakiś ważny zawód. Jako nauczyciel, trener, policjant, skazany prawomocnym wyrokiem Mariusz G., nie mógłby już więcej wykonywać swojego zawodu. Ale Mariusz G. nosił sutannę, a to wiele zmienia.

Co prawda sąd orzekł wobec niego dożywotni zakaz pracy z dziećmi, biegli sądowi potwierdzili ponad wszelką wątpliwość jego skłonności pedofilskie, a on sam przyznał się do swoich skłonności i wyraził żal i skruchę, ale w jego dalsze losy włączyła się tarnowska kuria biskupia i jej ordynariusz.

Uznali wówczas, że Mariusz G. jest kapłanem diecezji tarnowskiej i wymaga tego, aby rozwinąć nad nim parasol ochronny. I uczynili to szybko i wyjątkowo skutecznie.

Pamiętacie wszyscy Państwo, jak w maju 2014 roku, gdy doszło do aresztowania, a ostatecznie do skazania ks. Mariusza G., rzecznik ordynariusza tarnowskiego zapewniał nas, że o całej sprawie został powiadomiony Watykan i o dalszym losie tego kościelnego dewianta zadecyduje Stolica Apostolska. Minęło kilka miesięcy, opinia publiczna w J., gdzie pracował ostatnio skazany ksiądz zapomniała o incydencie, a rzecznik biskupa już się w całej sprawie nie wypowiadał.

Od czasów pontyfikatu papieża Franciszka, skazani prawomocnymi wyrokami księża, są niemal z automatu karani, początkowo zawieszani, a potem przenoszeni do stanu świeckiego. Papież argentyński nie ma nawet cienia wątpliwości w bezwzględnym karaniu biskupów na całym świecie za ukrywanie pedofilów w swoich diecezjach. Polscy biskupi ostatnio mieli najlepsza okazję, aby się o tym boleśnie przekonać. Tym bardziej więc zadaję teraz kilka niezwykle istotnych pytań odnośnie przypadku ks. Mariusza G.

Czy Watykan po jego aresztowaniu został o tym powiadomiony? Co ujawniono wówczas Stolicy Apostolskiej? Czy Watykan odpowiedział w sprawie tego pedofila? Jak w stosunku do ks. Mariusza G. zastosowano przepisy kościelne wprowadzone obligatoryjnie w 2001 roku? Na te pytania do dzisiaj trudno szukać odpowiedzi na stronie internetowej diecezji tarnowskiej, a jej opinia publiczna została w tym względzie zupełnie zlekceważona.

Przez lata dopytywałem o dalsze losy skazanego katechety z J. koło Ciężkowic. Mijały kolejne miesiące, a skandal z nim związany lądował coraz głębiej pod dywanem kurialnym.

Tarnowska kuria biskupia zastosowała w tym wypadku sprawdzony, stosowany od lat schemat działania, powtarzany przez wielu polskich biskupów w całym kraju. Skazany za pedofilie kapłan został „po cichu” umieszczony w jakiejś kościelnej instytucji zajmującej się działalnością charytatywną lub medyczną. Kapelan szpitala, więzienia czy jakiegoś zakonu lub domu zakonnego, a może pracownik Caritasu. Możliwości jest wiele. Pamiętacie Państwo słynny film braci Sekielskich „Zabawa w chowanego”? Tam też jedna z ofiar odnalazła swojego oprawcę, ks. Arkadiusza H., z diecezji kaliskiej w…, w szpitalu, jako kapelana.

I tu padają kolejne moje pytania. Od kiedy to ręce kapelana w szpitalu, więzieniu, zakonie czy w Caritasie, mogą być rekami pedofila? Co to za moralność? Czy wystarczy przenieść katechetę, pedofila na kapelana i sprawy nie ma? Jak pedofil nie uczy dzieci, ale swoimi rękami podaje Najświętszy Sakrament chorym, cierpiącym i ich rodzinom, to wszystko jest w porządku? Czy sumienie biskupa diecezjalnego nie ma z tym żadnego problemu?

Rozumiem też, że kiedy my podatnicy opłacamy w naszych podatkach katechetę pedofila to opinia publiczna jest wzburzona, ale kiedy z tych samych podatków opłacamy kapelana szpitalnego, więziennego czy innego pracownika Caritasu, to nie mamy prawa do żadnej krytyki. Przynajmniej w interpretacji kurii biskupich w tym kraju.

To może rzecznik tarnowskiego biskupa będzie miał teraz cywilną odwagę publicznie wyrazić, w imieniu swojego kościelnego szefa, swoją interpretację tego jakże moralnie wątpliwego zagadnienia. Jak dowiemy się wszyscy, co porabiał przez ostatnie siedem lat, skazany przez sąd pedofil ks. Mariusz G., ile przez te lata zarobił, ile mszy w tym okresie odprawił, ilu ludzi wyspowiadał, to wtedy chciałbym zobaczyć miny tych wszystkich, którzy tak zdecydowanie od lat bronią obecnego ordynariusza tarnowskiego. Bo to tylko od niego zależało i zależy do dzisiaj los każdego księdza diecezji tarnowskiej.

Rozumiem, że w dniu dzisiejszym zarówno biskup ordynariusz, jak i jego świta, ostro balowali na bankiecie w tarnowskich Mościcach. Urodzinowa impreza znanego liceum i odpust Św. Teresy… Wiem, że było hucznie. Dołączam się do wszystkich gratulacji. Ale jak jutro wszyscy wytrzeźwiejecie, to pamiętajcie, że czekamy na wyjaśnienia. Nie na temat dzisiejszego bankietu, ale ks. Mariusza G.

Osobiste i zawodowe losy ks. Mariusza G. za ostatnie siedem lat, to niewątpliwie pasjonujący temat do wyjaśnienia opinii publicznej, ale do jeszcze bardziej bulwersujących wydarzeń doszło właśnie przed kilku dniami.

Ciąg dalszy nastąpi…

 

 

PEDOFILIA PO TARNOWSKU –część IV.

Wywołałem prawdziwą burzę w diecezji tarnowskiej w związku ze sprawą ks. Mariusza G. Jedni z czytelników są oszołomieni całą sprawą, a drudzy są wściekli i udają, że cała sprawa jest niewiarygodna i bronią zarówno kurię biskupią jak i skazanego pedofila. Tarnowska kuria przez długie lata ukrywała bowiem całą sprawę przed opinią publiczną, a kiedy ja poszukiwałem i śledziłem te sprawę i jej „odpryski” w diecezji, dla wielu stawałem się wrogiem publicznym Kościoła tarnowskiego.

Teraz, kiedy okazało się, że ks. Mariusz G. jednak zrobił co zrobił i jako skazany prawomocnym wyrokiem pedofil, nie jest wytworem mojej wyobraźni, lecz jednym z kapłanów diecezji tarnowskiej za czyny którego ta diecezja jest prawnie i moralnie odpowiedzialna, jego obrońcy próbują go nadal tłumaczyć, a wtórują im liczni kapłani tej diecezji i kuria biskupia.

Linia naszego sporu przebiega obecnie między innymi wokół kwestii rzekomej terapii jaką podobno przebył skazany pedofil. Podobno według władz tarnowskiej diecezji i wielu obrońców ks. Mariusza G., po takiej terapii jest on już wyleczony i nikomu już nie zagraża.

Natomiast kiedy zbierałem informacje w tej sprawie i dowiadywałem się, kto rzekomo na zlecenie władz diecezji tę terapię przeprowadził, to jestem zdecydowanym sceptykiem co do takich metod postępowania i ich rzekomych efektów. Ksiądz psycholog, podobno najsłynniejszy w diecezji fachowiec w branży, który miał tę terapię przeprowadzić, jest od lat znany jako sam kandydat do niejednej terapii. Miałem z nim kontakt przed laty i jeżeli do tej pory jego stan się nie poprawił, to swoje terapie nie powinien stosować nawet wobec kotów, bo co nam winne te skądinąd sympatyczne zwierzęta.

Generalnie nie wierzę w te kościelne rewelacje o leczeniu z pedofilii czy homoseksualizmu i innych preferencji seksualnych. Pamiętacie Państwo te konferencje prasowe o kościelnych ośrodkach leczących takie preferencje. Wypowiedzi tych kościelnych specjalistów budziły szok i niedowierzanie seksuologów, psychologów i psychiatrów, a wiele wypowiedzi tych kościelnych fachowców stało się tematów licznych menów.

Jestem jedynie skromnym historykiem, badaczem dziejów Kościoła, więc gdzież mi tam do podważania opinii kościelnych fachowców w dziedzinie seksu. Ale wykonałem kilka telefonów, przeczytałem kilka artykułów w prasie fachowej czyli niekościelnej lecz medycznej i mogę cytować tych do których mam w tej kwestii pełne zaufanie.

Jeden z kolegów z wydziału medycznego, wykładowca seksuologii, stwierdził tylko krótko: „Wyleczyć się tego nie da. Nie pomoże żadna terapia. Pedofil zostanie po niej pedofilem. Sadomasochista zostanie sadomasochistą. Ekshibicjonista będzie nadal ekshibicjonistą. Nie da się zmienić czyjejś preferencji seksualnej. Pedofila podniecają dzieci i nie da się go przekonać do innej preferencji seksualnej. Nie namówimy go nagle do tego, żeby zaczął oglądać się za osobami dorosłymi. Żadna terapia nie zmusi go do współżycia seksualnego z dojrzałymi kobietami czy mężczyznami. I tyle”.

Mało tego. Od kiedy zmieniła się władza w tym kraju, coraz częściej sądy powszechne skazują kościelnych pedofilii na zaledwie kilkuletnie wyroki zabraniające im pracy z dziećmi. Mój rozmówca, biegły sądowy w takich procesach, jest zszokowany takimi wyrokami. Cytuję tu jego wypowiedź w tej bulwersującej sprawie: „Taki mężczyzna, po dwóch czy nawet pięciu latach spędzonych w więzieniu, nagle nie przestanie być pedofilem. Dla mnie to są kuriozalne wyroki sądów świadczące jedynie o nieznajomości problemu”. Tyle wypowiedź fachowca, ale kościelni specjaliści widać wiedzą lepiej.

Widać tacy kościelni specjaliści zadecydowali, że po przebytej „terapii”, ks. Mariusz G. jest już wyleczonym, byłym pedofilem. Wiem jednak, że kościelna rzeczywistość często odwołuje się do cudów, ale w kwestii kościelnej pedofilii, limit kościelnych cudów został tu zdecydowanie przekroczony.

W sprawie ks. Mariusza G. przekroczony został również w diecezji tarnowskiej limit zwykłej przyzwoitości o czym dowiecie się Państwo już wkrótce.

Ciąg dalszy nastąpi…

Andrzej Gerlach

Andrzej Gerlach „Pedofilia po tarnowsku” część 1 i 2

PEDOFILIA PO TARNOWSKU – część I.

Mariusz pochodził z małej wioski pod Dębicą, której nazwa zaczyna się na literę N. Urodził się w dniu 24 maja 1983 roku. Skończył dębickie technikum w klasie męskiej (mam liczne zdjęcia jego klasy z czasów szkolnych, ale ze względu na drastyczność tematu i ochronę wizerunku jego nauczycieli i kolegów szkolnych ich nie opublikuje), a po maturze wstąpił do Wyższego Seminarium Duchownego w Tarnowie.

Podobno czuł już od dziecka, że jest inny. Od czasów dojrzewania zachowywał się dziwnie i obawiał się kontaktów z koleżankami. Ale jak sam podobno twierdził, nie był gejem. Dopiero w seminarium poznał prawdziwych gejów, którzy czynnie uprawiali seks. Gejami byli klerycy, ale i wśród kilku wykładowców i przełożonych tego seminarium nie brakowało jak twierdzi, miłośników ciał młodych chłopców. Tarnowskie seminarium w tym czasie było największe w całym kraju i liczyło ponad 340 studentów. Młodych, niewyżytych, w żyłach których buzowała krew i hormony. Wystarczyło kilku prowodyrów, czasami jakiś alkohol i…, od razu było miło.

Na wykładach w seminarium kleryk Mariusz słyszał przez wiele lat, że kobieta jest źródłem upadku kapłana, może doprowadzić go do jego zguby, że ciało kobiety jest grzeszne, a on musi być wierny celibatowi i uratować swoją moralną czystość. Podobno jak sam twierdził, nie chciał uprawiać seksu z innymi kolegami w seminarium, nie szukał więc w seminarium nikogo dla siebie, choć kilku kleryków z tego okresu czasu twierdzi coś zupełnie innego.

W dniu 30 maja 2009 roku diakon Mariusz G. otrzymał w tarnowskiej katedrze święcenia kapłańskie z rąk ordynariusza tarnowskiego, bp Wiktora Skworca (rocznik 1948). Jego seminaryjni przełożeni wyrazili zgodę na święcenia i mimo iż od dawna nie radził sobie ze swoja seksualnością, nikt nie zamierzał utrudniać mu życia. W końcu nawet sam ordynariusz nie był święty, o czym wszyscy wiedzieli, więc czego wymagać od zwykłego neoprezbitera…

Od siebie dodam tylko, że kiedy pisząc te słowa, patrzę na całą listę nowo wyświęconych księży z tego rocznika, a było ich wówczas 27 diakonów, to stwierdzam, że diakon Mariusz G. nie był najbardziej upadłym moralnie neoprezbiterem w tym dniu.

Bezpośrednio po święceniach kapłańskich trafił do bardzo małej parafii pod Tuchowem, której nazwa zaczyna się na litery S T. Pracowali już tam dwaj starsi księża, zaledwie od roku był na niej proboszcz (rocznik 1963) i starszy emeryt (rocznik 1934), który pracował tam od 1972 roku. Byli starsi, ale nie święci…

Jako zdecydowanie najmłodszy ksiądz w tej parafii trafił do szkoły, a wikary na każdej wsi to z automatu katecheta. Miał zaledwie 26 lat, żadnego pedagogicznego doświadczenia, ale wokół miał za to młode nauczycielki, bezkrytyczne i wpatrzone w młodego kolegę w sutannie. Nie publikuje posiadanych zdjęć z tego okresu czasu ze względu na ochronę wizerunku tych osób. Młody katecheta z S T nie czuł się gejem, ale z drugiej strony bał się dojrzałych kobiet, bo każda kobieta, wiadomo… Pamiętał czego nauczył się w seminarium.

Ale młodość, długoletnia abstynencja seksualna i burza hormonalna… To nie mogło się dobrze skończyć. Nowo wyświęcony ks. Mariusz czuł, że jego seksualność kieruje się w stronę dziewczynek, właściwie dzieci, bo w ówczesnej sześcioletniej podstawówce, najstarsze z nich miały zaledwie 13 lat. Czuł jednak, że ze sobą nie wygra, mimo iż miał pełną świadomość, że krzywdzi te dzieci. Tak miał podobno wspominać to po latach wobec biegłych sądowych psychiatrów.

Uległ, ale w małej wsi, gdzie każdy ksiądz jest niemal święty, a winna jest zawsze jego partnerka, nawet jak ma zaledwie 12-13 lat, bo kusiła, ubierała się niewłaściwie i „szukając miłości, pociągnęła tego człowieka za sobą”. Znamy już dobrze te stwierdzenia. Jak do tego są we wsi nauczycielki i matki, które zapatrzone w sutannę, widzą w nieletnich ofiarach sprawczynie upadku kapłana… Wywinął się.

Trafił w 2012 roku do małej wsi pod Ciężkowicami o nazwie na literę J. Proboszcz (rocznik 1949), niby wiedział, choć twierdzi, że nie wiedział. Dzisiaj już nikt tego nie potwierdzi. Nowym ordynariuszem tarnowskim był wówczas już od kilku tygodni biskup Andrzej Jeż (rocznik 1963), dotychczasowy biskup pomocniczy tarnowski i do niedawna prawa ręka swojego poprzednika. Ale nowy biskup tarnowski swoje teatralne gesty, pobożności i uduchowienia, opanował do perfekcji i wielu się na nie nabrało. Liczyło, że po okresie moralnego upadku za czasów bp Wiktora Skworca, nowy ordynariusz choć wierzy w Boga. Sam to wtedy wielokrotnie podkreślałem podczas moich wykładów.

Na nieszczęście 12-letnich dziewczynek ze wsi J., bardzo szybko się jednak okazało, że w diecezji tarnowskiej zmienił się wówczas tylko ordynariusz. Grzechy duchownych, postępowanie jej ordynariusza, standardy moralne i podejście do pedofilii były w niej jednak nadal bez zmian.

Zwykły przypadek, czujność rodziców jednej 12-latki, coraz częstsze nagłaśnianie przypadków pedofilii w Kościele, a być może jeszcze coś zupełnie innego zadecydowało, że 31-letni katecheta z J., ks. Mariusz G. został zatrzymany przez organy ścigania. Był maj 2014 roku. Dowody dewiacji i deprawujących kontaktów ze swoimi uczennicami były ewidentne. Zgubiła go technika i elektronika. Resztę zrobili już policjanci i prokurator.

Kiedy podobno płakał i opowiadał o swojej dewiacji był niezwykle wiarygodny dla badających go na zlecenie sądu i prokuratury biegłych psychiatrów. Poczuwał się wtedy w pełni do winy, sam uważał się za dewianta seksualnego i podkreślał, że rozumie jak nisko upadł, ale przegrał ze swoją seksualnością. Trzeba podkreślić, że niczego się nie wypierał jak wielu innych duchownych dewiantów, ale równocześnie ujawnił kulisy formacji duchownych w swojej diecezji. Od seminarium po pracę na parafiach. Od parafii wielkomiejskich do odległych małych plebanii daleko od Tarnowa.

W moim dzisiejszym wpisie występują stosunkowo często takie słowa jak „prawdopodobnie” czy „podobno”, gdyż opieram się w nim w dużej mierze na dyskretnych informacjach sprzed lat od jednego z zaprzyjaźnionych sędziów miejscowego sądu okręgowego, któremu muszę zagwarantować pełną anonimowość. Dostęp na salę sądową tarnowskiego sądu był wówczas niemożliwy, a instytucja diecezji robiła niemal wszystko, aby uratować swój własny wizerunek i doprowadzić do wyroku „w zawiasach”..

Wyrok: dwa lata więzienia w zawieszeniu na pięć lat. Biegli sądowi z zakresu psychiatrii potwierdzili, że ks. Mariusz G. ma wszystkie cechy pedofila i dożywotnio nie może pracować z dziećmi. Jego pedofilia ma charakter heteroseksualny, jest w pełni niedojrzały psychoseksualnie i nie nadaje się do pracy jako duchowny.

I zapewne większość z Państwa uznało w tej sytuacji, że problem z dewiacją seksualną i niedojrzałością psychoseksualną ks. Mariusza G. zamyka tym wyrokiem całą sprawę, a rodzice dziewczynek w szkołach podstawowych w całej diecezji tarnowskiej mogą w tym momencie odetchnąć z ulgą. Otóż wszyscy, którzy tak pomyśleli są w błędzie. Nie doceniliście Państwo władz diecezji…

Ciąg dalszy nastąpi…

 

 

PEDOFILIA PO TARNOWSKU –część II.

Zabawa w przysłowiowego „kotka i myszkę” rozpoczęła się w tej sprawie w tarnowskiej kurii biskupiej niemal od samego początku. Niby rzecznik biskupa tarnowskiego w momencie aresztowania ks. Mariusza G. informował, że o wszystkim zostanie powiadomiony Watykan, ale gdy zapadł już na niego wyrok skazujący i wyrok się uprawomocnił, ksiądz rzecznik nigdy tego nie potwierdził i stał się wyjątkowo małomówny w tej sprawie.

A kwestia ks. Mariusza paliła tarnowską kurię jak „gorący ziemniak z ogniska”, bo w trakcie samego śledztwa i przyznawania się do winy ujawnił kulisy formacji seminaryjnej tej diecezji, która od zawsze chwaliła się najwyższym wskaźnikiem powołań w Polsce i wyjątkową formacją duchową swojego seminarium.

A tu okazało się jak w praktyce ta „formacja” wygląda. Klerycy po wstąpieniu do seminarium są wywożeni do specjalnego ośrodka seminaryjnego „poza miasto”, położonego malowniczo nad Dunajcem. Ciekawostka, kilkaset metrów dalej okupanci niemieccy wymordowali kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców tarnowskiego getta oraz kilkuset Polaków. To dawne gospodarstwo rolne należące do seminarium od przeszło 150 lat, gdzie do dzisiaj hoduje się świnie, kury i dostarcza wszystkie produkty rolne na stół biskupi, kurialny i do seminarium. Nadwyżki jedynie sprzedaje się do dziś na wolnym rynku. Wyroby mięsne i wędliniarskie iście na biskupie podniebienie. Ceny także…

Ale od kilku lat to nie tylko miejsce produkcji rolniczej, ale także część dydaktyczna seminarium, gdzie pierwszy semestr (od września do stycznia) spędzają klerycy pierwszego roku, a ostatni (od litego do maja) diakoni przed święceniami kapłańskimi. Spędzają tam czas w pełnej izolacji od świata, swojej rodziny, wszystkich dotychczasowych przyjaciół i często przechodzą tam „łamanie kręgosłupów moralnych”. Jak kiedyś w wojsku na „szkółce”. Do głównego gmachu tarnowskiego seminarium na dalszą naukę, trafiają już tylko ci w pełni „uformowani”. I nie byłoby w tym systemie nic złego, bo takie czasowe wyciszenie, wyłączenie z życia codziennego takiego młodego człowieka, nikomu by nie szkodziło, gdyby pracowali z takimi kandydatami do kapłaństwa prawdziwi kapłani, a nie „wojskowi kaprale w sutannach” do tego o nie najwyższych standardach moralnych.

Ośrodkowi w Błoniu nad Dunajcem poświęcę kiedyś specjalny cykl, bo to wyjątkowe miejsce na mapie tej diecezji i działo się tam zawsze niezwykle dużo. Dużo i niezwykle dramatycznie. W czasach odległych, w latach okupacji, a także współcześnie.

To miejsce także w pewnym stopniu ukształtowało dwudziestoletniego wówczas Mariusza G. i jego seminaryjnych kolegów. Po jego skazaniu „kilka kurialnych i seminaryjnych głów poleciało”, ale odbyło się to w stylu bp Andrzeja Jeża. Wylecieli z seminarium, z kurii, ale wylądowali na najbogatszych plebaniach w diecezji. Stracili prestiżowe stołki, ale równocześnie niewątpliwie zyskali finansowo. Jeden z tych słynnych cwaniaczków, jak popił na imprezie imieninowej kolegi to krzyczał, że teraz za tydzień „ma swoje stare kurialne zarobki”. Ale jak się jest w Tarnowie prałatem, zna się największe brudy kolegi seminaryjnego, a teraz biskupa ordynariusza, to człowiek może czuć się zawsze w pełni bezkarnym. To stara tarnowska kurialna prawda…

Prawnicy kurii robili wszystko, aby pedofil, ks. Mariusz G. nie trafił za kraty na długie lata i aby zaraz po procesie wyszedł na upragnioną wolność. I aby odczul, że „dobry duch kurii” nad nim nadal czuwa. Trzeba go było otulić opieką i w pełni odciąć od wszelkiego kontaktu ze światem zewnętrznym, dziennikarzami, prawnikami czy święckimi historykami diecezji… Przynajmniej takim jednym. Też na G.

Już siedząc w areszcie i oczekując na proces ks. Mariusz G. odczuwał, że „dobry duch kurii” go nie opuścił. Miał zapewnioną wtedy nie tylko ochronę prawną, ale także…, dochody stuły. Bo zaangażowani koledzy załatwiali mu chociażby codzienne intencje mszalne. Dzisiaj to wydaje się wręcz niewiarygodne, a nawet szokujące, że w areszcie odprawiał codziennie msze święte i brał za to jeszcze sporą kasę. Jak to możliwe? W każdej niemal parafii, gdy wierni są wyjątkowo gorliwi, proboszcz ma tyle zamówień na intencje mszalne, że nie jest ich w stanie ich wszystkich sam obsłużyć, nawet jak ma jeszcze wikarych. Msze po pogrzebach, tradycyjne gregorianki, na rocznice, urodziny, imieniny, za zdrowie, za udana operację… Przykładów można mnożyć. A każda taka intencja mszalna to od 50 do 100 złotych. Każdy ksiądz może ich mieć do dziesięciu w tygodniu, do czterdziestu w miesiącu, do pięciuset w roku. Liczyć dalej…?

Więc jak się siedzi w areszcie śledczym i ma się dużo czasu wolnego, a w więzieniu jest kaplica… Tego nawet nie trzeba zgłaszać do urzędu skarbowego, ani opłacać z tego ZUS-u. Trzeba mieć tylko „dobrego ducha kurii” nad sobą i wdzięcznych kolegów.

Przed laty, gdy szukałem informacji o losie skazanego ks. Mariusza G., jeden z księży pokazał mi wykaz intencji mszalnych tylko z jednej wiejskiej parafii na literę G, spod Brzeska, które odprawił skazany, „opadła mi wręcz szczęka”. Nazwiska, imiona, wezwania o zdrowie i prośby o Boże Błogosławieństwo. Zmarli i żywi, setki intencji i próśb. Gdy je pospisywałem, pomyślałem o tych wszystkich ludziach, którzy z głęboką wiarą klęczeli w swoich parafialnych świątyniach, mocno i gorliwie wierząc, że jakiś godny kapłan odprawia w ich intencji te msze i wznosi modły do Boga w ich imieniu. Wznosił je wówczas skazany pedofil…

Nie umieszczę tych skanów z tymi intencjami mszalnymi w dzisiejszym wpisie, bo nie chcę nikomu postronnemu sprawiać przykrości, ale pozwolę sobie na mały skromny komentarz. Jakim cynizmem trzeba się charakteryzować, gdy się jest biskupem tarnowskim, tarnowskim kurialistą, pracuje się w miejscowym seminarium, albo się jest tylko nieznaczącym proboszczem lub wikarym na małej wiejskiej placówce, aby robić coś takiego swoim wiernym. I robić to całkowicie świadomie, bo o tej podłości wiedzieli wszyscy. Bo musieli wiedzieć…

Ale podłości związanych z dalszymi losami ks. Mariusza G., skazanego prawomocnie dewianta seksualnego, było w tej diecezji jeszcze więcej.

Ciąg dalszy nastąpi…

Andrzej Gerlach

Andrzej Gerlach „Abp Henryk Hoser” część 12,13,14

ABP HENRYK HOSER (1942-2021) –część XII.

Coraz bardziej wpływowy człowiek w Kościele rwandyjskim, który jak twierdzą teraz jego obecni obrońcy powołując się na jego własne wypowiedzi sprzed lat „całym sercem pokochał Afrykę”, pallotyński misjonarz z kraju polskiego papieża, ks. Henryk Hoser, jesienią 1993 roku, niespodziewanie dla wielu opuszcza „ukochaną Afrykę” i udaje się do Jerozolimy, aby tam, jak sam twierdzi po wielu latach, odbyć „formację zakonną”.

Co dziwne, Rwandę opuszcza też ówczesny tamtejszy nuncjusz, abp Giuseppe Bertello (rocznik 1942), a więc rówieśnik naszego bohatera. Jego zdjęcie dołączam do tego wpisu. Ks. Henryk Hoser to także od lat bliski współpracownik i powiernik wielu tajemnic nuncjusza. Panowie regularnie spotykali się zarówno z prezydentem tego kraju Juvenalem Habyavima (1937-1994), ale także z wpływowymi przedstawicielami najwyższych sił w armii tego afrykańskiego kraju. Kto zna historie tego kontynentu, ten wie, że na siłach zbrojnych oparta jest niemal każda afrykańska dyktatura.

Przypomnijmy tutaj, że od pokoleń obecna Rwanda była terytorium spornym, gdzie rywalizowały europejskie potęgi kolonialne. Ścierały się tutaj wpływy Wielkiej Brytanii, Niemiec i Belgii. I ta ostatnia wyszła z tych sporów zwycięsko. Praktycznie do lat sześćdziesiątych minionego wieku, administracja belgijska traktowała terytorium obecnej Rwandy jak własne terytorium kolonialne. Jednym z filarów kolonializmu, nie tylko w tym kraju, była religia chrześcijańska. Chrystianizacja rdzennej ludności Afryki i bezwzględne rugowanie ze świadomości czarnych mieszkańców tego kontynentu jakichkolwiek wierzeń pierwotnych, miała umocnić siłę państw kolonialnych, stąd też wspieranie misji było codziennością polityki rządu belgijskiego.

Terytorium Rwandy to niemal od zawsze był teren ostrej rywalizacji dwóch dominujących plemion: Tutsi i Hutu. Pisząc rywalizacji mam na myśli nie tylko rywalizację o wpływy gospodarcze, ekonomiczne czy polityczne, ale także dosłowne fizyczne unicestwienie przeciwnika. Tak było od pokoleń, a polityka kolonialna, a tym samym działalność wielu hierarchów Kościoła, świadomie podsycała wrogość oby plemion. Gdy hierarchami kościelnymi byli jeszcze wyłącznie biali biskupi, a Rwanda była w kolonialnych szponach Europejczyków, polityka Kościoła była w pełni zbieżna z polityką kolonistów. Co dziwne, także po stopniowej wymianie miejscowego episkopatu na rdzennych czarnych biskupów, polityka „dziel i rządź” pozostała nadal aktualna. Ofiarami tej polityki byli zawsze cywile, raz z jednego, a drugi raz z drugiego plemienia. Byli też, co warto także podkreślić, nieliczni duchowni pochodzący z krajów europejskich, a także rdzenni Rwandyjczycy, którzy nawoływali do jedności kraju, ale byli usuwani lub dyscyplinowani przez czynniki rządzące Kościołem w tym kraju. Episkopat był częścią establishmentu rządzącego Rwandą i szedł z czynnikami rządowymi „ręka w rękę”. Częścią tego establishmentu był także nuncjusz, abp Giuseppe Bertello i coraz bardziej wpływowy ks. Henryk Hoser.

Jest wiele niepotwierdzonych opinii, relacji i komentarzy na temat tego, kiedy tak naprawdę do Rwandy zaczęły napływać na masowa skalę transporty maczet i innych ostrych narzędzi, które potencjalnie mogłyby służyć do masowej eksterminacji ludności zwalczających się plemion. Były to transporty zamówione z dużym wyprzedzeniem, sprowadzane głównie z Azji, w większości przypadków z Chin. Sprowadzali je wojskowi, płacili wojskowi, a nadzorowali te dostawy…, wojskowi kapelani. Dziś znamy wiele nazwisk, stopni wojskowych, ale nie jesteśmy w stanie postawić tych ludzi przed żadnym sądem, bo w odpowiednim dla nich czasie uciekli z Rwandy. Gdzie i kiedy dowiecie się Państwo już wkrótce. Tak jak dowiecie się, gdzie obecnie mieszkają i co obecnie robią i kto zapewnił im dożywotnią bezkarność.

Nigdy nie wypowiedziana oficjalnie wojna domowa w tym kraju, pomiędzy plemionami Tutsi i Hutu toczyła się od lat, co najmniej od 1990 roku, ale nikt nie wiedział, że co najgorsze nadejdzie wkrótce. Potrzebna była tylko iskra, bo beczka prochu już była gotowa.

Abp Henryk Hoser już nic nie powie, a póki żył i tak albo milczał w tej sprawie, albo kłamał w niespecjalnie wybredny sposób. Bo w nagłe i niespodziewane „odbycie formacji w Jerozolimie”, nie wierzą już nawet jego obrońcy. Ale powiedzieć mógłby teraz abp Giuseppe Bertello, od 2012 roku kardynał, kto poinformował ich o konieczności opuszczenia kraju w celu zapewnienia sobie bezpieczeństwa. Wiemy na pewno, że nuncjusz o aktualnej sytuacji w Rwandzie, powiadomił w specjalnym szyfrowanym raporcie Watykan i papieża Jana Pawła II i od Sekretarza Stanu dostał zgodę na opuszczenie nuncjatury. Kto jednak powiadomił Hosera…?

Obecny kard. Giuseppe Bertello, to był od zawsze rasowy watykański dyplomata, niezwykle dyskretny i zawsze w pełni oddany polityce Stolicy Apostolskiej. Wyszedł ze starej sprawdzonej szkoły dyplomacji kard. Agostino Casarolego (1914-1998), ulubieńca i najbliższego współpracownika papieża Jana Pawła II (1920-2005). Jak dodam, że po Casarolim, Sekretarzem Stanu został w 1991 roku, z woli polskiego papieża, kard. Angelo Sodano (rocznik 1927), to chyba wyjaśnia to wiele. O moralności obu kardynałów pisze obszernie Frederick Martel w słynnej i już niemal kultowej „Sodomie”. Polecam wszystkim, którzy jej jeszcze nie czytali.

Nuncjusz w Rwandzie, za wierność i dyskrecję zostaje w 1995 roku nagrodzony stanowiskiem Stałego Obserwatora Stolicy Apostolskiej przy ONZ w Genewie, a od końca grudnia 2000 roku jest nuncjuszem w Meksyku, gdzie także współpracuje blisko z dyktaturą i woskowymi. Kiedy po latach wiernej służby pragnie powrócić do rodzinnej Italii, zostaje w styczniu 2007 roku, mianowany nuncjuszem we Włoszech i w Sam Marino, gdzie tuszuje skandale obyczajowe we włoskim Kościele.

W swoje 69 urodziny, w dniu 1 października 2011 roku, długoletni watykański dyplomata zostaje Gubernatorem Państwa Watykańskiego, czyli staje na czele najważniejszego organu władzy administracyjnej i wykonawczej tej monarchii. Przez jego ręce przechodzą miliony euro i największe finansowe tajemnice Watykanu. Ukoronowaniem kariery kościelnego milionera jest kardynalski biret, którym papież Benedykt XVI (rocznik 1927), nagradza wiernego i dyskretnego dyplomatę i sługę Kościoła Powszechnego.

Tymczasem w opuszczonej przez nuncjusza i ks. Henryka Hosera Rwandzie przychodzi dzień 6 kwietnia 1994 roku.

Ciąg dalszy nastąpi…

ABP HENRYK HOSER (1942-2021) – część XIII.

Mimo iż wojna domowa w Rwandzie trwała od co najmniej czterech lat, a rywalizacja międzyplemienna pomiędzy plemionami Hutu i Tutsi rozgrywała się od pokoleń, to momentem decydującym w niej był dzień 6 kwietnia 1994 roku. W tym właśnie tragicznym dniu doszło do pamiętnej katastrofy lotniczej nad stolicą kraju, Kigali, w której zginęli prezydenci: Juvenal Habyarimana (1937-1994), prezydent Rwandy, którego zdjęcie dołączam do tego wpisu oraz Cyprien Ntaryamira (1955-1994), prezydent sąsiedniego Burundi. Co ważne w tej historii to fakt, że obaj zamordowani w tym dniu prezydenci należeli do tego samego plemienia Hutu, co niemal natychmiast wywołało gwałtowne reakcje rebeliantów z tego plemienia. Wraz z obu prezydentami zginęli wszyscy towarzyszący im ich współpracownicy i ochroniarze. Katastrofa w Kigali była przysłowiową „iskrą na beczce prochu” zarówno w tym afrykańskim kraju jak i w całym regionie.

Do dzisiaj okoliczności tej katastrofy lotniczej, która była niewątpliwie zamachem, budzi w tym kraju i w sąsiednim Burundi niezwykłe emocje. Wiele wskazuje na to, że zamach zorganizowali właśnie żołnierze Hutu, należący do rwandyjskiej gwardii prezydenckiej. Prawdopodobnie więc obu prezydentów zabili przedstawiciele ich własnego plemienia, ale odpowiedzialność za zamach miał spaść na konkurencyjne plemię Tutsi.

Kiedy doszło do zamachu na prezydencki samolot (zdjęcia z katastrofy dołączam do dzisiejszego odcinka), ks. Henryk Hoser był daleko od Rwandy. Podobnie jak nuncjusz apostolski w tym kraju, wspomniany już abp Giuseppe Bertello (obecnie kardynał). Przez wiele lat obaj hierarchowie nie odpowiadali na szereg niezwykle istotnych pytań, jakie im zadawano publicznie w związku z wręcz niewyobrażalnym ludobójstwem jakie nastąpiło w Rwandzie po zamachu i trwało przez kilka miesięcy w tym kraju. Kto ich uprzedził o niebezpieczeństwie? Dlaczego opuścili Rwandę? Dlaczego nie uprzedzili o nadciągającym dramacie innych członków rwandyjskiego Kościoła, a jedynie Watykan? Takich pytań jest znacznie więcej i padną one w stosunku do osoby abp Henryka Hosera w dalszej odsłonach tego cyklu.

Po wielu latach, na skutek publikacji w prasie światowej i w polskich mediach, abp Henryk Hoser podjął próbę udzielenia odpowiedzi na niektóre z tych pytań. Wywiad ten omówię dokładnie w odrębnym odcinku, gdyż jest on niezwykle istotny w tej sprawie, choć został przeprowadzony bardzo nieudolnie, a odpowiedzi arcybiskupa są delikatnie mówiąc mało wiarygodne i rodzą kolejne liczne pytania i wątpliwości.

Według jednej z wersji arcybiskupa, jeszcze przed masakrą w Rwandzie, wyjechał on do Ziemi Świętej, do Jerozolimy, rzekomo w celu „odbycia i pogłębienia formacji”. Jakoś dziwne, że nie pogłębiał jej od czasu swoich święceń kapłańskich, a także później, gdy pracował w Europie Zachodniej i wtedy gdy został arcybiskupem w Watykanie, a następnie ordynariuszem diecezji warszawsko-praskiej. W innym wywiadzie abp Henryk Hoser powołuje się na fakt, że wyjechał wówczas do Polski i podnosił swoje kwalifikacje lekarskie, będąc na stażu ultrasonografii w Szpitalu Bródnowskim w Warszawie. Doprawdy jakoś trudno uwierzyć, że kiedy Rwandyjczycy, pod koniec XX wieku, mordują się wzajemnie w barbarzyński sposób, ks. Henryk Hoser podnosi swoje kwalifikacje w zakresie ultrasonografii, a równocześnie „organizuje” sobie wygodna posadę w strukturach kościoła francuskiego pod Paryżem.

Jest jeszcze trzecia wersja wydarzeń, a mianowicie, w jednej ze swoich wypowiedzi dla polskiej katolickiej gazety, abp Henryk Hoser stwierdza po wielu latach, że na polecenie Watykanu wyjechał wtedy do Rzymu na intensywny kurs języka włoskiego. Rozumiem, że mordującym się w 1994 roku Rwandyjczykom zależało, aby pracujący od lat w ich kraju misjonarz, a do tego lekarz, mówił płynnie po włosku…

Każdy ma prawo do swojej własnej obrony w życiu. Miał ją także abp Henryk Hoser. A ja mam prawo odnieść się do jego wypowiedzi w tej sprawie, dlatego omówię je w kolejnych odcinkach.

Ale póki co powrócę w ramach tego cyklu do kolejnego, niezwykle istotnego dnia w chronologii tych dramatycznych wydarzeń w Rwandzie. Do dnia 7 kwietnia 1994 roku. Pierwszego dnia po zamachu w Kidali.

Ciąg dalszy nastąpi…

ABP HENRYK HOSER (1942-2021) –część XIV.

Jedną z niewyjaśnionych też kwestii, budzących do tej pory niezwykłe emocje, zarówno w Rwandzie jak i w innych krajach, jest tu sprawa stosunku ks. Henryka Hosera względem rwandyjskich kobiet. Już jako arcybiskup, pracownik struktur watykańskich urzędów, a potem znany hierarcha w polskim episkopacie, nigdy nie odniósł się on do trudnych pytań stawianych mu przez media afrykańskie, głównie rwandyjskie, w kwestii jego wizji roli kobiety w rodzinie i społeczeństwie. Ks. Henryk Hoser jako wpływowy kapłan w strukturach rwandyjskiego Kościoła, bo misjonarzem już wówczas dawno nie był, miał decydujący wpływ na pracę i podejmowane decyzje w rwandyjskim episkopacie, w komisjach dotyczących zdrowia i rodziny. Jego wizja roli kobiety w rodzinie i w społeczeństwie rwandyjskim, budziła u jednych wręcz szok, a u drugich niedowierzanie. Kobiety rwandyjskie dążyły do zdobywania edukacji, niezależności w życiu i w społeczeństwie zdominowanym przez świat mężczyzn, powszechnego prawa do antykoncepcji i decydowania o swojej seksualności i płodności, a tymczasem nieznany im kapłan z dalekiej ojczyzny polskiego papieża, posiadający niewątpliwe wpływy w rwandyjskim episkopacie, pozbawiał ich podstawowych praw, jakie posiadały ich rówieśniczki w innych krajach świata. To budziło sprzeciw i protesty.

Pamiętamy jakim wymagającym i nieustępliwym hierarchą w kwestiach moralnych był abp Henryk Hoser, jako ordynariusz warszawsko-praski. Jego wypowiedzi w dziedzinie etyki i moralności to temat na odrębne cykle. Internet jest pełen komentarzy, licznych polemik i ostrych reakcji na wypowiedzi arcybiskupa w tych kwestiach społecznych. Hierarcha stał się niemal symbolem Kościoła zamkniętego na zmiany społeczne zachodzące we współczesnym świecie.

Jego współcześni obrońcy podkreślają jego niezłomność w kwestiach etycznych i moralnych, uważają go za wzór kapłana, walczącego ze złem moralnym i emancypacją kobiet. Proponuję tym obrońcom, aby przypomnieli nam teraz, ilu czynnych homoseksualistów w diecezji warszawsko-praskiej arcybiskup upomniał i wezwał do nawrócenia, ilu pedofilów suspendował i usunął z szeregów kapłaństwa? A kogo zaś zwalczał i usuwał przypomnę już wkrótce.

Prawdziwym symbolem i wręcz wzorem dla wielu rwandyjskich kobiet stała się w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX wieku Agatha Uwilingiyimana (1953-1994). Wszechstronnie wykształcona i pierwsza kobieta, która doszła nawet do stanowiska szefa rządu w tym afrykańskim kraju. O ostrych wypowiedziach ks. Henryka Hosera na jej temat można by pisać wiele. Zainteresowanych tym bliżej odsyłam do Internetu. Wielu rwandyjskich polityków, też niechętnych kobietom w strukturach rządowych, wtórowało wówczas polskiemu księdzu. Jak się teraz czyta teksty o stawianych wobec niej zarzutach, że chociażby jest „krytykowana za zbyt naukowe wykształcenie”, to wręcz trudno nawet to zrozumieć i komentować. W czasach, gdy kobiety stają na czele katedr uniwersyteckich, operują i ratują życie chorym, kierują rządami i czynnie wpływają na życie w wielu krajach, są mężczyźni, którzy chcą je zamknąć w domach, a ich aktywność ograniczyć do prac domowych, wychowywania dzieci i służenia mężczyznom.

Do najostrzejszych wypowiedzi ks. Henryka Hosera względem Agathy Uwilihgiyimany doszło wówczas, gdy w 1992 roku została rwandyjskim ministrem edukacji. Jej pomysł edukowania dziewczynek na równi z chłopcami, edukacja dorosłych kobiet analfabetek, edukacja seksualna to tematy sporów z ks. Henrykiem Hoserem. Do największego starcia doszło, gdy pani minister edukacji podjęła decyzję o powszechnym edukowaniu niezamężnych matek. Takie kobiety w tym społeczeństwie budziły spore emocje, choć było ich w tym kraju bardzo dużo. Trudno wręcz uwierzyć, że pod koniec dwudziestego wieku, gdy rwandyjska pani minister edukacji zaledwie podjęła próbę wyrwania tych kobiet z marginesu społecznego, spotkała się ze zdecydowaną krytyką szefa komisji do spraw rodziny episkopatu rwandyjskiego. A kto wówczas pełnił te funkcję?

W dniu 18 lipca 1993 roku Agatha Uwilihgiyimana została pierwsza kobietą w Rwandzie, która stanęła na czele rządu. O emocjach jakie to wywołało w konserwatywnych kręgach kościelnych możemy pisać długo. Także wielu polityków rwandyjskich patrzyło na panią premier z wyraźną niechęcią. Pierwsza pani premier była niezwykle aktywna we wszystkich przemianach społecznych w Rwandzie, o czym świadczą wszystkie działania jakie wówczas podejmowała ona sama i jej rząd. Ale wszystkie one zostały przerwane w dniu 7 kwietnia 1994 roku.

 

Dzień wcześniej zginęli w katastrofie lotniczej prezydenci Rwandy i Burundi z plemienia Hutu. Zgodnie z konstytucją Rwandy, w chwili śmierci prezydenta jego obowiązki przejmował szef rządu. W tym dniu premierem była Agatha Uwilingiyimana, a więc ona przejęła obowiązki prezydenta. Pełniła je jednak zaledwie przez 14 godzin…

Do jej domu, gdzie mieszkała z mężem, którym był Ignace Barahira, i małymi dziećmi, wdarli się żołnierze z plemienia Hutu z Rwandyjskiej Gwardii Prezydenckiej i dokonali brutalnego wymordowania: pani premier, jej rodziny oraz całej jej ochrony. O tym co zrobiono wtedy z ciałem zamordowanej kobiety trudno nawet pisać spokojnie po latach. Żołnierzy z jej osobistej ochrony, w tym także europejskich żołnierzy ONZ-MINUAR, wymordowano, wykastrowano i wypatroszono jak wieprze w rzeźni. Ich zbiorowa mogiła to do dziś wstydliwy symbol barbarzyństwa jaki się wówczas dokonał w tym kraju. Ale to dopiero były pierwsze tak dramatyczne i krwawe wydarzenia w tym kraju. Jeszcze gorsze sceny rozegrały się w kolejnych miesiącach, o czym jeszcze wspomnimy w kolejnych odsłonach tego cyklu.

A jak na brutalną śmierć pani premier, jej bliskich i ochrony zareagował ks. Henryk Hoser? Czy wypowiedział się o tym publicznie? Wspomniał ofiary w swoich wywiadach po latach? Czy może jako osoba duchowna potępił barbarzyństwo i okrucieństwo oprawców? A może skomentują to obecni obrońcy arcybiskupa? Do jednego, wręcz kompromitującego, wywiadu abp Henryka Hosera jeszcze powrócimy.

Ciąg dalszy nastąpi…

Andrzej Gerlach

Andrzej Gerlach „Abp Henryk Hoser” Część 10 i 11

ABP HENRYK HOSER (1942-2021) –część X.

Młody pallotyński ksiądz trafił do Afryki w 1975 roku. W Rwandzie Księża Pallotyni pracowali już od czterech lat. Można założyć, że kiedy ks. Henryk Hoser podjął w Rwandzie obowiązki misjonarza, był pełen młodzieńczego entuzjazmu, energii i kipiał wręcz nowymi pomysłami. To typowe dla wielu młodych kapłanów w ich początkowym okresie kapłaństwa. Niestety, ten początkowy entuzjazm często krytykowany i hamowany przez kościelnych przełożonych, po latach przechodzi w fazę walki takiego kapłana o godności, stanowiska, władzę w Kościele. Po pewnym czasie, taki dawny entuzjasta w sutannie lub w habicie, sam krytykuje swoich młodszych współbraci w kapłańskie i hamuje ich młodzieńczy entuzjazm. Trudno pozbyć się wrażenia, że właśnie takie okresy w swoim misyjnym życiu przechodził także potomek dawnych warszawskich ogrodników w pallotyńskiej sutannie.

Zaczął jednak bardzo entuzjastycznie i niezwykle ciekawie. Był nie tylko oddanym krzewicielem katolickiej wiary, ale także oddanym lekarzem, co w warunkach afrykańskiego kraju misyjnego jakim była Rwanda, było niezwykle cenne. Zaczął jako zwykły wikary w jednej z parafii w stolicy kraju, Kigali. Jego ówcześni współpracownicy wspominają go z tego okresu czasu jako niezwykle miłego, uczynnego i oddanego kapłana. Jeszcze kiedy trafił do szpitala rejonowego w Kabgayi, opinie o nim były niezwykle pozytywne. Bardzo umiejętnie łączył bowiem funkcje duszpasterskie z obowiązkami kapłańskimi.

Przełomem okazał się w życiu misjonarza podobno rok 1978, gdy na czele Kościoła Powszechnego stanął polski papież, Jan Paweł II (1920-2005). Wtedy młody polski misjonarz i ceniony lekarz coraz częściej zaczął przypominać swojemu rwandyjskiemu otoczeniu, że Kościół jest hierarchiczny, a on nie zamierza przez resztę swojego życia być jedynie zwykłym misjonarzem.

Jedną z obsesji ks. Henryka Hosera była kwestia naturalnej regulacji urodzeń. Sprawa nie byłaby dziwna, gdyby nie dotyczyła realiów życia w Afryce w latach osiemdziesiątych XX wieku. Pamiętamy wszyscy jakie znaczenie miała ta kwestia w polskim Kościele w duszpasterstwie także wielu księży nad Wisłą. Nie robiła nigdy na nich większego wrażenia pedofilia, homoseksualizm duchownych, a także nieślubne dzieci osób życia konsekrowanego, ale tabletka antykoncepcyjna czy prezerwatywa użyta nawet w związku małżeńskim zawartym w Kościele, była dla nich nie do zaakceptowania.

Kiedy młody ks. Henryk Hoser był jeszcze podporządkowany swoim pallotyńskim przełożonym, pochodzącym z krajów Zachodniej Europy i był przez nich finansowany i kontrolowany, sprawa naturalnej regulacji urodzeń nie była aż tak palącym problemem. Kiedy jednak sam zaczął być znaczącym księdzem w hierarchii Pallotynów w Rwandzie, konflikt na tle antykoncepcji i naturalnej metody urodzeń był nieunikniony. Ich pierwszymi ofiarami w tej sytuacji zostały siostry zakonne i świeckie misjonarki pochodzące z Europy Zachodniej.

Kobiety w habitach, tym bardziej misjonarki świeckie pracujące na misjach w Afryce, nawet jeżeli same rozumiały oficjalną naukę Kościoła Katolickiego w kwestii antykoncepcji i naturalnej regulacji urodzeń, to jednak wiedziały dobrze, że w warunkach afrykańskich, pewne zasady muszą też zostać zweryfikowane. Czarne kobiety podporządkowane swoim ojcom, braciom, a potem mężom, pozbawione elementarnej edukacji, a często nawet praw obywatelskich, nie miały możliwości domagania się prawa do sprawdzania swojej płodności. W życiu takich kobiet częściej dochodziło do gwałtów, przemocy domowej, a nawet śmierci z rąk mężczyzn, niż do możliwości negocjacji z partnerem czy mężem, w kwestii tego czy w danym dniu może czy nie może podjąć współżycie seksualne. Tylko ktoś oderwany od rzeczywistości i realiów życia takich kobiet mógł zakładać, że taka afrykańska kobieta miała jakiekolwiek możliwości codziennego badania sobie temperatury ciała, że w ogóle ma dostęp do jakiegokolwiek termometru, a jeżeli już ma, to że jakikolwiek mężczyzna uwzględni to w swoim oczekiwaniu jej całkowitego oddania się jego potrzebom i zachciankom.

Jak do tego dodamy dramatyczny rozmiar pandemii AIDS, szalejącej na całym afrykańskim kontynencie, także w Rwandzie, to zrozumiemy jak bardzo wymagania moralne i nakazy względem podwładnych ks. Henryka Hosera, rozmijały się z codziennością w pracy sióstr i świeckich misjonarek.

Kobiety te sprowadzały ze swoich krajów pochodzenia, jak dawniej od lat po cichu i nieformalnie, środki antykoncepcyjne i rozdawały je kobietom w swoich placówkach misyjnych. Robiły to co od zawsze w misjach protestanckich było czymś oczywistym. Ale teraz był ks. Henryk Hoser…

Interweniował w Watykanie, domagał się konsekwencji kanonicznych i z czasem wygrywał. Internet jest pełen materiałów i wspomnień sióstr zakonnych pochodzących z Ameryki Północnej czy krajów Europy Zachodniej, które po kilkudziesięciu latach pracy na misjach zostały odwołane, a niektóre nawet usunięte z zakonów i pozbawione środków do życia. Nie pomagały pisane raporty do samego Watykanu, o sytuacji niewykształconych kobiet w krajach misyjnych. Mężczyźni w sutannach zawsze wiedzieli lepiej, co jest dobre i właściwe dla kobiet na całym świecie. Wiedział to także ks. Henryk Hoser w Rwandzie i jego wielki protektor w białej papieskiej sutannie.

Więc kiedy teraz obrońcy abp Henryka Hosera podkreślają jak wielką rolę odegrały jego działania na tym polu, chociażby powołana przez niego Rwandyjska Akcja Rodzinna, zajmująca się przede wszystkim naturalną regulacją urodzeń czy kierowane przez niego Stowarzyszenie Ośrodków Lekarskich w Kigali, niech pomyślą o milionach rwandyjskich kobiet i setkach milionów innych kobiet afrykańskich, ich realiach codziennego życia. Niech pomyślą o milionach zarażonych na AIDS, w tym dzieciach, które w afrykańskich warunkach medycznych czekała jedynie śmierć w męczarniach. Niech pomyślą także o niechcianych dzieciach rodzonych przez zdesperowane, a często gwałcone matki, których często jedynym celem w życiu była śmierć głodowa. Czy to wszystko było warte tego, aby jakiś zdesperowany i oderwany od realiów życia kapłan z dalekiej Polski gonił za tymi kobietami z termometrem i zapewniał sobie dobre samopoczucie…?

Z czasem jednak jego ambicje wzrosły i już nie chodziło tylko o uszczęśliwianie rwandyjskich kobiet termometrem i naturalną regulacją urodzeń. Rozpoczął się nowy etap w jego rwandyjskiej karierze.

Ciąg dalszy nastąpi…

ABP HENRYK HOSER (1942-2021) –część XI.

Medialni „adwokaci” i liczni publiczni obrońcy niedawno zmarłego arcybiskupa Henryka Hosera nieustannie powtarzają, jakim ciepłym, oddanym i zawsze wiernym chrześcijańskim wartościom był ten znany hierarcha. Bo jeżeli ktoś na początku kariery duchownego wyjeżdża na misje do biednego kraju afrykańskiego, a więc poświęca się nieznanym ludziom, leczy ich często za darmo i z pełnym poświęceniem, to czy nie jest kimś wyjątkowym?

I tu pewna mała dygresja. Przeciętnemu mieszkańcowi naszego kraju tak właśnie kojarzy się każdy ksiądz, zakonnica czy świecki misjonarz, który nagle porzuca wygodne życie i wyjeżdża do kraju misyjnego na wiele lat. Tyle, że jest to tylko jedna strona misji. Jest jeszcze druga. Przeprowadziłem dziesiątki rozmów z misjonarzami oraz z byłymi misjonarzami i chciałbym zburzyć nieco ten sielankowy obraz pracy misyjnej.

Są misjonarze ciężko pracujący w odległych i zapominanych przez ludzi i Boga placówkach duszpasterskich, w pełni oddanych swoim wiernym, którzy często są dla nich jedynym światełkiem w tunelu na inne, najczęściej lepsze życie. Tym ludziom zawdzięczają nie tylko nową religię, ale także jedyną edukacje dla siebie i swoich dzieci, ochronę zdrowia, dostęp do wody, lepsze warunki uprawy roli, a niekiedy możliwość innej ścieżki kariery zawodowej w życiu.

Ale często misjonarze z Ameryki Północnej czy Europy, po kilku latach pracy w dżungli na odległych placówkach misyjnych, przechodzą do miejscowych elit politycznych, kręgów finansowych, często także elit działających na pograniczu prawa, w kraju misyjnym. Wtedy pracują w dużych miastach, w budynkach, które są w pełni klimatyzowane, jeżdżą luksusowymi samochodami za kwoty niewyobrażalne dla ich kolegów misjonarzy z dżungli, a także ich rodzin w krajach ich pochodzenia. Przypomina to niekiedy permanentne elitarne safari na afrykańskim kontynencie… Kto był, najczęściej przez tydzień lub dwa, to wie o czym piszę. Kiedyś poświęcę temu odrębny cykl i pokażę szokujące zdjęcia, które ujawnią czytelnikom dwa oblicza misji.

Taka również metamorfoza zaszła, jak sądzę w życiu pallotyńskiego misjonarza, ks. Henryka Hosera. Był bowiem Hoser z lat 1965-1978, ale wszystko się zmieniło w latach pontyfikatu polskiego papieża. Wtedy z każdym rokiem jego pozycja w hierarchii rwandyjskiego Kościoła rosła w zawrotnym tempie. Rosły także jego wpływy w stosunkowo małym episkopacie tego kraju. I prawdopodobnie poprzez te rosnące wpływy w episkopacie, dotarł do elit politycznych Rwandy.

Nikt z jego obrońców nie był w stanie wyjaśnić mi, co z tego mieli biedni mieszkańcy tego kraju. Co zatem, poza własnymi ambicjami misjonarza z kraju papieża, wynikało z jego czynnego udziału w życiu towarzyskim elit politycznych Rwandy? Z jego kontaktów z politykami rządzącymi tym krajem, z prezydentem Juvenalem Habyavimanem na czele. Do osoby prezydenta tego kraju jeszcze powrócę w kolejnych odcinkach tego cyklu.

Już nie pracował wtedy w odległym od stolicy prymitywnym szpitaliku w dżungli, a było takich setki w całym tym kraju, do których docierało większość najbiedniejszych Rwandyjczyków. Już nawet nie pracował w regionalnym szpitalu w Kabgayi, gdzie zaczynał swoją lekarską karierę na afrykańskim kontynencie, o czym wspominałem we wcześniejszych odcinkach tego cyklu. Załatwił sobie pracę w szpitalu uniwersyteckim w Butare, gdzie został zapamiętany jako katolicki fanatyk, propagator naturalnej metody urodzeń, walczący z prezerwatywami i tabletkami antykoncepcyjnymi. W szpitalu ludzie umierali wokół, a on usuwał z pracy medyków z różnych krajów świata oraz personel rwandyjski, bo ta walka z prezerwatywami i „grzesznymi tabletkami” była dla niego priorytetem. Nie wchodzę tutaj w żadną debatę ze zwolennikami lub przeciwnikami antykoncepcji w wersji Kościoła Katolickiego, ale proszę pamiętać, że działo się to w szpitalu uniwersyteckim afrykańskiego kraju, gdzie szalało AIDS, a ludzie umierali w tysiącach…

Podkreśla się, że bohater naszego cyklu założył w 1978 roku słynne w stolicy kraju Kigali, Centrum Zdrowia Gikondo, którym kierował do swojego nagłego wyjazdu z kraju przez siedemnaście lat. Brawo. Ale szkoda, że w pamięci wielu Rwandyjczyków centrum to kojarzy się do dzisiaj z miejscem, gdzie teologia rządziła prawami medycyny.

Wszystkie dołączone do tego odcinka zdjęcia, pochodzą z rodzinnego albumu siostry arcybiskupa, Julii Hoser-Krauze, urodzonej w dniu 12 maja 1941 roku, a zmarłej w dniu 7 listopada 2012 roku.

Poprzez swoje bliskie kontakty z biskupami rwandyjskimi, ks. Henryk Hoser został powołany do wpływowych struktur w episkopacie tego kraju. Wspomina się nawet teraz po latach, że ks. Henryk Hoser rządził bez większego ograniczenia zarówno Komisją Episkopatu Rwandy do Spraw Zdrowia, a potem także Komisją Episkopatu Rwandy do Spraw Rodziny.

Także w strukturach swojego zgromadzenia jego pozycja rosła w niebywałym tempie i w niczym nie przypominała pracy skromnego pallotyńskiego misjonarza. W 1981 roku, nie bez wpływu pontyfikatu papieża Jana Pała II, został mimo młodego wieku i zastrzeżeń wielu Pallotynów pracujących w Afryce, przełożonym Delegatury Misyjnej Zgromadzenia Księży Pallotynów w Rwandzie. Został więc pierwszym Pallotynem w tym kraju. W 1988 roku został superiorem (przełożonym) Regii Zgromadzenia Księży Pallotynów na Rwandę, Zair i Belgię. A miał wtedy zaledwie 46 lat!!!

Apetyt jednak rośnie. Rosną także wpływy w strukturach Kościoła w Rwandzie. Ks. Henryk Hoser zostaje przewodniczącym Konferencji Wyższych Przełożonych Zakonnych w Rwandzie. A więc kieruje wtedy strukturą wszystkich męskich zakonów i zgromadzeń zakonnych w tej części Afryki.

A więc proszę tych, którzy mnie tak ostro atakują za ten cykl, abyśmy ograniczyli emocje, a jeżeli już ktoś chce bronić zmarłego hierarchę, a mnie atakować i obrażać, to dyskutujmy o faktach, a nie o naszych osobistych wyobrażeniach o nich. Zachęcam także wszystkie „gorące głowy” do wyhamowania swoich złych emocji, bo najgorsze fakty z życia naszego „bohatera” są jeszcze przed nami.

Ciąg dalszy nastąpi…

Andrzej Gerlach

Andrzej Gerlach. „Abp Henryk Hoser” Część 6 i 7

ABP HENRYK HOSER (1942-2021) –część VI.

Matce przyszłego arcybiskupa nie udało się postawić rodzinnego biznesu ogrodniczego na nogi. Gdy jej krewna zajmowała się jej dziećmi w dalekiej Wielkopolsce, ona walczyła o firmę i materialną przyszłość swoich dzieci. I kiedy już wydawało się, że w dramatycznej powojennej rzeczywistości pojawia się dla tej rodziny cień nadziei, komuniści upaństwowili rodzinną firmę i przekreślili plany pracowitej i niewątpliwie bardzo dobrze wykształconej kobiety.

Halina Irena Hoser władała biegle niemieckim, francuskim, angielskim i dość dobrze znała łacinę. Dzieci zapewne to właśnie jej zawdzięczają talent do języków. Uczyła ich języków obcych w domu rodzinnym i uzupełniała wiedzę, jaką wynosili ze szkoły. Na załączonym do tego odcinka zdjęciu widać rodzeństwo Hoserów z czasów dzieciństwa.

Wykształcenie na poziomie szkoły podstawowej młodzi Julia i Henryk zdobywali początkowo w Wielkopolsce, a od 1949 roku, gdy matka zabrała ich do Żbikowa, koło Warszawy, naukę kontynuowali w Szkole Podstawowej im. Marii Konopnickiej w Pruszkowie, znajdującej się przy ulicy Narodowej 26. Żbików był od lat ważnym miejscem w życiu rodziny Hoserów, gdzie krewni męża, Stryj Piotr Hoser i jego siostry, nadal prowadzili część dawnego biznesu rodzinnego, pod nazwa „Szkółki Żbikowskie”.

W 1954 roku rozpoczęli naukę w Liceum Ogólnokształcącym im. Tomasza Zana w Pruszkowie, gdzie tradycyjnie od lat, uczęszczało wielu młodych Hoserów. Uczyło tam wówczas wielu wspaniałych przedwojennych pedagogów, choć już wówczas odczuwało się już ideologiczne wpływy komunistycznej rzeczywistości. Młody Henryk, wybrał świadomie klasę z językiem francuskim, mając wyraźnie słabość do tego języka.

 

 

Nie jest prawdą, że od najmłodszych lat Henryk myślał o kapłaństwie. To mity, które powstały po latach na etapie tworzenia jego medialnego wizerunku, gdy zaczął robić błyskotliwą karierę w strukturach Kościoła Powszechnego, a liczne media coraz wyraźniej atakowały go za jego kontrowersyjne działania i wypowiedzi. Prawdą jest natomiast, że od najmłodszych lat był ministrantem, ale tego życzyła sobie jego matka. Gdy jako chłopiec miał kłopoty z ministranturą, bo służący wówczas do Mszy Świętej ministrant, był zobowiązany do znajomości wszystkich łacińskich odpowiedzi kapłanowi przy ołtarzu, matka sama wyuczyła go na pamięć łacińskiego tekstu całej Mszy. Młody Henryk na wyrywki recytował wtedy po łacinie, nie tylko kwestie ministranta, ale także celebransa. Matka nie pozostawiła mu nawet wyboru. Co ciekawe, jego siostra wspominała po latach, że ta łacińska „tresura” matki była na tyle skuteczna, że nawet ona nauczyła się całej przedpoborowej Mszy Świętej na wyrywki, ale oczywiście nigdy jako dziewczynka nie miała szansy stanąć przy ołtarzu. Natomiast po pewnym czasie, odprawianie „mszy w domu”, stało się częstą zabawą dzieci. Henryk odprawiał „domową mszę”, a jego ministrantem była jego siostra Julia.

Dzieci miały swoje tajemnice i niewątpliwie były ze sobą niezwykle zżyte emocjonalnie. Z czasem te tajemnice „przerabiano” na potrzeby kościelnej kariery brata, ale mimo to nadal kilka z nich żyje swoim życiem.

Jedną z takich tajemnic jest kwestia wyboru zawodu przez młodego Henryka. Do dziś krążą w Internecie i w licznych katolickich mediach mity o tym, jak to się stało, że dojrzewający Henryk został studentem medycyny, mimo iż rzekomo od wczesnego dzieciństwa miał mieć powołanie do kapłaństwa, gdyż tak zadecydował sam Bóg, który go wybrał i powołał.

Otóż pozostawiając te „pobożne” opowieści gorliwym katolikom, którzy potrzebują najwyraźniej takich interpretacji, warto wspomnieć o innych prozaicznych faktach z życia przyszłego hierarchy.

Jeszcze na etapie nauki w liceum, młody Henryk poznał o kilka lat starszego od siebie studenta medycyny, którym się zafascynował. Znajomość była burzliwa i niezwykła, a młody Henryk zaangażował się w tę znajomość do tego stopnia, że wzbudziła ona wyraźnie niepokój jego katechety i spowiednika, a wkrótce także samej matki.

Prawdopodobnie to ten młody student medycyny ofiarował młodemu licealiście książkę Maxenca van der Meerche’a „Ciała i dusze”. Lektura ta pochłonęła Henryka bez reszty. Mimo iż najbliższa rodzina robiła wiele, aby wpłynąć na młodego człowieka, on zadecydował, że pójdzie w ślady swojego starszego przyjaciela. Został studentem medycyny. Był rok 1960.

Ciąg dalszy nastąpi…

 

ABP HENRYK HOSER (1942-2021) –część VII.

W latach 1960-1966 Henryk Hoser był studentem Akademii Medycznej w Warszawie. Wiele obecnie dostępnych źródeł pisanych i wspomnień jego danych kolegów jednoznacznie wskazuje na to, że nigdy nie miał kłopotów z nauką, był niezwykle zdolnym studentem i zapowiadała się przed nim wspaniała przyszłość, a być może nawet kariera naukowa na tej znanej medycznej uczelni (obecnie jest to Warszawski Uniwersytet Medyczny).

Były to jednak niezwykle trudne czasy, gdy na wszystkich studiach na państwowych uczelniach, niepodzielnie ingerowała ideologia, polityka i propaganda partyjna, jedynej, „słusznej” opcji. Nie inaczej było także na tej warszawskiej uczelni medycznej. Jednym z organów ingerencji bieżącej polityki w życie wszystkich studentów, bez względu na to czy mieli być w przyszłości lekarzami, inżynierami, politykami, prawnikami czy nauczycielami, była studencka organizacja o nazwie Zrzeszenie Studentów Polskich, przemianowana wkrótce w Socjalistyczny Związek Studentów Polskich. Była to partyjna przybudówka na każdej uczelni, w pełni kontrolowana przez Polską Zjednoczoną Partię Robotniczą, bez wiedzy której nic na uczelni nie miało prawa zaistnieć.

Rządząca partia kierowała na front uczelniany swoje najlepsze kadry, a z drugiej strony najzdolniejsi i najwierniejsi działacze Zrzeszenia, a potem Związku, stawali się naturalnym zapleczem kadrowym partii. Wystarczy poznać nazwiska działaczy studenckich tych organizacji i porównać z późniejszymi nazwiskami znanych w całym kraju działaczy komunistycznej władzy. Krąg się zamyka. W latach 1960-1973 jednym z najważniejszych działaczy Zrzeszenia, a potem Związku, był Stanisław Ciosek (rocznik 1939), późniejszy znany działacz PZPR, także sekretarz Komitetu Centralnego i ambasador Polski w Moskwie.

Najwierniejszych, a zarazem najpodlejszych, kierowano do struktur, które ostatecznie decydowały, niekiedy bardziej niż władze uczelni o losach i życiu tysięcy studentów. Jednym z takich organów był zawsze uczelniany sąd koleżeński ZSP, a potem SZSP. Sąd taki wydawał wyroki na koleżanki i kolegów, relegował ich z uczelni i pozbawiał możliwości dalszego kształcenia. A powodem otrzymania takiego „wilczego biletu” na resztę życia, nie były względy dydaktyczne czy kłopoty w nauce, a jedynie względy ideologiczne. Dzisiaj trudno jest nawet wyjaśnić wielu młodym ludziom jak taki szatański system funkcjonował, ale studenci z lat stalinowskich, gomułkowskich czy nawet gierkowskich, zapewne te czasy jeszcze dobrze pamiętają.

Miały swoje własne sądy koleżeństwie oddziały Zrzeszenia czy Związku na wszystkich uczelniach w kraju, miała je także Akademia Medyczna w Warszawie w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku. I zapewne teraz zadajecie sobie Państwo pytanie, kto stał wówczas na czele tego sądu przez te lata. Otóż spieszę donieść, że kierował nim student wydziały lekarskiego, Henryk Hoser (rocznik 1942), ten sam, który później został księdzem i arcybiskupem.

To był niezwykle drażliwy temat dla Księdza Arcybiskupa. Nigdy tak naprawdę nie chciał odpowiadać na pytania o ten okres swojego życia. I chyba wiadomo dlaczego tak reagował. Natomiast jego obrońcy, którzy w ostatnich latach jego życia wręcz stawali na głowie, aby ten temat załagodzić, także ci z tytułami naukowymi, prześcigali się wręcz w interpretacjach. I tak dowiadujemy się, że jako przewodniczący sądu koleżeńskiego, student Henryk Hoser zajmował się jedynie warunkami bytowymi studentów, rozdawał koleżeństwu miejsca w akademikach, dbał o ich wakacyjny wypoczynek i tak dalej. Doprawdy, działał jak nie sąd koleżeński na uczelni. I nikt tego nie zauważył. Nie zauważyła tego organizacja partyjna na warszawskiej Akademii Medycznej, partyjne władze tej uczelni, o warszawskich i centralnych strukturach partii i służb specjalnych PRL nie wspominając.

Nawiasem mówiąc, latach 1960-1966 sąd koleżeński Zrzeszenia podjął decyzje o usunięciu przeszło kilkuset studentów. Jego przewodniczący jednak, nie miał z tym zupełnie nic wspólnego. Jak więc widzimy cuda się zdarzają nawet w komunistycznych strukturach uczelnianych…

Aż mi brakuje wyznań obrońców Henryka Hosera, przewodniczącego sądu koleżeńskiego Zrzeszenia na AM w Warszawie o tym jak to w ramach struktur sądu wręcz duszpasterzował, podnosił tym samym poziom życia religijnego wszystkich studentów, a każde obrady sądu rozpoczynał modlitwą…

Ale jest jeszcze jeden jakże ciekawy aspekt z życia studenta medycyny Henryka Hosera, z lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. A mianowicie coś tak oczywistego jak codzienne życie studenckie, a tym samym burza hormonów w ciele każdego młodego mężczyzny. Tym bardziej gdy studiuje się medycynę, niemal codziennie ogląda i bada ciało ludzkie, a otaczają go młode i piękne dziewczyny.

Ciąg dalszy nastąpi…

Andrzej Gerlach

 

 

Andrzej Gerlach. „Abp Henryk Hoser” Część 4 i 5

ABP HENRYK HOSER (1942-2021) –część IV.

Rodzina Hoserów miała wiele tajemnic, których zapewne nigdy do końca nie poznamy. Te tajemnice stały się tym bardziej tajemne, gdy jeden z Hoserów stał się katolickim hierarchą, a tym bardziej wówczas, gdy został on ordynariuszem warszawsko-praskim, którego często kontrowersyjne wypowiedzi jak również działania, budziły tym większe zainteresowanie mediów i opinii publicznej. Wiele tajemnic związanych jest ze słynną rezydencją rodową Hoserów, reprezentacyjną kamienicą pod adresem Aleje Jerozolimskie 51 w Warszawie (do 1939 roku był to numer 45).

Kamienica została wybudowana w latach 1904-1905 na warszawskich gruntach Zakładu Ogrodniczego Braci Hoser, jako dowód snobizmu rodziny przyszłego arcybiskupa. Każdy element tej kamienicy miał świadczyć o znaczeniu rodziny Hoserów, o ich ogromnych dochodach i coraz większym znaczeniu w społeczności Warszawy, doby panowania dynastii Romanowów.

Nie wiemy kto tak naprawdę był architektem tego domu. Padają tu różne nazwiska znanych i wpływowych architektów epoki, ale wśród nich pojawia się nazwisko architekta z rodziny Hoserów, Pawła Hosera. Urodził się w dniu 24 sierpnia 1864 roku w Warszawie jako syn Piotra i Emilii z domu Bohme. Jako nieliczny z rodziny Hoserów nie zajmował się początkowo rodzinnym biznesem ogrodniczym, pracował jako znany w środowisku architekt. Ale z czasem dołączył do rodzinnego biznesu jako dyrektor cegielni w Żbikowie. Żbików to była niezwykle ważna część biznesu całej rodziny. Jednym z jego elementów była właśnie ta cegielnia.

Przez całe swoje życie podkreślał swoje niemieckie pochodzenie z którego był niezwykle dumny. Mówił przeważnie po niemiecku. Przez lata rodzina ukrywała ten fakt, jak również to, że jako znany architekt chętnie projektował także świątynie protestanckie. Paweł Hoser zmarł w okupowanej Warszawie w dniu 2 września 1943 roku.

Jego bratem był Piotr Hoser II (1857-1939), mąż Antoniny z domu Popiel, wykładowca akademickiego Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie. Autor licznych i bardzo ważnych publikacji z dziedziny ogrodnictwa. Jego synem był Piotr Tadeusz Hoser (ur. 1901).

Dom rodziny Hoserów był przepiękny. Każdy element jego elewacji był tu przemyślany i ważny. Każdy bowiem coś symbolizował i nawiązywał do losów rodziny. Równie piękny był także wewnątrz. Ten dom był nie tylko siedzibą firmy i siedzibą rodową, ale także odgrywał niezwykle ważną rolę w biznesie. Na pierwszym piętrze kamienicy znajdowała się, słynna w całym mieście cieplarnia, w której od lat hodowano specjalne rośliny wymagające wyższych temperatur.

O warszawskim domu Hoserów mówiło całe miasto. Ale nie zawsze mówiło dobrze. W domu tym bowiem Paweł Hoser prowadził słynny warszawski kantor, który przyjmował w depozyty mienie ruchome tych, którzy popadli w kłopoty finansowe. Biżuteria, kosztowności, dzieła sztuki i inne wartościowe przedmioty przechodziły w tym domu z rąk do rąk. I mało kiedy wracały do zadłużonych ich dawnych właścicieli. O wyjątkowej pazerności właścicieli tego kantoru krążyły niemal legendy. Wiele przejętych w ten sposób przedmiotów po pewnym czasie było sprzedawana z kolosalnym zyskiem. Także poza granicami kraju. Nawet warszawscy Żydzi, słynący też z podobnej działalności, na warszawski kantor przy Alejach Jerozolimskich 45, patrzyli z zawiścią, ale i często z zazdrością. Hoserowie zawsze wiedzieli, że wszystko co wezmą do rąk musi szybko zamieniać się w gotówkę lub przynosić im inny znaczący dochód. I tak było przez pokolenia.

O innych działaniach i finansowych sukcesach rodziny można by pisać wiele. Ale przyszedł wrzesień 1939 roku. Wybuchła wojna…

Ciąg dalszy nastąpi…

ABP HENRYK HOSER (1942-2021) –część V.

Wybuch drugiej wojny światowej był wstrząsem dla milionów rodzin. Był także niewątpliwym wstrząsem dla rodziny Hoserów. Pomimo iż Hoserowie mieli niemieckie pochodzenie, a wielu członków tej rodziny było wręcz z tego dumnych i często podkreślało swoje niemieckie pochodzenie, to podczas okupacji niemieckiej Hoserowie zachowali się bardzo godnie, a kilku z nich nawet należało do zbrojnego podziemia i walczyło z niemieckim okupantem.

Stryj przyszłego arcybiskupa, Konstanty Hoser, należał do konspiracji, a podczas Powstania Warszawskiego walczył w Śródmieściu, w kompanii szturmowej Szafrański i posiadał konspiracyjny pseudonim „Andrzej”. W strukturach zbrojnego podziemia czynny udział brali także dziadek, Henryk Hoser (1870-1944) i ojciec arcybiskupa, Janusz Henryk Hoser (1901-1944).

Dziadek hierarchy, Henryk Hoser, urodził się w dniu 8 października 1870 roku w Warszawie jako syn Piotra. Jego syn, ojciec przyszłego arcybiskupa, urodził się w dniu 6 września 1901 roku, także w stolicy. Ożenił się z Haliną Ireną z Zabłońskich (1908-1993), prawdopodobnie w 1940 roku w Parafii pod wezwaniem Św. Barbary w Warszawie (data i miejsce ślubu są tu jednak kwestionowane).

Obaj panowie, dziadek i ojciec arcybiskupa, należeli do Narodowych Sił Zbrojnych i z znani byli ze swoich skrajnie prawicowych poglądów. Podobno byli także niezwykle krytycznie nastawieni do Żydów, co w okresie okupacji i zagłady tego narodu było częstym zjawiskiem w szeregach NSZ. Osoby blisko związane z rodziną tłumaczyły to tym, że przez pokolenia warszawscy biznesmeni pochodzenia żydowskiego byli naturalnymi konkurentami Hoserów w biznesie. Rodzina Hoserów przez długie lata ukrywała członkostwo swoich przodków w NSZ i ich antysemityzm, a kiedy tylko była mowa o ojcu i dziadku arcybiskupa podawano, że byli członkami Armii Krajowej. Nasiliło się to głównie po tym, kiedy to ordynariusz warszawsko-praski popadł w znany i głośny konflikt ze swoim podwładnym, ks. Wojciechem Lemańskim (rocznik 1960), a tłem konfliktu były także kwestie antysemickie. Ale do tego wątku powrócę w kolejnych odsłonach tego cyklu.

Do największego dramatu w rodzinie Hoserów doszło jednak podczas Powstania Warszawskiego, gdy na Woli hitlerowscy oprawcy niemieccy i wspierający ich sojusznicy ukraińscy, dokonywali rzezi całej ludności tej warszawskiej dzielnicy. W dniu 5 sierpnia 1944 roku Henryk Hoser (1870-1944) i jego syn Janusz Henryk Hoser (1901-1944) zostali obaj zamordowani na dziedzińcu Fabryki Franaszka. Ciał zamordowanych mężczyzn nigdy nie odnaleziono, a rodzina o śmierci swoich krewnych dowiedziała się dopiero po wielu miesiącach, gdyż podczas rzezi Woli rodzina łudziła się, że trafili do niewoli i kiedyś powrócą do domu.

 

 

 

Janusz Henryk Hoser osierocił wówczas dwoje dzieci: starszą córkę Julie Hoser, urodzoną w dniu 2 maja 1941 roku i jej młodszego brata, Henryka Hosera, urodzonego w dniu 27 listopada 1942 roku, bohatera naszego obecnego cyklu. Żona i dzieci Janusza Henryka uratowały się wówczas tylko dlatego, że w okresie rozgrywającego się w Warszawie dramatu przebywały w podwarszawskiej Podkowie Leśnej.

Po upadku powstania matka i dzieci zostały wysiedlone ze stolicy i jako popowstaniowi tułacze trafili do Krakowa, a potem do małopolskiej Rabki. Dopiero w 1946 roku rodzina trafiła do Śremu Wielkopolskiego, do rodziny swojej matki. Halina Irena Hoser powróciła do zrujnowanej stolicy, gdzie podjęła próbę ratowania i odbudowy rodzinnej firmy, a jej dzieci wychowywała bliska krewna, ciocia Urszula. Dzieci mieszkały ze swoją ciotką w folwarku Kawcze, której właścicielką była ich babka Marta Zabłońska, matka Haliny Ireny. Ze swoją matką dzieci widywały się okazjonalnie, tylko wówczas, gdy przyjeżdżała ona z Warszawy, co być może miało istotny wpływ na to, że dzieci tak bardzo zżyły się emocjonalnie ze sobą. Będzie to miało znaczenie w ich dalszym życiu, ale o tym napisze więcej w kolejnych odsłonach tego cyklu.

Ciąg dalszy nastąpi…

Andrzej Gerlach

Andrzej Gerlach „Abp Henryk Hoser” Część 2 i 3

ABP HENRYK HOSER (1942-2021) –część II.

Ten swój cykl zacznę od krótkiej i niezwykle ciekawej historii rodziny zmarłego hierarchy, gdyż abp Henryk Hoser w przeciwieństwie do większości naszych biskupów, pochodził z niezwyklej rodziny, w której obok niezwykle chwalebnych zdarzeń, zdarzały się także epizody mniej chwalebne, co niezwykle starannie ukrywano przez lata, szczególnie wówczas, gdy potomek tego rodu piął się po drabinie kościelnych awansów.

Rodzina Hoserów zawsze podkreślała swoją polskość i swój niezwykły patriotyzm, a ordynariusz warszawsko-praski w mediach prawicowych i skrajnie katolickich, podkreślał to z niezwykłym uporem. Oczywiście, wielu członków rodu dało dowody swojego przywiązania do polskości, ale nie zawsze tak bywało.

 

 

 

Rodzina niezwykle zasłużona dla niemieckojęzycznego Augsburga, już od co najmniej XV wieku jest wymieniana w składzie tego patrycjatu miejskiego. Nie tylko zasiadali w radzie miasta, ale także rozwijali swój biznes i się bogacili, co z czasem uczyniło ich jedną ze znaczących rodzin w tym mieście. Nie wiemy co było bezpośrednim powodem tego, że jedna z gałęzi tego bogatego rodu przeniosła się do Czech rządzonych przez wieki przez niemieckojęzycznych władców. I tam nie tylko rozwijali swój rodzinny biznes, ale także z pokolenia na pokolenie coraz bardziej się bogacili. I tu pierwsza ważna cecha charakteru, która charakteryzowała jej członków od pokoleń. Hoserowie od zawsze wiedzieli, że trzeba trzymać i wspierać aktualnie rządzących, pracować jedynie dla tych, którzy są wpływowi i bogaci oraz przy których może równocześnie stale rosnąć ich własna zasobność portfela. I ta zasada zawsze się sprawdzała w tej rodzinie. Nie wspominam tego bynajmniej jako jedynie zarzutu, ale podkreślam tę cechę charakteru jako pewną prawidłowość, która sprawiła, że rodzina Hoserów była od pokoleń i jest do tej pory taka jaka jest i jej wpływy finansowe, biznesowe, rodzinne koligacje czy powiązania towarzyskie sięgają dzisiaj równie daleko.

 

 

 

 

Do Warszawy niemieckojęzyczny ród Hoserów dotarł w 1844 roku, w przededniu Wiosny Ludów, za sprawą Piotra Hosera I (1818-1904). Był przedstawicielem tej czeskiej gałęzi rodu i przybył do Warszawy w określonym biznesowym celu. Mimo iż urodził się w 1818 roku w czeskim Svojku (w niektórych dokumentach miejscowość określana jako Schwoika), był rodowitym Niemcem, niezwykle przywiązanym do tradycji swojej rodziny. Pracował jako bardzo znany w tej części Europy ogrodnik. Mimo swojego młodego wieku, pracował już dla najlepszych i zawsze z niezwykłym sukcesem. Wśród jego pracodawców byli znani arystokraci i ludzie niezwykle zamożni i wpływowi. Młody Piotr Hoser I zajmował się ogrodami książąt Kinskych i barona Hugla. Więc kiedy został sprowadzony do Warszawy, prawdopodobnie przez kuratora Ogrodu Saskiego, Michała Bończa-Brujewicza, był już powszechnie znany w swoim fachu.

 

 

Idea odbudowy całego Pałacu Saskiego robi współcześnie w kręgach władzy prawdziwą furorę, więc dodam tu tylko, że w czasach, gdy do Warszawy przybył pradziad zmarłego arcybiskupa, Ogród Saski był niezwykle zaniedbany i wymagał ręki fachowca.

 Przez pierwsze dwa lata Piotr Hoser I pracował w zespole, ale bardzo szybko wykorzystał swoje rodowe cechy i „wykosił” swoją konkurencję, stając się wśród ogrodników Ogrodu Saskiego głównym ogrodnikiem, który decydował o wszystkich decyzjach podejmowanych w Ogrodzie Saskim. Piotr Hoser I wiedział dobrze, kto płaci, ile płaci i za co płaci. Ogród Saski z każdym rokiem zmieniał się pod wpływem ręki swojego głównego ogrodnika, piękniał i wzbudzał podziw wszystkich, a portfel głównego ogrodnika pęczniał z każdym rokiem.

Piotr Hoser I bardzo szybko zrozumiał, kto w czasach zaborów rządzi w Warszawie, kto decyduje i kto płaci. Był bezwzględny dla potencjalnej konkurencji. Król ogrodnictwa mógł być tylko jeden. Już w 1848 roku, gdy cała Europa krwawiła w okresie zmagań Wiosny Ludów, główny ogrodnik Ogrodu Saskiego inwestował w ziemię zarobione pieniądze. Inwestował je z niezwykłym rozmachem. Do tego stopnia, że brakujące kwoty pożyczał gdzie tylko mógł, ale wiedział dobrze, że inwestycja się szybko zwróci z gwarantowanym zyskiem. I tutaj ujawnia się kolejna cecha rodziny Hoserów.

 

 

 Oficjalnie Piotr Hoser kupuje ziemię pod szkółki z roślinami, krzewami ozdobnymi i drzewkami owocowymi, które następnie wykorzystuje do swoich prac ogrodniczych lub sprzedaje innym z kolosalnym zyskiem. Przy tym jako doświadczony ogrodnik inwestuje w rośliny egzotyczne, często nieznane dotychczas w Warszawie, co tym bardziej go wyróżnia w branży i podbija ceny. Ale ziemię kupuje tylko w miejscach, gdzie planowane są dalsze inwestycje miasta. Pracuje z ludźmi wpływowymi, a każda informacja o planowanych inwestycjach miejskich jest dla niego bezcenna. Zakupioną ziemię odsprzedaje wówczas jako działki budowlane, zarabiając na tym krocie. Zarobione pieniądze inwestuje w kolejne działki rolne, które dziwnym trafem snów stają się terenami budowlanymi. Biznes kwitnie jak Ogród Saski.

 

 

Prawdopodobnie w 1849 roku operatywny ogrodnik sprowadził z Czech do Warszawy swoich rodzonych braci: Pawła Hosera (1823-1881) i Wincentego Hosera (1830-1907). Biznes rodziny Hoserów wchodzi wówczas w nową fazę.

Ciąg dalszy nastąpi…

 

 

 

ABP HENRYK HOSER (1942-2021) – część III.

W połowie XIX wieku powstała w Warszawie firma ogrodnicza „Bracia Hoser”. Podają tu różne daty, od 1848 do 1850, ale jedno nie ulega kwestii, że rodzinny biznes ogrodniczy kwitł z roku na rok, jak kwiaty w nim hodowane.

Prawdopodobnie, pierwszą lokalizacją należąca do braci Hoser była działka zakupiona pod adresem Nowogrodzka w Warszawie. Tak, ta sama Nowogrodzka, gdzie obecnie znajduje się „centrum dowodzenia całym światem”. Kiedy firma została przeniesiona do ścisłego centrum, na Aleje Jerozolimskie, nosiła już nazwę „Zakład Ogrodniczy Bracia Hoser”. Była to posesja wokół ulic: Aleje Jerozolimskie, Marszałkowska, Żurawia i Leopoldyny (czyli obecnie Emilii Plater). Ścisłe centrum, dziś warta miliony. W 1879 roku dokupiono jeszcze ziemię na Rakowcu, czyli dzisiejszy teren pomiędzy Aleją Krakowską, a 1 Sierpnia. Tamże jeden z braci, Wincenty Hoser, prowadził słynną szkółkę drzew. Potem przyszły kolejne inwestycje w ścisłym centrum miasta, a także kolejne na Woli i na Rakowcu. Zakupione grunty w podwarszawskich wsiach: Żbików i Duchcice, to dziś także dzielnice znanych miejscowości z obecnej aglomeracji warszawskiej. Słynne w branży ogrodniczej przez pokolenia „Szkółki Żbikowskie”, upaństwowione po drugiej wojnie światowej przez komunistów, powróciły w 2003 roku do potomków swoich założycieli.

 

 

 

Firma zatrudniała coraz więcej ludzi i bogaciła się bardzo szybko na pracy fizycznej swoich pracowników, pozbawionych wszelkich praw pracowniczych, co było wówczas niemal normą i nie obciąża w sposób wyjątkowy rodziny Hoserów. Do pracy ściągano ludzi z okolicznych wsi, a także dzieci, którym płacono jedynie część tego co dorosłym pracownikom. Zyski inwestowano nie tylko w nieruchomości, ale także w inne dziedziny, które gwarantowały też kolosalny zysk. Jedną z nich był słynny kantor przy Alejach Jerozolimskich 51 w Warszawie, gdzie osoby zadłużone czy postawione w sytuacji bez wyjścia, wyprzedawały lub zastawiały swój ruchomy majątek.

 

 

 

Protoplasta warszawskiej linii rodu, Piotr Hoser I w 1853 roku porzucił prace dla Ogrodów Saskich i skupił się jedynie na swoim własnym biznesie. Wspierali go w tym godnie jego bracia, wspomniany Paweł i Wincenty. Kiedy Piotr wycofał się formalnie z biznesu, zastapili go jego synowie: Piotr Ferdynand II (1857-1939), Wincenty II i Henryk (1870-1944). Piotr Ferdynand II zasłynął po latach także z działalności jako znany wykładowca akademicki i Doktor Honoris Causa dwóch uczelni: warszawskiej SGGW i Akademii Rolniczej w Poznaniu. Zmarł w styczniu 1939 roku w rodzinnym Żbikowie i został pochowany jak większość rodziny na warszawskim Cmentarzu na Powązkach. Najmłodszy z braci Henryk, był ojcem Janusza Henryka (1901-1944), ojca zmarłego przed kilku dniami arcybiskupa Henryka Hosera. Będzie o nich jeszcze mowa w kolejnych odsłonach tego cyklu.

 

 

 

 

O wyjątkowej sławie rodziny Hoserów i ich wyjątkowej roli w dziejach dziewiętnastowiecznej Warszawie może służyć fakt, czego zapewne nie zauważyli nawet niektórzy nasi poloniści, że wspomina ród Hoserów w swojej powieści z tej epoki, zatytułowanej „Lalka”, sam Bolesław Prus. Pisarz na łamach warszawskiego „Kuriera Codziennego” publikował w latach 1887-89 dzieje nieszczęśliwej miłości Stanisława Wokulskiego i Izabeli Łęckiej. Czy przypominacie sobie Państwo znamienny fragment „Lalki”, kiedy to ciotka Izabeli Łęckiej pisze do niej słynny liścik, a w nim kreśli takie zdanie: „Mój poczciwy Wokulski daje fontannę, sztuczne śpiewające ptaszki, pozytywkę, która będzie grała same poważne kawałki i mnóstwo dywanów. Hoser dostarcza kwiatów…” Nie wiemy, który to z Hoserów te kwiaty dostarczył szacownej Księżnej, autorce tego liściku, na słynną kwestę w okresie Wielkiego Tygodnia (jeżeli mnie pamięć nie myli co do szczegółów powieści), ale jak Warszawa, Hoser i kwiaty, to zapewne był to jeden z braci Hoserów lub któryś z ich synów.

 

 

 

Musieli mieć więc Hoserowie wówczas mocną i ugruntowaną pozycję zarówno finansową, towarzyską i społeczną w całej Warszawie, skoro trafili na karty „Lalki” Bolesława Prusa. Ale o prestiżu i pozycji rodziny w tym mieście najdobitniej świadczył słynny Dom Hoserów, który do dzisiaj jest świadectwem ich pozycji na przełomie XIX i XX wieku.

Ciąg dalszy nastąpi…

Henryk Hoser już nie odpowie na żadne pytania. KK nadal istnieje i zna odpowiedzi. Dlaczego nikt nie pyta?

ABP HENRYK HOSER (1942-2021) -część I.

W ostatni piątek, w dniu 13 sierpnia 2021 roku, po długiej chorobie nowotworowej i po licznych komplikacjach wynikających z przebytego koronawirusa, zmarł emerytowany ordynariusz warszawsko-praski, abp Henryk Hoser, kapłan ze Zgromadzenia Pallotynów.

W obliczu cierpienia i śmierci każdego człowieka człowiek schyla nisko głowę i wyraża swoją empatię wobec rodziny zmarłego i tych, których ta śmierć dotyka. Ale w wypadku śmierci kogoś ważnego, kogoś powszechnie znanego, a przede wszystkim kogoś, kto wywierał konkretne wpływ na życie innych ludzi, poza zadumą nad jego odejściem, mamy prawo dokonać pewnego podsumowania. Tego co zrobił w swoim życiu i czego nie zrobił, a powinien. Co powiedział i czego nie powiedział, a powinien. Jak wpłynął na życie innych ludzi i czy ten wpływ był właściwy, godny i nie krzywdzący dla innych ludzi. Takie podsumowanie należy się każdemu człowiekowi, który był osobą publiczną. Tym bardziej należy się ono biskupowi.

W polskiej tradycji mówimy od dawna, że „o człowieku zmarłym mówimy dobrze lub wcale”. Mam co do tej tego powiedzenia pewne wątpliwości, gdyż uważam, że o każdym człowieku, bez względu na to czy żywym czy zmarłym, należy mówić przede wszystkim prawdę. I tę prawdę należy mówić także nad trumną zmarłego arcybiskupa…

Zadumie nad jego trumną towarzyszą jednak padające na nią cienie. Te cienie są niezwykle bolesne i dlatego warto o nich nie tylko rozmawiać, ale także głęboko nad nimi się zadumać. Tym bardziej, gdy doczesne życie hierarchy dobiegło końca i trwają obecnie intensywne przygotowania do jego uroczystości pogrzebowych.

Najciemniejsze cienie padają z dalekiej afrykańskiej Rwandy, gdzie przed laty pracował przez ponad dwadzieścia lat, zmarły polski hierarcha. To niezwykle dramatyczne wydarzenia w historii tego afrykańskiego kraju i całego regionu. A cieniom blisko miliona ofiar tych krwawych dni towarzyszą liczne pytania stawiane zmarłemu arcybiskupowi. Na wiele z nich nigdy nie odpowiedział, a te odpowiedzi, które udzielił stoją w sprzeczności z wieloma dokumentami i wspomnieniami innych świadków tych krwawych wydarzeń.

Afrykańska tragedia to także setki tysięcy gwałtów i aktów seksualnej przemocy wobec kobiet na całym świecie. Słowa arcybiskupa o odczuciach gwałconej kobiety i ewentualnych poczęciach w wyniku tego gwałtu, powtórzone także w stosunku do polskich kobiet podczas ich ulicznych protestów sprzed kilku miesięcy, to także cienie, które padają w tych dniach na jego trumnę.

Cienie na tę trumnę padają obecnie także znad Wisły. Padają one na rzekome bruzdy na czołach dzieci, poczętych metodą pozaustrojowego zapłodnienia in vitro. Dzieci te są największą radością ich rodziców, owocem ich wielkiego poświęcenia i prawdziwej miłości. Są także darem od Boga, tak jak darem od Boga jest umysł ludzki, rozwój medycyny i talent współczesnych lekarzy. Zmarły hierarcha, mimo iż sam także lekarz ze swojego pierwszego wykształcenia, zwalczał tę metodę wszelkimi dostępnymi metodami, a za słowa które w tej walce padły nigdy nie przeprosił.

Wielokrotnie zmarły hierarcha odwoływał się w swoich wypowiedziach do etyki i moralności. Ale cieniami kryje się jego własne postępowanie jako człowieka, lekarza i jako biskupa. Jego osobisty naganny stosunek do swoich kościelnych podwładnych, opisywany ze szczegółami przez polskie media. A równocześnie milczenie w stosunku do afer z udziałem jego podwładnych, a przede wszystkich jego braci w biskupstwie.

Odniosę się więc szczegółowo do tych cieni, jakie padają w tych dniach na trumnę zmarłego arcybiskupa w odrębnym cyklu.

Ciąg dalszy nastąpi…

Andrzej Gerlach

Jan Szkodoń i jego dziewice – epilog

BP JAN SZKODOŃ I JEGO DZIEWICE – EPILOG.
Na przełomie kwietnia i maja tego roku opisywałem szczegółowo na tym profilu, wieloletni i skandaliczny z moralnego punktu widzenia, związek biskupa pomocniczego krakowskiego, Jana Szkodonia (rocznik 1946), z nastoletnią dziewczyną. Związek ten rozpoczął się gdy miała ona zaledwie 15 lat i niestety miał on ze strony krakowskiego hierarchy podtekst seksualny. Nie wracam do szczegółów całej tej bulwersującej sprawy, a wszystkich zainteresowanych odsyłam do moich wpisów sprzed zaledwie kilku tygodni. Ostatni wpis na ten temat zakończyłem stwierdzeniem, że ciąg „dalszy nie nastąpi, chyba, że dopisze go samo życie”. I dzisiaj to życie dopisało całej historii jej epilog.
W samo południe Nuncjatura Apostolska w Warszawie wydała w tej sprawie swój komunikat, który ostatecznie, z punktu widzenia prawa kanonicznego, kończy cały proces krakowskiego hierarchy. Do wpisu dołączam jego pełny tekst. Gdybym miał go skomentować jednym słowem, to byłoby to słowo, którego publicznie nie mógłbym napisać, a którego mężczyźni używają, gdy niespodziewanie uderzą się na przykład młotkiem w palec… Dlatego napiszę jedynie: SKANDAL, SKANDAL i jeszcze raz SKANDAL.
Pisałem przed kilku tygodniami o moich wątpliwościach co do składu „sędziów i asesorów” w tej bulwersującej sprawie, ale wyrok jaki wydali jest po prostu skandalem. Uznano, że bp Jan Szkodoń „zachował się jedynie nierozważnie”, spotykając się z dziewczyną w swoim własnym apartamencie, bez obecności jej rodziców. Hierarcha został przy tym skazany na „pokutę i trzymiesięczne rekolekcje zamknięte”, a przy tym uznano równocześnie, że ponieważ „od lutego 2020 roku biskup Jan Szkodoń przebywał w odosobnieniu, należy stwierdzić, że powyższą pokutę już odbył”. Ale najgorszą rzeczą z moralnego punktu widzenia jest fakt, że nie stwierdzono jednoznacznej winy biskupa, a jedynie uznano formułę prawa kanonicznego „non constat”!!! Oznacza to w praktyce, że wina nie została w pełni udowodniona czyli „nie jest to jasne, ani oczywiste”.
Dorosły mężczyzna wykorzystuje zaangażowanie religijne dziecka i jej rodziny, ściąga ją wielokrotnie do swojej rezydencji, obmacuje ją z jednoznacznie seksualnym podtekstem, rozbiera się pod pretekstem gorąca i robi to wielokrotnie, przez długie lata, w sposób całkowicie przemyślany i świadomy, a inny biskup i jego kościelni asesorzy uznają to jedynie za zachowania „nierozważne”, a winę biskupa „za niejasną i nieoczywistą”!!!
Przez kilka tygodni jesteśmy świadkami, że Watykan karze dymisjami innych polskich biskupów, także emerytowanych seniorów, tylko za to (albo, aż za to!!!), że ukrywali od lat seksualnych dewiantów w swoich szeregach i nie powiadomili o tym watykańskiej kongregacji. Podobnie „kościelne głowy lecą” masowo w całym katolickim świecie. A tutaj mamy biskupa, który takich czynów dokonuje sam, przez długie lata i czyni to w pełni świadomie, w sposób przemyślany i perfidny, więc jak to wytłumaczyć?
Aby to wytłumaczyć, muszę się odwołać jako badacz tej instytucji, nie do źródeł archiwalnych, ale do przecieków z samej kurii krakowskiej i innych instytucji krakowskiego Kościoła. Dlatego proszę potencjalnych komentatorów tej sprawy o powstrzymanie się od zarzutów wobec mnie, że nie opieram się tutaj na badaniach naukowych.
Otóż oskarżony w tej sprawie hierarcha, od przeszło pół wieku jest kapłanem archidiecezji krakowskiej, był przed laty wychowankiem, a potem bliskim współpracownikiem kard. Karola Wojtyły (1920-2005), a potem kard. Franciszka Macharskiego (1927-2016). To na wniosek tego kardynała, a na podstawie bulli papieskiej jego poprzednika został konsekrowany na biskupa pomocniczego krakowskiego w 1988 roku wraz z bp Kazimierzem Nyczem (obecnie kardynałem i metropolitą warszawskim). Potem był biskupem pomocniczym kard. Stanisława Dziwisza (rocznik 1939), a obecnie pełni tę funkcję wobec abp Marka Jędraszewskiego (rocznik 1949).
Przez te wszystkie lata poznał wszystkie tajemnice krakowskiej kurii. Zna wszystkie grzechy młodości teraz „Wielkiego Świętego Rodaka”, pikantne kulisy jego beatyfikacji i kanonizacji. Wie, kto jest strukturach krakowskiego Kościoła w co i jak głęboko „umoczony”, kto z kim dzielił lub nadal dzieli życie i łoże, kto z kim robił finansowe machlojki, kto dał się przed laty „złapać za rozporek” i poszedł na współpracę z SB. Kto obecnie dzieli życie i łoże, a czasami spędza romantyczne wakacje, także ze znanymi ludźmi z pierwszych stron gazet, w tym politykami czy dziennikarzami… A także kto „gustował w kontaktach z młodymi chłopcami” i odwiedzał w tym celu nie tylko na Dominikanie, jego dawnego seminaryjnego kolegę i tamtejszego nuncjusza, abp Józefa Wesołowskiego (1948-2015), także wychowanka kard. Karola Wojtyły, a potem jego długoletniego protektora. A nie były to wtedy wyłącznie wycieczki krajoznawcze…
Biskup pomocniczy krakowski pamiętał przy tym świetnie niedawną historię swojego seminaryjnego kolegi, który będąc nuncjuszem i arcybiskupem tytularnym, poniósł wszelkie możliwe konsekwencje swojego grzesznego życia jakie mogą dotknąć osobę duchowną z jego pozycją. Został pozbawiony stanowiska w nuncjaturze, godności biskupiej, przeniesiony do stanu świeckiego i pozbawiony emerytury watykańskiego dyplomaty. Wybrał śmierć… A dawny seminaryjny kolega, bp Jan Szkodoń, osobiście odprowadził go wówczas do grobu w rodzinnym Czorsztynie.
Jeżeli prawdą jest, że oskarżony biskup z Krakowa wykrzyczał głośno swoim niedawnym sędziom, że „nie pozwoli z siebie zrobić drugiego Józka Wesołowskiego”, to dla mnie sprawa jest tym bardziej oczywista. Dał do zrozumienia wszystkim dewiantom korzystającym kiedyś z usług dawnego kolegi nuncjusza, wszystkim grzesznikom gustującym w rozporkach kolegów księży, a także korzystających jakże ochoczo z uroków ciała znanych polityków i dziennikarzy, wszystkim aferzystom kurialnym, którzy od wielu lat robią finansowe interesy, kardynałom, arcybiskupom, biskupom i zwykłym kurialnym urzędnikom, że nie pozwoli zrobić sobie krzywdy i sam „nie pójdzie na dno”…
Także sama Stolica Apostolska, a także jej warszawska nuncjatura, musiała zapewne zmierzyć się z istotnym teraz pytaniem: „Co nam się bardziej opłaca?” Bo ukarany, zlaicyzowany i pozbawiony biskupiej emerytury bp Jan Szkodoń mógł nie popełnić samobójstwa, ale pójść ochoczo, chociażby do mediów… A wtedy ucierpieliby nie tylko sami żywi ludzie Kościoła, ci w kardynalskich, arcybiskupich, biskupich czy prałackich i kanonickich szatach, ale nawet relikwie „Świętego Santo Subito” straciłyby zapewne mocno na znaczeniu.
Dlatego ogłoszony dzisiaj wyrok jest jaki jest. Szokuje. Denerwuje. Jest niemoralny i niesprawiedliwy. Ale Watykan przemówił i sprawa jest ostatecznie zamknięta, a jej wszystkie dokumenty trafiły na samo dno do Tajnego Watykańskiego Archiwum i zapewne nigdy już nie ujrzą światła dziennego.
„Non constat”, Panowie Prałaci. „Non constat…”

Andrzej Gerlach

Andrzej Gerlach. „Paolo Gabriele” część 12 i 13

PAOLO GABRIELE – część XII.

Niemal zupełnie w tle procesu Paolo Gabriele toczyły się inne procesy karne, których wiele mediów skupionych na procesie papieskiego kamerdynera, zupełnie wtedy nie zauważyło. A w tej sprawie wszystkie wątki okazują się bardzo istotne.

Pierwszym procesem, który powinien zwrócić wówczas uwagę mediów, był proces karny świeckiego urzędnika watykańskiego, a ściśle mówiąc komputerowca z Sekretariatu Stanu, Claudio Sciarpellettiego. Watykańscy śledczy postawili mu wówczas jedynie zarzuty utrudniania śledztwa i przekazywania władzom sprzecznych informacji w śledztwie dotyczącym Paolo Gabriele. Ten komputerowiec to dziwna postać zarówno w sprawie papieskiego kamerdynera jak i w kwestii jego rzeczywistej roli w przekazywaniu tajnych dokumentów dotyczących Kościoła Katolickiego z czasów pontyfikatu papieża Benedykta XVI. Claudio Sciarpelletti to przeciwieństwo papieskiego służącego, bystry, inteligentny, dobrze wykształcony i wręcz trudno uwierzyć w to, że jego rola ograniczyła się jedynie do utrudniania tego śledztwa.

Także samo śledztwo prowadzone przeciwko niemu, a następnie jego proces karny, pozostawiają więcej pytań niż odpowiedzi. Ostatecznie bowiem watykańscy śledczy postawili mu zarzuty, które skończyły się dla niego wyrokiem czterech miesięcy więzienia. Co dziwne, gdy tylko „opadł kurz” procesu, Claudio Sciarpelletti nie trafił do więzienia, bo niemal natychmiast zasądzoną karę zamieniono mu na dwa miesiące w zawieszeniu na okres pięciu lat. I co dziwne wypłacono skazanemu urzędnikowi wszystkie zaległe zarobki. Oficjalnie podano, że był to gest dobrej woli ze strony Watykanu, wykonany „ze względu na jego długi staż pracy w Watykanie i dotychczasową niekaralność”. Gdy dziś po latach pytam o były proces karny tego urzędnika i jego rzeczywistą rolę w całej aferze przecieków dokumentów ze Stolicy Apostolskiej, spotykam się albo z odmową komentarza lub z życzeniem, aby nie drążyć więcej tego tematu.

Ale na ławie oskarżonych watykańskiego wymiaru sprawiedliwości, w odrębnych postępowaniach karnych, zasiadły także osoby duchowne. O tych procesach napiszę już w kolejnej odsłonie cyklu.

Ciąg dalszy nastąpi…

 

PAOLO GABRIELE – część XIII.

Papież Benedykt XVI w dniu 11 lutego 2013 roku oficjalnie ogłosił swoją rezygnację w obecności kardynałów zebranych na kolejnym konsystorzu, a z końcem lutego abdykował i trudno jest nie widzieć zbieżności tego faktu z wydarzeniami związanymi z wyciekiem tajnych dokumentów z jego gabinetu i śledztwa, które ujawniło skalę wpływów lobby gejowskiego w Kościele Powszechnym.

W marcu 2013 roku jego następcą został wybrany przez kardynałów zebranych na kolejnym konklawe, kardynał z Argentyny i Prymas tego kraju, który przyjął imię Franciszka. W dziejach Kościoła rozpoczęła się nowa epoka, ale w sprawie Paola Gabriele odkrywano nowe karty. Robiono to jednak niezwykle dyskretnie, a do mediów docierały tylko te informacje, które były wygodne dla instytucji Watykanu.

Podczas prywatnej rozmowy papieża Franciszka z przedstawicielami kilku episkopatów z Ameryki Łacińskiej sporządzono tajne notatki, które w dniu 12 czerwca 2013 roku wyciekły do opinii publicznej. Wszystkie te informacje nawiązywały do sprawy Paolo Gabriele i do walki nowego papieża z lobby gejowskim w centrali Kościoła. Pojawiają się tam liczne sformułowania takie jak: „strumień korupcji”, „lobby gejów w Watykanie”, „watykańscy śledczy zidentyfikowali sieć prałatów gejów”. Skalą tego zjawiska będziemy się jeszcze zajmować wiele lat. Miejmy jednak świadomość, że obaj ostatni papieże zwalczali, a papież Franciszek nadal skutecznie zwalcza tych zdeprawowanych gejów w sutannach, których nominował i często osobiście konsekrował Wielki Święty Papież z Kraju nad Wisłą.

W dniu 22 sierpnia 2013 roku rozpoczął odsiadywanie kary więzienia ks. prałat Lucio Balda, który także za ujawnianie tajnych dokumentów papieskich został skazany na 18 miesięczne więzienie. Podobnie jak papieski kamerdyner karę odsiadywał nie w więzieniu włoskim lecz w specjalnej celi na terenie samego Watykanu, aby nie miał podczas odbywania kary żadnego kontaktu z osobami spoza kościelnej centrali. Przypominało to raczej areszt domowy niż więzienie, ale nie warto tu tej kwestii rozstrzygać szczegółowo. Znacznie ciekawszy jest fakt, że skazany prałat zwrócił się niemal natychmiast po ogłoszeniu wyroku do papieża Franciszka o ułaskawienie licząc, że powtórzy się sytuacja jak z papieżem Benedyktem XVI, jego osobistym kamerdynerem czy komputerowcem Claudio Sciaepelletti. I tu nastąpiło pełne zaskoczenie zarówno dla samego skazanego prałata jak i jego otoczenia. Mimo błagań i kolejnych próśb skazanego duchownego, papież Franciszek milczał i dopiero po dziewięciu miesiącach odbytej kary ułaskawił prałata z kolejnych dziewięciu miesięcy więzienia.

Ostatni akord sprawy Paolo Gabriele nastąpił w lipcu 2016 roku, kiedy to przed watykańskim sądem stanęli dziennikarze, którzy opublikowali skradziony dokumenty papieskie. Gianluigi Nuzzi i Emiliano Fittipaldi zostali uniewinnieni przez watykańskiego sędziego Giuseppe Della Torte, który ogłaszając wyrok stwierdził publicznie, że „sąd nie miał tu prawomocnej jurysdykcji”. Sędzia powołał się tutaj także na wolność słowa. Oby w Watykanie i całym Kościele Powszechnym jak najczęściej pamiętano o tych jakże mądrych słowach tego sędziego.

Tymczasem były papieski kamerdyner pracował już we wspomnianym rzymskim szpitalu Imienia Dzieciątka Jezus i unikał dziennikarzy, co prawdopodobnie było jednym z warunków jego porozumienia z byłym pryncypałem i warunkiem ułaskawienia. Zajmował się trojgiem dzieci i żoną. I tak było przez lata, aż do 2020 roku, kiedy mimo zaledwie 54 lat życia poważnie zachorował. Zmarł w obecności najbliższych w dniu 24 listopada 2020 roku.

Kościół Katolicki zrobił doprawdy wiele, aby bagatelizować wszystkie negatywne skutki przecieku tajnych dokumentów z gabinetu papieża Benedykta XVI, jednak jego kamerdyner, Paolo Gabriele, już na zawsze ma zapewnione miejsce w historii Kościoła i tego pontyfikatu. Nikt i nic bowiem nie jest w stanie wymazać tego co wówczas wyciekło do opinii publicznej. Pamiętajmy jednak, że takich kamerdynerów na papieskim dworze powinniśmy mieć znacznie więcej i to w każdej epoce historii tej instytucji. Bylibyśmy dziś znacznie bogatsi o jakże wiele informacji z dziejów Kościoła i jego pasterzy, dlatego bez względu na moralną ocenę Paolo Gabriele i jego działań, pamiętajmy o nim i wspominajmy niekiedy z nutką sympatii i wdzięczności.

Ciąg dalszy już nie nastąpi, chyba że inaczej zadecyduje los i kolejne przecieki zza Spiżowej Bramy.

Andrzej Gerlach

Andrzej Gerlach. „Bp Jan Szkodoń i jego dziewice” Część X i XII

BP JAN SZKODOŃ I JEGO DZIEWICE – część X.

Ten odcinek tego cyklu o bp Janie Szkodoniu został zakwestionowany przez administrację Facebooka i zablokowany, a moje konto poddane „kwarantannie”, które przed okresem pandemii nazywano w świecie ludzi kulturalnych cenzurą.

Co dla mnie niezrozumiałe, po skontaktowaniu się z administracją Facebooka zostałem poinformowany, że łamię zasady Facebooka i propaguję pedofilię i dlatego nie mogę umieszczać kolejnych wpisów, ani niczego komentować na forum. Nie komentuję w tym momencie tego absurdalnego zarzutu, bo uważam, że każdy kto czyta moje wpisy i na tej podstawie stwierdził podobną bzdurę, wystawia jednoznaczne świadectwo swojej inteligencji, i to bez względu na to czy pracuje dla Facebooka, Kościoła, czy też jest bezrefleksyjnym dewotem.

I jeszcze jedno. Nie wiem czy ci wszyscy ludzie lub ten człowiek, który zadenuncjował mnie do administratora Facebooka jest kobietą czy mężczyzną, nosi sukienkę lub habit zakonnicy, zakłada garnitur oraz krawat czy koloratkę lub habit zakonnika, nie interesuje mnie to w tym momencie. Wiem jedno, to co robię od lat zabolało… Oj, zabolało i to bardzo. I dobrze. Miało zaboleć. Ale zaboli jeszcze bardziej wszystkich moich wrogów, o czym przekonacie się szybko wszyscy, którzy od poniedziałku zacieracie ręce z radością, że moje konto jest skutecznie zablokowane. Zapewniam swoich oponentów, że został mi wysłany w tej sposób czytelny sygnał, że robię coś wyjątkowego, potrzebnego i niezwykle cennego… Więc Was moi oponenci nie zawiodę. Obiecuję…

BP JAN SZKODOŃ I JEGO DZIEWICE – część XII.

 

 

Sprawa biskupa Jana Szkodonia, oskarżonego o seksualne relacje z małoletnią dziewczyną trafiła ostatecznie w trybu watykańskich urzędników. Zanim opiszę szczegółowo to postępowanie od strony czasowej, zajmę się tym w jaki sposób ofiara krakowskiego hierarchy została potraktowana w warszawskiej nuncjaturze. Zdjęcie budynku warszawskiej nuncjatury załączam do tego wpisu.

W dobie pontyfikatu papieża Franciszka, gdy gwałtownie wybuchły na całym świecie afery z seksualnym wykorzystaniem dzieci i młodzieży przez osoby duchowne, wprowadzono w całej instytucji Kościoła Powszechnego specjalne procedury względem ofiar, podczas trwania procedur prawnych i prowadzonych postępowań wyjaśniających, względem kościelnych seksualnych oprawców. Przede wszystkim wprowadzone przepisy mają za zadanie nie pogłębianie stresu i nie zadawanie dodatkowego i zupełnie nieuzasadnionego bólu ofiarom, podczas ich wysłuchania. To urzędnicy watykańscy mają obowiązek tak przeprowadzać rozmowy z ofiarami, aby minimalizować wszystkie bolesne odczucia ofiar. Mimo iż sprawę na etapie śledztwa, prowadzą kościelni prawnicy, to nowe przepisy mówią wyraźnie, że nie należy przeprowadzać standardowych „przesłuchań” ofiar, ale nastawione na empatię „życzliwe wysłuchanie”. Różnica jest chyba oczywista i nie jest to wyłącznie sprawa nazewnictwa.

Wydawać by się mogło, że podobne procedury powinny obowiązywać w sprawie Pani Moniki, która postawiła swojemu kościelnemu oprawcy konkretne zarzuty. Ale ta sprawa od początku była inna. Wielokrotnie słyszałem komentarze oburzonych ludzi Kościoła w naszym kraju i katolickich publicystów, że to po raz pierwszy zarzuty o molestowanie osoby małoletniej postawiono bezpośrednio polskiemu biskupowi, który jest jeszcze czynnym biskupem i któremu grozi za to usunięcie ze stanu kapłańskiego. Nie oskarżono go jedynie o krycie pedofilii, ale o pedofilię.

W dniu 10 stycznia 2020 roku warszawska nuncjatura wysłała do Pani Moniki oficjalne pismo zapraszającej ją na spotkanie w budynku nuncjatury z urzędnikami i prawnikami Kościoła prowadzącymi sprawę zarzutów względem krakowskiego hierarchy. Zapewne wielu z nas stawia sobie w tej sytuacji pytanie jak to spotkanie przebiegło. Nie będę go więc relacjonował, a jedynie zacytuje pisemną relację samej Pani Moniki, którą sporządziła bezpośrednio po wyjściu z nuncjatury papieskiej. Był dzień 23 stycznia 2020 roku…

Miałam wrażenie jakiegoś przedstawienia teatralnego, w którym wszyscy biegają wokół nas, ale nikt zasadniczo nie patrzy nam w oczy, nie rozmawia z nami normalnie. Ksiądz szybko odwraca wzrok, kiedy na niego patrzę, a początkowa mowa pana mecenasa, żebyśmy rozmawiali po ludzku i że „traktują mnie z najwyższym szacunkiem i czcią” brzmiała tak bardzo nienaturalnie w stosunku do mowy ciała tego człowieka.

A w zasadzie dlaczego mieliby mnie w ogóle traktować ze czcią? Przecież cześć oddaje się Bogu, nie człowiekowi, a przed chwilą chcieli, abyśmy rozmawiali „po ludzku”… Zagadka? Zagalopował się pan mecenas.

Pytania w porządku, odpowiedzi szybkie. Tylko ta cała oprawa! W sumie było sześciu księży z nuncjuszem na czele, potem wychodzi on i jego sekretarz, przesłuchiwać mnie ma właśnie owych pięciu mężczyzn (w tym jeden świecki prawnik) – a pierwsze pytanie, które pada, dotyczy dokładnego opisu czynów zarzucanych biskupowi.

To jakaś totalna pomyłka chyba. Chcą, żeby było „po ludzku”, a na sali nie ma ani jednej kobiety. Oni wystrojeni w szaty, które mnie przypominają o sprawcy… I pierwsza rzecz, od której – swobodnie i „po ludzku” – ja, kobieta, mam z nimi rozmawiać, to właśnie dokładny opis czynów!

Nikt poza moim adwokatem nie pyta, jak się czuję, czy wszystko jest w porządku, czy czegoś nie potrzebuję w związku z tą sytuacją, czy daję radę. Tyle tego typu spraw mają, a nie ma w nich w ogóle wyczucia, jak w takich sytuacjach postępować. Gdybym miała być tam sama, to po prostu zmasowanie ich „męskiej dyplomacji” byłoby wtórnie traumatyzujące.

Jedyne ożywienie – już poza protokołem – dotyczyło tego, jakie mam oczekiwania wobec sprawy. I zachęty, żeby z publikacją w „Gazecie Wyborczej” poczekać, przemyśleć, nie robić tego, że to może być przedwczesne, że przecież domniemanie niewinności i że może być pozew przeciwko mnie, bo biskup może być niewinny.

Nie pytali, jak ja się mam teraz po tym doświadczeniu, albo jak mam się z Bogiem, czego potrzebuję, w czym można mnie wesprzeć, tak „po ludzku po prostu”, jak na wstępie mówili. Nie, o tym nie było ani słowa. Za to pojawiły się podszyte lękiem pytania o to, czego oczekiwać mogę od Kościoła.

Ja nie wiem, kto ich tej dyplomacji uczy i tego, jak być po ludzku z drugim człowiekiem, jak wcielać w życie zasady miłosierdzia wobec bliźniego i jak dbać faktycznie o święty Kościół powszechny. Kurczę, ja jestem jego częścią! Wciąż walczę, aby w nim być i – mimo doświadczanego wykluczenia, mimo samotności w tym Kościele, mimo tego wszystkiego, czego doświadczyłam od księdza biskupa – wciąż jestem.

A dziś, kiedy ten oficjalny Kościół na terenie swojej dyplomatycznej placówki mnie przyjmuje „ze czcią i godnością”, ja się czuję jak intruz w tym obcym świecie. Bo ten Kościół – w osobach swoich przedstawicieli – nie jest zainteresowany mną jako osobą tak boleśnie doświadczoną z jego strony, lecz w rzeczy samej troszczy się jedynie o swoje dobro i bezpieczeństwo.

Nie padło ani jedno słowo, ani jedno stwierdzenie, ani jedno pytanie, które miałoby zabezpieczyć i zatroszczyć się o mnie. Nic. Nawet, czy udało mi się wziąć wolne na dziś w pracy, czy nie poniosłam nadmiernych wydatków związanych z dojazdem do nich. Nic. Oczywiście że nic od nich nie chcę, ale po prostu ręce opadają, jaką oni żywią ignorancję wobec innych, wobec ludzi żyjących w normalnym świecie.

Sytuację domyka obraz papieża Franciszka oprawiony w ogromne złote ramy – tak nienaturalny w aspekcie jego osoby i nauki, a tak wspaniale korespondujący z ich patosem. I ze schodzącym swobodnie po schodach zza kotar nuncjuszem w cywilnym ubraniu, który – zobaczywszy, że jeszcze stoimy w holu – w przerażeniu po prostu chciał uciekać, wycofać się, zniknąć, po czym szybko czmychnął, jakbyśmy co najmniej zobaczyli go nagiego.

Abstrakcja. To nie mój Kościół, z pewnością nie mój.

Podczas przesłuchania w nuncjaturze pani Monika miała do czynienia wyłącznie z prawnikami – księżmi i świeckim radcą prawnym. Interesowały ich przede wszystkim procedury, jakie mieli do wypełnienia, pytania, jakie im przysłano z Watykanu oraz instytucja, którą reprezentowali i mieli chronić. Nie konkretny człowiek. Nie ona i jej relacja z Bogiem po przedstawionym doświadczeniu.

W końcu jednak spytali ją, czy chce coś dodać. Taki wymóg przesłuchania… Wtedy udało się jej powiedzieć coś ważnego o wpływie doświadczeń z biskupem Szkodoniem na jej wiarę. Te słowa znalazły się nawet w protokole przesłuchania.

Najbardziej bolesne dla mnie jest to, że relacja z księdzem biskupem absolutnie zaburzyła mój obraz Boga. Byłam dziewczyną zakochaną w Bogu, zaangażowaną w różne formy aktywności religijnej. Tymczasem od niego wielokrotnie słyszałam, że jestem wysłannikiem Pana Boga dla niego. Wiele razy powtarzał mi: „Zobacz, jak można zrobić krzywdę kapłanowi… Dziecko potrzebuje czułości, przychodzi do kapłana, a potem tak łatwo można go zniszczyć”.

Ten jego klucz w drzwiach – zamykanych, kiedy do niego wchodziłam… Powstało we mnie wrażenie, że Bóg może chcieć krzywdy dziecka, żeby sprawić radość takiemu świętemu człowiekowi… To wszystko zaburzyło mój obraz Boga”.

Tyle relacji Pani Moniki z jej spotkania w warszawskiej nuncjaturze. Postanowiłem tego nie komentować dzisiaj na tym forum i zostawić to tylko Państwu, ale do kościelnych procedur w tej jakże bulwersującej sprawie powrócimy jeszcze w tym cyklu.

Ciąg dalszy nastąpi…

 

Andrzej Gerlach

Kościół a pandemia. Część 11 i 12

KOŚCIÓŁ POLSKI, A PANDEMIA – część XI.

W moim prywatnym archiwum znalazłem słynną książkę, która w 1904 roku, wywołała wielką burzę, początkowo na terenie austro-węgierskiej Galicji, a następnie innych diecezji w pozostałych zaborach.

Mam tu na myśli kontrowersyjną książkę „O krzyczącej niedorzeczności i strasznej szkodliwości szczepienia ospy” autorstwa ks. Wincentego Pixa, wydanej w Berlinie w 1904 roku. Na przeszło 200 stronach autor, powołując się na znane autorytety medyczne dowodzi, że szczepienie przeciwko ospie jest niezwykle szkodliwe i grozi mam zagładą całej ludzkości.

Autorem tego szokującego „dzieła” nie był jakiś nieznany pleban jakiejś wiejskiej parafii na terenie Galicji, ale znany i powszechnie szanowany kanonik diecezji krakowskiej, długoletni katecheta wielu szkół na terenie Krakowa, a potem długoletni spowiednik Kościoła Mariackiego w Krakowie, ks. kanonik Wincenty Pixa (1836-1927). Był niezwykle wpływowym kanonikiem w diecezji krakowskiej, w czasach gdy na jej czele stał kard. Jan Puzyna, a następnie bp Stefan Sapieha (od 1925 arcybiskup, a od 1946 kardynał). Po wydaniu swojej książki w Berlinie w 1904 roku, ksiądz kanonik stał się „autorytetem” wśród polskiego duchowieństwa, w kwestii walki ze wszelkimi szczepionkami, które ratowały ludzi przed chorobami zakaźnymi dziesiątkującymi całą ludzkość od stuleci.

Nie wchodząc w szczegóły dodam tylko, że autor dowodził w swojej książce, że to właśnie katolicy, ludzie wierzący, mają wręcz obowiązek sprzeciwić się wszelkim szczepionkom, które są nie do pogodzenia z nauczaniem biblijnym i wizją Boga, który stworzył świat i człowieka. Oczywiście za ochronę dzieci przed szczepionkami odpowiedzialni są ich rodzice i oni będą odpowiedzialni za ich zaszczepienie.

Książka krakowskiego kanonika wywołała prawdziwa burzę zarówno w środowisku kościelnym jak i medycznym, gdyż znany autor w sposób tendencyjny powoływał się w niej na rzekome autorytety medyczne, czym jeszcze potęgował całe zamieszanie społeczne wobec szczepień przeciw ospie, która dziesiątkowała ludzkość od wieków. O całej skali zamieszania świadczy chociażby fakt, że po przeszło stu latach, obecni przeciwnicy szczepionek powołują się nadal na autorytet ks. kanonika Wincentego Pixa i jego książkę z 1904 roku.

Aby zrozumieć jak ważne dla nauki było to „dzieło” przed stu laty, dodam jedynie, że szczepionki na ospę, według księdza kanonika, wywoływały nie tylko choroby weneryczne i inne groźne choroby zakaźne, ale także wzmagały masturbację u młodzieży, powodowały wysychanie piersi u młodych kobiet i uniemożliwiały im karmienie piersią, a także powodowały problemy z rekrutacją młodych mężczyzn do wojska.

Oto dwa krótkie, ale moim zdaniem jakże wymowne cytaty z tego ponad dwustu stronnicowego dzieła:

„Groźne ze szczepienia ospy wymienić należy weneryzm, którym wedle twierdzenia uczonych cała prawie ludzkość europejska jest zarażona, gdyż z niewielkim wyjątkiem wszędzie praktykuje się to nieszczęsne szczepienie, a ospa ludzka i krowianka mają powinowactwo z weneryzmem i podobnymi chorobami, jakiemi są: gruźlica, szkarlatyna, odra (żarnica), zołzy, suchoty płuc, cholera i rak” (pisownia oryginalna).

„Również powszechne niestety ! u młodzieży szkolnej zepsucie moralne (onanizm) wedle opinii lekarzy (-) ma swoją przyczynę często w szczepieniu ospy, bo jadowita materja podrażnia narządy płciowe i przyspiesza płciową dojrzałość. W Niemczech żalą się, że z powodu powtórnego szczepienia dziewcząt powszechne panuje u nich plaga wyschnięcia gruczołów mlecznych, że zostawszy matkami nie mogą dawać piersi swoim dzieciom, a wiadomo, że najlepszym dla niemowląt pokarmem jest mleko macierzyńskie i żadnym innym, ani mamczynym, ani sztucznym, zastąpić się nie da. Także słabości żołądka u dzieci, niebezpieczna róża, osłabienie wzroku itd. ze szczepienia powstają. Wreszcie tej operacji przypisuje się degeneracje zwyrodnienie i osłabienie rodu ludzkiego, mający z każdym rokiem wzrost spisowych młodzieńców i choroby w wojsku, na co uwagę p. Ministra wojny zwrócićby wypadało, aby rekrutów nie kazano szczepić” (pisownia oryginalna).

Minęło już ponad sto lat od ukazania się tej kontrowersyjnej książki ks. kanonika Wincentego Pixa, o szkodliwości szczepień przeciw ospie, ale warto ją nadal przywoływać w obecnej dyskusji, gdyż wywołała ona niezwykłe zamieszanie i śmiem twierdzić, doprowadziła na początku XX wieku, do tysięcy niepotrzebnych zgonów tych, którzy uwierzyli w jej argumentacje. Teraz świat zwalcza pandemię koronawirusa, a ludzie Kościoła nadal uważają się za jedynych fachowców od wszelkich pandemii i medycznych zagrożeń ludzkości… Czy kogoś to dziwi?

 

 

KOŚCIÓŁ POLSKI, A PANDEMIA – część XII.

Od kilku dni piszę o absurdach podejścia instytucji polskiego Kościoła do problemu obecnej pandemii, do obowiązujących praw biologii czy współczesnej wiedzy medycznej. I wydawało mi się, że temat jest już wyczerpany, ale wczorajsze oświadczenie bp Józefa Wróbla (rocznik 1952) i jego zespołu współpracowników na temat „moralnych i tych niemoralnych” szczepionek „wbił mnie w ziemię”. Poddaję się. Nie mam już siły „kopać się z koniem”.

Mógłbym przytaczać liczne argumenty o tym, że przecież każdy ksiądz i osoba życia konsekrowanego, w ciągu swojego całego życia sama wielokrotnie była szczepiona, zarówno jako dziecko czy osoba dorosła, różnymi szczepionkami, które pochodzą z linii komórkowej, która wczoraj została uznana przez biskupa pomocniczego lubelskiego i jego zespół za niemoralną. Tylko po co?

Mógłbym przypomnieć, że przecież większość ludzi Kościoła, w tym także ci najmłodsi, oraz cały episkopat jest już dawno zaszczepiony, mimo iż ich świeccy rówieśnicy najczęściej jeszcze czekają na swoją kolej. Mógłbym zadać ważne pytanie, czy zaszczepili was moralnymi szczepionkami? Tylko po co?

Mógłbym przypomnieć wyczyny młodego studenta, ks. Józefa Wróbla, ze Zgromadzenia Księży Sercanów, podczas jego pobytu na studiach rzymskich. Mógłbym przypomnieć, że jego znany osobisty protektor i konsekrator, australijski kardynał zmarł zaledwie pięć dni temu. Nosisz Wróbelku po nim żałobę?

Mógłbym przy tym zapytać czy to normalne, że po ośmiu latach bycia ordynariuszem w Helsinkach, składa się „dobrowolną rezygnację” na ręce papieża, który czyści kadry po swoim poprzedniku, i ląduje się na stanowisku biskupa pomocniczego lubelskiego? Tylko po co?

Nie wiem co jeszcze wydarzy się w naszym kraju w dobie obecnych problemów z szalejąca pandemią? Czym zaskoczy nas jeszcze nasze duchowieństwo? Możemy spodziewać się wszystkiego. W końcu jak ktoś dysponuje siłą kadzidła, wody święconej, monstrancji, mocy relikwii, zawierzenia, poświęcenia, litanii, nowenny czy procesji, jest go stać na wszystko.

Powołałem się na znane mi, absurdalne z punktu widzenia nauki, przykłady działań naszych księży w dobie obecnej pandemii. Ale w ciągu tych dni dostałem od swoich czytelników, aż 138 przykładów (!!!) podobnych działań na terenie naszego kraju, i to wszystkie zaledwie w ciągu ostatniego roku. Skala tego szaleństwa nadaje się nie na wpisy na Facebooku, ale na książkę, albo cały cykl wydawniczy…

Nie spodziewam się zatem żadnej refleksji ze strony tych szarlatanów, którzy pomylili sobie czasy obecnej pandemii z okresem mroków głębokiego średniowiecza. Ale nie ukrywam, że równocześnie liczę na zdrowy rozsądek zwykłych ludzi, także tych głęboko wierzących.

Kończąc ten cykl o pandemii, życzę wszystkim dużo zdrowia i dedykuję czytelnikom słowa ks. prof. Józefa Tischnera (1931-2000):

„POBOŻNOŚĆ JEST NIEZWYKLE WAŻNA, ALE ROZUMU NIE ZASTĄPI”.

Andrzej Gerlach

Andrzej Gerlach. ” Bp Jan Szkodoń i jego dziewice” Część 8 i 9

BP JAN SZKODOŃ I JEGO DZIEWICE – część VIII.

Monika w trzeciej klasie liceum poznaje sympatycznego chłopaka, pierwszego chłopaka, którego darzy uczuciem i wyróżnią spośród innych. Ale jest biskup Jan, a on jako przyjaciel rodziny i powiernik wszystkich rodzinnych tajemnic i decyzji, zawsze współdecyduje o wszystkim. Wypytuje o sympatię Moniki i korzystając ze swoich możliwości, przeprowadza dyskretne śledztwo dotyczące chłopaka, jego rodziny i wyniki śledztwa biskupa wypadają skrajnie niekorzystnie dla kandydata Moniki na jej ewentualną miłość.

Chłopak Moniki oficjalnie deklaruje się, jak większość współczesnej polskiej młodzieży, jako ateista i osoba całkowicie obojętna na sprawy Kościoła. Mało tego, zainteresowania biskupa jego osobą i jego rodziną, nie robią na chłopaku żadnego znaczenia. Jednym słowem, opinię „kościelnego wujka” na swój temat chłopiec miał tam, „gdzie Pan Pana Majstra…” Wiadomo gdzie.

Ale młodzi i zakochani w sobie licealiści, nie docenili roli biskupa Jana w decydowaniu o życiu i przyszłości Moniki. I jego wpływie na całą rodzinę. Monika przechodziła prawdziwe pranie mózgu na temat tego, że kochając Boga, jest zobowiązana do zerwania tej znajomości. Jak stwierdził „duchowy opiekun” Moniki i całej jej rodziny, ta znajomość to całkowite zagrożenie dla zbawienia jej duszy. A wiadomo przecież, że zbawienie Moniki było priorytetem Księdza Biskupa, odkąd ją poznał w Rzymie przed trzema laty. Dlatego dziewczyna pod wpływem „kościelnego wujka”, rodziców i babci, zrywa wszelkie kontakty z dotychczasową sympatią, kasuje jego numer telefonu i nie odbiera telefonu, gdy on dzwoni i chce z nią mimo wszystko rozmawiać.

Biskup Jan wie jednak, że taki dzień kiedyś mimo wszystko nadejdzie, kiedy młoda dziewczyna pozna w końcu kogoś z kim postanowi się związać na przyszłość. Ale biskup chce o wszystkim decydować w jej życiu, więc o tym wyborze także. Już jako studentka Monika poznaje innego chłopca i procedura sprawdzania się powtarza. Ale tym razem chłopiec okazuje się całkowicie posłuszny biskupowi, nawet wręcz mu podległy, pochodzi z głęboko religijnej rodziny, a co ważne, jest od wielu lat członkiem grup oazowych. Dobrą opinię o nim wydało kilku krakowskich księży, w tym jego proboszcz i katecheci. Bo gdy biskup pyta…

Na piątym roku studiów Monika i wybranek biskupa Jana wzięli ślub. Uroczystość kościelna miała miejsce w wyjątkowej oprawie, a ślubu udzielił Monice sam Bp Jan Szkodoń. Rodzina nawet nie podejmowała dyskusji na ten temat, bo innej opcji nie było. Niektórzy goście weselni, w tym wspomniana już ciocia Zosia, siostra babci, zauważyli dziwne zachowanie celebransa, który nie spuszczał oczu z pani młodej. No i jego wyjątkowy ornat biskupi z napisem: „Kocham Cię”.

Także ten sam duchowny chrzcił dzieci Moniki podczas specjalnych, prywatnych uroczystości w Kościele Mariackim. Jej rodzice i babcia nie wyobrażali sobie, aby mogło być inaczej. Także biskup Jan dawał śluby jej braciom i chrzcił ich dzieci…

Ale małżeństwo z głęboko religijnym chłopcem okazało się dla Moniki nieszczęściem. W domu panowała przemoc względem jej, a przede wszystkim ich starszego syna. Coraz częściej panie z przedszkola syna sygnalizowały ślady bicia chłopca. Monika była całkowicie osaczona, tym bardziej, że mąż znalazł oparcie w „kościelnym wujku”, który stał się wręcz jego protektorem. Kiedy pewnego dnia stanęła w obronie bitego dziecka została tak sponiewierana, że straciła przytomność. Wówczas postanowiła odejść od męża i zamieszkać z dziećmi u swoich rodziców.

Opuszczony mąż wręcz szalał, bo żadna katolicka żona nie ma prawa odchodzić od swojego kościelnego męża. Także biskup Jan stanął po stronie małżonka. Monika usłyszała od hierarchy, że: „nie może odejść od męża i że jest odpowiedzialna za zbawienie jego i swoje oraz, że w Jabłonce jak chłop przywali w sobotę w oko żonie, to w niedzielę ładnie idą razem pod rękę do kościoła” (cytat z dokumentacji sprawy). Biskup był z Orawy, gdzie leży Jabłonka, to wiedział najlepiej jak jest…

Po pół roku mieszkania u swoich rodziców Monika wraca jednak do męża, bo jak twierdził biskup Jan katolicka żona musi mężowi zawsze przebaczyć. „Moniczko, trzeba przebaczyć nawet 77 razy”, mówi on dziewczynie. Ale po powrocie jest jeszcze gorzej. Mąż uznaje, że nie miała prawa, jako katolicka żona się mu sprzeciwiać, a skoro odeszła do rodziców, to jest opętana przez diabła. Wpędza żonę w poczucie winy, swojej nie zauważył… Dla dzieci powrócił stres i obawa przed biciem.

To co czytałem w tej sprawie jest tak nieprawdopodobne, że pozwolę sobie jedynie na cytat. A czytelnikom pozostawię komentarze. „Monika przebacza, tak jak biskup kazał. Ale mąż nie potrafił przebaczyć, że chciała odejść. Wieczorem, kiedy Monika zasypia, modli się przy niej na różańcu, aby złe moce nie podpowiadały jej szatańskich rozwiązań. By wzmocnić siły boskie, przynosi od znajomego księdza (nie można tu wykluczyć, że od samego biskupa Jana – dopisek mój) oleje święte. Ona budzi się w trakcie i niechcący uderza ręką w puszkę z olejami. Mąż odbiera to jako atak rozwścieczonego szatana”. Potem mąż chce odwozić Monikę do egzorcysty i wypędzać z niej szatana. Jednym słowem jakiś średniowieczny kościelny koszmar w XXI wieku…

Ale zachowanie biskupa Jana i jego cała rola w tym koszmarze też jest niejednoznaczna w świetle dokumentacji i zeznań samej Moniki. Młoda mężatka ostatecznie się rozwodzi, ale w jej katolickiej rodzinie to kolejna odsłona dramatu…

Ciąg dalszy nastąpi…

BP JAN SZKODOŃ I JEGO DZIEWICE – część IX.

Jedną z ważniejszych życiowych pasji bp Jana Szkodonia były obrazy, ale nie ich kolekcjonowanie (sam mam taką pasję od wielu lat), ale malowanie obrazów. Widziałem kilka obrazów namalowanych przez biskupa Jana z Krakowa i muszę się przyznać, że osobiście nie jestem nimi oczarowany, ale nad gustami się nie dyskutuje. Hierarcha maluje głównie wiejskie pejzaże i obrazy o tematyce religijnej, które osobiście nazwałbym raczej dewocyjnymi, ale i w tym względzie nie chcę się narzucać ze swoimi opiniami.

Kościelny artysta w biskupiej sutannie organizuje w związku ze swoimi zdolnościami okolicznościowe wystawy i wernisaże swojego malarstwa. Są na nie zapraszani znani hierarchowie kościelni, głównie krakowscy, a kard. Stanisław Dziwisz jest na nich częstych gościem honorowym, a nawet rzekomo otwierał co najmniej jedną z takich wystaw. Gośćmi na tych wernisażach bywali także często ludzi sztuki środowisk twórczych Krakowa, lokalni politycy i samorządowcy oraz znani ludzie nauki i kultury, jak to w Krakowie. Wszyscy zachwyceni i pełni wdzięczności za osobiste zaproszenie od znanego biskupa, ale po wystawie dyskretnie komentujący obrazy biskupa Jana jako zwykły kicz. Więc osobiście nie wiem jak jest naprawdę z tym biskupim malarstwem, sam pozostanę przy swoim zdaniu. Państwa odsyłam zaś do Internetu, gdzie zdjęć z tych wystaw i wernisaży malarstwa Jego Ekscelencji jest wiele. Oceńcie więc Państwo te obrazy sami. Zdjęcie dołączone przeze mnie do tego wpisu, pochodzi z jednej tego typu wystaw malarstwa biskupa Jana Szkodonia.

Także sama Monika i jej rodzina dostąpiła zaszczytu bezpośredniego kontaktu z malarstwem biskupa Jana. Kiedy kontakty towarzyskie pomiędzy rodzicami Moniki, a biskupem się zacieśniły na dobre, hierarcha przywoził ze sobą sztalugi, farby i malował swoje obrazy także w domu rodzinnym Moniki. Wzruszające…

Monika została wyróżniona i to w sposób szczególny, efektem talentu krakowskiego hierarchy. Aby przekonać młodą dziewczynę do roli jaką rzekomo w jej życiu przewidział dla niej sam Bóg, Jego Ekscelencja namalował Monice specjalny obraz, tylko dla niej. Był to obraz Matki Boskiej Sprzątającej… Wiele szokujących mnie spraw słyszałem o kulcie maryjnym w tym katolickim kraju, ale jak widać nigdy nie przestanę się dziwić, a sama teologia w wykonaniu naszych polskich hierarchów nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. Obraz biskupa Jana przedstawiał Matkę Boską, która w pozycji klęczącej trzyma w ręku szmatę i zmywa brudną podłogę, a nad nią stoi sam Jezus. Czysta teologia maryjna, po polsku…

Zapewne zadajecie sobie Państwo w tym momencie istotne pytanie, co Monika i jej rodzina zrobili z tak głęboko religijnym w swojej treści prezentem od biskupa Jana. Otóż Matka Boska Sprzątająca w swojej biskupiej wizji zawisła nad łóżkiem Moniki i zapewne nad nią czuwała przez długie lata. Ale chyba nie do końca skutecznie…

Ciąg dalszy nastąpi…

Andrzej Gerlach

Andrzej Gerlach. „Paolo Gabriele” Część 10 i 11

PAOLO GABRIELE – część X.

Istotnym wydarzeniem w sprawie wycieku tajnych dokumentów z gabinetu papieskiego było spotkanie papieża Benedykta XVI z komisją kardynałów, którzy badali i nadzorowali cały proces śledczy w tej sprawie. Był wówczas dzień 26 sierpnia 2012 roku. Wiem, że w tym spotkaniu brał także udział sam szef policji watykańskiej i sędziowie zaangażowani w sprawę oraz wpływowi przedstawiciele Sekretariatu Stanu. Spotkanie to było o tyle istotne, że to właśnie wówczas podjęto wszystkie strategiczne decyzje dotyczące całego procesu karnego. Debatowano długo nad tym, komu ostatecznie postawić zarzuty, a kogo nie ujawniać, aby nie potęgować kompromitacji Watykanu i samego papieża. Prawdopodobnie to wówczas podjęto decyzję, że papieski kamerdyner, człowiek prosty i niewykształcony, działał sam i z nikim nie współpracował. W co trudno jednak uwierzyć, skoro papieski kamerdyner robił to systematycznie od 2006 roku. Zdecydowano, że przygotuje się na jego temat niekorzystną opinię psychiatryczną, która go zdyskwalifikuje w opinii publicznej i na tej podstawie ograniczy negatywne skutki medialne. Potem wycofano się z tego pomysłu i przygotowano zupełnie inną opinię psychiatryczną. Widać wyraźnie, że skoro w takim gronie podejmowano już wówczas wszystkie istotne decyzje, z udziałem samych sędziów sądu watykańskiego, to o jakiej rzetelności sądu mówimy. Widać to było wyraźnie podczas samego procesu karnego, gdy sędziowie odrzucali większość wniosków adwokatów Paolo Gabriele, w tym możliwość przesłuchania około dwudziestu świadków, których zeznania mogły wnieść istotne fakty w całej sprawie. Sędziowie nie podjęli ryzyka na sali sądowej, zeznania tych świadków mogłyby zaburzyć wcześniejsze ustalenia z papieżem, więc wniosek obrony automatycznie upadł.

Miałem obiecany kilka miesięcy temu dostęp do wiarygodnej kopii protokołu z tego wyjątkowego spotkania, ale niestety nic z tego nie wyszło, więc opieram się tu tylko na tym co mi przekazano w formie ustnej.

Ale mam możliwość przeczytania obu, jakże przeciwstawnych opinii psychiatrycznych przygotowanych na potrzeby tego procesu karnego. W tej pierwszej czytamy, że Paolo Gabriele to: „krucha osobowość z paranoidalnymi tendencjami, pokrywającymi głęboką osobistą niepewność”. W tej drugiej jednak opinii, ten sam człowiek został zdiagnozowany zupełnie inaczej. Czytamy tam, że: „Gabriele nie wykazuje odpowiednich oznak poważnego zaburzenia psychicznego, ani nie stwarza żadnych poważnych zagrożeń dla siebie i innych”. I jak to wytłumaczyć?

Przy okazji dziękuję niezwykle odważnej osobie, której zawdzięczam te obie opinie psychiatryczne, gwarantuje jej pełną dyskrecję. Dziękuję także pani tłumaczce za przetłumaczenie tego tekstu z włoskiego na język polski.

Główne decyzje w sprawie oskarżonego Paolo Gabriele podejmował sędzia sądu watykańskiego, Piero Antonio Bonnet. To on we wstępnym akcie oskarżenia zażądał dla nielojalnego papieskiego służącego karę łączną ośmiu lat bezwzględnego więzienia.

W dniu 13 sierpnia 2012 roku oskarżonemu postawiono formalny zarzut o kradzież kwalifikowaną. Po kolejnych sześciu tygodniach oskarżony Paolo Gabriele stanął przed sądem (załączone do tekstu zdjęcie pochodzi z tego procesu sądowego) i wtedy się wszystko zaczęło… Ale o tym napiszę innym razem.

Ciąg dalszy nastąpi…

 

 

 

PAOLO GABRIELE – część XI.

To był dziwny i nietypowy proces. Pierwsza rozprawa odbyła się w dniu 29 września 2012 roku, ale dopiero od dnia 2 października 2012 roku cały proces istotnie ruszył z miejsca.

Wiele wskazywało na to, że wszystko już dawno zostało ustalone, więc wszelkie próby skutecznej obrony, podejmowane przez adwokatów Paola Gabriele, wyglądały na bezcelowe. Sąd nie chciał przesłuchiwać żadnych, nawet kluczowych świadków, wzywanych przez obronę, a sędziowie robili wrażenie, że nie są wcale zainteresowani poznaniem jakiejkolwiek prawdy. Z resztą pojęcie prawdy w tej sprawie było pojęciem mocno względnym.

Ale samemu oskarżonemu udało się jednak powiedzieć kilka ważnych rzeczy podczas procesu, co zostało odnotowane przez włoskie media, które obserwowały cały ten proces. Podczas składania przed sądem swoich wyjaśnień powiedział między innymi. „Jestem przekonany, że działałem wyłącznie powodowany głęboką miłością do Kościoła, Chrystusa i jego widzialnego przywódcy. Nie czuje się złodziejem”.

 

 

Wyrok zapadł stosunkowo szybko, bo już w dniu 6 października 2012 roku. Początkowo planowano nielojalnego papieskiego kamerdynera skazać na osiem lat bezwzględnego więzienia, ale w trakcie procesu widać było, że strona skarżąca „dogadała się” z oskarżonym i jego obrońcami i ostatecznie zapadł stosunkowo łagodny wyrok trzech lat więzienia, który został szybko zamieniony na 18 miesięcy więzienia. Jak się szybko okazało, także ten wyrok stał się jedynie fikcją, ale po kolei…

Zaskoczeniem było już oświadczenie obrończyni Paola Gabriele dla prasy, pani adwokat Cristiany Arru (na zdjęciu obok swojego klienta), która bezpośrednio po ogłoszeniu wyroku powiedziała, że jej klient „nie zamierza odwoływać się od wyroku”. Potem niespodziewanie trzy lata więzienia skrócono o połowę, a kiedy skazany trafił do więzienia, niespodziewanie odwiedził go sam papież Benedykt XVI ( zdjęcie z tego spotkania dołączone do tego tekstu) i jako władca Państwa Kościelnego, ułaskawił swojego byłego kamerdynera. Paolo Gabriele spędził zatem w więzieniu zaledwie 33 dni…

Ale nie było to w pełni więzienie. Zgodnie z dawnymi porozumieniami międzynarodowymi osoby skazane przez sąd watykański odbywają karę więzienia w więzieniach włoskich. W wypadku zaś papieskiego kamerdynera wyrok odbywał w swoim watykańskim mieszkaniu i miał on charakter aresztu domowego. Nie ulega wątpliwości, że chodziło o to, aby skazany Paolo Gabriele nie kontaktował się z nikim we włoskim zakładzie karnym i niczego nie ujawnił. Innym osadzonym, strażnikom czy dziennikarzom, którzy mimo ogłoszonego wyroku nadal prowadzili swoje intensywne śledztwa.

Zdumiewającym jest też fakt, że kiedy po aresztowaniu papieskiego kamerdynera zawieszono jego pensję w wysokości dwóch tysięcy euro miesięcznie, co wydawało się wówczas czymś naturalnym, to po jego oficjalnym skazaniu, wypłacono mu wszystkie zaległe pobory za te miesiące śledztwa kiedy mu ich nie wypłacano i gdy odbywał karę więzienia wynagrodzenie wypłacano mu nadal w pełnej wysokości. Ostatecznie zatrudniono go w kościelnym szpitalu Imienia Dzieciatka Jezus w Rzymie gdzie otrzymywał jeszcze większe wynagrodzenie niż w czasach służby przy papieżu.

Jest w tej decyzji pewien paradoks, gdyż wśród wykradzionych przez Paolo Gabriele dokumentów z gabinetu jego pryncypała, były także te dotyczące finansowych afer i skandali związanych z tym szpitalem i fundacją, która go wspierała finansowo. Paradoksy i cuda to widać od wieków specjalność Kościoła Powszechnego…

Ale na tym dziwnym wyroku nie zakończyła się sprawa kradzieży z gabinetu Głowy Kościoła i jego osobistego sekretarza. Tym razem na ławie oskarżonych zasiedli bowiem inni pracownicy Kurii Rzymskiej. Ich odrębne procesy karne i wyroki jakie wtedy zapadły, także wzbudzają zdziwienie tych, którzy śledzili cały ten proces. Ale o tym napiszę już w kolejnej odsłonie tego cyklu.

Ciąg dalszy nastąpi…

 

Andrzej Gerlach