Spotkania przy trzepaku

Andrzej Gerlach. „Paolo Gabriele” część 12 i 13

PAOLO GABRIELE – część XII.

Niemal zupełnie w tle procesu Paolo Gabriele toczyły się inne procesy karne, których wiele mediów skupionych na procesie papieskiego kamerdynera, zupełnie wtedy nie zauważyło. A w tej sprawie wszystkie wątki okazują się bardzo istotne.

Pierwszym procesem, który powinien zwrócić wówczas uwagę mediów, był proces karny świeckiego urzędnika watykańskiego, a ściśle mówiąc komputerowca z Sekretariatu Stanu, Claudio Sciarpellettiego. Watykańscy śledczy postawili mu wówczas jedynie zarzuty utrudniania śledztwa i przekazywania władzom sprzecznych informacji w śledztwie dotyczącym Paolo Gabriele. Ten komputerowiec to dziwna postać zarówno w sprawie papieskiego kamerdynera jak i w kwestii jego rzeczywistej roli w przekazywaniu tajnych dokumentów dotyczących Kościoła Katolickiego z czasów pontyfikatu papieża Benedykta XVI. Claudio Sciarpelletti to przeciwieństwo papieskiego służącego, bystry, inteligentny, dobrze wykształcony i wręcz trudno uwierzyć w to, że jego rola ograniczyła się jedynie do utrudniania tego śledztwa.

Także samo śledztwo prowadzone przeciwko niemu, a następnie jego proces karny, pozostawiają więcej pytań niż odpowiedzi. Ostatecznie bowiem watykańscy śledczy postawili mu zarzuty, które skończyły się dla niego wyrokiem czterech miesięcy więzienia. Co dziwne, gdy tylko „opadł kurz” procesu, Claudio Sciarpelletti nie trafił do więzienia, bo niemal natychmiast zasądzoną karę zamieniono mu na dwa miesiące w zawieszeniu na okres pięciu lat. I co dziwne wypłacono skazanemu urzędnikowi wszystkie zaległe zarobki. Oficjalnie podano, że był to gest dobrej woli ze strony Watykanu, wykonany „ze względu na jego długi staż pracy w Watykanie i dotychczasową niekaralność”. Gdy dziś po latach pytam o były proces karny tego urzędnika i jego rzeczywistą rolę w całej aferze przecieków dokumentów ze Stolicy Apostolskiej, spotykam się albo z odmową komentarza lub z życzeniem, aby nie drążyć więcej tego tematu.

Ale na ławie oskarżonych watykańskiego wymiaru sprawiedliwości, w odrębnych postępowaniach karnych, zasiadły także osoby duchowne. O tych procesach napiszę już w kolejnej odsłonie cyklu.

Ciąg dalszy nastąpi…

 

PAOLO GABRIELE – część XIII.

Papież Benedykt XVI w dniu 11 lutego 2013 roku oficjalnie ogłosił swoją rezygnację w obecności kardynałów zebranych na kolejnym konsystorzu, a z końcem lutego abdykował i trudno jest nie widzieć zbieżności tego faktu z wydarzeniami związanymi z wyciekiem tajnych dokumentów z jego gabinetu i śledztwa, które ujawniło skalę wpływów lobby gejowskiego w Kościele Powszechnym.

W marcu 2013 roku jego następcą został wybrany przez kardynałów zebranych na kolejnym konklawe, kardynał z Argentyny i Prymas tego kraju, który przyjął imię Franciszka. W dziejach Kościoła rozpoczęła się nowa epoka, ale w sprawie Paola Gabriele odkrywano nowe karty. Robiono to jednak niezwykle dyskretnie, a do mediów docierały tylko te informacje, które były wygodne dla instytucji Watykanu.

Podczas prywatnej rozmowy papieża Franciszka z przedstawicielami kilku episkopatów z Ameryki Łacińskiej sporządzono tajne notatki, które w dniu 12 czerwca 2013 roku wyciekły do opinii publicznej. Wszystkie te informacje nawiązywały do sprawy Paolo Gabriele i do walki nowego papieża z lobby gejowskim w centrali Kościoła. Pojawiają się tam liczne sformułowania takie jak: „strumień korupcji”, „lobby gejów w Watykanie”, „watykańscy śledczy zidentyfikowali sieć prałatów gejów”. Skalą tego zjawiska będziemy się jeszcze zajmować wiele lat. Miejmy jednak świadomość, że obaj ostatni papieże zwalczali, a papież Franciszek nadal skutecznie zwalcza tych zdeprawowanych gejów w sutannach, których nominował i często osobiście konsekrował Wielki Święty Papież z Kraju nad Wisłą.

W dniu 22 sierpnia 2013 roku rozpoczął odsiadywanie kary więzienia ks. prałat Lucio Balda, który także za ujawnianie tajnych dokumentów papieskich został skazany na 18 miesięczne więzienie. Podobnie jak papieski kamerdyner karę odsiadywał nie w więzieniu włoskim lecz w specjalnej celi na terenie samego Watykanu, aby nie miał podczas odbywania kary żadnego kontaktu z osobami spoza kościelnej centrali. Przypominało to raczej areszt domowy niż więzienie, ale nie warto tu tej kwestii rozstrzygać szczegółowo. Znacznie ciekawszy jest fakt, że skazany prałat zwrócił się niemal natychmiast po ogłoszeniu wyroku do papieża Franciszka o ułaskawienie licząc, że powtórzy się sytuacja jak z papieżem Benedyktem XVI, jego osobistym kamerdynerem czy komputerowcem Claudio Sciaepelletti. I tu nastąpiło pełne zaskoczenie zarówno dla samego skazanego prałata jak i jego otoczenia. Mimo błagań i kolejnych próśb skazanego duchownego, papież Franciszek milczał i dopiero po dziewięciu miesiącach odbytej kary ułaskawił prałata z kolejnych dziewięciu miesięcy więzienia.

Ostatni akord sprawy Paolo Gabriele nastąpił w lipcu 2016 roku, kiedy to przed watykańskim sądem stanęli dziennikarze, którzy opublikowali skradziony dokumenty papieskie. Gianluigi Nuzzi i Emiliano Fittipaldi zostali uniewinnieni przez watykańskiego sędziego Giuseppe Della Torte, który ogłaszając wyrok stwierdził publicznie, że „sąd nie miał tu prawomocnej jurysdykcji”. Sędzia powołał się tutaj także na wolność słowa. Oby w Watykanie i całym Kościele Powszechnym jak najczęściej pamiętano o tych jakże mądrych słowach tego sędziego.

Tymczasem były papieski kamerdyner pracował już we wspomnianym rzymskim szpitalu Imienia Dzieciątka Jezus i unikał dziennikarzy, co prawdopodobnie było jednym z warunków jego porozumienia z byłym pryncypałem i warunkiem ułaskawienia. Zajmował się trojgiem dzieci i żoną. I tak było przez lata, aż do 2020 roku, kiedy mimo zaledwie 54 lat życia poważnie zachorował. Zmarł w obecności najbliższych w dniu 24 listopada 2020 roku.

Kościół Katolicki zrobił doprawdy wiele, aby bagatelizować wszystkie negatywne skutki przecieku tajnych dokumentów z gabinetu papieża Benedykta XVI, jednak jego kamerdyner, Paolo Gabriele, już na zawsze ma zapewnione miejsce w historii Kościoła i tego pontyfikatu. Nikt i nic bowiem nie jest w stanie wymazać tego co wówczas wyciekło do opinii publicznej. Pamiętajmy jednak, że takich kamerdynerów na papieskim dworze powinniśmy mieć znacznie więcej i to w każdej epoce historii tej instytucji. Bylibyśmy dziś znacznie bogatsi o jakże wiele informacji z dziejów Kościoła i jego pasterzy, dlatego bez względu na moralną ocenę Paolo Gabriele i jego działań, pamiętajmy o nim i wspominajmy niekiedy z nutką sympatii i wdzięczności.

Ciąg dalszy już nie nastąpi, chyba że inaczej zadecyduje los i kolejne przecieki zza Spiżowej Bramy.

Andrzej Gerlach

Andrzej Gerlach. „Paolo Gabriele” Część 10 i 11

PAOLO GABRIELE – część X.

Istotnym wydarzeniem w sprawie wycieku tajnych dokumentów z gabinetu papieskiego było spotkanie papieża Benedykta XVI z komisją kardynałów, którzy badali i nadzorowali cały proces śledczy w tej sprawie. Był wówczas dzień 26 sierpnia 2012 roku. Wiem, że w tym spotkaniu brał także udział sam szef policji watykańskiej i sędziowie zaangażowani w sprawę oraz wpływowi przedstawiciele Sekretariatu Stanu. Spotkanie to było o tyle istotne, że to właśnie wówczas podjęto wszystkie strategiczne decyzje dotyczące całego procesu karnego. Debatowano długo nad tym, komu ostatecznie postawić zarzuty, a kogo nie ujawniać, aby nie potęgować kompromitacji Watykanu i samego papieża. Prawdopodobnie to wówczas podjęto decyzję, że papieski kamerdyner, człowiek prosty i niewykształcony, działał sam i z nikim nie współpracował. W co trudno jednak uwierzyć, skoro papieski kamerdyner robił to systematycznie od 2006 roku. Zdecydowano, że przygotuje się na jego temat niekorzystną opinię psychiatryczną, która go zdyskwalifikuje w opinii publicznej i na tej podstawie ograniczy negatywne skutki medialne. Potem wycofano się z tego pomysłu i przygotowano zupełnie inną opinię psychiatryczną. Widać wyraźnie, że skoro w takim gronie podejmowano już wówczas wszystkie istotne decyzje, z udziałem samych sędziów sądu watykańskiego, to o jakiej rzetelności sądu mówimy. Widać to było wyraźnie podczas samego procesu karnego, gdy sędziowie odrzucali większość wniosków adwokatów Paolo Gabriele, w tym możliwość przesłuchania około dwudziestu świadków, których zeznania mogły wnieść istotne fakty w całej sprawie. Sędziowie nie podjęli ryzyka na sali sądowej, zeznania tych świadków mogłyby zaburzyć wcześniejsze ustalenia z papieżem, więc wniosek obrony automatycznie upadł.

Miałem obiecany kilka miesięcy temu dostęp do wiarygodnej kopii protokołu z tego wyjątkowego spotkania, ale niestety nic z tego nie wyszło, więc opieram się tu tylko na tym co mi przekazano w formie ustnej.

Ale mam możliwość przeczytania obu, jakże przeciwstawnych opinii psychiatrycznych przygotowanych na potrzeby tego procesu karnego. W tej pierwszej czytamy, że Paolo Gabriele to: „krucha osobowość z paranoidalnymi tendencjami, pokrywającymi głęboką osobistą niepewność”. W tej drugiej jednak opinii, ten sam człowiek został zdiagnozowany zupełnie inaczej. Czytamy tam, że: „Gabriele nie wykazuje odpowiednich oznak poważnego zaburzenia psychicznego, ani nie stwarza żadnych poważnych zagrożeń dla siebie i innych”. I jak to wytłumaczyć?

Przy okazji dziękuję niezwykle odważnej osobie, której zawdzięczam te obie opinie psychiatryczne, gwarantuje jej pełną dyskrecję. Dziękuję także pani tłumaczce za przetłumaczenie tego tekstu z włoskiego na język polski.

Główne decyzje w sprawie oskarżonego Paolo Gabriele podejmował sędzia sądu watykańskiego, Piero Antonio Bonnet. To on we wstępnym akcie oskarżenia zażądał dla nielojalnego papieskiego służącego karę łączną ośmiu lat bezwzględnego więzienia.

W dniu 13 sierpnia 2012 roku oskarżonemu postawiono formalny zarzut o kradzież kwalifikowaną. Po kolejnych sześciu tygodniach oskarżony Paolo Gabriele stanął przed sądem (załączone do tekstu zdjęcie pochodzi z tego procesu sądowego) i wtedy się wszystko zaczęło… Ale o tym napiszę innym razem.

Ciąg dalszy nastąpi…

 

 

 

PAOLO GABRIELE – część XI.

To był dziwny i nietypowy proces. Pierwsza rozprawa odbyła się w dniu 29 września 2012 roku, ale dopiero od dnia 2 października 2012 roku cały proces istotnie ruszył z miejsca.

Wiele wskazywało na to, że wszystko już dawno zostało ustalone, więc wszelkie próby skutecznej obrony, podejmowane przez adwokatów Paola Gabriele, wyglądały na bezcelowe. Sąd nie chciał przesłuchiwać żadnych, nawet kluczowych świadków, wzywanych przez obronę, a sędziowie robili wrażenie, że nie są wcale zainteresowani poznaniem jakiejkolwiek prawdy. Z resztą pojęcie prawdy w tej sprawie było pojęciem mocno względnym.

Ale samemu oskarżonemu udało się jednak powiedzieć kilka ważnych rzeczy podczas procesu, co zostało odnotowane przez włoskie media, które obserwowały cały ten proces. Podczas składania przed sądem swoich wyjaśnień powiedział między innymi. „Jestem przekonany, że działałem wyłącznie powodowany głęboką miłością do Kościoła, Chrystusa i jego widzialnego przywódcy. Nie czuje się złodziejem”.

 

 

Wyrok zapadł stosunkowo szybko, bo już w dniu 6 października 2012 roku. Początkowo planowano nielojalnego papieskiego kamerdynera skazać na osiem lat bezwzględnego więzienia, ale w trakcie procesu widać było, że strona skarżąca „dogadała się” z oskarżonym i jego obrońcami i ostatecznie zapadł stosunkowo łagodny wyrok trzech lat więzienia, który został szybko zamieniony na 18 miesięcy więzienia. Jak się szybko okazało, także ten wyrok stał się jedynie fikcją, ale po kolei…

Zaskoczeniem było już oświadczenie obrończyni Paola Gabriele dla prasy, pani adwokat Cristiany Arru (na zdjęciu obok swojego klienta), która bezpośrednio po ogłoszeniu wyroku powiedziała, że jej klient „nie zamierza odwoływać się od wyroku”. Potem niespodziewanie trzy lata więzienia skrócono o połowę, a kiedy skazany trafił do więzienia, niespodziewanie odwiedził go sam papież Benedykt XVI ( zdjęcie z tego spotkania dołączone do tego tekstu) i jako władca Państwa Kościelnego, ułaskawił swojego byłego kamerdynera. Paolo Gabriele spędził zatem w więzieniu zaledwie 33 dni…

Ale nie było to w pełni więzienie. Zgodnie z dawnymi porozumieniami międzynarodowymi osoby skazane przez sąd watykański odbywają karę więzienia w więzieniach włoskich. W wypadku zaś papieskiego kamerdynera wyrok odbywał w swoim watykańskim mieszkaniu i miał on charakter aresztu domowego. Nie ulega wątpliwości, że chodziło o to, aby skazany Paolo Gabriele nie kontaktował się z nikim we włoskim zakładzie karnym i niczego nie ujawnił. Innym osadzonym, strażnikom czy dziennikarzom, którzy mimo ogłoszonego wyroku nadal prowadzili swoje intensywne śledztwa.

Zdumiewającym jest też fakt, że kiedy po aresztowaniu papieskiego kamerdynera zawieszono jego pensję w wysokości dwóch tysięcy euro miesięcznie, co wydawało się wówczas czymś naturalnym, to po jego oficjalnym skazaniu, wypłacono mu wszystkie zaległe pobory za te miesiące śledztwa kiedy mu ich nie wypłacano i gdy odbywał karę więzienia wynagrodzenie wypłacano mu nadal w pełnej wysokości. Ostatecznie zatrudniono go w kościelnym szpitalu Imienia Dzieciatka Jezus w Rzymie gdzie otrzymywał jeszcze większe wynagrodzenie niż w czasach służby przy papieżu.

Jest w tej decyzji pewien paradoks, gdyż wśród wykradzionych przez Paolo Gabriele dokumentów z gabinetu jego pryncypała, były także te dotyczące finansowych afer i skandali związanych z tym szpitalem i fundacją, która go wspierała finansowo. Paradoksy i cuda to widać od wieków specjalność Kościoła Powszechnego…

Ale na tym dziwnym wyroku nie zakończyła się sprawa kradzieży z gabinetu Głowy Kościoła i jego osobistego sekretarza. Tym razem na ławie oskarżonych zasiedli bowiem inni pracownicy Kurii Rzymskiej. Ich odrębne procesy karne i wyroki jakie wtedy zapadły, także wzbudzają zdziwienie tych, którzy śledzili cały ten proces. Ale o tym napiszę już w kolejnej odsłonie tego cyklu.

Ciąg dalszy nastąpi…

 

Andrzej Gerlach

Andrzej Gerlach. „PAOLO GABRIELE”. Cz.7, 8 i 9

PAOLO GABRIELE – część VII.

W sprawie kamerdynera Paolo Gabriele i afery jaka wynikła w związku z tym, że kopiował i wynosił od wielu lat ściśle tajne dokumenty z apartamentów papieża Benedykta XVI, „mijał się z prawdą” nie tylko rzecznik Stolicy Apostolskiej, ks. Federico Lombardi, ale także sam papież.

Już wtedy, gdy światowe media pisały o skandalu z udziałem papieża i jego najbliższych współpracowników oraz co pewien czas ujawniano treści części tych dokumentów, przez co autorytet Kościoła i samego papieża mocno ucierpiał, a specjalnie do tego powołana komisja śledcza w samym Watykanie tropiła i przesłuchiwała pracowników z najbliższego otoczenia papieża, tenże papież milczał o tym przez wiele miesięcy. A kiedy dalsze milczenie mogło mu już tylko zaszkodzić, niespodziewanie przemówił na audiencji generalnej, ale w swojej oficjalnej wypowiedzi nazywał całą aferę jedynie plotkami.

Był dzień 30 maja 2012 roku, kiedy już niemalże na samo zakończenie audiencji generalnej, papież Benedykt XVI odniósł się do całej sprawy przecieków tajnych dokumentów z jego prywatnych apartamentów. Papież powiedział wówczas, że: „przesadne i nieuzasadnione plotki przedstawiają obraz Stolicy Apostolskiej”. Ta wypowiedź była cytowana w wielu katolickich mediach jako dowód na nieprawdę w rzekomych dokumentach jakie wówczas ujawniono. Katoliccy publicyści broniący za wszelką cenę Kościoła używali tego cytatu, aby zdyskredytować treść cytowanych dokumentów i sprowadzić całą sprawę do plotek wymyślonych przez wrogów Kościoła, aby zniszczyć jego reputację i dobry wizerunek w świecie. Nie wiem dlaczego wówczas papież przyjął taką linię obrony, skoro wiedział, bo musiał z tego zdawać sobie sprawę, że to nie są żadne złośliwe plotki lecz fakty i że tylko kwestią czasu jest to, że trzeba się będzie odnieść do treści tych ujawnionych i kompromitujących Watykan dokumentów. Papieżowi tę wypowiedź o rzekomych plotkach wytykano później wielokrotnie, a publicystom katolickim, którzy odwoływali się do tej narracji papieskiej zarzucano wręcz kłamstwo i manipulację opinią publiczną.

Tym bardziej, że po kilku kolejnych tygodniach już wszyscy, którzy śledzili losy tej afery wiedzieli, że papież podczas audiencji generalnej świadomie i publicznie „mijał się z prawdą”, a te rzekome plotki to smutne i kompromitujące Kościół i samego papieża fakty, którym już nie można dłużej zaprzeczać.

Kolejne wypowiedzi Głowy Kościoła były już w zupełnie innym tonie. Słowa o plotkach zastąpiła narracja o smutku. Papież powiedział wówczas, że: „wydarzenia ostatnich dni dotyczące Kurii i moich współpracowników przyniosły smutek w moim sercu”. A ostatecznie słowa papieża sprowadziły się do stwierdzenia, że chce przywrócić swoje zaufanie do swoich współpracowników. Jego apel skierowany był także do wszystkich wiernych, gdy mówił: „ufajcie i dodawajcie otuchy moim najbliższym współpracownikom i wszystkim, którzy każdego dnia z lojalnością, w duchu poświęcenia i w ciszy pomagają mi pełnić moją posługę”. Nawet te ostatnie słowa okazały się nie do końca prawdziwe, gdyż po latach, już jako papieski emeryt, w wielu swoich wypowiedziach, także do zaufanych dziennikarzy, Benedykt XVI przyznawał, że już wówczas rozważał swoją rezygnację.

Chciałoby się w tym momencie powiedzieć, że przecież wystarczyło w całej tej sprawie jedynie nie kłamać i od początku mówić prawdę, ale pojęcie prawdy, która „podobno nas wyzwoli”, to pojęcie względne w dziejach Kościoła i papiestwa.

Ale kłamano, albo jak kto woli „mijano się z prawdą” również wówczas, gdy w zupełnie niecodziennych warunkach natrafiono wreszcie na trop papieskiego kamerdynera, jako na potencjalnego sprawcy tego całego skandalu. Ale o tym napiszę już innym razem.

Ciąg dalszy nastąpi…

 

 

 

PAOLO GABRIELE – część VIII.

Zapewne wielu z Państwa czytając od kilku dni historię Paolo Gabriele zadaje sobie pytanie w jakich okolicznościach doszło do aresztowania papieskiego kamerdynera. Akta sprawy w tym względzie nie są jednoznaczne, dlatego też i przecieki do mediów w tej sprawie były niekiedy mylące. Ale uporządkujmy kilka faktów.

Otóż doniesienia, że to ujawnienie przez dziennikarza Gianluigiego Nuzziego wykradzionego czeku na kwotę 10 tysięcy euro, o którym już pisałem wcześniej, stała się bezpośrednią przyczyną aresztowania Paola Gabriele, nie jest jednak w pełni precyzyjne. Wspomniany czek znajdował się w biurku papieskiego sekretarza, ks. George Gansweina i kiedy go ujawniono, dla watykańskich śledczych krąg podejrzanych zawęził się zaledwie do kilku osób którzy mieli wówczas bezpośredni dostęp do gabinetu samego papieża i jego przystojnego sekretarza. W kręgu tym znajdował się także papieski kamerdyner. Nikt go wówczas nie aresztował, ale został on wtedy poddany totalnej inwigilacji przez watykańskie służby.

Co zatem ostatecznie zgubiło Paolo Gabriele? Akta i dokumenty do których dotarłem nie pozostawiają w tej kwestii żadnych wątpliwości. Papieskiego kamerdynera zgubiły wyrzuty sumienia. Pomijając to co mówił później jako oskarżony podczas swojego procesu karnego, o czym jeszcze napiszę bardziej szczegółowo, to nie ulega wątpliwości, że wykradając tajne dokumenty swojego kościelnego pryncypała, miał poczucie, ze jest to niemoralne i grzeszne. Właśnie, grzeszne. I to jest klucz do dalszych kłopotów, a ostatecznie do upadku papieskiego służącego. Co bowiem robi katolik gdy grzeszy? Idzie do spowiedzi, gdzie przy kratkach konfesjonału szczerze wyznaje grzechy swojemu spowiednikowi. I tak też było w wypadku papieskiego kamerdynera. Poszedł, wyspowiadał się, wyznał szczegółowo co zrobił i nadal robi i…, został wkrótce aresztowany przez watykańskich żandarmów.

Ktoś tu pewnie teraz zacznie krzyczeć, ze to przecież niemożliwe, bo tajemnica spowiedzi i tak dalej… Lektura akt sprawy nie pozostawia żadnych złudzeń w tej kwestii. Źródłem informacji dla watykańskich służb śledczych stał się spowiednik papieskiego lokaja, który w tej sprawie złożył obszerne doniesienia. Ażeby być w pełni precyzyjnym dodam, że doniesienia złożyło w tej sprawie aż dwóch spowiedników, bo Paolo Gabriele kradł papieskie dokumenty całymi latami. Kradł, a potem latał do spowiedzi jak najęty…

Wniosek z całej historii tego papieskiego kamerdynera nasuwa się zatem jednoznaczny. Jak pracujesz dla papieża to nie okradaj go z tajnych i kompromitujących dokumentów. Jak go jednak okradasz to nie miej przy tej robocie wyrzutów sumienia. Jak jednak masz wyrzuty sumienia, to się z tego mimo wszystko nie spowiadaj. Jeżeli jednak pracujesz dla papieża, okradasz go przy tym z tajnych dokumentów, masz potem wyrzuty sumienia, a potem lecisz do spowiedzi…, to kłopoty gotowe.

I tu pojawia się w całej tej wielowątkowej sprawie także polski wątek, choć muszę przyznać niezbyt chwalebny. Tym jednak zajmiemy się już wkrótce.

Ciąg dalszy nastąpi…

 

 

 

PAOLO GABRIELE – część IX.

Wczorajszym wpisem o naruszenie tajemnicy spowiedzi wywołałem wręcz wściekłość niektórych duchownych, którzy dali upust swoich negatywnych emocji w dniu dzisiejszym. Panowie, proszę to robić oficjalnie i pod swoimi nazwiskami, biorąc udział w publicznej dyskusji z pozostałymi czytelnikami, chociażby na tym profilu. Ale piszmy tu wyłącznie o faktach, a nie o waszych złych emocjach i o tym co mnie spotka za ujawnianie przykładów łamania tajemnicy spowiedzi.

A skoro już o tajemnicy spowiedzi mowa, to dodam od siebie tylko jedno i zrobię to tutaj publicznie, aby nie pisać do każdego z was oddzielnie. Nie ja wymyśliłem tajemnice spowiedzi i nie ja ją łamię. Piszę tylko o faktach potwierdzających to, że ci co tę tajemnice ustalili, tę tajemnicę sami łamią. I tyle. A jeżeli uważacie, że przypadek Paolo Gabriele jest wyjątkowy, ze względu na tajne dokumenty papieskie, to pragnę was poinformować, także tutaj i w pełni publicznie, że Kodeks Prawa Kanonicznego takich wyjątków nie przewiduje. To po pierwsze. A po drugie, jak chcecie to ujawnię publicznie takie przykłady łamania przez was samych tajemnicy spowiedzi, i to tutaj w Polsce, że jak mówi jedna z moich ulubionych czytelniczek na tym profilu, „buty wam pospadają”. A ja dodam tylko, że „oby tylko buty”…

 

 

W aktach watykańskich śledczych dotyczących kradzieży papieskich tajnych dokumentów pojawia się wielokrotnie zapis, że Paolo Gabriele spowiadał się u duchownego nazywanego w tych dokumentach jego „ojcem duchownym” i że to podczas tych spowiedzi wyznał swojemu spowiednikowi wszystkie szczegóły dotyczące tego, że już od 2006 roku systematycznie kopiował i wynosił tajne dokumenty z gabinetu papieża Benedykta XVI i jego osobistego sekretarza. Zacytuję tu jedno kluczowe zdanie w tej istotnej kwestii. „To „ojciec duchowny” złożył żandarmerii watykańskiej obszerne wyjaśnienia, stając się kluczowym źródłem do aktu oskarżenia”. I to zdanie chyba nie pozostawia już żadnych złudzeń co do źródła informacji dla watykańskich służb śledczych.

 

 

 

Kim był zatem ten „ojciec duchowny” u którego spowiadał się papieski kamerdyner? Odpowiedzą na to kluczowe pytanie może być Centrum Duchowości Bożego Miłosierdzia w rzymskim Kościele Santo Spiryto, gdzie rektorem od lat jest polski kapłan, ks. prałat Józef Barta. Pracuje tam nad szerzeniem nie tylko kultu Bożego Miłosierdzia, ale także samej siostry św. Faustyny Kowalskiej (1905-1938), a pomagają mu w tym zakonnice ze Zgromadzenia Matki Bożej Miłosierdzia.

Zdjęcia do tego wpisu pochodzą właśnie z tego Centrum, a uważni obserwatorzy dojrzą na nich nawet samego wspomnianego Księdza Rektora, gdy nerwowo sprząta przed przyjazdem papieża Franciszka i gdy wita (lub żegna) Szacownego Gościa u bram Centrum w kwietniu 2020 roku. Dziękuję przy okazji Siostrze, której zawdzięczam te zdjęcia i zapewniam moją pełną dyskrecję. I tu mój prywatny mały apel do wszystkich sióstr z tego Centrum. Nie dajcie się Drogie Siostry nadal terroryzować temu despocie. Dał dowód, że potrafi sprzątać jak trzeba, więc teraz niech tak zostanie. I Boże Miłosierdzie nie ma tu nic do rzeczy.

 

 

To właśnie ks. prałat Józef Bart był wielokrotnie spowiednikiem Paolo Gabriele w kierowanym przez niego Centrum Bożego Miłosierdzia. To właśnie tego polskiego kapłana wymieniają komentatorzy procesu karnego Paolo Gabriele jako wspomnianego „ojca duchownego”, a tym samym informatora watykańskiej żandarmerii.

Ale jest i inny wątek tego słynnego i jakże brzemiennego w skutkach przecieku. Jako drugiego spowiednika papieskiego służącego i autora przecieku do watykańskich służb śledczych, wymienia się włoskiego duchownego, ks. Giovanni Luzi. Bo to on także kilkakrotnie spowiadał grzesznika kradnącego papieskie dokumenty, a tym samym mógł być tym wspomnianym źródłem przecieku.

Jak było naprawdę nie wiemy i pewnie już nigdy się nie dowiemy, sam Paolo Gabriele zabrał z resztą tę tajemnice do grobu. Najlepiej niech ci jeszcze żyjący jego spowiednicy ustalą to między sobą, choć zapewne tego nie zrobią, bo będą się w tej kwestii zastawiali właśnie tajemnicą spowiedzi, co w tej całej sprawie jest już wręcz groteskowe.

 

 

Moglibyśmy wyjaśnić kim był „ojciec duchowny” o którym mowa jest w aktach sprawy karnej Paolo Gabriele, podczas jego procesu karnego, gdy stanął on przed watykańskim sądem. Jednak ten jego proces nie przebiegał według powszechnie znanych procedur prawnych. Sam proces był od początku nietypowy i wręcz dziwny z proceduralnego punktu widzenia, a sami sędziowie zachowywali się tak jakby nie do końca chcieli ujawniać prawdę, którą winien zawsze ujawnić sądowy proces karny. Ale o samym procesie i jego dziwacznych standardach prawnych napiszę już wkrótce.

Ciąg dalszy nastąpi…

 

Andrzej Gerlach

Andrzej Gerlach. PAOLO GABRIELE. Cz.5 i 6.

PAOLO GABRIELE – część V.

To właśnie te tajne i przesyłane do Watykanu w wersji zaszyfrowanej raporty z większości papieskich nuncjatur na świecie, na temat skali osób o skłonnościach homoseksualnych we wszystkich episkopatach na świecie, stały się powodem powołania przez papieża Benedykta XVI równie tajnej komisji do opracowania specjalnego raportu, wyłącznie na jego własny użytek, o skali tego zjawiska w Kościele Powszechnym. Wszystko wskazuje na to, że do tego papieża dotarła świadomość, że po tylu latach kierowania Kościołem, nie jest on w stanie opanować wzajemnie się zwalczających mafii gejowskich w obrębie kościelnej centrali jak i w poszczególnych krajach na świecie.

I tu małe wyjaśnienie. Otóż w Kościele nie zwalczają się hierarchowie heteroseksualni z homoseksualnymi, jak to często jest komentowane przez różnych obserwatorów życia Kościoła. To nie jest bowiem tak, że kościelne lobby gejowskie walczy z tymi czarnymi heteroseksualnymi sutannami, że ci tęczowi walczą z tymi konserwatywnymi i że ten podział jest taki prosty na tylko dwa zwalczające się i rywalizujące o wpływy obozy. Tak do niedawna myślał zapewne także sam papież z Niemiec. Raport, który wówczas dla niego sporządzono ukazał mu całą złożoność tych wzajemnych walk o władzę i wpływy w całym Kościele Powszechnym, zupełnie różnych i bardzo często nieformalnych grup gejów, którzy za pomocą ujawniania słabości i ułomności charakteru przeciwników, w pełni kontrolowanych i świadomych przecieków do dziennikarzy, a także publikowania kompromitujących materiałów do mediów, skutecznie „wyrzynają” wokół siebie, tęczowa konkurencję. Kiedyś myślałem, że te gejowskie podziały są geograficzne, ale nie są. Że być może są więc narodowościowe, ale także się wówczas myliłem. Dziś jestem skłonny przyznać, że zależą raczej od swoich „patronów”, najczęściej w purpurowych sutannach, którzy nimi kierują i to oni jak „ojcowie chrzestni” w mafii, zawsze pociągają za najważniejsze sznurki, decydują o ataku na inne grupy watykańskich homoseksualistów lub o tworzeniu sojuszy, trwałych lub czasowych koalicji, jak w polityce. I jeżeli jakiś młody gej spoza Rzymu czy Włoch, znajdzie się nagle w Watykanie, najczęściej w ramach studiów doktoranckich lub delegacji do pracy w jakiejś watykańskiej instytucji, musi szybko „złapać za guziki przy właściwej sutannie”, najlepiej kardynalskiej. Jak złapie za niewłaściwą sutannę, leci w niebyt wraz ze swoich „patronem”. Jak ma szczęście, to sypialnia „patrona” jest jego trampoliną w karierze. I tak to działa od pokoleń…

Na czele wspomnianej komisji stanął z woli papieża Benedykta XVI, kard. Julian Herranz Casado (ur. 31 marca 1930 roku), Hiszpan i do tego prałat Opus Dei, co nastawiło mnie do niego niezbyt przyjaźnie, ale później przekonano mnie, że nie miałem w tym wypadku racji. Był on przez całe lata przewodniczącym Papieskiej Rady do Spraw Tekstów Prawnych, szefem kancelarii prawnej Watykanu i komisji dyscyplinarnej urzędników Państwa Kościelnego. Jego zastępcami byli kard. Salvatore De Giorgi (ur. 6 września 1930 roku), Włoch, emerytowany metropolita w Palermo oraz kard. Józef Tomko (ur. 11 marca 1924 roku), Słowak i emerytowany prefekt Kongregacji Ewangelizacji Narodów, a więc kongregacji do spraw misji.

Wszyscy ci kardynałowie żyją nadal, ale niezwykle trudno jest do dziś uzyskać wiarygodne informacje na temat tego strategicznego raportu, który został wówczas opracowany i nosił roboczą nazwę „Raportu o Homoseksualnych Lobbystach Watykańskich”. Z czasem nosił on także inne nazwy. Poza tymi trzema członkami Kolegium Kardynalskiego w pracach komisji brało udział wielu kościelnych prawników, najbliższych współpracowników tych trzech kardynałów, ale dotarcie do tych osób nawet obecnie, jest niezwykle utrudnione, tym bardziej, że wszyscy oni zaprzysięgli pełną dyskrecję i dozgonne milczenie na temat raportu i wszystkich prac związanych z jego powstaniem.

Co wiemy zatem na pewno na temat tego dokumentu. Ostateczny raport nosi datę 17 grudnia 2012 roku i został on w tym samym dniu doręczony osobiście do rąk samego papieża Benedykta XVI, który go sam zamówił. Aż siedmiu kardynałów z którymi na ten temat temat rozmawiałem po wielu latach jest przekonanych, że to właśnie lektura tego raportu była bezpośrednią przyczyną decyzji o jego abdykacji. W grudniu 2012 roku papież Benedykt XVI wiedział, że jest źle, próbował nawet ratować wizerunek Kościoła, ale prawdopodobnie skala zjawiska go przerosła i to była ta czara goryczy, która wówczas przesądziła o wszystkim. Papież po lekturze raportu poczuł się prawdopodobnie moralnym bankrutem i postanowił oddać sprawy upadłego moralnie Kościoła, którym kierował od lat, w inne ręce.

Ale losy tego jakże ważnego raportu nie zakończyły się na dniu gdy został on przeczytany przez papieża Benedykta XVI. Sprawa tego dokumentu miała swój dramatyczny ciąg dalszy i do jej poznania zachęcam wszystkich tych, którzy będą śledzić ją na tym profilu.

Ciąg dalszy nastąpi…

 

 

PAOLO GABRIELE – część VI.

Raport trzech kardynałów o którym ostatnio pisałem, powstawał przez kilka miesięcy. Dokument ten był pisany na zlecenie samego papieża Benedykta XVI i był przeznaczony wyłącznie dla niego. Jeszcze bowiem w trakcie jego opracowywania zakładano, że docelowo dokument ten trafi do archiwów watykańskich i obejmie go zapewne tajemnica papieska. Prawdopodobnie nikt z kardynałów, którzy go opracowywali nie przewidywał, że tworzony przez nich raport „wycieknie” i dotrze, w obszernych fragmentach, do dziennikarzy zajmujących się od lat tym co dzieje sią za Spiżową Bramą Watykanu, a tym samym pozna te fragmenty także opinia publiczna.

Nie wiemy na jakim etapie i przez kogo ten tajny dokument stracił walory tajności. Można założyć, że kiedy w dniu 17 grudnia 2012 roku, czytał go sam papież Benedykt XVI, dokument ten był jeszcze tajny. Ale już w lutym 2013 roku ta sytuacja się jednak zmieniła. Watykańskie służby śledcze podjęły bowiem drobiazgowe śledztwo zmierzające do tego, aby ujawnić tych wszystkich urzędników Stolicy Apostolskiej, którzy udostępnili tajny papieski raport, lub jego obszerne fragmenty, osobom świeckim spoza Watykanu. Nigdy jednak nikomu wprost nie postawiono w tej sprawie oficjalnych zarzutów.

Przełomowym momentem w całej tej sprawie był dzień 11 lutego 2013 roku, kiedy to podczas uroczystego konsystorza, papież Benedykt XVI oznajmił po łacinie (nie po włosku, bo sam papież przyznał po latach, że obawiał się popełnić jakiś błąd w tym języku), że z dniem 28 lutego 2013 roku abdykuje i opuszcza Tron Piotrowy. Oświadczenie papieża wywołało burzę i mnóstwo spekulacji wśród Książąt Kościoła. Na ich fali nagle do większości kardynałów „wypłynął” papieski tajny raport o homoseksualnych lobbystach w strukturach Stolicy Apostolskiej i ich wzajemnych walkach o wpływy w Kościele Powszechnym. Zapewne lektura tego dokumentu nie pozostała bez znaczącego wpływu na wybory Kolegium Kardynalskiego, które to gremium miało dokonać wkrótce podczas kolejnego konklawe.

Co dziwne, treść tego dokumentu była wówczas lekturą obowiązkową w większości rzymskich redakcji piszących o Kościele. Ale tak było nad Tybrem. Nad Wisłą podobne redakcje milczały w tej kwestii jak zaklęte, ale prawdopodobnie dlatego, że odpowiedzialnością za „zagejowanie” struktur kościelnych wszyscy obciążali Świętego Polskiego Papieża. I trudno się temu dziwić, bowiem jak ktoś to policzył dokładnie, około 97% krytykowanych homoseksualistów w strukturach całego Kościoła Powszechnego, to nominaci tego papieża.

Kiedy jeszcze oficjalnie papież Benedykt XVI pełnił swoje papieskie obowiązki, w dniu 23 lutego 2013 roku, rzecznik prasowy Stolicy Apostolskiej i Dyrektor Biura Prasowego Watykanu, jezuicki ksiądz Federico Lombardi (rocznik 1942), przypuścił na media wściekły atak za ujawnienie obszernych fragmentów tego raportu. Działania księdza rzecznika były co najmniej niekonsekwentne. Z jednej bowiem strony zaprzeczał istnieniu jakiegokolwiek tajnego raportu o lobby gejowskim w strukturach Watykanu, a z drugiej strony atakował media za jego ujawnienie. Jak to zrozumieć?

Ale do jeszcze dziwniejszej sytuacji doszło dzień po abdykacji papieża Benedykta XVI, w dniu 1 marca 2013 roku, gdy od kilku godzin Tron Piotrowy był już pusty, a kardynałowie rozpoczęli przygotowywania do konklawe. Rzecznik Watykanu, ks. Federico Lombardi przyznał podczas konferencji prasowej, przyciskany co prawda mocno do muru przez dziennikarzy w sprawie wspomnianego raportu, że tajne służby śledcze „podsłuchały dwa lub trzy telefony” wykonane na terenie Watykanu, podczas których omawiano szczegóły tego tajnego raportu. Jak to zrozumieć?

Ale w sprawie gejowskiego Watykanu kłamał…, o przepraszam, księża nie kłamią…, a więc „mijał się z prawdą”, nie tylko rzecznik Watykanu ks. Federico Lombardi. Z prawdą mijał się także w tej samej sprawie, sam nieomylny papież Benedykt XVI, co życzliwie przypomniał mi w dniu dzisiejszym mój kolega, także jezuita pracujący w Watykanie, śledzący na bieżąco moje wpisy na tym profilu. Jak więc widać, jezuita jezuicie nierówny… Ale o tym napiszę szczegółowo innym razem.

Ciąg dalszy nastąpi…

Andrzej Gerlach. PAOLO GABRIELE – część 3 i 4

PAOLO GABRIELE – część III.

Od afery związanej z wyciekiem setek dokumentów z gabinetu i sejfu papieża Benedykta XVI i jego osobistego sekretarza, prałata Georga Gansweina minęło już blisko dziesięć lat, a w naszym kraju większość osób pytanych w tej kwestii, albo o samej aferze nie słyszało, albo wie o niej zaskakująco niewiele. Zupełnie zadziwia mnie natomiast fakt, że nawet ludzie Kościoła i media katolickie w naszym kraju, albo nie wiedzą jakie dokumenty wówczas wyciekły, albo wręcz wymieniają te, których wartość była znikoma w całej aferze.

A zatem po kolei. Wyciek dokumentów z prywatnych apartamentów papieskich był tym bardziej dotkliwy, że dotyczył nie tylko ciemnych stron kościelnej centrali, ale także samego papieża i jego najbliższych współpracowników. Papieski kamerdyner skopiował lub sfotografował bowiem dokumenty z biurka papieża, na których najwyraźniej widać jego własne dopiski „do zniszczenia”, albo „ściśle tajne” lub „poufne”. A skoro tak, to opinia publiczna na całym świecie miała okazję poznać pontyfikat Benedykta XVI „od kuchni”, a to w każdej tego typu sytuacji stawia dostojnika kościelnego, władcę państwa czy każdego polityka w niezręcznej, żeby nie powiedzieć, kompromitującej sytuacji. Nie inaczej było także w wypadku tego papieża.

Bo papież z Niemiec przypominam niezwykle wiele wagi przykładał do budowy swojego wizerunku w świecie. Był postrzegany jako wybitny naukowiec, intelektualista, teolog, człowiek niezwykle poważny i uduchowiony. Nigdy nie pozwalał sobie na zbytnią poufałość, wręcz nie ufał ludziom, a swoje osobiste sympatie ograniczał jedynie do garstki swoich najbliższych współpracowników.

A tymczasem nielojalność jego kamerdynera ujawniła nam zupełnie inne oblicze tego papieża i tego pontyfikatu. „Pancerny kardynał” w sutannie papieża okazał się człowiekiem niezwykle interesownym, a nawet przekupnym. Podobnie wyglądał po tej aferze wizerunek jego osobistego sekretarza. Bo jak można wytłumaczyć treść poufnych listów papieskich, do niego i od niego, z lektury której możemy poznać nie starszego rozmodlonego teologa, autora wzniosłych i nie zawsze łatwych w interpretacji encyklik papieskich, tylko człowieka u którego bardzo wiele można „załatwić”, tylko wszystko ma swoją papieską cenę. Cenę ma zgoda na uzyskanie osobistej audiencji u Namiestnika Chrystusa, wyceniona jest także nominacja na to czy inne stanowisko, otrzymanie takiej lub innej godności też ma swoją cenę czy uzyskanie „osobistego błogosławieństwa papieskiego” dla siebie lub kogoś, potwierdzonego specjalnym certyfikatem z pięknymi papieskimi pieczęciami i dołączonym do certyfikatu jego osobistym zdjęciem. Widziałem w archiwach papieskich setki takich certyfikatów w swoim życiu, ale nie wiedziałem, że to tyle kosztuje. Nie wiem tylko czy takie „osobiste błogosławieństwo papieskie” było „konsultowane” z samym niebem i czy do tej niebiańskiej instancji odprowadzano chociaż część pozyskiwanej za błogosławieństwa i certyfikaty kwoty…

Właśnie taki jeden poufny list z załączonym do niego czekiem stał się powodem tego, że na papieskiego kamerdynera padły podejrzenia specjalnej watykańskiej grupy śledczej, która od pewnego już czasu badała to w jaki sposób ściśle tajne dokumenty wyciekają od pewnego czasu z biurka papieża i jego sekretarza. Skoro jednak już tak szczerze plotkujemy, to dodam, bo być może nie wszyscy czytelnicy to wiedzą, że ten feralny czek został wystawiony przez pewnego dziennikarza włoskiego, Bruno Vespy i opiewał na kwotę 10 tysięcy euro. Sprawę tego czeku opisze kiedyś bardziej szczegółowo, bo jest tego warta, a dzisiaj dodam tylko, że do tego czeku był dołączony list w którym dziennikarz prosił o osobistą audiencję u papieża i specjalny długi wywiad na wyłączność. Drogo? Chyba nie, skoro takie rzeczy były na porządku dziennym od lat.

Stawia cała ta historia papieża Benedykta XVI niewątpliwie w zupełnie innym świetle niż stawiają go od lat w naszych oczach nasze katolickie media, ale dodam tylko, że za jego Świętego Polskiego Poprzednika, było podobno zdecydowanie jeszcze gorzej i obowiązujące wówczas stawki były znacznie wyższe. Opowiedział by nam o tym najlepiej pewien jakże skromny dawny Jego Osobisty Sekretarz, ale ostatnio poszło mu nie najlepiej z pewnym publicznym wywiadem w TVN24, więc teraz zapewne trudno go będzie nakłonić do wspomnień z jego czasów watykańskich i kolejnych wywiadów.

Ale wynoszone przez papieskiego lokaja inne dokumenty były jeszcze bardziej pikantne i dotyczyły już nie tylko samego papieża, ale także skali moralnego upadku licznych członków Kolegium Kardynalskiego i wielu wpływowych urzędników samej Kurii Rzymskiej oraz malwersacji i skandalicznych operacji finansowych w centralnym banku Watykanu. O skali pikanterii tych dokumentów przekonają się wszyscy czytelnicy, którzy wkrótce odwiedzą mój profil.

Ciąg dalszy nastąpi…

 

 

 

PAOLO GABRIELE – część IV.

Papieskiemu kamerdynerowi i jego nielojalności zawdzięczamy także, że na światło dzienne wypłynęły tajne dokumenty dotyczące afer finansowych jakie rozgrywały się od wielu lat za Spiżową Bramą.

Od dziesiątek lat Bank Watykański leżący w samym centrum Państwa Kościelnego, był jednym z nielicznych banków w Zjednoczonej Europie w którym swoje konta posiadały wszelkie instytucje mafijne, gangi, wywiady różnych, niekiedy zwalczających się państw, szemrane korporacje i kilkuset polityków z całego świata, od skrajnej prawicy blisko związanej z Kościołem do skrajnej lewicy formalnie zwalczającej instytucję Kościoła. W tym banku, do niedawna nie podlegającym żadnej kontroli ze strony europejskich instytucji finansowych, swoje nieformalne dochody „prali” niemal wszyscy. Prawnicy, politycy, szpiedzy, agenci, biznesmeni, ludzie mafii, ale także niemal wszyscy ważniejsi urzędnicy Kurii Rzymskiej. To niemal było zabawne, że na codzień zwalczające się krwawo mafie, wrogie sobie gangi czy obce wywiady deponowali „lewą” kasę w jednym banku, ale biznes jest biznes, a pieniądz podobno nie śmierdzi.

Złotym okresem w tej działalności był podobno schyłek panowania papieża Pawła VI i Naszego Świętego Polskiego Papieża. Sprawa Banku Ambrosiano powiązanego z Bankiem Watykańskim i jego prezesa, którego wiszące ciało zostało znalezione na jednym z londyńskich mostów, a jego sekretarka wyskoczyła po kilku dniach z wieżowca, to jedna z największych afer pontyfikatu Jana Pawła II. O finansowych aferach abp Paula Marcinkusa z USA, którego miałem okazje poznać w Watykanie, ulubieńca Jana Pawła II, bardziej bankiera i mafiosa niż biskupa, napiszę kiedyś szczegółowo. Sprawę Banku Watykańskiego podobno próbował zbadać sam papież Benedykt XVI, ale poległ w walce z aferami swoich bankierów. A kiedy gromadzone dokumenty za sprawą jego służącego ujrzały światło dzienne, skandal wybuchł i opisywały go wszelkie media na świecie. Tylko w Polsce pisano o tym skromnie, aby nie ucierpiał wizerunek Świętego Rodaka.

Dopiero papież Franciszek z pomocą świeckich bankowców rozgonił „lewe” pieniądze z tej finansowej instytucji Kościoła. Z raportu jaki miałem przed laty w rękach wynikało, że na niewiele poniżej 12 tysięcy kont, ponad 10 tysięcy należało do instytucji szemranych lub osób, których reputacja pozostawiała wiele do życzenia. To chyba przemawia do wyobraźni czytelników.

Ale dzięki nielojalności papieskiego kamerdynera wiemy dzisiaj, że na przykład znany kardynał, Sekretarz Stanu, druga po papieżu osoba w hierarchii Kościoła, wykorzystał miliony euro z konta charytatywnego pewnej fundacji, którą nadzorował i która zbierała na leczenie chorych dzieci w Szpitalu Imienia Dzieciatka Jezus w Rzymie, na przebudowę i pełny remont swojego prywatnego apartamentu na terenie samego Watykanu o skromnej powierzchni około 350 metrów kwadratowych. Ot, drobnostka z życia Księcia Kościoła.

Ale prawdziwa burza wybuchła dopiero wtedy, gdy na światło dzienne wyciekły tajne dokumenty jakie napływały z ponad 160 nuncjatur na całym świecie. Otóż na zlecenie Sekretariatu Stanu, a niewykluczone, że i samego papieża Benedykta XVI, dyplomacja watykańska na całym świecie przygotowała ściśle tajne i przesyłane w formie zaszyfrowanej, listy czynnych homoseksualistów wśród katolickich biskupów. Ale kiedy wynosił je a gabinetu swojego pryncypała Paolo Gabriele, dokumenty te były już rozszyfrowane.

Nad Watykanem i Kościołem Powszechnym zawisły prawdziwe czarne chmury. Musiało dojść do burzy z piorunami…

Ciąg dalszy nastąpi…

Andrzej Gerlach. PAOLO GABRIELE – część 1 i 2

PAOLO GABRIELE – część I.

Pisałem materiał do pewnej włoskiej gazety na temat zmarłego, pod koniec listopada 2020 roku, byłego kamerdynera papieża Benedykta XVI, Paolo Gabriele. Postanowiłem więc podzielić się i z Państwem w dniu dzisiejszym kilkoma informacji na jego temat.

Paolo Gabriele to służący, kamerdyner, osoba świecka, nie mająca właściwie żadnego formalnego wykształcenia, a więc w hierarchii watykańskiej „Pan Nikt”, a tymczasem to właśnie on przeszedł już do historii nie tylko pontyfikatu papieża, któremu służył, ale także całego Watykanu.

Był zatrudniony w domu papieskim jako osobisty służący i kamerdyner papieża Benedykta XVI, osobiście budził go codziennie rano, niezwykle dbał o jego garderobę, bo o czym warto wiedzieć, ten papież miał wręcz obsesje na punkcie swoich strojów, bielizny i wszystkich rzeczy, które go otaczały. Tym zajmował się właśnie Paolo…

Ale to właśnie on jako jeden z pierwszych zauważył, że wiele niezwykle ważnych informacji, które nie docierają do papieża, nie dociera, bo jego hierarchiczne otoczenie robi wszystko, aby tak właśnie było. I to właśnie zwykły służący, osobisty kamerdyner papieski, był niekiedy tym człowiekiem z najbliższego otoczenia papieża Benedykta XVI, który informował go o tym, czego nie dowiadywał się ze swoich spotkań z dumnymi członkami kolegium kardynalskiego, swoimi najbliższymi współpracownikami czy z raportów które dla niego przygotowywano. Najlepszymi okazjami do szczerych rozmów papieża z jego służącym były chwile ubierania papieża i podawania mu posiłków. Niekiedy sam papież pytał, a Paolo jedynie odpowiadał, niekiedy to Paolo inicjował rozmowę, a wiedział wiele, bo umiał słuchać…

Oficjalną osobą numer jeden u boku papieża Benedykta XVI był jego osobisty sekretarz, niemiecki prałat Georg Ganswein, czyli taki ks. Stanisław Dziwisz z czasów pontyfikatu papieża Jana Pawła II, jak pisały włoskie, francuskie i amerykańskie media „Piękny Georg”. Wzdychały do niego liczne i bardzo wpływowe kobiety, ale i watykańscy geje, a kiedy w kalendarzu dla gejów ukazały się jego piękne i pozowane zdjęcia, wybuch prawdziwy skandal… Ale to nie osobisty sekretarz papieża Benedykta XVI jest dziś tematem tego wpisu.

Ze względu na swoje codzienne obowiązki zawodowe Paolo Gabriele miał duże, kilkupokojowe mieszkanie w samym Watykanie, gdzie mieszkał ze swoją żoną i trojgiem dzieci. To wyjątkowa sytuacja dla osób świeckich, gdyż tylko nieliczni z nich mają takie przywileje w tym państwie sutann i habitów.

Co zatem stało się, i kiedy do tego doszło, że ten skromny, niepozorny i małomówny człowiek, wręcz niezauważany często przez dumnych kardynałów, arcybiskupów, biskupów oraz watykańskich prałatów, złamał obowiązujące go zasady i zrobił coś, co drastycznie wpłynęło nie tylko na jego osobiste życie, ale wręcz wstrząsnęło całą Stolicą Apostolską i opinią publiczną na całym świecie? O tym dowiedzą się ci wszyscy, którzy będą odwiedzali mój profil w najbliższych dniach.

Ciąg dalszy nastąpi…

P.S.

Na zdjęciu, papież Benedykt XVI ze swoim osobistym sekretarzem, prałatem Georgiem Gansweinem i kamerdynerem Paolo Gabriele (na pierwszym planie).

PAOLO GABRIELE – część II.

To historia niemal jak z filmu szpiegowskiego i to takiego, którego fabuła nie mogłaby wydarzyć się w życiu. Ale ta historia nie tylko się wydarzyła, ale także trwała wiele lat.

Śledztwo jakie przeprowadzono w samym Watykanie po aresztowaniu papieskiego kamerdynera Paolo Gabriele wykazało niezbicie, że co najmniej od 2006 do 2010 roku, sam systematycznie fotografował lub kopiował niezwykle ciekawe dokumenty z osobistego biurka papieża Benedykta XVI i jego sekretarza prałata Georga Gansweina. A były to dokumenty niezwykłe. Nie tylko dlatego, że tajne, w pełni poufne, ale także ujawniające działania o charakterze kryminalnym. A dotyczyły najwyższych dostojników kościelnych i to w samej centrali tej instytucji. Były to zarówno poufne raporty opracowane na potrzeby samej Głowy Kościoła, ale także takie dokumenty, które w pełni ujawniały działania protekcyjne, łapówkarskie i wręcz kryminogenne jego otoczenia.

Osobisty służący papieża Benedykta XVI z racji pełnionej funkcji miał nieograniczony dostęp do samego papieża, ale tym samym do jego prywatnych apartamentów, jego sypialni, biurka i sejfu… Z jednej strony dostarczał papieżowi informacje o tym co mówiło się za jego plecami, a z drugiej strony sam szperał, czytał i kopiował dokumenty do których formalnie nie powinien mieć dostępu.

I tu zapewne pada pytanie, które paść musi. Dla kogo kamerdyner, człowiek niewykształcony, kopiował i fotografował dokumenty z gabinetu swojego pracodawcy. Niewątpliwie jedną z osób, które skorzystała z tego niebywałego i niezwykłego przecieku był włoski dziennikarz Gianluigi Nuzzi, który na podstawie części z nich napisał niezwykłą książkę „Jego Świętobliwość – tajne papiery Benedykta XVI”. Ale chyba nikt nie ma wątpliwości, że osób które miały dostęp do tajemnic z osobistego biurka i sejfu papieża Benedykta XVI, było znacznie więcej. Śledztwo jakie wówczas przeprowadzono, a przede wszystkim proces sądowy jaki następnie wytoczono papieskiemu kamerdynerowi to jedno z najdziwniejszych rzeczy, z prawnego punktu widzenia, jakie temu wydarzeniu towarzyszyło. Napisze na ten temat w przyszłości znacznie więcej, ale teraz powiem tylko jedno. Zrobiono wszystko, aby nie ujawnić wszystkich tych, którzy stali za zdradą Paolo Gabriele i aby nie odpowiedzieć na żadne pytania, które nasuwały się wówczas każdemu, kto przyglądał się tej sprawie.

Tysiące kompromitujących dokumentów z lat 2006-2010, które ujrzały wówczas światło dzienne i zostały nazwane przez wielu watykanistów Vatileaks (w nawiązaniu do analogicznej afery w USA), nie pozostawiają żadnych złudzeń co do moralnych postaw tych najważniejszych ludzi Kościoła, których te dokumenty dotyczyły. A jestem przekonany, że nie wszystko co wówczas wyciekło z Watykanu już znamy.

Moralny upadek, łapówki, korupcja, kupowanie stanowisk i godności, wykorzystywanie pieniędzy Kościoła na własne niegodziwe cele, w tym środki finansowe z licznych fundacji charytatywnych na zakup swoich nieruchomości i wydatki na partnerki i partnerów seksualnych. To już wszystko było i historia Kościoła jest pełna tego typu historii. Ale jeżeli komuś naiwnemu się do niedawna wydawało, że tak było jedynie w dobie Borgiów, to zapewniam, że współcześni Borgiowie nazywają się Piusami, Pawłami, Janami Pawłami i Benedyktami…

No właśnie, skoro już o Benedykcie XVI mowa, to dla mnie staje się zupełnie jasne, że ten dobrotliwy staruszek to nie był nieświadom niczego świętobliwy kapłan, piszący jedynie te swoje słynne traktaty teologiczne, całkowicie oderwany on tej całej moralnej zgnilizny, która go otaczała. Skoro to wszystko leżało na jego osobistym biurku, było przechowywane w jego sejfie…?

Nie oceniam moralnej postawy papieskiego kamerdynera, czy zdradził i dlaczego swojego pracodawcę. Czy miał jednak do tego prawo? Czy rzeczywiście zrobił to z wyższych pobudek moralnych, o czym mówił chociażby na swoim procesie? Ale to właśnie jemu zawdzięczamy to, ze ten smród z Pałacu Apostolskiego rozniósł się po świecie. I śmierdzi nadal.

A sprawca tego całego zamieszania wpadł po czterech latach w ręce watykańskich śledczych z powodu jednego niepozornego czeku… I bynajmniej nie wystawionego na osobę samego Paolo Gabriele. Czeku jaki został wystawiony za papieską protekcję, pewnie niejedną podczas tego pontyfikatu, ale o tym napiszę już innym razem.

Ciąg dalszy nastąpi…