Wpisy Obserwatorium

Tarcza chce karać wiezieniem za poronienie i aborcję. Od prawa do aborcji do państwa prawa. Komu wadzą Prawa Człowieka? I dlaczego tylko konserwatystom?

W kolejnej nowelizacji Tarczy antykowidowej pojawiły się znowu propozycje karania więzieniem za poronienie i aborcję.

 

 

I oto mamy kolejną odsłonę w sprawie praw reprodukcyjnych. Przypomnijmy więc i powtórzmy po raz kolejny, że :

1.prawa reprodukcyjne nie podlegają dyskusji – są to prawa człowieka, które mówią, że jednostka decyduje w sprawie swojej płodności,  rodzicielstwa, użycia środków kontroli płodności, przerwania ciąży, stosowania metod umożliwiających poczęcie i urodzenie własnego potomstwa.

Każde działanie systemowe,

wkraczające w kompetencje człowieka

w zakresie jego praw reprodukcyjnych,

jest działaniem wbrew zapisom zawartym w

Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka.

 

Jest to zatem rodzaj przemocy prawnej wobec jednostki, i całych grup społecznych, która od ponad 150 lat ma swoją nazwę i jest to eugenika, czyli taki rodzaj inżynierii społecznej, która bez względu na motywacje (rasizm, faszyzm, nacjonalizm, chciwość, pazerność, mizoginizm, inne) łamie jednostronnie umowę społeczną i wkracza w sfery życia jednostki, naruszając jej elementarne prawa. Dojrzały człowiek  podejmuje odpowiedzialność za swoje życie, w tym również za decyzje dotyczące powoływania na świat potomków. We współczesnym świecie nazywamy to świadomym rodzicielstwem.  Autonomiczny charakter decyzji reprodukcyjnych wyklucza ingerencję osób trzecich, a cóż dopiero aparatu państwowego z ustawami jawnie wymierzonymi przeciwko obywatelowi i jego wolności osobistej.

 

 

 

3.świadome rodzicielstwo wymaga rzetelnej wiedzy o naturalnym rozrodzie, płodności, seksualności, zagrożeniach ciąży, porodu i połogu, a także dostępu do środków antykoncepcyjnych, skutecznych metod leczenia bezpłodności, bezpiecznych środków wczesnoporonnych, odpowiedniej opieki zdrowotnej dla kobiet i mężczyzn w okresie reprodukcyjnym i postreprodukcyjnym. Nowoczesne państwo demokratyczne powinno tworzyć dobre warunki swoim obywatelom, by ci mogli bez trudu i wielkich wyrzeczeń stać się posiadaczami tej cennej i niezbędnej wiedzy oraz beneficjentami współczesnej nauki o człowieku.

 

 

 

 

4.ustawy mogą regulować jedynie to co jest poza autonomiczną decyzją jednostki w sprawie jej płodności – np. określić zgodnie z wiedzą medyczną granicę terminacji ciąży na życzenie, metody terminacji powyżej granicy terminacji ciąży w przypadku zagrożenia dla zdrowia i życia kobiety, w sprawie oferty w zakresie antykoncepcji, zakresu refundacji in-vitro czy innych metod jakie pojawią się w przyszłości, by zaspokoić potrzebę spełnienia się w macierzyństwie. W demokratycznym państwie prawa obywatele mają dostęp do dobrych usług publicznych m.in. także tych, które gwarantują im pełny dostęp do zdobyczy technologicznych i postępu nauki.

Państwo może  zachęcać lub zniechęcać do rozrodu, ale wyłącznie w granicach perswazji i zawsze w oparciu o racjonalną diagnozę społeczną i wiedzę medyczną. Niedopuszczalne zaś jest oddziaływanie poprzez wywoływanie nieuprawnionego niczym poczucia wstydu, winy, czy stygmatyzowanie jednostki za podejmowane przez nią decyzje, które akurat się władzom mniej podobają. Państwo, które restrykcjami prawnymi kształtuje zachowania jednostki i to w zakresie kompetencji należących wyłącznie do tej jednostki, nie jest państwem demokratycznym ani świeckim.  Jest za to państwem zdominowanym światopoglądowo przez religię lub inną autorytarną ideologię, jego instytucje nie cieszą się zaufaniem społecznym, a władza nie ma co liczyć na  solidarność i poświęcenie  obywateli w obliczu klęsk i obiektywnych problemów wewnętrznych i zewnętrznych. Władza w takim państwie jest tylko tak silna, jak mocny i skuteczny posiada aparat przymusu, wymierzony przeciwko swoim obywatelom. Takich atrybutów siły władzy nie przewiduje  się w demokracji.

 

 

 

5.Kolejny problem związany ściśle z ustawą antyaborcyjną, to wysyp organizacji, których działalność zaprzecza całkowicie idei pożytku publicznego. Dzięki nieuzasadnionej szczodrości obecnych władz, realizują w Polsce szkodliwe społecznie projekty. W szczególności daje się zauważyć efekty ich działalności na polu pogłębiania rozdźwięku między różnymi grupami społecznymi, ograniczania  dzieciom i młodzieży dostępu do wiedzy (nie tylko w zakresie edukacji seksualnej), infantylizacji kobiet,  dyskryminacji społeczności LGBTQ, i każdej grupy ludzi o innym zestawie wartości niż katolickie – ekologów, wegetarian, humanistów, naukowców, lewicowców itp. Ergo, jeśli ktoś nie realizuje agendy konserwatywno-katolickiej ma duże szanse stać się celem nienawistnej nagonki, nawet jeśli z grubsza podziela katolicki światopogląd.

Jedną z najbardziej szkodliwych organizacji jest Fundacja Instytut na rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris – utworzona w 2013 roku przez Stowarzyszenie Instytut Edukacji Społecznej i Religijnej im. ks. Piotra Skargi. Zajmuje się ona m.in. lobbowaniem polskich parlamentarzystów w celu uzyskania poparcia dla przygotowanych przez OI projektów ustaw, godzących w prawa kobiet. Także wciskaniem samorządom terytorialnym gotowych deklaracji dyskryminujących społeczność LGBT+, znanych powszechnie pod niewinnie brzmiącą nazwą Karta Rodziny. Są też umoczeni w ogłaszanie przez gminy stref wolnych od LGBT…

 

Niedawno chwalili się też pozyskaniem wielu dusz wśród świeżo upieczonych prawników. Nic dziwnego skoro uczelnie dopuściły do nachalnej ekspansji na swoim terenie. Weszli z ofertą pracy i szkoleniami w zakresie kształcenia podyplomowego dla  studentów i absolwentów. Na tych szkoleniach uczą młodych i niedoświadczonych prawników jak reinterpretować prawo, wypaczać jego intencję i jak się nim posługiwać w walce z prawami człowieka. Fundacja potrzebuje taniej siły roboczej, by zaspokoić potrzebę kontroli w procesach o obrazę i zniesławienie w kontekstach religijnych, w których albo broni albo – częściej – pozywa. Ostatnio było głośno o udziale prawników z Fundacji OI w aferze prof. Ewy Budzyńskiej, która zbulwersowała studentów Uniwersytetu Ślaskiego, gdy podczas wykładów opowiadała nienaukowe brednie zgodne z jej osobistym światopoglądem, i całkowicie niezgodne z tym co mówi nauka… Prawnicy z OI przeprowadzili serię wielogodzinnych  przesłuchań studentów i studentek, którzy złożyli oficjalną skargę na prof. Budzyńską do władz uczelni. Przesłuchania miały zastraszyć młodych ludzi i zniechęcić ich do podobnych oświadczeń w przyszłości.

 

 

Ordo Iuris wraz z innymi organizacjami tworzą aktywną siatkę współpracującą w realizacji priorytetów wyznaczonych przez Agenda Europe – międzynarodowy think tank lobbystów – amerykańskich i europejskich, którzy postawili sobie za cel zmianę ustawodawstwa w taki sposób, by znosiło prawa kobiet, chroniło przywileje rodziny katolickiej i zagoniło społeczność LGBT z powrotem do szafy. Jest to frontalny atak na podstawy systemu prawnego współczesnego świata, którego fundament zbudowano na zapisach Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka.  Temu służą kolejne projekty „obywatelskie” całkowicie zabraniające przerywania ciąży, temu służą podsuwane samorządowcom karty rodziny, które de facto są dokumentami dyskryminującymi systemowo społeczność LGBT i jak można przypuszczać będą równie sprawnie dyskryminować każdą inną mniejszość w naszym społeczeństwie.

 

W ich agendzie mieści się także planowany zakaz rozwodów, prawo dyskryminujące samotne matki i ojców, małżeństwa niesakramentalne, zakaz prowadzenia badań naukowych i eksperymentów medycznych wokół zwalczania chorób zakaźnych (szczepienia ochronne) zwyrodnieniowych ( transplantologia, implantologia, protezowanie, hodowle tkanek,) genetycznych i wrodzonych…  Darwinizm społeczny, to jakby druga twarz  konserwatyzmu. Kiedy się słucha takiego Jerzego Kwaśniewskiego – członka zarządu OI, nawet wtedy gdy histerycznie broni każdego zapłodnionego jaja, trudno nie dostrzec wspólnej dla niego i każdego eugenika z początków wieku XX, pogardy dla człowieka, jego prawa do autonomii i wolności osobistej. Gdyby żył w 1930 roku w Niemczech, zapewne gorąco poparłby narodowy socjalizm, faszyzm i eksterminację wszystkiego co nienordyckie.

 

 

 

 

Organizacje prawicowe i katolickie bardzo dbają o przekazanie pałeczki młodemu pokoleniu. Przyjmują w swoje szeregi nawet gimbazę. Dzieci i młodzież rekrutowana dziś do tych organizacji, będzie miała w przyszłości duży problem z asymilacją społeczną i przystosowaniem się do oczekiwań swoich rówieśników. Poczują boleśnie brak akceptacji, a jeśli się wyalienują – będą skazani na osamotnienie, depresję, zgorzknienie i poczucie bezsensu. Zastanawiam się czy to w porządku, że państwo toleruje takie organizacje, a zwłaszcza udział nieletnich w ramach ich działalności.

Jestem z pokolenia, które uważało, że wszystkie dzieci są nasze. Trudno mi się pogodzić z krzywdą, jaką się wyrządza tym młodym ludziom, którzy przecież nie są jeszcze na etapie sprawnej intelektualnie korekty tego w czym uczestniczą. Nie potrafią też przewidzieć, jakie to będzie miało skutki dla ich samorealizacji w życiu osobistym. Państwo – władze oświatowe, które pozwalają na istnienie niekontrolowanych w żaden sposób obszarów wpływu na młode pokolenie (religia w szkole, harcerstwo katolickie, organizacje antychoice), jawi mi się jako słabe, wadliwie działające,  pozbawione poczucia odpowiedzialności za przyszłe pokolenia.

 

 

 

Dokładnie w ten sam sposób oceniam istnienie organizacji nacjonalistycznych i jawnie faszystowskich, skupiających coraz większą liczbę młodych chłopaków i dziewczyn w swoich szeregach. Środowiska te oceniam jednoznacznie jako szkodliwe dla rozwoju demokratycznego państwa prawa i społeczeństwa obywatelskiego. Niepokojące są też obserwacje i doniesienia prasowe na temat zmian w priorytetach różnych odłamów harcerstwa, zachęcanie dzieci do uczestnictwa w polowaniach i pokocie. Oswajanie dzieci z zadawaniem bólu i śmierci, z narzędziami służącymi do odbierania życia i obrony przed napastnikiem kojarzy się jednoznacznie. Warto więc zadać pytanie do czego zmierza nasze państwo? Bo raczej nie do rozwoju i postępu w kierunku nowoczesności…

 

 

PS.: Każdy kto łamie elementarne zasady, które powyżej zostały wyszczególnione, powinien być traktowany jak wróg demokracji, państwa prawa i społeczeństwa obywatelskiego. Każdy zaś kto staje w obronie tych, którzy łamią nasze prawa i przekreślają umowę społeczną powinien usłyszeć od nas, że tkwi z błędzie. Rzeczą ludzka jest się mylić, ale wyrazem głupoty jest tego nie zauważyć mimo oczywistych przesłanek.

 

 

Każdy widzi taką rzeczywistość jakim językiem została mu opowiedziana – nie mamy innego wyjścia jak z całych sił pracować nad tym, aby nasi współobywatele, o odmiennym kapitale kulturowym i innych źródłach swojej mocy, dostrzegli to, co z pewnością wszystkich nas łączy i że jest to marzenie o dobrym miejscu do życia, bezpiecznym, dobrze działającym państwie, gdzie chce się tworzyć,  budować, odkrywać, gdzie radość jest radością, a smutek smutkiem.

 

 

Marzenie o normalności nie brzmi jak marzenie – ale w naszych czasach to bardzo wysoko umieszczona poprzeczka, bo absurdalnie nisko spadliśmy z wyżyn lat 80-tych zeszłego stulecia. Trzeba o tym pamiętać i mieć świadomość punktu w jakim znaleźliśmy się po trzydziestu latach fikcji wolności, demokracji i postępu.

 

kuna2020Kraków

Enfant terrible Europy nie szanuje swojego suwerena, kłamie i szkodzi. Wszyscy widzą, że król jest nagi, a król się bawi w najlepsze.

Fakty są takie:

1.Polska od czasu, gdy rządzi nią niepodzielnie PIS, bojkotuje wszystkie inicjatywy wymagające współpracy w ramach U.E.

2.w ramach tego schematu działania, odmówiła wzięcia udziału w zbiorowych zamówieniach sprzętu i środków osobistej ochrony przed COVID19. Teraz kupujemy to samo znacznie drożej.

3.rezolucja PE ws. „skoordynowanych działań UE na rzecz walki z pandemią COVID-19 i jej skutkami” – ODRZUCONA przez europosłanki i europosłów z PIS

Tam było tylko jedno zdanie o wyborach w Polsce. Cała rezolucja ma ponad 70 punktów, liczy 16 stron. Są w niej zapisy o bezdomnych, o osobach w trudnej sytuacji, o szacunku dla lekarzy i innych, którzy walczą na pierwszej linii frontu z COVID-19, o solidarności z innymi państwami, które najbardziej ucierpiały…

PiS nie umie odnaleźć się w unijnej merytoryce, która jest nakierowana na działania wspólne. Środki z UE na walkę z koronawirusem mają wspierać trzy segmenty:

1. szpitale – zakup sprzętu i potrzebnego wyposażenia
2. wsparcie dla przedsiębiorców, które realnie pomoże uratować ich przedsiębiorstwa, także MSP
3. wsparcie dla pracowników

4.Nie informuje się nas o wielkości wsparcia UE dla Polski, a dostaliśmy największą kwotę pomocy do dyspozycji, bo aż 13 mld Euro z puli 55 mld w skali całej unii. Tymczasem Ziobro:

W piątek, już po głosowaniu w PE, minister Ziobro wyszedł w maseczce i grzmiał, że zamiast zajmować się pandemią, „UE chce się zajmować dalej ściganiem rzekomych braków praworządności w Polsce”. Tak sączą nam jad do głowy, którego celem jest przekonanie Polaków do wyjścia z UE. Politycy PiS krytykując UE obrali taką taktykę i taką linię kontaktu ze społeczeństwem.

5.Każde województwo posiada pulę pieniędzy z UE, ale ich nie wykorzystuje na doposażenie służb celnych, policji, opieki zdrowotnej, ludności, poszkodowanych przedsiębiorców i pracowników. Niewykorzystane środki trzeba będzie zwrócić. To irracjonalne działanie władz lokalnych jest wyrazem lojalności wobec PIS kosztem ludzi. To elementarny brak szacunku i lekceważenie społeczeństwa.

 

Podkarpacie ma 230 mln zł. Jak są wykorzystywane te środki w Pani regionie?

Olbrzymie środki, które mamy na Podkarpaciu powinny być szybko skierowane do firm, szpitali i mieszkańców. Nie słyszałam jeszcze o takich działaniach marszałka województwa. Czytałam jedynie, że ma być dokupiony sprzęt w szpitalach.

Wszyscy skarżą się na brak sprzętu ochrony osobistej, nie tylko w szpitalach, ale na granicy, czy w policji. Ostatnio widziałam na FB maseczkę na wyposażeniu jednej ze służb. Trudno uwierzyć, że taka szmatka spełnia jakiekolwiek normy. Mamy XXI wiek i tak olbrzymie pieniądze przeznaczane są choćby na propagandę TVP, a tutaj takie wyposażenie.

Nie wzięliśmy jako Polska udziału we wspólnych zakupach środków ochrony. Teraz kupujemy dużo drożej. Nie przystąpiliśmy od początku do programu UE ściągania mieszkańców za darmo z zagranicy. I można tak wymieniać….

 jak podaje Onet – jesteśmy jedynym krajem UE, który otrzymał od KE list z prośbą o rzetelne informowanie opinii publicznej o wydatkowaniu unijnych pieniędzy na walkę z COVID-19.

ŹRÓDŁO

 

 

Każdy rozsądny człowiek zapyta – ale o co chodzi PIS?

Prawdopodobnie chodzi im o to, żeby wyprowadzić Polskę z Unii i to z naszym, obywateli poparciem. Stąd blokada na informacje o wielkości pomocy unijnej, stąd lekceważenie ręki którą do nas wyciąga unia, bojkotowanie wszystkiego co unia inicjuje jako ważne projekty wymagające współpracy.

A dlaczego? Dla władzy absolutnej, bo Kaczyński jest psychopatycznym, nienawistnym, nieszczęśliwym osobnikiem, któremu władza ma rekompensować brak poczucia sensu życia. Kawaler, w życiu którego nie było nigdy trwałego związku z kimkolwiek może poza kotem, bezdzietny, pozbawiony zainteresowań czy pasji. Mnie nie dziwi jego sposób działania. Mnie dziwi, że ktokolwiek mógł oddać mu swoje życie do dyspozycji i pomagać temu człowiekowi zajść tak daleko i tak wysoko.

 

 

Panowie i Panie z PIS – czas się opamiętać. Już dziś ciąży na was odpowiedzialność za to, co prezes zrobił z tego kraju waszymi rekami. Jedyną okolicznością łagodzącą może być wasz udział w detronizacji prezesa, tylko czy potraficie się zmobilizować? Dla dobra waszego i suwerena? Bardzo wątpię. Ale równie mocno chcę się mylić w ocenie. To ostatnie chwile na takie działania. Potem już nic nie da się zrobić z infant terrible Europy.

To życzliwe ostrzeżenie. Ostatnie.

 

Kuna2020Kraków

Juliusz Paetz. Mechanizmy przemocy i władzy. Część 9

ABP JULIUSZ PAETZ – część IX.

Wróćmy w dzisiejszym odcinku naszego cyklu do roku 1968, kiedy to papież Paweł VI ogłosił jedną z najważniejszych encyklik swojego pontyfikatu „Humanae Vitae”. Był to dokument papieski, który przekreślił ostatecznie jakąkolwiek dalszą burzliwą dyskusję w Kościele na temat kwestii innego niż dotychczas podejścia do seksualności człowieka, kontroli rozrodczości z wykorzystaniem jakiejkolwiek z form sztucznej antykoncepcji, szeroko rozumianego problemu zapłodnienia pozaustrojowego jako metody leczenia niepłodności, kwestii in vitro i tym podobnym zagadnieniom, na rozwiązanie których czekali wierni Kościoła Katolickiego.

Taka burzliwa dyskusja toczyła się bowiem od wielu lat w Kościele, wśród teologów moralistów, od czasu Soboru Watykańskiego Drugiego. Encyklika papieska z 1968 roku postawiła w tych drażliwych kwestiach etycznych przysłowiowa kropkę nad i. Kościół dopuszczał od tego czasu jedynie w pożyciu małżeńskim naturalną metodę regulacji urodzeń. Przysłowiowy „kalendarzyk małżeński” stał się od tego czasu głównym przedmiotem nauczania na wszelkich parafialnych kursach przedmałżeńskich. Starsi czytelnicy mojego cyklu wiedzą o tym najlepiej i sami mogliby na ten temat napisać znacznie więcej w oparciu o własne doświadczenia w tym względzie.


Podobno młody wówczas, kard. Karol Wojtyła z Krakowa, mianowany kardynałem rok wcześniej, stał się jednym z głównym konsultantów tego papieskiego dokumentu, a jak twierdzą jego współpracownicy, ponad 60% tekstu encykliki to propozycje, które zostały nadesłane właśnie z Krakowa. Nie wchodząc w szczegóły dodam tylko, że publikacja tej encykliki wywołała w 1968 roku i w latach następnych, w kręgach najważniejszych teologów moralnych, katolickich ośrodków akademickich, w tym wśród wykładowców wydziałów teologii na całym świecie, niezwykle ostre protesty. 
Bezpośrednio po publikacji papieskiej encykliki ostry list protestacyjny podpisało przeszło 600 najsłynniejszych teologów moralnych, w tym wielu znanych naukowców z tytułami profesorskimi.

O ile papież Paweł VI ignorował te protesty i na nie niemal nie reagował, o tyle, po październiku 1978 roku, za pontyfikatu papieża Jana Pawła II, za protestowanie przeciwko encyklice „Humanae Vitae” leciały w Kościele głowy i to na wysokich szczeblach w hierarchii jak i na katolickich uczelniach na wszystkich kontynentach. Profesorowie i młodzi naukowcy z całego świata tracili w trybie natychmiastowym swoje teologiczne katedry, tracili prawo do nauczania, a nawet w skrajnych przypadkach, byli usuwani ze stanu kapłańskiego i przenoszeni do stanu świeckiego.

I tu małe, ale moim zdaniem niezwykle ważne pytanie do wszystkich czytelników mojego profilu. Jak się Państwu wydaje, czy więcej głów poleciało w Kościele Katolickim, za pontyfikatu świętego papieża znad Wisły, za popieranie prezerwatyw i dopuszczanie do użycia tabletek antykoncepcyjnych czy za wykorzystanie seksualne dzieci i młodzieży? To prosty matematyczny wynik, który łatwo sprawdzić, ale rzuca on jednoznacznie cień na podejmowane wówczas decyzje, życie i świętość papieża Jana Pawła II.


W 1968 roku papież Paweł VI, a tym samym cały Kościół Katolicki stanął zdecydowanie na stanowisku dopuszczania do współżycia seksualnego wyłącznie w małżeństwie sakramentalnym i to tylko wówczas, gdy małżonkowie „otworzą się na rodzicielstwo”. Wszelka przy tym sztuczna antykoncepcja i seks nie nastawiony na prokreację, był według Kościoła i jest w nim do tej pory, jednoznacznie grzeszny.


I nie byłoby to może powodem do wspominania tego teraz, po przeszło pół wieku, gdyby nie fakt, że tę encyklikę ogłosił ten sam papież, który broniąc małżonkom używania jakiejkolwiek sztucznej antykoncepcji i wymagając uprawianie seksu wyłącznie w celach prokreacyjnych, sam uganiał się całe życie za młodymi mężczyznami, także po Pałacu Apostolskim. Bo jakiej to prokreacji spodziewał się Namiestnik Chrystusa na Ziemi, po ekscesach ze swoimi męskimi kochankami? Czy któryś z męskich ulubieńców papieża mógł mu urodzić jakiegoś potomka?
Jednym z nich został młody wówczas ks. Juliusz Paetz z Poznania.

Nie mamy dowodów na jednoznacznie intymne relacje papieża z młodym księdzem z Polski, ale to sam metropolita poznański, nawet gdy stracił już swój biskupi tron w poznańskiej archikatedrze, chwalił się swoim młodym „gościom” w swojej biskupiej rezydencji, że łączyły go z papieżem wyjątkowe relacje. I wspominał ten okres swojego życia niemal do samej śmierci, z wyjątkowym sentymentem. A na dowód tego co mówił, pokazywał oszołomionym słuchaczom wyjątkowe zdjęcia na których on i papież Paweł VI występowali w samej bieliźnie.

Rozumiem, że jeżeli się ma stały bezpośredni dostęp do apartamentów papieskich, ma się dostęp do sypialni papieża i pomaga mu się przy zwykłych codziennych czynnościach życiowych i domowych, to można być nawet niejednokrotnie świadkiem, gdy papież jest w bieliźnie osobistej. Ale po pierwsze nie robi się wówczas żadnych zdjęć, a po drugie, osoba pomagająca papieżowi w czynnościach życiowych też nie jest wówczas w bieliźnie, bo i po co? Czy się mylę w tym względzie i źle interpretuje tu dowody i oczywiste fakty?


Od lat abp Juliusz Paetz miał poczucie całkowitej bezkarności, gdy molestował swoich podwładnych i kleryków z podległego mu seminarium metropolitarnego. Był nawet zdumiony, że w 2002 roku, został zmuszony do przejścia na wcześniejszą emeryturę. Skoro do niedawna dysponował takimi zdjęciami i pokazywał je bez skrepowania swoim „gościom”, to jakimi dowodami jeszcze dysponował? A gdzie te dowody trafiły teraz po jego śmierci?


Czy rozumiecie zatem Państwo, że niedawna śmierć abp Juliusza Paetza, przedwcześnie emerytowanego metropolity poznańskiego, niczego tak naprawdę nie zamyka w tej bulwersującej sprawie, mimo iż wielu polskich hierarchów odetchnęło po tej śmierci z ulgą, a jedynie stawia kolejne istotne pytania na które powinny paść teraz publiczne odpowiedzi? Na niektóre z nich odpowiem Państwu w kolejnych odsłonach tego cyklu.


Ciąg dalszy nastąpi.

Andrzej Gerlach

Katarzyna Wójtowicz, Rafał Gaweł, Marek Lisiński i wielu innych znika ze sceny publicznej przez boczne furtki władzy i bezprawia. Tak się zaczyna terror polityczny.

Katarzynę Wójtowicz pewnie kojarzycie z organizacją „DOŚĆmilczenia. STOP klerykalizacji Polski. Inicjatywa obywatelska” – która działa od ponad dwóch lat na rynku krakowskim, gdzie organizuje coraz bardziej interesujące performance – komentarze do sytuacji społecznej i przestępczości kościoła katolickiego, debaty w przestrzeni publicznej, przypomina abp Jędraszewskiemu jak bardzo nie na miejscu jest jego obecność w Krakowie oraz jego działalność polityczna skierowana przeciwko LGBTQ, ekologom, wegetarianom, kobietom -samotnie wychowującym swoje dzieci, w sytuacji, gdy jest jednym z tych, który przez lata wspierał Juliusza Paetza i zapewne wszystkich innych przestępców seksualnych działających na podległych mu terenach.

 

 

Wspominam o Kasi, bo nagle dość przestała regularnie pojawiać się co dwa tygodnie pod kurią, czy na Rynku krakowskim. Sama organizacja także nie podjęła działań. Jeszcze nikt nie pisze o niej w wielkiej prasie o ogólnopolskim zasięgu, ale ja wiem, że takie nagłe wyciszenie organizacji prężnie działającej przez dość długi czas, to zawsze zapowiedź represji i tak ten fakt odczytuję. Bardzo chcę się mylić… Wiem jednak, że :

 

 

O moim drugim bohaterze – Rafale Gawle – założycielu Ośrodka Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych należy powiedzieć przede wszystkim, że jego działalność w tym zakresie zaowocowała wieloma pozwami przeciwko ludziom odznaczającym się zachowaniami, które wydajnie niszczą zasady tolerancji i kulturę współżycia społecznego, zamieniając ten kraj we wrzący tygiel nienawiści wszystkich wobec wszystkich innych. Jest więc jego działalność pożyteczna i godna naszego uznania.

 

 

 

 

 

Poniżej macie linki do typowych artykułów w tabloidach i gadzinówkach – tylko tam zamieszczono informację i omówienie na temat Rafała. Gdybym była dość sarkastyczna, a nie jestem, to powiedziałabym coś lapidarnie na temat męskiej zawiści z powodu drugiej żony Rafała – zjawiskowo piękna kobieta w nieokreślonym wieku… Nie mogłam oderwać oczu – serio, serio… i już nic więcej w tym złym stylu nie powiem, bo mi tu zaraz wpadnie jakiś dydaktyk feministyczny, że znowu jestem seksistowska…

 

Dzień dobry Białystok – miejscowa gadzinówka

TVP info

Kurier poranny

 

Same gadzinówki – żadnego artykułu rzetelnie przedstawiającego fakty, sporo naciąganych określeń i przerysowań. Coś tam było pewnie nie tak, ale niekoniecznie zaraz świadome malwersacje… Kaliber człowieka nie taki, żeby komuś chciało się robić śledztwo dziennikarskie – podobnie było z Markiem Lisińskim, byłym prezesem „Nie lękajcie się”- to GW. napisała obrzydliwy paszkwil na tego człowieka – dlaczego? Po co? I była to kula w płot. Bardzo dyletanckie dziennikarstwo, dwóch niedoświadczonych dziennikarek. Artykuł jednak zrobił swoje – organizacja nie istnieje póki co i nie wiadomo czy powstanie coś o podobnym profilu działania. Władza się cieszy – znowu udało im się dopieścić kościelne władze.

Czytajcie także TO

…i wyróbcie sobie własne zdanie. Co ciekawe i zdumiewające – artykuł został gruntownie przeredagowany i dziś brzmi znacznie lepiej i profesjonalniej . Ja mam wciąż w pamięci ten pierwszy wrzucony w panice, bo panie dowiedziały się, że zarząd fundacji został poinformowany o skandalu i natychmiast prawidłowo zareagował, a panie redaktorki chciały rzucić bombę i zabłysnąć. W tamtej pierwotnej wersji, napisanej raczej  zanim dziennikarki zrobiły śledztwo – była użyta liczba mnoga  – że Lisiński wykorzystywał ofiary pedofilii – panie bardzo chciały odkryć, że tak właśnie było, tylko, że śledztwo tego nie potwierdziło. Artykuł był znacznie krótszy i źle napisany – tak jak powiedziałam- nieprofesjonalnie. Nadawał się co najwyżej do tabloidu albo na pudelka.

Człowiek popełnił błąd, wielki błąd, za który konsekwencje poniosła cała fundacja, a przede wszystkim ofiary, które straciły zaufanie do Marka. Ale przecież każdy świadomy uczestnik życia społecznego wie – po prostu wie, że jak chce się kogoś zmasakrować, to kij zawsze się znajdzie. Po co było ułatwiać to PIS-owi? Mają jakieś układy?  GW wbrew ciągłej nagonce, że jest koszerna, że Soros, że upolityczniona ma swoich czytelników i to nie mało – więc jak oni coś chlapną, to ludzie traktują to poważniej niż gdyby przeczytali w jakiejś GP na przykład. Nie chce mi się babrać w tym bagnie, tylko stwierdzam fakty obserwowalne gołym okiem. A czemu o tym dla Was piszę? Żebyście byli uważni i roztropni w ocenach na podstawie li tylko tego co przeczytacie czy usłyszycie w jednym medium. I w ogóle jak to jest, że wszyscy podobno wiedzą, że media kłamią, a wciąż im wierzą i to niekiedy ślepo? Nie rozumiem tego rozjazdu.

 

Dziś mamy podobną sytuację jak za PRL-u, tylko wtedy trzeba było umieć czytać między wierszami – bo jednak kultura i etyka dziennikarska była na znacznie wyższym poziomie mimo dużo trudniejszych warunków z powodu wszechobecnej cenzury – i dziennikarze dawali nam sygnały dymne, dzięki którym mogliśmy domyślić się prawdy, natomiast dziś mamy zalew informacyjny, pozory wolnej prasy, ataki ze strony ferm trolli i botów, fejk newsy, fałszywe strony. I nie mam pretensji  o to, że na rynku wydawniczym pojawia się mnóstwo tytułów o skrajnie innych poglądach na każdą sprawę – to normalne, gdy nie ma cenzury i jest wolność słowa.

Mam obawy, czy obywatele tego kraju potrafią sobie z tym radzić i czy mają czas, by robić własny re-search, bo to jednak wymaga czasu no i umiejętności. A wiecie co mnie najbardziej dziwi i wkurza? Autocenzura – wyhodowana na lęku, przebranym w szaty roztropności i stojącym za tzw. poważnym podejściem, co niestety sprowadza się jedynie do zwlekania aż ktoś wyda książkę z całym mnóstwem źródeł, aż ktoś zrobi badania naukowe potwierdzające to, co i tak jest oczywiste i widoczne bez lupy. To prawdopodobnie dlatego w początkach XXI wieku nikt z „poważnych” publicystów i żadna z szanujących się gazet i tygodników nie śmiała napisać o pełzającym klerykalizmie, o nadużyciach seksualnych w kościele, o fatalnych wyrokach TK, a także o rozczarowaniu rządami PO.

I dzisiaj nadal poczytne gazety mało poświęcają miejsca na publikowanie tekstów na temat działalności oddolnej obywateli. Nie dają miejsca – ani jednej szpalty na zapowiedzi o wydarzeniach planowanych przez te organizacje.  Czasem, kiedy im to na rękę i tylko wtedy – wykorzystują ich działalność. A mogliby być przydatni w organizacji widowni, powinni nawet, bo taka jest też ich rola, informować o wszystkim co się dzieje w przestrzeni publicznej. Tymczasem bardziej dziś przypominają komentatora politycznego niż informatora, pośrednika w komunikacji z obywatelami. No cóż, nie jest prasa czwartą władzą w Polsce. To fakt.

 

Kuna 2020 Kraków

 

Refleksje około aborcyjne. Część III. Deprywacja państwa po 1989 roku – proces w toku.

Żeby zobaczyć ustawę antyaborcyjną w pełnym kontekście, a jeszcze do tego próbować zrozumieć co spowodowało jej pojawienie się w XXI wieku, w środku zjednoczonej Europy, będziemy musieli cofnąć się do miłych złego początków, czyli do pierwszej Solidarności i Komitetu Obrony Robotników, do przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. W tamtych czasach bowiem rozpoczęła się deprywacja państwa, która po 1989 roku  objawiła się w postaci pełzającej klerykalizacji, a po drodze wydała na świat ustawę antyaborcyjną, która jest owocem gwałtu na świeckim państwie. Wiadomo kto życzył sobie prawnej ochrony życia od poczęcia, nie wiadomo tylko dlaczego.

Jeszcze w PRL-u…

Kościół Katolicki w Polsce obserwuję od schyłku lat siedemdziesiątych zeszłego wieku i przyznam, że w ciągu kilku dekad moja ocena tej instytucji ulegała płynnej korekcie. W PRL-u wszyscy byliśmy dość zgodni co do tego, że rozdział kościoła od państwa, to norma społeczna XX wieku. To stwierdzenie nie oddaje prawdy tamtych czasów. Powiem więc inaczej – ten rozdział był tak oczywisty, że nie musieliśmy nawet na ten temat rozmyślać. Świeckie państwo nie stało nigdy na przeszkodzie, by wszyscy – ateiści, katolicy, innowiercy, agnostycy – nie wyłączając trzeźwo myślących historyków, racjonalistów i materialistów – nie podejrzewając co się święci –  byli dumni z papieża Polaka.

Na początku lat osiemdziesiątych zaczęła mi pikać czerwona lampka ostrzegawcza. Ktoś powiedział mi na ucho, że ksiądz Jerzy Popiełuszko był na dywaniku u swojego biskupa i dano mu do zrozumienia, że za swoje,  kontrowersyjne msze za ojczyznę będzie, w razie czego sam odpowiadał, ergo, nikt z biskupstwa nie będzie go chronił – krótko mówiąc – jak mu się noga powinie – może liczyć tylko na siebie. Byłam wtedy studentką, a więc młodą, niedoświadczoną życiowo ignorantką, do tego kiepsko znałam historię kościoła, więc informacja ta wstrząsnęła mną do głębi.

Mniej więcej w tym samym czasie przeczytałam wiersz Anki Kowalskiej pt. Zdrada, który autorka napisała pod wpływem lektury Tez Prymasowskiej Rady Społecznej w sprawie ugody społecznej. Dokument ten był publikowany i komentowany, w swoim czasie w prasie zachodniej. Dziś trudno do niego dotrzeć, ale trafiłam na rękopis prymasa Glempa, stanowiący coś w rodzaju osnowy przyszłego dokumentu, jaki stworzyła Rada Prymasowska. Nie mogę opublikować tego dokumentu bo jest obwarowany jak twierdza tu:  Biblioteka Cyfrowa Ośrodka KARTA – Notatka zawierająca tezy pryma… http://www.dlibra.karta.org.pl/dlibra/doccontent?id=41792

Anka Kowalska

Zdrada

To nie Ty
Panie
wzywasz ich ustami
abyśmy dusze oddali na przemiał

nie Ty kładziesz swój podpis
pod cyrograf z diabłem
nie Ty ściskasz mu pazur
nie Ty głaszczesz ogon

Nie Ty okadzasz zbrodnie
nie Ty chcesz ofiary
z jedynego co mamy wobec luf:
sumienia

nie Ty chcesz nas uwalniać za cenę niewoli
święcąc wodą święconą pętlę dla głów naszych

Więc módl się dzisiaj Panie za Twych infułatów
bo nie wiedzą co czynią
nie słyszą co mówią

Bo chyba przecież nie wiedzą co czynią
bo chyba przecież nie słyszą co mówią
gdy w karmazynach fioletach łańcuchach
płoszą ślad Twego szeptu
uwięzły pod żebrem

gdy palec ostrzegawczy podnoszą przed dziećmi
bruk rwącymi w bezsilnej obronie przed życiem
w którym już ani szept Twojej –

tylko krzyk zdradzonych

maj 1982

z tomu „Racja stanu. Wiersze z lat 1974-1984” (II obieg wydawniczy; Przedświt Warszawska Niezależna Oficyna Poetów i Malarzy 1985)

 

Komuś, kto nie żył jeszcze w tamtych czasach, może wydawać się dziwne, że część solidarności podziemnej tak źle odebrała intencje kleru. Reagowali tak ci, którzy, nie skażeni jeszcze politycznym cynizmem, doznali dysonansu poznawczego – spodziewali się bowiem po władzach kościelnych postawy a’la Jerzy Popiełuszko – bliskiej ludziom pracy i bojownikom o wolność i prawa człowieka – a zobaczyli prawdziwe oblicze i oportunizm kościoła. Ostatecznie obie strony – rządowa i społeczna – musiały zaakceptować obecność kościoła podczas wszystkich etapów negocjacji, w charakterze obserwatora, który nie stoi po żadnej stronie, nie bierze za nic odpowiedzialności oraz za nikogo nie ręczy.

Natomiast z dzisiejszej perspektywy, gdy popatrzymy na Polskę przez pryzmat skutków obecności kleru przy okrągłym stole, widzimy że tamto zdziwienie i rozczarowanie, choć miało swoje źródło w młodzieńczej naiwności, było też prawidłową intuicją, jakiej wciąż brakuje podrasowanym, cynicznym politykom władz kolejnych kadencji. Wolą oni chadzać pod rękę z biskupami i handlować z nimi naszym życiem, niż wziąć odpowiedzialność za rozwój tego społeczeństwa.

Powiedzmy sobie wprost – KRK zawsze stoi po swojej własnej stronie i dba o swoje i tylko swoje interesy. Jego polityka zasadniczo się nie zmienia. Zmieniają się tylko okoliczności geopolityczne i nazwy partnerów jakich używają dla osiągania swoich celów.

Po transformacji – czas na zły dotyk.

I, jak wtedy władze PRL-u, tak i wszystkie one po 1989 roku, dają się wodzić za nos kościołowi katolickiemu. Moim  zdaniem mylą się i robią wielki błąd, lekce sobie ważąc edukację społeczną obywateli do demokracji bezpośredniej. To nie kler powinien być partnerem w prowadzeniu polityki wewnętrznej, ale wyłącznie obywatele, zachęcani w samorządach do ogarniania wszystkich obszarów aktywności społecznej. Tymczasem wszędzie tam, gdzie powinni być społecznie zaangażowani obywatele, tkwią, czasem doskonale zamaskowani, akolici kościoła katolickiego, którzy mają gdzieś interes społeczny – dla nich ważny jest tylko interes kościoła i ich własny przy okazji. Służalczość i oportunizm zwykle tworzą nierozerwalną parę.

Układ sił jaki mamy w Polsce po transformacji, jest dalszym ciągiem okrągłego stołu i polega z grubsza na wzajemnym szantażu między uczestnikami gry politycznej. Prymitywne i patologiczne przekonania jakie materializują się w praktyce politycznej jako: władza dla władzy, kolesiostwo, nepotyzm i kruk krukowi oka nie wykole – paraliżują postęp i sprawiają, że zamiast likwidować problemy, tworzy się ich coraz więcej i więcej. Społeczeństwo jest w tej rozgrywce pionkiem, przedmiotem, stadem – sheeple, które rozbiegło się po halach i dopóki ma zieloną trawkę do żucia, to o nic się nie martwi.

Przyzwolenie na klerykalizację, czyli oswajanie ofiary.

Z początku, dość łatwo mogłam przewidzieć skutki powieszenia symbolu wiary katolickiej w sejmie, ale to czego się nie spodziewałam to brak reakcji obywateli na ten fakt. Mówiłam wtedy, że to bardzo niedobry krok i, że zapłacimy za to wysoką cenę. Z dzisiejszej perspektywy może się wydawać to nieprawdopodobne, ale uwierzcie – reakcje na moje, tak wyrażone przepowiednie, były za każdym razem takie same i brzmiały – cytuję –

                    A co ci przeszkadzają krzyże!

I nie mówili tak katolicy, o nie! Tak w obronie krzyża stawali ludzie niepraktykujący, niewierzący, racjonaliści i inteligencja akademicka. Do pewnego momentu wszystkie zdarzenia mieściły się w mojej wyobraźni i widziałam ich logiczny związek przyczynowo-skutkowy, co przypominało katastrofę, wyczarowaną z kostek domino w holu jednej z nowojorskich galerii handlowych w latach osiemdziesiątych.

Ale potem, a dokładnie od czasu pojawienia się wypowiedzi Wandy Półtawskiej na temat roli kobiety we współczesnym świecie oraz inicjatywy znanej pod nazwą Deklaracja Wiary Lekarzy Katolickich, autorstwa tej samej pani, poczułam, że logika już nie wystarczy by przewidywać ciąg dalszy zmian w Polsce oraz, że życie społeczne przesycone jest wszechobecnym absurdem.

Byliśmy świadkami narastającego podskórnie terroru religijnego, który przejawiał się z początku jedynie w nietolerancji światopoglądowej typu soft. Ktoś niewierzący wylatywał z etatu na uczelni, by zastąpił go ktoś o odpowiedniejszych korzeniach. Jakiś spektakl teatralny wylatywał z programu festiwalu, bo podobno wierzący, którzy go nie widzieli, poczuli się obrażeni. W konstytucji ożywa ochrona uczuć religijnych. Ale jeszcze nikt nikogo za ateizm nie pali na stosie.

Ciągłe przesuwanie granicy między tym co jesteśmy jeszcze w stanie tolerować, a tym co uznajemy za niedopuszczalne, to był kolejny etap oswajania nas z wypasionymi ambicjami KRK, ergo, to co jeszcze wczoraj wydawało się niemożliwe – dziś okazywało się jak najbardziej naturalne.

Cokolwiek byśmy nie myśleli, jakiekolwiek byśmy nie mieli przekonania i cokolwiek byśmy nie twierdzili – wczoraj – następnego dnia życie weryfikowało to, jako naiwne bajki z mchu i paproci. Po aferze Chazana, Naczelna Izba Lekarska zaatakowała temat klauzuli sumienia, które to sumienie obowiązuje wyłącznie w wydaniu katolickim. Zapragnęli pracować pod jej dyktando także farmaceuci, rzeźnicy, strażacy, stolarze, recydywiści i zapewne cykliści także. Przynajmniej niektórzy z nas zaczęli orientować się, że społeczeństwo zostało poddane procesowi gotowania żywej żaby… Znacie tą paralelę, nie będę jej tłumaczyć.

Kiedy czwarta władza się sprzedaje.

Zakrojony na wielką skalę eksperyment społeczny – zmiana ustroju państwa z świeckiego w konfesyjny – nie byłby możliwy bez udziału mediów, zarówno tych publicznych, jak i prywatnych. Pierwszy krok w złą stronę polegał na przyjęciu ideologii neoliberalnej w finansowaniu kultury z jego naczelną zasadą, że każdy podmiot musi się sam wyżywić. Stacje prywatne zdziadziały, podsuwając badziewną rozrywkę, mało wymagającemu, za to masowemu widzowi; publiczne – karmiąc odbiorców polityczną propagandą, która groteskowo udawała debatę społeczną.

Z mediów publicznych zniknęła po cichu misja społeczno-edukacyjna, a zastąpiła ją agenda kościoła katolickiego. Rozpoczęto dewastację efektów pracy poprzedniej ekipy obsługującej państwowe media – innych wtedy nie było . Nowi dyrektorzy programów jedynki i dwójki bez większych oporów dopuścili do wytępienia wyrobionego widza i odbiorcy kultury masowej na dobrym poziomie, oraz kultury wysokiej, wymagającej wiedzy. Zastąpił ich, produkowany masowo wtórny analfabeta , wyhodowany na prostych i prostackich programach rozrywkowych, publicystycznych i pseudoedukacyjnych, na niskobudżetowych produkcjach filmowych, serialach typu „Plebania” czy „M jak miłość” i generalnie na ofercie nie wymagającej niczego, nawet zbytniej uwagi widza.

Ponieważ praca w mediach jest w Polsce już od wielu lat ściśle związana z władzą polityczną, Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji bez przeszkód mogła wpływać na obniżenie poziomu merytorycznego nowych produkcji, prezentowanych w stacjach publicznych, co sprowadzało się do maksymalnego uproszczenia przekazu. Na efekty nie czekaliśmy długo. Odbiorca odcięty od dobrych źródeł, powoli lecz nieubłaganie stawał się biernym zjadaczem papki propagandowej. Z rozumnego i krytycznego, stał się apatyczny i emocjonalny – nie wie, nie rozumie, ale za to czuje, że wie i rozumie.

Na Uniwersytecie Otwartym UW, w ramach cyklicznych debat, w marcu 2010 roku, dyrektor Katarzyna Lubryczyńska zaprosiła przedstawicieli różnych środowisk opiniotwórczych i kształtujących poziom dialogu oraz jakość relacji społecznych, by zadać im pytanie na temat głupienia społeczeństwa – interesowały ją przyczyny i kwestie odpowiedzialności za taki stan rzeczy.

Dyrektor Uniwersytetu Otwartego Uniwersytetu Warszawskiego

Katarzyna Lubryczyńska 

Nad debatą cały czas wisiało pytanie – kto odpowiada za to, że przestano dbać o rozwój widza, o jego przygotowanie do odbioru kultury wysokiej, że pozwolono by się zdegradował i ostatecznie stał wtórnym analfabetą. Dziennikarz, popularny i ceniony w niektórych kręgach, za niski poziom oferty w TV usiłował zwalić winę na samych widzów, twierdząc, że oferta jest robiona pod ich  potrzeby. Pewnie nigdy nie słyszał o tym, że potrzeby należy kształtować,  podsuwając bardziej wymagającą ofertę. Edukacja społeczna wymaga odpowiedzialnych działań – także tych podejmowanych przez media. Dysponując szerokimi możliwościami, media powinny kształtować dobry gust, zdrowy styl życia, i rozbudzać wyższe potrzeby właśnie. I wydawać by się mogło, że to właśnie robią – tylko, że jakoś bardzo na opak i wyłącznie na potrzeby tzw. rynku zbytu. 

Ów dziennikarz pominął, że obecny widz, to produkt, bardzo złej oferty TV,  przez ostatnie dwie dekady.  I to nie odbiorcy wymyślili, że słupki oglądalności będą decydowały o tym, co znajdzie się w tzw. ramówce. Słupki oglądalności to patent neoliberalnego sposobu myślenia o kulturze i edukacji. Dodajmy, że patent ten ledwo działa w krajach bogatych w tradycje demokratyczne, gdzie ważnym elementem, gwarantującym  sens istnienia tego systemu, jest świadomie edukowane społeczeństwo obywatelskie. 

Z ramówki obydwu kanałów TV publicznej zniknęły wszystkie ulubione programy dla wyrobionego intelektualnie i wymagającego widza, a w to miejsce zaczęto emitować womit serialowy i gadające głowy propagandy rządowej wszystkich opcji, które rządziły po transformacji. Media z czwartej władzy stały się tubą kościoła katolickiego i rządową szczujnią propagandową.

Przy czym nigdy nie dowiemy się kto, i czy w ogóle ktoś, z zarządu RiTV próbował bronić praw obywateli do rzetelnej informacji w mediach, które sami utrzymujemy z podatków. Wiadomo tylko, że instytucja ta ma w statut wpisaną misję ochrony wartości chrześcijańskich – pojęcie o płynnym znaczeniu, nadinterpretowane i wykorzystywane, by pokryć braki w zakresie kompetencji. 

Skończyły się publiczne debaty, komentarze specjalistów od polityki, kultury czy gospodarki. Skończyły się programy edukacyjne, filmy popularnonaukowe, dobre kino i teatr telewizji. Reportaże i wiadomości pełne faktów. Rozrywka sprowadza się do gier losowych, kucharzenia, podglądania zamkniętych w jednym domu ludzi, albo szukania żony dla rolnika.

W serialach emitowanych codziennie, amatorzy klepią teksty napisane na kolanie poprzedniego wieczoru, na zakrapianej imprezie, przez sfrustrowanego reżysera. W antraktach tłumaczą, najwyraźniej całkiem już zidiociałym widzom, jak powinni rozumieć to, co właśnie zostało powiedziane. To gorsze jest od śmieszków w tle emisji, w amerykańskich programach rozrywkowych.

Nie zobaczymy też kabareciku Olgi Lipińskiej, Kabaretu Starszych Panów ani teleturnieju Wielkiej Gry. Nikt nie opowie nam o trudnej w odbiorze sztuce współczesnej i nie pokaże nam czym się różni dobra architektura od stawianych wszędzie Gargameli. Zaorano tym samym media, a zrobili to politycy, którzy nie szanują obywateli, nie dbają o nich i jedynie pragną się nimi posłużyć.

Młodzi uciekli do sieci, a w ślad za nimi powędrowali tam specjaliści od propagandy i dezinformacji. Coraz większy krąg moich znajomych w ogóle nie ogląda TV, nawet nie posiada już odbiornika. Pod przymusem złego prawa musimy wszyscy płacić na utrzymanie tego giganta-producenta kłamstw oraz nadużyć formalnych i propagandowych. Dlaczego nie jest to temat prywatnych rozmów między nami, podatnikami? Nie znam odpowiedzi na to pytanie.

Nie ma się co czarować – nasze społeczeństwo nie było nigdy jeszcze edukowane społecznie i do demokracji nie miało szans dojrzeć, tym bardziej przy tak żenującym poziomie przekazu medialnego. Wieloletnie zaniedbania w tym zakresie skutkują dziś tym, że TV jest albo nieobecna w domach, albo jest źródłem frustracji i irytacji, a duża wciąż rzesza biernych odbiorców tępieje na coraz głębszych poziomach.

Wyprodukowano w ten sposób widza nowej generacji, który łyka i przyjmuje wszystko bez należytej weryfikacji. I nic dziwnego – żeby weryfikować, trzeba mieć dużo czasu i umiejętności. A tego nikt nie uczy w szkole, nie wspominając już o chronicznym braku czasu. Ludzie próbują ogarnąć swoje życie na poziomie ledwie egzystencjalnym, bo już na kulturę nie ma ani czasu, ani wystarczających środków w domowym budżecie. Tak się zamyka kwadratura koła. Jedno pchnięcie kijem w szprychy, względnie dobrze działającej instytucji i cała nadbudowa wali się z hukiem, niczym WTC.

Kwestia odpowiedzialności za słowo.

Media kłamią. Znamy to stwierdzenie i zgadzamy się z nim, ale generalnie nadal przyjmujemy do wiadomości to co się w nich pisze, mówi czy pokazuje. Działa tu prawdopodobnie, mocno zakodowane w naszej podświadomości przekonanie, że jeśli ktoś mówi do nas ze szklanego ekranu, to musi być automatycznie mądrzejszy od nas i naszego sąsiada. Podobnie działa tytuł naukowy przed nazwiskiem i choćby to był ks. prof. teologii, będziemy traktować go z należytym szacunkiem, nawet wówczas, gdy będzie mówił niewiarygodne bzdury.

Docierające do nas informacje, to zwykle mocno zniekształcone treści, w których jest minimum informacji i maksimum interpretacji i emocji.  Dla dzisiejszych  fanów Radia i TV to w zasadzie bez znaczenia, bo przyjmują bezkrytycznie  to, co styka z ich przekonaniami albo wyszło z ust ulubieńca celebryty czy innego eksperta od wszystkiego i wtedy w zasadzie też jest obojętne co plecie. Ostatecznie po tylu latach kręcenia kota za ogon, jako społeczeństwo nie mamy już krzyny zaufania nie tylko do mediów, ale i do tych co w nich monologują. Stare i niemodne już założenie, że mówcy mają głęboko uwewnętrznione poczucie  odpowiedzialności za słowo, jest z gruntu fałszywą dziś tezą. 

Cóż  robi poważny człowiek wobec tak powalającej ignorancji? Zajmuje się czymś ciekawszym, pożyteczniejszym  ogarnia swoje życie,  zajmuje sobą i ucieka jak najdalej od tego politycznego targowiska głupoty. Mamy prawo czuć się głęboko rozczarowani tym, co od lat uprawiają media, politycy, biskupi KK, oraz wszelkiej proweniencji autorytety moralne, także cała grupa mieszcząca się w pojęciu elita akademicka. Mam na myśli  manipulacje medialne, edukacyjne, kulturalne, historyczne, gdzie szerzy się ignorancja pseudonaukowa i słuszne przeświadczenie, że ciemny lud wszystko kupi.

Powyższe stwierdzenia brzmią niczym oskarżenie wszystkich obywateli, którzy mają wpływ na to, jak funkcjonują systemy w państwie, jak realizują się postanowienia konstytucji RP, jak działa prawo, jak przebiega edukacja i formowanie młodego pokolenia, do czego jest ono kształtowane i jak będziemy funkcjonować w przyszłości. Jest to też próba przypomnienia, że na elicie każdego państwa spoczywa odpowiedzialność za społeczeństwo. Zdając sobie sprawę z tego, jak to górnolotnie i nawet może patetycznie brzmi, od razu zastrzegam, że jeśli ktokolwiek czuje się dotknięty tak zarysowaną generalizacją, to radziłabym jak najprędzej się ogarnąć i zauważyć, że całe środowiska – pedagodzy, nauczyciele, prawnicy, lekarze, policjanci, żołnierze, politycy, samorządowcy i inni – żyją odklejeni od rzeczywistości, we własnej bańce, realizują własne interesy, a pojedyncze atomy z prospołeczną agendą giną, zanim ktokolwiek zdoła je usłyszeć.

Generalnie w tak zniszczonym społeczeństwie jak polskie, wszyscy zdają się zapominać, że – czy nam się to podoba czy nie – jesteśmy naczyniami połączonymi. Ergo, czy to będzie stado sheeple zbite w  gromadę, czy też baranki rozbiegną się po halach – kiedy zabraknie im zielonej trawki, staną się niebezpieczną masą krytyczną. Drugą uwagę kieruję pod adresem nas wszystkich, zwłaszcza tych, którzy mają poczucie bezradności i doskwiera im świadomość braku wpływu na przebieg wydarzeń – zatomizowane społeczeństwo nie podskoczy zbyt wysoko aparatowi przymusu – to prawda oczywista – ale też żadna siła nie zdoła nad nim zapanować, gdy dojdzie do wzmożenia nastrojów przeciwnych władzom. Tak źle i tak niedobrze.

Zamykając wreszcie temat mediów, trzeba sobie powiedzieć, że one zawsze w jakimś stopniu prostytuują się  z władzą i polityką, obecnie jednak robią to w sposób tak nachalny i prymitywny, że oczywisty nawet dla kompletnego neptyka. Paradoksalnie jednak, ewidentne kłamstwo jest mniej toksyczne i niebezpieczne,  niż półprawda, ubrana w skromną sukienkę, zapiętą pod samą szyję, na ostatni guzik. Bo trzeba być dobrze przygotowanym merytorycznie i uwrażliwionym na jej fałszywy wdzięk, by nie dać się zaciągnąć do bunkra wroga, rzucić na sofę i oddać w rozpustę romansu z władzą. Niestety problem ten dotyczy już wielu środowisk, które tradycyjnie cieszą się uznaniem, estymą i szacunkiem. I mówiąc władza, nie mam na myśli PIS-u…

W poszukiwaniu źródeł zepsucia.

Przysłowiowa już Matka Boska Częstochowska w klapie marynarki Wałęsy, oraz groteskowo wielki długopis z wizerunkiem Maryi, jakim Lech podpisał porozumienia gdańskie z władzami PRL-u, odczytywaliśmy jako prztyczek w nos, dany znienawidzonej, PZPR-owskiej władzy. Wtedy nikomu z nas, nawet mnie, nie przyszło do głowy, żeby krytykować Solidarność za takie niepoważne wygłupy.

Udział polskiego kleru  i JP2 w transformacji nie podlega kwestii – takie są fakty. Mieliśmy je cały czas przed nosem. Wszędzie, gdzie miały miejsce jakiekolwiek rozmowy, gdzie dochodziło do porozumienia, gdzie tworzono historię – biskupi byli obecni. Przy czym należy wyraźnie powiedzieć, że ta wszechobecność duchownych i pontyfikat JP2, nie przesądza o tym jakie były rzeczywiste cele polityczne władz kościelnych, oraz jak obecność duchownych katolickich w tym procesie katalizowała sam proces.

Natomiast –

zaszczepienie i powielanie w świadomości społecznej,

przekonania o wielkim wsparciu kościoła, dla ludzi pracy

w ich walce o godność i prawa człowieka,

to początek patologii w stosunkach państwo-kościół katolicki

i nazywa się kłamstwem.

To nie jest popularny pogląd, ale dużo łatwiej o jego uzasadnienie dziś niż trzydzieści lat temu. I , mówiąc nawiasem, nie brzmi tak fałszywie jak inne twierdzenie, mocno lansowane ostatnimi czasy, mianowicie, że –

Caritas to instytucja charytatywna,

która pomaga biednym ludziom.

 

 

Na pewno z dzisiejszej perspektywy, ex post, możemy wiele wnosić na temat motywacji, stojących za polityką kościoła. Mamy do dyspozycji fakty, oficjalne wypowiedzi biskupów KEP, oraz protokoły Konferencji Wspólnej Rządu i Episkopatu. Wiele prawdy  kryje się w zakamarkach wszystkich obszarów życia publicznego i społecznego, dokładnie spenetrowanych i pod kontrolą kleru.

Zatem, przede wszystkim władze kościelne realizują swoją własną politykę. I, żeby było jasne – my, obywatele nie jesteśmy podmiotem jego troski. Podlegamy ciśnieniu jego narracji, manipulacji słownej, która, nota bene, przeradza się często w przemoc światopoglądową, ale jesteśmy w tych interakcjach jedynie przedmiotem obróbki.

Na masową skalę mamy z tym do czynienia, gdy słuchamy radia Maryja z rozgłośni toruńskiej, gdy podczas mszy odczytywane są listy pasterskie, dotyczące świeckich spraw publicznych, w szkole powszechnej podczas katechizacji, gdy księża katecheci straszą dzieci, barwnymi opisami cierpienia w piekle, jakie czekają ich rodziców, którzy nie chodzą do kościoła.

O takim drobiazgu, jak dyskryminacja mniejszości bezwyznaniowej, nawet nie warto wspominać. Kiedy mówi się o dialogu, to zaprasza się jedynie inne wyznania, tak jakby ateiści i agnostycy, którzy – nawiasem –  nie są mniejszością, w ogóle nie istnieli. Chodzi prawdopodobnie o to, żeby utrwalać w społeczeństwie przekonanie, że życie bez wiary – w jakiegokolwiek boga – jest niemożliwe, a jeśli nawet, to jest pozbawione sensu.

Jeśli poprzez taką narrację, kościół sprawuje kontrolę nad źródłami swojego utrzymania – taca i nawet wysoko wyceniane usługi kościelne, takie jak chrzty, śluby, komunie, pogrzeby, egzorcyzmy, uroczyste poświęcenie takiej czy innej rury kanalizacyjnej – stanowi to jedynie dodatek na waciki. Główny ciężar utrzymania kleru w Polsce spoczywa na podatnikach i to niezależnie od ich światopoglądu – co w innych okolicznościach przyrody można by tolerować, ale nie w rzeczywistości, w której biskupi jawnie piętnują ateistów i agnostyków za nie podzielanie wiary w bogów, a władze zamiast pracować dla wyborców, dbają  o dobrostan i poczucie bezpieczeństwa socjalnego władz kościelnych.

Jak władze PIS dbają o obywateli, którzy przychodzą ze swoimi palącymi problemami, mamy okazję ocenić choćby teraz, gdy trwa okupacja sejmu, przez grupę matek, opiekujących się na co dzień swoimi, niepełnosprawnymi, dorosłymi już dziećmi. W tej sprawie biskupi i posłowie mówią jednym głosem i mam nadzieję, że odpowiedzą za takie traktowanie problemów społecznych również razem przed Trybunałem Stanu. Poniżej cytata z Jacka Żalka:

Po tym, jak oni się zachowują, ci opiekunowie w Sejmie, jestem przekonany, że nie można dać im tej gotówki. Bo jeżeli jako żywe tarcze traktują swoje dzieci, to cóż dopiero…, a mogą zdarzyć się niestety zwyrodniali rodzice.Te dzieci, które czasami nie mają głosu, które są zamknięte, nie chodzą do szkoły – nie ma możliwości sprawdzenia czy te pieniądze zostały wydane na potrzeby tych dzieci, czy zostały w inny sposób wydatkowane na potrzeby opiekunów.”

Patologia władzy w tym kraju wynika z układu z kościołem katolickim. Z tego, że politycy są słabymi negocjatorami, że nie potrafią rozmawiać z kościołem z innej pozycji niż służalcza, że jak to niegdyś powiedział pewien mądry człowiek :

To, że jesteśmy w dupie, to jasne. Problem w tym, że zaczynamy się w niej urządzać.

/ Stefan Kisielewski#cytatywielkichludzi#cytaty# /

i w związku z tym nie mają czasu ani ochoty rozmawiać z obywatelami. Po co mieliby to robić? Rozwiązywanie problemów jest trudne, wymaga wiedzy i poświęcenia całej uwagi, bez gwarancji, że ktokolwiek to doceni w obecnym układzie politycznym. Kościół jest od pilnowania owieczek i zapanuje nad nastrojami w razie czego… W końcu za coś mu się płaci ten wysoki haracz.

Jeśli po tej ordynarnej i pełnej hipokryzji hucpie rządów POPIS-u, kolejny parlament nie postawi polityków przed Trybunałem Stanu, a kościoła nie zagoni z powrotem do kruchty, będzie to oznaka, że nic się nie zmienia. Będzie to sygnał dla wspólnoty europejskiej, że Polska nie ma potencjału do samostanowienia i siły, by się podnieść z najgłębszej zapaści instytucji Państwa. Jeśli kościół i politycy nie ogarną się wystarczająco szybko, pewnego ranka obudzą się z ręką w nocniku…

Ustawa antyaborcyjna – owoc niemoralnych stosunków państwo – kościół.

Zanim ujrzałam ustawę antyaborcyjną z dzisiejszej perspektywy i zanim zrozumiałam szeroki kontekst w jakim została pomieszczona, ciągle odnosiłam wrażenie, że nie tylko brakuje miejsca na taki wytwór chorej wyobraźni w XXI wieku, ale nie widziałam też absolutnie żadnych działań władz ustawodawczych, by realizować w praktyce ideę ochrony życia od poczęcia do naturalnej śmierci. Wręcz przeciwnie. Atmosfera w Polsce zaczęła się wyraźnie psuć i odstręczać młodych od życia rodzinnego, o którym nota bene zaczęto opowiadać konserwatywne bzdury. Do tego dodajmy bezrobocie, degradację prestiżu wykształcenia wyższego, brak perspektyw na samodzielność finansową i zdolność kredytową, a zobaczymy, że polityka państwa w żadnym momencie nie miała na celu skłonić młodego pokolenia do podejmowania trudów rodzicielstwa.

Państwo, które autentycznie pragnie zachęcić młodych do rodzicielstwa, stwarza im do tego warunki. W Polsce od czasów transformacji mamy nieustający odpływ młodych, wykształconych ludzi do krajów UE, w poszukiwaniu chleba i dróg rozwoju. Ten statystyczny fakt jest obiektywną odpowiedzią na pytanie: jak władze w Polsce dbają o rozwój społeczny? Skoro wyjaśniliśmy już sobie, że rozwój społeczny nie jest ani priorytetem dla władz, ani przedmiotem sporów politycznych, zastanówmy się co w takim razie zajmuje parlamentarzystów?

I nie odkryję Ameryki jeśli stwierdzę, że władze w Polsce zajmują się wszystkim, tylko nie zarządzaniem i organizacją państwa prawa, do czego, nawiasem mówiąc, są powoływani co cztery lata, w formalnie demokratycznych wyborach. Chcę powiedzieć jedynie, że jeśli ktoś uprawia politykę dla władzy, a władzę traktuje jako środek na wyrównanie swoich deficytów życiowych,  to nie spodziewajmy się, że nagle okaże się mężem stanu. Małe, niskie motywacje nigdy nie owocują polityką prospołeczną. A jedynie takie myślenie o społeczeństwie może prowadzić do jego rozwoju.

Prawo, które polega głównie na zakazach, kształtuje zdemoralizowanych niewolników, co najwyżej. Tacy obywatele nie stworzą społeczeństwa demokratycznego. Prawo, które uznaje człowieka i jego kompetencje do odpowiedzialnego życia, jest tym czego boją się politycy reżimowi, zwolennicy zamordyzmu i przemocy systemowej. Natomiast braki w zakresie kompetencji moralnych i etycznych w polityce,  legitymizują wszystkie religie świata. A kiedy realną władzę przejmują ich pasterze, patriarchat zaciera ręce i patologie stosunków społecznych, bujnie kwitną na glebie, obficie nawożonej religią.

Z takiej właśnie relacji państwo /kościół, jaką usiłowałam nieudolnie tu opisać, urodziła się nam ustawa antyaborcyjna. Przypomnijmy – ustawa, która

nie wpłynęła na przyrost naturalny, nie ograniczyła aborcji, upokorzyła połowę społeczeństwa, odbierając kobietom prawo do podejmowania odpowiedzialnych decyzji, która nie dała gwarancji do przerwania ciąży w trzech, szczególnych przypadkach, uderzyła boleśnie w prawo kobiet do zachowania swojego zdrowia i życia, oraz w prawa pacjenta do rzetelnej informacji o stanie zdrowia. Można powiedzieć –

państwo i kościół spłodzili twór niezdolny do życia.

Amen.

Naturalne jest w tym miejscu pytanie – więc komu i do czego jest ona potrzebna? I o ile na pytanie komu znamy odpowiedź, o tyle nie zawsze jest jasne do czego… I tu pojawia się wiele spekulacji, od mizoginicznych korzeni, ukrytych pragnień biskupów by poniżyć kobiety, grzeszne burzycielki ich spokoju wewnętrznego i harmonii z bogiem, aż po równie absurdalne, sugerujące, że KRK poprzez kontrolę rozrodczości białych kobiet katolickich, marzy o hodowli białej rasy w wyścigu z – i w opozycji do – ciemnoskórych wyznawców Allacha, którzy przerażają katolików swoją wyjątkową płodnością.

Nad bardziej wyważoną odpowiedzią zastanowić się spróbuję w następnej części rozważań około aborcyjnych, na które już dziś zapraszam.

Elżbieta Kunachowicz

Kraków 06.05.2018

Gwoli przypomnienia*

Gwałt zbiorowy i pogrzeb państwa świeckiego

2015-11-25/3 komentarze/w Blogi Szkiełko /przez Kuna

Bańka katolicka i semafory znowu opuszczone…

2017-07-23/20 komentarzy/w Blogi obserwator obywatelski /przez Kuna

 

 

Blog Obserwatorium na PA

Głupienie….

Wanda Półtawska o kobietach….

Martwe sumienie, martwa ustawa…

 

 

Petycja jak akt oskarżenia o uprawianie eugeniki…

Ta petycja trafiła do mnie przypadkiem. A szkoda, bo jestem dobra w krytyce, więc zapewne natychmiast zaproponowałabym zmianę wiodącego napisu informującego o wydarzeniu…

Patrzę na  zbitek rozżalonych buziek niemowlaków.

Wiem dokładnie na co patrzę, i rozumiem jak ta socjotechnika ma działać, odruchowo zastygam jak w tej zabawie- raz, dwa, trzy, Baba Jaga pa-trzy, by zobaczyć to, o co naprawdę chodzi  — o komórkę jajową? Zapłodniona czy nie, wszystko jedno przecież, bo nie o nią tu chodzi…

 

I po chwili widzę te same buźki, zrozpaczone twarze niemowlaków, nie znających pojęcia upływu czasu, czekających w bezmiarze wieczności na powrót swojej matki karmicielki, bijącego jej serca, jej zapachu, głosu, uśmiechu, czyli tego wszystkiego, co określa  sens ich życia na tym etapie.

Ale ich MATEK już nie ma, nigdy już nie przyjdą, nie przytulą, nie obetrą łez, nie zanucą mruczanki, nie wymasują wzdętego brzuszka… Nie będą też obecne w ich życiu, gdy będą dorastać i uczyć się jak sobie radzić z licznymi deficytami życiowymi.

matki

 

Te dzieci będą musiały z tym żyć. Pewnego dnia, kiedy podrosną na tyle, by zmierzyć się z prawdą o powodach, dla których ich matki banasiukskazano na śmierć, dowiedzą się o tych wszystkich  ludziach, uwiedzionych nowomową katolickiej propagandy, którzy uznali, że prawo do  eugenicznego zarządzaniagodek  płodnością kobiet należy do dogmatycznego kościoła katolickiego w Polsce i akolitów typu Ordo Iuris i cała kato prawica.

 

Ktoś tym dzieciakom opowie, co to jest eugenika i nie omieszka wspomnieć, że u jej podłoża leży pycha i pogarda dla ludzi oraz brak wiedzy i prymitywna chęć  nadużycia władzy wobec obywateli. Polska nie będzie mogła być z tego dumna. Eugenika kwitła już raz w Europie, w Stanach Zjednoczonych i na Wyspach Japońskich, w początkach XX w. Szwecja tak bardzo się wstydziła być kolebką tej swoistej inżynierii społecznej,  że po II W.Ś. wymazała te fakty z wszystkich źródeł informacji — encyklopedii, historii, literatury i prasy.

W początkach XXI w. reporter Maciej  Zaremba Bielawski był jednym z tych dziennikarzy śledczych, któremu udało się dotrzeć do ocalałych źródeł historycznych i wydobyć ten wstydliwy fakt na światło dzienne. Do dziś żyją ofiary tamtych zdarzeń, a rząd szwedzki higieniściwypłaca odszkodowania za ten haniebny proceder. Nasz rodak opisał te fakty w tomiszczu pt. Higieniści. Z dziejów eugeniki. wydawnictwo Czarne,Wołowiec 2011.

Ktoś się zdziwi, ktoś powie – oszalała? — co to ma wspólnego z ruchem za życiem, z prolifem, z ochroną życia dzieci nienarodzonych itd.

Otóż wcale nie oszalała. Bo drodzy Państwo, eugenika to nie tylko zabijanie niepełnosprawnych i chorych psychicznie przez starożytnych Rzymian, to nie  tylko pozbawianie płodności kobiet złej proweniencji — cyganek, prostytutek, dziewcząt, które zostały pozbawione dziewictwa przed ślubem, czy nosicielek chorób dziedzicznych, ani mężczyzn — alkoholików,  morderców, recydywistów wszelkiej maści. To także zmuszanie niemieckich kobiet do współżycia z nordyckimi mężczyznami, by zaludnić kraj wartościową rasą białych blond niebieskookich panów, a także zakaz rozmnażania ponad jedno dziecko na parę, w Chinach Ludowych — to także eugenika.

Eugenika, czyli systemowe poprawianie i modelowanie jedynie słusznego profilu społeczeństwa podległego kontroli to utopia, która zawsze opiera się na wątpliwych przesłankach naukowych, za to mocno wsparta jest o rozbuchane ego ludzi władzy, którym przeszkadza fakt, że ludzie dysponują wolnością i prawem do samostanowienia o sobie. I chociaż po wojnie w latach pięćdziesiątych prawa eugeniczne nauka ostatecznie ośmieszyła, to dopiero w latach siedemdziesiątych zapisy tych ustaw oficjalnie zniesiono w Szwecji.

 

Eugenika ma zawsze takie oblicze jak teza, która w danym czasie i miejscu, akurat pasuje wszelkiego rodzaju moralistom u władzy. A ponieważ nie ma na nią zgody, ani nawet etycznej dyspensy, bo i być nie może, to tworzy się coś na kształt faktów dokonanych, a to przez zmianę języka opisu, poprzez kneblowanie merytorycznego dyskursu, nadużywanie autorytetów moralnych, a wszystko po to, by zdobyć poparcie społeczne, niezbyt dobrze wykształconych warstw i zagłuszyć protest tych, którzy mają świadomość skutków.

W dzisiejszej Polsce eugeniczna ustawa antyaborcyjna nie jest nawet inżynierią społeczną, ponieważ tą drogą nie osiąga się ani wzrostu dzietności, ani nie zmniejsza się ilość aborcji. To już empirycznie sprawdzone, bo swoiście polski sposób na dyscyplinowanie przez groźbę egzekwowania opresyjnego prawa, nie zagraża klasom średnio, dobrze uposażonym i dotyczy w zasadzie tylko kobiet nisko uposażonych bądź całkowicie zależnych ekonomicznie. Przykro mi, Jarosław Gowin nadal będzie nocą słyszał krzyk zygot. Taka eugenika jest już tylko rodzajem przemocy systemowej, opartej o środki przymusu prawnego.

Skoro więc ustaliliśmy, że nic się nie zmieni, z ustawą czy bez niej nadal urodzą się oczekiwane, a nie urodzą się nieplanowane i niechciane dzieci, czyli kobiety nie zrezygnują ze swojego prawa do życia, to moje pytanie jest takie: komu robi dobrze ta ustawa? Jedna  25-ciolatka, powiedziała kiedyś tak:

Ta ustawa chroni kobiety zmuszane do aborcji.

(!???!)

Te znaki zapytania i wykrzykniki oznaczają mój wytrzeszcz i opad szczęki oraz pacnięcie rąk, które mi opadły do ziemi. Nie no, poważnie pytam —

komu ta ustawa robi dobrze???

 

A oto spontaniczna reakcja na zaproszenie do podpisania petycji zygotarian

Jak sobie pomyśle o tym, że ta petycja jest w sprawie zygot to natentychmiast widzę dokładnie takie rozpłakane dzieciaki po utracie matki, której np. nie udzielono pomocy, nie leczono jej, nie empatyzowano z nią, gdy dostała rozpoznanie nowotworu nerki i okazało się tydzień później, ze jest w ciąży i nie pozwolą jej przerwać ciąży bo … no właśnie bo co?

No właśnie, bo co?

Spotkania przy trzepaku

Abp Juliusz Paetz. Mechanizmy przemocy i władzy. Część 18 i 19

 

ABP JULIUSZ PAETZ – część XVIII.

 

 

Wspominałem już w poprzednich odsłonach tego cyklu, że od przyjścia do diecezji łomżyńskiej, bp Juliusz Paetz robił wszystko, aby otrzymać inną, prawdopodobnie bardziej dochodową i dająca większy prestiż diecezję w Polsce. Jego działania zmierzały przede wszystkim w kierunku pozyskania w tym względzie nowego nuncjusza w Warszawie, którym był od czasu ponownego nawiązania stosunków dyplomatycznych pomiędzy Polską, a Stolica Apostolską, kolega bp Juliusza Paetza z okresu rzymskiego, abp Józef Kowalczyk.


Biskup łomżyński liczył przede wszystkim na metropolie poznańską, ale tam rządził silną ręka abp Jerzy Stroba, którego z papieżem Janem Pawłem II łączyły długoletnie więzi nie tylko przyjaźni, ale i ścieżki kariery w Kościele. Wojtyła i Stroba byli niemal w podobnym wieku (Stroba był pięć miesięcy starszy), ale także w jednym dniu, 4 lipca 1958 roku, zostali mianowani biskupami pomocniczymi. Ks. Jerzy Stroba w Gnieźnie, a ks. Karol Wojtyła w Krakowie. W 1958 roku byli oni najmłodszymi biskupami w polskim Episkopacie. Więc wiadomo było, że aby uzyskać nominację na następstwo po Strobie trzeba się mocno postarać.

I Paetz się starał. Mocno się starał. Zarówno w warszawskiej nuncjaturze jak i w watykańskiej Kongregacji Do Spraw Biskupów w Watykanie. Ale decydująca decyzja należała jak zawsze do papieża. który znał Kościół w Polsce, polskie diecezje i ich realia.

Do pierwszego podejścia doszło pod koniec 1994 roku, gdy metropolita poznański kończył 75 lat i zgodnie z prawem kanonicznym, był zobowiązany do złożenia na ręce papieża, wniosku o przejście na emeryturę. Równocześnie nuncjatura warszawska złożyła na wymaganym ternie i przesłała do Rzymu, trzy nazwiska potencjalnych kandydatów na tron metropolity poznańskiego. Abp Józef Kowalczyk, który już wówczas „zachwaszczał” nam polski Episkopat ludźmi niegodnymi: byłymi tajnymi współpracownikami SB, gejami i alkoholikami, stanął na wysokości zadania i tym razem. Listę na przygotowanym dla Watykanu ternie, otwierał biskup łomżyński Juliusz Paetz.

I stała się rzecz, która wielu zaskoczyła. Ordynariusz łomżyński, który, jak wynika to z relacji jego współpracownika z kurii, już przyjmował gratulacje i przygotowywał się do przeprowadzki do Poznania, został zaskoczony decyzją papieża. Abp Jerzy Stroba dostał od Jana Pawła II przedłużenie na pełnienie dotychczasowej funkcji w Kościele poznańskim, na co najmniej kolejne dwa lata.

Do sprawy powrócono zatem wiosną w 1996 roku. I oficjalnie w dniu 11 kwietnia 1996 roku, jak to wynika z zachowanych dokumentów papieskich, abp Jerzy Stroba został biskupim emerytem. W tym samym dniu nuncjatura warszawska ogłosiła nowym metropolitą poznańskim, dotychczasowego ordynariusza łomżyńskiego, bp Juliusza Paetza.

Czy papież Jan Paweł II nie wiedział zatem kogo mianuje na tron biskupi w Poznaniu? Już wówczas znane były akta IPN i rola jaką odgrywał w czasach PRL, ks. prałat Juliusz Paetz w strukturach Watykanu. Wiadomo także było, że werbunek służb PRL miał podłoże obyczajowe, z homoseksualizmem prałata w tle. Papież wiedział o wątpliwych moralnie powiązaniach prałata z osobami z najwyższych kręgów władzy w Kościele, którzy pośrednio lub bezpośrednio byli zamieszani w tajemniczą śmierć Jana Pawła I.

W Watykanie od dawna plotkowano o mieszkaniu biskupa łomżyńskiego, zlokalizowanym niemalże przy murach Stolicy Apostolskiej i o charakterze spotkań jakie tam się odbywają. Te plotki dotyczyły także wielu polskich hierarchów z najbliższego otoczenia papieża, którzy też ten adres znali. Nieprawdaż kardynale Stanisławie?

Jan Paweł II musiał przecież pamiętać, dlaczego „pozbył się” z Rzymu swojego kontrowersyjnego współpracownika w 1982 roku, mianując go biskupem łomżyńskim. Papież musiał wiedzieć o skandalicznych i dwuznacznych relacjach bp Juliusza Paetza ze swoimi młodymi współpracownikami w łomżyńskiej kurii oraz z klerykami podległego mu seminarium. O bliskich relacjach rządcy diecezji łomżyńskiej z biskupami polskimi i amerykańskimi, także z kręgu wiadomego lobby w Kościele nie wspominając.

W świetle tych wszystkich faktów, nie jestem w stanie odpowiedzieć więc na to zasadnicze dziś pytanie. Dlaczego papież Jan Paweł II, dziś Święty Kościoła Katolickiego, podpisał właśnie tę nominację. Nie umieją mi na to pytanie odpowiedzieć również osoby duchowne, którym to pytanie zadaję.

Dalsze wydarzenia potoczyły się w błyskawicznym tempie. Nowy metropolita poznański odbył uroczysty ingres do Bazyliki Archikatedralnej w Poznaniu pod wezwaniem Świętych Piotra i Pawła, w którym uczestniczyli, poza samym nuncjuszem, liczni biskupi z większości polskich diecezji.

Nowy metropolita poznański wraz z nuncjuszem abp Józefem Kowalczykiem postarali się, aby opuszczoną stolice biskupią w Łomży objął dotychczasowy biskup pomocniczy szczecińsko – kamieński, Stanisław Stefanek, kapłan ze Zgromadzenia Chrystusowców dla Polonii Zagranicznej. Bp Juliusz Paetz pozostawił w Łomży, godnego siebie następcę, którego miałem wątpliwą przyjemność poznać podczas jego wizyt w Chicago. Jeszcze jeden moralny „chwast” z licznego dorobku nuncjusza Józefa Kowalczyka. Bp Stanisław Stefanek zmarł przed miesiącem, jako emerytowany biskup łomżyński, przeżywając swojego poprzednika zaledwie o kilka miesięcy.

Zapewne licznie zebrani klerycy Metropolitarnego Seminarium Duchownego w Poznaniu, uczestniczący w 1996 roku, w uroczystym ingresie swojego nowego ordynariusza, nie przypuszczali w swoich najczarniejszych snach, że rozpoczął się w życiu wiele z nich okres, którego nie zapomną do końca swojego życia.
Ciąg dalszy nastąpi…

 

 ***

 

ABP JULIUSZ PAETZ – część XIX.

Jak zachowywał się nowy poznański metropolita po ingresie do miejscowej archikatedry? W swojej kościelnej karierze osiągnął bowiem już niemal wszystko, poza kardynalską purpurą. Powrócił do tej samej archikatedry w której przed laty otrzymał święcenia kapłańskie, a teraz zasiadł w niej na tronie metropolity.


W Poznaniu pod rządami nowego rządcy archidiecezji rozpoczęły się bardzo szybko zmiany. Pierwsze z nich objęły samą rezydencję arcybiskupią, a także miejscową Bazylikę Metropolitarną. Nie na darmo nowy metropolita spędził wiele lat na dworze papieskim, aby teraz nie wykorzystać swojego watykańskiego doświadczenia. Tam był i funkcjonował w cieniu papieża i służył kolejnym papieżom jak mógł najlepiej, ale teraz w Poznaniu to on był numerem jeden i teraz jemu wszyscy winni służyć. Bardzo szybko przekonali się o tym jego najbliżsi współpracownicy, wierni całej archidiecezji i liczny establishment stolicy Wielkopolski.


Bardzo szybko abp Juliusz Paetz stał się niezastąpiony na poznańskich salonach, bywał wszędzie, a bywać umiał i sprawiało mu to prawdziwą przyjemność. A ponieważ był gawędziarzem, zaprawionym w bawieniu gości, gdyż przez lata zabawiał gości oczekujących na audiencję z kolejnymi papieżami, wykorzystywał swój talent na salonach Poznania, na które był chętnie i często zapraszany. A był salonowcem, który bardzo szybko zyskał uznanie establishmentu tego miasta.


Nie tylko bywał tam gdzie trzeba, ale także pokazywał się publicznie z osobami z którymi pokazywać się było warto. Był częstym bywalcem na premierach teatralnych, na balach i galach organizowanych przez biznesmenów i polityków. Bywał wszędzie i z każdym, kto miał wówczas pieniądze, pozycje i władze. Politycy się zmieniali, władze i opcje polityczne się zmieniały, a metropolita poznański był zawsze ten sam. Często był widywany w poznańskiej operze i zawsze w loży honorowej Jana Kulczyka, bo to zawsze robiło wrażenie i wszyscy to widzieli i o tym mówili. Otaczał się artystami, biznesmenami, prawnikami, a przede wszystkim politykami. Gdy po sześciu latach niespodziewanie powinęła mu się noga, wszyscy solidarnie stanęli w jego obronie.


Remontował i przebudował swoją arcybiskupią rezydencję, a w trakcie przebudowy na głównej posadzce kazał wmurować swój biskupi herb, w którym są lilie, symbol niewinności i czystości moralnej. Obecny metropolita poznański, abp Stanisław Gądecki, nie mogąc wykuć z podłogi swojej rezydencji herbu swojego poprzednika, kazał lilie, dowód czystości moralnej i niewinności ich właściciela, przykryć odpowiednio dużym dywanem. Bywalcy w Pałacu Arcybiskupim twierdzili zgodnie, że w czasach świetności abp Juliusza Paetza pałac jaśniał wyjątkowym blaskiem. Jak i sam ówczesny metropolita.


Abp Juliusz Paetz uwielbiał zawsze gościć w swoim pałacu odpowiednich gości. Rola gospodarza tych spotkań, odpowiednio dobrane dania, zakąski i alkohole to był zawsze jego prawdziwy żywioł. Bywalcy tych spotkań wspominali je z rozrzewnieniem jeszcze po wielu latach. W 2001 roku gospodarz Pałacu Arcybiskupiego wpadł na pomysł, aby wszyscy młodzi księża i klerycy, którzy byli specjalnie wyselekcjonowani do obsługi tych przyjęć, zamienili swoje sutanny na inny, bardziej odpowiedni strój. Któregoś dnia zarządził, aby zdjęli swoje sutanny, a specjalnie wynajęty krawiec ich wszystkich wymierzył i uszył im odpowiednie liberie. Mieli wyglądać jak lokaje na dworze monarchy.

Osłupiałym młodym mężczyznom oznajmił iż: „Nie mogę narażać swoich czcigodnych gości, często niewierzących, by obsługiwali ich księża w sutannach”. I piękni, młodzi młodzieńcy wyskoczyli ze swoich sutann, aby rozmiary ich ciał wymierzył specjalny, opłacony przez metropolitę krawiec. Moim zdaniem, osobom niewierzącym jest wszystko jedno czy obsługuje ich przy stole ksiądz czy osoba świecka, a to właśnie wierzących bardziej razi, gdy kelnerem przy ich stoliku jest osoba duchowna, ale ja nie mam wrażliwości metropolity i nigdy mieć nie będę, więc być może jestem w błędzie.


Ten wyjątkowy degustator alkoholi i znawca egzotycznych potraw oraz wysublimowanych smaków, często na takie przyjęcia zapraszał najbardziej znanych hierarchów polskiego Episkopatu. Mogli w ten sposób zobaczyć rozmach i przepych dworu swojego brata w biskupstwie. Oszczędzę miłosiernie w tym miejscu wymieniania nazwisk tych, którzy potem chwalili się długo, że bywali zapraszani na takie spotkania.


Często słyszymy z wypowiedzi obrońców abp Juliusza Paetza, że były metropolita poznański był prawdziwym estetą. To niewątpliwie prawda, a dodam jeszcze, że ten wyjątkowy esteta wprowadził na swoim dworze iście dworski ceremoniał, zarówno powitalny jak i pożegnalny. Każda osoba odwiedzająca arcybiskupa wiedziała, że swoją wizytówkę z nazwiskiem oraz stanowiskiem, należy położyć na specjalnej srebrnej tacy i spokojnie oczekiwać na wprowadzenie na salony gospodarza. Obowiązywał przy tym wszystkim odpowiedni strój i ceremoniał. Esteta to esteta.

 

 


Także miejscowa bazylika została poddana renowacji, a z nią otrzymała herb metropolity zawieszony wysoko w takim miejscu, że nie można go przysłonić żadnym dywanikiem. Abp Stanisław Gądecki musi teraz na niego patrzeć za każdym razem, gdy zasiada na swoim tronie i spojrzy w lewo. Ale taki już widać przykry los metropolitów. Abp Juliusz Paetz zafundował także tej świątyni, a właściwie sobie samemu, nowy tron arcybiskupi. „Złoty, ale skromny”. Ten specjalny złoty tron arcybiskupi został teraz przeniesiony z prezbiterium do tak zwanej Złotej Kaplicy lub inaczej zwanej Kaplicy Bizantyjskiej. Można go oglądać, ale za specjalną opłatą. Ostatnio było to pięć złotych. Czy coś uległo zmianie?


A jak zachowywał się ten erudyta, salonowiec, degustator wyszukanych potraw i alkoholi, gdy na jego drodze stanął młody, dobrze prezentujący się młodzieniec, który wpadł mu w oko? I nie mam tutaj na myśli kleryków poznańskiego seminarium, którzy zasłynęli w całym świecie z doprawdy niekonwencjonalnych kontaktów ze swoim metropolitą, ale o przypadkowych osobach świeckich. Ich relacje staną się podstawą do kolejnego odcinka naszego cyklu.

 


Ciąg dalszy nastąpi…

 

Andrzej Gerlach